http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Autor płaci:
500

  Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W czerwcu nagrodą jest książka
Światła września
Carlos Ruiz Zafon
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Bliżej

Podejdź bliżej

Ciemność

Urywek opowiadania

Miła

Róża zwana Miła

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Niebieska bluzka

Sylwia poczuła że pieką ją policzki. Podsłuchana rozmowa na nowo obudziła iskierki w podbrzuszu. Coś zadźwięczało niespodziewanie i w chwili paniki Sylwia prawie odskoczyła od drzwi z krzykiem. Pomyślała, że bicie jej serca słychać pewnie w całym ..

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1314
użytkowników.

Gości:
1314
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 14621

14621

* MYŚLI NIEUCZESANE * Rozdz.11

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
05-04-12

Typ
P
-powieść
Kategoria
Romans/Inne/-
Rozmiar
40 kb
Czytane
1420
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
05-04-12

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
R12-powyżej 12 lat pod nadzorem i za zgodą rodziców lub dorosłych

Autor: hermenegilda Podpis: hermenegilda
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Lekki skandal obyczajowy. Ciąg dalszy.

Opublikowany w:

-

* MYŚLI NIEUCZESANE * Rozdz.11

*MYŚLI NIEUCZESANE*
Rozdział 11

[strony od 111 do 122]


Życie pachnie zimą za oknem i słońcem, które jeszcze nie wyłoniło się zza chmur. A śnieg nadal pada, chmury biegną po niebie, a taka jedna Agnieszka czuje się szczęśliwa.
Może tak miało być.
Tak, zdecydowanie... tak miało być...

***
Ten tydzień przyczynił się do wyprowadzenia wszystkich moich spraw na prostą. Tylko tydzień. Nie pokusiłam się o stwierdzenie „aż tydzień”, bo zleciał błyskawicznie. Chwile spędzone z Rafałem i Filipem w jednym pokoju i tłumaczeniu wszystkiego – były najgorsze. Ale to była tylko chwila. Chwila, na którą się dmuchnęło i znikała... Jak jakiś proszek. Po dmuchnięciu pył leciał w powietrze, lecz drobniutkie ziarenka pozostawały na powierzchni niewzruszone. To były okoliczności. Średnio sprzyjające, ale niezmienione. Pozostały niezmienione. Nie miałam zamiaru zacierać za sobą śladów. Nie chciałam oficjalnego rozstania z Rafałem, ani oficjalnych deklaracji między nim, a Filipem, że jednak wybrałam tego drugiego.
Aśka chodziła zła jak osa nie mogąc sobie znaleźć miejsca w moim pokoju. To opierała się o grzejniki, to siadała na pufie, lub po turecku na dywanie. Temat był jeden. Rafał.
Tyle mów moralizatorskich nie słyszałam chyba jeszcze nigdy. Szczerze powiedziawszy była lepsza od mojej mamy. Mimo wszystko pozostałam niewzruszona. Kto z własnej woli chcę ze szczęście wskakiwać w nieszczęście, a z sielanki wskakiwać w kłopoty? Tak, sielanki. Wszystko się układało... układało i układało...
-Powiedz mi...- zagadnął mnie Filip w sobotę, kiedy na moją wyraźną prośbę wyrwaliśmy się na miasto. Ot tak! Powłóczyć się. Nie chciał się zgodzić, bo byłam po chorobie, jednak gdy stanęłam przed nim w płaszczu, szaliku i czapce, opatulona do granic możliwości – nie miał wyjścia. Spacerowaliśmy po jednym moście na Wiśle. Zawsze chodząc po mostach, nie mogłam oderwać wzroku od tej naszej, poczciwej, piekielnie brudnej Wisły. –Powiedz mi...- oparł się o barierkę.
Spojrzałam na niego nagląco. Wyglądał jakby nad czymś się zastanawiał, albo po prostu zapomniał o co miał mnie spytać.
-Nie chciałem cię o to pytać, ale powiedz mi...- powtórzył ten zwrot po raz kolejny. –Długo spotykałaś się z Rafałem. Co takie młode dziewczyny ciągnie do takich starych facetów?- wydusił w końcu. Wzniosłam oczy ku niebu i szarpnęłam go za klapy kurtki, ciągnąc w dalszą trasę. Dosyć miałam takich pytań, bo przypominały mi mowę moralizatorską Marka. Miałam swoje powody, o których chciałam zapomnieć. Nie sposób zapominać, gdy ktoś stale rozdrapuje zasklepione już rany.
Chwycił mnie za rękę.
-Nie powiesz?- uśmiechnął się z kpiną. A może z wyższością?
-Nie uogólniaj, to nie ma sensu.
-Wiesz dobrze, że chodzi mi tylko o twój przypadek. Inne mnie nie obchodzą. Chcę po prostu wiedzieć z czym musiałem walczyć przez tak długi czas i co stale ze mną wygrywało.
Zbyt dużo chciał wiedzieć. Nawet jemu nie mogłam powiedzieć prawdy, bo jeszcze wplotłabym w nią ziarnko teraźniejszości. Wtedy i ona mogłaby ucierpieć. A było dobrze. Gdybym stale była szczęśliwa, powiedziałabym, że nawet za dobrze.
-Nie zrozumiesz.
-A może jednak?
Przystanęłam i przestałam go szarpać. Nigdy tego nie lubił. Jednak dla mnie było to przyjemne. Przyjacielskie poszturchiwanie, szarpanie i tym podobne. Niby przypadkowe przytulenie się, już charakteryzowało się swojego rodzaju spontanicznością. Takim jakimś życiem.
-Wiesz co to jest zauroczenie?- spytałam retorycznie.
Przytaknął, jego twarz już miała skupiony wyraz. Wyprany z jakichkolwiek kpin, półuśmieszków, żartów. Pełna powaga. I takiej też powagi oczekiwał. Nie wytrzymałam i roześmiałam się.
-Nic nie widzisz, wszystko kręci się wokół jednego, nie umiesz myśleć. Wiesz o co mi chodzi.
-Śmiejesz się na samo wspomnienie?- objął mnie ramieniem.
-Nie, głuptasie. Do ciebie się śmieję- pocałowałam go w policzek.
Westchnął.
Odżyłam. Mogłam wariować. Nie musiałam się kryć, rozglądać i kraść każdy pocałunek. Z Filipem mogłam być swobodna, a karcące spojrzenia przechodniów jeszcze bardziej mnie rozkręcały. Do kolejnego podskoku, kolejnego całusa, kolejnego uśmiechu.
-A czy to jest zauroczenie?
-Podobno dziewczyny w tym wieku doświadczają tylko zauroczeń. Myślą, że to wielkie miłości, a potem płaczą przez miesiąc w poduszkę złorzecząc na facetów.
-Też o tym słyszałem. Jesteś jedyna porządna, co?
-Słucham?
-Jedyna świadoma- poprawił się. –Szybko zapominasz...
-Wierz mi, że to dobrze. Bardzo dobrze.
-Więc...- ponaglił. Zeszliśmy właśnie z mostu i kupiliśmy bilety autobusowe.
-Co więc?- uniosłam brew.
-Więc to jest zauroczenie?
-Mam nadzieję, że nie...
Uśmiechnął się tylko.

***

Rafał spojrzał na biały sufit sali lekcyjnej. Wodził wzrokiem po plamach na nim odbitych i nielicznych lampach, które z racji, że niebo nagle zaszło ciemnymi chmurami, zostały włączone. Nudził się. To było widać. Zawsze nudził się na sprawdzianach.
Właśnie dlatego zawsze wtedy zbierał kilka zeszytów. Dziś nie zebrał. Nie miał ochoty. Wolał się nudzić.
Pochylona nad kartką papieru z niepokojem spoglądałam na tablicę, tradycyjnie omijając jego wzrok. Były na niej wypisane trzy tematy. Trzeba było wybrać jeden – i przez dwie godziny pisać wypracowanie. Mi żaden nie pasował. Poluzowałam ostatnio z językiem polskim poprzez tą okropną chorobę. Zupełnie zapomniałam o zapowiedzianej niespodziance. Zwroty i sformułowania użyte w większości z tematów były dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Nie mogłam niczego nie napisać! Oznaczałoby to klęskę. Rafał utwierdziłby się w wydumanym stwierdzeniu, że bardzo mi pomaga w nauce. Albo w innym: że chłopcy przeszkadzają mi w nauce i że drastycznie się w niej opuściłam.
Błądziłam po wszystkich zakamarkach mojego umysłu, lecz widmo pustej kartki i zmarnowanej połowy czasu mnie przerażało. Lubiłam być dobra. Uwielbiałam być perfekcjonistką. A tu co?
Wychowawca stukał opuszkami palców w blat biurka, co jeszcze bardziej mnie wyprowadzało z równowagi. W pewnym momencie zauważył, że nic nie piszę. Każdy uczeń już przynajmniej zaczął. Z wyjątkiem mnie.
Znalazł nową rozrywkę – patrzenie na mnie.
Kiedy podniosłam wzrok, myślałam, że napotkam kpinę. Że zetknę się z szyderczym uśmiechem, bądź wyrazem twarzy mówiącym: „a nie mówiłem? Ha! Beze mnie sobie nie poradzisz!”.
Nic z tych rzeczy.
W tych oczach coś było. Jednak ani trochę nie przypominało to uczucia. Był to może profesjonalizm, albo wyższość. Chwilę mocowaliśmy się spojrzeniami. Nie miałam ochoty spuścić wzroku. Wiedziałam, że mitrężę czas. Niestety nie mogłam wyrwać się z objęć tych zielonych oczu. Kiwnął głową, bym patrzyła do kartki i nie wydobywając z siebie dźwięku, powiedział, poruszając tylko ustami: „pospiesz się, czas ci leci”. Nie reagowałam.
-Pani Agnieszka poda mi swój zeszyt i zacznie pisać wypracowanie- powiedział bezpłciowym głosem. Spłoszyłam się i wyjęłam brulion z plecaka. Koledzy z klasy zobaczyli, że jeszcze nic nie napisałam. Zdziwili się. Po prostu.
Rzuciłam mu bez słowa zeszyt na biurko. Było na wyciągnięcie ręki. Wziął i zaczął go przeglądać, nawet na mnie nie patrząc.
Monika i kilka innych dziewczyn spojrzało na nas podejrzliwie. Aśka była pochłonięta pisaniem pracy – świat już dla niej nie istniał. Przyświecała jej tylko jedna zasada – skończyć. Filip również patrzył na mnie z niepokojem.
Udałam, że coś piszę.
Zadzwonił dzwonek. Można było wyjść na przerwę. Kilka osób rzeczywiście z tego skorzystało, ale większość została w klasie. Zawsze tak było. Dziewczyna, która siedziała obok mnie, wyszła.
Rafał wyciągnął ze swojej teczki na przygotowane sprawdziany czystą kartką A4. Oczywiście uważnie go obserwowałam. Wyciągnął swoje czarne pióro i starannie wykaligrafował:
„Cholera jasna, pisz!”.
„Wiesz, że prac pisemnych w klasie się nie poprawia?” – napisał po chwili.
Zaczęłam więc pisać jakieś bzdury.
Nie wyszło zupełnie.

-Ale się rozpisałaś!- krzyknął Michał do Aśki, gdy ta podpisywała już po dzwonku swoją pracę. –Tak szybko pisałaś, że nie nadążałem przepisywać!
-No!- pogroził palcem Rafał. –Ty już się przejechałeś raz na odpisywaniu. Pamiętaj, wielki wychowawca patrzy!
-Tak, wiem- mruknął. Rzeczywiście, widział wszystko, co udowodnił już milion razy. Ściągać u niego było czymś niemożliwym, a jeśli doprowadzonym do skutku, to godnym podziwu. Automatycznie stawiał z jedynką na czerwono, którą niebywale trudno było potem poprawić.
-Jak chcecie, to nie wychodźcie z klasy- poinformował wychowawca. –Zostaję w środku. Możecie jeszcze pisać przez przerwę.
U nas w szkole na przerwy zawsze zamykano klasy. Sami uczniowie to zarządzili, bo zbyt wiele rzeczy im ginęło z plecaków. Dla mnie to było bardzo uciążliwe, bo czasem gdy chciałam coś wyciągnąć z plecaka podczas przerwy, musiałam lecieć na drugą stronę szkoły po klucz.
Oddałam mu kartkę, bo byłam pewna, że już nic więcej nie napiszę.
Spojrzał na mnie krzywo i oddał zeszyt.
Kiedy Aśka i spółka, wyszli z klasy, usiadłam w ławce. Pisało jeszcze pięcioro uczniów.
Otworzyłam zeszyt na ostatniej stronie. Znajdował się na niej ogromny znak zapytania, a na dole strony „bz”. Spojrzałam na niego nierozumnym wzrokiem. Nie było przecież zadania!
Wrzuciłam zeszyt do plecaka i wyszłam z klasy.
-I jak poszło?- zapytała mnie automatycznie Aśka. –Mnie chyba naszła wena! Trzy strony A4 moim pismem!
-Nie poszło jej najlepiej- powiedziała Monika.
-Niestety...- przytaknęłam i usiadłam na parapecie okiennym. –Może na dopalacza wyciągnę.
-Żartujesz?- Michał parsknął. –Nasza literacka podpora klasowa, dopuszczający!?
-Jak nie gorzej- odpowiedziałam smutno. Może niesłusznie, ale ocenami się przejmowałam. Zawsze. Nie tylko swoimi. Zastanawiałam się też jak idzie Filipowi, który jeszcze został w klasie. Pewnie skrzętnie notował wszystko, co przedyktował mi, dając mi lekcje. Może przynajmniej on coś zapamiętał!
-Nie martw się. Zawsze mówisz, że tak okropnie coś napisałaś, a potem się okazuje, że celujący masz- przyjacielsko szturchnęła mnie w ramię. Niby taki nic nie znaczący gest ale utwierdził mnie w tym, że przynajmniej mam na kogo liczyć. –Wiem coś o tym! – zapewniła.
-Przecież wiem jak napisałam.
-Trudno jest cokolwiek napisać...- podjęła Monika lekkim, śpiewnym głosem ślizgającym się pomiędzy kokieterią, a jej normalnym, codziennym tonem głosu. –kiedy cały czas lampi się na wychowawcę. Aż zjadaliście się wzrokiem. Erotyczna atmosfera w szkole się wytworzyła... pozazdrościć. Wiesz... ale dobry wybór. Jeden z najseksowniejszych kąsków z grona pedagogicznego. Swoją drogą ja bym wolała Klimeckiego, wuefistę chłopców...- dokończyła kapryśnie.
-Przymknij się- zgromiła ją Aśka. Może, gdyby sytuacja nie była taka, jaka jest, pozostałoby na żartach. Na grubej linii żartu, po której można skakać ile ci się podoba.
-Ty nie widziałaś, ale gdybyś spojrzała- westchnęła. -Aleś się do niego mizdrzyła! Dobrze, że Filip jest aż taki ślepy! To znaczy dla ciebie dobrze.
-Monika, zastanów się nad sobą, dobrze?- nie miałam na nic siły. Nawet na odpyskowanie jej. –Ja mam Filipa i on mi wystarczy. Poza tym za takimi starymi nie przepadam.
-Czyżby?- zapytała.
-Nie rób z siebie „tej złej”, dobrze? Denerwujesz mnie.
Wybawił mnie dzwonek. Kolejny język polski. Tak to jest w tych liceach profilowanych.
Katastrofa mieć tyle tych samych lekcji dziennie, na dodatek kiedy się jest nieprzygotowanym. Wtedy to już koniec świata. Nie lubiłam być do tyłu. W czymkolwiek. W polskim szczególnie.
Powoli wtoczyliśmy się do klasy. Bardzo wolno, z namaszczeniem, majestatycznie, ze znudzonymi minami. Dzień działał przygnębiająco na wszystkich bez żadnego wyjątku. Wszyscy nauczyciele jak i uczniowie byli ospali i nie do życia. Poustawialiśmy ławki na normalnych pozycjach, porzucając sprawdzianowe przemeblowanie. Oklapłam pod oknem, obok Asi. Nie patrzyłam w stronę klasy, tylko od razu wzrok rzuciłam w stronę okna. Szaruga. Śnieg, deszcz, chlapa. Na dokładkę wiatr mogący urwać głowę, a potem przerzucić ją na drugą stronę kraju. Bardzo chciało mi się spać. Już myślałam o dzisiejszej wyprawie do kina z całą paczką. Odpłynęłam myślami i to był mój błąd.
-Agnieszka!- Aśka szturchnęła mnie w ramię. Odwróciłam się automatycznie, a ona tylko zaśmiała się przepraszająco. –Sorry, nie myślałam, że aż tak się przestraszysz.
Spojrzałam na nią z konsternacją. Skinęła głową w stronę biurka. Rafał patrzył na mnie pobłażliwie marszcząc brwi. Może zobaczyłam cień uśmiechu?
-Do odpowiedzi?- zaciągnął w formie pytania.
-Co?
-Chodź do odpowiedzi- tym razem nie bawił się w pytania.
Zaklęłam po nosem. Jak wszystko to wszystko! Spięłam usta i wstałam emanując pretensjami. Idąc do biurka prawie przewróciłam krzesło. On się na mnie uwziął! Wyładowuje swoją złość mszcząc się na mnie. Nie... tak nie można. Z tego wszystkiego zapomniałam wziąć zeszytu. Aśka dyskretnie położyła go na biurku. Splotłam ręce na piersiach i czekałam na pytanie.
-Co wiesz o wierszu o nazwie „heksametr daktyliczny”?
Pytanie zagrzmiało złowieszczo, a mi aż się zrobiło słabo.
No nie!
Prychnęłam i najzwyczajniej w świecie wybiegłam z klasy. Udawałam obrażoną królewnę, ale jak inaczej miałam się zachować!? Powiedzieć uprzejmie, że nie wiem? Znów bez powodu pole widzenia szybko zasłoniła mi mgiełka łez. Przysiadłam na jakiejś ławce w korytarzu na pierwszym piętrze. Wyjęłam chusteczki higieniczne z kieszeni i wytarłam oczy. Znów przyciskałam je za mocno. Ławka była twarda, a na dodatek lepka, jakby ktoś ją oblał oranżadą. Chciałam uciec, ale nie bardzo miałam gdzie. Kiedy lekcja by się skończyła tłumy młodzieży wypadłyby na korytarz i samotność diabli by wzięli. Poza tym każdy nauczyciel mógłby właśnie przechodzić.
-Agnieszka, Homer. Znasz Homera. Heksametr daktyliczny został wykorz...
-No to co z tego!- prawie krzyknęłam. Zza mgiełki łez zobaczyłam Rafała stojącego obok balustrady schodów prowadzących z powrotem na parter. Miał rozłożone ręce i oczy zasłonięte kosmykami włosów. Chyba za mną biegł.
-Niedawno pisałaś pracę o jego twórczości. Wspomniałaś tam o..
-Ojj Rafał, daj mi spokój, dobrze!?- spojrzałam na niego błagalnie. Nie musiał mi udowadniać jaki ze mnie młot i jak bardzo udaję lepszą, niż jestem w rzeczywistości.
-Ale co ja ci robię!?
-Uwziąłeś się na mnie!- krzyknęłam i już chciałam zbiec schodami na dół, ale chwycił mnie w talii i oparł plecami o ścianę. –Puść mnie, bo będę krzyczeć!- zagroziłam.
-Nie uwziąłem się na ciebie przecież- powiedział spokojnie. Zaczęłam się szarpać.
-Najpierw sprawdzian, potem zadanie, teraz pytanie... czego chcesz więcej?
-Sprawdzian pisali wszyscy. Zadanie było, może ktoś ci nie powiedział. A dziś jest dwunasty, a dwanaście to twój numer w dzienniku. Wiesz, że ja pytam takimi zasadami. Mogłaś się przygotować!
Na wszystko miał argument. Ech...
-Mogłeś mnie nie pytać!
-No przepraszam, żądasz specjalnych praw?- obruszył się. Trzymał mnie za przedramiona od momentu, kiedy zaczął mi wszystko tłumaczyć. Nie chciał, bym mu się wyrwała. Walczyłam z jego bliskością. Nie mogłam się poddać. Troszkę zbyt mocno ściskał moje przeguby. Czułam, że będę miała na nich czerwone obręcze. Był silny, ale tej siły najwidoczniej nie umiał powstrzymać.
Nie umiałam odpowiedzieć. Nie powinnam na nie liczyć, ale w głębi serca jakoś miałam na nie nadzieje. Choć nie powinnam. Nie mógł mi się przecież za naszą znajomość rewanżować ocenami.
-Przepraszam- powiedziałam ledwo słyszalnie. Pomyliłam się. Teraz przepraszałam.
-Jak to mówicie... spoko.- zaśmiał się i przyłożył podbródek do mojego czoła. Jego zarost, który odrastał z zadziwiającą szybkością, delikatnie musnął moje czoło. To był tak znajomy gest, znajomy dotyk. Przymknęłam powieki i zapragnęłam nagle być tak blisko niego. Odsunął się ode mnie nagle.
-Czytałaś mój list?- zapytał, kiedy był już w bezpiecznej odległości.
-Nie- odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Beznamiętnie i oficjalnie.
-Jak to nie!?- oburzył się.
-Wyrzuciłam go.
-W takim ra...
-Ja nie chcę w takim razie! Nie musisz mi mówić co tam było! Wiem doskonale! Że przepraszasz i że nigdy więcej...
Zbliżył swoją twarz do mojej i delikatnie pocałował. Znów się nie broniłam. Jak na zwykły pocałunek trwał odrobinę za długo.
-Nie było pożegnalnego- oznajmił i ujął w dłonie moje policzki. Już oprzytomniałam.
-I nie będzie- powiedziałam stanowczo.
Pobiegłam na dół, a on oczywiście za mną. Biegnąc schodach zderzyłam się z Filipem. Odskoczyliśmy od siebie w pierwszym momencie, ale gdy zorientowałam się, że on to on chciałam go przytulić. Jednak odepchnął mnie. Tak po prostu.
-Nie masz co próbować. Wszystko widziałem.
Poczułam się jakby ktoś łamał mi kość. Na żywca, bez znieczulenia. Znów to uczucie beznadziejności. Tego, że nic już nie mogę zrobić, bo los i inni ludzie decydują za mnie. Mogłam stać i patrzeć na rozwój wydarzeń.
-A odpieprzcie się wszyscy ode mnie!- krzyknęłam w ich stronę, choć chyba bardziej chciałam sobie uświadomić, że nie są mi potrzebni. A byli. Jednak potrzebowałam spokoju. Wybiegłam ze szkoły pozostawiając za sobą otwarte drzwi i trzy zdziwione twarze. Filipa, Rafała i Zawadzkiej. Dyrektorki.
Jednak już zupełnie wszystko było mi obojętne.
Minęłam park naprzeciwko szkoły, pobiegłam wzdłuż rzeczki, która płynęła nieopodal. Może mnie szukali, może nie. Nawet, gdyby dzwonili do mnie do domu, zgłaszając ucieczkę – nie zastaliby nikogo. Plus nieobecnych ciągle rodziców. A telefonu do ich pracy nie mieli.
Zeszłam do brzegu Wilgi i usiadłam na jakimś kamieniu. Nie nachylałam się nad wodą, bo jeszcze bym do niej wpadła i zamoczyła ubranie. Tak to tylko będę miała brudne spodnie. Rzeczka nie była skuta lodem, jednak na pewno była niesamowicie zimna. Chciałam włożyć do niej dłoń i poczuć przeszywające, lodowe igiełki, ale zmoczyłabym buty. A jeśli planowałam chwile wyciszenia, to musiałam być w miarę sucha, by dotrzeć jeszcze do Pomnika Żydowskiego. Zawsze tam chodziłam, kiedy było mi smutno. Musiałam poczuć powiew historii. A Pomnik akurat był rzut beretem stąd.
Już nie płakałam. Mrużyłam oczy nieustannie strzelając mściwym spojrzeniem do okolicznych drzew i krzewów. Teraz przyszedł etap karcenia samej siebie. Zanim na dobre się rozwinął, pobiegłam pod pomnik. Pobiegłam. Miałam czas.
Sama, na wielkim wzgórzu, obok wielkiego monumentu przedstawiającego kilka postaci, z wielką wyrwą w okolicach szyj, byłam dosyć widoczna. Zapewne upamiętniał on ofiary obozu pracy „Płaszów”, który był niedaleko. Samotnie okrążyłam pomnik. Z drogi szybkiego ruchu było mnie doskonale widać, jednak nie byłam sobą, ale tylko maleńkim, zagubionym robaczkiem przechadzającym się po wzgórzu i skaczącym po schodkach. Może nawet wzięli mnie za turystę.
Mniej więcej oczyściłam swoje myśli.
Nie wołałam o żadne katharsis, czy coś podobnego. Chciałam po prostu odrzucić bieżące problemy, które spędzały mi sen z powiek. Jak ja teraz wszystko wytłumaczę Filipowi? Skoro wszystko widział. Moje tłumaczenia będą niczym. Bo widział! Na takie zachowanie i tak nie ma usprawiedliwienia. Po tych kilku godzinach intensywnego myślenia chyba nawet sama sobie obrzydłam. Powiedziałam sobie kilka słów prawdy. Podobno rozmowa ze sobą jest objawem choroby. Ale oczywiście, że lepiej rozmawiać samemu ze sobą, niż ze swoim własnym odbiciem. Ja męczyłam tylko moje „ego”.
Mniej więcej w godzinach skończenia zajęć złapałam autobus do domu. Klucze miałam w kieszeni, ale plecak został w szkole. Liczyłam na czyjąś dobrą wolę. Okaże się na kogo wolę liczyłam najbardziej.
Przekręciłam kluczyk bramki i ku mojemu zdziwieniu były otwarte. Weszłam rozglądając się po podwórku. Czyżbym rano ich nie zamknęła? Samochodu rodziców nie było. Tajemnicza sprawa. Podeszłam do drzwi i już miałam je otworzyć, kiedy zza ścianki osłaniającej przed powiewami wiatru, wyszła Monika. Dmuchało całkiem nieźle. Jej włosy, które wyjątkowo miała rozpuszczone, szamotały się po całym moim polu widzenia.
-Wiesz, że mieszkam niedaleko. Przyniosłam ci torbę. Bramka była otwarta, a nie wiedziałam, czy jesteś, czy cię nie ma. Jednak przyszłaś.
Jedną wypowiedzią uprzedziła wszystkie moje pytania i wątpliwości. Uśmiechnęłam się w podzięce. Nie wiem ile dla niej znaczył mój uśmiech. Na pewno o wiele mniej, niż znaczyłby dla chłopaka. Mimo wszystko również odpowiedziała uśmiechem. Może potraktowała, to jako dowód dozgonnej wdzięczności? Może słusznie. Tylko nie „dozgonnej”.
Opatuliła się szczelnie kołnierzem golfa, który wystawał jej spod kurtki.
-Dzięki. Może wejdziesz...?- zaproponowałam ze zwykłej uprzejmości. Nim skończyłam wypowiadać tą propozycję, zaczęłam żałować. Będą pytania, pytania i jeszcze raz pytania! Od Moniki zwłaszcza. Nigdy nie miałam z nią na pieńku, można było powiedzieć nawet, że się lubimy. Ale była bardzo wścibska. Mieszała się do wszystkiego. Należała do tych osób, którym nie wystarczy ich życie osobiste i muszą zajmować się cudzym.
-Sama nie wiem. Zimno jest. Jak zaproponujesz jeszcze herbatę, to może nawet ci opowiem co się działo w szkole- uśmiechnęła się zachęcająco. Nie mogłam odmówić, choć miałam na to piekielną ochotę. Weszłyśmy i odwiesiłyśmy ubrania. Pierwszy raz była w moim domu. Ledwo co weszła już zaczęła chwalić styl, przytulność i tym podobne rzeczy. Mijała się z prawdą. Jedynym przytulnym pomieszczeniem w tym domu była kuchnia, do której drzwi były na razie zamknięte.
-Wejdźmy do kuchni. Wiesz dobrze, że tam zawsze wszystko lepiej smakuje.
Weszła za mną i usiadła przy stoliku. Następnie zapatrzyłam herbaty i jako gratis, dodałam soku malinowego, który pozostał po mojej chorobie. Dla siebie również zrobiłam.
Głośno postawiłam kubek na kolorowej ceracie. Nadal śmiała się zachęcająco.
-Dzięki tobie nie mieliśmy polskiego!- krzyknęła z entuzjazmem. –Potem jeszcze lekcji z Zawadzką! Czyż to nie wspaniałe?
-Ale dlaczego?- zażądałam wyjaśnień. –Powoli, dokładnie, najlepiej w punktach.
-Dobrze. Kiedy wybiegłaś, Filip od razu wrócił do klasy rozeźlony jak diabli. Rafał nie wracał, nie wracał, nie wracał... Minęła lekcja. Wyszliśmy na przerwę, a on wrócił tylko po swoje rzeczy i znów wyszedł. Chyba wzięła go na dywanik, ale nie wiem czemu. Chyba dzwonili do ciebie do domu.
-Nikogo nie było.
-Tym lepiej dla ciebie. Na lekcję, którą mieliśmy mieć z Zawadzką, nie przyszła. Znaczy przyszła... ale po dwudziestu minutach. I tylko po ty, by wezwać Filipa. Jakiś sajgon tam się rozgrywał. Agnieszka, co ci jest?- zapytała marszcząc brwi.
Od dłuższego czasu głowę trzymałam w dłoniach, patrząc na ceratę i próbując sobie wyobrazić te okoliczności. Po jej pytaniu uniosłam wzrok i mruknęłam, że nic. Kontynuowała. Opisała jak długi ich nie było, jakie spekulacje rosły, kto potem jeszcze przyszedł. Potem obsmarowała pół klasy, którzy „zachowywali się jakby ich ta sprawa nie dotyczyła”. Przytakiwałam, w myślach przeprowadzając scenariusz wydarzeń, jakie mogły się rzeczywiście zdarzyć po moim wyjściu.
W końcu nas widziała!
I to nie była pozycja normalnej rozmowy. Był to normalny pocałunek w usta. Zawadzka stojąc w drzwiach swojego gabinetu miała świetny widok na schody na których staliśmy. Głupi Rafał! Teraz dopiero zaczną się kłopoty. Oby nie. Już był koniec związku. Koniec nas. Ale nie może być koniec mnie i jego!
-Dzięki. Było bardzo ciekawie- podsumowałam dopijając herbatę. Byłam natenczas wyprana z uczuć. Na ten króciutki moment, kiedy nic mnie nie obchodziło. Żadnych nerwów, presji, czy czegoś podobnego. Wszystko mi wręcz zwisało.
-Teraz ty- oznajmiła.
-Co ja?
-Powiesz mi co tam się wydarzyło? To musiało bardzo rozzłościć Zawadzką. Hmm... dobierał się do ciebie!?- wpadła na genialny pomysł. –Tak! To musiało być to. Macanki te sprawy, co?
-Weź przestań...- prychnęłam. –Wyobraźnię to ty masz niezłą. Przypadek z autopsji?
-Czyli...- chyba nie zrozumiała o co mi chodziło.
-Nie!- zaprzeczyłam całej sprawie.
-Dobrze, nie złość się.
Domniemania, ploty – norma w naszym liceum. Było małe, więc wszystko się szybko rozchodziło. Szczególnie, że miało tylu ochotników do: podaj dalej.
Gdy poszła w końcu mogłam odetchnąć.
Rzuciłam się na łóżko i włączyłam muzykę. Mitrężyłam do końca dnia.
Nie odpisałam na smsa od Aśki o treści: „Wpadniesz odpisać lekcje?”.
Nie chciało mi się nic.
Laicyzm całkowicie mną zawładnął.

-Agnieszka, dlaczego nie zamknęłaś drzwi?- krzyknęła od razu na wejściu mama, kiedy wróciła z pracy. Ciężkie torby z zakupami położyła obok drzwi do kuchni. Zaczęła zdejmować płaszcz, a ja zwabiona jej pogodnym głosem, szybko pojawiłam się w przedpokoju. Oparłam się o wieszak.
-Zapomniałam. Odpoczywałam i tak jakoś nic mi się nie chce- westchnęłam. Może pogodnie, może normalnie. Naprawdę nie czułam nic. Byłam tylko ja. Macie czasem takie momenty, kiedy świat was zupełnie nie obchodzi i egzystujecie tylko i wyłącznie dla siebie? Właśnie to był jeden z nich.
-Okradliby cię, zabrali telewizory i komputery, biżuterię, oszczędności, zastraszyli, zgwałcili i zabili- wyliczała, ale w jej głosie nie było gniewu. Raczej pouczenie.
-Kocham twój optymizm, mamo.
-Wśród ogółu sceptyków, dobre i to- mrugnęła okiem filuternie i zaczęłyśmy rozpakowywać torby. Kiedy wszystkie produkty były już na swoich miejscach, mama oklapła na jednym z taboretów.
-Życie mnie wykańcza.
-Ale ty się nie dajesz. Gdzie tata?- zapytałam.
-Wróci później, bo jeszcze miał kilka rzeczy do zrobienia. Karolina też nie wróci na noc, bo zostaje u Michała.
A jednak!
Jakoś się wybronił, lub moja siostra nie wzięła sobie do serca moich ostrzeżeń.
-No to nie gotuj obiadu, nie jestem głodna. Nie opłaca się. Zażyj relaksu, obejrzyj jakiś film- zaproponowałam. –Najlepiej jakąś komedię. Rozluźnisz się migiem.
Spojrzała na kuchenkę, lecz potem uśmiechnęła się szeroko. Życie zawodowe odcisnęło piętno na jej twarzy. Liczne zmarszczki pokrywały jej bladą skórę, którą kiedyś cyklicznie pieściła słońcem lub solarium. Dziś nie miała czasu – musiała się zajmować podupadającą firmą. Razem z tatą dźwigali na barkach całe jej brzemię. Jeden sponsor wycofał się we wrześniu, a na dodatek odszedł od nich wspólnik, który dość dużo im pomagał. Teraz musieli sobie radzić sami. Ale się trzymali. Zresztą... firma również.
Przebrała się w dres i poszła do salonu. Usiadła przed telewizorem, a ja zaczęłam wybierać filmy. Chciałam obejrzeć „Dziś trzynastka, jutro trzydziestka”, ale mama wtrąciła się i wybrała „Dirty Dansing”. Byłam pewna, że widziała go już kilka razy.
-Obejrzysz ze mną?- zapytała wyłączając telefon komórkowy.
Przytaknęłam i usadowiłam się obok niej na kanapie. Matczyna bliskość była dla mnie czymś tak obcym i tak bardzo abstrakcyjnym, że czułam się dziwnie. Nigdy jej się nie zwierzała, rzadko szczerze rozmawiałyśmy, a filmy oglądaliśmy równie rzadko. Czasem zdarzały się wyjątki.
-Chyba tysiąc razy oglądałam ten film- westchnęła.
Uśmiechnęłam się, bo idealnie wyczułam jej sentyment do niego.
Owinęłam się kołdrą, a głowę oparłam na ramieniu mamy. Była bardzo wysoka, a szpilki potęgowały dodatkowo jej niespełna metr dziewięćdziesiąt. Teraz w klapkach z pluszopodobnego materiału, bez makijażu, w dresie wydawała się kimś zupełnie innym.
-Z twoim tatą bardzo lubimy ten film.
-Niech zgadnę dlaczego...- zwiesiłam głos.
Mama się roześmiała.
-Mamy bardzo miłe wspomnienia z nim związane. Ech... jak ten czas szybko leci. Kiedy widziałam ten film po raz pierwszy, to chodziłam z tobą w ciąży, a Karolinka była taka malutka...- przymknęła oczy przywołując wspomnienia. –Pamiętam, że twoja babcia, czyli mama taty uszyła mi specjalnie taką ładną, ciążową sukienkę z takiego ładnego dżinsu, który przywiozła jej rodzina z Francji. I tak ładnie mi było...
-Tobie we wszystkim jest ładnie, mamo- podkreśliłam. Rzeczywiście była bardzo ładna. Kiedy byłam mała i chodziłam do przedszkola, prawie wszyscy chłopcy w mojej grupie byli zauroczeni moją mamą. Tylko czekali aż przyjdzie mnie odebrać po zajęciach. Wiele razy również notowałam zaciekawione spojrzenia mężczyzn w mamy stronę, na przykład, kiedy przechadzała się po mieście.
-A mamo... jak poznaliście się z tatą?- zapytałam, bo dopiero teraz zorientowałam się, że tego nie wiem. A każde dziecko powinno wiedzieć jak poznali się jego rodzice.
-Właśnie dlatego tata zabrał mnie na ten film... poznaliśmy się kiedy przyjechał do Krakowa ze swoim zespołem tanecznym. Ja z przyjaciółkami zawsze przychodziłyśmy do takiej restauracji „San”, w której mieli ćwiczenia. Kilka spojrzeń, uśmiechów, a już zbieraliśmy pieniądze na ślub.
-Nie wiem dlaczego ale takie stare historie o miłościach zawsze mnie wprawiają w dobry humor. Zawsze wydaje mi się, że takie związki pachnące komunizmem są wyjątkowo trwałe.
Znów się zaśmiała i pogładziła mnie po wierzchu dłoni.
-Chyba siebie nie słyszysz. To nie ważne kiedy, ale jak. Każda miłość ma szansę, nawet ta z góry przewidziana na niepowodzenie, a czasy i inne okoliczności nie mają na nią wpływu. Ale kiedy miłość nie była prawdziwa i się rozpadnie, to wszystko można z powodzeniem zrzucić na te właśnie okoliczności...- popatrzyła na mnie tak jakoś miło. Na ekranie już przebiegła połowa filmu, a mama zabawiała mnie opowieściami z jej młodości, które słyszałam po raz pierwszy.
-Nie martw się. Też na pewno kogoś znajdziesz. Tylko nie spiesz się, bo na razie pieniędzy na wesele nie mam...- zażartowała.
-Czyli myślisz, że w miłości wszystko jest możliwe?- zapytałam. Nie odnosiłam tego do mojej sytuacji. Po prostu język mi się rozwiązał. Tak jakoś łatwo było mi rozmawiać.
-Oczywiście. Ani wiek, ani status... pamiętam, że kiedyś podsłuchałam moją mamę, kiedy rozmawiała z sąsiadką. „Wykształcenie nie gra żadnej roli w miłości”. Wtedy się z tego śmiałam, lecz wiem, że to jest prawda. A masz już kogoś na oku?- zaczęła będąc teren. Nie wchodziła w nieprzyjazne pielesze, bo gotowa byłam ją przyjąć z otwartymi ramionami.
-Mam.
-Ooo, jak miło. A co to za chłopak?
-Mamo, a czy sądzisz, że wiek to bardzo duża przeszkoda w związku?
-A co? Jest starszy od ciebie?
-Niee...- zaśmiałam się. –Tak tylko pytam.
-Wiesz... to zależy jaki. Na przykład mama twojego taty jest młodsza od dziadka o dziesięć lat. Wyszła za mąż mając 18 lat. Prawdą jest, że wtedy były inne czasy, ale im człowiek starszy, tym duże różnice się wyszczególniają, a małe zacierają.
Dziesięć lat. Dwadzieścia siedem i siedemnaście. Ja i Rafał. Przeszłość.
-On ma tyle lat co ja.
-Miło. A który to?
-Filip, nie wiem, czy kojarzysz?
-Faktycznie... nie bardzo. Ale kiedyś mi go przedstawisz, prawda?
Może. Może, ale nie daję głowy uciąć. Miałam mieszane odczucia co do tej rozmowy. Jednak cieszyłam się, że się odbyła. Poczułam się mniej samotna i bardziej wspierana przez mamę. Ot tak! Z powodu jednej rozmowy. Wieczorem wrócił tata. Otworzył drzwi i postawił swój nieśmiertelny neseser w przedpokoju. Mama powitała go soczystym całusem w policzek. Nigdy nie pozwalali sobie na wyraźne okazywanie uczuć w moim, ani Karoliny towarzystwie. Poszłam do łazienki się umyć, a potem bez życia opadłam na łóżko. Nie wiem sama czym byłam aż taka zmęczona, jednak nie miałam nawet czasu, ani siły, by myśleć. Lekcje postanowiłam odpisać jutro na przerwie. Zasnęłam ledwo dotknąwszy twarzą jaśka.

Budzik zadzwonił złowieszczo. Czułam jakby swoim dźwiękiem przewiercał mi czaszkę powodując niesamowity ból. Kiedy go wyłączyłam wszystko minęło, prócz widma kolejnego dnia, który zaczyna się identycznie jak poprzedni. Nienawidzę wtorków. Wtorków, śród, czwartków i rzecz jasna poniedziałków. Jednak i ona bardzo szybko zlatywały.
Wróciwszy do szkoły uderzyła mnie normalność. Węszyłam kłopoty, bombę, i kataklizm w postaci dywanika dyrektorki. A tu nic. Zupełnie nic. Ani słowa ze strony grona pedagogicznego. A szczególnie dwóch osób na których zdaniu najbardziej mi zależało. Zawadzkiej i Rafała.
Po kilku dniach milczenia, zmrożonej zimnej wojny, dorwałam na korytarzu Filipa. Przez te wszystkie dni mijaliśmy się obojętnie, oboje ignorując obecność tej drugiej osoby. Przez pierwsze dni wmawiałam sobie, że tak jest lepiej. W poniedziałek, następnego tygodnia nie mogłam wytrzymać.
-Filip, muszę chwilkę z tobą porozmawiać- oznajmiłam, stając przed nim podczas przerwy na korytarzu pełnym ludzi. Zastąpiłam mu drogę i spojrzałam natrętnie w oczy. Oczywiście chciał mnie wyminąć. Uniemożliwiłam mu to, chwytając go za przedramiona.
-Agnieszka, znów się mną będziesz bawić?
-Ja?
-Nie, ja! Daj sobie spokój i wybierz tego profesorka. Nie zrobię ci syfu, bo cię lubię. Jemu może bym i zrobił, ale wiąże to się z tobą, więc będę siedział cicho.
-Filip! Przestań. To nie było tak jak myślisz!
-Za dużo telenowel, Aga. W każdej chyba tak mówią. Potem wybaczają i zapominają, ale to ma się nijak do normalnego życia. Z abstrakcją nie wygrasz!
-Posłuchaj mnie. Ja i Rafał już skończyliśmy ze sobą!- prawie krzyknęłam.
-Więc pocałunek był pożegnalny?
-Nie!- znów krzyknęłam. Uniosłam oczy do góry. Kolejna walka z wiatrakami, która zapowiadała fiasko. –Przepraszam cię przecież! To on mnie pocałował, nie ja jego! On chce żebym do niego wróciła!
-Nie pochlebiasz sobie zbytnio? On chcę wracać, ja rzekomo chcę wracać? Myślisz, że jesteś taka cud miód? Wiesz przecież, że dziewcząt jest o wiele więcej... nie myślisz chyba, że wszyscy będą pełznąć do ciebie na kolanach!- wyrzucał z siebie potok słów, którego nie chciałam słuchać. Powoli zeszliśmy do korytarza prowadzącego do sal plastycznych i kuchni. Tu było spokojnie i można było porozmawiać. „Porozmawiać!”. Gdyby tylko on chciał.
-Przecież nic takiego nie powiedziałam.
-Ale myślisz tak!
Spojrzałam na brudną posadzkę. Wcale nie myślałam. Było mi gorąco i źle. Jakieś duszne powietrze było w tym korytarzu. Zapachy obiadu mieszały się z zapachem terpentyny, napływającym z sal, w których odbywały się zajęcia ze sztuki.
-Nie, Filip...- mruknęłam zrezygnowana i oparłam się o ścianę.
-Ty się po prostu nie umiesz zdecydować. Nie wiesz do którego z nas pójść. Wychodzi na to, że jak jeden nie wypali, to drugi jest do rany przyłóż... potem odwrotnie. Aga, ty tak nie możesz, bo daleko tak nie zalecisz.
Znów mowa moralizatorska. Dlaczego nie umiałam się bronić? Może po prostu wolałam grać jedyną nieszczęśliwą, a może po prostu nie umiałam odnaleźć argumentów obalających jego twierdzenia. Jedynym był: „Filip, przecież ja taka nie jestem!”. A jaka byłam? Jaka jestem? Taka właśnie!
-Mówiłeś przecież, że mnie kochasz!
Znów wkradł się płaczliwy ton. Walczyłam z jego niebieskimi oczami, które teraz wydały mi się takie dalekie. Były na wyciągnięcie ręki, ale to nie ułatwiało niczego.
-Ty też mówiłaś.
-I potwierdzam to nadal! Kocham cię i dla ciebie zostawiłam Rafała, nie wystarczy ci to!?
-Chciałaś mi zostawieniem jego coś udowodnić?
-Tak!- krzyknęłam. Przecież to było oczywiste. –Że wybrałam ciebie. Filip... nie rób mi tego.
Dotknęłam jego ramię, bo myślałam, że się złamie. Że mój dotyk go onieśmieli, zmiesza do tego stopnia, by nie oprzeć się pocałunkowi, który już planowałam. Przekrzywiłam zmysłowo głowę i zmarszczyłam czoło. Mina błagalna. Nadal nic.
Przejechałam dłonią po jego policzku, ale ten zrobił krok do tyłu. Wzruszył ramionami i po prostu odszedł. Jego głośne kroki odbijały się echem w moje głowie. Były takie głośne, jakbym przynajmniej była na kacu. A nie byłam. W pełni poczytalna, skreśliłam sobie związek który miałby przyszłość. Jednym ruchem, jedną grubą, czerwoną krechą.
Stałam chwilę, nie ruszając się, patrząc na posadzkę. Zawiodłam się. Liczyłam, że wróci. Że ja do niego wrócę.
Po rozmowie skierowałam się do klasy, bo za chwilę miał zadzwonić dzwonek.
W ciszy, a potem w gwarze szkolnego korytarza wróciłam do mojej sali. Zanotowałam kilka ukradkowych, Rafałowych spojrzeń. Dyżurował obok sekretariatu i pił kawę. Dwie dziewczyny z pierwszej liceum podeszły do niego, a on zaczął im coś tłumaczyć. Śmiał się razem z nimi. Wysoka blondynka szarpała go za rękaw... takim moim zwyczajem. Zrobiło mi się jeszcze smutniej.
Szybko pobiegłam do klasy. Była jeszcze zamknięta. Usiadłam więc obok Asi, która uczyła się na pytanie z fizyki.
-Wspominałam ci, że nie lubię fizyki?- zapytała retorycznie. Powtarzała to przy każdej okazji.
-Tak. Ja też.
-Więc obryta jesteś? Tak jakoś się nie uczysz...
-Umiem to, co umiem. Więcej się przez przerwę nie nauczę.
-Też logiczne podejście. Wiesz co? Miałabym do ciebie prośbę- usiadła po turecku na ławce, robiąc dla mnie miejsce. Nie skorzystałam. Przykucnęłam tuż obok. –Muszę kupić prezent dla mamy.
-Ojj nie, wiesz że się na tym nie znam!- jęknęłam, ale Asia zaczęła mnie błagać. Nie mogłam jej odmówić, choć nie miałam najmniejszej ochoty na wypad na sklepy.
Zadzwonił dzwonek i wszyscy zaczęli się schodzić. Milcząca weszłam do środka i zajęłam własne miejsce. Myślałam, że wszystko pójdzie dobrze, lecz z błędu wyprowadziło mnie zaproszenie do odpowiedzi.

-Poprawisz, spokojnie- Aśka położyła mi dłoń na ramieniu, kiedy czekałyśmy na przystanku autobusowym. Dostałam piękne, czerwoniutkie jak truskawka jeden. Wpisane w rubryce z odpowiedzi ustnej. –Ale trzeba było się pouczyć.
-Jakbym sama nie wiedziała. Cholera...
-Co?
-Do niczego mam ostatnio te oceny. Chyba głupieję.
Zaśmiała się.
-Po prostu nie działasz systematycznie. Powinnaś po przyjściu ze szkoły odrabiać lekcje, a potem zażywać rozrywek- powiedziała tonem mojej mamy.
-No na przykład chodzić po sklepach...
Mamie Asi kupiłyśmy srebrny łańcuszek z wisiorkiem w kształcie drzewka, które na gałęziach miało umocowane maleńkie diamenciki. Było niezwykle delikatne, ale i bardzo ładne. Od razu rzuciło nam się w oczy. Potem pojechałam do domu z szczerą chęcią nauki fizyki. Potem geografii.
Nie mogłam aż tak się opuścić przez ten czas.
Ledwo co weszłam na moją ulicę pewien szczegół rzucił mi się w oko. Obok mojej bramki spacerował jakiś niezidentyfikowany mężczyzna wpatrując się uważnie w nierównomiernie wystające płyty chodnikowe. Ścisnęłam mocniej w ręku reklamówkę z obuwiem na zmianę i ostrożnym krokiem podążyłam w jego stronę. Zdawał się nie patrzeć na mnie, tylko na te cholernie płyty. Kto to był?
Zaschło mi w gardle.
Mógł to być morderca, albo porywacz. Zwinąłby mnie dla okupu, a potem wywiózł gdzieś na Wschód, gdzie byłabym pięćsetną żoną jakiegoś maharadży. Nie, Aga... spokojnie. Zbyt wiele kryminałów się naczytałaś, a wybujała wyobraźnia wcale ci nie pomaga w racjonalnym spoglądaniu na świat...
Już miałam zamachnąć się reklamówką, która była moją jedyną bronią, ale mężczyzna stanął w miejscu, a zaraz potem odwrócił się na pięcie w moją stronę. Już miał wykonać kolejny marsz wzdłuż płytek, ale natknął się na mnie i z wrażenia aż okręcił się wokół własnej osi.
Stanęłam jak wryta, kiedy przed sobą zobaczyłam Filipa owiniętego w granatowy płaszcz w jodełkę. Zupełnie nie pasował do niego. Zbyt nieporządny chłopak do zbyt porządnej garderoby.
-Cześć...
Niepewnie zaczął i wyjął ręce z kieszeni. Nieumiejętnie nimi pomachał, nie wiedząc za bardzo co ma z nimi zrobić. Splótł je przed sobą, a potem podszedł bliżej do mnie, strzelając kostkami.
-Cześć- odpowiedziałam sucho. –Co tutaj robisz? Nie chciałeś ze mną rozmawiać, ani nawet mnie wysłuchać...- mówiłam z pretensją spinając usta. Mocno zaciskałam szczękę, aby wyjść na obojętną. Sama nie wiem, czy wyszło.
Bąknął coś niezrozumiałego, ale potem znów zamilknął. Nie wiedział jak się wysłowić.
-Agnieszka... przemyślałem wszystko i przepraszam cię...
Szeroko otwarłam oczy ze zdziwienia. O co tutaj chodzi? Mocno trzymałam się na nogach nie roniąc ani jednego uśmiechu. Bacznie obserwowałam jego usta. Czekałam na kolejne słowa wyjaśnienia.
-O co ci chodzi?
-Przemyślałem i przepraszam.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Chciałam się z nim pogodzić, ale nie wiedziałam czy chcę tak łatwo. W końcu on też powiedział mi kilka gorzkich słów.
Spiął brwi i szukał odpowiednich słów, określeń.
Nie znalazł nic, z wyjątkiem jednego argumentu.
Podszedł blisko i pocałował mnie.
Na forum całej ulicy, gdzie my, anonimowe nastolatki godziliśmy się w spokoju. Ulicą jechały samochody. Kierowcy może krytycznie na nas spoglądali, przechodnie może też. Ale co tam? Ważna była tylko chwila obecna. Nie wiedziałam, czy dobrze robię.
-Wybaczysz mi?- zapytał. –Przepraszam. Dajmy sobie nawzajem szansę. Jak chcesz, to ostatnią.
-Ostatnią?
Przytaknęłam.
I nic już więcej nie musieliśmy mówić.
Filip zabłysnął dwoma biletami na spektakl w teatrze. „Stosunki na szczycie”. Enigmatyczny i mało zachęcający tytuł, ale wieczorem miło spędziliśmy czas w teatrze Słowackiego. Sztuka nawet mi się podobała, a Filip nawet tak bardzo nie ziewał. Może dlatego, że przed wyjściem wypił kawę?

CDN :]

Podpis: 

hermenegilda kontynuowane
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy Miłość z internetu cz. XVI - sex panów Bliżej
nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz. zabawa pomiędzy dwoma facetami Podejdź bliżej
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.