http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
60

Wieczór jak nie co dzień.

  Ważniejsza od samego zdarzenia jest sama reakcja na nie.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W październiku nagrodą jest książka
Światła września
Carlos Ruiz Zafon
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Wieczór jak nie co dzień.

Ważniejsza od samego zdarzenia jest sama reakcja na nie.

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Marzyciele

Opowiadanko fantasy, które dzieje się w tym samym świecie co "Klęska czarnego władcy", ale poza tym nie ma z nim nic wspólnego. Uwaga, dość długie i nudne! Coś o szansie spełnienia marzeń przez dwóch, wprost sobie przeciwnych, marzycieli.

Świt Nowej Ery

Pewien podróżnik w czasie przybył do roku 2010... Kogo szuka i czy uda mu się wykonać zadanie? Moja wprawka w SF - swego rodzaju.

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1719
użytkowników.

Gości:
1719
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 1279

1279

Brak Tytułu

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
03-09-01

Typ
P
-powieść
Kategoria
Fantastyka/Edukacja/Hobby
Rozmiar
22 kb
Czytane
3892
Głosy
11
Ocena
4.59

Zmiany
03-09-01

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
R-za zgodą rodziców

Autor: clerick Podpis: Clerick
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Pierwsza część mojej książki opartej na podstawach stowrzonych przez J.K.Rowling. Odpieram ataki - to nie jest plagiat! Książkę piszę wyłącznie dla własnej przyjemności.

Opublikowany w:

nigdzie

Brak Tytułu

Prolog

Nad Anglią wstawał dzień. Słońce powoli wynurzało się zza horyzontu oblewając swoimi promieniami wszystko, co tylko znalazło się w jego zasięgu. Oświetliło również potężny, stary dwór położony na skraju lasu, opodal Windsoru.
Ten wspaniały gmach o ścianach czarnych jak smoła, opatrzony paroma strzelistymi wieżyczkami, zionący chłodem i dziwną, niepojętą dla zwykłego mugola energią, mógł należeć tylko do rodziny czarodziejów.
Albo raczej czarnoksiężników.
Taką właśnie rodziną był, niesplamiony śmiertelną krwią od wieków, ród Malfoy’ów.


Rozdział pierwszy
„Kuzynka Dracona”

Lucjusz Malfoy podszedł do okna i rozsunął zasłony. Zmrużył oczy. Chociaż zdążył już dawno przyzwyczaić się do blasku słońca, to jednak nade wszystko cenił sobie mrok. I ten rzeczywisty i ten, który płonął Wieczystym Ogniem w duszy każdego Czarnego Maga.
Pan Malfoy nie był niewątpliwie zwykłym czarodziejem. Jego konszachty z tym, którego imienia po dziś dzień nie wolno wymawiać przeszły już właściwie do historii czarnoksięstwa.
Ach, co to były za czasy! Pomyślał Lucjusz. Szło się ulicą, rzucało avadą gdzie popadnie i nikt nie miał prawa nic ci zrobić. Wszyscy drżeli przed nami, sojusznikami Wszechwładnego nazywanymi śmierciożercami...
Ale to nie mogło trwać wiecznie... Pojawili się ci Potterowie. Mówiłem Mistrzowi, zajmę się nimi. Ale on nie, nie i nie. Sam poszedł. Zabił Jamesa, Lily... Ale tam był ktoś jeszcze... ktoś potężny i niewidzialny. Obronił Harry’ego jednocześnie unieruchamiając Voldemorta.
Po tym wydarzeniu czarodzieje szybko ruszyli do ataku i żeby nie zgnić w Azkabanie trzeba się było tłumaczyć, że wszystkiemu winny jest urok rzucony przez Mistrza. Taka hańba! Ale wtedy Dracon miał już rok, nie mogłem zostawić go samego na pastwę tych wszystkich fanów młodego Pottera. Musiałem się Go wyrzec... musiałem.
To było dwanaście lat temu.
Teraz mój syn chodzi już do drugiej klasy. Nie powiem, żeby uczył się dobrze, ale…
Z rozmyślań wyrwał go pomruk dobiegający zza jego pleców. Odwrócił się i podszedł do leżącej na łóżku dziewczyny. Budziła się. Usiadł na skraju kunsztownie zdobionego łoża z czarnej stali i odruchowo przygładził długie, jasne włosy spływające mu na ramiona. Był przygotowany na szybkie uspokojenie dziewczyny i krótkie wyjaśnienie jej w jakiej znalazła się sytuacji.
Powoli otworzyła oczy i usiadła. Z jej twarzy błyskawicznie zniknął wyraz senności. Brwi zbiegły się u nasady nosa, czoło zmarszczyło, usta zacisnęły.
- Gdzie ja... Lucjusz Malfoy?!?!?!?
Tego chyba się nie spodziewał. Szybko jednak odzyskał zimną krew.
- Tak to ja, miło mi. Posłuchaj, jesteś…
- A to pewnie jest twój dwór... – powiedziała, rozglądając się dookoła. - Ciekawe czy naprawdę wygląda tak jak opowiadali...
Mężczyzna zmarszczył czoło. Tak naprawdę oczekiwał pewnego rodzaju respektu, pokory, szacunku do starszej, nieznajomej osoby. Szczerze zdziwiło go też jej zachowanie. Pomyślał, że będzie musiał odbyć z nią poważną rozmowę, jeśli ma ją tu znosić przez pewien czas. Jednak w tej dziewczynie było coś znajomego...
Miała trochę krótsze włosy od niego, wprost nieprzyzwoicie złote, które mieniły się w promykach słońca, rzucając dookoła oślepiające refleksy. Duże, piwne oczy były spokojne, ale zupełnie nie pasowały do tej, bądź co bądź, dziecięcej twarzy. Lucjusz dałby głowę, że należą do starego czarnoksiężnika, człowieka z dużym bagażem doświadczeń i posiadającym wielki magiczny potencjał.
Wciąż nie mógł uwierzyć, że siedzi przed nim dziewczyna mniej więcej w wieku syna, znająca go i zachowująca się... dokładnie jak on!
Przecież pan Malfoy nawet teraz nie miał żadnego szacunku do starszych i mądrzejszych, obrażał wszystkich ludzi gorszych od siebie, najchętniej tych najmniej majętnych. Dracon odziedziczył to po nim i w pewnym sensie był dumny z syna, choć zawsze starał się sprawiać wrażenie, że chciałby to z niego wykorzenić.
- Zaraz, ale dlaczego ja się tu właściwie znalazłam? – spytała, wyrywając go z rozmyślań już po raz drugi tego ranka.
- To bardzo długa historia.
- Długa historia… – powtórzyła wolno i zanurzyła się w zieloną głębię jego oczu.
Jeszcze nigdy nikt go tak nie świdrował wzrokiem. Wydawało się, że dziewczyna chce przejrzeć go na wskroś. Wytrzymał spojrzenie i odgarnął włosy z ramienia.
- Jak ci zapewne wiadomo, drogie dziecko… - jej oczy zwęziły się. – Przepraszam, zapomniałem, że masz już czternaście lat. A więc droga Laurence…
- Wybacz, Lucjuszu… - nie przypominał sobie, żeby przeszli na „ty”. – Skąd wiesz, jak mam na imię? Kto powiedział ci ile mam lat?
Pan Malfoy poczuł, że się gotuje. Ona jest tu dopiero od kilku godzin, nie wiem, jak zniosę jej obecność i ten pretensjonalny ton przez następne trzy miesiące… ale słowo się rzekło…
Wstał i wszedł w krąg światła. Oparł się o swoją laskę, spoważniał i powiedział:
- Nie zapominaj, że jestem czarodziejem…
Gdyby to był film, na pewno za oknem błysnęłaby w tej chwili błyskawica. Nic takiego jednak się nie zdarzyło. Mag wciąż skąpany był w promieniach przedpołudniowego słońca, co sprawiało, że bliżej było mu teraz do obrazu pociesznego wujcia, niż do Mroku.
Laurence prawie zamruczała.
- Jak ja to lubię… Zaraz, zaraz… - roześmiała się. – Przecież ty jesteś czarnoksiężnikiem, Lucjuszu.
- Widzę, że niewiele rzeczy da się przed tobą ukryć. Tak też myślałem. – musiał jakoś zachować twarz. – Jednak nie wydaje mi się, byś była poinformowana o najważniejszym. Mam się tobą opiekować przez najbliższy okres. – zrobił krótką pauzę, dla większego efektu. – Z polecenia twojego ojca.
Za oknem błysnął kolejny, wyimaginowany piorun.
- Tego mugola? – zrobiła minę, jakby miała się zrzygać.
- Oczywiście, że nie. Twojego prawdziwego ojca. – burza rozszalała się już na dobre. – W twoich żyłach płynie prawdziwa, czarnoksięska krew. Czy myślisz, że przyjąłbym cię pod swój dach, gdyby tak nie było? - prychnął pogardliwie dla podkreślenia tych słów. - Zresztą, czy nigdy nie wydawało ci się, że nie pasujesz do twojego domu we Francji? Czy nigdy nie nudzili cię rówieśnicy, którzy reprezentowali, jakże niższy poziom intelektualny?
- Tak. Ale…
- Cicho. Daj mi skończyć. – poprawił smolistą szatę. – Tam nie miałaś okazji się rozwinąć. Tutaj będziesz mogła naprawdę zaistnieć. Odkryjesz swoje magiczne zdolności i nauczysz się je wykorzysty-wać. Oczywiście pod moim, czujnym okiem.
- Pójdę do Hogwartu?
Lucjusz zasępił się. Nagle poczuł, że chyba polubi tą dziewczynę.
- Wydaje mi się, że tak byłoby najlepiej… Chociaż oczywiście będziesz miała prawo wyboru… Spotkałabyś innych, małych Czarnych Magów z ogromnym potencjałem w Slytherinie, do którego oczywiście cię przyjmą… Musiałabyś też nauczyć się eliksirów, w których nigdy nie byłem za dobry… - uśmiechnął się pod nosem. - Po za tym Dracon czułby się mniej samotny… Zresztą tak chce też twój ojciec…
- Co? Kto to jest?!?!?
- Wszystko w swoim czasie, młoda damo. Teraz muszę już pędzić do Ministerstwa Magii. To będzie… eee… twój pokój. W szafie masz kilka ubrań, mam nadzieję, że Narcyza wiedziała, co kupuje… Tak, więc… jak będziesz czegoś potrzebowała zwróć się do… eee…
- Skrzatów? – podpowiedziała.
- Tak, skrzatów. – zaśmiał się nerwowo i wybiegł z pokoju.
Odczekała dwadzieścia minut, po czym wstała z łóżka i podeszła do wielkiego lustra oprawionego w złotą ramę. Miała na sobie coś w rodzaju piżamy. Była to długa, czarna szata, z poszarpanymi rękawami do łokci i równie mocno zdewastowanym dołem. Na piersiach widniało wielkie, srebrne ‘L’.
Laurence pomyślała, że czegoś w tym stroju jeszcze brakuje. Dotknęła ręką pleców w miejscu, gdzie schodzą się łopatki i w jednej chwili wyrosły z niego olbrzymie, nietoperze skrzydła.
Dziewczyna w zdumieniu przypatrywała się swojemu odbiciu w lustrze; po chwili przeniosła wzrok na dłonie. Czy w nich drzemie potencjał, o którym mówił Lucjusz? Dlaczego rozmawiał z nią, jakby znali się od wieków? Kim tak naprawdę jest jej ojciec i dlaczego powierzył ja akurat Malfoy’owi? Czuła, że musi znaleźć odpowiedź na wszystkie te pytania.
- No tak, ale nie w tym stroju. – roześmiała się.
Zaczęła grzebać po szafach i w końcu włożyła na siebie czarne sztruksy Levisa, również czarny podkoszulek Big Stara, na plecy zarzuciła ciężką, smolistą pelerynę i wyszła z pokoju. Ostrożnie stąpając po puszystym, czarnym dywanie powoli odkrywała niezwykły czarnoksięski kunszt domu. Podłoga i ściany utrzymane były w szaro-ziemistej tonacji, imitującej cegły starego zamku (a może były prawdziwe?), natomiast wszelkie dodatki – począwszy od staroświeckich lichtarzy z prawdziwymi świecami aż do puszystych, perskich dywanów i ustawionych co kilka metrów komódek ze zdjęciami przybranymi w złocone ramy – były już całkiem czarne.
Laurence zaparło dech na ten widok. Kiedy po chwili doszła do siebie ruszyła w lewo. Po kilku sekundach wędrówki prostym jak strzała korytarzem dotarła do schodów prowadzących na wieżę. Zrozumiawszy, że znalazła się w lewym skrzydle zamczyska szybko podążyła w przeciwnym kierunku. Omijając swój pokój zauważyła, że drzwi są uchylone i z ciekawości zajrzała do środka. W środku krzątały się dwie skrzatki. Nie chcąc im przeszkadzać cichutko przeszła obok i pognała do schodów, którymi zbiegła w dół.
Stała teraz w olbrzymim holu, również stylizowanym na średniowieczny ozdobionych wielkimi, pięknymi rzeźbami i słynnymi, żywymi obrazami. Widniały na nich przede wszystkim zamki – przed murami toczono pojedynki, zasiadano do stołów, pasowano na rycerzy, zabawiano się na balach – w głębi dojrzała kilka postaci łypiących na nią groźnie spod wielkich tiar. Podeszła bliżej. Grupa wybitnych czarnoksiężników odzianych w czarne i ciemnozielone peleryny przerwała właśnie dyskusję o postępkach Voldemorta i obrzuciła dziewczynę niedbałym spojrzeniem. Do jednego z magów podszedł bardzo stary człowiek, z długą, siwą brodą, który przywędrował z sąsiedniego obrazu i szepnął mu kilka słów do ucha. Przez chwilę na twarzy młodszego z nich malowało się ogromne zdumienie, potem jednak śmiało podszedł do ramy, odchrząknął i rzekł:
- Witamy w naszych skromnych progach, Laurence.
Zszokowana, kiwnęła tylko głową.
- Chcielibyśmy życzyć Ci wielu sukcesów na czarnoksięskiej drodze życia i choć twego ojca mamy niejako w pogardzie, za czyny, których dokonał przeciw nam – wierzymy, że ty, zgodnie ze swoim przeznaczeniem, wesprzesz zło i zapiszesz się na zawsze w kartach historii Czarnej Magii.
Za jego plecami rozległy się gromkie oklaski i wszyscy magowie pokiwali z uznaniem głowami. Przemawiający rzucił jeszcze półgębkiem, gdzie ma szukać biblioteki i zasiadł przy stole by dokończyć tak brutalnie przerwaną debatę.
Laurence chwilę jeszcze stała pod obrazem i rozważała usłyszane słowa. Potem, przypomniawszy sobie o wskazówkach młodszego z magów, postanowiła udać się do biblioteki.
Olśnił ją ten widok. Wysokie na pięć metrów, hebanowe regały, kryły niezliczone ilości ksiąg i książeczek. Ciągnęły się wzdłuż trzech ścian, dając pośrodku miejsce owalnemu dywanowi, w kolorze skóry tygrysa, wygodnej kanapie, utrzymanej w tej samej tonacji i również hebanowemu stolikowi, na którym, przed bogato zdobionym, złotym krzesłem, leżał laptop. Podeszła bliżej i włączyła urządzenie. Kliknęła myszką na program obsługujący bibliotekę i zajrzała do niego. Zbiory były posegregowane ze względu na autora, rok wydania, liczbę stron, wartość i tematykę. Dziewczyna natychmiast kliknęła na ostatnią listę. W dziale: Nauka znalazła folder „Dla początkujących” mieszczący kilkanaście pozycji. Na chybił trafił wybrała książkę i podeszła do półki wskazanej przez komputer.
- „Rudyment – czyli co rozumie się przez słowo podstawa w europejskich szkołach magii ” – odczytała na głos tytuł.

- Lucjusz Malfoy przy telefonie. Słucham?
- Wiesz, kto mówi.
- Jasne! Co u ciebie? – mag ucieszył się szczerze.
- Będę się streszczał. Na razie radzę sobie całkiem nieźle… ale… mniejsza o mnie. Jak Laurence? Już ją znalazłeś?
- Tak, kilka dni temu. Przyjechała do Londynu na wycieczkę z tymi mugolami. Szczegóły opowiem Ci przy spotkaniu. W każdym razie wszystko dokładnie tak, jak zaplanowałeś… Teraz Laurence prawie nie wychodzi z biblioteki. „Rudyment” zna już na pamięć. Zacząłbym z nią ćwiczenia praktyczne, ale…
- Jest coś, o czym nie wiesz. – rozmówca przerwał mu w pół zdania.
- Mów. – ponaglił Malfoy.
- Ona ma Moc.

Dracon Malfoy siedział samotny w przedziale expressu, wiozącego uczniów Hogwartu do domów, po roku pełnym niezwykłych wrażeń i przygód. Voldemort otworzył Komnatę Tajemnic – straszliwy potwór – bazyliszek – siał postrach wśród czarodziejów pochodzących z nie magicznych rodzin. Chłopiec w głębi serca żałował, że żaden z nich nie zginął. Może to by wreszcie oduczyło Dumbledore’a przyjmo-wania do szkoły szlam.
- Hogwart schodzi na psy. – zwykł powtarzać jego ojciec.
Pamiętał, jak dwa lata temu w domu rozgorzała walka: ojciec chciał posłać go do Durmstrangu, gdzie nie tylko mówi się otwarcie o Czarnej Magii, ale również jej naucza; matka za to wolała by był bliżej domu i uczęszczał do Hogwartu. Biedny Dracon musiał wysłuchiwać kolejno wszystkich wad Hogwartu i zalet Durmstrangu od ojca, a potem na odwrót – od matki. W końcu pierwszy przyszedł list ze szkockiej szkoły.
- Pieprzona rejonizacja. – warknął wtedy Lucjusz i rzucił w Zgredka takim zaklęciem, że skrzat odnalazł się kilka dni później w Edynburgu.
Dracon westchnął. W Hogwarcie wszyscy znali jego ojca. Od początku wiedział, że będzie wiódł prym. I wiedzie – przynajmniej w swoim domu. Cała reszta skupia się na Potterze i tej szlamie Granger, która myśli, że pozjadała wszystkie rozumy. Ale kiedyś dam im popalić – pomyślał i wystawił swój kufer na korytarz. Pociąg zbliżał się już bowiem do Londynu.
- Hej! Draco! – usłyszał gruby, obleśny głos Goyle’a.
Ku niemu szło dwóch osiłków obładowanych przysmakami pochodzącymi z wagonu restauracyjnego. Półmózgie istoty, które żyły tylko po to, by wykonywać jego polecenia. Szczerze ich nienawidził, ale jako chłopiec niezwykle przebiegły i cwany tolerował te zwierzęta – stanowiły jego osobistą ochronę i skutecznie odstraszały nawet starszych uczniów przed atakiem na niego - nikomu bowiem nie szczędził wyzwisk.
- Odłóżcie to żarcie i lepiej pomóżcie mi z kufrem. – warknął.
Crabbe i Goyle posłusznie chwycili dobytek Malfoya i ruszyli w stronę wyjścia. On sam przewiesił przez ramię swoją ukochaną miotłę – Nimbusa 2001 – i leniwie powlókł się za nimi.
Od razu dostrzegł swojego ojca na peronie. Jego uwagę przykuł fakt, że był czymś dziwnie podekscytowany: przestępował z nogi na nogę, był rozpromieniony, jak rzadko kiedy.
- Cześć mały! – przyskoczył do niego i palnął w plecy.
- Tato, proszę. – wyszeptał, czując, że się czerwieni.
- Ładuj kufer i jedziemy do domu! – krzyknął entuzjastycznie i ruszył dziarsko w stronę portalu.
Dracon skinął na swoich pomocników jednocześnie wciąż obserwując ojca. Był w ciężkim szoku. Po chwili opanował się jednak i ledwo ustając na nogach wszedł do świata mugoli. Szybko skierował swoje kroki ku stojącemu przed dworcem sportowemu, czarnemu BMW. Zasiadłszy obok ojca zapytał:
- Tato, wszystko w porządku?
- Jasne! W domu czeka na ciebie wielka niespodzianka! Ręczę, że ci się spodoba! Cholera! Dla mnie też było nie lada przyjemnością odkrywanie jej… jej zdolności, oczywiście. – Draco mógłby przysiąc, że jego ojciec lekko się zmieszał.

Laurence słyszała już bardzo wiele opowieści o ukochanym synu Lucjusza, a teraz nie mogła się doczekać, by wreszcie go zobaczyć. Od rana stała więc przed lustrem i przymierzała wszystko, co tylko znalazło się w zasięgu Mocy. W końcu zdecydowała się na chłodną elegancję – wybrała długą, czarną spódnicę i prosty czarny bezrękawnik ze złoceniami, na to narzuciła pelerynę i zeszła po marmurowych schodach, akurat w momencie, gdy sportowe auto parkowało na podjeździe.
Potężne, dębowe drzwi uchyliły się i do środka wszedł niezwykły chłopiec.
Już z daleka dostrzegła jego bystre, inteligentne, błękitne oczy wkomponowane w iście arystokratyczne oblicze: szlachetne rysy, delikatne zmarszczki w kącikach ust świadczące o częstym wykrzywianiu ich w ironicznym uśmieszku, wysokie czoło, pociągła twarz. Miał bardzo jasne blond włosy gładko przylegające do skóry czaszki.
Laurence poczuła, że jej serce bije szybciej, a oczy wciąż chłoną każdy szczegół szczupłej sylwetki niezwykle przystojnego chłopaka, odzianego w czarną pelerynę z godłem Slytherinu i zielonymi lamówkami. Wyciszyła jednak wszystkie denerwujące ją objawy i postąpiła kilka kroków w stronę Dracona, który wciąż tkwił w drzwiach, patrząc na nią co najmniej dziwnie.
- Witaj. Jestem Laurence…
- …Malfoy. Laurence Malfoy. To twoja daleka kuzynka Draconie. – Lucjusz zaportował się tuż za nią i objął ramieniem.
Dziewczyna popatrzyła na niego z wyrzutem. Przybrał jednak minę p.t.: „Trzymaj się tej wersji.”, więc dała sobie spokój i uścisnęła rękę Draconowi, który zdążył już odzyskać zimną krew.
- Jestem Draco… Ale… pewnie tata już ci o mnie opowiadał, co?
- Oczywiście. Słyszałam o tobie dużo dobrego…
Chłopiec uśmiechnął się. Wtaszczył swój kufer do holu, po czym wyciągnął różdżkę, ale Laurence podbiegła do niego i powiedziała:
- Mogę?
I użyła magii w sposób najdziwniejszy, jaki kiedykolwiek miał okazję oglądać: dotknęła kufra ręką (smukłą i wypielęgnowaną, jak zauważył) i skinęła na niego. Ruszył więc w stronę schodów, a skrzynia podążyła za nim, lewitując kilkanaście centymetrów nad posadzką.
- Zaklęcie przywiązujące. Cifferus. – Laurence już wspinała się obok niego po schodach. – Bardzo praktyczne. Ale… Jakiego ty chciałeś użyć zaklęcia?
- Microno. Pomniejszającego. Chociaż jeszcze rok temu najbardziej wygodne wydawało mi się Wingardium Leviosa.
- Och, no tak. Jest bardzo nieporęczne, trzeba cały czas kontrolować dany przedmiot Mo… znaczy różdżką. – zarumieniła się lekko, ale chyba tego nie zauważył.
- Do jakiej szkoły magii chodzisz? – zapytał Dracon, pragnąc się jak najwięcej o niej dowiedzieć.
- Hm… To znaczy… Jakby ci tu powiedzieć… Jeszcze do żadnej.
Zatrzymał się w połowie schodów. Po prostu go zatkało.

Letnie dni wakacji mijały im szybko, choć nie od razu znaleźli wspólny język. Draco zdziwił się trochę, kiedy ojciec oznajmił mu któregoś dnia, że Laurence od nowego roku szkolnego zacznie nauką właśnie w Hogwarcie.
- A egzaminy? – uczepił się pierwszej rzeczy, jaka przyszła mu do głowy.
- Gadałem już z Dumbledore’m. Wyjedzie do Hogwartu na tydzień przed pierwszym września. Zda testy z ostatnich dwóch lat i zaaklimatyzuje się.
Od tego czasu już nie poruszali tematów związanych bezpośrednio z przyszłością i przeszłością Laurence. Ale Draconowi to wcale nie przeszkadzało. W ciągu kilku tygodni, które spędzili razem w słynnym kurorcie dla czarodziei w Wellington na Nowej Zelandii zdążył przekonać się, że jego kuzynka posiada wiele zainteresowań, które podziela. Całymi dniami więc pływali, surfowali, przesiadywali w hotelowej kawiarence internetowej, czytali podobne książki, zaśmiewali się do rozpuku z napotykanych mugoli i godzinami rozprawiali o nowinkach w świecie magii, ale przede wszystkim poznawali się nawzajem. Pod koniec pobytu na południowej półkuli zaczęli dostrzegać u siebie również wspólne cechy charakteru. Lubili ironizować, śmiali się z tych samych rzeczy, często wpadali sobie w słowo, ponieważ każde z nich myślało w jednej chwili o tym samym, często rozumieli się bez słów.
O tą swoistą więź, która się między nimi wytworzyła zdawał się być zazdrosny Lucjusz. Niechętnie patrzył, jak rzucając: „Wychodzę z Draconem, nie wiem, kiedy wrócimy”, wymykała się na całe popołudnia, a późnymi wieczorami wracała roześmiana, opalona i szczęśliwa. Nie mógł jej tego zabronić, ale czuł, że syn mu ją zabiera, nawet jeśli działo się to nieświadomie.
- Synu… Jak tam się układają twoje kontakty z Laurence? - zagadnął go pewnego dnia.
- Świetnie. Nie wiedziałem, że umie surfować i jest taka dobra w grach komputerowych… Jak można nazwać nasze kontakty? Myślę, że jesteśmy dobrymi kumplami. Zwróciła się tak nawet do mnie kilka dni temu… - popatrzył na niego dziwnie. - Żałuję, że nie poznałem jej wcześniej. – uciął i odszedł.
Nie powiedział tego wprost, ale Lucjusz wiedział, że jego własny syn ma do niego żal. Nie poruszał już tego tematu. Starał się natomiast więcej przebywać w towarzystwie samej Laurence, oczywiście nie za często, by żona nie zaczęła czegoś podejrzewać.
Na początku sierpnia wrócili pod Windsor do dworku Malfoyów, by dopilnować remontu podziemi, w których znajdowała się sala gimnastyczna i basen. A już tydzień później Laurence zasugerowała, że tak naprawdę nie ma się w co ubrać, a przecież musi jakoś wyglądać w nowej szkole. Wtedy w Lucjuszu obudziło się od dawna ukrywane marzenie – posiadanie córki, którą mógłby obsypywać wszystkim, czego tylko sobie zażyczy. Cóż z tego, że dziewczyna była córką jego przyjaciela? Miał ją pod opieką, a i ta, jak wszystko, co musiało go dotyczyć, powinna być idealna. Oświadczył więc pewnego dnia przy wspólnej kolacji, że ma zamiar udać się z Laurence na zakupy związane z rozpoczynającym się już niedługo nowym rokiem szkolnym. Narcyza stwierdziła, że na ulicy Pokątnej zabawią nie dłużej niż dzień, więc raczej nie ma sensu robić z tego wielkiej wyprawy, na co Draco i Laurence, wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenia wybuchnęli spazmatycznym śmiechem.
- Miałem raczej na myśli wyprawę do Centrum Magicznego Madame Le Magic w Paryżu… - wyjaśnił nieco skonsternowany Lucjusz.
Zapadło denerwujące milczenie. Decyzję prawie natychmiast podjął Draco.
- Chodź, Lauri. Idziemy się spakować.
Dwa tygodnie później Laurence Malfoy stała już w przedsionku Hogwartu z wyprawką godną prawdziwej księżniczki zamkniętą w dwunastu hebanowych kufrach. Patrząc na wielkiego orła bielika, który należał do jej ojca i ściskając podobnego, lecz mniejszego i srebrnego na wisiorku, który podarował jej Draco czekała na profesor McGonagall, która miała zaprowadzić ją do jej tymczasowej sypialni w lochach Slytherinu.

Podpis: 

Clerick te wakacje
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Legenda o Lerharze Smokobójcy Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy Miłość z internetu cz. XVI - sex panów
Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy? nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz. zabawa pomiędzy dwoma facetami
Sponsorowane: 50
Auto płaci: 500
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 25

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.