http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
60

Wieczór jak nie co dzień.

  Ważniejsza od samego zdarzenia jest sama reakcja na nie.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W październiku nagrodą jest książka
Światła września
Carlos Ruiz Zafon
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Wieczór jak nie co dzień.

Ważniejsza od samego zdarzenia jest sama reakcja na nie.

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Marzyciele

Opowiadanko fantasy, które dzieje się w tym samym świecie co "Klęska czarnego władcy", ale poza tym nie ma z nim nic wspólnego. Uwaga, dość długie i nudne! Coś o szansie spełnienia marzeń przez dwóch, wprost sobie przeciwnych, marzycieli.

Świt Nowej Ery

Pewien podróżnik w czasie przybył do roku 2010... Kogo szuka i czy uda mu się wykonać zadanie? Moja wprawka w SF - swego rodzaju.

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1602
użytkowników.

Gości:
1602
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 13499

13499

Nocny Pianista - koniec IV i V rozdział.

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
05-03-04

Typ
P
-powieść
Kategoria
Fantasy/Romans/Psychologia
Rozmiar
47 kb
Czytane
1364
Głosy
1
Ocena
3.00

Zmiany
05-03-04

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
R12-powyżej 12 lat pod nadzorem i za zgodą rodziców lub dorosłych

Autor: Pani Snape Podpis: Ta, która tworzy z Pasją...
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Żyjmy naszą wyobraźnią! :) Ciąg dalszy...

Opublikowany w:

Nocny Pianista - koniec IV i V rozdział.

- Nie podobało ci się, ojcze? – Harry spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Nie – odparł krótko lord Gautain. – Muszę... – zamilkł nagle, jakby miał zamiar powiedzieć coś niewłaściwego. – Czekaj na mnie w sali balowej, Harry. Ja muszę coś załatwić.
- Dobrze, ale nadal nie rozumiem...
Gautain nie zdążył odpowiedzieć na pytanie syna. Zniknął w tłumie podekscytowanych widzów, zmierzających do sali balowej.
Gerard jeszcze przez chwilę, po opadnięciu kurtyny, trzymał w objęciach Veronicę.
- Nie myliłem się... – szepnął. – Czy... czy chciałabyś poznać inny świat? Taki, o jakim zawsze marzyłaś. O jakim marzy wielu.
- Co mam przez to rozumieć?
- Pytam tylko czy chcesz...
- Ja...
- Veronico!
Zupełnie jak z pod ziemi wyrósł przed nimi lord Gautain.
- Mogłabyś mnie zostawić samego z tym... panem?
Veoronica westchnęła ciężko i kiwnęła głową.
- Będę w garderobie – oznajmiła, spoglądając po raz ostatni na twarz Gerarda.
Zdawało jej się czy uśmiechnął się szelmowsko, puszczając do niej oko?
- Panie... – zaczął lord Gautain lekko zbity z tropu.
- Lauvier. Gerard Lauvier – wyciągnął dłoń, lecz ojciec Veronici nie odwzajemnił tego gestu.
- Tak więc sir Luvier... Nie wiem kim pan jest, ale nie podobało mi się to, co pan robił na scenie, razem z moją córką.
- Mniemam, że pan kocha muzykę, tak samo mocno jak Veronica – odrzekł Gerard, mierząc uważnym spojrzeniem swego rozmówcę. – Pana córka jest niezwykłą osobą, utalentowaną przede wszystkim i byłoby hańbą dla świata, gdyby ten talent został zmarnowany.
- O to proszę się nie martwić. Veronica dziś pokazała na co ją stać, lecz nie podobało mi się to, co śpiewała razem z panem. Zwłaszcza, że tego występu nie było w programie i obawiam się, że to, co się stało, stało się nielegalnie i w dodatku zgorszyło zebranych.
- Zgorszyło? Jakim prawem pan tak mniema?
- Prawem swego ojcostwa. Może technika wokalna była bez zarzutu, ale obściskiwanie mojej córki na oczach tysięcy widzów to już nie jest nic godnego uwagi. Odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że pan pożąda Veronicę i to w taki sposób, w jaki tylko złoczyńca może to robić.
Laska, którą Gerard właśnie wziął do ręki, upadła z trzaskiem na ziemię.
- Pan coś sugeruje, sir? – Lauvier zmrużył oczy, które zaczęły ciskać złowrogie iskry.
- Tak, sugeruję, by zostawił pan moją córkę w spokoju. Będę wdzięczny za tę drobną przysługę.
Gerard przestał mrużyć oczy. Wręcz przeciwnie. Lewa powieka lorda Gautaina zaczęła nerwowo drgać. Nieznajomy rzucał mu tak złowrogie spojrzenie, iż ledwo je wytrzymywał.
- Źle się składa, panie Gautain – szepnął Gerard. Jego szept był jak syk rozdrażnionego węża. – Nie zamierzam spełniać pana „drobnej przysługi”. Zamierzałem właśnie wziąć Veronicę pod własne skrzydła i wyszkolić ją tak, jak należy. Nie będzie miała sobie równych. To, co dziś pokazała, to był zaledwie początek. Ale pan tego nie rozumie. Nie rozumie takich, jak my. Jest pan tylko biernym widzem, który podwyższa swoją własną samoocenę, leczy swoje chora ja, słuchając prawdziwych talentów. Jesteśmy szczęśliwsi, bo mamy siebie i to, co się nazywa powszechnie pasją, choć nią wcale nie jest. A pan nie ma nic. Pan może tylko tego pragnąć i marzyć o tym, co jest dostępne tylko dla nas.
Lord Gautain wykrzywił wargi z obrzydzenia.
- Jest pan chory, Lauvier. Jeżeli tknie pan moją córkę, to spotkamy się przed prawem. To wszystko.
- Nie, to nie wszystko. Myśli pan, że stanie się przeszkodą dla mnie i Veronici?
- Jej proszę w to nie mieszać. Żegnam pana.
Gerard jednak uprzedził lorda Gautaina, który zamierzał odejść i stanął tuż przed nim. Tak blisko, że niemal stykali się nosami. Ojciec Veronici cofnął się lekko. Lauvier był od niego wyższy i zdawało się, że właśnie ogarnęło go szaleństwo.
- Veronica będzie się uczyć pod moim okiem i pan nie będzie ku temu przeszkodą.
- Po moim trupie!! – krzyknął rozeźlony Gautain.
- Ach tak? – na twarzy Gerarda pojawił się kpiący uśmieszek. – Biada tym, którzy nadaremno wzywają imię śmierci. Może pan nie wie, ale ja zawsze osiągam to, czego chcę, a skoro pan wyzywa mnie na ten pojedynek i nie chce iść na ugodę... Niech więc pan porozmawia teraz z tą, której imię tak nieroztropnie pan przed chwilą wywołał! – głos Gerarda ponownie przybrał oddźwięk syku węża.
Veronica wolnym krokiem szła w kierunku garderoby. Nie miała ochoty brać udziału w balu. Postanowiła przebrać się i wrócić jak najszybciej do domu.
Kilka minut temu przeżyła coś, o czym zawsze pragnęła. Stała się sławna i zaśpiewała z kimś, kogo zaczęła postrzegać jako swego mistrza. Kim był Gerard Lauvier? Miał nieziemski głos, dar przekonywania i wydawało się, że znał jej uczucia, myśli. W takim razie czy to mógł być zwykły człowiek, jakich wielu przybyło dzisiejszego wieczoru? Nie. Przez kilkanaście minut ich wzajemnego towarzystwa poznał ją lepiej niż ktokolwiek inny. Mogła mu zaufać. Wyglądał na takiego, którego poraził jej talent. Było to bardzo pochlebiające.
Stanęła przed wielkim lustrem i uśmiechnęła się do siebie. Mój Mistrz Muzyki, pomyślała. Mój Mistrz Muzyki mnie znalazł. Wybuchnęła niepohamowanym śmiechem. Przykleiła nos do lustrzanego szkła. Dostrzegła coś w swoich oczach. Coś, czego wcześniej nie widziała. To był ten piękny odblask muzycznego szaleństwa, jaki zauważyła u Gerarda.

W sali balowej Harry niespokojnie spoglądał na zegarek.
- Gdzie jest twój ociec? – zaczepił go wuj Edward.
- Sam bym to chciał wiedzieć, wuju. Zaraz po ostatnim występie Veronici ulotnił się gdzieś. Mówił, że musi coś załatwić.
- Ach tak... – mruknął Edward. – Widziałeś jak ona śpiewała, jak on śpiewał? Muszę poznać tego mężczyznę, który był z nią na scenie. To się nazywa prawdziwy talent!
- Ojcu się to nie spodobało – odparł z rozżaleniem Harry. – Jestem pewien, że to właśnie w tej sprawie poszedł coś zrobić. W końcu Veronici też nie ma.
- Nigdy go nie rozumiałem... - wuj Edward westchnął żałośnie i oddalił się w kierunku plotkujących z ożywieniem kobiet.
Harry’ emu nagle wydało się, że coś słyszy. Muzyka w sali była bardzo głośna, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że coś jednak słyszy. Inni też zaczęli odnosić podobne wrażenie, bo przestali rozmawiać, nasłuchując uważnie. Wkrótce sam dyrygent, jak i orkiestra zamilkli. Nastąpiła kilkuminutowa cisza, po czym nagle rozległ się tak donośny głos, że już nikt nie miał żadnych wątpliwości.

Biada tym, którzy nadaremno wzywają imię Śmierci!

Kilka panien upuściło kieliszki z winem. Głos odezwał się ponownie. Wszyscy zastygli w przerażeniu. Kamienna chimera, wyrzeźbiona tuż nad drzwiami zamrugała zielonymi ślepiami i zaczęła złośliwie chichotać. Zatrzęsły się mury filharmonii.

Biada tym, którzy nadaremno wzywają Jej imię!
Porozmawiaj z tą, która nieubłaganie przyjdzie po każdego
Tą, która nie zna litości i przebaczenia!
Nigdy nie wymawiaj nadaremno imienia Śmierci!

Jakaś młoda dziewczyna zemdlała.
- To głos Boga! – krzyknął duchowny, którego twarz stała się nagle blada jak ściana. – Bóg woła o pomstę! Biada nam... Krew, krew się przelała!
W sali balowej zapanowała panika. Wszyscy zaczęli w panice uciekać, w kierunku wyjścia.
Głos znów dał o sobie znać.

Mistrz Muzyki cię wzywa!
Chodź do mnie, ma muzo!

- Idziemy do piwnic! Biegiem! – Harry i kilku jego przyjaciół udało się w kierunku dolnego korytarza, z którego dobiegał głos.
Przecisnęli się przez spanikowany tłum i zbiegli ze schodów. Drzwi do piwnic były zamknięte na cztery spusty.
- Musimy się tam dostać przez scenę! Drugie wejście jest tuż za sceną! Do sali koncertowej!
Ponownie zaczęli się wspinać po schodach. Z hukiem wpadli do sali, w której niespełna godzinę temu odbył się niezapomniany koncert. Kurtyna była uniesiona w górę. Na środku sceny leżał lord Gautain, w kałuży krwi. Ta sama krew kapała mu z ust.
- Ojcze! – Harry podbiegł do niego, padając na kolana. – Kto ci to zrobił, tato!?
Gautain otworzył usta. Jego oczy rozszerzyły się w spaźmie przerażenia.
- Pilnuj Veronici, Harry... To szaleniec... Ma władzę nad śmiercią... – bełkotał.
- Kto, ojcze, kto!? –Harry potrząsnął nim.
- Pilnuj siostry... On nie jest człowiekiem...Nie pozwól mu jej zabrać... Harry... – krew ponownie wypłynęła z jego ust.
- Ojcze, powiedz kto...
Lord Gautain jednak nie powiedział kto. Nabrzmiałe, czerwone powieki zamknęły się. Skonał.
Harry oddychał głęboko. W jego oku pojawiła się łza, która jednak nie spłynęła.
- Nie gapcie się tak! – krzyknął w stronę przerażonych mężczyzn. - Szukajcie mojej siostry! Szukajcie!
Sam wstał i podbiegł do ściany, na której wisiały ozdobne szable. Zdjął tę największą i najbardziej okazałą, po czym potarł palcem o jej ostrze. Kropelki krwi spłynęły na ziemię.
- Przysięgam na mą krew, że nie spocznę, dopóki nie odnajdę zabójcy mego ojca! Strzeż się ty, kimkolwiek jesteś! Nie zaznasz spokoju, bo ja nie umrę, dopóki nie pomszczę przelanej krwi!
- Paniczu Gautain! – do sali wbiegło kilka osób. – Szukaliśmy wszędzie panny Veronici, ale nigdzie jej nie ma! Nie ma jej w garderobie, nie ma na sali...


Veronica szła ciemnymi korytarzami piwnicy. Cała filharmonia niemal trzęsła się od tajemniczego głosu.

Mistrz Cię woła!
Chodź do mnie, ma muzo!
Jam twym Mistrzem Muzyki!
Chodź do mnie, chodź!

Zatrzymała się nagle, bo zdało jej się, że dostrzegła małe światełko pośród ciemności korytarza. Tak było istotnie. Światełko przybliżało się i przybliżało. Im było bliżej, tym nabierało bardziej zielonego blasku. Gdy znalazło się tylko kilka stóp od Veronici, przybrało postać malutkiego, intensywnie zielonego punkciku. W korytarzu rozjaśniło się nieco.
Nie było już punkciku. Tuż przed Veronicą stał Gerard Lauvier. Nie był to jednak ten sam Gerard, z którym śpiewała na scenie. Ubrany w zieloną, lśniącą, jedwabną kamizelkę i czarną, długą do ziemi pelerynę, która powiewała z taką siłą, jakby stali w centrum huraganu, choć w korytarzu nie było najlżejszego powiewu wiatru, wydawał się wyższy i bardziej przystojny. Na środowym palcu prawej dłoni, która spoczywała na złotej lasce, lśnił ogromny, szmaragdowy sygnet i to prawdopodobnie on był tym światełkiem, który widziała Veronica.
- A więc jesteś ma muzo. Zdecydowałaś się przyjść? – odezwał się ciepłym głosem.
- Nie wiem o co chodzi... Kim pan jest? – szepnęła, wpatrując się w niego z zachwytem.
- Nieważne kim jestem. Dla ciebie Mistrzem Muzyki, na którego czekałaś, prawda?
Veronica milczała. Czarne oczy Gerarda połyskiwały w półmroku.
- Jesteś gotowa pójść wraz ze mną, tam gdzie ci proponowałem?
- A co tam jest?
Gerard uśmiechnął się.
- Coś, na co zasłużyłaś, a na co inni nie.
- Dlaczego akurat ja? – dziewczyna przekomarzała się trochę. Chciała poznać intencje nieznajomego.
- Dlaczego ty? A czyż nie wspominałem ci, że jesteś uosobieniem piękna, talentu i pasji? Zostałaś wybrana i niedługo będziesz dziękować Bogu za ten zaszczyt.
- Inni chyba tak nie myślą jak pan – zauważyła.
- Nie patrz na innych. Dla mnie jesteś... – urwał.- Po prostu jesteś... Uwierz w siebie. Uwierz w to, co razem możemy stworzyć. Przejdzie to twoje najśmielsze pragnienia!
- Powinnam chyba powiedzieć rodzinie, gdzie się udaję...
- Nie musisz. Oni i tak nie uwierzą. Są tylko ucieleśnieniem zwykłych śmiertelników. My jesteśmy inni, lepsi. Chcesz się przekonać?
Gerard wyciągnął do niej dłoń. Szmaragd na palcu zabłysnął.
Veronica chwyciła jego dłoń, wpatrując się z niedowierzaniem w sygnet. Przeniosła wzrok na twarz Gerarda, który ponownie się uśmiechnął. Odwzajemniła uśmiech i pocałowała sygnet.
- Nie musisz tego robić. Nie jesteś kimś gorszym ode mnie. Stałaś się częścią mnie, tą lepszą częścią. Chodź, pójdźmy tam, gdzie wzywa nas nieubłagane przeznaczenie.
W korytarzu ponownie zapanował mrok. Veronica trzymając mocno dłoń Gerarda, trzęsła się trochę.
- Nie bój się – szepnął. – Posłuchaj, co mam ci do powiedzenia.
Nagle gdzieś w oddali rozległ się dźwięk fortepianu. Tak cudowny, spokojny dźwięk, iż przelewał w Veronicę cały swój spokój i wzruszenie. Melodia płynąca z fortepianu stawała się co raz głośniejsza. Dziewczyna nie słyszała jak w oddali ciemnego korytarza woła ją brat i inni. Tamte głosy zostały zagłuszone, aż w końcu umilkły całkowicie. Veronica wzięła je za wymysł swojej wyobraźni. Gerard zatrzymał się nagle.
- Co się dzieje? – zapytała.
- Nic, nic, moja muzo... nic. Po prostu... zamknij oczy.
- Dlaczego?
- Zrób to – położył nagle swoje dłonie na jej oczach. Były przyjemnie chłodne.
Całe jej ciało przeszył dreszcz. Był jednak tylko chwilowy. Po nim nastąpiła fala ciepła. Tak, jakby przed chwilą wypiła kilka filiżanek gorącej kawy.
- A teraz słuchaj... słuchaj... – szepnął jej do ucha Gerard.
Fortepianowa muzyka rozległa się ponownie. Tym razem akompaniował jej głos Gerarda.


Melodia Nocy szarpie struny ciemności
Ciemność wdziera się w Twój umysł...
Pobudza imaginacje...
Rodzi się Twa wyobraźnia, czujesz ją wszystkimi zmysłami
Cisza przestaje być nagą
Ubierają ją gwiazdy...
Ubierają w Muzykę Nocy, którą ja komponuję

Veronica nie czuła już pod sobą kamiennej posadzki korytarza. W ogóle nie czuła, że mogłaby po czymś stąpać. Gerard okrążał ją i raz po raz kładł na jej oczach swoje dłonie, jakby chciał się upewnić, że ich nie otwiera. Słyszała jak śpiewa i jak ten śpiew wypełnia swoim ciepłym spokojem każdy cal jej ciała i umysłu.

Powolutku, cichcem... Noc zbliża się w swym splendorze
Dotknij jej! Wyczuj ją! Zrozum jej głos!
Rozbudź swe uczucia...
Uwierz, Muzyka Nocy jest tutaj...
Znajdź jej światło w ciemnościach
Zaufaj ciemnościom mej Muzyki Nocy!
Gerard przyjemnie łaskotał ją po szyi czymś miękkim. Chciała tego dotknąć, uśmiechnęła się nawet, ale nie mogła tego dosięgnąć. Szli dalej, stąpając nie wiadomo po czym, a Gerard śpiewał nadal, gładząc jej włosy.

Zamknij swe oczy
One nie powiedzą Ci tej prawdy, której szukasz
Ta prawda jest tylko w Tobie...
W ciemności tak łatwo jest być prawdziwym
Zobacz więc tę prawdę moimi oczyma!

Zatrzymali się. Gerard okrążał ją, dotykał jej twarzy, oczu, włosów, szeptał do ucha.

Delikatnie, czule... ma Muzyka Cię pieści
Poczuj to! Usłysz to!
Jej melodia Cię posiądzie...
Otwórz umysł, niech Twa wyobraźnia ożyje!
Nie walcz z ciemnością i jej Muzyką... Muzyką Nocy

Zamknij oczy i rozpocznij podróż do nowego świata!
Zostaw za sobą to, co dotychczas znałaś...
Zamknij oczy i niech Muzyka uczyni Cię wolną!
Wtedy będziesz należeć tylko do mnie...

Veronica czuła, że chodzi jak we śnie. Spokojnie stąpała, jakby w powietrzu, ogarniało ją też dziwne uczucie szczęścia i ciepła.
- Teraz otwórz swe oczy – odezwał się Gerard.
Otworzyła i przez chwilę myślała, że śni.
- Gdzie my jesteśmy? – szepnęła.
Pod nimi był tylko biały puch chmur, nad nimi granatowa czeluść nocnego nieba, usianego gwiazdami. W powietrzu unosiły się delikatne, bezbarwne smużki dymu, które gdy tylko wpadały na jakąś gwiazdę, zaczęły lśnić jak krople rosy w kolorach tęczy i po chwili pękały jak bańki mydlane.
- Co to jest? – zapytała.
- Miejsce ponad czasem i myślą – uśmiechnął się Gerard. – Podaj mi rękę, schodzimy. Nie stąpaj po gwiazdach. Nie niszcz ludzkich marzeń – dodał.
Chmury rozstąpiły się. Przed nimi wyrosły na wpół przezroczyste schody, prowadzące w dół.
Veronica ujrzała przed sobą wieże zamku, zatopione w chmurach, połyskujących od blasku gwiazd. Gerard wskazał jej jedną z wież zamku, po czym niemal krzyknął, tłumiąc nutę radości w głosie.

Powoli stąpamy po gwiazdach życia... Nie bój się ich!
Dotknij mnie... Zaufaj mi!
Powierz mi swe emocje
Niech nasz sen się rozpocznie!
Niech i Twa Muzyka rozbłyśnie w ciemności...
Piszmy ją razem!
Pomóż mi, pomóż tworzyć i rządzić właśnie nią...
Teraz już naszą...
Muzyką Nocy!

- Nocny pianista – szepnęła z zachwytem Veronica, po czym straciła przytomność.

Wieczór, który miał być wieczorem chwały i piękna, stał się koszmarem. Koszmarem dla wielu ludzi, zwłaszcza dla młodego Harry’ ego, na którego rękach skonał własny ojciec.
Tego dnia filharmonia została przeklęta i zbrukana krwią Lorda Gautaina, który jak wielu innych, zwykłych ludzi, widział to, co chciał widzieć i nie zdążył odkryć w sobie naiwnego dziecka, którym okazała się Veronica. I to właśnie ona stąpała owego wieczoru po gwiazdach ludzkich marzeń.

V

Pierwsze promienie porannego słońca zaigrały wesoło na twarzy Veronici. Z początku niewinnie głaskały ją po twarzy, lecz widząc, że dziewczyna nadal śpi, zaczęły coraz bardziej natarczywie świecić w oczy. Po chwili Veronica przewróciła się na bok i powoli otworzyła oczy. Gdy jej umysł zaczął powoli odzyskiwać pełną świadomość, nawinęło się mnóstwo myśli. Co robiła wczoraj wieczorem? Miała koncert. Co się stało potem? Właśnie, potem...
Zerwała się i usiadła na łóżku. Spodziewała się zobaczyć swoją znajomą toaletkę w sypialni, ale niczego takiego nie było. Zamiast niej stała szafa. Szafa ogromnych rozmiarów, ze wspaniale wyrzeźbionymi w drewnie wzorami.
- Gdzie ja jestem? – szepnęła, rozglądając się po pokoju.
Nagle zdała sobie sprawę, że leży nie w łóżku, ale w łożu i to tak wielkim, że trzy osoby mogłyby spokojnie w nim spać. Z prawej i lewej strony jej widok ograniczały na wpół przezroczyste, bordowe kotary. Rozsunęła je. Przymrużyła oczy, gdyż światło słoneczne było wyjątkowo silne, nie mając już przeszkody w postaci kotar.
Niemal zeskoczyła z łóżka i podbiegła do okna. Po jego zewnętrznej stronie, zamiast parapetu, widniał duży taras. Otworzyła okno, z trudem przesuwając ogromnych rozmiarów okiennice i weszła na taras. To, co zobaczyła, przeszło jej najśmielsze wyobrażenia. Na samym dole, wśród równo przyciętej, zielonej trawy płynął mały strumyk. Im dalej płynął, tym stawał się coraz bardziej większy, aż w końcu wpadał do dużego jeziora, w którym coś bulgotało. Owe bulgoty były powodowane poruszeniem wody przez... wodospad, spływający po różnej wielkości skałkach, osadzonych w małym zagajniku. Veronica przez chwilę wpatrywała się z zachwytem w nieskazitelnie czystą wodę, w której powierzchni migotały wesoło promienie słoneczne. Dalej, po lewej stronie wiodła kręta ścieżka. Po jej obu stronach stały jakieś rzeźby, wycięte z soczyście zielonego żywopłotu. Kilku mężczyzn właśnie przy nich stało i z zapałem przycinało zbędne gałęzie. Na horyzoncie widniał ciemny las. Dopiero teraz Veronica zdała sobie sprawę, że na zewnątrz panuje niezwykły i głośny ruch. Mężczyzna, który właśnie przycinał żywopłot u dołu, podniósł głowę, by otrzeć pot z czoła i zauważył Veronicę. Pomachał jej wesoło i za jego przykładem poszli również i inni. Dziewczyna, całkowicie zbita z tropu i onieśmielona tym, co zobaczyła, wycofała się z tarasu.
Co się tu dzieje? Pomyślała. Nagle przypomniała sobie dokładnie to, co zdarzyło się wczoraj. Czyżby było możliwe, że... Rozejrzała się jeszcze raz uważnie po pokoju. Właściciel tego domu musiał być szalenie bogaty. Wszystko wykonane było z wielką starannością i z rozmachem. Nie brakowało kominka, foteli, gustownych mebli. Koło łoża stała nawet toaletka, z lustrem w złotej ramie i różnymi, potrzebnymi kobiecie dodatkami.
Na wprost niej były drzwi. Wystarczy tylko nacisnąć klamkę i ... mogłaby zobaczyć resztę. Już miała zrealizować swoje zamierzenie, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. Veronica cofnęła się, lekko przerażona.
- Proszę... – powiedziała na tyle głośno, na ile pozwalało jej szybko bijące serce.
Drzwi uchyliły się i weszła starsza kobieta, ubrana w biały fartuch i czepek, z pod którego wystawały kosmyki posiwiałych już włosów. Miała okrągłą twarz, ale duże, ciemne oczy, które teraz śmiały się radośnie, na widok Veronici.
- Już wstałaś, kochana? Podać śniadanie do łóżka czy na dole?
- Właściwie to... – Veronica zmieszała się.
- Och, to podam na dole. Proszę się przebrać. Potrzebne rzeczy są w tej szafie – kobieta wskazała na pierwszy obiekt, jaki Veronica zobaczyła po przebudzeniu. – Jestem Elizabeth i z rozkazu czarnoksiężnika mam pani służyć.
Dziewczyna wytrzeszczyła oczy.
- Jakiego czarnoksiężnika?
Gosposia – Elizabeth zmrużyła oczy i podparła biodra rękoma.
- Kochaneczko, to sir Gerard nic pani nie powiedział?
- Kto? Zaraz.. zaraz... – Veronica próbowała dojść do słowa, ale Elizabeth ponownie jej przerwała.
- Czy dawała wczoraj pani koncert?
- Tak.
- Czy spacerowała pani wczoraj wśród gwiazd?
- Tak.
- Czy widziała pani te pięknie wieże zamku, zatopione w chmurach?
- Tak.
- W takim razie jest pani tą osobą, która powinna się tu znaleźć. Witam na zamku czarnoksiężnika! – Elizabeth uśmiechnęła się wesoło.
- Myślałam, że to wszystko było tylko snem... – oznajmiła Veronica, rumieniąc się lekko.
- Snem!? – odrzekła obrażona gosposia. – To nie żaden sen, tylko rzeczywistość! Proszę się ubrać i zejść na dół.
Veronica zerknęła na swoje odbicie w lustrze. Miała na sobie wspaniałą, jedwabną koszulę nocną, złotego koloru. Długie rękawy były obszywane na końcu białymi koronkami. Gorset, wiązany przy szyi złotymi sznureczkami błyszczał niczym prawdziwe promienie słoneczne. Ciemne, potargane włosy spływały bezradnie na ramiona i domagały się użycia grzebienia.
- Nie będę się przebierać – oznajmiła, uśmiechając się do swego odbicia. – Proszę mnie zaprowadzić na dół.
- Zgodnie z życzeniem, proszę za mną!
Veronica podreptała za Elizbeth, zapominając nawet założyć jakichkolwiek butów, czego zaraz pożałowała, gdy tylko znalazły się na korytarzu. Podłoga z marmuru ziębiła bose stopy, dlatego też dziewczyna kroczyła po czerwonym dywanem, którym środek korytarza był wysłany. Ściany roiły się od różnych obrazów i rzeźb. Veronica zdała sobie sprawę, że dwoje oczu to zdecydowanie za mało, by to wszystko ogarnąć. Nie nadążała odwracać głowę raz w lewo, raz w prawo.
Nagle zza roku wyskoczyła mała dziewczynka.
- Och, ona już jest!! Wstała! Ona już jest!!
Dziecko podskoczyło kilka razy, śmiejąc się radośnie i zniknęło tak szybko, jak się pojawiło.
- Co się dzieje? – Veronica z niepokojem szarpnęła swą towarzyszkę za rękaw.
- Och, nic kochana. Oni się po prostu cieszą.
Za rogiem, zza którego wyjrzała wcześniej dziewczynka były schody. Białe, marmurowe schody, ze złotymi poręczami i czerwonym dywanem po środku. Tuż przy nich stał jakiś mężczyzna, podobny do lokaja i skłonił się nisko.
- Witamy panią na zamku czarnoksiężnika! Spodziewaliśmy się pani! To wielki zaszczyt gościć Muzę Muzyki w naszych skromnych progach!
Co do tej skromności Veronica nie była wcale taka pewna, ale uśmiechnęła się i potaknęła głową.
Gdy minęły pierwszą kondygnację schodów, z sąsiedniego korytarza wyskoczyła trójka dzieci - dwóch chłopców goniących dziewczynkę.
Mała wpadła niespodziewanie na Veronicę, okręciła się w kółko i nie widząc innego wyjścia, jak uciec przed swoimi napastnikami, wskoczyła na poręcz schodów i zjechała w dół.
- To się nie liczy, oszustko! – krzyczeli za nią chłopcy.
- Spokój – skarciła ich Elizabeth. – Wiecie jakie wrażenie sprawiacie na naszym gościu?
Ale chłopcy tylko wzruszyli ramionami i śladem swojej poprzedniczki zjechali po poręczy.
- Co za urwisy – westchnęła gosposia. – Oni zawsze tak się zachowują, proszę im wybaczyć.
- Ależ nic nie szkodzi – uśmiechnęła się Veronica.
Przypomniała sobie jak sama była dzieckiem i uciekała przed zgrają chłopców, którzy chcieli obciąć jej długie warkocze.
Skręciły w korytarz, z którego wybiegły dzieci i Veronica znów była narażona na lekkie zawroty głowy, obracając nią ciągle w różne strony.
Nagle otoczyła ją gromada młodych dziewczyn, które śpiewały wesoło.

Witamy, witamy na zamku czarnoksiężnika!
Spójrz w lewo, spójrz w prawo!
Wszędzie muzyka i magia!

W zamku odbywało się chyba rutynowe sprzątanie. Mężczyźni stali na wysokich drabinach i myli gigantycznych wielkości okna. Kilka panien szorowało posadzkę. Jedna z nich po prostu tylko kręciła palcem, a ścierka myła... sama! Veronica odwróciła się jeszcze, by sprawdzić czy to jej się nie przewidziało. Niestety nie. Ścierka nadal samoczynnie myła podłogę.
Do śpiewających pokojówek dołączyło kilku mężczyzn.

Witamy, witamy na zamku czarnoksiężnika!
Spójrz w lewo, spójrz w prawo!
Wszędzie muzyka i magia!
Zajrzyj w każdy kąt!
Na każdym kroku niespodzianka!
Muzyka i magia!

Wszyscy śpiewali. Niektórzy tylko nucili pod nosem, ale muzyka rozbrzmiewała w całym zamku. Lokaj, niosący stertę talerzy na rękach, zachwiał się nagle i wszystkie naczynia potłukły się jak jajka.
- Co robisz, idioto?! – ofuknęła go jakaś kobieta, po czym machnęła swoją ścierką i talerze jak nowe wylądowały ponownie w rękach lokaja, który cały czerwony jak burak, oddalił się w kierunku schodów.

Witamy, witamy na zamku czarnoksiężnika!
Spójrz w lewo, spójrz w prawo!
Wszędzie muzyka i magia!
Zajrzyj w każdy kąt!
Na każdym kroku niespodzianka!
Muzyka i magia!

Wszystko tutaj jest snem!
Nie musisz spać, by spełniać swoje marzenia!
Żyj, żyj i śpiewaj wraz z nami!
Witamy na zamku czarnoksiężnika!

Veronica minęła już chyba ze cztery korytarze i trzy kondygnacje schodów. Uśmiechała się do każdego, a każdy uśmiechał się do niej. Czuło się niezmąconą aurę radości i szczęścia. Wszędzie rozbrzmiewał ludzki śpiew i dźwięk najróżniejszych instrumentów, które zdawały się być niewidzialne.
Po kilku minutach Veronica i jej towarzyszka stały już w progu jadalni. Po środku stał wielki stół, nakryty śnieżnobiałym obrusem. Wokół niego krzątało się mnóstwo osób. Jedne rozkładały talerze, inne sztućce i filiżanki.


Witamy, witamy na zamku czarnoksiężnika!
Spójrz w lewo, spójrz w prawo!
Wszędzie muzyka i magia!
Zajrzyj w każdy kąt!
Na każdym kroku niespodzianka!
Muzyka i magia!
Wszystko tutaj jest snem!
Nie musisz spać, by spełniać swoje marzenia!
Żyj, żyj i śpiewaj wraz z nami!
Witamy na zamku czarnoksiężnika!

Nie proś o nic!
Wszystko zostanie spełnione zanim wypowiesz życzenie!
Wszystko tu trwa wiecznie i niezmiennie.
Wsłuchaj się w radosną muzykę poranka.
Śpiewaj wraz z nami!
Witamy na zamku czarnoksiężnika!

Veronica nie mogąc się dłużej oprzeć, dołączyła do radosnego tłumu. Podawała talerze, rozkładała serwetki. Robiła to co, czego nie wolno jej było w rodzinnym domu, co nie przystało szlachetnie urodzonej kobiecie. Tańczyła razem z innymi, przypatrując się z zachwytem, jak filiżanki samoistnie wirowały w powietrzu, lądując bezszelestnie na stole.

Na zamku czarnoksiężnika wszystko jest możliwe!
Wejdź i zaśpiewaj wraz z nami!
Daj się ponieść niewidzialnej melodii!
Sprzątaj wraz z nami!
Śmiej się wraz z nami
Tańcz wraz z nami!

Wszyscy umilkli, zachwyceni popisem wokalnym Veronici. Skłonili się lekko i ponownie wrócili do pracy.

Witamy na zamku czarnoksiężnika!
Zacznij śnić wraz z nami!
Zacznij wraz z nami kochać muzykę!
Pozbądź się swej maski!
Pozbądź się złudzeń!
Bądź sobą i ciesz się!
Witamy na zamku czarnoksiężnika!

Do grupy tańczących dziewczyn dołączyła i Veronica. Podwinęła nieco wyżej swoją suknię, a właściwie koszulę nocną i pozwoliła, by dziewczęta uczyły ją ich kroków tanecznych. Nie tylko ona jedna była na boso. Mnóstwo młodszych osób biegało na boso, twierdząc, że w ten sposób chronią się od poślizgu na śliskiej podłodze.

Witaj na zamku czarnoksiężnika!
Nie potrzeba Ci butów!
Nie potrzeba Ci grzebienia!
Nie potrzeba ci niczego!
Tu wszystko i tak jest inne!
Zaśpiewaj wraz z nami!
Zatańcz wraz z nami!
Grasuj po komnatach
I baw się jak dziecko!
Bądź dzieckiem!
Witamy na zamku czarnoksiężnika!

- Kiedy zjawi się Gerard? – zapytała Veronica, nalewając sobie soku do filiżanki.
- On nigdy nie pojawia się tu w dzień – oznajmiła Elizabeth. – Do wieczora zamek jest do naszej dyspozycji. Po zmroku prawie wszyscy się stąd wynoszą, by powrócić z samego rana.
- Aha, ale dlaczego on tu nie chce przebywać za dnia?
- Najlepiej niech pani sama o to jego zapyta – Elizabeth wzruszyła ramionami, lecz nie dało się nie zauważyć, że zmieszała się.
- Dlaczego prawie nikt nie zostaje tu na noc? – dopytywała się Veronica.
- W nocy panuje tu czarnoksiężnik. Musimy to uszanować.
- Czy ja też mam się wynieść?
- Ależ skąd! Jemu zależy, by pani była tu przez cały czas. Zresztą sama się pani przekona o tym wieczorem.
Veronica nie zadawała już więcej pytań. I tak jak na jeden poranek przeżyła zbyt dużo wrażeń. Zwłaszcza, że chciała jeszcze pozwiedzać zamek, a w szczególności okolice wokół niego. Przyroda zdawała się przenikać mury zamku, tworząc niesamowitą atmosferę harmonii. Myśli o niepokojącej się, o jej osobę rodzinie, odeszły gdzieś w dal. Teraz liczyło się tylko to miejsce i to, co się tutaj działo. A działo wiele, bardzo wiele.
Całe popołudnie Veronica spędziła na zwiedzaniu ogrodów zamkowych. Było ich kilkanaście, połączonych ze sobą ścieżkami, labiryntami z żywopłotowych rzeźb, bądź ozdobnymi murami. Każdy z nich posiadał jeden, duży zagajnik, który najczęściej składał się z jeziora, skałek i wodospadu. Prawdziwym dziełem były różane altany ogrodowe. Wznosiły się na kilka metrów w górę, pnęły po wszystkim, co napotkały po drodze, uwieńczały ścieżki, ławki, mury, a nawet zdobiły żywopłotowe rzeźby. Veronica zauważyła, że cała posiadłość zamku spokojnie liczy kilka hektarów, a jej granice są zabudowane bardzo wysokim i grubym murem. Odniosła dziwne wrażenie, że te mury stanowią znakomitą izolację tego pięknego świata od reszty. Ta dziwna izolacja nie dawała jej spokoju. Nie mogła znaleźć żadnego wejścia i wyjścia i w końcu zdała sobie sprawę, że być może cała ta piękna sceneria jest zmyłką i niczym innym jak pięknym i smutnym zarazem więzieniem.
Przygnębiona tym odkryciem, spacerowała po alejkach, przyglądając się bladym, kamiennym rzeźbom, zdobiącym mniejsze i większe placyki, lśniącymi w blasku słońca. Upał coraz bardziej dawał się we znaki. Promienie słoneczne nagrzewały żwirowe alejki, z których biła fala mdłego gorąca. Poczuła dziwne pragnienie ochłody w postaci zimy. Dlaczego tu jej nie było? Zaintrygowana swoją myślą, zaczepiła mężyczyznę, który zamiatał placyk.
- Przepraszam... – zaczęła niepewnie. Nieznajomy spojrzał na nią, ale nie uśmiechnął się jak inni. Zadziwiona jego odmiennym zachowaniem Veronica jeszcze bardziej się zmieszała. – Chciałabym zadać dziwne pytanie... – ponowiła.
- Tu wszyscy zadawają dziwne pytania, panienko – mężczyzna nadal zamiatał, nie zwracając na nią uwagi.
- Czy tu kiedykolwiek prószy śnieg?
Służący przestał zamiatać.
- Oczywiście, że tak. Tylko pojawia się nieco później. Mamy tu tylko trzy pory roku, bez jesieni. Po najbardziej upalnych dniach lata, należy się spodziewać zimy.
- Dziwne... – Veronica zamrugała oczami.
- Tak, dziwne. Tutaj wszystko jest dziwne – mruknął nieznajomy.
- Jak mam to rozumieć? – zapytała z niepokojem.
- Tu niczego nie trzeba rozumieć.Proszę mi wierzyć.
- Wygląda pan na niezadowolnego z pobytu tutaj. Inni tak się nie zachowują –zauważyła.
- Tak, nie jestem zadowolony. Nie chciałem tu pracować, ale muszę. To niezbyt miłe wiedzieć, że pracodawca jest szaleńcem i złym człowiekiem.
- Co też pan wygaduje? Czy to przystoi tak wyrażać się o swoim chlebodawcy?
- Ja mogę. Ten szaleniec dobrze wie, że mam na niego haka i nie ośmieli się zrobić mi krzywdy. W odpowiednim czasie to wykorzystam.
Veronica nie wierzyła własnym uszom. Jej pojęcie piękna o tym miejscu zmalało do zera. Nie, nie uwierzy takim plotkom głupich służących.
- Nie wierzę panu – odparła głośno.
- Jak tam panienka chce – wzruszył ramionami. – Już pewnie została panienka omotana jego Muzyką Nocy czy jak on tam to nazywa.
- Dlaczego pan tak źle się wyraża o czarnoksiężniku? – zapytała buntowniczo, choć nie była już wcale pewna tego, co mówi.
- Mam swoje powody i proszę więcej o nic nie pytać. Proszę tylko zapamiętać, że artyści to nagabywacze i źli ludzie. Myślą, że jak mają talent, to mają władzę nad światem. Z tego pojęcia rodzą się tylko szaleńcy. Niech panienka uważa na siebie – odrzekł i mrucząc pod nosem coś o naiwności dziecka, odszedł.
Twarz Veronici stała się biała jak kreda. Jeśli ten człowiek miał rację...
On nie może być taki. Inaczej ona też taka musi być. Lada chwila jej ideały mogły legnąć w gruzach.
Rzuciła się przed siebie. Biegła coraz szybciej i szybciej. Ciekawscy patrzyli na nią ze zdziwieniem. Było jej strasznie gorąco. Gorąco i słabo. To nieprawda, myślała, biegnąc. On nie jest zły, on jest tylko... Obraz w oczach zaczął jej się dziwnie zamazywać. Zamknęła je i biegła na ślepo. Chciała poczuć silne zmęczenie, kołatanie serca, które uwolniłoby ją od zgubnych myśli. Jej Mistrz nie mógł być zły. Artyści nie są źli, nie są. Biegła jeszcze szybciej, choć nie czuła już nóg. Nagle zrobiło jej się po prostu niedobrze. Osunęła się na ziemię, oddychając głęboko.
- Nic panience nie jest? – jakaś kobieta pochyliła się nad nią.
- Nic – szepnęła. – Nic, proszę się nie martwić.
Silne zmęczenie przyniosło ulgę. Gdy tylko znikła dziwna suchość w gardle, krzyknęła na cały głos:
- Powiedz, że nie jesteś taki! Powiedz to! Teraz! Wiem, że tu jesteś! Ciągle tu jesteś! – wskazała na swoją głowę i nagle wybuchnęła histerycznym śmiechem. Leżała na trawniku i zwijała się ze śmiechu, nie bacząc, że inni patrzą na nią z niesmakiem. – Gerardzie! Odezwij się! Wypowadź mnie z obłędu! Widzisz co ze mną zrobiłeś!? Odezwij się do diabła!
Opowiedziała jej cisza, przerywana bzykaniem pszczół. Zamknęła oczy i leżała tak do samego wieczora.
Zamek powoli opustoszał. Veronica nie zjawiła się na obiedzie ani na kolacji. Leżała, jakby pogrążona w głębokim transie. Tylko unosząca się powoli klatka piersiowa dawała znak, że dziewczyna żyje.
Około godziny dwudziestej zrobiło się już chłodno i czując ten przyjemny chłód, Veronica otworzyła oczy. Na wieczornym niebie lśniły już pierwsze, nieśmiałe gwiazdy. Uśmiechnęła się.
- Graj, Gerardzie... Graj dla mnie Mistrzu. Proszę... Niech twa muzyka uczyni mnie wreszcie wolną i spokojną... – szepnęła, wpatrując się z zachwytem w granat nadchodzącej nocy.
Przypomniała sobie, jak wczoraj chodziła po czymś, co przypominała niebo. Jak jej ciało muskały smużki, mieniące się w księżycu kolorami tęczy. Ogarnął ją błogi spokój.
- Graj Nocny Pianisto. Chcę poczuć wreszcie dźwięk fortepianu. Graj, graj... Stwórzmy naszą Muzykę Nocy – powtórzyła już bardziej w myślach.
Ponownie zamknęła oczy. Usłyszała jak Gerard mówi do niej: Zamknij swe oczy, one nie powiedzą Ci tej prawdy, której szukasz. Ta prawda jest tylko w Tobie... Nagle ten głos stał się bardzo, bardzo wyraźny. Otworzyła oczy i spojrzała w stronę zamku. To z niego wypływała ta kochana melodia.

Melodia Nocy szarpie struny ciemności
Ciemność wdziera się w Twój umysł...
Pobudza imaginacje...
Rodzi się Twa wyobraźnia, czujesz ją wszystkimi zmysłami
Cisza przestaje być nagą
Ubierają ją gwiazdy...
Ubierają w Muzykę Nocy, którą ja komponuję

Wstała z trawnika i powoli zaczęła iść przed siebie, wsłuchując się w piękny, melodyjny głos. Wtem odezwał się dźwięk fortepianu. Najpierw pojedyńcze dźwięki, potem kilka, więcej i jeszcze więcej...
- Poczekaj na mnie Mistrzu... Poczekaj. Pomogę Ci ją tworzyć – szepnęła i pchnęła drzwi wejściowe do zamku.
Skąd mogła dobiegać melodia? Gdzieś wysoko, gdzieś w górze, pośród objęć nocy.
Zaczęła wspinać się po schodach. Mijała kolejne korytarze. Im była wyżej, tym dźwięk był coraz silniejszy. Stanęła przed wąskimi, krętymi schodkami, prowadzącymi na wieżę. Jej serce biło szybciej niż zwykle. Powoli, stopień po stopniu wchodziła coraz wyżej, opierając się o kamienne ściany. Po kilku mintach jej oczom ukazały się okazałe, uchylone drzwi, zza których szpary wydobywała się delikatna, granatowa poświata. Drżącą ręką pchnęła drzwi i stanęła w progu, rozchylając usta w zachwycie.
Zamiast spodziewanego pokoju zobaczyła coś na kształt amfiteatru, zatopionego w granacie nocnych chmur i gwiazd. Poczuła się jak wczorajszego wieczoru, gdy kroczyła wśród nieba. Gwiazdy były wszędzie. W powietrzu przemykały te same smużki czegoś dziwnego, co mieniło się wszystkimi kolorami, jakie tylko mogą istnieć.
Na proscenium stał czarny fortepian, przy którym siedział Gerard i grał. Ale czy grał? Za jednym jego uderzeniem w klawisz wydobywało się kilka dźwięków. Nagle przestał w ogóle w nie uderzać. Fortepian grał sam, jakby czarnoksiężnik kierował nim wyłącznie myślą. Wokół stało mnóstwo miejsc siedzących. Obicia foteli iskrzyły się delikatnym, błękitnym
blaskiem nocy. Tych miejsc było setki. Setki pustych foteli, które na odległość zionęły milczącą pustką.
Dwie łzy spłynęły po bladych policzkach Veronici. Usiadła w najbliższym fotelu i wpatrywała się w Gerarda. Ten odwrócił się w jej stronę i wstał. Muzyka ucichła. Dziewczyna klasnęła parę razy, po czym otarła łzy.
- Dlaczego płaczesz? – zapytał.
- Bo... tak pięknie grasz, a nikt... nikt tego nie słucha.
Gerard uśmiechnął się blado, po czym obrzucił wzrokiem cały podniebny amfiteatr.
- Tak, Veronico, masz rację. Tu nikt nie przychodzi.
- Dlaczego? Dlaczego nie zaprosisz nikogo?
- Zaprosiłem... ciebie.
Veronica wtała i podeszła do niego.
- Ale to nie to samo, co dla wielu, wielu innych.
- Może i tak... ale pomyśl. Kto tu przyjdzie? Nikt. Nawet gdybym obiecał górę złota. Przyzwyczaiłem się.
- To smutne – szepnęła.
- Jeszcze nic nie pojmujesz. Gram dla nocy. To ona mnie wychowała i nauczyła grać. Jestem jej winien każdy dzień swego życia. Tylko w ten sposób mogę jej podziękować.
- Jeszcze nigdy nie widziałam... kogoś tak samotnego, odizolowanego... – ciągnęła dalej, nie mogąc powstrzymać łez, które płynęły za każdym wypowiedzianym słowem.
Czarnoksiężnik spojrzał na nią uważnie.
- Odizolowałeś się nie tylko wysokim murem, prawda?
Gerard nadal wpatrywał się w nią, mrużąc swoje ciemne oczy.
- Odejdź stąd Veronico, odejdź i nie wracaj więcej. Nie miałem prawa sprowadzać cię tutaj.
- Jak to? – oburzyła się. – Teraz mnie stąd wyrzucasz? Dlaczego?
Uniósł jej podbródek i otarł resztkę łez.
- Moja postać żyje tylko w twojej wyobraźni, Veronico. Wykreowałaś ją sobie tak, jak chciałaś, na ile pozwalał twój umysł i na ile to było bezpieczne. Ja jestem zupełnie inny, niż uważasz.
- Ktoś mi dziś powiedział, że jesteś zły i szalony – ciągnęła dalej.
- Niech mówią. Mają rację. A teraz odejdź Veronico, proszę!
- Nie! Już jest za późno, nie rozumiesz?
Nagle twarz Gerarda wykrzywiła się w takim grymasie, że dziewczyna odskoczyła od niego, przerażona. Czarnoksiężnik syknął z bólu i opadł na pobliski fotel.
- Co ci jest? – zapytała z niepokojem.
- Nic – syknął. – Odejdź, słyszysz? WYNOCHA! – krzyknął, a jego głos odbił się echem po całym amfiteatrze.
Veronica stała jak słup soli, wpatrując się w Gerarda, który zdawał się za chwilę wybuchnąć.
- Już nie mogę dłużej – powiedział, podnosząc się z fotela. – To jest nie do zniesienia! Mam jej dosyć! Teraz mi dokucza jeszcze bardziej, bo widzi, że próbuję ją opuścić, wyrwać się. Widzi w tobie rywalkę nie do pokonania! Zamieniła ból duszy w ból fizyczny. Chce mnie wykończyć! – chwycił się za serce, dysząc ciężko. – Dlatego odejdź. Nie krzywdź siebie i mnie. I tak nie jestem godzien nawet na ciebie patrzeć. Ona mi na to nie pozwoli.
- O kim mówisz? – zapytała z przerażeniem Veronica.
Czarnoksięznik jakby uspokoił się trochę i zanucił cicho.

Przychodzi co noc
Gra wraz ze mną...
Śpiewa wraz ze mną...
Jest czymś więcej niż tym, czym jest
Ma nade mną władzę
Wyzwala wszystko, co złe
Jeżeli ma muzyka jest złem, to czym jestem ja?
Opętała mój umysł, me uczucia, mą duszę...
Dlaczego za mnie decyduje? Dlaczego?

Samotnicy nie mają wyjścia
Samotnicy wybierają samych siebie
Samotnicy mają tylko jedną panią
Samotnośc to jej wstrętne imię
Samotność nie przebiera
Jest wiecznie głodna
Karmi się naszymi pragnieniami
Naszymi snami
Naszymi duszami
Ona rządzi mą muzyką!
Ubrała się w nią i nie chce odejść...
Widzę jej ciemność w gwiazdach...
Widzę jej cień wśród płomieni świec...
Widzę jej twarz w swym odbiciu lustrzanym
Czuję ją całym sobą...

Podbiegł nagle do Veronici i chwycił ją za rękę.
- Dlaczego mnie nie zabijesz?! Dlaczego mnie nie zniszczysz!? Moje cierpienie wreszcie by się skończyło! Zrób to! Przecież porwałem cię, uprowadziłem, zabrałem od rodziny, od twego szczęścia, zniszczyłem karierę. Dlaczego mnie nie zniszczysz!?
Dziewczyna wyrwała mu rękę.

Myślisz, żem głupia
Myślisz, że nic nie wiem
Myślisz, że nic nie rozumiem
To Ty nic nie wiesz!
Jesteś czarnoksiężnikiem
Możesz wszystko i jednocześnie...
Nic nie możesz
Jesteś bezbronn
Jesteś samotny
Masz tylko siebie i swą Muzykę Nocy
Tak pięknie grasz
Tak pięknie wyrażasz swe uczucia
Tak pięknie ujawniasz swą samotność...

W mych uczuciach jest właśnie dla niej miejsce
Uwolnię Cię od niej
Jeśli tylko zechcesz
Jeśli tylko tego pragniesz
Jeśli tylko mi zaufasz
Ma dusza kocha twą muzykę
Ale proszę, nie ubieraj jej samotnościa...
Samotnością, którą tak dobrze teraz czuję...
Której tak nienawidzę...

Samotnicy nie mają wyjścia...
Samotnicy wybierają samych siebie
Samotnicy mają tylko jedną paną...
I ty też masz tylko jedną
Lecz nie nią jest samotność...
Jej imię to Muza i ja nią jestem!
Niech samotność zadrży!
Bo teraz zabrzmi dla niej Requiem!
Requiem dla samotności!

Gerard ponownie chwycił obie jej dłonie i ucałował je. Ból rozdzierał jego ciało na strzępy, lecz nawet nie pisnął. Osunął się na kolana, tuląc swą głowę w rękach Veronici.

Powiedz... Powiedz, ze chcesz dzielić ze mną mą miłość
Że spędzisz ze mną to życie
Że chcesz mnie takim, jakim jestem!
Proszę... Proszę, ocal mnie od mej samotności!
Gdziekolwiek się znajdziemy, Muzykę naszych uczuć będziemy nosić!
Na zgubę Pani Samotności!
Veronico... To wszystko, o co chcę Cię prosić!

Nie uronił nawet jednej łzy. Nigdy nie płakał. Veronica kucnęła przy nim i trzymała go w objęciach tak długo, dopóki jego oddech się nie unormował.
- Będziemy tworzyć naszą własną muzykę. Obiecuję. Pomogę ci... przysięgam, że tak się stanie.
Uśmiechnęła się, ocierając łzy. Jej serce ogarnęła niewysłowiona radość. Nagle podniosła się gwałtownie, a jej wesoły głos rozbrzmiał po całym amfiteatrze.

Wstań mój Mistrzu!
Czas pożegnać noc!
Czas pożegnać samotność!
Wstań i walcz!
Wstań i popatrz w oczy samotności!
Przegrała! Umarła! Umarła w tym miejscu!
Popatrz na mnie i ciesz się wraz ze mną!

Gerard powoli wstał, nie dowierzając temu, co usłyszał. Nie czuł już żadnego bólu. Absolutnie żadnego. Niczego.
- Chodźmy stąd – chwycił Veronicę za rękę. – Ja już spłaciłem dług wobec nocy. Jestem wolny.
Zatrzymał się jednak w drzwiach i rzucił ostatnie spojrzenie na to miejsce.
- Co się dzieje? – zapytała.
- Zapomniałem o czymś.
Spojrzał złowrogim wzrokiem w kierunku amfiteatru. Nagle, jedno po drugim, każde krzesło wybuchało niczym bomba zegarowa. Fortepian i całe rzeźbione proscenium legło w gruzach.
- Zniszczyłeś to miejsce. Dlaczego?
- By już nigdy tu nie wrócić – odezwał się spokojnym głosem.
Gdy tylko wyszli na korytarz, drzwi jakby rozpłynęły się w powietrzu. Zniknęły, by już nigdy się nie pojawić.
Od tej nocy Gerard już więcej nie otworzył swojego amfiteatru. Nadal jednak nie pokazywał się w zamku w trakcie dnia. Jeszcze bardziej zamknął się w sobie i unikał towarzystwa Veronici. Ta z kolei próbowała odkryć, co też tak ważnego czarnoksiężnik robi za dnia, lecz na próżno. Wydawało się, że Gerard po prostu rozpływa się w powietrzu, bo nie było go w żadnym zakamarku zamku. Veronica czuła się coraz bardziej samotna. Z niecierpliwością czekała na zapadnięcie nocy. Wtedy on przychodził i koił jej ból. Nie tęskniła za domem. Coś dziwnego mówiło jej, że nie ma po co tam wracać. To coś dziewczyna nazywała swoim sumieniem., które od dłuższego czasu wcale jej nie dręczyło. Nie czuła się winna, że opuściła rodzinę i zniknęła bez słowa. Żyła teraz jak we śnie. Dni mijały jak wieczność, a noce jak kilka minut. Jednej z tych pamiętnych nocy, jak zwykle, w swoim gabinecie pojawił się Gerard. Veronica siedziała przy fortepianie i grała jakieś bliżej niezidentyfikowane dźwięki.
Czarnoksiężnik stał przez chwilę w drzwiach i przyglądał jej się, uśmiechając smutno.
- Muszę wyjechać – oznajmił krótko i zwięźle.
Dziewczyna nawet nie odwróciła się. Wiedziała już minutę temu, że przyszedł. Przychodził zawsze o tej samej porze. Dokładnie, co do minuty.
- Zostawisz mnie samą. Mistrzu? Wystarczy mi, że zostawiasz za dnia – mimowolnie uderzyła w kolejny klawisz.
- To bardzo ważne. Nie będzie mnie tylko około dwóch tygodni.
- Tylko? – westchnęła. – To bardzo długo.
Nagle wstała od fortepianu i podeszła do niego.
- A co z naszą wspólną muzyką? Obiecałeś tyle razy, że zaczniemy i nigdy... – urwała, nie odrywając swych oczu od jego.
Po krótkiej chwili milczenia przytuliła się do niego.
- Nie wyjeżdżaj, proszę.
Gerard odepchnął ją lekko.
- Nie mogę ci dać tego, czego oczekujesz, Veronico – oświadczył z pewnym bólem. – Ty na razie nic nie rozumiesz. Jesteś niczego nieświadoma... ale wiedz, że nie ja jestem tym, czego może pragnąć taka kobieta jak ty.
- O czym mówisz? Uwolniłam cię od samotności, nieprawdaż?
Czarnoksiężnik zaśmiał się ponuro.
- Odcięłaś jej jedynie rękę. Głowa pozostała. Nie zatrzymuj mnie. Jeżeli czujesz się tu nieszczęśliwa, to odejdź. Wiele razy ci to proponowałem.
- Nie – odparła stanowczo. – Tego nie zrobię nigdy.
- Kiedyś to i tak nastąpi. Lecz wtedy może już być za późno.
Znów zapadło niezręczne milczenie.
- Usiądź przy fortepianie. Obiecaliśmy sobie coś przecież.
Na twarzy Veronici pojawił się nikły uśmiech. Zrobiła to, co jej kazał. Gerard przysunął drugie krzesło do fortepianu.
- To będzie nasza wspólna melodia. Posłuchaj najpierw. Potem sama dopiszesz resztę.
Rozbrzmiały delikatne, wolne dźwięki. Dziewczynę ogarnął nieprzyjemny dreszcz. Wcale nie podobała jej się ta melodia.
Po minucie Gerard zanucił cicho.

Ja, dziecko ciemności
Urodzone na własną zgubę
Pragnę jedynie miłości.

Ja, dziecko mej pasji
Uczę się jej na własny rachunek
Nie uznając umysłu racji.

Ja, dziecko samotności
Czaruję swój świat
Pogrążając go w ciemności.

I nie ma nikogo na świecie
Kto by pomógł
Nikt nie jest taki jak ja przecież.

Veronica westchnęła cicho. Nie tak sobie wyobrażała muzykę, którą wspólnie mieli tworzyć. W jakiś sposób czuła jednak, że właśnie ta jest odpowiednia i jedyna. Powoli chwytała każdy dźwięk i po chwili grała już razem z czarnoksiężnikiem.
- Dopisz resztę – szepnął. – Dobrze wiesz, że znasz koniec tej historii.

Ja, dziecko mej wyobraźni
Próbuję znaleźć drogę wśród ciemności
Nie panując nad wodzami fantazji.

Ja, dziecko ojca, artystą zwanego
Tworzę swe życie jedynie w umyśle
Nie dostrzegając szczęścia mego.

Ja, dziecko jedynie wyimaginowane
Stąpając po świecie nierealnym
Tworzę swe życie, dawno zmarnowane.

I kiedyś nastąpi koniec.
Dziecko wyobraźnię swą zgubi
Ciemność zatriumfuje i przemówi:

Naucz się żyć pośród jasności i ciemności.
Nie oczekuj od nikogo miłości.
Naucz się żyć samotnym lecz pełnym radości.
Naucz się szukać właściwych dróg
Choć sam sobie jesteś wróg.
Naucz się żyć.
I stań się szczęśliwszym niźli mógłbyś być.

Veronica umilkła. Gerarda już przy niej nie było. Nie widziała jak zniknął. Jeszcze nigdy tak nie zaangażowała się w to co grała i śpiewała. Nie potrafiła sobie jednak teraz wytłumaczyć dlaczego.
Na pianinie leżała mała karteczka wraz ze znajomym, szmaragdowym sygnetem.

Kochana ma Muzo!

Zostawiam Ci ten pierścień do czasu, aż nie powrócę.
Ilekroć zatęsknisz, wystarczy, że na niego spojrzysz.

Włożyła na palec serdeczny prezent od czarnoksiężnika i przyjrzała mu się uważnie. W czystej zieleni odbijała się jej twarz. Nie była jednak zielona, jak być powinna. Szmaragd musiał działać na zasadzie zwykłego lustra.
Zaskoczona tym niezwykłym odkryciem, uśmiechnęła się do siebie i złożyła nuty. Dziwne przygnębienie wywołane dopiero co zagranym utworem, minęło bezpowrotnie.

Podpis: 

Ta, która tworzy z Pasją... 4.03.05
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Legenda o Lerharze Smokobójcy Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy Miłość z internetu cz. XVI - sex panów
Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy? nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz. zabawa pomiędzy dwoma facetami
Sponsorowane: 50
Auto płaci: 500
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 25

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.