http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Autor płaci:
500

  Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W czerwcu nagrodą jest książka
W kole stań dziewczyno
Nalo Hopkinson
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Bliżej

Podejdź bliżej

Ciemność

Urywek opowiadania

Miła

Róża zwana Miła

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Niebieska bluzka

Sylwia poczuła że pieką ją policzki. Podsłuchana rozmowa na nowo obudziła iskierki w podbrzuszu. Coś zadźwięczało niespodziewanie i w chwili paniki Sylwia prawie odskoczyła od drzwi z krzykiem. Pomyślała, że bicie jej serca słychać pewnie w całym ..

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
989
użytkowników.

Gości:
989
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 12728

12728

* MYŚLI NIEUCZESANE * Rozdz.4

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
05-02-07

Typ
P
-powieść
Kategoria
Romans/Inne/-
Rozmiar
44 kb
Czytane
1301
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
05-02-07

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P12-powyżej 12 lat

Autor: hermenegilda Podpis: hermenegilda
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Lekki skandal obyczajowy cd.

Opublikowany w:

-

* MYŚLI NIEUCZESANE * Rozdz.4

-Właśnie to samo sobie pomyślałam. Chciałabym, żeby tak było zawsze...
W mieszkaniu panowała okropna cisza, czasem piętra wyżej dochodziły jakieś stuki. Wsłuchiwałam się w krople deszczu rozbijające się o parapet i wpatrywałam w powierzchnię lustra.
-Chciałabym, żeby tak było zawsze- powtórzyłam bardziej do siebie niż do niego. Spojrzał na mnie i palcem wskazującym przysunął mój podbródek do swoich ust.
-I będzie, obiecuję.
Mieszkanie opuściliśmy z lekkim spóźnieniem, bo okazało się, że Rafałowi gdzieś znikły perfumy. Lubiłam jak mężczyźni o siebie dbali. Rzecz jasna nie bardziej niż ja dbam o siebie. Po prostu wystarczająco. Lubiłam jak ładnie pachnieli i jak byli ładnie uczesani. Po prostu lubiłam, kiedy wyglądali reprezentacyjnie. Reprezentacyjnie, u mojego boku.
Szybko znaleźliśmy się przed wielkim budynkiem teatru Słowackiego. Wewnątrz teatru mogłam się zgubić – ale nie Rafał. Bywał tutaj często. Nie tylko z klasami, ale i dla przyjemności. Z nim byłam pierwszy raz w teatrze. Sztuki jaką mieliśmy zobaczyć nigdy nie widziałam. Ba! Nawet o niej nie słyszałam. Kołatały mi się w głowie lekkie powiązania z Szekspirem.
Zajęliśmy miejsca w loży na drugim poziomie. Muszę przyznać, że była to najlepsza lokata jaką do tej pory zajmowałam w teatrze. Całą lożę mieliśmy dla siebie, więc nie groziło nam wejście nieproszonych osób. W końcu mogliśmy wśród wielu osób ostentacyjnie trzymać się za ręce. Jak spletliśmy swoje dłonie, to nie rozerwaliśmy ich aż do przerwy.
Sztuka podobała mi się choć nie pamiętałam żadnych imion bohaterów. Najlepiej grał mężczyzna w skórzanej kurtce – jeden z braci, który pierwszy nie wywiązał się z umowy. Pod koniec występu byłam oparta o barierkę loży. Moja głowa spokojnie spoczywała dłoniach, a oczy wyłapywały spojrzenia aktorów. Przez ten krótki czas żyłam tylko sztuką.
Rzecz jasna co chwilę chwytając Rafała za rękę.
Gdy wyszliśmy z wiekowego budynku Kraków już oświetlały uliczne latarnie, a nade mną wisiało widmo rychłego powrotu do domu. Trzymając się ramienia wychowawcy lekko stąpałam po murku, którym był otoczony teatr. Ludzie się nie nas patrzyli, ale ja czułam, że muszę się śmiać. Śmiać, cieszyć i chłonąć ostatnie chwile.
-Jak podobała ci się sztuka?- zapytałam uprzedzając jego pytanie, które pewnie brzmiałoby identycznie. Zeskoczyłam z murku i tym razem stukałam po kostce brukowej. Szliśmy powoli w stronę samochodu. Przytuliłam się w wyjściowy płaszcz Rafała zmoczony przez deszcz. Pachniał rzecz jasna jego perfumami. Zamknęłam oczy i uczepiona jego rękawa szłam na oślep do samochodu.
-Lekka, łatwa i przyjemna. Pośmiałem się, ale i utwierdziłem się w pewnych zdaniach.
-Z czego się śmiałeś i w czym się utwierdziłeś?- zapytałam po raz imitując głos spikerki czytającej wyniki badania opinii publicznej.
-Śmiałem się z tego faceta w pomarańczowych dzwonach, z policjanta i z tych ludzi co poznawali ptaki- uśmiechnął się na samą myśl. –A utwierdziłem się w przekonaniu, że miłość jest bardzo ważna.
-Taak?- specjalnie przeciągnęłam pytanie.
-W końcu oni nie umieli z niej zrezygnować...
Objął mnie i aż do samego samochodu szliśmy w milczeniu. Deszcz kapał na nasze głowy, ale żadne nie chciało rozłożyć parasola.
-No to ile masz jeszcze czasu?- zapytał uruchamiając silnik. Ja zapinałam pasy. Zawsze po wejściu zapinałam pasy. Był to odruch bezwarunkowy, z którym i tak nie miałam zamiaru walczyć.
-Teraz jest prawie 20...- spojrzałam na zegarek na komórce. –Dwie godziny, Rafał.
Samo mówienie jego imienia sprawiało mi przyjemność. Znałam tylko jednego Rafała i właśnie ten fakt tak podkreślał świeżość tego imienia. Kiedyś uwielbiałam imię Kuba, dziś zawsze i wszędzie na pierwszym miejscu był „Rafał”. Rafał, Rafał, Rafał. Nie było takie pospolite... było niebanalne. Prawie tak samo niebanalne jak jego właściciel.
-Mało- powiedział zawiedziony. Faktycznie, czasu było bardzo mało. Wyjechał z parkingu. Znów przyłożyłam twarz do lodowatej szyby pokrytej kropelkami deszczu od drugiej strony. Spływały jedna po drugiej, czasem łącząc się w większe, które jeszcze szybciej spływały po równej powierzchni w postaci stróżek. –Fatalna pogoda...
-Ja lubię deszcz...- powiedziałam cicho i położyłam dłoń na szybie. Kątem oka widziałam jak Rafał uśmiecha się pod nosem. Dla niego pewnie takie zachowanie było infantylne. Widział i przeżył o wiele więcej ulew niż ja. Wszystko, co staje się rutyną – powszednieje.
-Właśnie widzę...
-Myślisz, że to naiwne...?- zapytałam, zbyt późno orientując się, że użyłam złego słowa. Mimo wszysttko zrozumiał i uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Nie myślę... podziwiam to, że młodzi ludzie...- bezwiednie zaakcentował to określenie, jakby sam był już staruszkiem pamiętającym jeszcze czasy wojny. –cieszą się z takich małych drobiazgów. Z każdym rokiem swojego życia coraz mniej. Ja już nie potrafię cieszyć się świecącym słońcem, padającym śniegiem, czy śpiewem ptaków...
-Dlaczego?
-Sam nie wiem. Jakoś tak te rzeczy powszednieją. Gusta się zmieniają, ludzie dojrzewają... kiedyś się o tym przekonasz.
Był tego pewien. Mówił te słowa jak człowiek doświadczony, choć wcale takim nie był. Brzmiał jak weteran wojenny, który widział śmierć ludzi, cierpienia mas i nieszczęście pojedynczych osób. To było najgorsze, że mimo wszystko na każdym kroku mógł podkreślać wyższość nade mną. Na szczęście decydował się na to rzadko. Rozumiał mnie. A może to ja rozumiałam jego?
-Dla ludzi osób takich jak ja liczą się całkiem inne rzeczy niż dla osób takich jak ty...- kontynuował.
-Chodzi ci o kwestię nastolatek-dorosły, czy kobieta-mężczyzna.
-Dziewczyna-mężczyzna.
Uciął rozmowę. Gdy zapytałam się o to co tak właściwie miał na myśli – nie odpowiedział. Jechaliśmy dosyć długo, bo na kilku ulicach były korki. Na osiedle Stalowe dojechaliśmy o wpół do 21. Wcześniej jeszcze Rafał zatrzymał się w sklepiku osiedlowym i zrobił małe zakupy, motywując to faktem iż Artur na pewno o tym nie pomyśli.
-Daj kurtkę, powieszę ją obok kaloryfera. Wyschnie troszkę- zdjął ze mnie czarną kurtkę, sam zostając w swoim przemoczonym płaszczu. Powiesił ją na wieszaku we wnęce na ubrania podczas, gdy ja zdejmowałam buty.
-Przekąsimy coś?- zapytał stawiając reklamówki z zakupami na imitującym marmur kuchennym blacie. Podwinęłam sobie lekko spodnie, aby przemoczone nogawki nie włóczyły się po ziemi i nie brudziły podłogi, która była nieskazitelnie czysta.
-Nie, dzięki. Nie jestem głodna.
-W sumie ja też nie- rzucił nie rozpakowaną reklamówkę w kąt. W mieszkaniu było ciepło. Wspomniałam o wędlinie, którą powinien włożyć do lodówki. Machnął ręką i włączył laptopa. Pierwszą czynnością jaką wykonywał po powrocie do mieszkania było to włączenie komputera. Teraz nie uruchamiał go w celach służbowych, ale chciał po prostu włączyć muzykę. Komputer był mu bardzo potrzebny. Wszystkie sprawdziany na nim redagował, a w wolnych chwilach tłumaczył angielską literaturę. Poe’go i Morrisona najczęściej.
-Co sobie życzysz? Jaki typ muzyki na ten jakże romantyczny, nostalgiczny i przygnębiający wieczór?- zapytał włączając odtwarzacz. Wybrałam to, co zwykle. Aerosmith, Led Zeppelin, Dżem... a dziś jeszcze zdecydowałam się na Omegę i Bryana Adamsa. Muzyka w sam raz na romantyczny wieczór. Nie nostalgiczny, ani przygnębiający. Romantyczny. Niech przynajmniej przez najbliższy czas będzie miło...
Przebraliśmy się w normalne ubrania. Ja z namaszczeniem składałam sukienkę Aśki, on od razu powędrował do komputera.
Oparłam się na jego ramieniu i obserwowałam sprawne ruchy kursora. Mięśnie miał dziwnie napięte. Mimo tego, że zaprzysiągł rozluźnić się tego wieczoru, teraz wydawał się dziwnie zdenerwowany i spięty. Postanowiłam rozmasować mu kark. Nic nie mówiąc odgarnęłam mu włosy z szyi i położyłam ciepłe dłonie na ramionach. Stopniowo przesuwałam je w stronę szyi czując, że napięcie wcale nie ustępuje, a można by powiedzieć, że rośnie jeszcze bardziej. Nic nie wypompowuje człowieka tak jak dzień pełen stresów. Mimo wszystko kontynuowałam masaż. Rafał przymknął powieki nie odzywał się ani słowem.
-Rafał, zdejmij koszulę.
-Słucham!?- odwrócił się momentalnie zrzucając moje ręce.
-Zdejmij koszulę. I mnie i tobie będzie wygodniej.
Uśmiechnął się lekko tak jakby na usprawiedliwienie, wstał i zaczął rozpinać małe guziki czarnej koszuli. Ciężko mu szło, bo zauważyłam, że drżą mu dłonie.
Nie mam pojęcia co sobie teraz pomyślał. Atmosfera aż ociekała jednoznacznością.
-A może położysz się na podłodze?- zaproponowałam. Brzmiało po prostu ohydnie. Jak rozmowa prostytutki z klientem. Nie umiałam jednak inaczej ująć tej prośby w słowa.
-Nie. Pozostanę jednak przy fotelu.
Pokręciłam lekko głową, gdy usłyszałam jego odpowiedź. Ale nic nie mówiłam. Błyskawicznie usiadł na krześle przyciskając plecy do oparcia. Pierwszy raz był w mojej obecności bez koszuli. Na plecach mrugnęło coś czarnego...
-Rafał, co ty masz na plecach...?- zapytałam usiłując oderwać jego plecy od fotela.
-Nieistotne.
-Tatuaż!- prawie krzyknęłam i przejechałam palcami po średniej wielkości tatuażu przedstawiającym jaszczurkę. Wzdrygnął się. –A co to jest?- uśmiech nie schodził mi z twarzy.
-Jeden z grzechów młodości.
Zaśmiałam się i po raz kolejny spojrzałam na wykonaną po mistrzowsku jaszczurkę. Łapy miała rozłożone na boki, a ogon był delikatnie podwinięty. Tatuaż wyglądał podobnie do loga krakowskiej dyskoteki „Salamandra”. Pod arcydziełem widniały malutkie literki wykonane w stylu gotyckim.
-Jak chodziłem do liceum, wszyscy nazywali mnie „Lizard”. Angielski znasz.
-Heh, a dlaczego akurat „Lizard”?
-Sam już nie wiem. To był mój pseudonim. Na studiach również się za mną ciągnął. W końcu porzuciłem go na rzecz oficjalnego Rafała Radwańskiego.
-Lizard- szepnęłam naśladując brytyjski akcent, chcąc usłyszeć jak brzmi to słowo wypowiadane z moich ust. Brzmiało obco. Nie potrafiłam sobie wyobrazić go w moim wieku. Zaprzątanego zajęciami szkolnymi i uganiającego się za dziewczynami, bo na pewno już wtedy miał powodzenie. Powtórzyłam je potem kilka razy obserwując śmieszną reakcję Rafała. W głośnikach właśnie leciała Omega. Wspaniałe dźwięki gitary zaczęły wypełniać pomieszczenie.
Wróciłam do masażu. Gorąca skóra Rafała marszczyła się pod wpływem dotyku moich dłoni. Miał niezwykle umięśnione plecy. Nie wiem, czy mu pomagałam się rozluźnić, czy tylko działałam na nerwy. Nic nie mówił, więc kontynuowałam. W domu czasem robiłam masaż mamie, gdy miała dosyć świata. Podobno bardzo dobrze mi to wychodziło. Jednak masowanie Rafała było o wiele bardziej przyjemniejsze.
-Lepiej?- zapytałam po kilku minutach i usiadłam na skraju kanapy. Okręcił się na fotelu w moją stronę i uśmiechnął się ujmująco.
-Relaksacyjne jak ch.olera...
Wstał i podszedł do kanapy. Usiadł obok mnie i nic nie mówiąc zaczął mnie całować. Najpierw delikatnie, potem coraz bardziej namiętnie. Czułam, że nadchodzi ten moment. Odwzajemniałam pocałunki bojąc się niesamowicie, że się spłoszy. Czułam, że mam go na własność. Jedną ręką błądziłam po kratce na jego brzuchu, a drugą delikatnie przytrzymywałam jego twarz. Jak teraz był daleki od tego mężczyzny, z którym miałam lekcje polskiego... Zupełnie nie przypominał siebie. Dłońmi penetrował moje plecy pod cienkim materiałem bluzki. Chciał mnie dotykać.
Dotykać i na pewno coś więcej.
Wszędzie słyszałam zdania: „mężczyźni myślą tylko o seksie”. Czy była to prawda? Czy u facetów wszystko sprowadza się do jednego? Niemożliwe. Przynajmniej nie u Rafała.
Byłam gotowa.
Zsunął delikatnie ramiączko mojej bluzki. Zawsze w tym momencie stopował – to był moment, kiedy zapalała mu się czerwona lampka. Tak było i tym razem. Ale ja nie chciałam. Nie chciałam, żeby to się skończyło. Nie chciałam, żeby przestał.
-My nie możemy tego zrobić...- powiedział cicho i oderwał swoje usta od moich. Brzmiało groźnie, nie wyczuwałam w jego głosie ciepła. Poprawił ramiączko i zagarnął moje włosy za ucho.
-Ale... Rafał. Ja jestem gotowa.
Spojrzał na mnie dziwnie. Oddałabym pół życia za to, żeby dowiedzieć się co teraz sobie pomyślał. Chciał tego. Na pewno tego chciał.
Dotknęłam dłonią jego ramienia. Szybko przejechałam nią w stronę szyi aż w końcu wylądowała ona na jego policzku. Przysunęłam się do niego jeszcze bliżej.
Chwilę trwaliśmy tak przytuleni. Rafał myślał nad całą sytuacją mrużąc oczy i przejeżdżając swoją dłonią po moich plecach. Głupio to zabrzmi, ale nie chciałam go ponaglać, ani wywierać na nim jakiejkolwiek presji. Trudno mu było podjąć tą decyzję. Sama nie wiem dlaczego tak długo zwlekał. Był w końcu facetem, a dla facetów seks jest bardzo ważną sferą życia. Cieszyłam się jednak z tego. Nie dlatego, że nie chciałam podjąć takiego kroku. Byłam szczęśliwa, bo byłam pewna, że nie jest ze mną „ot tak dla zabawy”. Wszystkie jego uczucia przekładały się na delikatne gesty i czułe słowa. Było mi z tym dobrze.
-Aguś- zaczął cicho. Nigdy tak do mnie się nie zwracał. –Przecież wiesz że cię do niczego nie zmuszam- odsunął mnie od siebie. –Nie stawiam warunków, nie wymagam...
-O co ci chodzi?- wzdrygnęłam się. –Nie przedłużaj...
Wstałam z brzegu kanapy i przesiadłam się na drugą stronę. Było wygodniej i o wiele bliżej Rafała.
Dłońmi ujęłam jego szyję, a usta przyciągnęłam do swoich.
Byłam pewna, że się zdecydował. Że porzucił całą swoją etykę nauczycielską. Wprawdzie łamał ją już od dawna, jednak teraz sprawy miały zajść o wiele dalej.
Zaczęłam powoli zdejmować bluzkę. Zatrzymał moje dłonie ściągające materiał i położył rękę na moich plecach. Przymknęłam oczy ze złością.
-Rafał, powiesz mi o co chodzi? Nie chcesz tego?- wybuchłam czując, że cały romantyczny nastrój diabli wzięli. Wszystko, co było tak ładnie zaplanowane zaczęło się sypać.
-Chcę- powiedział zdecydowanie. Jego wyraz twarzy nie zdradzał teraz żadnych wątpliwości, ale dlaczego jego gesty temu przeczyły? Naprawdę go nie rozumiałam.
-Jestem na to przygotowana.
-Ale ja nie- powiedział po chwili. Śmiesznie to zabrzmiało. Na pewno w życiu miał już wiele kobiet... tylko dlaczego tak zwlekał? W co grał? Masa pytań kołatała mi się po głowie.
W końcu uśmiechnął się krzepiąco. Delikatnie zaczął zdejmować ze mnie bluzkę.
-Jak zwykle czerwony?- zapytał między pocałunkami. Doskonale widział jaki mam kolor biustonosza. Doskonale wiedział również, że często chodzę w czarnej, lub czerwonej bieliźnie. Chciał po prostu przełamać ciszę, którą wypełniały lekkie dźwięki nieznanego mi zespołu muzycznego.
Przytaknęłam. Zawsze chciałam, żeby mój pierwszy raz tak wyglądał.
W miłej atmosferze, obok kochanego mężczyzny.
Nagle drzwi do mieszkania otwarły się z trzaskiem uderzając o ścianę.
Nie usłyszałam ich, za to Rafał wzdrygnął się i błyskawicznie rzucił w moją stronę swoją koszulę, która akurat znajdowała się pod ręką. Spojrzałam na niego wymownie, bo nie miałam pojęcia o co chodzi. Wskazał na drzwi przez które właśnie przechodził Artur ze sławnym żółtym ręcznikiem przewiązanym na biodrach.
-Puka się, co nie!?- krzyknął Rafał nie wstając z kanapy.
-Do swojego mieszkania?- Artur odbił piłeczkę i jak gdyby nigdy nic poszedł w stronę kącika kuchennego. Zajrzał do reklamówki. W międzyczasie ubrałam czarną koszulę Rafała, bo mój top, gdzieś nieopatrznie rzucony zniknął z pola widzenia. –Nie krępujcie się. Za chwilę znikam...
Zawsze mówiłam, że jest chamski, ale w tym momencie przeszedł samego siebie. Normalny człowiek powinien się cofnąć, speszyć i przeprosić. Ale nie Artur. Jego oczy były jeszcze mętniejsze niż zwykle, a na jego karku i plecach zauważyłam małe krople wody. Jakby po prysznicu.
-Zawsze wiesz kiedy się pojawić... wypieprzaj stąd, dobrze?
Rafał wstał i prędko podszedł do swojego współlokatora. Wiedziałam, że byli dobrymi przyjaciółmi, ale gdybym ich teraz po raz pierwszy zobaczyła pomyślałabym, że to najwięksi wrogowie. Oddychał ciężko zezłoszczony niesamowicie. Myślałam że za chwilę uderzy Artura.
-Jezus no! Wrzuć na luz! Już idę, wracaj do swojej panienki.
W tym momencie mrugnął do mnie okiem. Spuściłam oczy i zaczęłam poprawiać guziki koszuli – w pośpiechu nie pozapinałam wszystkich. Wystawało trochę mojej czerwonej bielizny. Jak już doprowadziłam się po porządku i podniosłam głowę Rafał chwycił swojego współlokatora za łokieć i podprowadził pod drzwi wyjściowe miotając obelgami dookoła. Mimo wszystkich moich pacyfistycznych przekonań nie wstałabym, ani nie powstrzymywałabym Rafała nawet, gdyby uderzył Artura. Nie było mi go jakoś żal.
Gdy drzwi zamknęły się z trzaskiem Rafał od razu odwrócił się w moją stronę i w przepraszającym geście rozłożył dłonie. Nie ruszyłam się z miejsca tylko jeszcze bardziej wcisnęłam się w kąt kanapy.
-Przepraszam za niego. Po prostu taki jest.
-Nie szkodzi- odpowiedziałam automatycznie.
Usiadł z powrotem obok mnie, na kanapie. Atmosfera a powietrze zdawało się być wyprane z wszelkich namiastek romantyzmu. Jednym słowem wszystko odpłynęło w jednej chwili. Jak bańka mydlana, którą dotknął Artur wchodząc do bądź co bądź swojego mieszkania.
-Kontynuujemy?- zapytał Rafał zbliżając swoją twarz do mojej. Spojrzałam na zegarek.
-A jeżeli jeszcze raz wejdzie?
-Nie wejdzie- zapewnił mnie i rozpinać guziki koszuli, którą miałam na sobie.
-Rafał, ja już muszę iść do domu.
Spiął brwi i zdziwiony spojrzał na ścienny zegar wiszący nad drzwiami do pokoju Artura. Była 21:30. Już czas wracać do domu. Ostatnimi dniami mało w nim przebywałam. Jakoś dziwnie się składało, że to byłam w szkole, to byłam u Aśki, lub u Rafała.
Cały jego zapał ostygł w jednej sekundzie. Wstał i rozejrzał się po okolicach kanapy. Chwilę później schylił się i podniósł z podłogi mój top.
-No to teraz możesz mi już spokojnie oddać koszulę- podał mi go i powiedział jak gdyby nigdy nic. Zawsze jak na niego patrzyłam wydawał się pociągający. Nawet teraz, gdy pod maską normalności krył całą swoją złość na Artura. Poszedł do swojego pokoju. Rozpinałam delikatnie guziki, żeby żaden broń Boże nie odpadł, a potem ubrałam top. Od razu kiedy podniosłam się w kanapy, wrócił ubrany w białą koszulę w cieniutkie czarne, pionowe paski.
Dopiero teraz zorientowałam, że przez ten moment, w którym miałam na sobie koszulę Rafała, jego zapach przeszedł na mnie. Lekki zapach potu pomieszany z jego wszechobecnymi perfumami tworzył mieszankę piorunującą pieszczącą mój zmysł węchu.
Musnęliśmy się lekko policzkami, a potem ubrałam buty. Rafał przyniósł moją kurtkę i położył ją na krzesełku pod lustrem. Potem zniknął w swoim pokoju.
Gdy ubrałam już adidasy zaczęłam po raz kolejny przyglądać się fotografiom na ścianach. Każda była strasznie osobliwa, ładnie wykonana i z przemyślanym kadrowaniem. Zainteresowała mnie w szczególności jedna. Była na niej kobieta, pogrążona w półmroku. Było wydać tylko krągłość bioder i dłonie przeciągnięte wzdłuż łóżka. Bardzo ładna fotografia. Ciekawe kogo przedstawiała...
-Gotowa?- Rafał wszedł do pokoju ubrany w ten sam płaszcz, który miał w teatrze. Przytaknęłam i ubrałam kurtkę. Okręcił mi szalik wokół szyi i pocałował w czubek nosa.
Wyszliśmy z mieszkania. Rafał mocno zatrzasnął drzwi, a potem przekręcił klucz.
-Ale jak Artur wejdzie?- dociekałam.
-O to się nie martw!- przerzucał z ręki do ręki miedziany kluczyk, do którego był doczepiony breloczek nieokreślonego kształtu z napisem, którego nie potrafiłam odczytać. Skierowałam się ku schodom, jednak Rafał szarpnął mnie za rękę i pociągnął w przeciwnym kierunku.
-Dziś innym wyjściem- uśmiechnął się szelmowsko.
Szliśmy powoli rozmawiając o filmie „Requiem for a dream”. Żałował, że nie obejrzeliśmy go razem. Ja również żałowałam.
Gdy doszliśmy do końca korytarza, zatrzymał się i zastukał w drzwi ze złotym numerkiem 15. Nic nie mówił na moje pytające spojrzenia, tylko mocno ściskał mnie za rękę. Może tym próbował powiedzieć, żebym się nie przejmowała i że to nic takiego. Po kilku sekundach drzwi się otworzyły. Stanęła za nimi kobieta podobna do Cameron Diaz owinięta w różowy ręcznik.
-Cześć Joluś.
-Cześć Rafał... co cię tu sprowadza?- zapytała żując jakąś gumę o charakterystycznym, mocnym, miętowym zapachu. Wyglądała jak aktorka z podrzędnego amerykańskiego filmu. Inteligentne oczy przykrywała mgiełka zmęczenia i ciężki tusz do rzęs. Włosy miała podobnej długości jak Rafał. Kolor też był troszkę zbliżony.
Nic nie mówiąc dał jej kluczyk, trzymając go w dwóch palcach za kółeczko od breloczka.
Uśmiechnęła się tylko, wzięła miedziany przedmiot i rzuciła go w głąb pokoju.
Zmysłowo oparła policzek o krawędź drzwi.
-Nie przedstawisz mi tej... pani?- zapytała w ogóle na mnie nie patrząc. Lustrowała Rafała od stóp do głów zatrzymując się ostatecznie na jego oczach. Mimo, że cały czas ściskał mnie za rękę, czułam, że odpływa.
-To jest Agnieszka- powiedział cicho i władczym gestem przyciągnął mnie do siebie. Uśmiechnęłam się niepewnie. Kobieta zrobiła to samo i wyciągnęła dłoń w moją stronę.
-Jola. Miło mi, że w końcu ciebie poznałam...- zalśnił jej nieskazitelnie biały uśmiech.
Od momentu kiedy ją pierwszy raz zobaczyłam poczułam do niej czystą antypatię. Do jej blond włosów i gumy do żucia gwarantującej wiecznie świeży oddech. Była taką słodką idiotkę z nisko budżetowej produkcji. A sposób w jaki Rafał zdrobnił jej imię doprowadzał mnie do szaleństwa. Joluś... jeszcze niedawno do mnie po raz pierwszy powiedział „Aguś”.
-Powiedz Arturowi, że ma u mnie przerąbane.
-Wiem, wiem...
-Plotkarz pieprzony... już musiał wszystko opowiedzieć!
-I to ze szczegółami- uśmiechnęła się jeszcze szerzej. –Ale nie martw się. On mi zawsze wszystko mówi- zatrzepotała rzęsami. Stałam sparaliżowana, przytulona do Rafała. Każdy jej gest działał na mnie jak wiadro zimnej wody. Ściskałam mocno szorstki rękaw jego płaszcza.
-My już musimy iść- powiedział spokojnie Rafał.
-Szkoda. No ale i tak nie zaprosiłabym was do środka...
-Nie wątpię- odpowiedział błyskawicznie. –Choć przydałoby się wejść bez pukania. Artur by się zdziwił.
-Ojj Rafał, przestań. Pa. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się zobaczymy- rzuciła niedbale w moją stronę. Kolejny wytarty frazes od którego chciało się rzygać. Szczególnie, gdy był w jej wykonaniu.
Drzwi się zatrzasnęły i zaczęliśmy iść przez korytarz, którego nigdy w życiu nie widziałam.
-Nie martw się, wyjdziemy przy garażach.
-„Joluś”?- zapytałam, jak gdyby ten rzeczownik miał zastąpić milion pytań. Zastępował. Kim ona jest? Co cię z nią łączy? Dlaczego tak się zachowywała? Dlaczego zdrobniłeś jej imię?
-Jola. Sąsiadka. Jesteśmy przyjaciółmi.
-Właśnie widziałam. Czy to jest ta Jola od telefonu?
Przytaknął. Wszystko ładnie układało się w całość.
-Nawet się nie waż robić mi scen zazdrości, bo do domu będziesz wracać na piechotę!- przestrzegł mnie uśmiechając się szeroko. Wyszliśmy rzeczywiście przy garażach. Przez chwilę nic nie mówiąc wsiedliśmy do samochodu. Głośno trzasnęły drzwi, włączył radio, a potem silnik. Z głośników popłynęły piosenki z czołówek list przebojów.
Nie wzięłam tej przestrogi na poważnie, ale siedziałam cicho. Zamyśliłam się rzecz jasna na temat pani spod nr 15. Nie lubiłam słodkich blondynek noszących siano w głowie. A najbardziej przeszkadzało mi to, że cały czas patrzyła się wyzywająco na Rafała. A jeszcze gorszy był fakt, że nie mogłam dosłownie nic zrobić. Stałam i patrzyłam...
-Pasy- przypomniał. Rzeczywiście, zapomniałam. Szybko przeciągnęłam czarny pasek, który pstryknął uspokajająco. Rafał widział, że scysja wytrąciła mnie z równowagi. Może nawet cieszył się, że wbił mi szpileczkę zazdrości. Ale dlaczego ja mam być o niego zazdrosna? On o mnie nigdy w życiu nie był.
Wyjechaliśmy na drogę główną opuszczając osiedle Stalowe. Mijaliśmy przyjemną kafeterię, bloki z napisami ewidentnie popierającymi Cracovię, wielki szpital Rydgiera. Był to jeden z największych, a na pewno najbrzydszych szpitali w Krakowie. Ogólnie nie lubiłam szpitali, ale ten napawał mnie dziwnego rodzaju lękiem. Onieśmieleniem i przybiciem. Gdy weszło się do środka i nabrało powietrza czuć było odór cierpienia. Potem opuszczałeś szpital, ale w płucach ohydna woń nadal pozostawała.
-Czemu nigdy nic nie mówisz, kiedy jedziesz samochodem?- zapytał przerywając ciszę, która była w mojej głowie. Nie słuchałam ani muzyki, ani szumu deszczu. Najnowsza piosenka hip hopowa popularnego hip-hopowca jemu też na pewno nie pomagała. Nie lubił tego rodzaju muzyki, ale nie zmieniał częstotliwości tylko z jednego powodu. „Młodzi to lubią” – mieściłam się pod jego pojęciem młodych. Zapomniał, że za hip hopem również nie przepadam.
-A co mam powiedzieć? Za dużo mam myśli w głowie, żeby pomieścić wszystko w dwóch zdaniach, które by cię usatysfakcjonowały...
-Czyżbym wyczuwał opryskliwość?
-Nie. Po prostu zadajesz głupie pytania.
-Chciałem jakoś przerwać ciszę- usprawiedliwił się. Chyba pożałował, że powiedział cokolwiek.
-Przecież radio gra- powiedziałam spokojnie.
-A idźcie z takim radiem- patrząc nieustannie na drogę zmienił stację. –Ja nie wiem jak czegoś takiego można słuchać. Śpiewają w kółko jak im źle, jak nikt ich nie rozumie, jak czują się zaszczuci przez innych, jak nie mogą znaleźć pracy... zero optymizmu. Słyszałaś jakąś piosenkę hip hopową o optymistycznym przekazie? Optymistycznym i takim mądrym?
Zapytał, jakbym się znała na hip hopie.
-A żebyś wiedział, że znam... kiedyś ci ją puszczę.- oznajmiłam z dumą. Już w głowie kołatała mi się jej melodia. -Ale, czy możemy porozmawiać o czymś innym?
Istotnie zmieniliśmy temat. Rozmawialiśmy o równie głupich głupotach. Nie wracaliśmy do tematu blondynki spod 15. Może i słusznie.
-Zatrzymaj się- nakazałam Rafałowi, gdy wjechaliśmy w uliczkę, która prowadziła do mojego domu. Posłusznie zgasił silnik, ale pytające spojrzenie domagało się wyjaśnienia.
-Lepiej tutaj wyjdę. Za 10 minut będę w domu, a sąsiedzi nie będą się czepiać często pojawiającego się na moim podwórku lanosa- cmoknęłam go w policzek na pożegnanie.
-Żartujesz chyba?
Zaprzeczyłam ruchem głowy i odpięłam pasy. Powoli wyszłam z samochodu. Od razu wpadłam w jakąś kałużę. Nie padało już, ale w powietrzu czuć było specyficzną wilgoć. O dziwo było widać gwiazdy. Niby zapowiadał się ładny dzień, ale wiedziałam, że bez opadów się nie obejdzie.
Rafał wysiadł z samochodu. Spojrzałam na niego wymownie.
-Żartujesz... tak się żegnać?- zapytał z wyraźną pretensją w głosie. Podszedł do mnie i pocałował mnie prawie tak namiętnie jak u siebie w mieszkaniu. –Odprowadzę cię...
-Zwariowałeś chyba!?
-Jest ciemno. Jestem w długim płaszczu. Nie mam samochodu. Nikt mnie nie pozna...
Objął mnie w talii i czekał na pozwolenie. Uśmiechnęłam się tylko.
Błyskawicznie zamknął samochód i udaliśmy się wzdłuż uliczki. Nieliczne światła lamp odbijały się w kałużach, w które z premedytacją wchodziłam.
-Nawet nie wiesz jak żałuję, że Artur wszedł wtedy do mieszkania...- westchnął i spojrzał na mnie. Uśmiechnęłam się niepewnie. Teraz jakoś dziwnie było mi rozmawiać o tamtym wydarzeniu. Zresztą... jemu powinno być głupiej... Dobrze, że na dworze panował lekki mróz. Czerwone policzki łagodziły rumieniec.
-Ja też...
-Ale nie martw się. Nic nam nie ucieknie- znów mocno przytulił mnie do ciebie. Ciasno objęci omijaliśmy kałuże. Miał ciepłą twarz, czego nie można było powiedzieć o mojej. Z przyjemnością dotykałam jego lekkiego zarostu na gorącym policzku.
-Ja wiem.
Nie wiedziałam. Ch.olernie żałowałam tego, że wszystko tak się potoczyło. A przecież mogło być zupełnie inaczej. Gdyby się pospieszyli...
-Rafał...- kontynuowała. –Powiedz mi... było okropnie wiele tego typu sytuacji. Było ogromnie wiele sposobności i ogromnie wiele powodów dla których tego nie zrobiliśmy. Dlaczego? Powiedz i dlaczego teraz mi jest żal bardziej niż kiedykolwiek...
Uśmiechnął się kpiąco i obserwował asfaltową alejkę. Stawiał kroki majestatycznie – wedle jakiegoś określonego rytmu, który znał tylko on sam.
-Mi też jest żal, ale przecież nie będę się katował psychicznie, że do niczego nie doszło... obiecuję ci, że jak spotkamy się kolejny raz, to nie pozwolimy, żeby ktokolwiek nam przeszkadzał.
Doszliśmy do mojego domu. Stanęliśmy specjalnie w cieniu budynku gospodarczego sąsiadów, żeby nikt nas nie widział. Objął mnie za ramiona, a potem położył głowę na misiu na kapturze mojej kurtki. Ostatnie chwile. Trzeba je chłonąć najbardziej ja się da – zamknąć oczy i zapamiętać każdy szczegół. Jego zapach znałam już na pamięć. Dotyku uczyłam się dopiero od niedawna.
-Pamiętaj, że ten kto kocha nie musi uprawiać seksu, by poczuć się dobrze- szepnął mi do ucha, zaraz potem odgarnął mi włosy z twarzy i przytulił swój policzek do mojego.
-Jakaś dziwna filozofia...
-Nieprawda. To otoczenia ci błędną wpoiło.
Nie uśmiechnęłam się, bo przeczuwałam, że z tych mądrości nic dobrego nie wyjdzie. Owszem – ładne i piękne. Ale czy do podtrzymania w dzisiejszym świecie?
Nagle wzdrygnął się przeklinając pod nosem.
-No przecież! Zapomniałem! Mam coś dla ciebie!
-Ja też mam dla ciebie prezent!- przypomniałam sobie błyskawicznie i wyjęłam z kieszeni malutki pakunek. Jak mogłam być taka głupia i zapomnieć!? Nic nie mówiąc podałam mu krzyżyk w ładnym pudełeczku. Nie odpakował. Uśmiechnął się krzepiąco.
-Poczekasz chwilę? Jak zwykle zostawiłem neseser w samochodzie!
-Nic nie szkodzi.
Pobiegł w stronę samochodu. Pomyślałam, że trochę to potrwa, zanim dobiegnie i weźmie prezent. Zastanawiałam się, co może mi dać. Oparłam się o ogrodzenie i przykucnęłam nad wielką kałużą. Z nudów burzyłam jej spokój patykiem. Co to za zima!? Co to za święta!? Już powinno być pół metra śniegu, miliony choinek i tysiące Świętych Mikołajów. Niestety taki klimat panował tylko w supermarketach.
Wrócił po chwili z małą siateczką w dłoni. Od razu wstałam i przytuliłam się do niego.
-Dziękuję.
-Otwórz wieczorem. Przed tym jak będziesz szła spać, dobrze?
Uśmiechnęłam się do samej prośby. Ciekawe co to mogło być...
-Za krzyżyk też dziękuję. Jest śliczny.
-Nie ma za co. Już muszę iść... do jutra...
Znów pocałował mnie przeciągle.
-Kocham cię- powiedział cicho. Ledwo co zrozumiałam. Szum wiatru zagłuszał nawet normalne rozmowy, co dopiero szepty. –Do jutra...
Patrzyłam jak odchodzi majestatycznym krokiem. Lekko kołysał się na boki i co chwilę spoglądał na siebie. Czekałam na każde pożegnalne spojrzenie. Każde łapałam równie mocno. Oparłam się o słupek ogrodzenia i uśmiechałam się pod nosem. Byłam dziwnie szczęśliwa i naładowana pozytywnymi emocjami. Tak, to właśnie jest ten słodki stan zakochania. Każdy chce go doświadczyć, ale opisać go jest bardzo trudno.
Gdy w ciemnej alejce zabłysnęły światła samochodu postanowiłam wrócić do domu. Nadal czułam jego usta na moich. Wystarczyło zamknąć oczy, by poczuć jego zapach, poczuć drapanie lekkiego zarostu na policzkach, lub poczuć jego namiętne pocałunki.
Drzwi były otwarte – jak zwykle zresztą jak wszyscy są w domu.
-Ja jestem tolerancyjna- powitała mnie mama swoimi wiecznymi pretensjami. –Ja rozumiem różne szaleństwa młodości i tym podobne rzeczy, ale mogłabyś ludzko uprzedzać swoją rodzinę, gdzie się podziewasz? To taka mała sugestia.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Wciąż byłam otumaniona Rafałem.
-Daj jej spokój- Karolina weszła do przedpokoju i spojrzała na siatkę, którą trzymałam w dłoni. –A co to?- prawie mi ją wyrwała, ale w porę cofnęłam rękę.
-Tajemnica...- uśmiechnęłam się szelmowsko. Na pewno nienaturalnie.
-Uuuu... złoto, powiało grozą! Gdzie byłaś?- zapytała opierając się o drzwi. Mama nie chcąc wdawać się ze mną w nieprzyjemne dyskusje poszła do kuchni.
-U Aśki.
-Taaa, na pewno. Przecież widziałam z kim tam stałaś pod domem Wilewskich. Mój okno pada idealnie na miły kącik pod ogrodzeniem, gdzie umilaliście sobie czas...
Czerwona lampka, choć nikła – zaświeciła się.
-Nawet jeśli to co? Skoro ty już masz pana swojego życia, to dlaczego ja nie mogę mieć?
-Ty możesz mieć amatora...
-Ile ma lat ten twój Michał?- zapytałam już gotowa do pójścia do pokoju. Czekałam na odpowiedź, bo chciałam określić poziom Amatorstwa Rafała. Dla mnie bez względu na wszystko był profesjonalistą. Nikt nie grał na gitarze tak jak on, nikt nie potrafił tak ciekawie prowadzić lekcji, nikt nie potrafił wyrecytować tylu wierszy Stachury, co on i nikt nie potrafił tak wspaniale całować jak Rafał – byłam tego pewna. Dla mnie był ideałem, choć ideałów rzekomo nie ma.
-Dwadzieścia sześć.
Rok młodszy od Rafała!
Mruknęłam „aha” i skierowałam się do pokoju. Pakunek pozostawiłam na biurku i poszłam cość zjeść. Mama przezornie się nie odzywała. Sama nie wiem jaka taktyka bardziej mi odpowiadała... szczerość, czy milczenie. Jednak u mamy nie była to szczerość – to był dziwny przymus doczepienia się do czegokolwiek. Wspominałam już kiedyś, że rzadko mówiła cokolwiek prosto z mostu.
Około północy opadłam oklapła na łóżko. Zbyt dużo wrażeń. Dopiero teraz powróciła do mnie myśl, że ktoś nas widział w nie dwuznacznej sytuacji. Nie była to Aśka... w takim razie kto? Pytanie powróciło jak widmo, lub dawno nie śniony koszmar. Nie chciałam wiedzieć, kto to był. Gdybym się dowiedziała, do końca życia nie potrafiłabym tej osobie spojrzeć w oczy. Nie umiałabym, ani nawet bym nie chciała. Oczy same kleiły mi się, ale zostało jeszcze rozpakowanie prezentu. Wzięłam prysznic, przebrałam się w koszulę nocną, którą miałam na sobie podczas nocy w domu Rafała i usiadłam przy biurku. Wzięłam do ręki szeleszczącą reklamówkę i wyciągnęłam z niej płaski, prostokątny pakunek obłożony granatowym papierem do pakowania prezentów.
Delikatnie zdjęłam opakowanie, żeby nie naruszyć papieru.
Moim oczom stopniowo ukazywał się czarny, trochę już zniszczony zeszyt. Szczerze mówiąc spodziewałam się czegoś innego. Książki, jakiejś ozdoby do włosów, łańcuszka, czy czegoś podobnego... jednak był to zeszyt. Czarny zeszyt z wyglądu podobny do pamiętnika.
Otworzyłam na pierwszej stronie. Była tam mała kaligrafia „Rafał Radwański” – podpis właściciela. W zeszycie było mnóstwo zakładek i pozaginanych rogów. Jak chwilę potem się przekonałam fragmenty pisanego tekstu czasem były znaczone ołówkiem.
Wzięłam zeszyt w obydwie dłonie. Strony same otworzyły się na jednej ze stron. Był tam wiersz Jacka Kaczmarskiego pt. „Nasza Klasa”. Kiedyś słyszałam ten wiersz, wersji śpiewanej. To był prok wierszy-piosenek. Przy każdym kolejnym czytaniu, melodia narzucała się sama. Przeczytałam refren:
„Już nie chłopcy, lecz mężczyźni,
Już kobiety -- nie dziewczyny,
Młodość szybko się zabliźni,
Nie ma w tym niczyjej winy;
Wszyscy są odpowiedzialni,
Wszyscy mają w życiu cele,
Wszyscy w miarę są normalni --
Ale przecież to niewiele...”
Przymknęłam powieki i myślałam, że zasnę. Czy to jest aluzja do mojego wieku? Do mojej niedojrzałości? Tego, że młodzieńcze uczucia szybko gasną...
Przeglądałam zeszyt dalej. Były tam napisane wiersze różnych poetów – nawet tych, których nazwiska pierwszy raz w życiu słyszałam. W końcu natrafiłam na wiersz, który zawsze mi się podobał i zawsze nakłaniał do wzięcia się za twarz i pójścia dalej. „Czy warto” Stachury. Bo może nie warto, chyba nie warto, ech, może warto. Tak tak – to warto. Tak, było warto...
Chłonęłam wersy z należytym namaszczeniem. Przypominałam sobie dotyk Rafała i jego głos pieszczący moje zmysły, gdy czytał mi wiersze swojego ulubionego poety. Zanim się obejrzałam zasnęłam z czarnym zeszytem w dłoni.
Obudziłam się już na łóżku. Zeszyt leżał na biurku, a zegarek wskazywał godzinę ósmą. Wprawdzie nie chciało mi się spać, ale na siłę przymykałam powieki. W szkole mieliśmy się pojawić o 10. Poprzez zasłony nie wkradało się żadne słońce. Za oknem panowała smutna atmosfera przypominająca jesienną szarugę. Przemijanie było czuć z każdym powiewem wiatru. Gdyby na drzewach były jeszcze liście można by było pomyśleć, że rzeczywiście jest teraz jakiś jesienny miesiąc, a nie poczciwy grudzień.
Wstałam o 9 wcześniej umilając sobie pół-sen porannym programem radiowym, który poprzez puszczanie wesołych piosenek miał postawić człowieka na nogi. Mnie nie potrafiło postawić niż prócz gorącej kawy. Zwlokłam się z łóżka i od razu zaczęłam penetrować moją szafę w poszukiwaniu jakiegoś „galowego” stroju. Wybrałam szerokie spodnie dzwony w kantkę i białą obcisłą koszulę na zamek z rozszerzanymi rękawami. Mimo, że nie lubiłam żelaznych rygorów ograniczających swobodę wybierania ubioru, to w tym stroju podobałam się sama sobie. Szczególnie spodnie – nie byłam zbytnio szczupła, ale one wyraźnie wydłużały mi nogi. Właśnie dlatego je lubiłam.
W domu jak zwykle nikogo nie było.
Nawet nie można było liczyć na miłe śniadanie przyrządzone przez mamę.
Ewentualnie karteczka z napisem „Wstaw ziemniaki”. Takie to było nasze życie rodzinne. Wszystkich razem i każdego z osobna. Dlatego właśnie uwielbiałam wpadać do Aśki, gdzie zawsze panowała bardzo rodzinna atmosfera. Co chwilę jej mama wpadała do pokoju pytając czy czegoś nam nie potrzeba. Aśkę to irytowało – mnie ani trochę. Dla mnie było to miłym gestem – szczególnie, gdy jej mama wchodziła w swoim strasznie śmiesznym fartuchu przywiezionym kiedyś z Rosji z wielką małpą na przedzie.
Wysłałam sygnała do Aśki, że już wychodzę. Zarzuciłam torebkę na ramię i poszłam w stronę przystanku autobusowego. Był to ostatni dzień przed dłuższą przerwą od nauki. Przed przerwą świąteczną. Teoretycznie powinnam się cieszyć, ale fakt, że Rafał wyjeżdża z miasta skutecznie rozwiewał mój dobry humor.
-Cześć!- powitała mnie swoim dzikim, optymistycznym akcentem Aśka wpadając do autobusu. Jak zwykle siedziałam w okolicy silnika. Tam było nasze stałe miejsce. Błyskawicznie usiadła naprzeciwko mnie.
-Iiii?
-Co iiii?- odpowiedziałam pytaniem na „pytanie”. Dziś wyglądała zupełnie inaczej niż wczoraj. Lekkość i optymizm wypleniły smutek.
-Pytam się jak wam wczoraj wieczorem poszło... Jak było w teatrze?
-Wiesz jak ja uwielbiam chodzić do teatru- rzuciłam na początek. Wiedziała. Wiele razy próbowałam ją nakłonić na jakiś spektakl. Czasem się zgadzała, a czasem nie. –Nie powiedziałaś nikomu?
-To znaczy, że nawet gdybyście byli w „Grotesce” na jakimś dziadostwie, to też powiedziałabyś, że lubisz teatr?
-Co?
-Nieważne. Nie martw się, nie powiedziałam. O mnie możesz być spokojna, nie powiem nawet gdyby mnie torturowali... No nie martw się!- prawie krzyknęła i dała mi kuksańca w bok. Okropnie nie lubiłam jak tak robiła, ale ostatnio ten gest jakoś dziwnie zadomowił się w jej gamie instynktownych odruchów.
-Nie chodzi mi o to. Nas ktoś widział?- w autobusie wśród kilkudziesięciu osób wzięło mnie na zwierzenia. Akurat teraz i akurat tutaj. Chciałam wyładować całą frustrację jaka siedziała we mnie od wczoraj.
-Kto?- padło rutynowe pytanie. Wzruszyłam tylko ramionami, bo cóż miałam powiedzieć. Nie miałam pojęcia kto i właśnie to było najbardziej wnerwiające! Może jak pójdę dziś do szkoły, to ta osoba będzie się ze mnie naśmiewać. Obgadywać nas za plecami. Rozpowiadać przefiltrowane przez siebie plotki. Z tego nie mogło wyjść nic dobrego. Do końca jazdy streszczałam jej sztukę na której byłam z Rafałem. Śmiała się kiedy instynktownie podkreślałam: „i wtedy Rafał tak strasznie zaczął się śmiać”, lub „wtedy ścisnął mnie tak mocno za rękę. Patrzyliśmy na scenę, ale tak naprawdę nie liczyło się nic oprócz nas”. Było to piękne, słodkie – za słodkie. Zawsze mi się śmiać chciało z takich zwierzeń. Emocjonalnych, ale tak naprawdę zupełnie jałowych dla rozmówcy, który nie rozumie stanu zakochania. Dla niego to było nic – dla osoby, która opowiadała – wszystko.
W naszej szatni było pół osób mniej co zwykle. Niektórzy po prostu nie przyszli, niektórzy pognali na próbę – reszta rozmawiała. O 10 miał być apel, potem najzwyczajniej do domu.
Siedziałam jak zwykle na parapecie. Obok mnie siedziała Aśka, Marta i Justyna.
-Asiu, dzisiaj nie na czarno?- podszedł do nas Filip i demonstracyjnie pociągnął ją za mankiet białej, ładnie wykrojonej bluzki. Machała kokieteryjnie nogami i od czasu do czasu uderzała w ścianę.
-Na początku roku jestem w żałobie, że zaczął się nowy rok. Pod koniec nie jestem, bo po co nosić żałobę przed wakacjami. A dziś? Dziś są jasełka – za niedługo Boże Narodzenie i trzeba się cieszyć...
-Pragnę zauważyć, że ty codziennie na czarno chodzisz...
-Jakiś ty się spostrzegawczy zrobił, pozazdrościć!- Marta z Justyną zachichotały. Ja z kolei zaśmiałam się z nich. Wszędzie było ich pełno, wszystko wiedziały, wszystkim ze wszystkimi się dzieliły. Typowe osoby bez życia prywatnego.
-Bierz przykład z Agnieszki. Porządna dziewczyna, klasę potrafi zachować zawsze i wszędzie!
-I prawidłowo- powiedziałam cicho. Podszedł do parapetu i oparł się o ścianę. Głowę miał mniej więcej na wysokości moich kolan. –Nie patrz się tak na mnie, rozpraszasz mnie.
-Nie widzę, żebym cię rozpraszał.
Lubiłam go. Momentami potrafił być bardzo śmieszny. Momentami również miły. Własnie w jednym z takich momentów zgodziłam się na chodzenie z nim. Nienawidziłam zwrotu „chodzenie z kimś”, bo co to oznaczało? Chodzenie tylko razem, trzymanie się za rączki? Dla mnie nie liczyło się „chodzenie”, ale bycie z kimś. Z Rafałem byłam i ciałem i duszą.
Filip mógł być pociągający. Był zupełnie inny od naszego wychowawcy. Miał średniej długości włosy i te moje znienawidzone – niebieskie oczy. Jednak można było z nim porozmawiać o różnych rzeczach. Na lekcjach zawsze się wyrywał do odpowiedzi, dogadywał wszystkim po kolei. W tym względzie był bardzo podobny do Aśki.
Uniósł w górę głowę i spojrzał na mnie proszącym wzrokiem.
-A teraz?
-Jeszcze bardziej, złoto- uśmiechnęłam się nienaturalnie.
-Dziewczęta, mam dla was propozycję nie do odrzucenia. Robię imprezę.
Aśka spojrzała na niego gniewnie.
-Sylwester jest mój!
-No i chwała ci za to- szybko ją uspokoił. –Chodzi mi o taką imprezę przed-sylwestrową. Kiedy chcecie. Od dzisiaj do drugiego stycznia mam chatę wolną- uśmiechnął się szelmowsko. Ładnie się śmiał, to trzeba było przyznać. A te szelmowskie uśmiechy lubiłam najbardziej.
-Agaaaaaaa!- jakaś dziewczyna krzyknęła przeciągle z drugiego końca szatni. Rozejrzałam się po pomieszczeniu i nie miałam pojęcie która mnie wołała. Chwilę potem do szatni weszła Anka z plikiem karteczek w dłoni, a za nią wszedł Rafał.
Przymrużyłam oczy ze zdenerwowania. Nie powinien tutaj przychodzić! Nie teraz!
Spojrzałam wymownie najpierw na wychowawcę, a potem na Aśkę. Uśmiechnęła się lekko, jakby mówiła „droga wolna, ja sobie dalej poradzę”.
-Witam kwiecie młodzieży!- powiedział swoim naturalnym głosem. Nie wiem dlaczego, ale do większej liczby uczniów zawsze tak się zwracał. Na początku brzmiało to zabawnie, lecz teraz już się wszyscy do tego przyzwyczaili. –Agnieszka, pozwól na chwilę.
Wskazał głową na drzwi.
Niepewnie ruszyłam w ich stronę. Już chciałam mu coś powiedzieć, ale podeszła do niego Marta. Przystanęłam za nim i czekałam aż wygłosi ona to co miała powiedzieć. Myślałam, że przezwyciężyłam już fazę związku, gdy przy obiekcie westchnień robiło mi się słabo. Jednak nie. Niestety nie. Jak łatwo było się domyślić na pierwszym miejscu były perfumy. To je pierwsza wyczułam i to one pierwsze podziałały na moje zmysły. Przejechałam lekko po jego marynarce. Była inna niż ta, którą miał założoną wczoraj. Miała jasny kolor zbliżony do kawy z mlekiem. Był w niej bardzo pociągający. Aż żal było stać obok niego i nawet nie móc zdobyć się na pocałunek.
-Panie Rafale, ja się chciałam zapytać, czy planuje pan założyć coś w stylu pen clubu?
-No Marto, właściwie już coś takiego istnieje, tylko, że nie było chętnych i nie ma takich swoistych spotkań. Należy do niego właśnie tylko Aga- musiał odwrócić głowę, ale uśmiechnął się do mnie. –Ona mi daje opowiadania do oceny i czasem ją łapię na przerwie, czy na lekcjach i daje ocenę. A chciałabyś również należeć?- spiął brwi. Trudno mu było utrzymać bezstronny ton, bo czas do przedstawienia leciał szybko, a najwidoczniej chciał jeszcze mi coś powiedzieć.
-Tak.- odpowiedziała zdecydowanie. –Mogłabym się zapisać?
Przytaknął. Nie wiedziałam skąd jej zainteresowanie „pen clubem”. Nie pamiętam, żeby była dobra z języka polskiego. Rafał chyba też nie i stąd na jego twarzy zdziwienie przeplatało się ze zdenerwowaniem.
-Po Nowym Roku zgadamy się na przerwie, dobrze?
Tym razem ona przytaknęła i z uśmiechem na twarzy wróciła na parapet.
-Chodź...- powiedział do mnie cicho. Wyszłam z szatni za nim, potem w korytarzu dopiero dorównaliśmy sobie kroku.
-Co jej się stało? Przecież ona z prac pisemnych ma same dostateczne!
Okropnie to zabrzmi, ale byłam oburzona, że teraz mówi o Marcie, a nie o tym po co mnie wyciągnął z szatni. Nie chciałam się z nim kłócić na korytarzu i w myślach już układałam naszą przyszłą rozmowę telefoniczną.
-To w takim razie dlaczego nie powiedziałeś jej, że nie powinna nawet się za takim czymś rozglądać!?
-Bo ma dobre chęci, a pen club ma również w założeniu zajęcia wyrównawcze.
-Ty chyba się nie słyszysz...
-Agnieszka...
-Co?- prawie krzyknęłam, bo cała w środku wrzałam. Rozmowa telefoniczna w mojej głowie właśnie się skończyła rzuceniem słuchawką.
-A jeśli to ona?
-Co ona?

---
:) Nie do wiary, że już aż tyle napisałam. Na komentarze nadal czekam. Pozdrawiam.

Podpis: 

hermenegilda kontynuowane
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy Miłość z internetu cz. XVI - sex panów Bliżej
nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz. zabawa pomiędzy dwoma facetami Podejdź bliżej
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.