http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Autor płaci:
500

  Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W czerwcu nagrodą jest książka
Światła września
Carlos Ruiz Zafon
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Bliżej

Podejdź bliżej

Ciemność

Urywek opowiadania

Miła

Róża zwana Miła

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Niebieska bluzka

Sylwia poczuła że pieką ją policzki. Podsłuchana rozmowa na nowo obudziła iskierki w podbrzuszu. Coś zadźwięczało niespodziewanie i w chwili paniki Sylwia prawie odskoczyła od drzwi z krzykiem. Pomyślała, że bicie jej serca słychać pewnie w całym ..

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1243
użytkowników.

Gości:
1243
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 14660

14660

Nocny Pianista - Reszta rozdz. do końca!

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
05-04-14

Typ
P
-powieść
Kategoria
Fantastyka/Romans/Psychologia
Rozmiar
67 kb
Czytane
1405
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
05-04-14

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
R12-powyżej 12 lat pod nadzorem i za zgodą rodziców lub dorosłych

Autor: Pani Snape Podpis: Ta, która tworzy z Pasją...
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
"Nie umiera się nigdy. Nocny Pianista powróci..."

Opublikowany w:

Nocny Pianista - Reszta rozdz. do końca!

Przed Ronaldem i Veronicą rozpościerał się niesamowity widok. Głównym celem ich podróży była ogromna dolina, której większą część zajmowały trzy jeziora. Każde z nich leżało w dużej odległości od siebie i otoczone było czymś, co mogło być lasem, choć jak na las miało stanowczo zbyt mało drzew. Przestrzenie pomiędzy jeziorami zapełniało mnóstwo większych i mniejszych domów. Te większe posiadały duże ogrody i pola uprawne. Dolina wyglądała jak jedna, wielka osada, pokryta teraz śniegiem. Delikatne promienie słoneczne muskały zamarznięte tafle jezior i odbijały się dziwnymi, jaskrawymi kolorami. Wśród tego całego, śnieżnego krajobrazu poruszały się małe, czarne punkciki – ludzie zamieszkujący tę krainę.
- Wiosną i latem jest tu wspaniale. Nigdzie wtedy nie można ujrzeć tak soczystej zieleni, usłyszeć ptasich treli i wykąpać się w tak czystej wodzie, jaką mają tylko te jeziora. Zobaczysz, spodoba ci się – rzekł Ronald, wyraźnie zadowolony.
Nic dziwnego. Po długim włóczeniu się po świecie, wreszcie miał okazję wrócić do domu. Zaciekawiona i podekscytowana Veronica zapomniała na chwilę o swej trwodze przed gniewem Gerarda.
Ostrożnie zeszli ze zbocza wzgórza i ruszyli przed siebie. Już na samym początku szlaku, przywitało ich kilka miłych osób, odśnieżających główną drogę.
- Jesteś tutaj znany – zauważyła dziewczyna.
- Oo tak, bardziej niż myślisz – zachichotał Ronald. – W dzieciństwie dawałem się we znaki tutejszym mieszkańcom. Dziwne, że po tym wszystkim jeszcze mają siłę się do mnie uśmiechnąć i powiedzieć życzliwe słowo.
Veronica uśmiechnęła się sama do siebie. Cieszył ją ten wszędobylski gwar, uśmiechy przyjaznych ludzi, nawet zaśnieżony, cały czas ten sam, mdły krajobraz stał się nagle wyjątkowy i wspaniały. Dolina ta, widać była nietknięta żadną skazą, przekleństwem czy nieszczęściem, promieniowała radością i zarazem spokojem, zachęcającym do dłuższego pobytu.
Po pół godzinnym przemierzaniu głównej drogi, skręcili parę razy w kilka pomniejszych ulic i zatrzymali się przed okazałym domem. W pierwszej chwili Veronica pomyślała, że dom ów „utonął” w śniegu, lecz było to złudne wrażenie. Mury budynku były po prostu białe i z całą pewnością odśnieżone. Wjechali przez bramę wjazdową, która była wejściem do okazałego parku, z główną ścieżką, prowadzącą prosto przed krużganek domostwa. Po obu stronach drogi rosły brzozy, emanujące teraz pustką i nagością.
Drzwi wejściowe do domu było w zagłębieniu dość dużego ganku, ozdobionego kolumnami, mniej więcej w stylu korynckim, jak wydedukowała dziewczyna. Nie zdążyła jednak dokładniej się przyjrzeć fasadzie budynku, zdobionej jakimiś rzeźbami, gdyż mroczne drzwi, ukryte w cieniu krużganku otworzyły się nagle i wyskoczyła zza nich młoda dziewczyna, ubrana w fartuch i o strasznie potarganych, złotych włosach.
- Wrócił, wrócił! – krzyknęła i zaczęła śmiać się jak opętana.
Z domu wybiegło również parę innych osób, z pewnością należących do służby.
Komitet powitalny uścisnął serdecznie Ronalda i przyglądał się z podejrzliwością jego towarzyszce. Ronald przedstawił Veronicę wszystkim zebranym, po czym ujął ją pod rękę i wprowadził do domu.
Jak bardzo ten na pozór stary dom różnił się od zamku Gerarda! Pomimo standardowych, marmurowych posadzek, był nader przytulny i wesoły. W sali kominkowej, niemal pośrodku stał wielki, bujany fotel. Ktoś w nim siedział, lecz Veronica nie zauważyła tego. Rozglądała się uważnie, a na twarzy wykwitł delikatny uśmiech. Przypomniał jej się rodzinny dom. Był niemal taki sam. Zawsze duży, zawsze doniosły, ale też przytulny i pełen rodzinnej atmosfery.
- Przedstawię ci kogoś – szepnął Ronald i podszedł do bujanego fotela.
Drzemała w nim staruszka o siwych włosach, okryta jakąś wełnianą chustą. Mężczyzna szturchną ją lekko i kobieta otworzyła swe ciemne oczy. Uśmiechnęła się na widok znajomej twarzy, lecz ujrzawszy Veronicę skrzywiła się lekko.
- Myślałam, że nigdy nie ujrzę jej w swoim domu – rzekła cicho, jakby wiedząc z kim ma do czynienia.
Veronica odsunęła się od fotela, zdziwiona i wystraszona jednocześnie. Nie spodobała jej się ta staruszka, która zdawała się wiedzieć o niej wszystko. Absolutnie. Ronald jednak jakby nie dosłyszał słów kobiety i wyszczerzył zęby.
- To moja babcia, Veronico – odrzekł, zadowolony z konfrontacji obu pań.
Widząc jednak, że tylko mierzą siebie osobliwymi spojrzeniami, odchrząknął:
- Pójdę do siebie, odpocząć. Veronico, jeśli potrzebowałabyś czegokolwiek, śmiało proś służbę. Powinniście porozmawiać – dodał znacząco i wolnym krokiem opuścił pokój.
Veronica nie śmiała się ruszyć z miejsca i odwróciła wzrok. Pragnęła wydobyć z siebie jakieś sensowne zdanie, lecz na próżno.
Staruszka nadal wpatrywała się w nią i po chwili rzekła:
- Ściągniesz na nas nieszczęście dziewczyno. Wracaj tam, skąd przybyłaś.
- Nie chcę, nie mogę – dziewczyna wydobyła w końcu z siebie jakieś słowa, które jednak brzmiały jak szept.
Kobieta wyprostowała się w fotelu i zacisnęła dłonie na jego poręczach.
- Wracaj do siedziby szatana. Nikt z nas nie chce tutaj nieszczęścia.
Veronica nie wytrzymała. Pomimo dziwności całej tej sytuacji, chciała, a nawet musiała wiedzieć z kim ma do czynienia.
- Pani jest również babką Gerarda? – zapytała przez zaciśnięte zęby.
Na twarzy staruszki pojawił się bardzo znajomy uśmiech, który zdecydowanie wystarczył Veronice jako odpowiedź.
- Tak, jestem matką ich matki – oznajmiła, krzywiąc mimowolnie usta. – A ty jesteś, bądź będziesz nałożnicą szatana i uważam, że w takim porządnym domu jak ten, nie powinny przebywać tu właśnie takie osoby.
- Nie jestem niczyją nałożnicą! Odeszłam stamtąd, bo nie chcę mieć z nim nic do czynienia – syknęła rozwścieczona Veronica.
- Za późno moja droga – staruszka zachichotała nerwowo. – Widać to już w twoich oczach! Należysz do niego czy tego chcesz, czy nie. Zresztą... to i tak nie ma teraz znaczenia. To wszystko twoja wina i twój wymysł! Możesz oszukiwać wszystkich innych, ale nie mnie! To ja byłam przy tym wszystkim, to ja widziałam narodziny Gerarda – potwora i dobrze wiem jak zakończy się cała ta historia.
Dziewczyna stała nieruchomo. Ogień kominka rzucał cienie na postacie obu kobiet, których twarze wyrażały teraz największą z możliwych nienawiści.
- Nic pani nie wie – ciągnęła Veronica. – Nic, podpuszcza mnie tylko pani. Nie chcę niczego więcej słyszeć – odwróciła się gwałtownie, chcąc jak najszybciej opuścić pokój.
- Boisz się usłyszeć prawy z moich ust? Jesteś tchórzem, Veronico Gautain! Nie potrafisz przyznać się sama przed sobą czego dokonałaś! To twoja wina, że umarł ci ojciec, że wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej! I po co to wszystko? Czy trzeba było wymyślać sobie Nocnego Pianistę?!
- Jest pani szalona! Zupełnie jak on!
Veronica wybiegła, trzaskając drzwiami. Już wiedziała, że jej nienawidzi. Bardziej, niż kogokolwiek na świecie.

X
Minął już prawie tydzień odkąd Veronica zjawiła się w rodzinnym domu Ronalda. Mimo, iż była jak najbardziej obcą, starano się traktować ją z szacunkiem. Dostała własny pokój i służącą, którą potocznie nazywano Sylvią, lecz jej imię było ponoć zupełnie inne. Sylvia była tą złotowłosą, nieokrzesaną dziewczyną, która jako pierwsza wybiegła na spotkanie przybyłych. Veronica jako osoba, która z reguły łatwo zaprzyjaźnia się ze swoimi służącymi, tym razem jednak nie była skora do plotek bądź nawet zwykłych rozmów. Wesoła Veronica gdzieś się schowała i nie chciała opuścić swojej kryjówki. Sylvia była jej wcieleniem z przeszłości, które teraz niepokoiło ją, a nawet przerażało.
W domu panował niezwykły ruch. Przygotowywano się do przyjęcia urodzinowo – powitalnego Ronalda. Na parterze, tuż za holem wejściowym mieściła się bardzo duża sala, zarezerwowana z pewnością na różnego rodzaju przyjęcia czy bale. Podłoga wyłożona błyszczącym, koloru miodowego parkietem, od kilku dni była nieustannie czyszczona i polerowana. Na oknach porozwieszano ozdobne kotary. Na wprost od wejścia do owej sali, rzucały się w oczy duże, dwuczęściowe schody, których poręcz stanowiły równomiernie rozstawione kolumny, pełniące rzecz jasna funkcję podpory.
Nie mogąc znaleźć sobie odpowiedniego zajęcia, Veronica krążyła po całym domu, bacznie obserwując prace przygotowawcze i szczególnie unikając spotkania z babką Ronalda. Nie było to rzeczą najtrudniejszą, gdyż kobieta najwyraźniej nie miała ochoty nawet na nią patrzeć. Mimo to, widać było wyraźnie, że każdy ruch Veronici jest śledzony i natychmiast skomentowany szeptami.
Nie wiedząc co mogłaby zrealizować ciekawego w tym domu, w którym nie wolno jej było nic robić, przykucnęła w rogu sali balowej, podpierając się plecami o ścianę. Drzwi nieustannie otwierały się i zamykały. Weszła właśnie przez nie Sylvia i dwóch innych mężczyzn, niosących duże lustro, ozdobione złotą ramą, inkrustowaną w różnego rodzaju liście. Powieszono je nieopodal Veronici. Po sprawdzeniu wytrzymałości haka i oczyszczeniu szklanej powierzchni z kurzu, służąca wraz z kolegami opuściła salę, mamrotając coś pod nosem o przygotowywanym obiedzie. Veronica ociężałym ruchem podniosła się z podłogi i stanęła przed lustrem. Starła resztki kurzu z ramy i nadal wpatrywała się w swoje odbicie mętnym wzrokiem. Coś zamigotało na palcu dziewczyny o bladej twarzy, oczach jakby pośród jakiejś mgły zamkniętych i lekko rozchylonych ustach. Szmaragdowy sygnet Gerarda. Nie zostawiła go, zapomniała o nim. Co będzie jeśli on się o niego upomni? Może to właśnie o to chodziło, gdy widziała go w tamtym lesie?
Coś zamajaczyło tuż za nią.
- Co się stało, Ronaldzie? – zapytała bezbarwnym głosem.
- Ależ nic. Chyba... Wyglądasz na smutną. To przyjęcie będzie również dla ciebie – uśmiechnął się.
Dziewczyna zacisnęła usta i odwróciła się.
- Dlaczego również dla mnie?
- To niespodzianka – zamrugał oczami. – Wybacz, mam jeszcze parę spraw do załatwienia.
I zanim Veronica zdążyła odpowiedzieć cokolwiek, ulotnił się z dziwnym uśmiechem na twarzy. Napotkała natomiast spojrzenie Sylvii, która odczekała aż Ronald wyjdzie z sali, po czym wybuchnęła śmiechem.
- Ty coś wiesz – zaczepiła ją Veronica.
- A tak, tak, wiem! I co z tego? – odparła buntowniczo dziewczyna.
- Proszę, powiedz mi. Mam już dosyć niespodzianek.
Służąca zamyśliła się.
- Dobrze, ale nie tutaj. Proszę za mną – oświadczyła podniosłym tonem i ruszyła ku wyjściu.
Znalazłszy się na zaśnieżonym podwórzu, Sylvia zaczęła mówić jak najęta.
- Ronald zamierza się panience oświadczyć na tym przyjęciu. Jest pewien, że panienka się zgodzi, to przecież taki dobry człowiek – tu rzuciła znaczące spojrzenie na Veronicę. – Wczoraj powiedział o tym starszej pani i ona strasznie się zdenerwowała. Podobno prawie dostała zawału. Nie wiem czy tak było, lecz dziś nie opuściła jeszcze swojego pokoju. Och, ja wiem dlaczego ona nie popiera tego małżeństwa, ale ja... mam nadzieję, że panienka odmówi, prawda? – zapytała jednym tchem i utkwiła w Veronice swoje wielkie oczy.
- Dlaczego myślisz, że odmówię? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Veronica. – Nie muszę tego robić. Bardzo go lubię i...
- Tylko go panienka lubi. – przerwała jej Sylvia. - Ja wiem, że panienka kocha jego brata, prawda? Och, tak tak, na pewno. Niestety to bardzo niebezpieczne, och panicz Gerard jest okropny. Mówią, że to szatan wcielony. Mimo to bardzo go lubię.
- Przestań tak mówić! – oburzyła się Veronica. – Nie kocham Gerarda tylko... tylko mi go żal. Lecz zaraz, zaraz... Rzekłaś, że go znasz?
Sylvia zatkała sobie usta ręką, jakby przed chwilą padło z nich jakieś przekleństwo.
- Mów! – ponaglała dziewczyna, potrząsając służącą.
- Dobrze, już dobrze, ale proszę to przemilczeć! Zaklinam panienkę, żeby nigdy nikomu o tym nie mówiła!
Veronica potaknęła głową, a Sylvia rozejrzała się uważnie wokół.
- Pracowałam kiedyś w zamku panicza Gerarda. Kiedyś myślałam nawet, ze... go kocham. Och, przecież on jest taki tajemniczy i ta jego muzyka... Słyszała ją pewnie panienka nie raz i nie dwa. Dostaję gęsiej skórki jak tylko słyszę choćby jej wspomnienie. Wiedziałam, że on nigdy mnie nie pokocha, nie pozna mnie. Czymże była zwykła służąca w porównaniu z tym kogo szukał.
- A kogo szukał? – wtrąciła Veronica.
- Szukał swojej muzy. Kobiety niezwykłej z talentem, która pokochałaby go za jego prawdziwą tożsamość, a nie za to jakim był. I dlatego teraz wiem, że nigdy go nie kochałam. Nie znam jego prawdziwej tożsamości. Dla mnie jest cudownie utalentowanym potworem, dla którego zrobię wszystko, w imię wszystkiego... w imię śmierci.
- Nie mów tak, to straszne! Wiesz czym jest śmierć? Nigdy tak nie mów! – przeraziła się Veronica.
- Panienka nie wie czym jest śmierć. On wie, bo już ją pokonał! Nie wiedząc jak mogę spłacić dług wobec niego, poszłam kiedyś do podziemi zamkowych, wiedziona ciekawością i chęcią spotkania tam właśnie jego. I spotkałam... o zgrozo, nigdy więcej tam nie zajrzę. – Sylvia zatrzęsła się nagle i ukryła twarz w dłoniach. - Natrafiłam na lekko uchylone drzwi. On tam klęczał. Klęczał przed dwoma szkieletami, przyczepionymi jakimiś łańcuchami do muru. Modlił się, medytował... nie wiem co on tam robił, ale to było straszne. Uciekłam z zamku, lecz on wiedział. Na Boga, jakimś sposobem wszystko wiedział i znalazł mnie potem! Pod groźbą śmierci wydusiłam z siebie wszystko co wiedziałam i co czułam dotychczas. Lecz o dziwo nie zrobił mi krzywdy. Powiedział tylko: „Biedactwo, ty nie możesz kochać potwora.” Po czym pozwolił mi odejść, a ja klęcząc u jego stóp dziękowałam za darowanie życia i obiecałam dozgonną służbę i wdzięczność.
- Jesteś szpiegiem! – syknęła Veronica. – Mów, co on zamierza!? Wiesz, ty wiesz! – ponownie nią potrząsnęła.
- Nie mogę panienko, nie mogę. To obietnica, przysięga. Mogę tylko zapewnić, że nic się panience nie stanie, że on naprawdę panienkę kocha i wszystko będzie dobrze. Och, żal mi tego nieszczęśnika, ale to nie ja mam go uratować od tego losu, nie ja, choćbym oddała za to wszystko.
- A co ty masz z tego? Cóż za wynagrodzenie dostaniesz w zamian za służbę u niego?!
- Panienko – westchnęła dziewczyna. – Mnie wystarczy to, że życie mi darował, że nawet się do mnie uśmiechnął i pozwolił służyć u siebie. On jest straszny, wiem, ale też niezwykły. Proszę już przestać pytać. Na Boga, mam dużo pracy! – służąca otarła łzy fartuchem i pobiegła w stronę domu.
Veronica jeszcze przez chwilę stała na mrozie i utkwiła wzrok w martwym punkcie. Źle postąpiła, opuszczając zamek. Jednak teraz wiedziała, nie, była nawet pewna, że nic jej się nie stanie. Lecz co w ogóle ma się stać? Wiedziona złym przeczuciem, wróciła do domu, pragnąc jak najszybciej położyć się spać.
***
Następnego ranka czekało ją niemałe zaskoczenie. Zanim zdążyła usiąść na łóżku, do sypialni, w dodatku nawet nie pukając, wbiegła Sylvia, cała zadyszana i czerwona na twarzy.
- Panienko! On tu będzie, za pół godziny!
Veronica zerwała się z łóżka.
- Kto, Gerard!?
- Och, nie! Panicz Ronald! Podsłuchałam w kuchni, że dziś zamierza się panience oświadczyć! Jeżeli panienka się zgodzi, pojutrze na przyjęciu odbędzie się ślub.
Dziewczyna opadła z powrotem na poduszki i zakryła nimi twarz.
- Nie zgodzi się panienka, prawda? Nie może! To ściągnie na nas gniew czarnoksiężnika! Zaklinam, niech panienka się nie zgodzi!
- A ty? – zapytała nagle Veronica. – Jeśli się zgodzę, to powiesz Jemu, co nie?
- Nie chciałabym panienko, ale jeśli zapyta...
Veronica wstała z łóżka.
- Wynoś się, precz z moich oczu!
Służąca spuściła głowę i ruszyła w kierunku drzwi. Zatrzymała jednak rękę na klamce i rzekła:
- Za pół godziny będzie musiała panienka wybrać pomiędzy tym co słuszne, a tym co piękne. Proszę się dobrze zastanowić.
Lecz Veronica nie musiała się zastanawiać. Dobrze wiedziała co uczyni. To było według niej najrozsądniejsze wyjście. Trzeba pozwolić by zemsta się dopełniła. Inaczej nigdy się nie zakończy i będzie więcej ofiar. Westchnęła i oparła się o parapet okna.
- Wybieram to, co słuszne Gerardzie – szepnęła. – Teraz już wiem, że nie wszystko co piękne jest właśnie słuszne i dobre. Przepraszam.
To było ostatnie zdanie, jakie kiedykolwiek później wyszeptała do Nocnego Pianisty. Wieczorem przymierzała po raz pierwszy swoją suknię ślubną.
***
Około południa, dwa dni po uroczystym ogłoszeniu zaręczyn Ronalda i Veronici dom stał się jednym wielkim jarmarkiem. W jadalni ustawiono wielki długi stół dla gości i domowników. W sali balowej, tuż przy suficie, zawieszono jedwabny, pomarszczony materiał, dający swoim kolorem efekt kolor nieba, podczas zachodzącego słońca. Umocowano go linami do czterech ścian sali, a liny przyozdobiono błyszczącymi gwiazdkami.
W sypialni Veronici kręciło się teraz mnóstwo pań. Jedne z nich czesały dziewczynę, inne przymierzały buty, a jeszcze inne pomagały dopiąć gorset białej sukni. Nie zupełnie w ten sposób Veronica wyobrażała sobie swój ślub. Bardzo lubiła i szanowała Ronalda, ale nic ponad to. Miała jednak świadomość, że ta przyjaźń z czasem zamieni się w miłość, tak jak było w przypadku jej ojca i matki. Nieszczęsna matka Veronici zmarła tuż po porodzie i ojciec nigdy powtórnie się nie ożenił, choć twierdził, że poślubił ją tylko z rozsądku.
Teraz Veronica miała podzielić jej los. Stała przed lustrem i zamiast uśmiechniętej, szczęśliwej z nadchodzącej nowej drogi życia dziewczyny, widziała bladą, smutną istotkę, która ubrana w białą suknię, wyglądała niemal jak trup.
- Gotowe – oznajmiła z uśmiechem jedna z pań i objęła mocno Veronicę. – Będzie panienka szczęśliwa! Panicz Ronald to najlepszy człowiek pod słońcem.
Dziewczyna uśmiechnęła się jak najładniej potrafiła i poprosiła o chwilę samotności.
Gdy panie opuściły pokój, Veronica otworzyła dolną szufladkę stolika nocnego, wyjęła sygnet Gerarda i włożyła go na środkowy palec, tym razem lewej ręki. Niech jego poprzedni właściciel przynajmniej wie, że nigdy o nim nie zapomni.
- Jesteś wspaniałym człowiekiem, Gerardzie – powiedziała na głos ze wzruszeniem, jakby on właśnie przy niej stał. – Jednak nie mogę spędzić reszty życia z kimś, kto mnie nie kocha, lecz darzy obsesją.
Westchnęła i kolejne pół godziny spędziła, drzemiąc w fotelu. Dopiero po tym czasie zjawił się Ronald, prosząc ją, by zeszła wraz z nim, gdyż zaproszeni goście czekają.
Z wymuszonym uśmiechem pozwoliła się wziąć pod rękę i wyszła, lekko się trzęsąc. Mimo pewności co do swojej decyzji, ogarnął ją strach w związku z jej możliwymi skutkami.
Idąc korytarzem do sali balowej, spotkała Sylvię, również tam spieszącą. Służąca spojrzała na nią smutno i pokiwała z niezadowolenia głową. Stojący przy drzwiach, prowadzących do wejścia na schody balowe lokaje, otworzyli je i oczom Veronici ukazała się wypełniona niemal po brzegi sala. Prawie wszystkie twarze były uśmiechnięte. Prawie wszystkie. Babka Ronalda siedziała w pierwszym rzędzie i nie kryła odrazy, która zagościła na jej twarzy, na widok młodej pary. Na środku półpiętra stał uśmiechnięty ksiądz i kilku jego pomocników. Veronica i Ronald stanęli przed nim. Ich twarze wyrażały zupełnie odmienne nastroje.
- Zebraliśmy się tutaj, aby... – zaczął duchowny, lecz zamilkł gdyż nagle na sali rozległ się huk. Wszyscy zebrani odwrócili się w kierunku tylnych drzwi, które właśnie przed chwilą otworzyły się. Stał w nich wysoki mężczyzna, nienagannie odziany w imitujący czerwony mundur wojskowy strój i w tego samego koloru pelerynę. W prawej ręce trzymał złotą laskę, zakończoną łbem węża.
Goście poderwali się z krzeseł, nie kryjąc przerażenia. Jednak największe dosięgło babkę Ronalda, która wyglądała, jakby za chwilę miała zemdleć.
- Brawo! Brawo! – zaklaskał Gerard, krzywiąc się nieznacznie. – Muszę ci pogratulować stylu, braciszku – rozejrzał się po sali. – Naprawdę umiesz urządzać wesela. Szkoda tylko, że nie byłeś rad zaprosić na niego własnego brata.
- Wynoś się stąd! – syknęła stara. – I zabierz od razu tę ladacznicę! Nie chcemy tu takich jak wy! – wskazała na Veronicę, której bladość ustąpiła żywym rumieńcom.
- Nie martw się babciu – rzekł czarnoksiężnik, silnie akcentując ostatni wyraz. – Nie przyszedłem tu zakłócać przyjęcia, tylko odebrać to, co należy do mnie.
Ruszył wzdłuż sali, a stojące przed nim osoby odsuwały się na bok w ciszy, co po niektórzy schylali głowy. Złota laska, którą raz po raz stukał o podłogę, wydawała głośny, równomierny odgłos. Wspiął się po schodach i stanął tuż przed młodą parą. Veronica nie widziała go już od bardzo dawna i teraz nagle wydał jej się potężniejszy i wspanialszy niż dotychczas.
- Odejdź stąd – odezwał się nagle Ronald. – Tu nie ma nic twojego.
- Ależ jest, jest – uśmiechnął się krzywo Gerard. – Po cóż to zawitałeś do mojego zamku, Ronaldzie? Żeby odebrać to co moje? Żeby dowiedzieć się cóż to takiego udało mi się dokonać? Może byłeś zazdrosny o moje umiejętności? – kpił sobie czarnoksiężnik, bawiąc się swoją laską. – Otóż zaspokoję twoją ciekawość, braciszku. Tak, udało mi się stworzyć kamień. Nie udało się rodzicom, udało się mnie.
- Gdzie on jest? – zapytał ostro Ronald. – Gdzie jest i co chcesz z nim zrobić?
- A wiesz, że w tej chwili to cię właśnie powinno zainteresować. Kamień jest bezpieczny, lecz jego fragment miałeś tuż pod nosem. Lecz jak widać, nie na darmo nazywałem cię głupcem.
Odwrócił się do Veronici. Wyraz jego twarzy zmiękł nagle i stał się mniej groźny. Oczy jednak nadal błyskały złowieszczo. Gdzieś pośród nich czaił się smutek, żal i gorycz. Nie rzekł nic, tylko chwycił lewą rękę dziewczyny i ściągnął z palca sygnet.
- Dlaczego Veronico? – zapytał, starając się utrzymać twardy ton, choć nie wychodziło mu to zbytnio. – Widzisz to cacko? – zwrócił się do Ronalda. – Widzisz ten ładny, zielony kamień po środku? To jest część kamienia filozoficznego, którego oddałem pod opiekę Veronice. Miałeś go przez cały czas i nie zorientowałeś się. Nie jesteś godny nazywać się moim bratem!
Wsunął sygnet na swój palec i westchnął ostentacyjnie.
- Przykro mi, Ronaldzie. Po raz kolejny coś tracisz na moją korzyć. Ta dama niestety należy do mnie i ja bardzo, ale to bardzo nie lubię, gdy ktoś kradnie moją własność.
- Ona nie jest twoją własnością! Nienawidzi ciebie! Powiedz mu Veronico! Powiedz, że to szaleniec i nie chcesz mieć z nim nic wspólnego! – Ronald rzucił jej błagalne spojrzenie.
- No powiedz, powiedz! – potakiwał Gerard. – Oznajmij wszystkim tym szanownym tutaj zebranym, że jestem potworem i szaleńcem! No dalej! Biłem cię, poniewierałem, wykorzystałem, zhańbiłem, uczyniłem nieszczęśliwą! Mów jak było! Drżałaś ze strachu i na myśl o mnie, prawda? Wspaniały ze mnie szaleniec? Cały świat jest historią szaleńca. I co, było dobrze? Przecież nam jest tak dobrze... Kukiełki na linkach, którymi rządzą szaleńcy! Powiedz to Veronico! – rzekł niemal jednym tchem.
Dziewczyna podniosła dumnie głowę, a na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu i żalu.
- To ludzie uczynili z ciebie potwora. Wiedz, że zawsze drżałam na twój widok, jednak nie był to strach. I jeżeli teraz Veronica Gautain zadrży to nie będzie to drżenie spowodowane lękiem, lecz wielkością twojego geniuszu i tragizmu losu!
Na moment zapadła kompletna cisza, przerwana szeptem Gerarda:
- Veronico...
Dwie łzy zaiskrzyły w oczach Ronalda.
- Nie! – rzekł głośno. – On cię opętał! Nie może być inaczej, nie może! Straże!!
Na schodach pojawiło się kilkoro uzbrojonych mężczyzn.
- Nie tym razem, Ronaldzie! – Gerard machnął laską i nagle marmur pod ich nogami rozstąpił się i schody zapadły się tuż pod nimi.
Veronica z krzykiem spadała w dół, lecz czarnoksiężnik pochwycił ją w locie i uczepiając się jakiejś liny ze spuszczonego z sufitu materiału, zawisł po środku sali.
- Żegnam panów! – zarechotał i nagle, jakby na rozkaz tego diabelskiego śmiechu, sufit zaczął się zapadać.
Przerażeni goście zaczęli cisnąć się w kierunku wyjścia głównego. Niestety z zapadającego się sufitu, jakby dziełem niewidzialnej ręki, zaczęła zsuwać się żelazna krata, zamykając wejście. Ronald zeskoczył z poręczy i w ostatniej chwili przeczołgał się pod ostatnią kratą, która zsunęła się w dół, uniemożliwiając ucieczkę. Nie było już dokąd uciec. Gerard stał z przerażoną Veronicą na szczycie tego, co jeszcze pozostało ze schodów.
- Patrz Veronico, patrz jak dokonuje się zemsta Nocnego Pianisty! Wszyscy tu obecni, jak stwierdziłaś, są winni tego, kim jestem! I masz rację! Do zobaczenia w piekle nędznicy! – wyciągnął swoją dłoń, na której zabłyszczał sygnet. Jarzące się z niego światło, odbiło się od wielkiego lustra na końcu sali i okoliczne sukna zaczęły się palić najprawdziwszym ogniem.
- Trzymaj się – szepnął to wpółprzytomnej Veronici i jednym ruchem pociągnął linę.
Kilkadziesiąt przerażonych twarzy obserwowało jak Gerard wraz z Veronicą z zawrotną prędkością zsuwa się w kierunku okna.
- Głowa! Uważaj na głowę! – krzyknął, zasłaniając ciało Veronici peleryną, po czym oboje wypadli za okno, pośród huku tłuczonego szkła.
Sala balowa na szczęście mieściła się na parterze. Wylądowali pośród śniegu, dysząc ciężko. Chłód i mróz spowodował natychmiastowe otrzeźwienie. Okna płonącego domu zaczęły powoli eksplodować pod wpływem ognia. Z głębi dobiegały jęki i krzyki uwięzionych ludzi.
- Uwolnij ich, uwolnij! Spłoną żywcem! – jęknęła Veronica.
- Nie, moja droga! – chwycił ją za rękę.
- Puść, mnie puść szaleńcze! Pozwól mi odejść! Ileż to jeszcze krwi przelejesz?!
- Tyle ile będzie trzeba, idziemy do domu!!
- Nie! Zabiłeś swojego brata, wszystkich! – Veronica ostatkiem sił wyszarpywała się z mocnego uścisku Gerarda.
- O Ronalda się nie bój. Sukinsyn z pewnością ocalał! Idziemy... powiedziałem, IDZIEMY!
Lecz Veronica wyrwała mu się i zaczęła biec w kierunku płonącego domu. Czarnoksiężnik dopadł ją po chwili i uderzył silnie w głowę. Straciła przytomność.

XI
Dziwny chłód, który zawładnął jej ciałem nie przemijał, choć miała dziwne wrażenie, że nie jest już na dworze, lecz w jakimś pomieszczeniu. Słyszała odgłos kroków. Kroków kilku osób. Jedne cechowała monotonność i spokój, inne zaś były nerwowe, szybkie i nierówne.
Otworzyła oczy i przez chwilę pomyślała, że znajduje się w jakiejś ciemni. Podłoga była lodowata. Mur, o który leżała oparta również. Płonące pochodnie delikatnie oświetlały korytarz. Poznała to miejsce. Podziemia zamku Gerarda. Gdzieś, nieopodal niej rozległ się dziwny szmer i stukot. Gerard stał do niej tyłem i majstrował coś przy ścianie. Czując nagły przypływ sił, podniosła się cichcem, zastanawiając się, w którą stronę powinna uciekać. Zrobiła krok na przód i szybko obejrzała się za siebie. Czarnoksiężnik nadal coś robił i nie zwracał na nią uwagi. Już miała wykonać kolejny krok, gdy usłyszała zimny, twardy głos.
- Dokąd to się wybierasz, kochanie?
Słowa te podziałały jak siła napędowa. Veronica rzuciła się do ucieczki, odpychając się rękoma o ściany.
- Wracaj tutaj, słyszysz!? Wracaj mała oszustko!
Nawet nie obejrzała się za siebie. Biegła coraz szybciej.
- Gdzie chcesz uciec? Nie masz dokąd pójść! Nie uciekniesz przede mną! Wracaj!
Straszliwy głos rozlegał się w całych podziemiach.
- Nie! – krzyknęła rozpaczliwie.
Nagle tuż przed nią, wyrósł jak z pod ziemi Gerard, z założonymi na piersiach rękoma. Cofnęła się przerażona, chcąc uciekać w drugą stronę, lecz czarnoksiężnik był szybszy. Chwycił ją wpół, nie zważając na jej krzyki i szamotaninę.
- Dosyć już tego! – warczał. – Dosyć zabawy w kotka i myszkę. Nadszedł czas!

Już dosyć tych gierek
wojny nadszedł kres!
Już dosyć prób
nędznych duszy mej!

- Puść mnie, proszę... puść! – Veronica wyrywała się i kopała jak mogła. Puścił ją, lecz jednocześnie chwycił za rękę i zaczął ciągnąć za sobą z niewyobrażalną siłą.

Młoda pianistka
geniuszem w swym rodzaju była!
Obiecywała requiem dla samotności
a pod sercem nienawiść i zdradę kryła!

Nie mogąc dłużej ciągnąć za sobą dziewczyny, ponownie pochwycił ją w pasie, unosząc do góry i ciągnąc niczym łowca swoją zdobytą zwierzynę. Czując, że dziewczyna próbuje się wyswobodzić, wpadł w jeszcze większy szał.
- Przestań nędzna niewiasto, mówię ci przestań!! – szarpnął ją za włosy.
- Zostaw, puść! To boli!
Gdzieś z głębi zamku wydobywały się złowrogie głosy.

Szaleniec i morderca
requiem już dla siebie śpiewa!
Pomści własne nieszczęście
lecz zguba wieczna już czeka!

- Teraz pożałujesz swego czynu, Veronico! Za chwilę dowiesz się odrażającej prawdy, lecz nigdy jej już nie wyjawisz! Nigdy! Słyszysz!?
Schodzili coraz niżej. Schodził właściwie sam Gerard, gdyż Veronica uwięziona w jego objęciach, szamotała się jedynie i głośno krzyczała.

Od nikogo żadnego współczucia!
Od nikogo ciepłego słowa i miłości!
Jedynie pogarda dla mej pasji i życia
widok ludzkiej twarzy skrzywionej we mdłości!

Tuż przed nimi otworzyły się na oścież tajemnicze drzwi. Gerard wypuścił z objęć dziewczynę, jednocześnie popychając ją silnie, by weszła do środka. Veronica ujrzała przed sobą straszny widok. Dwa szkielety, przyczepione do ściany żelaznymi łańcuchami, niemal wisiały bezładnie. Z pewnością to o nich wspominała Sylvia. Gerard zatrzasnął drzwi.
- Witam cię w moich prawdziwych posiadłościach, Veronico! – wybuchnął śmiechem prawdziwego szaleńca. – Moja zemsta za chwilę dobiegnie końca. Myślałaś, że sobie odpuszczę?
Czarnoksiężnik coraz bardziej zbliżał się do niej. Veronica oddalała się, aż w końcu uderzyła plecami o ścianę.
- Dlaczegóż miałbym nagle stać się potulnym barankiem, skoro jestem... potworem!? A tak poza tym, to ty bardzo nieładnie mnie OSZUKAŁAŚ!
Nagle coś dziwnego uniemożliwiło Veronice ruchy nóg. Żelazny łańcuch, wyrósłszy jak z pod ziemi, owinął się wokół jej nogi, wrzynając w skórę. Syknęła z bólu, lecz nie spuszczała wzroku z Gerarda. Wtem kolejny łańcuch pojawił się na jej drugiej nodze. Czarnoksiężnik ponownie się roześmiał.
- No, dalej! Teraz sobie możesz krzyczeć! Nie krzyczysz? Dalej, krzycz! – szarpnął nią silnie. – Nic cię teraz nie uratuje... no, może prócz ciebie samej.
Popchnął ją, zmuszając, by uklękła.
- Zacznij nowe życie wraz ze mną! Wykup nasze życie swoją miłością! Przysięgnij mi miłość! Teraz, tutaj, przed moimi nieszczęsnymi rodzicami, który zrodzili potwora! Dalej! – znów pochwycił ją za włosy.
Veronica ukryła twarz w dłoniach, szlochając głośno.
- Przestań beczeć! Gdzie jest ta odważna osoba, co sprzeciwiła się właśnie mnie!? Gdzie ta odważna Veronica, która ośmieliła się uciec przede mną!? Przysięgaj swoją miłość, ale to już!
- Płakałam nad twoim losem, Mistrzu. Moje łzy - gorące i pełne współczucia, były prawdziwe. Teraz to dzięki tobie zamieniły się w sople lodu i stały się łzami nienawiści!
Gerard zaczął miotać się po pokoju jak szalony.
- Wybacz mi Veronico, proszę, wybacz...
- Nie! Och, jeszcze do niedawna przysięgłabym, że cię kochałam, szanowałam i pomimo zła, jakie mi wyrządziłeś, wybaczyła. Teraz widzę tylko potwora, ogarniętego szaleństwem i obsesją. Nie proś mnie o wybaczenie... Umrę prędzej, niż przysięgnę miłość przed tobą!
- A więc dobrze! Nie będę cię miał jako żywy, to będę miał jako martwy! Dałem ci wybór: resztę życia wraz ze mną, lecz ty wybrałaś przesyłkę prosto do naszego grobu! Wedle twojego życzenia, kochanie.
Veronica ponownie zaczęła płakać. Czarnoksiężnik przesunął na środek wielkie lustro, które stało w rogu.
- Kiedyś mówiłeś, że nie możesz mi dać tego, czego oczekuję. Dlaczego? Och, Gerardzie, dlaczego to robisz? Dlaczego żądasz ode mnie wyznań miłości, skoro nigdy mnie o nie prosiłeś? Akurat teraz? Cóż ci zawiniłam? Uciekłam ze strachu. Jesteś mordercą! Spójrz prawdzie w oczy! Zamordowałeś rodziców, mojego ojca, tamtych ludzi... Kogo jeszcze? Teraz nas!? Dlaczego? Powiedz mi dlaczego?!
Gerard rąbnął ze złości pięścią w stół.
- Dlaczego, dlaczego, dlaczego!? - przedrzeźniał. - Chcesz wiedzieć!? Proszę bardzo!
Szarpnął ją, by powstała. W jego oczach błyskały teraz groźne iskry. Twarz wykrzywiła się w akcie odrazy i rozpaczy zarazem.
- Moi rodzice nie byli magami. Zwykli śmiertelnicy, którzy pragnęli czegoś więcej niż zwykłe życie. Zwykli nieudacznicy, głupcy! Nie wystarczało im to, co mieli. Nie wiedząc co robić, udali się na rytuał satanistyczny. Tam doznali objawienia oraz wskazówki co do osiągnięcia nieśmiertelności. Według niego, osiągnąć nieśmiertelność miał zapewnić im ich własny syn - geniusz. Owe dziecko miało być poczęte za sprawą szatańskiego preparatu. Musieli wykopać trupa z podmiejskiego cmentarza, świeżo pogrzebanego. Do sporządzenia tej obrzydliwości posłużyli się też własną krwią. Do czego to ludzie są zdolni, prawda? – wybuchnął spazmatycznym śmiechem, lecz natychmiast diabelski śmiech ustąpił nagłemu atakowi czkawki. – Moja matka tuż po zażyciu tego świństwa, zaszła w ciążę... ze mną! Gdy się urodziłem, wszystko było jasne. Moje oczy ciskały diabelskimi iskrami, nie czułem nic. Nie płakałem, nie czułem potrzeby przebywania wraz z matką. Gryzłem ją, kopałem. W dodatku zacząłem wykazywać dziwne zdolności, które były po prostu magią! Nieszczęsna myślała, że jak mnie ochrzci, to szatan opuści jej rodzinę. Ksiądz, który spróbował mnie ochrzcić padł trupem, jak tylko przyłożył rękę do mojego czoła!
Veronica osunęła się na ziemię, dysząc ciężko. Gerard widząc jej przerażenie, jeszcze bardziej zaczął się śmiać, pomimo tego, że czkawka go nie opuszczała.
- Wtedy padła ostateczna decyzja. Dziecko trzeba było zabić! Zamordować własne dziecko! – czarnoksiężnik mimo woli skrzywił się. – Nikt nie wiedział, że właśnie tego pragnął szatan. Krwi dziecka, które nie było winne temu, co z niego zrobiono! Przez pychę, zło i chciwość! Moje życie uratowała Elizabeth – ówczesna pokojówka moich rodziców. Porwała mnie i ukryła właśnie w tym zamku. To nieco poprawiło moją sytuację, lecz nie do końca. Nikt prócz niej się mną nie zajmował. Bali się nie tyko moich zdolności magicznych, lecz także powszechnej plotki, że zostałem poświęcony szatanowi. Elizabeth jako pierwsza i ostatnia, bez szwanku poświęciła mnie wodą święconą i wychowała. Wychowała w zemście. I dobrze się stało. Moi rodzice, odkąd w tajemniczy sposób zniknąłem, żyli sobie spokojnie, nie wiedząc, że ich plan nieśmiertelności nie wziął w łeb! Myśleli, że dziecko zostało zaprzedane szatanowi, że nie czując niczego fizycznie, nie czuje również wewnętrznie. Niestety. Potwór... także ma serce!
Zapadła długotrwała cisza. Veronica wpatrywała się w Gerarda jak zahipnotyzowana.
- Moje serce przepełniała nienawiść, ból, smutek, samotność. Odnalazłem rodziców. Dawno się rozwiedli, a moja matka urodziła drugiego syna. Tym razem zdrowego i całkiem normalnego – Ronalda. Nie zaprzątałem sobie nim głowy. Zwabiłem rodziców do zamku i zamordowałem. Proszę, leżą obok ciebie ci, którzy zaprzedali się szatanowi, by żyć wiecznie! Za jaką cenę? Na tym morderstwie miało się zakończyć.
Gerard kopnął ze złością nogę jednego ze szkieletów.
- Kochany synek Ronald niestety odgrażał się zemstą za śmierć matki. Obawiając się jego poczynań, zacząłem potajemnie pracować nad kamieniem filozoficznym. Udało się! Miałem nieśmiertelność, miałem władzę, miałem bogactwo! Nie miałem tylko jednego... miłości. Miłości, która miała ocalić mnie od okropnej samotności i zła. Oddałem się muzyce. Stworzyłem Muzykę Nocy. Kochałem i nadal kocham noc. Odnajdywałem w niej spokój, wyciszenie i dobro. Nie jestem geniuszem. Nie mam talentu muzycznego. Tylko tak się ci wydawało! Tobie i innym. Swój „nibytalent” zawdzięczam umiejętnościom magicznym.
Gerard podszedł do Veronici i pomimo jej obrzydzenia na twarzy, pogłaskał ją po policzku.
- Wtedy zauważyłem ciebie. Dziewczynę czystą, marzycielską, o naturalnym talencie. Tak, naturalnym! Nie zawdzięczałaś swojego geniuszowi żadnej magii czy szatanowi. Pragnąłem, byś mnie ocaliła, pokochała, nauczyła prawdziwego geniuszu. Niestety. Moje plany znów pokrzyżował Ronald i o zgrozo... nawet ty! A spodziewałem się choć odrobiny dobrego uczucia.
Czarnoksiężnik zamilkł i ustawił przed zwierciadłem stolik, ze stojącym na nim, znajomym, małym lusterkiem.
- Tak mi przykro Veronico, że miałaś pokochać potwora- zakpił.
- Zwiodłeś mnie! – krzyknęła nagle dziewczyna.
- Kochałem...
- Oszukałeś!
- Kochałem...
- Zamordowałeś mojego ojca!
- Z miłości!
- Z szaleństwa zamordowałeś! Z chorej obsesji!
- Za późno na żale! Pożegnajmy się nawzajem, kochana – stanął przed wielkim lustrem i przyciągnął do siebie dziewczynę.
- Nie potrafię cię zrozumieć...
- Tak wiem, że nie potrafisz! Nikt na tym świecie nie potrafił i nie potrafi zrozumieć, że nawet ktoś taki jak ja pragnie miłości i szczęścia. Ja też chciałem mieć zwykły domek, kochaną żoną, spokojne życie! Myślisz, że zabiłem tych wszystkich ludzi, bo tak mi się akurat spodobało? Nie potrafiłem wczuć się w los innej osoby, nie czułem niczego nawet fizycznie. Jestem cieniem człowieka, a nie nim samym! Przez to, że nie dane mi było uronić ni jednej łzy, nie poczuć miękkości zwykłej poduszki, zostałem skazany na wewnętrzne cierpienia! Też miałem serce, które niedawno pękło i stało się zimne jak lód. Żegnaj mi Veronico... W piekle się pewnie spotkamy, bo zasłużyliśmy...
Veronica wpatrywała się teraz w ich lustrzane odbicia. Byli do siebie tak podobni...
- Trudno jest żyć – ciągnął Gerard- ze świadomością, iż jest się ulepionym z gliny śmiertelnej i szatańskiej, że ma się w sobie coś, co budzi odrazę u innych. I nie jest to wstrętny wygląd, brak kultury czy niskie pochodzenie. To jest sam fakt tego, że przyszło się na świat takim, jakim się jest.
- Ocaliłeś ją – przerwała mu dziewczyna. – Ocaliłeś Sylvię, mówiła mi! Wiem teraz dlaczego. Ona cię pokochała. Nie spodziewałeś się tego? Nie potrafiłeś skrzywdzić osoby, która bezinteresownie cię pokochała? I choć ty nie czułeś tego samego co ona, jakimś sposobem wiedziałeś, że jest to coś dobrego, prawda? Och, będę się modlić, żebyś piekła uniknął, bo nie zasłużyłeś. To ludzie uczynili ci piekło na ziemi, a ty byłeś zbyt słaby i wrażliwy, by stawić temu czoła. Nie potrafię cię nienawidzić, Gerardzie. Nie potrafię... i wybaczam.
Veronica zacisnęła powieki, widząc, jak czarnoksiężnik przygląda się swojemu sygnetowi. Nie chciała patrzeć na ich śmierć, nie potrafiła. W głębi duszy zaczęła już odmawiać modlitwę.
Upłynęła niemal minuta i nic się działo. Czyżby odeszła niczego nie czując? Czyżby on czekał, aż popatrzy śmierci w oczy? Jeszcze kilka sekund... i nic. Usłyszała nagle szmer niedaleko siebie. Nie mogąc dłużej wytrzymać, uniosła powieki. W lustrze nie odbijała się już postać Gerarda. Obróciła się gwałtownie. Czarnoksiężnik stał przy drzwiach, z ręką zaciśniętą na klamce. Nie czuła już uwierających ją łańcuchów na nogach. Znikły.
- Wygrałaś walkę z Nocnym Pianistą – odezwał się cicho. – Nie będę cię miał ani żywy, ani martwy. Nie jestem godzien wiązania twoich butów. Nie zmuszę cię, byś pokochała kogoś takiego jak ja. Wystarczy mi jednak świadomość, że byłaś, jesteś i będziesz pamiętać o mnie. Jesteś wolna Veronico. Żegnaj...
Blade policzki dziewczyny zarumieniły się, a z oczu gwałtownie zaczęły wypływać strumienie łez.
- Zaczekaj... – szepnęła.
Lecz on nacisnął klamkę, uchylając drzwi.
- Zaczekaj! – tym razem niemal krzyknęła.
Podbiegła do niego i silnym ruchem odwróciła go ku sobie.
- Popatrz! Spójrz na mnie! Niech prawda cię wyzwoli! Nie bój się spojrzeć w oczy prawdzie!
Przez chwilę mierzyli siebie dziwnymi spojrzeniami. Ona nie ocierała napływających wciąż do jej oczu łez, a w jego oczach lśniły niczym kropelki rosy dziwne punkciki, które z pewnością były łzami, lecz które nie miały prawa spłynąć.
- Jesteś najpiękniejszym i zarazem najbardziej tragicznym obrazem człowieka nieszczęśliwego. Człowiekiem, który stał się takim na własne życzenie i jednocześnie na życzenie losu, który wystawia ludzi na próby. Lecz ja nie lękam się takich osób, gdyż są ludźmi w najpełniejszym tego znaczenia wymiarze, a nawet bardziej niż ci wszyscy inni. Ja... Veronica Gautain... przyrzekam ci miłość aż po wieczność. Ofiarowuję swą czystą duszę w zamian za odkupienie twoich win. I zaprawdę przysięgam... jak Bóg mi teraz świadkiem... nie jesteś potworem!
To mówiąc, złożyła na jego ustach gorący pocałunek, mieszający się w ciąż spływającymi łzami szczęścia i radości. Nagle zdała sobie sprawę, że czuje nie tylko swoje łzy. Gerard osunął się na kolana, a prosto z jego serca wydarł się głośny, rozpaczliwy szloch.
Przyklękła tuż obok niego, unosząc jego spuszczoną głowę.
- Czułem – szepnął, a łzy spływały tak obficie i tak szybko, iż stały się rzeką oczyszczenia, która przez te wszystkie lata nie mogła znaleźć ujścia. – Poczułem... Czuję cię Veronico – szeptał, całując jej czoło, policzki, wargi.
Veronica roześmiała się radośnie i przytuliła go mocno.
- Już dobrze... Chodźmy stąd. Mamy jeszcze tak wiele do zrobienia.

XII
Spadające płatki śniegu, pokrywały z każdą chwilą coraz bardziej dwa nagrobki.
- Teraz zaznali spokoju – odrzekła z całą pewnością w głosie Veronica.
Stała wraz z Gerardem nad grobem jego rodziców.
- Jutro opuszczamy to miejsce – czarnoksiężnik zamyślił się głęboko. – Chyba, że chcesz tu pozostać...
- Nie, nie chcę. Mogłabym wyjechać już dzisiaj – uśmiechnęła się.
Otuleni ciepłymi płaszczami ruszyli w kierunku zamku. W hallu spotkali idącą do kuchni Elizabeth, która wyglądała niemal na wściekłą. Jeszcze wczoraj Gerard oświadczył, iż jej służba u niego dobiegła końca i jest wolną kobietą. Służąca jednak nie przyjęła tego do wiadomości. Wspominała coś o wychowaniu, poświęceniu i zemście, lecz na próżno.
- Dokąd tak się spieszysz? – zatrzymał ją Gerard.
- Mamy gościa – oznajmiła sucho i spojrzała z odrazą na Veronicę.
- Jakiego gościa? – dopytywał się czarnoksiężnik.
- Pana brat – rzekła z satysfakcją kobieta, obserwując jakie wrażenie zrobią jej słowa.
- Zostań tutaj – poprosił Veronicę, po czym udał się do swojego gabinetu, gdzie zwykle przyjmowano gości.
Elizabeth nie wiedząc, że Veronica podążyła za nią do kuchni, wpadła do niej jak szalona i kazała się wynosić wszystkim pozostałym. Zdziwiona jej zachowaniem dziewczyna, ukryła się za drzwiami.
Służąca zbiła ze złością dwa talerze.
- Tyle lat opieki, doradzania, poświęcenia, a on dla tej dziewuchy zmarnował wszystko! Głupiec, nie wie, że jego zemsta jeszcze się nie skończyła. Wielu z nas jest winnych i to nie może się tak skończyć. Przynajmniej jedna osoba musi zginąć, by winy zostały odkupione na zawsze! Tak mówili jego rodzice, pamiętam. Oni wiedzieli jak to wszystko się zakończy, ale mieli odwagę żyć dalej. Szkoda tylko, że na początku próbowali unicestwić ich przeznaczenie. Głupcy, wszyscy głupcy i nic więcej!
Wyciągnęła trzy, pozłacane kielichy i nalała doń wina. Ustawiła je na tacy, po czym otworzyła dolną szufladę wielkiego kredensu i wyjęła z niej małą buteleczkę. Odkorkowała ją i wlała jej zawartość do jednego z kielichów. Veronica nie mogła dostrzec do którego, gdyż służąca stała do niej tyłem. Gdy tylko Elizabeth uniosła tacę, chcąc wyjść z kuchni, dziewczyna zagrodziła jej znienacka drogę.
- W którym kielichu jest trucizna? – zapytała ostro.
Służąca zrobiła przerażoną minę.
- W pierwszym od prawej – rzekła, trzęsąc się lekko.
Veronica wyrwała jej tacę, wylała z wyznaczonego kielicha wino, po czym napełniła go ponownie. Gdy schyliła się, chcąc wyciągnąć z szuflady serwetki, Elizabeth szybkim ruchem przesunęła środkowy kielich na miejsce pierwszego od prawej.
- Ja im zaniosę – oświadczyła zagniewana Veronica i wyszła z tacą, z kuchni.
Służąca parsknęła śmiechem.
- Naiwna, dobra dziewczynka. Teraz niech zadecyduje przeznaczenie. Kto umrze, by inni mogli żyć dalej w spokoju? Ona, Gerard czy Ronald? Tak, najbardziej sprawiedliwie będzie, jak zadecyduje przeznaczenie.
To rzekłszy wyszła z kuchni, spiesząc za Veronicą prosto do gabinetu.
Ronald i Gerard siedzieli w fotelach naprzeciwko siebie. Na widok wchodzącej z tacą Veronici, a tuż za nią Elizabeth, Ronald zerwał się z siedzenia.
- Czy to prawda, Veronico? Prawdą jest, że to już koniec? Nie wierzę, by ta bestia skończyła swe złe zamiary!
- Uwierz – odrzekła dziewczyna. – Nie możecie wiecznie żyć w niezgodzie. Na Boga! Jesteście braćmi!
- Lecz różnimy się jedną, ważną rzeczą! Ja nie jestem szaleńcem! Może mi powiesz, że mam darować śmierć tych wszystkich nieszczęśników?
- Już dość krwi przelanej. Nie można odpłacać złem za zło.
- Doprawdy? W jego przypadku to się nie sprawdziło! – Ronald wskazał na Gerarda, który całkowicie spokojnie wpatrywał się w niego. – A cóż to? Może mnie teraz otruć chcecie? – Wywrócił ze złością kielich, stojący po lewej stronie.
- Nigdy w życiu! Jesteś niesprawiedliwy! – rzekła oburzona Veronica, po czym z pewną miną wypiła zawartość prawego kielicha.
- Ronaldzie – odezwał się w końcu Gerard. - Co ja mam zrobić, żebyś w końcu dał nam spokój? Nie liczę na przebaczenie, lecz na spokój i zakończenie tego wszystkiego. Jestem już zmęczony.
- Akurat! Wiesz co ci powiem?! Jesteś wstrętnym oszustem, który kłamie mi prosto w oczy i ... – przerwał nagle, słysząc jęk Veronici.
Złoty kielich wypadł z jej rąk, uderzając z hukiem w podłogę. Dziewczyna złapała się za brzuch i oparła o ścianę, dysząc ciężko.
- Nikczemniku!! – krzyknął przerażony Ronald. – Mordujesz kochaną ci ponoć osobę?
Gerard zerwał się z fotela i nie wpatrywał się w brata, lecz w Elizabeth, która szepnęła:
- Przeznaczenie się dopełniło i koniec już nadszedł.
- Ty... ty... – W oczach czarnoksiężnika płonęły ognie nienawiści i rozpaczy. – To twoja wina! Wychowałaś mnie w zemście i nie mogłaś patrzeć, że odchodzę z inną, że już mnie nie obchodzisz, tak?! To ty jesteś szalona! Jesteś potworem! Na nic wdzięczność, jaką powinienem ci okazać za uratowanie życia. Gdybym umarł, nic złego by się nie stało. W tej oto chwili zabiłaś to, co było moją nadzieją, moją miłością i lepszym życiem.
- Zawsze cię kochałam jak syna. Zawsze byłeś moim małym, kochanym, złym Gerrym – rzekła przerażona Elizabeth, patrząc jak Gerard unosi dłoń, na której zabłysł szmaragd.
- Nie kocha się złych chłopców! Zapamiętaj to! – machnął ręką i kobieta osunęła się martwa na ziemię.
Veronica ponownie jęknęła cicho. A więc tak umarł jej ojciec. Może nie czuł wcale bólu? Zaczęła się krztusić.
- Dosyć tego! – Ronald wyciągnął szpadę. – Zakończmy to raz na zawsze! Bądź godny nazywać się człowiekiem i nie użyj magii!
Lecz Gerard wpatrywał się w Veronicę i nie uczynił ani jednego ruchu.
- Tchórzysz?! – ryknął młodzieniec. – Boisz się, bo jesteś niczym bez swojej magii?
- To już koniec i zarazem początek – szepnął czarnoksiężnik. – Nie odpłacę już więcej złem za zło. Ta nędzna kobieta musiała zginąć. To ona miała być ostatnią ofiarą, lecz jej podłość i szaleństwo... – nie potrafił dokończyć.
Ronald opuścił szpadę. Z jego oczu spłynęły łzy. Gerard podszedł do Veronici, objął ją wpół i zanucił cicho:

Wielka przestrzeń..., zielono niebieska przestrzeń.
Między niebem a ziemią życia się dzieją.
Po cóż żyjemy w tej kolorowej przestrzeni?
Kim tak naprawdę jesteśmy?
Jaki cel osiągnąć należy, gdy nie wierzy się w nic?
Lecz przedstawienie trwa dalej...
I marionetki grają dalej...

Veronica, wspierając się na ramieniu Gerarda, uczyniła pierwsze kroki i niemal gnąc się w pół z bólu, zawtórowała:

Wielka, kolorowa przestrzeń.
Żyjemy w niej i nic więcej.
Jakie znaczenie ma życie, gdy brak w nim wszystkiego?
Na nic szczęście i spokój.
Co wtedy gdy to nie wystarcza?
Lecz przedstawienie trwa dalej...
I marionetki grają dalej...

Ronald zastygł w miejscu z przerażenia. Widząc jednak, że para idzie w jego kierunku, jakby szukając u niego pomocy, zaczął się cofać, prosto na balkon. Gerard i Veronica śpiewali razem z dziwnymi uśmiechami na ustach. W oddali rozbrzmiały tajemnicze dźwięki. W zapuszczonym gabinecie leżały odłamy zepsutego fortepianu, który zdawał się grać, gdzieś w niewidzialnej otchłani.

Mamy dosyć życia.
Wołamy z żalem do Boga... o śmierć błagając.
A czymże jest śmierć wobec miłości?
Wciąż się uczymy, aż do końca.
Lecz masek nie zdejmujemy.
Przedstawienie trwa dalej...
I marionetki grają dalej...

Potrzebny bohater. Potrzebny mistrz.
Lecz nikogo takiego nie ma.
Nikt nie słucha, lecz zapomina.
Żyjemy samotnie pośród tłumu ludzi,
Szukając sensu życia wiecznego.
Cokolwiek by się nie działo,
Jesteśmy razem i nie tracimy nadziei.
My wiemy po co żyjemy.
Nie jesteśmy marionetkami, lecz ludźmi!
Nie chowamy twarzy za maskami.
Robimy to co czujemy, mówimy co czujemy...
I nie zakładamy masek!
Jesteśmy tylko i aż ludźmi!
A przedstawienie trwa dalej...

Ronald cofał się coraz bardziej. Przerażony i wzruszony jednocześnie. Jeszcze jeden krok... zachwiał się na krawędzi balkonu.
- Wszyscy myślą, że bez miłości żyć nie można. Ale można. My to wiemy – szepnął i po chwili leżał już wśród śnieżnych zasp, których biel zmieszała się czerwonym kolorem krwi.
Veronica powoli traciła przytomność. Zachwiała się i osunęła na ziemię, podpierając głowę na ramieniu Gerarda.
- Nie bój się – szepnął do niej. – Śmierć to początek, nie koniec. Nie ma czego się bać. Gdy zobaczysz ciemność, krocz w niej tak długo, dopóki nie ujrzysz światła. A dźwięki mojej Muzyki Nocy będą ci towarzyszyć. Nie będziesz się więc bać, bo ja tam będę z tobą. Wrócę po ciebie, przysięgam – pocałował ją po raz ostatni.
- To ja.. to ja.. – Veronica próbowała coś powiedzieć, lecz już nie zdołała. Radosny uśmiech zakwitł na jej twarzy, po czym znieruchomiała.
Gerard zamknął jej powieki. Jeszcze przez chwilę wpatrywał się w nią ze spokojem, lecz po minucie pozwolił dać ujście swojej rozpaczy.
- Dlaczego!? – krzyknął, tuląc do siebie Veronicę i szlochając jednocześnie.
Uspokoił się jednak dość szybko i położył dziewczynę na kanapie. Zebrał wszystkie resztki fortepianu, zaniósł je do hallu i ustawił tam duży stos. Wrócił po Veronicę i ułożył jej ciało na szczątkach fortepianu.
- Dziękuję ci – wyszeptał. – Ty mnie uratowałaś, a ja niedługo uratuję ciebie. Wrócę, pamiętaj.
Zanucił cicho:

Melodia Nocy szarpie struny ciemności
Ciemność wdziera się w Twój umysł...
Pobudza imaginacje...
Rodzi się Twa wyobraźnia, czujesz ją wszystkimi zmysłami
Cisza przestaje być nagą
Ubierają ją gwiazdy...
Ubierają w Muzykę Nocy, którą ja komponuję

Zamknij oczy i rozpocznij podróż do nowego świata!
Zostaw za sobą to, co dotychczas znałaś...
Zamknij oczy i niech Muzyka uczyni Cię wolną!
Wtedy będziesz należeć tylko do mnie...

- Dobranoc kochana – rzekł i zdjął ze ściany płonącą pochodnię.
Patrzył jeszcze przez moment na uśmiechniętą dziewczynę, leżącą na szczątkach jej pasji, z której biła dziwna aura spokoju i radości. Wziął głęboki wdech i krzyknął:

Dobiegł końca nasz ostateczny czas...
Nocny Pianista skończył już grać!

Rzucił pochodnię na stos, który momentalnie zapłonął. Zarzucił na siebie płaszcz i wyszedł z zamku. Stanął jeszcze i obejrzał się za siebie. Tuż za nim płonęła jego miłość, jego nadzieja, jego poprzednie życie i zniewolenie.
- Jestem już wolny, wy też bądźcie – uśmiechnął się i ruszył przed siebie.
Z każdą minutą jego sylwetka stawała się coraz mniejsza, aż znikła zupełnie na granicy horyzontu.

XIII
I nastała obiecana ciemność. Nie była jednak straszna, lecz cicha, spokojna, ciepła. Rozbrzmiewała Muzyka Nocy, nawołując do spokoju i radości. Nie była sama. On był tam z nią i wspierał, pocieszał. I wtem pojawiło się światło. Jasne, wesołe i z każdą chwilą rosło coraz bardziej, przybliżało się. Rozległy się głosy. Najpierw ciche i ledwo rozpoznawalne, lecz potem stały się na tyle wyraźne, by móc je zidentyfikować. Nagle, jaśniejące światło ogarnęło całą ciemną przestrzeń. Było już tak jasno, że zupełnie nic nie było widać. Coś zaszczypało w oczach i światło zgasło, a raczej zbledło. Głosy rozległy się ponownie:
- Budzi się! Doktorze!?
Na białym suficie zamajaczył duży żyrandol.
- Słyszy mnie panienka? – coś dziwnego zaczęło ją szturchać i szczypać.
Żyrandol stawał się coraz bardziej wyraźny, ostrość obrazu nabrała zwykłych norm.
- Bogu niech będą dzięki – odezwał się ponownie, z tym razem z ulgą, znajomy głos.
Veronica przetarła oczy. Tuż nad nią pochylała się siwa głowa, znajomego mężczyzny. Dziewczyna przełknęła ślinę.
- Doktor Jones? – wyszeptała.
- Tak, moja mała. Już wszystko jest w porządku. Ależ nam narobiłaś strachu! Wezwać ojca! – doktor zwrócił się do pielęgniarki.
- Ojca? – Veronica usiadła na łóżku, z przerażeniem rozglądając się po swoim pokoju.
Po chwili do pokoju wpadł mężczyzna w średnim wieku, niezwykle blady, o przygasłych oczach, które natychmiast rozbłysły na widok Veronici.
- Tato... jak to możliwe.. to nie... – dziewczyna nie mogła zdobyć się na żadne, właściwe słowo.
Lord Gautain podbiegł do niej i mocno przytulił.
- Cóżeś zrobiła, kochanie?! Nie strasz więcej starego ojca, dobrze!?
Veronica wyrwała mu się z objęć.
- Przecież ty nie żyjesz! Co się stało? Widzieliście Gerarda?
Doktor westchnął ostentacyjnie.
- O kim mówisz, kochanie? – zapytał lord Gautain.
- O nim! O Gerardzie, Nocnym Pianiście, czarnoksiężniku! Nie wiecie?!
Doktor Jones odchrząknął, po czym wziął ze stołu gruby zeszyt, owinięty w ładną chustkę.
- Oczywiście, że wiemy o Nocnym Pianiście – odezwał się lekarz. – Jednak jego nie ma i nigdy nie było. Tutaj tylko panienka znajdzie swojego Pianistę... i mam nadzieję, że nigdzie więcej – położył jej na łóżku ów gruby zeszyt.
- O co tu chodzi? – zniecierpliwił się lord Gautain.
- Mógłbym zamienić z panem słowo na osobności? – zapytał doktor.
Lord Gautain nie odpowiedział nic, tylko wstał, dając tym samym znak, że się zgadza. Lekarz zabrał z powrotem zeszyt z łóżka Veronici i pokręcił nerwowo głową.
- Proszę mi wyjaśnić to wszystko – domagał się ojciec dziewczyny, gdy znaleźli się za drzwiami. – O kim mówiła moja córka?
- Widzi pan... w przypadku, gdy osoba próbuje targnąć się na swoje życie, mamy obowiązek przeszukać pokój i przesłuchać znajomych, by dowiedzieć się mniej więcej jaki był powód tego niefrasobliwego, powiem lekko, posunięcia. W tym wypadku wystarczyło tylko to – doktor Jones pomachał przed nosem Gautaina zeszytem.
- Cóż to takiego jest?
- Pamiętnik pana córki oraz jej niezwykła opowieść.
- Lecz cóż to ma wspólnego z tym, co ona zrobiła?
- Ma i to bardzo dużo. Otóż w tej opowieści bierze udział również pana córka i niestety, w finale umiera. Nie zdziwiłbym się, gdyby pragnęła, by ta opowieść się spełniła i dlatego targnęła się na życie.
- Ależ to absurd! – oburzył się lord Gautain. – Twierdzi pan, że moja córka jest szalona? Przecież zawsze była taka radosna, wesoła, zadowolona! Wczoraj dała niebywały koncert, ma przed sobą świetlaną przyszłość, a pan mi teraz wmawia, że napisała sobie jakąś historyjkę i postanowiła ją wcielić w życie, tak?!
- Lepiej bym tego nie mógł ująć. Nie jestem specjalistą od spraw umysłowych. Przyślę do pana innego lekarza, lecz już teraz śmiało mogę powiedzieć, że pana córka ma jakiś problem i zapiski z jej pamiętnika są na to dowodem. Niech pan to przeczyta w wolnej chwili. Historia naprawdę ciekawa, lecz tragiczna i przekoloryzowana.
- O czym ona jest? – zapytał po chwili milczenia lord Gautain.
- Trudno powiedzieć. Głównym bohaterem jest Nocny Pianista, geniusz muzyczny, czarnoksiężnik, który uwiódł pana córkę, zakochał się w niej, a ona w nim. Jednak jego tragizm losu doprowadził do katastrofy. Wiem pan, co jeszcze o tym myślę?
- Co?
- Ten niejaki Gerard naprawdę zapanował na Veronicą. Ona go po prostu zmaterializowała w swoim umyśle i sama siebie doprowadziła do tej sytuacji. To ciekawa i nietypowa sprawa. Jutro zjawi się u pana fachowiec, który porozmawia z Veronicą i wszystko będzie jasne.
Doktor Jones założył gustowny cylinder na głowę, skłonił się z lekka i udał się w kierunku wyjścia, mrucząc coś pod nosem. Lord Gautain sta jeszcze przez chwilę przed drzwiami sypialni, z dziwnym zeszytem w ręku. Westchnął ciężko, po czym wszedł do pokoju. Veronica siedziała nieruchomo na łóżku i patrzyła w jakiś bliżej nieokreślony punkt.
- Czy to prawda, co powiedział doktor Jones? – usiadł obok niej i wpatrywał się w nią z troską.
- Prawda na jaki temat? – szepnęła Veronica.
- Tego Gerarda, Nocnego Pianisty?
- Tak, to prawda. Napisałam tę opowieść i co z tego? Nie wolno mi pisać?
- Pisać wolno kochanie, ale ja się dowiedziałem znacznie straszniejszych rzeczy. Powiedz mi... co w naszej rodzinie było nie tak? Powiedz. Czy czułaś się nieszczęśliwa?
- Tak, czułam – odparła sztywno dziewczyna.
- Dlaczego?
- Nie wiem.
- Rozumiem... Nie musiałaś tego robić. Przecież każdy problem można rozwiązać w lepszy sposób. Śmierć to nie jest rozwiązanie.
- Tak, masz rację ojcze. Śmierć to nie jest rozwiązanie spraw doczesnych, lecz jedyną możliwością spotkania z nim. Tak pięknie razem śpiewaliśmy na scenie. Tak wielu ludzi patrzyło z zachwytem. Wyobrażasz sobie, tato? Ja i mój Mistrz w duecie. Cztery dłonie na fortepianie, nie gasnąca muzyka... Muzyka rozdzierająca duszę, krusząca nawet najbardziej zatwardziałe serca! Słyszysz ją? On tak pięknie gra... Nawet teraz.
- Nic nie słyszę, kochanie. Twój Nocny Pianista nie istnieje. Ty go wymyśliłaś, jest w tej książce, lecz nie powinien być niczym więcej. Nie śpiewaliście razem na scenie. Zagrałaś cudownie i po przyjęciu wróciliśmy do domu. Nawet nie wiesz jak bardzo nas przeraziłaś swoim czynem. Dlaczego to zrobiłaś?
Lecz lord Gautain nigdy się nie dowiedział dlaczego. Nie mógł też tego zrozumieć lekarz specjalista, który odwiedził Veronicę nazajutrz. Potwierdził to samo, co doktor Jones. Przepisał jakieś leki i zapowiedział, że prawdopodobnie dziewczyna będzie musiała być pod stałą opieką. I tak też się stało. Niemal po trzech tygodniach zapadła decyzja, iż Veronica zostanie przewieziona do szpitala psychiatrycznego. Lekarze nie stwierdzili u niej szaleństwa, lecz obawiali się, że będzie próbowała powtórzyć swój krok. Dziewczyna nie opierała się. Przyjęła wiadomość z uśmiechem na twarzy, pocieszając ojca, że to tylko nowa droga, jaką obiera w życiu. Miała tam być tylko do czasu, gdy skończy się jej terapia. Owa terapia trwała prawie pięć lat. Nie wiedziano co z nią robić. Zachowywała się najzupełniej normalnie. Biegała, śmiała się, grała chorym wesołe melodyjki na fortepianie, nawet próbowała malować. Pomagała innym, którzy widzieli w niej ulgę w swoim cierpieniu, którego nie potrafili zrozumieć. Niektórzy, odwiedzający szpital, pytali ze zdziwieniem, co tak wesoła, normalna dziewczyna robi w takim miejscu. Lekarze tylko wzdychali i kręcili głowami. „Dla bezpieczeństwa jej samej – odpowiadali.”
Pewnego wieczoru lord Gautain otrzymał list od córki. Miał ich już bardzo dużo i choć odwiedzał często Veronicę, ona uparcie twierdziła, że lubi pisać listy i są dla niej ukojeniem.
Wypiwszy herbatę, Gautain rozsiał się wygodnie w fotelu i odpieczętował kopertę. Wpierw zdziwiło go dość niechlujne pismo córki, jakby pisała naprędce, spiesząc się gdzieś.

Kochany ojcze!

Dziś pięć lat mija, odkąd mieszkam w tym miejscu. Nie jest mi źle, wręcz przeciwnie. Dopiero teraz wiem czym jest ludzkie cierpienie. Dotąd byłam odizolowana od tego wszystkiego, lecz teraz wiem, że tylko kontakt z takimi ludźmi pozwala inaczej spojrzeć na świat. Zrozumiałam, jak wiele błędów popełniłam. Wiem też już co mi dolega. Nie stwierdzili tego lekarze, lecz ja sama. Powiedziałam im o tym, a oni tylko kiwnęli głowami, potwierdzając moją tezę. Jestem już z „tym” zaprzyjaźniona. Mój Nocny Pianista pomaga mi na co dzień. Nikt nie jest w stanie mi wmówić, że Jego nie ma. Wciąż słyszę Jego muzykę Dziś słyszałam, jak mnie wołał. Nadszedł już czas, by wróciła tam, skąd przybyłam i gdzie jest moje miejsce.
Zapytałeś mnie kiedyś, dlaczego czułam się nieszczęśliwa w tak dobrym, ciepłym, rodzinnym domu. Brakowało mi czegoś. Tak bardzo nużyło mnie to wszystko. Ciepło rodzinnego domu stawało się nie do zniesienia, monotonia życia ciążyła mi niemiłosiernie. Pragnęłam zmian, szaleństwa, namiętności, przygody. I wtedy zjawił się On. Tak, to ja Go stworzyłam i nie żałuję. Jest dla mnie, a ja dla Niego. Pokazał mi wszystko to, co najpiękniejsze. Dodawał mi otuchy, twierdził, że mam talent i nie kłamał. On mi pomógł, a ja pomogłam Jemu.
Dziś, teraz, jestem bardzo szczęśliwa. Za chwilę spotkam się z Nim na nowej drodze życia. Rozpocznę kolejną z wielu przygód jakie mnie czekają. Nie umiera się nigdy, pamiętaj tato. Odwiedzę Was kiedyś. Przecież Harry nie może wybrać sobie żony beze mnie, prawda? Moja szwagierka musi być co najmniej inteligentna!

Nie mówię żegnajcie, lecz do zobaczenia...

Zawsze kochająca Veronica

Wiedziony złym przeczuciem, lord Gutain postanowił, że na drugi dzień, po południu, wybierze się do córki. Niestety, z rana, w jego domu pojawił się doktor Jones, który od wielu lat był przyjacielem rodziny i z żalem oznajmił o śmierci Veronici.
Po odbyciu krótkiej rozmowy, udali się do szpitala. To, co zobaczył tam lord Gautain, nie zapomniał do końca życia. Pokój, oświetlony popołudniowym słońcem, bijący promieniami ciepła. Na łóżku leżała uśmiechnięta dziewczyna, z zamkniętymi oczyma, ubrana w białą sukienkę. Wyglądała, jakby tylko spała i śniła o tym, co najpiękniejsze. Słońce rzucało figlarne cienie na jej ciemne włosy, oświetlało jasną, zaróżowioną cerę, odbijało się też od czegoś złotego, co wysyłało zielone światełko. Gautain podszedł do córki i ujął ją za rękę. Żadna łza nie spłynęła z jego oczu. Jakże można było płakać na widok uśmiechniętej dziewczyny, która tylko spała? Zielone światełko oślepiło na chwilę jego oczy. Na dłoni, którą trzymał, na środkowym palcu, widniał szmaragdowy sygnet, który mienił się i iskrzył.
- Cóż to takiego jest? – zapytał cicho lord Gautain. – Moja córka nigdy nie miała żadnych szmaragdów.
- Nie wiem, proszę pana – odparła pielęgniarka. – Zdjąć go? – zapytała, patrząc łapczywie na drogocenny kamień.
Gautain musiał zauważyć to spojrzenie, gdyż odrzekł:
- Nie, nie trzeba. Niech ją pochowają taką, jaką jest teraz. Zadowoloną i uśmiechniętą.
Doktor Jones podszedł do niego i poklepał go po ramieniu.
- Nie popełniła samobójstwa. Lekarze twierdzą, że do ostatniej chwili wszystko było z nią w porządku. Poszła spać i dziś rano znaleziono ją martwą. Żadnych leków, żadnego możliwego zawału, wylewu, uderzenia, morderstwa, żadnych śladów na ciele... – wyliczał lekarz na palcach.
- W porządku – przerwał lord Gautain. Widok szczęśliwej córki napawał go spokojem, a nie rozpaczą. – Umarła w nocy. Przyszedł po nią Nocny Pianista – dodał niemal szeptem.
- Tak, to jedyne „racjonalne” wytłumaczenie – odparł doktor, starając się stłumić wybuch śmiechu. – Chodźmy stąd.
Otwierali właśnie drzwi, gdy nagle ojciec Veronici zatrzymał doktora.
- Słyszy pan?
- Cóż takiego mam słyszeć?
- Ciicho – szepnął lord Gautain.
Pojedyncze dźwięki fortepianu wydobywały się skądś, a w uszach Gautaina rozbrzmiały jakby dwa głosy. Jeden z nich był znajomy.

A gdy pożegnania nadszedł czas,
Mówimy do zobaczenia
Bo życie dopiero się zaczyna
I nikt nigdy nie zapomni nas...
- I cóż pan takiego usłyszał? – dopytywał się wyraźnie rozbawiony doktor.
- Nie, nic. Zdawało mi się – lord Gautain potrząsnął głową.
- Jest pan zmęczony, to zrozumiałe. Pójdźmy już! – nalegał lekarz.
Lecz Gautain podszedł jeszcze raz do Veronici. Uśmiechnął się i pocałował ją w czoło.
- Teraz już jesteś szczęśliwa... – szepnął.
***
Dopiero gdy minął rok od śmierci Veronici, jej ojciec odważył się otworzyć pamiętnik. Był on pełen zapisków uczuć i przeżyć dziewczyny oraz samej opowieści. Gautain przesiedział nad nim całą noc i jeszcze długo potem, nie mógł się nadziwić ile to myśli, uczuć i namiętności może kryć się w zwykłej, na pozór osobie. Veronica skarżyła się na bóle głowy, nudności, smutek, nieustanne podenerwowanie i na wszystko dookoła. Swoje znajome określiła mianem „tęgich kuropatw, które tyko żerują w poszukiwaniu ziarna”. Prócz różnych kpin z ludzi, znajdowały się tam także traumatyczne przeżycia umysłowe.

„20 październik
Szalona czy nie szalona? Otóż jest pytanie! Co wtedy, gdy patrząc na innych czuję odrazę? Odrazę, tak On mi mówi. To z ich winy stał tym, czym się stał. Chcę mu pomóc, ale czuję, że chyba nie mogę. To zbyt wiele. Nie potrafię tego pojąć. Gdy tylko zrobię coś złego, on tak bardzo się złości. Głowa mnie wtedy tak bardzo boli, że chciałabym ją roztrzaskać o jakiś twardy mur. I tak nie poczułabym bólu. Nikt tego nie rozumie. Uwielbiam jak gra. Tylko wtedy potrafię zasnąć.
Dopisane, godzina 21:40
Jednak jestem szalona. Widzę zarys jego postaci w swoich oczach. Widzę go wszędzie. Nie daje mi spokoju. Żąda, bym go ocaliła. To ma być dług. Dług wobec niego. W końcu on dał mi talent, on mnie wszystkiego nauczył. I ja muszę spłacić ten dług. Lecz w jaki sposób? Och, to okropne. Dlaczego inni tego nie czują, nie widzą? Dlaczego nikt nie zapyta: „któż to gości w twoich oczach?”

Podobnych zapisków było bardzo, bardzo wiele. Gautain skupił się jednak na samej opowieści. Na jej końcu, odkreślone grubą kreską, widniało zdanie, napisane jakby nie przez Veronicę. Charakter pisma był zupełnie inny.

"Nikt na ziemi nie osiągnie pełni szczęścia i nieśmiertelności. Każdy z nas żyje dla czegoś innego, lecz nie wolno nam zakłócać powszechnego ładu życia. Każdy jednak ma prawo poszukiwać szczęścia, w sposób dla niego najbardziej odpowiedni.
Bo każdy z nas ma prawo marzyć... Przecież jesteśmy tylko i zarazem aż... ludźmi!"

EPILOG
Nocny Pianista istniał i nadal istnieje. Nie jest wymysłem pisarzy, plotką sąsiadek czy ułudami szaleńców. Istnieje tak namacalnie, jak my sami namacalnymi jesteśmy. Nie musi nazywać się Nocnym Pianistą. Może być kimś innym, jednak jego rola jest zawsze taka sama. Nie wiedząc, jak dokładnie opisać życie, świadomość osoby, którą, śmiało rzecz można, opętał Nocny Pianista, postanowiłam zmaterializować go do postaci czarnoksiężnika Gerarda, by ukazać wszystkie jego atuty, wady i sposób działania. Zapytacie więc: kim on jest? Odpowiedzi na to pytanie znalazły się w tej opowieści. To między innymi, najpiękniejszy i zarazem najbardziej tragiczny obraz człowieka nieszczęśliwego. Człowieka, który stał się takim na własne życzenie. Przecież jesteśmy na tyle nieszczęśliwi, na ile sobie wyobrażamy. Nocny Pianista przychodzi i gra swą muzykę, gdy czujemy się smutni, samotni, nieszczęśliwi, niedoceniani, opuszczeni przez Boga i los. Podtrzymuje nas na duchu, dodaje nowych sił, otwiera nam oczy naprawdę i na to, co piękne. Nie jest bezinteresowny. Bezinteresowny staje się wtedy, gdy go dobrze poznamy i zaprzyjaźnimy z nim. Wpierw trzeba jednak stoczyć z nim walkę. Kto ją wygra, zyska potężnego sojusznika, kto przegra... w tym miejscu, każdy może dopisać własną historię. Dla człowieka, który sam do końca nie wie, dlaczego jest nieszczęśliwy i co mu w życiu brakuje, wszelkie uczucia, takie jak samotność, lęk, smutek, przybierają kształty namacalne, niemalże osobowe, takie jakie najbardziej mu odpowiadają.
Nie możemy dopuścić, by Noc zdominowała Dzień, tak samo jako Dzień nie może zdominować Nocy. Oba te przeciwieństwa się dopełniają i tworzą logiczny związek. Gdy nasz ład zostanie zachwiany, zatriumfują nasze słabości.
Pamiętajmy o Nocnym Pianiście.

Pamięci kochanej Małgorzaty, która przegrała walkę ze swym Nocnym Pianistą.
Teraz już jesteś szczęśliwa...

Koniec księgi pierwszej.

„Nie umiera się nigdy. Nocny Pianista powróci...”


Wiem, że pod względem technicznym i stylistycznym, ta opowieść to gniot, ale musiałam ją napisać. Wszyskie błędy zostaną poprawione, możliwe też, że wydłuży się zawartość tekstu. Być może powstanie też księga druga. Ale to na razie jest tylko zamierzeniem.
Dziękuję czytelnikom za uwagę.

Podpis: 

Ta, która tworzy z Pasją... 14.04.05
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy Miłość z internetu cz. XVI - sex panów Bliżej
nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz. zabawa pomiędzy dwoma facetami Podejdź bliżej
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.