http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
150

Kwiat w butonierce

  Spotkanie w tramwaju - co może z tego wyniknąć?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W marcu nagrodą jest książka
Regulatorzy
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Kwiat w butonierce

Spotkanie w tramwaju - co może z tego wyniknąć?

Labirynt

Krótka podróż po labiryncie

The Ciuchcia

Letnia duszna noc w pociągu pospiesznym relacji....

Napoleoni Poplątaniec

Jeden dzień z życia władcy.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Marzyciele

Opowiadanko fantasy, które dzieje się w tym samym świecie co "Klęska czarnego władcy", ale poza tym nie ma z nim nic wspólnego. Uwaga, dość długie i nudne! Coś o szansie spełnienia marzeń przez dwóch, wprost sobie przeciwnych, marzycieli.

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Świt Nowej Ery

Pewien podróżnik w czasie przybył do roku 2010... Kogo szuka i czy uda mu się wykonać zadanie? Moja wprawka w SF - swego rodzaju.

2078

Jest rok 2078. Powszechna urbanizacja i spisy produktów zakazanych przez tzw. Zdrową Europę. Dziennikarz wikłający się w związek z tajemniczą kobietą i zadanie służbowe oznaczające bolesną konfrontację z przeszłością.

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1575
użytkowników.

Gości:
1575
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 40073

40073

Globalne Zaduszki

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
07-11-05

Typ
F
-felieton
Kategoria
Kultura/Polityka/-
Rozmiar
20 kb
Czytane
2460
Głosy
11
Ocena
4.68

Zmiany
07-11-07

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: dominik Podpis: dominik
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Felieton na temat nas, obywateli, w dniu dość szczególnym.

Opublikowany w:

opowiadania.pl

Globalne Zaduszki

Zaduszki 2007. Dzień, w którym wielu z nas ambitnie postanawia „wyciszyć się”, „pomyśleć”, „zwolnić tempo”. Lubię ten moment w roku, kiedy wszystko przybiera obowiązkowe szare barwy, jakby jesień, jakkolwiek pogodna, przypominała sobie w pokorze, że tego dnia wypadałoby dobrać nieco bardziej stonowaną garderobę. Cmentarna monotonia ma w sobie coś z wieczności, nie religijnej czy kościelnej, lecz tej międzypokoleniowej. Z odwiecznej ciągłości cmentarzy. Zawsze jest chłodno i co roku wieje. Zapałka trzęsie się w zmarzniętych, zaczerwienionych palcach, co chwile gaśnie, nigdy nie wiadomo, co zrobić ze zużytą, bo przecież nie rzuci się jej na cmentarną ziemię, tuż obok grobów bliskich. Więc pokornie chowa się patyczek z czarną główka do kieszeni lub do pudełka, by potem znów wyjąć ten zużyty, gdy potrzebujemy nowej zapałki. I tak dalej. Potem powrót do domu, kawa, herbata, zajadanie się ciastem i, w razie braku pomysłu, błogi telewizyjny trans.
Cenię ten dzień, bo odnoszę wrażenie, że ludzie rzeczywiście na tę krótką chwilę nieco pokornieją, w obliczu nieuchronności pewnych procesów determinujących nasze życie jakby łagodnieją. A może po prostu ja pokorniej patrzę wtedy na otaczającą mnie rzeczywistość. Trudno mi to ocenić, bo nie potrzebuję tego dnia innych ludzi. Ktoś powiedział, że człowiek zawsze umiera sam. To niepokojące stwierdzenie można poszerzyć. Człowiek zawsze przeżywa śmierć sam, analizuje ją i pamięta o niej w kontekście swojego, jednostkowego bytu. Gdy ktoś odchodzi, ostrzeżenie odbieramy osobiście. Przekaz jest jasny, moment nieuchronny, a Koniec jakby przez chwilę namacalny poprzez jasne ostrzeżenie chłodnej, cmentarnej ziemi, czytelne świadectwo nagrobków.
Szkoda tylko, że najprostsze prawdy, na których doświadczenie mamy tak mało czasu w roku, tak często przysłania mi uczucie niesmaku. Niekiedy jest to rezygnacja, czasem pogarda, zawsze jednak gniew.
Niesmak odczuwam, kiedy przy największym z poznańskich cmentarzy kwitnie biznes parówkowo-bigosowy, pogardę, gdy widzę, jak ludzie ukradkiem przekładają kwiaty z grobów cudzych na „swoje”. Rezygnacja ogarnia mnie w tramwaju, kiedy ludzie jadący na cmentarz kłócą się o miejsca w zatłoczonym wagonie by potem w pokorze oddać się wzniosłej kontemplacji, wyliczonej tak, by zdążyć na obiad.
Ludzie są jacy są. W grupie nigdy nie prezentują się dobrze. Przyglądając się im z bliska, widząc ich najbardziej oczywiste wady i słabości, widzę jednak te cechy, które sam też w sobie noszę. Może nie tego dnia, może nie w tym nastroju, ale kiedy za tydzień mój poranek zacznie się od serii przypadkowych niepowodzeń, zabraknie mleka, spóźnię się na tramwaj i na domiar złego pogoda będzie gorsza od zapowiadanej, będę taki sam. Ktoś wczoraj kopnął mi błotnik, bo nie zatrzymałem się mu na przejściu dla pieszych. Miałem ochotę wyjść i pobić go, oddać mu, zrobić cokolwiek. Dzisiaj wyspałem się, pisząc to słucham jednej z ulubionych płyt i przypominają mi się liczne momenty, kiedy sam miałem ochotę rzucić komuś cegłą w szybę. Bilans wydaje się zawsze taki sam. W tym momencie uspokojenia, w szare, lecz rześkie niedzielne przedpołudnie, jestem ciut lepszy niż na co dzień. „I take a few steps back and put on a wider lens”. W tym momencie potrafię napisać kilka zdań, ruszyć do przodu, naprawić coś.
Skomentować.
Ludzie na ulicy, w biurach, gotując obiad i stojąc w korkach nie zawsze mają czas być lepsi. Nie zawsze mają czas i ochotę zastanawiać się nad czymkolwiek, co leży ponad horyzontem dnia, tygodnia, nadchodzącego weekendu. Na co dzień słowo „wieczność” kojarzy nam się ze słowem „kredyt”, „miłosierdzie” z ulgą podatkową, „miłość” z czasem wolnym, a o ideałach i zasadach mówi już tylko polityka. I przez to tym bardziej nie wiemy, czym ideały i zasady są.
Płyniemy z dnia w dzień jakby z jednej fali w drugą i trudno z tym odwiecznym porządkiem podjąć walkę czy chociażby dyskusję. Tym bardziej takie dni jak Pierwszy czy Drugi listopada są nam potrzebne. Chcąc nie chcąc oddajemy się, czasem opornie lub zupełnie nieświadomie, refleksji.
Dlaczego jednak wszystko trzeba sprowadzać do banału? Mam na myśli telewizję, media w ogóle, wszystkie te podmioty, kierowane z założenia przez ludzi wykształconych, które idą rok w rok po najmniejszej linii oporu.
Podsumowanie roku 2007. Wiem, że w tym roku odszedł Kapuściński, wiem, że zmarła Krystyna Feldman, pamiętam ich i wszystkich pozostałych. Wszyscy ich szanujemy, nawet, jeśli zupełnie ich nie znaliśmy, to telewizja nauczyła nas cenić ich, prześcigając się w programach wspominkowych.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, pomijając oczywistą hipokryzję wpisaną w definicję mediów komercyjnych i publicznych, które przypominają sobie o zmarłej aktorce w dniu jej śmierci, mimo, że widz pamięta ją tylko z żenującego serialu komediowego. Gdybym nie był Poznaniakiem, to też nie kojarzyłbym Krystyny Feldman z niczym innym.
Kiedy jednak w szanowanych przeze mnie stacjach, mniej lub bardziej intelektualnych, w Dzień Refleksji widzę znów te same czarno-białe slajdy, przeplatane zdjęciami płonących świec, powoli przesuwające się na ekranie w rytm zawodzących w tle skrzypiec, to niesmak, rezygnacja i gniew wracają z całą mocą. I zastanawiam się, czym kierowali się redaktorzy, tak a nie inaczej układając program na ów dzień Wysokiej Oglądalności. Można powiedzieć: a co innego pokazywać tego dnia? Są „nasi” zmarli, jest refleksja, świece są i skrzypce obowiązkowo też. Nic tylko kontemplować.
Co kontemplować? Oczywiste prawdy, że ktoś wielki odszedł? Że możemy być z niego dumni, a teraz jest coraz gorzej, bo już go nie ma? Że świat zubożał o wybitną jednostkę, tak pogodną, tak prawdziwą i tak niezłomną w tych trudnych czasach. Z tą świadomością, doskonale wpisującą się w najprostszą refleksję zasypiamy, kończymy długi weekend i wracamy do codzienności. I znów świat zamyka się nad nami granicą miasta, kraju, ewentualnie wstęgami abstrakcyjnego rurociągu, który na dalszym planie wielkiej polityki niepokoi nas za pośrednictwem mediów. Świat pozbawiony kilku jednostek, niby inny, ale w zasadzie taki sam. Zaduszki 2007 są takie same jak te rok wcześniej, można robić zakłady o to, kto odejdzie w 2008, ale generalnie raczej bez rewelacji.
Poczet wybitnych zmarłych, dla których media stają na głowie żeby powiedzieć o nich coś, czego widz jeszcze nie słyszał, pozostaje niemy. Byli wielkimi ludźmi, ale nasz świat pozostał mały, zamknięty i hermetyczny. I całe dzieło Kapuścińskiego, tego, który „nie ogarniał świata” pozostaje poddane pod wątpliwość w melancholii czarno-białych obrazów, które ów nieogarnięty świat zawężają w sposób haniebny, gdzie zmarli, czyli ludzie, czyli globalne społeczeństwo, którego jesteśmy integralną częścią, stanowi kilku Wielkich plus ci, którzy tego dnia zginęli na drogach.
Kapuściński pisał o świecie zróżnicowanym, niepojętym, jednakowo istotnym w metropoliach jak i na antypodach cywilizacji, przez to właśnie niemożliwym do ogarnięcia. Widział szerzej, z ogromnym powodzeniem potrafił zainteresować tym czytelnika. Okazywało się to nie aż tak trudne, bo ludzi jak widać interesowało to, co dzieje się poza polską polityką, poza UE i ewentualnie za oceanem. Ludzie chłonęli książki, w których ukazane były peryferie Imperium, świat, w którym nasi wschodni sąsiedzi istnieli nie tylko w kontekście embarga na polskie mięso. Kapuściński udowodnił, że można pisać o konflikcie między plemionami, które nie mają wpływu na tarczę antyrakietową i ludzie, ci sami, którzy spędzą Zaduszki przed telewizorami i wydawałoby się, interesują się tylko wyborami i cenami paliwa, chętnie dowiedzą się gdzie leży Rwanda. I, co najważniejsze, zrozumieją, że żyją na tej samej planecie co Tutsi i Czeczeni, że obowiązkowe wizy do USA to nie najgorszy rodzaj upokorzenia, jakiego może doznać społeczeństwo od społeczeństwa.
W Dzień Zaduszny naszła mnie smutna refleksja, że tego wyzwania nie potrafi dziś lub nie chce podjąć nikt. W racjonalnej telewizji świeckiej czas wypełnia dyskusja na temat tego, czy cud był, czy cudu nie było, a potem już tylko wspomnienia Tegorocznej Listy Zmarłych plus gościnny występ hitu ostatnich lat, czyli odejścia Jana Pawła II. Proszę, nie dajcie się zwieść skrajnie cynicznemu tonowi mojej wypowiedzi. To nie ja jestem cyniczny, cyniczne jest pokazywanie nam ciągle tych samych obrazów, jakby na świecie poza dwoma „naszymi” kontynentami nie działo się nic.
W kraju, który walczył z wrogim społeczeństwu systemem przez czterdzieści lat, nikogo nie interesuje, co dzieje się w Birmie. A nawet, jeśli interesowało, to przez tydzień. Kilka pierwszych stron gazet, potem cisza. Bo wybory, bo zmiana przynależności partyjnej, bo zdrada. Premier Mazowiecki apelujący do mediów o powściągliwość spotkał się z zupełnym niezrozumieniem Pani Olejnik. Prosił tylko o selekcję informacji zamiast bezmyślnego rzucania się na to, co jeden czy drugi polityk nazwie „sensacją”, „kompromitacją” czy „największym skandalem” tej czy innej Rzeczpospolitej. Bez echa.
I tak oto okazuje się, że świat to Europa plus Rosja, Stany Zjednoczone i miejsca, w które można wyjechać na wakacje. Okazuję się również, że tegoroczne tragedie można zamknąć w bilansie ofiar wypadków na polskich drogach oraz we wzruszających reportażach na temat kilku wybitnych jednostek. Nie zamierzam tu pisać o statystykach w Afryce, w Azji, o narodzie eksterminowanym przez demokratyczne mocarstwo pod pretekstem walki z terroryzmem, o biedzie, głodzie, terroryzmie państwowym, tak samo groźnym jak ten islamski czy nacjonalistyczny. Nie zamierzam, bo po prostu nie umiem, pozostawiam to tym, którzy potrafią z należytym obiektywizmem, poparci autorytetem pisać o sprawach ważnych, istotnych nie tylko dla bezimiennych mieszkańców odległych kontynentów, ale także dla nas. Bo dzisiejszy świat, chcąc nie chcąc zintegrowany możliwościami błyskawicznej komunikacji i błyskawicznego przepływu informacji jest o wiele mniejszy niż nam się wydaje. Udowodniła to plaga terroryzmu, doskonale zorganizowana przy użyciu najnowocześniejszych środków. Okazało się nagle, że to, co pozornie nas nie dotyka, może nas dotknąć w niespodziewany sposób. Każdy z nas może przeżyć swój 11 września i część Europejczyków już się o tym przekonało w Madrycie czy Londynie. To nie jest tylko kwestia terroryzmu. To, co dzieje się w zapomnianych przez nas byłych koloniach krajów europejskich wpływa na ich politykę, powoduje migracje ludzi na niespotykaną dotąd skalę. Sto lat temu Londyn czy Paryż mimo całej swej niepodważalnej pozycji nie były przecież tak wielokulturowe. I nie stały się takie z wyboru. Ludność wielu ras i narodów nagle zaczęła szukać swojej Ziemi Obiecanej, a proces ów nie słabnie, lecz nasila się. Wystarczy spojrzeć na Moskwę czy Berlin. Za pięćdziesiąt lat będzie to zamożniejsza Warszawa czy Poznań. Ceny paliwa też nie biorą się znikąd. Polityka energetyczna to w dużej mierze pochodna konfliktów, które rozgrywają się często nad naszymi głowami, ale równie często na naszych oczach. Tylko, że musimy potrafić powiązać te wszystkie czynniki, „ogarnąć” je, zrozumieć. Wtedy będziemy lepiej wiedzieć, kim jesteśmy, gdzie żyjemy i dokąd zmierzamy jako Polacy czy Europejczycy. A w dzień taki jak Dzień Zaduszny powinniśmy może pomyśleć o ofiarach tej samej walki, którą sami toczyliśmy trzydzieści lat temu, a która nadal rozgrywa się w miejscach, których nazw nie potrafimy sobie nawet przypomnieć. Los, którego Polska doświadczyła w trakcie II wojny światowej, dotyka teraz mieszkańców Czeczenii, Rwandy czy Liberii.
A my nadal uważamy naiwnie, że żyjemy, za Wolterem, w najlepszym z możliwych światów, albo też popadamy w skrajność uważając się za państwo biedne i słabe, pogłębiając kompleksy, w które daliśmy się wpędzić.
Trudno szukać winnych takiego stanu rzeczy. Społeczeństwa dojrzewają powoli, zwłaszcza społeczeństwa obywatelskie, zwłaszcza te demokratyczne. Podstawą ich funkcjonowania jest jednak świadomość. Nie wpajana nam, nie indoktrynowana, czy wyuczona świadomość historyczna. Chodzi o świadomość wynikająca z informacji, informacji ważnej, globalnej, dającej obraz tego, co dzieje się wokół nas. Świadomość, że odległe wojny już nie są odległe, że obozy uchodźców mogą kiedyś wyrosnąć pod naszymi oknami. Wstrząsający przykład Czeczenki, którą Polscy celnicy znajdują w Bieszczadach jest dowodem najbardziej dobitnym. To informacja jest źródłem demokratycznej świadomości tak jak indoktrynacja z powodzeniem mogła przez wiele lat determinować coś, co nazywane było świadomość klasową.
Przytaczane przeze mnie przykłady nie są pesymistycznym obrazem świata. Nie trzeba pokazywać go w czarnych barwach, jest, jaki jest. Z drugiej strony daje nam ogromne możliwości i dla wielu regionów naszej planety świat nigdy nie był tak gościnny i zamożny. Ale żeby to docenić trzeba rozumieć, że w tych samych Chinach, których gospodarka rozwija się w szalonym tempie, mieszkaniec prowincji nie może opuścić swojej wsi bez specjalnego pozwolenia. Świat zasadza się na kontrastach, na pewnym poziomie globalizacji zaczynają oddziaływać niuanse, których świadomość pozwala spojrzeć trzeźwiej na samych siebie, na swoje społeczeństwo i kraj.
Telewizja pełni tu nieocenioną rolę. Moim, może naiwnym zdaniem, ma misję, której nie może wypierać się na rzecz czysto ekonomicznych priorytetów. Misji tej nie może pełnić poprzez odgórne wytyczne, takie eksperymenty mogą w najgorszym wypadku prowadzić do wypaczenia obrazu świata, a w najlepszym do podważenia wiarygodności mediów. To dziennikarze, nie politycy, są odpowiedzialni za rozsądne i rzetelne ukazanie nam rzeczywistości. I zamiast informacji o narodzinach pandy w stołecznym zoo może poświęcić kilka minut sytuacji w najbardziej zaognionych terenach Afryki czy Azji. Chyba, że przyjąć wygodną koncepcję „końca historii”, która wszystko, co nie dzieje się na linii Waszyngton-Bruksela-Moskwa-Pekin nazywa „lokalnymi konfliktami”, zapewne ostatnimi z ostatnich, po których jednobiegunowy świat dalej trwać będzie nietknięty. Jednak takie myślenie możemy włożyć między bajki, chociaż to może tylko moja opinia. Telewizja jednak nie jest od przyjmowania koncepcji, w społeczeństwie obywatelskim, do jakiego dążymy telewizja nie ma poglądów, ma tylko siłę obrazów oraz wielki obowiązek rzetelnego ich przekazu.
Wracając do Dnia Zadusznego. Tego dnia, kiedy możemy pozwolić sobie na nieco dłuższą refleksję, bądźmy nie tylko członkami rodzin i, w porywach, Polakami. Przeżywajmy te chwile jako Europejczycy i obywatele świata. Jako obywatele – przede wszystkim. Jeśli tak będziemy traktować siebie i tocząca się obok nas historię, zmieni się przekaz tego, co widzimy na ekranie w dniu, który jest doskonałą okazją do pewnych podsumowań, do zastanowienia się nie tylko nad tym, co minęło, ale też nad tym, co jest, bo to, co jest, mija bardzo szybko lub zmienia się. Z naszym udziałem lub bez niego. Trudno bowiem wymagać od telewizji, żeby pokazywała to, czego nikt nie chce oglądać. Ostatnio ktoś powiedział mi, że ma dosyć złych informacji i woli oglądać „banały” niż wojny Trzeciego Świata. Pomyślałem, że przecież Trzeci Świat to nie muszą być wojny, dajmy mu kilka pokoleń - to nie musi być nawet Trzeci Świat. Ale wojny toczą się często dlatego tylko, że mogą. Że zainteresowanie nimi jest na tyle znikome, że prowadzący je są zupełnie bezkarni, że nikt nie ponosi za nie odpowiedzialności. Bezludnych wysp z „Władcy Much” czy szczelnie zamkniętych pomieszczeń z „Eksperymentu” jest nadal niezliczona ilość. Tam również rozgrywa się historia i nie sposób przewidzieć, w jaki sposób dotknie ona nas. A nawet, jeśli nie dotknie, obowiązkiem społeczeństw obywatelskich jest bycie obywatelami świata. Jeśli mamy możliwość świadomego pojmowania rzeczywistości, jest to naszym obowiązkiem. Za informacją pójdzie reakcja, presja, a transparentność tego, co dzieje się na peryferiach globalnej cywilizacji, pociągnie za sobą mniejszą bezkarność.
Wielu powie, że ich to nie dotyczy lub po prostu nie obchodzi. W społeczeństwie demokratycznym i taka postawa jest dopuszczalna i usprawiedliwiona. Jednakże jest ona obarczona podstawowym błędem. Nie zakłada, a uważam, że powinna, wyciągania wniosków z cudzych doświadczeń. Wszystkimi nami powodują nami te same instynkty i te same ułomności. Skłonność do czynów wielkich jest w każdym narodzie taka sama, podobnie jak naturalna skłonność do ulegania agresji i do bezmyślnej destrukcji. Dlatego też, to, co ma miejsce na wielką skalę w krajach Trzeciego Świata podlega tym samym prawom, aczkolwiek w stopniu mniejszym, bo ograniczonym przez odpowiednie instytucje, w tzw. krajach cywilizowanych. Można śmiało zacytować pewną amerykańską artystkę, która w odpowiedzi na kolejną strzelaninę, w kontekście powszechnego dostępu do broni pisze:” women in the middle (class – przyp.autor) learn what poor women have always known that the edge is closer than you think when man bring their guns home”.
Trudno o trafniejszą puentę tego, jak zagrożenie, które wcześniej zdawało się nas nie dotyczyć, trafia pod nasze strzechy, a raczej pod dachy naszych klimatyzowanych mieszkań. Dlatego, jeśli uznaliśmy, że tragedia Warszawy czy Drezna lat wojennych nie może się już powtórzyć, obywatel powinien zrozumieć tragedię Groznego czy Kigali. Jeśli uważamy, że tylko w patologicznym kraju może zdarzyć się przypadek kopalni Wujek, przypomnijmy sobie Bloody Sunday w Londonderry.
Kolejne nasuwające się pytanie brzmi: co zmieni fakt, że w zaciszu własnych domów zareagujemy z oburzeniem na rozgrywające się na naszych oczach wydarzenia, co z tego, że docenimy procesy pokojowe mające miejsce wysoko nas naszymi głowami?
Pozornie nic. Czy chodzi o to, by wywoływać demonstracje, rewolty, rewolucje? Czy jako obywatele powinniśmy jechać do każdego obróconego w gruzy miasta lub, co gorsza, chwytać za broń i stanąć po „właściwej” stronie?
Oczywiście – nie. Każdy ma swoją rolę, którą pełni w swoim społeczeństwie, każdy pełni jakąś funkcję i pełnić ja powinien. Jednak świadomość, oczywiście różna w zależności od oceny, jednak możliwie jak najpełniejsza i poparta informacją, jest moim zdaniem najwyższą cnotą obywatelską. Wszystkie kolejne, sprawiedliwość, uczciwość i cała reszta szerokich pojęć, wynikają właśnie ze świadomości. W innym przypadku wszystkie opierają się na kruchych fundamentach. Ta świadomość, choćby tylko dostateczna umiejętność oceny procesów zachodzących w kraju, regionie czy w polityce światowej, pozwala rozumnie podejmować świadome decyzje we własnym kraju, decyzje wbrew pozorom codzienne, nie tylko wyborcze. Obywatel powinien umieć ocenić, jaką akcję poprzeć, pod jaką petycją, pod jakim apelem złożyć swój podpis.
Dlatego też nie ogłupiajmy społeczeństwa polityczną operą mydlaną, skoro połowę wątków można by pominąć, a większość bohaterów staje przed kamerami nie mając zupełnie nic do powiedzenia i tylko dlatego, że ktoś, prawdopodobnie nawet ku ich zdziwieniu, ciągle chce ich pokazywać. Nie biegajmy z kamerami do każdego zoo, ilekroć urodzi się kolejny przedstawiciel zagrożonego gatunku tylko dlatego, że wydaje się, że nie ma już nic do pokazania. Przyzwyczajmy obywatela, że sytuacja regionalna wypływa z globalnej i na odwrót. Nie tłumaczmy świata w uproszczeniu, tylko pokazujmy go, niech obywatel, w stopniu, w jakim potrafi, zrozumie co znaczy „nie ogarniać świata”. Podobno większość z nas i tak nie rozumie serwisów informacyjnych. Czy to może być argument za uproszczeniami? Nie. Nie róbmy z członka społeczeństwa idioty, bo nigdy nie stanie się obywatelem. Niech inteligencja przestanie być dumna z bycia „wykształciuchami” i zacznie być inteligentna. A w Dzień Zaduszny poświęćmy fragment cennego czasu antenowego, może nawet nieco za dużo, nie tylko bliskim, ale i dalekim, bo odejścia są wszędzie tak samo trudne i tak samo ważne. Nie szkodzi, że obywatel będzie tego dnia nieco bardziej przygnębiony i zaniepokojony, niż co roku. Nie każmy mu tkwić w świecie, w którym, poza odejściem kolejnych autorytetów, zupełnie nic się nie zmienia.

Podpis: 

dominik zaduszki
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Labirynt The Ciuchcia Napoleoni Poplątaniec
Krótka podróż po labiryncie Letnia duszna noc w pociągu pospiesznym relacji.... Jeden dzień z życia władcy.
Sponsorowane: 149Sponsorowane: 148Sponsorowane: 147

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.