http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
352

Artefakt 2 Operacja Ateitis

Autor płaci:
500

  Borys Dragulic powraca w drugiej część cyklu. Dwie pierwsze i dwie zupełnie nowe już w 2018 roku ukażą się jako książka wydawnictwa DJ Studio!  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W październiku nagrodą jest książka
Gra anioła
Carlos Ruiz Zafon
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Artefakt 2 Operacja Ateitis

Borys Dragulic powraca w drugiej część cyklu. Dwie pierwsze i dwie zupełnie nowe już w 2018 roku ukażą się jako książka wydawnictwa DJ Studio!

W Przyszłość (2012,5)

Post-apo które zaczęło się rozwijać po obejrzeniu (sic!) filmu 2012...

Miłość z internetu cz. XII - czy to normalne?

Naprawdę dla dorosłych. Wstyd mi przekazywać to o czym pisaliśmy. Nigdy nie wyobrażałem sobie że mogę mieć takie pragnienia co do kochania się z moją najdroższą. A może miałem ale nie wiedziałem że da się je opisywać i zastosować w realu, że tego się

Glupia Sztuka Akt I

Uwaga! Tego tekstu nie należy traktować poważnie.

Ze zwichniętym skrzydłem - cz.XIV

Opuściłam swoje ciało i udawałam się powoli w nieznane. Im bardziej mnie przytulał, tym bardziej oddalałam się od dawnej siebie. Nigdy nie zdołam zrozumieć, co wtedy przeżywałam. To był całkowity odlot.

Miłość z internetu cz. XI - nauka kochania się II

Klękła jednym kolanem obok mojego boku i przekroczyła mnie drugą nóżką tak że znalazła się tyłem do mnie siedząc na moich

Miłość z internetu cz. XI - nauka kochania się I

Tylko dla dorosłych. Oryginał przekopiowany z korespondencji przez internet. Liczne błędy powstałe jak to bywa w wyniku szybkiego pisania i emocji powstałych podczas opisów marzeń miłosnych

FITNES STUDIO

Może już warto założyć taką firmę?. Ludzie, od trzech lat tego nikt nie skomentował. Litości, niech żesz ktoś to skomentuje!

Specjalne miejsce

Miejsce wyglądało tak samo jak zwykle. To znaczy – niezwykle. (opowiadanie lekko fantastyczne)

Złoto z Diabelskiej Skały

Krótkie opowiadanie, które zostało zainspirowane światem gry komputerowej o nazwie Burntime na PC.

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
951
użytkowników.

Gości:
950
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 42635

42635

Artefakt 2 Operacja Ateitis

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
08-01-09

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantastyka/Przygoda/-
Rozmiar
108 kb
Czytane
1226
Głosy
6
Ocena
4.92

Zmiany
17-10-12

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P18-powyżej 18 lat

Autor: djas Podpis: Dariusz S. Jasiński
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Borys Dragulic powraca w drugiej część cyklu. Dwie pierwsze i dwie zupełnie nowe już w 2018 roku ukażą się jako książka wydawnictwa DJ Studio!

Opublikowany w:

Science Fiction

Artefakt 2 Operacja Ateitis

Siedziałem w fotelu z rękami przykutymi do poręczy. Miałem dziwne wrażenie jakbym już to kiedyś przerabiał...
To był bardzo ciężki dzień. Najpierw musiałem walczyć z Obcymi, którym wykradłem sprytne urządzenie do wywoływania wyrzutów sumienia. Potem w łeb przywaliła mi Luna, co do której miałem poważne plany zrobienia z niej zawodowego mordercy. Niestety, choć sama bardzo tego pragnęła, postanowiła wykorzystać mnie, jako swe pierwsze zlecenie i skończyła dryfując w kosmosie. Szkoda, bo mogliśmy stworzyć całkiem niezły zespół.
Broń Obcych także znalazła się w przestrzeni kosmicznej, a ja, tym samym pogodziłem się z utratą sporej kasy. Wolałem jednak pozostać w interesie, niż pławić się w dobrobycie jako emeryt.
Kiedy wracałem do domu obmyślając wymówkę dla premiera i sposób w jaki pozbędę się Xiena, szefa naszej mafii oraz Suzie, mojej słodkiej ex, którzy to niezależnie od siebie za-płacili Lunie za moje uszy, na ekranie pojawił się rządowy frachtowiec.
Najwyraźniej Luna walnęła mnie w łeb ciut za mocno, bo powinienem był przewidzieć, że N'Gue nie dopuści, bym w przypływie emocji przekazał moje znaleziska Xienowi. Pozwoli-łem, by statek premiera złapał mnie promieniem naprowadzającym i spokojnie czekałem jak komputer posadzi mnie w doku. Gdy już wylądowałem pod wejście podjechała kabina steryli-zacyjna, mająca przebadać mnie na wypadek, gdybym złapał na Vu jakieś świństwo. Uznałem to za przesadną asekurację, ale wiedząc, że to standardowa procedura w przypadku powrotu z nie do końca zbadanych miejsc, wszedłem do niej bez obaw. Potem zapadła ciemność.
Ocknąłem się przykuty do poręczy fotela. Wystraszyłem się, że jednak nie usunąłem wszystkich pluskiew z mojego statku i N'Gue wyniuchał, że z premedytacją pozbyłem się tego, po co mnie wysłał. Miał prawo być wściekły, bo badania nad Ufolami musiały kosztować go majątek. Jednak trudno było mi uwierzyć w tak wielką niekompetencję z mojej strony.
Drzwi do pomieszczenia otworzyły się i stanęli w nich N'Gue i Skinderis.
- Co jest do cholery? - spytałem bez złości.
- Najpierw ty nam opowiedz o tych fajerwerkach! - premier nie był taki pewny siebie jak zwykle, coś tu nie grało.
- Gnojki rozwaliły wszystkich, było tak jak na tym filmie, który mi pokazywałeś. Miło było popatrzeć jak Fiz, taki twardziel, własnoręcznie zabijając się pozbawia mnie uciążliwej konkurencji na zlecenia od ciebie. Co miałem zrobić? Spuściłem na bazę wszystko, co miałem.
- Ale ty Dragulić, jesteś cały? - spytał minister edukacji.
- Ja zawsze wychodzę cało z takich imprez, powinniście już to wiedzieć. Miałem trochę szczęścia, choć i mnie niewiele brakowało... - przyznałem wspominając Lunę.
- Więc nic stamtąd nie wziąłeś? - N'Gue był wyraźnie jakiś skołowany.
- Przecież już przeszukałeś statek, gdzie miałbym coś przemycić? W żołądku?
- Tam też sprawdzaliśmy... - rzucił równie speszony Wolf.
- No to powiecie mi wreszcie, co tu jest grane?...
W czasie wypowiadania ostatnich słów, drzwi kajuty znów się otworzyły i do pomiesz-czenia weszło dwóch gości w mundurach. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom! Zdołałem jedynie przekląć siarczyście. To były białe mundurki oficerów Floty Układu Słonecznego...
- Panie premierze, myślę, że należą mu się wyjaśnienia... - rzucił admirał.
- Cóż Dragulić... to koniec naszej współpracy, stałeś się zbyt niebezpieczny, a twoja samowolna akcja na Marsie sprawiła, że Ziemia postawiła nam ultimatum: ty, albo wojna. Sam rozumiesz, że wydanie ciebie jest mniejszym kosztem niż utrata wielu naszych żołnierzy w nie-potrzebnej walce...
- He he... - parsknąłem - Nie pieprz mi głupot! Po pierwsze Ziemia nie podjęłaby z nami walki, bo to nieekonomiczne, a po drugie życie żołnierzy interesuje cię mniej więcej tyle, co mięcho w rzeźni. Może wy mi powiecie, co mu za mnie daliście? - zwróciłem się do woj-skowych.
- Wycofamy się z badań nad kilkoma medykamentami. - odparł z uśmiechem, dobrze najwyraźniej bawiący się admirał.
- No tak... jak mogłem się nie domyślić, że chodzi o kasę. Czyli, że mnie sprzedałeś za patenty? Dobra, będę miał to na uwadze...
Skinderis spuścił głowę i pokiwał nią z niesmakiem. Zawsze miałem wrażenie, że mnie lubił, ja zresztą też uważałem, że to jedyny porządny gość w Rządzie. Postanowiłem nie dopi-sywać go na razie do mojej czarnej listy. Wyglądało jednak na to, że po moim powrocie na Wuhan dwie najważniejsze głowy planety stracą swoje uszy. Xien, Suzie, Luna a w końcu N'Gue... wokół mnie aż roiło się od zdrajców.
- Jest wasz. Tylko przyślijcie mi jego uszy. - poprosił premier - I nie dajcie mu się wy-kołować, to sprytna bestia.
Właśnie! Jako, że na Ziemi nie było klasycznej kary śmierci, a najgroźniejszych więź-niów odsyłano do prac przy wydobyciu uranu, zamierzałem szybko się stamtąd zwinąć.
- Nie ma obaw, ten potwór wkrótce zniknie z tego świata... - powiedział nie odzywa-jący się jak dotąd drugi z Ziemian.
- Cóż Dragulić, najwyraźniej więcej się już nie spotkamy, więc żegnaj. - N'Gue poma-chał mi, ale w jego głosie czułem lekką obawę i trudno się było dziwić.
- Przykro mi... - wyczytałem z ruchu warg Skinderisa.
Najwyraźniej on był po mojej stronie, co nie zmieniało faktu, że nie zamierzał mi w ża-den sposób pomóc. Jak zwykle byłem zdany na samego siebie. Nic nowego.
- Wstrzyknij mu to. - rozkazał, niższemu rangą oficerowi, admirał.
Odpłynąłem w błogi stan nieświadomości, z którego ocknąłem się dopiero w Ziemskim więzieniu.
***
Do trzech razy sztuka, jak mawiało jakieś dawne przysłowie. Pierwszy raz, bowiem lo-kalna społeczność cieszyła się z mojego pojawienia się w Układzie Słonecznym. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak popularnym tutaj byłem człowiekiem. Kiedy solidnie skuty trafiłem do swojej celi jedyną atrakcją poza obmyślaniem planów ucieczki, było oglądanie ogólnoświa-towego kanału informacyjnego, którego ekran znajdował się w ścianie. Osobiście wolałbym holowizję, niż trójwymiar, ale w końcu byłem tu więźniem, wczasy planowałem zaraz po rozli-czeniu się z grupą niesprzyjających mi ludzi na Wuhanie. W każdym bądź razie każdy blok wiadomości rozpoczynał się moim wizerunkiem, co mile łechtało to moją dumę osobistą.
Początkowo uznawałem, że łatwiej mi będzie uciec podczas odpracowywania dożywotniego wyroku, jaki mi, jak przypuszczałem, tu zasądzą, ale szybko musiałem zweryfikować moje plany. Okazało się bowiem, że w moim przypadku prezydent Układu Słonecznego uchylił ustawę o niewykonywaniu kary śmierci. Starzałem się, bo ostatnimi czasy coraz więcej rzeczy było dla mnie zaskoczeniem. Obiecałem sobie solennie, że jeśli stanie się to normą, rzeczywiście powinienem przejść na emeryturę, jednak póki co miałem poważny kłopot. Strażnicy byli wyjątkowo uważni. Poza kilkoma kamerami rejestrującymi moje dość ograniczone ruchy, obserwowany byłem jednocześnie przez dwóch ludzi i dwa klawiszoroboty. Nie mogłem znaleźć żadnej luki, żadnego uchybienia, niczego, co mógłbym w jakiś sposób wykorzystać, a do tego nie dano mi zbyt wiele czasu. Proces rozpoczął się już trzeciego dnia mojego pobytu.
Przydzielono mi jakiegoś adwokacinę z urzędu. Chłopak był prosto po szkole prawni-czej i do tego nienawidził mnie całym sercem. W tej sytuacji wolałem bronić się sam. Młoko-sowi ulżyło, gdy dowiedział się o mojej decyzji.
Pomysł ucieczki w czasie przewożenia mnie na salę sądową upadł tuż po pierwszej wy-cieczce. Opakowano mnie tak szczelnie, że z trudem oddychałem. Na samej sali zaś zawieszo-no mi obrożę, która jak mi powiedzieli, w przypadku wyjścia w niej o metr od mojego miejsca, małym wybuchem urwie mi głowę. Prysnął więc definitywnie mit o humanitaryźmie Ziemian.
Na początku przeczytano mi zarzuty. Za część z nich odpowiadali Fiz i Luna, ale tylko ja jeszcze żyłem. Dowiedziałem się za to, że podczas dwóch moich poprzednich wizyt uśmier-ciłem czterdzieści siedem osób, a sześćdziesiąt kolejnych przeszło bardzo kosztowne i nieprzy-jemne operacje. Straty materialne opiewały zaś na kwotę, po usłyszeniu której, aż ciepło zrobi-ło mi się na samą myśl o takiej górze pieniędzy. Prokurator zażądał kary śmierci i nic nie wska-zywało na to, że przysięgłym przyjdzie do głowy inny wyrok, niż skazujący. Jednak podczas jego kwiecistej przemowy, nawiązującej chwilami do Boga, wpadł mi do głowy ciekawy po-mysł. Niekoniecznie musiał przynieść określony rezultat, ale spróbować było zawsze warto.
Jako swój obrońca palnąłem jakąś gadkę o trudnym dzieciństwie, dorastaniu w atmos-ferze przestępstwa. Chciałem, by zaczęto widzieć we mnie ofiarę systemu. Biedne dziecko, nie znające miłości, którego jedyną pożywką była wszechogarniająca nienawiść - człowieka po-zbawionego istnienia Boga. Poprosiłem więc publicznie o możliwość spotkania się z kapłanem tutejszej wiary, by ten uświadomił mi, w jakim zaślepieniu dotychczas żyłem.
Nie miałem pojęcia, jak wielkie poruszenie wywoła w kręgach religijnych mój apel i jak wiele wyznań istnieje w kolebce naszej cywilizacji. Ostatecznie dopuszczono do mnie misjona-rza chrześcijańskiego. Nie trzeba było być specjalnie bystrym, by zrozumieć, że to ten kościół miał największe wpływy polityczne. Mnie było zaś wszystko jedno.
Klecha nazywał się Marek i kazał na siebie mówić "ojciec", do mnie zaś zwracał się per "synu". Różnie już do mnie mówiono, ale z tym spotkałem się pierwszy raz w życiu. Już po pierwszej jego wizycie uznałem, że gdybym miał takiego tatę, nie byłoby dziś tego procesu, bo już dawno palnąłbym sobie w łeb. Choć po dłuższej analizie przyznałem, że to raczej jego nie byłoby już wśród żywych. Na początek przeczytał mi świetną książkę, która była podstawą ich religii. W najlepszych jej momentach kiwałem głową ze zdumieniem, żeby Marek zobaczył we mnie skruszoną owieczkę. W duchu jednak przyznawałem, że wśród starożytnych byłbym tylko jednym z wielu. Tyle przemocy ile zapisano na stronach owej książki nawet mnie wpro-wadziło w zachwyt. A już samo zmartwychwstanie było rewelacyjne. Szkoda, że sam nie po-trafiłem zrobić takiego numeru, nie musiałbym się martwić posuwającym się do przodu proce-sem.
Choć starałem się jak tylko mogłem, nie udało mi się skruszyć przepełnionych nienawi-ścią do mnie umysłów ławników. Podczas przesłuchań przechodziłem samego siebie, nawet znów udało mi się zapłakać. Niestety jedyną osobą, którą udało mi się nabrać był klecha.
Postanowił mnie ochrzcić. Środki bezpieczeństwa, jakich użyto podczas uroczystości zniweczyły moje ostatnie nadzieje i popsuły całą zabawę Markowi. Narzekał, że przy takim nagromadzeniu broni w kapliczce więziennej, nie da się pracować. Zgadzałem się z nim całko-wicie, ale nic to nie pomogło.
W końcu nadszedł dzień wydania wyroku. Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek usłyszę takie słowa skierowane do mnie:
- ... I skazuję cię Borysie Dragulić na karę śmierci w komorze zamrażającej. - powie-dział podniosłym tonem sędzia.
Sala sadowa, wypełniona niezliczoną ilością dziennikarzy wybuchła głośnym aplauzem. Ja zaś zrozumiałem, że mam coraz mniej czasu i coraz mniej pomysłów, jak się z tego wszyst-kiego wywinąć. Wciąż nie traciłem jednak nadziei. Nigdy jej nie traciłem!
Ku mojemu zaskoczeniu, specjalnie na tą okazję przygotowana sala, w której zamie-rzano pozbawić mnie życia, świeciła pustkami. To była ciekawa odmiana po zoo, jakim była sala sądowa. Oprócz Marka oraz personelu więziennego, nie było tu nikogo. Najwyraźniej dwa rzędy krzeseł miały być jedyną moją publiką. Jak już miałem odejść, to z pompą, a tu spotkało mnie kolejne przykre rozczarowanie.
Kiedy już zamknęły się za mną drzwiczki hermetycznej kabiny, moja wiara w wyjście cało z tej opresji zaczęła nagle gasnąć. Nie mogłem uwierzyć, że skończę w taki sposób. Nigdy nie byłem specjalnie skromny i uważałem się za wielkiego człowieka, który dokona w życiu wielu wspaniałych rzeczy. Jednak zamiast rewolucji na Wahanie, miałem zamienić się w kostkę lodu. Coś w środku mówiło mi, że to niemożliwe, ale byłem już dużym chłopcem i musiałem spojrzeć prawdzie w oczy. Mityczny bohater wuhańskiej młodzieży za chwilę będzie mógł je-dynie służyć do chłodzenia drinków...
Marek jeszcze machał ręką, mamrocząc coś pod nosem, a ja zacząłem odczuwać chłód. Paradoksalnie, podczas gdy większość ofiar mojej tutejszej działalności zginęła w płomieniach, ja umierałem jako mrożonka. Zacząłem robić rachunek sumienia, szybko uznając jednak, że nie mam sobie nic do zarzucenia, może prócz nieumiejętności wyrwania się z łap Ziemian.
Moje smutne rozważania przerwało wejście na salę dwóch, znanych mi już z wizyty na statku N'Gue, oficerów Floty. Widać nie miałem jednak umierać bez widowni. Lepsza taka, niż żadna.
Zacząłem szczękać z zimna zębami. Wuhan jest gorącą planetą, więc nigdy nie przywy-kłem do chłodu. Na mojej skórze pojawił się szron, zdawałem sobie sprawę, że długo tego nie wytrzymam.
- No i jak ci się umiera, Dragulić? - spytał admirał.
- Nnnieźle, tylko trrrochę tu chłłłodno. Gdzie jest klimatyzzzacja?
- Obawiam się, że za chwile będzie ci jeszcze zimniej, chyba że...
Ostatnie niedokończone zdanie znów pobudziło krążenie w moich zmarzniętych człon-kach.
- Żżżże, co?
- Chyba, że zdecydujesz się na pracę dla nas przy pewnej sprawie, misja jest niebez-pieczna i raczej nie wyjdziesz z niej żywy, chyba, że twoja reputacja nie bierze się z niczego. Wtedy pomyślimy o zmianie kary na dożywocie w naszym więzieniu. Sam rozumiesz, ludzie wiedzą, że nie żyjesz i niech tak pozostanie. Więc jak będzie?
- Dobrrrra, wchodddzę. Tylko zgaś to, bbbo muszę bbbyć w formie, a nie w szpppitalu.
Admirał dał znak ręką i poczułem, jak temperatura zaczęła wzrastać. Gdyby mięśnie mojej twarzy mogły pracować normalnie, na mojej gębie zagościłby wielki, triumfalny uśmiech. Miałem rację, wielcy ludzie nie umierają w tak głupi sposób!
***
Myśli o mojej wielkości były ostatnimi przed utratą przytomności. Nawet nie zauważy-łem, jak do kabiny wpuszczono mi silny gaz usypiający. Ocknąłem się dopiero na niezbyt wy-godnym łóżku. Obok spał Marek. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie jestem w najmniejszym stopniu skrępowany, coś mi tu śmierdziało. Nie wierzyłem w nagły przypływ zaufania Ziemian. Brak wiedzy doskwierał mi na tyle, że bezceremonialnie szturchnąłem klechę.
- Co tu jest grane, ojcze? - spytałem.
- Z czym mój synu?
Gdybym nie znał Marka już wcześniej, jego głupie pytanie zrzuciłbym na karb nagłego rozbudzenia.
- Chcę wiedzieć, gdzie jesteśmy?
- Przede wszystkim cieszę się, że żyjesz i zdecydowałeś się pomóc tym miłym ludziom. Zabrali nas do swojej bazy, gdzieś pod ziemią.
- No dobrze, a co ty tu robisz?
- Jak to? Przecież sam wiesz, że nie zdążyłem dokończyć twojej edukacji, teraz bę-dziemy mieli dalej okazję pracować nad tobą.
Zastanawiałem się, czy skręcenie mu karku wpłynie negatywnie na moją ocenę u ofice-rów Floty? Uznałem, że póki nie dowiem się, o co tu chodzi, odłożę tą przyjemność na póź-niej.
- Aha. - burknąłem - A dlaczego nie jestem skuty?
- Pan Faith, wyobraź sobie, że on jest admirałem we Flocie! Nigdy nie znałem żadnego admirała! Więc pan Faith stwierdził, że stąd nie da się uciec i żadne dodatkowe środki ostroż-ności nie są już potrzebne. Poza tym zdradził mi, że długo tu nie pobędziemy. Wkrótce wyru-szamy wykonać twoje zadanie.
- My?!!!
- Ja też oczywiście idę z tobą.
No to już wiedziałem, kiedy nadarzy się okazja pozbycia się tego gamonia. Uśmiechną-łem się na samą myśl o tym.
- Widzę, że cieszą cię te słowa. Obiecuję, że zrobimy z ciebie dobrego chrześcijanina.
Nim zdążyłem buchnąć śmiechem, naszą uroczą konwersację przerwał dźwięk czyjegoś głosu, wydobywający się z jakiegoś głośnika.
- Wszyscy uczestnicy programu "Ateitis" natychmiast zgłosić się do sali odpraw.
- "Ateitis"? - zdziwiłem się.
- To ponoć po litewsku, ale nie wiem, co to oznacza. Pan admirał zapewnił mnie, że to nie ma nic wspólnego z ateizmem.
Zapomniałem, że tu na Ziemi prócz klasycznego uniwersalnego, wciąż pokutuje niezli-czona ilość języków lokalnych. Ponoć nasz wuhański wywodził się z wietnamskiego, ale nic mi to nie mówiło.
Choć byłem ciekaw, co tu się dzieje, nie śpieszyłem się za bardzo, za to rozprostowa-łem kości na wyrku. Musiałem dać admirałowi do zrozumienia, że nie jestem pieskiem, który biegnie na każde zawołanie. Chętnie poleżałbym sobie trochę dłużej, gdyż od czasu wylegiwa-nia się w medboksie, po ciosie Luny, wciąż byłem ograniczony jakimiś kajdanami, ale w pew-nym momencie miałem już dość marudzenia Marka i bardzo niechętnie ruszyłem dupsko.
Przeszliśmy przez pusty korytarz. Rozglądałem się uważnie, bo wciąż nie zapominałem, że byłem tylko więźniem, a ten stan rzeczy należało szybko zmienić. Dobrnęliśmy do drzwi jakiegoś pomieszczenia. Marek zastukał w nie i nacisnął przycisk wejściowy. Wewnątrz na mównicy stał admirał, rzucający w moją stronę groźne spojrzenia. Mrugnąłem do niego zalotnie i poszukałem wzrokiem wolnego krzesła na końcu sali. Marek jednak złapał mnie za rękę i pociągnął do pierwszego rzędu. W pomieszczeniu prócz Faitha, znajdowała się spora grupa degeneratów, co było widać już na pierwszy rzut oka. No, może poza jedną szczupłą panienką, która nijak nie pasowała do reszty.
- Dragulić, możesz mi powiedzieć, co cię zatrzymało? - spytał troskliwym tonem admi-rał.
- Próbowałem nacieszyć się odrobiną wolności. - odparłem.
- Jesteś jedyną osobą na tej sali, która może wykreślić to słowo definitywnie ze swoje-go słownika. Tak, jak już wszystkim wam mówiłem, jeśli wrócicie z miejsca, w które was wy-ślemy, wasze kary ulegną złagodzeniu. Jak bardzo? To zależy wyłącznie od tego, co tam zdzia-łacie. - Faith wyraźnie chciał popsuć mój dobry nastrój.
- No dobra, wszystko to piękne, ale powiedz mi wreszcie, co jest dla ciebie tak ważne, żeby mnie wyciągać z lodówki?
- Do wszystkiego dojdziemy po kolei. I nie popędzaj mnie, Dragulić, bo weź pod uwa-gę, że możesz jeszcze tam wrócić. - pierwsze oznaki irytacji admirała poprawiły mi humor.
- No to słucham. - stwierdziłem, ziewając przy okazji.
- Kilka lat temu nasi naukowcy dokonali przełomowego odkrycia. Nie muszę oczywi-ście wspominać, że to, o czym tu dziś mówię jest ściśle tajne i jeśli wrócicie, to obowiązuje was ścisła tajemnica? Mam nadzieję, że rozumiecie. Jesteście pewnie ciekawi, o czym mówię?
Dyskretnie rozejrzałem się po zgromadzonych. Nie wydawało mi się, by ten motłoch interesował się czymkolwiek, poza obiecaną wolnością. Jedynie "Chuda", Marek i jakiś gość na lewo ode mnie wydawali się słuchać słów Faitha. Ten ostatni, co prawda miał jak i inni wy-malowane na twarzy znudzenie, ale zdradził go uważny wzrok.
- Odkryliśmy drogę do innych wymiarów czasowych. Wyobraźcie sobie, że czas to linia prosta, żeby przesunąć się w jego strukturze musieliśmy jak dotąd po prostu funkcjonować w jego ramach. Jednak pomoc wspaniałej kobiety, wybitnego intelektu, sprawiła, że po drobnych modyfikacjach naszej teorii zaginania przestrzeni, udało się zagiąć w praktyce linię czasu! Nie będę was zanudzał szczegółami technicznymi, bo przyznam, że i dla mnie jest to zbyt skompli-kowane, ale uwierzcie, że dziś jesteśmy w stanie poruszać się zarówno do przodu, jak i do tyłu. Wędrować do przyszłości, jak i przeszłości. Niestety utrzymanie takiej bramy czasowej jest bardzo energochłonne i im dalszy ma być to skok, tym więcej tej energii jest potrzebne. Dokonaliśmy kilku wypadów eksploracyjnych zarówno w jedną, jak i drugą stronę. Uważali-śmy, by nie naruszyć przeszłości, która wszak ma wpływ na naszą teraźniejszość. Niestety nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak bardzo, nawet choćby mała ingerencja, mogłaby zaważyć na naszym życiu. O wiele bezpieczniejsze są skoki w przyszłość. Dla nas ona w zasadzie jeszcze nie istnieje, więc poruszaliśmy się w niej bez obaw...
- Czekaj... - przerwałem - Dla nas może nie, ale tym, co tam żyją to wy nieźle miesza-cie.
- Dragulić, o etyce to ty się lepiej nie wypowiadaj. I nie przerywaj mi, bo dochodzę do sedna. Wszystko szło dobrze, dopóki nie odbyliśmy skoków w przyszłość o 53 lata i roku da-lej. Jesteśmy ograniczeni niestety do okresu 54 lat. Otóż z ekipy badawczej nikt nie powrócił. Zespół ratunkowy również zaginął, tak jak i dwa następne. Straciliśmy tam naszych najlep-szych ludzi...
- Pewnie te wasze wypady rozp... - spojrzałem na Marka - ... zniszczyły Ziemię, a mo-że i całą ludzkość.
- Nie wiemy jak to jest z ludzkością, ale warunki do życia na Ziemi nie zmieniły się w najmniejszym stopniu. Z pewnością można tam żyć, wiemy o tym, bo wysłaliśmy tam kilka sond, z których dwie wróciły z próbkami gleby i powietrza. Jednak nie wraca nic, co pozosta-nie tam dłużej niż kilka sekund. Tyle wiemy. Nie chcemy już więcej tracić naszych ludzi, więc postanowiliśmy wykorzystać takich jak wy. Nie macie nic do stracenia, a wiele do zyskania. - zakończył.
- Ty, facet, walę takie imprezy. Wracam do kopalni, jak mam zginąć, to za parę lat, a nie!... - ryknął jakiś bandzior z trzeciego rzędu.
- Niestety, teraz jest już za późno na wycofanie się. Mówiłem wam przecież, że macie minimalne szanse przeżycia. W tej chwili, tą bazę możecie opuścić tylko w jednym kierunku, w przyszłość. Dragulić, ty masz zawsze tyle do powiedzenia, ty też to walisz?
- Czemu? Zawsze lubiłem dalekie wycieczki, a w przyszłości jeszcze mnie nie było.
- Miło to słyszeć. Na czym więc polega wasze zadanie? Macie dowiedzieć się, co po-woduje, że tracimy ludzi. Tylko tyle. Aha i jeszcze jedna ważna rzecz, musicie dbać o naszą drogą panią profesor. Jeśli uda wam się wrócić z nią, - tu wskazał na "Chudą" - wasze kary będą poważnie złagodzone, a dla ciebie Dragulić oznaczać to będzie znacznie lepsze warunki pobytu w naszym więzieniu. Mówiąc "znacznie" mam na myśli dostęp do pewnych luksusów z kobietami włącznie. To właśnie pannie Inecie Savickiene zawdzięczacie waszą szansę odpoku-towania grzechów. - zaczynał mówić jak Marek - Właśnie ona jest twórcą urządzenia do zagi-nania czasu, to wspaniały umysł, którego nie chcielibyśmy stracić.
- Panienko, ty lepiej zostań w domu, bo się możesz skaleczyć. - rzuciłem do niej.
- Widzisz, Borysie, mam swoje powody, dla których chcę iść z wami i nic nie jest w stanie wyperswadować mi pomysłu wyruszenia w tą podróż. - odparła elokwentnie.
"Borysie"!? Już miałem walnąć do niej coś zaczepnego, ale z niezrozumiałych dla mnie powodów zrezygnowałem. Kiedy uważniej przyjrzałem się dziewczynie, dostrzegłem w jej wzroku coś znajomego, coś, co sprawiło, że nie potrafiłem wyksztusić słowa. Odwróciłem się znów twarzą do admirała, poważnie zaniepokojony moim zachowaniem. Najwyraźniej ostat-nimi czasy doświadczyłem zbyt wielu sytuacji stresogennych.
- Wyruszacie jutro w południe. Dziś macie wolny wieczór, przygotowałem zresztą coś, co powinno poprawić wam humor, bo raczej dawno nie mieliście kontaktu z takimi specjała-mi...
Podszedł do wielkiej szafy, stojącej w rogu pomieszczenia i otworzył ją szeroko.
- Bierzcie, to wasze. - zakończył spotkanie admirał.
Siedziałem blisko, więc aż ślina pociekła mi na widok tylu wspaniałych trunków. Jako, że już usłyszałem za sobą pierwsze oznaki popędu alkoholowego wśród moich współtowarzy-szy, ja również próbowałem się poderwać z miejsca, by nie być za nimi w tyle. Jednak stalowy uścisk dłoni Marka na moim przedramieniu zatrzymał mnie w miejscu.
- Chyba nie chcesz, synu, pić tego świństwa? Lepiej pójdźmy do pokoju i pomódlmy się za nasz szczęśliwy powrót.
Zanim zdołałem się wyrwać, wiedziałem, że jest już za późno. Przed barkiem ostro się kotłowało, czemu towarzyszył potok wyzwisk i dźwięk tłuczonego szkła.
- Swołocz. - warknąłem.
- Masz absolutną rację, synu. Chodźmy już stąd, aż mi uszy więdną od ich obrzydli-wych wrzasków.
Spojrzałem na jego uszy. Z przyjemnością dołączyłbym je do bogatych kolekcji Xiena, czy N'Gue. Na myśl o dalekim Wahanie przypomniałem sobie, że wbrew opinii Faitha, mam tam do załatwienia kilka spraw, a do tego potrzebna mi będzie wolność. To jednak miała być przyszłość, a jutro po południu daleka przeszłość.
Z rozczarowaniem jeszcze raz spojrzałem na szafę, kiedy ktoś do nas podszedł.
- Przepraszam, ojcze, czy mógłbym na chwilę przerwać wam dyskusję? - to był ten niby znudzony facet o bystrym spojrzeniu.
Zerknąłem na niego pytającym wzrokiem.
- Draku, nie pamiętasz mnie? Spotkaliśmy się kiedyś na Kadur Haarec...
Już miałem zaprzeczyć, gdy dostrzegłem dyskretnie pokazaną mi butelkę Lothosu, naj-lepszej wódki, jaką znał wszechświat.
- Jasne! Pamiętam... - udałem radość.
- Ojcze, nie widzieliśmy się tyle czasu, czy nie miałby ojciec nic przeciwko, gdybyśmy porozmawiali sobie z ojca podopiecznym u mnie w pokoju? - spytał gostek.
- No cóż, co prawda mieliśmy się pomodlić, ale widzę, że jesteś dobrze ułożonym mło-dzieńcem, więc jeśli chcesz synu, - zwrócił się do mnie - pomodlę się dziś za nas obu.
- Dziękuję ojcze, byłbym wdzięczny. - podchwyciłem słodki ton nieznajomego - To naprawdę prawdziwa niespodzianka widzieć cię tutaj przyjacielu, troszkę się zmieniłeś od na-szego ostatniego spotkania... W zasadzie zupełnie cię nie poznałem, ale nie mógłbym sobie odmówić przyjemności zamienienia z tobą kilku zdań...
- No dobrze, synu, będę w pokoju, nie będę wam dłużej przeszkadzał. - klecha skiero-wał się ku wyjściu.
Odetchnąłem.
- Komu mam dziękować, za uwolnienie mnie z rąk tego idioty? - spytałem.
- Igor Nemerly, nie ma sprawy, niedługo będziesz miał go z głowy, cokolwiek tam spo-tkamy, raczej długo nie pociągnie.
- He, sam mam zamiar skrócić ten czas do minimum. Czego ode mnie chcesz?
- Nie tutaj, tu wszystko jest na podsłuchu, a w moim pokoju znam lokalizację wszyst-kich pluskiew. Zaraz się ich pozbędziemy.
Kiwnąłem głową z akceptacją i ruszyliśmy do wyjścia.
- Jutro będziesz martwy, gnoju! - usłyszałem za plecami.
Odwróciłem się natychmiast, by zlokalizować zagrożenie, którym okazał się być osiłek z rozwalonym nosem.
- To do mnie. - powstrzymał mnie Nemerly - Nie mogłem przecież pozwolić, żeby tak znakomity trunek wpadł w łapska kogoś, kto nie potrafi go docenić.
- Słusznie. - odparłem.
Ten niespełna trzydziestoletni "młodzieniec", jak go nazwał Marek właśnie zaskarbił sobie moją sympatię.
W ślad za moim nowym kolegą, udaliśmy się do jego pokoju. Igor zgodnie z tym, co zapowiedział wcześniej, powyłączał jakimś sprytnym urządzeniem wszystkie kamery.
- No, teraz możemy pogadać. - skwitował zakończenie pracy.
- Skąd ta pewność? - spytałem z niedowierzaniem.
- Draku... mogę się tak do ciebie zwracać?
- Spoko, za łyk Lothosu możesz mnie nazywać nawet Borysem.
- No tak, to może najpierw naleję nam kolejkę.
Potawił przed nami dwie szklaneczki i napełnił je do połowy. Teraz rzeczywiście byłem gotów do dialogów.
- Może mi wreszcie powiesz, czego chcesz? - spytałem.
- Dobrze, zacznę od tego, że oczywiście zdajesz sobie sprawę, że nie możemy stamtąd wrócić?... - zrobił pauzę.
- Kontynuuj... - właśnie delektowałem się pierwszym łykiem i to mnie w tej chwili naj-bardziej interesowało.
- Nie możemy, ponieważ wracając wydajemy na siebie wyrok śmierci. Popatrz, nawet ja nie wiedziałem o ich odkryciu...
- Nawet ty? No a kim ty jesteś tak w ogóle?
- Jestem specem od łamania wszelkich zabezpieczeń. Do tajnych akt Floty wchodzę jak do kibla. Wychodząc nie zostawiam po sobie śladów, dlatego zawsze byłem doskonale poin-formowany.
- To jak się tu znalazłeś, "panie poinformowany"?
- Pozwól, że zostawię to na koniec. Zrozum, zaginanie czasu, to coś niezwykłego, trzymanego w najściślejszej tajemnicy. Myślisz, że nawet, jeśli stamtąd wrócimy, to oni zaufają kryminalistom takim jak my, że będziemy trzymać język za zębami? I to po zwykłej prośbie Faitha? Niemożliwe.
- Racja. Co więc proponujesz poza nalaniem drugiej kolejki?
Igor pośpiesznie zabrał się za uzupełnianie mi płynu w szklance. Tym razem nalał wię-cej. Bystry chłopak.
- Nie wiem, co tam zastaniemy, ale znając twoje możliwości będziesz w stanie utrzy-mać nas przy życiu, bez względu na zagrożenie. Znajdziemy sobie jakieś bezpieczne miejsce i dalsze życie spędzimy w przyszłości. Wierz mi, tylko z tobą mam jakieś szanse.
- A ja będę miał większe bez ciebie, więc nie musisz mi włazić w tyłek pięknymi sło-wami, bo nie robi to na mnie wrażenia. - kolejny łyk sprawił, że poczułem w głowie lekki szum.
- Nie miałem zamiaru ograniczyć się do słów. Jestem w posiadaniu pokaźniej kolekcji chryzoberylów. Jest tego kilkanaście, mieszanka aleksandrytów i kilku cymofanów...
- Aleksandryty to te o zmiennej barwie? - spytałem lekko już skołowany, ale wreszcie zaciekawiony.
- Zielone w świetle dziennym, czerwone w sztucznym, zgadza się.
- To cholerstwo o ile dobrze kojarzę jest bardzo rzadkie, ciężko znaleźć coś dużego. - próbowałem wydobyć z pamięci niewielkie informacje, jakie posiadałem.
- Moje są wielkości pięści niemowlaka. Cymofany wziąłem już przy okazji. Rąbnąłem je ze skarbca katedry w Rio. Jestem gotów podzielić się z tobą nimi. Uwierz mi, nawet połowa to prawdziwy majątek. Właśnie przez nie wpadłem. Sam nie wiem jak? Bo policja nie kojarzyła mnie z tą sprawą, miałem na bieżąco wgląd w akta. Jednak jakimś cudem mnie namierzyli, udowodnili, że byłem w tym czasie w Brazylii...
- Gdzie? - nazwa nic mi nie mówiła.
- To nie istotne, po prostu wpadłem. Jednak zanim mnie aresztowali zdążyłem schować kamyki. Są bezpieczne i nie sądzę, by ktoś je znalazł nawet po pięćdziesięciu latach. No i jak, teraz lepiej?
- Wchodzę w to. Kasa zawsze się przyda, mam nadzieję, że nie będziesz kulą u nogi. Widziałem, że dobrze radzisz sobie zarówno z oprychami, klechami i wiesz jak rozmawiać ze mną... - to mówiąc podstawiłem ponownie pustą szklankę - Tyle, że ja muszę potem wrócić do naszych czasów, mam tu kilka niezapłaconych rachunków do wyrównania.
- A to już twoja sprawa. Tymczasem wypijmy za nasze zdrowie. - zaproponował Igor, nie zamierzałem się ociągać.
***
Lothos ma tą niezwykłą zaletę, że nie śmierdzi po nim z gęby i rano nie ma się kaca. Obudziłem się w swoim pokoju, w towarzystwie Marka. Nie pamiętałem, jak tu dotarłem.
- I jak, synu, minął wieczór?
- Pogawędziliśmy troszkę o przyszłości i przeszłości. Takie tam. A ojciec jak? Modły się udały?
- Wszystko w rękach Boga... - odparł sentencjonalnie.
Biedak nie wiedział, że wkrótce pozna tajemnice życia po śmierci. A jeśli jego poglądy były słuszne, to mogłem mu tym zrobić jedynie przysługę, bo jako męczennik trafi do swojego nieba.
Jednak przyjemności trzeba było odłożyć na później. Dochodziła jedenasta i należało się przygotować do podróży w nieznane. Poczułem jak zwykle lekki dreszczyk emocji. Wreszcie znów miało się coś dziać. Nie znosiłem stagnacji.
Po odświeżającej kąpieli, wraz z nieodstępującym mnie na krok Markiem ruszyliśmy do sali zebrań. Na twarzach reszty bandy widziałem ślady wieczornej libacji - podsinione oczy i ogólny kac. Dziwne metody przygotowania ekipy zorganizował pyszniący się znów na mówni-cy Faith.
- Cisza! - ryknął - Słuchajcie! Teraz udajemy się do wrót czasowych. Dla was będą one otwarte przez cały czas, w każdej chwili będziecie mogli wrócić. Byle nie z pustymi rękoma. Tutaj macie broń, która może wam się przydać. Cały arsenał.
Tym razem w szafie zamiast trunków znajdowała się masa fajnych rzeczy. Wyposażenie było najwyższych lotów. Od razu upatrzyłem sobie mały pistolecik, który choć wyglądał nie-pozornie był w stanie wywalić w człowieku dziurę wielkości głowy. Lekkie i poręczne.
- Amunicję do tego znajdziecie przed wrotami. Bierzcie, co chcecie i ruszamy.
Tym razem nie zatrzymywany przez nikogo, pierwszy dopadłem do broni. Igor złapał Univa 400, dobry wybór dla młodego człowieka, który chce zaszpanować przed laską. Mało poręczna, ale efektowna i niezwykle efektywna pukawka.
Inni po ogołoceniu szafy wyglądali, jak sklepy z militariami. Większość ledwo szła z tym ekwipunkiem, ale nie zamierzałem uczyć ich podstaw przetrwania. Jedynymi nieuzbrojo-nymi ludźmi byli Ineta i Marek.
Ruszyłem za admirałem. Ten poprowadził nas do drzwi, za którymi podstawiona była wielka winda. Zmieściliśmy się w niej wszyscy i zaczęliśmy unosić się w kierunku powierzchni. Po wyhamowaniu nadal leźliśmy po korytarzach, aż w końcu dotarliśmy do celu.
- Za tymi drzwiami znajduje się pomieszczenie z wrotami czasowymi, bądźcie dumni, bo jesteście pierwszymi ludźmi z zewnątrz, którzy je zobaczą. - Faith był rzeczywiście podeks-cytowany.
Znaleźliśmy się w ogromnej hali. Na jej końcu mieściło się oszklone pomieszczenie ze schodami, na końcu których, zamiast sufitu widniał jakiś mętny niebieski obłoczek.
- To właśnie to... - westchnął Faith.
Nie podzielałem jego euforii. Zresztą kiedyś jeden z moich nauczycieli w sierocińcu mafijnym nazwał mnie nihilistą. Tego samego dnia znalazł się w szpitalu, czego żałowałem, gdy sprawdziłem to słowo w encyklopedii. Poniekąd miał rację.
- Szkoda czasu, ruszajmy. - zaproponowałem.
- Masz rację, Dragulić. - poparł mnie admirał - Ruszajcie i pamiętajcie, uważajcie na panią Savickiene.
Admirał otworzył przed nami przeźroczyste drzwi do pomieszczenia z wrotami. Zanim jednak zrobiłem pierwszy krok, znów poczułem, jak ktoś łapie mnie za ramię. Ku mojemu za-skoczeniu była to Ineta.
- Borysie... - szepnęła - Zostaw broń przed wejściem we wrota.
- Oszalałaś, dziewczyno? - spytałem równie cicho.
- Jeśli chcesz przeżyć pierwsze minuty tam, radzę ci, zostaw broń...
Zwykle nie słucham niczyich rad, ale podświadomie czułem, że ona coś wie.
- Pomyślę o tym. - stwierdziłem.
Jednak pierwsze kroki skierowałem w stronę Igora. Nie mówiąc, dlaczego, kazałem mu odłożyć spluwę. Spojrzał na mnie, jakbym był nagi na mrozie. W jego wzroku widoczna była mieszanka obrzydzenia i politowania. Jednak posłuchał mnie bez słowa.
Podszedłem znów do dziewczyny. Nie była taka zła, jak mi się początkowo wydawało. Miała zgrabny tyłeczek, choć niewielkie piersi, jej smukła, szczupła sylwetka jednak była nie-naganna.
- Co tam jest? - spytałem.
- Wszystko w swoim czasie. Trzymaj się mnie, a na razie nic złego ci się nie stanie. Wiem, że bez spluwy czujesz się bezbronny, ale bądź pewien, że to będzie twój atut tam...
- Skąd wiesz? - dociekałem.
- Jestem szefem tego projektu, Faith nie powiedział wam wszystkiego, ja też na razie nie mam zamiaru. Koniec dyskusji. Idziemy.
Jej władczy ton zbił mnie nieco z tropu. Gdzieś słyszałem już podobny. U siebie. Ach te dzisiejsze kobiety...
Pierwsi już znikali powoli nad schodami, w przyszłości. Włączyłem się do kolejki, za mną wepchnął się Marek. Przez chwilę zapomniałem o jego obecności. To był miły okres.
Mimo, iż nie miałem zwyczaju bać się niczego, jednak tak jak i inni na chwilę zatrzyma-łem się gdy moja głowa zbliżyła się do obłoczka.
- Idź, synu, idź. - ponaglił mnie klecha - Bez obaw, Bóg jest z nami.
Też mi pocieszenie... Ale ruszyłem. Nie wiem, czego oczekiwałem po przechodzeniu, ale na pewno nie tego, co nastąpiło. Mianowicie - nic. Po prostu głowa wynurzyła mi się tuż na wysokości ziemi. Wylazłem cały i stanąłem w grupie. Za mną wychodzili pozostali. Jako ostat-nia pojawiła się Ineta.
Zacząłem rozglądać się dookoła. Wziąłem głęboki oddech. Nic nie wskazywało na to, by skądkolwiek zagrażało nam jakieś niebezpieczeństwo. Przynajmniej tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Nie wiem skąd, nagle nad naszymi głowami pojawiły się jakieś latające ku-leczki. Naliczyłem ich pięć. Odruchowo sięgnąłem po broń, jednak ze smutkiem uświadomiłem sobie, że zostawiłem ją pod schodami. Reszta niemrawo zaczęła robić użytek z posiadanego arsenału. Po chwili kuleczki odpowiedziały serią dziwnie znajomych błysków, a następnie od-leciały.
Nie byłem do końca pewien, czy moje spostrzeżenia były słuszne, ale po kilku sekun-dach przestałem mieć wątpliwości, z czym mieliśmy do czynienia. Drugi raz w odstępie niedłu-giego czasu, przynajmniej w moim odczuciu, obserwowałem masowe samobójstwo. Wszyscy członkowie ekipy usiłowali zabić się tym, co mieli pod ręką. Ja, jak już wiedziałem, byłem na to odporny, ale ku memu zdziwieniu nie uczestniczyli w wykańczaniu się także Ineta, Igor i Marek.
Pierwsi z wymienionych stali obok mnie zapatrzeni w ten niezwykły spektakl. Złapałem ich za ręce.
- Spadajmy stąd, szybko!!! - ryknąłem.
Ineta próbowała oponować, ale dała się pociągnąć za mną. Igor słuchał się mnie na szczęście bezwarunkowo.
- Nam nic nie grozi... - rzuciła do mnie dziewczyna.
Jednak nie słuchałem jej. Nadal biegłem, ciągnąc ich za sobą. Gdy już byliśmy dosta-tecznie daleko, przystanąłem.
- Borysie! Nie mieliśmy broni, byliśmy bezpieczni...
Jej słowa przerwała eksplozja.
- Słonko, wierz mi, wiem, co robię, ci idioci mieli ze sobą granaty. Wysadzenie siebie to też dobry sposób na samobójstwo...
Spojrzałem uważnie w stronę reszty ekipy. Wszyscy leżeli martwi. Jednak kilka metrów od leja coś się poruszyło. Ktoś jeszcze przeżył, mógł to być tylko jeden człowiek.
- Poczekajcie chwilkę, pójdę skręcę mu kark. - zamierzałem od razu wcielić swoje sło-wa w życie.
- Zostaw go! - krzyknęła Ineta - Jeszcze może nam się przydać.
- Mała! - odwróciłem się w jej stronę - Zrozum jedno, na tej wycieczce ja dowodzę, nie zapominaj, że przed chwilą uratowałem ci życie.
- A ja twoje!
- Uspokójcie się! - jęknął Igor.
- Zamknij się! - krzyknęliśmy na niego jednocześnie.
- Słuchaj mała, te błyski na mnie nie działają. Już to kiedyś przerabiałem. Gdybyś mi powiedziała, o co chodzi, to nie pozbawiałbym się świetnej spluwy. Masz jeszcze jakieś nie-spodzianki?
- Nie działa? No tak... - powiedziała to jakby nagle doznała olśnienia - Niespodzianki, pytasz? Kilka. Wiem o tym świecie więcej niż ty, dlatego ja tu będę dowodzić, a ty możesz albo się dostosować, albo zebrać jakieś pozostałości po broni tamtych i zginąć kilka chwil póź-niej. Kontrolery mają też inną broń na wyposażeniu, chcesz się z nią zapoznać?
- Dobra, możesz sobie rządzić, ale nie przeszkodzisz mi w pozbyciu się klechy. Za dłu-go o tym marzyłem, by jakaś siksa mi tego zabroniła.
- Mówię ci, zostaw go!... Proszę. Borysie... - jej łagodny ton wyprowadził mnie z rów-nowagi.
- Przestań mnie tak nazywać! Mów do mnie Drak, bo tobie też skręcę kark.
- Nie mógłbyś tego zrobić, prawda? - zapytała filuternie.
Igor przyglądał się naszej wymianie zdań z wyraźnym rozbawieniem.
- Zamknij się. - rzuciłem do niego wściekły.
- Przecież nic nie mówię... - ledwo powstrzymywał śmiech.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że zdałem sobie sprawę, ze rzeczywiście nie potrafiłbym jej zabić. Za to nie wiem, co mnie jeszcze powstrzymywało przed wykończeniem zbliżającego się do nas Marka.
- Proszę... - powtórzyła słodkim głosem Ineta.
- Dobrze... - zmiękłem - Ale jak mi choć raz podpadnie...
- Widzieliście to?!!! - krzyknął klecha - Sodoma i Gomora!...
Pokręciłem tylko z niedowierzaniem głową. Zachowywałem się niedorzecznie.
Marek doczłapał w końcu do nas. W tym samym momencie nad naszymi głowami po-jawiły się znów, jak je nazwała Ineta, kontrolery.
- Spokojnie, mają inne zadanie, nas sprawdzają dla formalności. - poinformowała.
Rzeczywiście, po chwili przeniosły się nad zbiorowy grób wczorajszych imprezowi-czów i zaczęły strzelać do nich jakimiś promieniami, które po zetknięciu się z celem powodo-wały niewielkie, acz głośne eksplozje.
- Po co to robią? Przecież oni i tak nie żyją. - spytałem Inetę.
- Niszczą naszą broń. Gdybyś ją miał... teraz rozumiesz, dlaczego masz mnie słuchać?
- Wkurzasz mnie, panienko. - burknąłem.
- Teraz idziemy do wioski. - rozkazała.
- Co tu się dzieję, córeczko? - spytał wciąż wstrząśnięty Marek.
- Sądzę, że należy wam się garść wyjaśnień. Borysie, skąd wiesz, że to na ciebie nie działa? - spytała.
- To ty miałaś mówić, ale niech ci będzie... Kilka miesięcy temu nasi naukowcy w pod-ziemnej bazie na Vu... Vu, to księżyc planety Maroon, w naszym układzie. - wyjaśniłem wi-dząc w ich oczach niewiedzę - Ci naukowcy znaleźli tam martwe ciała Obcych. Dokonali fuzji DNA ich i dzieciaków z sierocińca, licząc na pamięć genetyczną. Chcieli się dowiedzieć, do czego służą różne cudeńka, jakie tam były. Ufole jednak się uwolnili i wytłukli jajogłowych. Wtedy wielcy naszej planety zwrócili się do mnie o pomoc, za niezłą kasę zresztą. Poleciałem na Vu i tam właśnie błyskali do nas. Wszyscy się pozabijali za wyjątkiem mnie i takiej jednej panienki. Później ona ubzdurała sobie, że stanie się dobrze opłacanym mordercą, jeśli mnie zabije. Musiałem ją wystrzelić za burtę statku. Bez skafandra i z dziurą w sercu.
- Synu! - ze zgrozą w głosie jęknął klecha.
- Musiała mieć niezłe jaja, skoro się na ciebie porwała... - Igor nadal właził mi w tyłek.
- Zapłacili jej. Dwie bańki dostała za to od mojej byłej żonki, a szef naszej mafii, Xien, obiecał jej wolność i kolejne pół. Tyle, że wypróbowała na mnie to gówno, co powoduje wy-rzuty sumienia, potem wręczyła mi pistolet, bym się sam zastrzelił. Ale ja nie mam sumienia...
- Tylko się nie ekscytuj za bardzo. Kontrolery reagują na naszą nienawiść.
- No właśnie, a skąd one się wzięły? - spytałem zmieniając temat.
- Tobie, Borysie łatwiej będzie to pojąć, miałeś już z nimi styczność... Oni tu przylecie-li. Obcy. Postawili na Ziemi centrum dowodzenia, przetrzebili mieszkańców, a z tych, którzy przeżyli zrobili niewolników.
- A co na to inne planety? Przecież ludzkość by na to nie pozwoliła? - byłem zdziwiony.
- Oni opanowali wszechświat. Ludzie na większości nieprzydatnych dla nich planet zostali zabici w standardowy sposób. Resztę okupują, szykując się do przejęcia ich, jak Ziemię.
- Mówisz "nieprzydatnych", to po co oni tu są? - spytał Igor.
- Ludzie uprawiają dla nich pewne rośliny, dla nich są toksyczne, dla nas nie. Ale ich sok jest wysokoenergetyczny i stanowi biopaliwo dla ich technologii. Istnieją nawet podejrze-nia, że ludzkość jest wytworem ich badań genetycznych nad stworzeniem inteligentnego nie-wolnika. A nasze sumienie pozwala im nas kontrolować. Zaś nieprzydatne są te planety, na których nie da się uprawiać venenum.
- Trucizny? - odezwał się Marek - To okropne o czym mówisz, dziecko.
- Tak to nazwano.
- Ale powiedz, dziecko, skoro to wszystko wiesz, to po co my właściwie gdziekolwiek idziemy? Powinniśmy wracać.
- Ojcze, chyba nie chce ojciec zostawiać swoich owieczek na pastwę obcej cywilizacji? Jesteśmy tu po to, by sprawić, żeby zostawili ludzkość w spokoju. - stwierdziła Ineta.
Obaj z Igorem buchnęliśmy gromkim śmiechem.
- A teraz to już przegięłaś, mała. Tu jest potrzebny szwadron wojska... - przerwałem uświadamiając sobie kilka faktów.
- Cieszę się, że nie kontynuowałeś, robiąc z siebie głupca. Wojsko tu było i już dawno się zabiło.
- Cholera... - jęknął Igor, najwyraźniej też zrozumiał, że nasz plan odzyskania jego kamieni był o tyle pozbawiony sensu, że nie było już świata, w którym przedstawiałyby one jakąkolwiek wartość.
Zapadło milczenie. Przez kilka następnych minut Ineta pozwoliła nam w skupieniu przeanalizować naszą sytuację. W końcu Igor wziął mnie na stronę.
- To co w związku z tym robimy? - spytał.
- Nie wiem. Ona sobie wyobraża, że staniemy się zbawcami ludzkości... Ale niewąt-pliwie musimy coś z tym zrobić. Jak znam życie, to ta mała ma jeszcze w zanadrzu jakiś plan. Niegłupia z niej dziewucha.
- I dość atrakcyjna... - westchnął Igor.
- Jest twoja, mnie nie bierze. Tak czy inaczej chyba ma rację. Powinniśmy rozwalić Ufoli, zabrać twój skarb i cieszyć się wolnością na całego. Może rzeczywiście tu zostanę?...
- Więc nasza umowa nadal obowiązuje? - spytał z wyraźną ulgą w głosie.
- Pewnie. A może nawet zostaniemy bohaterami?!
- No i jak chłopcy, doszliście do porozumienia? - rzuciła w naszą stronę dziewczyna.
- Prowadź, mała, jesteśmy z tobą. - odparłem.
- Wiedziałem, że jest w tobie wiele dobrego, synu. - ucieszył się Marek.
Uznałem, że właśnie przegiął i ruszyłem żwawszym krokiem w jego kierunku. Po-wstrzymała mnie znów Ineta, przesuwając energicznie kantem dłoni na wysokości szyi. Mach-nąłem tylko zrezygnowany ręką w jej stronę.
Znów zagłębiłem się w swoich myślach. Jednego byłem pewien. Ta mała Litwinka wie-działa bardzo dużo. I właśnie to mnie niepokoiło. Faith nie wyglądał na człowieka, który miał-by pojęcie, co tu się działo. Znałem się trochę na ludziach i dałbym sobie odciąć prawą rękę, że admirał nie byłby w stanie ukryć swojej wiedzy.
Na myśl o obcinaniu dłoni znów przypomniała mi się Luna. Zdałem sobie sprawę, że żałowałem, że ją zabiłem. Nie miałem jednak wyboru.
Igor zaczął właśnie podrywać Inetę. Mnie ona nie kręciła, za to Luna, co też właśnie sobie uświadomiłem, była uosobieniem mojego ideału kobiety. W zasadzie Ineta trochę ją przypominała, ale Luna miała w sobie to "coś", co sprawiało, że była jedyną moją ofiarą, o której myślałem, po likwidacji. I to myślałem z nostalgią.
Moje dywagacje przerwał mi nagły, silny błysk. Uniosłem w górę głowę i ujrzałem nad sobą kilkanaście kontrolerów, które właśnie poraziły nas swoją bronią. Wiedziałem, że za chwilę dojdzie do kolejnej fali samobójstw, musiałem działać natychmiast. Bez zastanowienia rzuciłem się na Inetę, by uniemożliwić jej zrobienie sobie krzywdy. W tym samym momencie zacząłem się zastanawiać, czemu właśnie ona? Przecież moja przyszłość znajdowała się w głowie Igora.
- Złaź ze mnie. Na mnie to też nie działa. Zamiast mnie obmacywać przytrzymaj Igora, jesteś silniejszy. Ja złapię Marka! - powiedziała rozdrażnionym tonem Ineta.
Nie miałem czasu by przemyśleć jej słowa, bo Igor właśnie znalazł na ziemi jakiś ka-mień i zaczął walić nim w swoją głowę. Silny był z niego chłopak, musiałem to przyznać. Wierzgał i wyrywał się jak mógł, miałem wrażenie, że dźwignia, jaką mu zastosowałem spra-wia mu więcej przyjemności, niż bólu. W końcu coś chrupnęło. Najwyraźniej wyłamałem mu bark.
To było straszne, zrobiłem mu krzywdę, mimo, że był moim przyjacielem. Zdobył dla mnie butelkę Lothosu, chciał się podzielić ze mną swoim majątkiem.
- Przepraszam, Igor, muszę... Nie chcę, żebyś się zabił... - wyjaśniałem.
Ineta też szarpała się z klechą, ale radziła sobie znacznie lepiej niż ja. Mimo tego też coś szeptała.
W końcu otępienie mi przeszło, Igor też przestał się miotać.
- Cholera, coś ty mi zrobił?! - jęknął chłopak. - Mój bark...
- A łeb cię nie boli? - zapytałem widząc, sączącą się z jego czoła krew.
- Co to było? - spytał.
- Właśnie, mała? Dlaczego nas zaatakowali? - poparłem go.
- Nic ci nie jest ojcze? - spytała troskliwie klechę.
- Nie drogie dziecko, ale dlaczego leżysz na mnie?
- Przeszliśmy przez barierę. - zaczęła wyjaśniać - Ludzie nie mogą jej przekraczać. To zapobiega komunikowaniu się mieszkańców różnych osad. Każda wioska otoczona jest taką niewidoczną ścianą, zapomniałam wam o tym powiedzieć. - przyznała ze skruchą.
- A ty skąd wiedziałaś, że też jesteś na to odporna? - spytałem.
- Nie twój interes. - ucięła.
Najwyraźniej była zła na siebie, że czegoś nie dopatrzyła w jej najwyraźniej misternie zbudowanym planie.
- To są właśnie plantacje venenum. - wskazała na ciągnące się kilometrami pola usiane błękitnymi roślinami.
- Piękne... - westchnął Marek.
- Teraz jest pora kwitnięcia. Potem zbiera się owoce, wyciska z nich sok i w postaci płynu dostarcza się Obcym, pod ich główną siedzibę. To właśnie teraz są one dla nich najgroź-niejsze. Pyłki ich zabijają, dlatego wszyscy siedzą w swojej bazie. Wkrótce powinniśmy dojść do wioski.
Rzeczywiście po kolejnej godzinie marszu, który zaczął się robić już bardzo nudny, zobaczyliśmy wreszcie jakieś zabudowania. Igor mimo bólu wciąż adorował Inetę, a Marek chyba wywęszył, że nie darzę go zbytnią sympatią, bo trzymał się ode mnie z daleka. Nie cho-dziło mi o to, że nagle poczułem się samotny, przecież całe życie byłem typem samotnika. Bo-lało mnie, że nie wiedziałem, co mam robić, zwykle miałem w głowie jakiś plan, tym razem miała go Ineta. Oddawałem się więc wspomnieniom, z ostatniej wizyty na Marsie, gdzie z Luną świetnie się bawiliśmy... Luna...
Chyba zostaliśmy dostrzeżeni, bo na progu wioski powitała nas spora grupa ludzi.
- Ja z nimi pogadam. - zaoferowała się Ineta. - Sveiki! - krzyknęła w ich kierunku.
- O i� kur tu esi? - spytał jakiś człowiek, wyglądał na przestraszonego.
- I� u�tvaro kitos pusees. - odparła - Moi towarzysze nie znają litewskiego, więc przejdźmy lepiej na uniwersalny. Jesteśmy tu po to, żeby uwolnić was spod panowania Val-dovu.
- Nustok! Chcesz, żeby nas pozabijali?!
- Przybyliśmy tu z daleka i jakoś nas jeszcze nie zabili. Mówię poważnie, potrzebujemy jednak waszej pomocy. Musicie przetrzymać u siebie dwóch naszych towarzyszy. Jeden jest ranny, jesteśmy drugi, to ten ksiądz. Poza tym jesteśmy zmęczeni i musimy u was przenoco-wać.
- Odejdźcie, nie potrzebujemy żadnych złudnych nadziei. Przez dwa lata robimy, co chcą i myślimy o nich dobrze, nie chcemy, byście mącili nam w głowach. To może spowodo-wać, że poczujemy do nich odrazę, a to oznaczałoby naszą śmierć, wiesz chyba o tym?
- Dwa lata? - zdziwiłem się.
- Cicho, nie przeszkadzaj mi, potem ci wyjaśnię. - obiecała Ineta - Nie chcemy, byście się angażowali, tylko udzielcie nam schronienia na dzisiejszą noc.
Przez chwilę o czymś dyskutowali, ale w końcu zgodzili się.
- Możecie spać w tym domu. - wskazał na jakąś ruderę - Ale jutro rano opuśćcie wio-skę.
- �inoma. - zgodziła się Ineta.
Ulokowaliśmy się w małej drewnianej chacie. Zawsze uważałem, że im dalej w przy-szłość tym ludzkość będzie żyła wygodniej, tymczasem wewnątrz zastaliśmy jakieś sienniki, stół, kilka krzeseł i szafę. Ale to właśnie kwestia czasu nie dawała mi spokoju.
Ineta zajmowała się właśnie unieruchomianiem barku Igora. Przerwałem jej, żądając wyjaśnień.
- Mów, co jest grane? Z tego, co zrozumiałem, to z punktu widzenia Faitha za 53 lata od naszego czasu stało się coś, czego on nie kumał, ale wspominał, że jesteście ograniczeni do 54 lat, tymczasem Obcy są na Ziemi od dwóch lat, czyli ozaczałoby to, że przenieśliśmy się o 55 lat, dobrze rozumiem?
- Brawo, Borysie. - odparła nie przestając udawać sanitariuszki.
- Nie zbywaj mnie! - warknąłem.
- No dobrze... Możliwości są znacznie większe. Ani Faith, ani jego ludzie nie wiedzą, że celowo je ograniczyłam. Mam ku temu swoje powody, a w odpowiednim czasie je poznasz. Teraz nie próbuj ze mnie więcej wyciągnąć, bo nic już nie powiem.
- Jak mam ci pomóc ratować ten świat, skoro nic nie wiem?
- Mówiłam, żebyś się nie ekscytował. Wiesz tyle ile musisz... No, gotowe. Teraz staraj się nie ruszać tym, bo źle się zacznie zrastać. Masz tu leżeć. A ty, - znów zwróciła się do mnie - chodź ze mną.
Wyszliśmy z chaty.
- Teraz musimy coś zrobić, żeby ci dwaj nie pałętali się z nami...
- Igora nie pozwolę ci ruszyć. Ale klechę zaraz załatwię.
- Czy ty masz w głowie tylko zabijanie? Zawsze musisz wszystko niszczyć za sobą? Pomyśl, nigdy nie możesz wiedzieć, do czego różni ludzie mogą ci się przydać.
- A ty wiesz?
- Staram się przewidywać. Chodź, pokażę ci coś...
Ruszyliśmy w kierunku jakiegoś pola z kamiennymi krzyżami.
- Co to jest? - spytałem.
- To się nazywa cmentarz. Jest stary jeszcze sprzed epoki kolonizacyjnej. Prawdziwy zabytek.
- Cmentarz? Zawsze kojarzył mi się z budynkiem z urnami z projekcjami holograficz-nymi zmarłych.
- Kiedyś zakopywali ludzi w ziemi. Zresztą powinieneś już dawno zauważyć, że Ziemia to jedno wielkie muzeum. To tu. Kop. - wskazała jakieś miejsce.
- Nie będę wykopywał żadnych trupów, zapomnij. Gdybym żył kiedyś, to wysyłałbym ich pod ziemię, a nie wydobywał.
- Aleś ty oporny. Bierz do ręki jakiś kamień i wyciągnij stąd skrzynkę, którą zakopałam dziś rano, czyli jak już wiesz - 55 lat temu.
Nie przestawała mnie zadziwiać. Zabrałem się do roboty, choć wciąż nie miałem poję-cia, czemu jej w ogóle słuchałem? Dawny ja powinien już dawno trzepnąć ją solidnie w tą przemądrzałą główkę i zabrać się do akcji po swojemu. Jednak byłem potulny jak dobrze wy-tresowane zwierzę.
Rzeczywiście pod kilkunastocentymetrową warstwą ziemi znajdowała się skrzynka. Wewnątrz, w hermetycznym pojemniku znajdowało się jakieś nieznane urządzenie oraz strzy-kawka z płynem.
- Co to jest? - spytałem.
- Mikaina.
- Lepiej trzymaj ją ode mnie z daleka, dopiero co wyszedłem z tego. Po co ci ona? Chcesz ich tym naszprycować?
- Pewnie. To im wystarczy na trzy dni odlotów. A my spokojnie zajmiemy się w tym czasie Obcymi.
- A to drugie?
- To pamiątka z dzieciństwa, przynosi mi szczęście. Taki amulet.
- Gówno prawda.
- Tylko to zdołałam wynieść z płonącego domu. Wówczas zginęli moi rodzice...
- Zaraz się rozpłaczę. Ale niech ci będzie. Chodźmy do nich.
- A właśnie... Miałam cię zapytać, dlaczego tak bardzo zaprzyjaźniłeś się z Igorem? Raczej nie jesteś zbyt towarzyski.
- Nie twój zasrany interes. - odpaliłem cedząc słowa z nieukrywaną radością.
- Powinieneś być milszy. - burknęła obrażona - Ale, - zmieniła ton - może chciałbyś wiedzieć w jaki sposób rozwalimy Obcych?
- Mów. - odparłem zaciekawiony.
- Na razie venenum uprawiają tylko tu, na Ziemi, mają u siebie, w centrum dowodzenia dwa ogromne hangary z zapasami soku. Tam właśnie tankują wszystkie latające po naszej ga-laktyce ich statki. Jak już ci mówiłam, na razie przygotowują się do zagospodarowania innych planet. Mam wrażenie, że nie docenili nas ludzi i uważali, że jedyną planetą, jaką zdołaliśmy opanować była Ziemia. Dlatego przywieźli materiały do zabezpieczenia jednej planety. Jednak nasza ekspansja sprawiła, że większą część środków przeznaczyli na pilnowanie przestrzeni kosmicznej, a na Ziemi zostawili jedynie niezbędne minimum. To ułatwi nam sprawę. Musimy dotrzeć do ich centrum i wysadzić je. Mają co prawda jeszcze trochę zapasów na Księżycu, w dawnych bazach Floty, ale to nie pozwoli im na wiele. Może jedynie na powrót do siebie.
- A gdzie tu pułapka? - wszystko wydawało mi się zbyt proste, szczególnie w jej ustach.
- Baza jest zabezpieczona dość dobrze. Oprócz standardowych błysków są tam z tego, co wiem, karabinki emitujące promienie, które widziałeś, kiedy rozwalały naszą broń. Nie mam pomysłu, jak je ominąć. Z tym pierwszym nie będziemy mieli problemów, oboje jesteśmy na to uodpornieni.
- Nie masz pomysłu? Wreszcie, bo już myślałem, że wiesz wszystko.
- Nie wiem wszystkiego, dlatego tu jestem. - przyznała.
- No dobrze, a mamy jakieś ładunki wybuchowe? Chyba, że wystarczy podpalić to ich zmagazynowane paliwo...
- Nie, ono by nie wybuchło samo z siebie, żeby wykrzesać z venenum energię potrzeba małej fabryczki chemicznej. To zbyt skomplikowane. A sprawa będzie prosta, kiedy już bę-dziemy w środku. Podobno mają u siebie jakiś program autodestrukcji. Wystarczy włączyć jednocześnie jakieś przyciski.
- Mała, powiedz, skąd ty to wszystko wiesz? - zaczynało mnie to już irytować.
- Kiedyś ci to wyjaśnię, na razie słuchaj dalej. Bo nie spytałeś o kolejny kruczek. Przy-ciski są tak umiejscowione, że potrzebne są do tego dwie osoby. Dobrze, że nie jesteś podatny na błyski... Informacje, jakie posiadam nie są kompletne, ale pochodzą od pewnego źródła. Chodź, wejdźmy wreszcie, bo robi się chłodno.
W pomieszczeniu zastała nas niespodzianka. Na stole stał posiłek, jak się dowiedzieli-śmy sporządzony przez miejscowych. Breja była niesmaczna, ale zapełniła nasze żołądki. Po krótkiej rozmowie położyliśmy się spać, a rano Ineta miała zaszczepić Marka i Igora przeciw-ko miejscowym zarazkom. Taki zastrzyk z mikainy mnie też by się przydał. Na samą myśl, że narkotyk jest tak blisko mnie, dostawałem dreszczy. Jednak musiałem być silny. Za każdym następnym razem, wyjście z nałogu jest trudniejsze. Nie chciałem ryzykować poważnego osła-bienia umysłu. Przecież musiałem oczyścić ten świat z Obcych i odebrać swoją część aleksan-drytów. Zresztą nie zdecydowałem jeszcze, czy ma to być jedynie część...
Obudziłem się rano z potwornym bólem brzucha. Zwymiotowałem i czułem ogólne osłabienie. Popatrzyłem na resztę grupy. Wyglądali znacznie gorzej ode mnie. Wokół nich uno-sił się potworny fetor, mieszaniny moczu i kału. Znałem to aż za dobrze. Przyzwyczajałem organizm do wielu rodzajów alkaloidów. To musiała być nikotyna, albo koniina. Skoro byłem w miarę w dobrym stanie, nie mogło to być nic innego, a objawy w obu przypadkach były po-dobne. W zasadzie potrzebowali natychmiastowej detoksykacji, ale jedynym, co mogłem zro-bić, było wprowadzenie do ich organizmów innej trucizny - mikainy, która mogła utrzymać ich przy życiu jeszcze przez jakiś czas, gdyż spowalniała czynności życiowe. Drżącymi rękoma wstrzyknąłem równe dawki całej trójce. W zasadzie nie wiem, czemu podałem ją także Mar-kowi, ale zrobiłem to chyba dla Inety.
Otruto nas. Prawdopodobnie alkaloid podano nam w wieczornym posiłku. Zanim zdą-żyłem pomyśleć do chaty wszedł człowiek, z którym Ineta wczoraj rozmawiała. Na mój widok zamarł. To zaskoczenie wskazywało, kto za tym wszystkim stał. Mimo osłabienia, po chwili miejscowy już leżał ze skręconym karkiem. Sapnąłem z zadowoleniem, znów odezwał się we mnie dawny Drak. Spojrzałem jeszcze raz na klechę, ale machnąłem tylko ręką. W końcu nigdy nie był przeciwko mnie. Wyszedłem na zewnątrz, szukając sposobności, by zmniejszyć lokalną społeczność o kolejne wrogo nastawione jednostki. Cała wioska stała przed naszą chatą w milczeniu.
- Kto z was jeszcze się chce mnie pozbyć, co? - spytałem spokojnie.
Z tłumu wyszedł jakiś młodzieniec i padł na kolana.
- Panie, wybacz, Robertas zdecydował, że trzeba was zabić, żeby nie rozgniewać Władców. On był naszym przywódcą i to on rozmawiał zawsze z Władcami i woził im sok. Nie chcieliśmy waszej śmierci.
Popatrzyłem po ich twarzach. Wyrażały lęk i posłuszeństwo. Nie miałem wyjścia, mu-siałem im zaufać. Strasznie nie lubiłem zostawiać niczego innym, ale w tej sytuacji musiałem cofnąć się do naszych czasów i szybko sprowadzić odtrutkę. Igor musiał przeżyć. Inetę też polubiłem, mimo jej irytującej tajemniczości.
- Słuchajcie. Oni wciąż żyją, muszę tylko przynieść im lekarstwo. Macie tu jakieś po-jazdy? Coś, czym szybko mógłbym się przemieszczać?
- Mamy kilka koni. - odparł ten który przed chwilą przemawiał. - Służą raczej jako zwierzęta pociągowe, ale to jedyne, co możemy ci zaoferować.
- Dobra, biorę.
Zwierzęta przypominały wuhańskie ngua, choć były od nich trochę mniejsze. W młodo-ści kilka razy jeździłem na nich, miałem nadzieję, że te prowadzi się podobnie, a ja nie utraci-łem nabytych umiejętności.
Miejscowi obiecali, że zajmą się pozostałą naszą trójką. Ja ze swej strony stwierdziłem, że jeśli któreś z nich umrze, puszczę całą wioskę z dymem. Nigdy nikomu nie groziłem, jeśli miałem zamiar wprowadzić swój czyn w życie. Nie warto ostrzegać wrogów. Ci nimi nie byli i powiedziałem to tylko po to, by się przyłożyli do zadania.
Ruszyłem w stronę wrót. Nie miałem zbyt wiele czasu. Z koniem szło mi całkiem po-prawnie, co skutecznie skróciło podróż. Przez chwilę tylko się rozkleiłem, gdy przejeżdżaliśmy przez barierę. Zacząłem zastanawiać się, czy nie jestem czasem jak zwierzę, ponieważ koń też był odporny na błyski, ale widocznie zwierzęta jak i ja nie mają sumienia. Wspomniałem też po raz kolejny Lunę. Wmawiałem sobie, że mogłem jej nie zabijać... Odrętwienie jednak minęło, a po nim przyszedł moment wielkiego wstrząsu!
Na horyzoncie pojawiły się jakieś kształty. Nie miałem pojęcia, czego po nich oczeki-wać, ale wolałem przygotować się na ostre starcie. Wytężałem wzrok, jak tylko mogłem, co zaowocowało stwierdzeniem, że były to dwie osoby. Kiedy zbliżyli się na tyle, że już mogłem przyjrzeć się uważniej sylwetkom, omal nie spadłem ze swego wierzchowca. Kiedy do nich podjechałem nie mogłem wydusić z siebie ani słowa. Za to przemówiła osoba stojąca na ziemi.
- Pomyśl, Ineta ci nie pomoże, będzie za słaba. Poza tym, daj konia, do wrót jest już niedaleko, a ja nie mam czasu na spacery.
- Ale numer... - jęknęła druga osoba.
Wykonałem posłusznie jego polecenia.
- No idź już i nie gap się tak, szkoda czasu, nie możemy pozwolić, żeby Igor zabrał aleksandryty do grobu, nie? - rzucił mężczyzna, krzywiąc się przy tym niesamowicie.
Oboje wsiedli na konia i ruszyli głośno o czymś dyskutując. Musiałem ochłonąć.
- Widzę martwych ludzi - powiedziałem do siebie.
Albo już całkiem mi odbiło, albo właśnie rozmawiałem z samym sobą i zabitą, nie tak znów dawno przeze mnie, Luną.
Olśnienie przyszło chwilę później. Przecież to było oczywiste! Flota mogła swobodnie przerzucać mnie do dowolnego miejsca w czasie. Musiałem cofnąć się do jakiegoś momentu, kiedy Luna wciąż jeszcze będzie żyła, zabrać ją tu i przy jej pomocy wysadzić bazę Ufoli. Ineta rzeczywiście w najbliższym czasie nie byłaby na tyle sprawna, żeby podołać zadaniu, a poza tym Luna wydawała się znacznie lepszym partnerem. Nawet, jeśli zamierzała mnie zabić. Wy-starczyło tylko na nią uważać. Genialne! Tylko dlaczego nie cofnąłem się do momentu, przed zatruciem nas i nie zapobiegłem temu? Odpowiedź i na to pytanie była prosta. Nie ufałem Ine-cie, wiedziałem, że coś kręciła. A tak mogłem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Spędził-bym znów troszkę czasu z Luną, a przy okazji odstawiłbym Inetę od koryta.
Ale przecież możliwości były znacznie większe, mogłem znaleźć się w prawie dowol-nym czasie. Choćby w chwili, kiedy wyruszałem na Vu, by ostrzec siebie. Dlaczego tego nie zrobiłem? Może nie chciałem psuć sobie zabawy? Może pozbawiłbym się w ten sposób okazji dorwania się do skarbu Igora? W sumie wciąż żyłem i mimo lekkich dolegliwości dobrze się bawiłem. Uznałem więc, że niczego nie warto zmieniać i ograniczyłem swoje plany do tego, co jak widziałem w zasadzie zrobiłem.
Dotarłem do wrót już całkiem spokojny i w miarę rozumiejący swoją sytuację. Usiłowałem zejść ze schodów, jednak zamiast w nie trafić runąłem w dół mocno się obijając.
- Dragulić, a gdzie reszta?! - huknął na mnie Faith.
- Powinniście wbić tabliczkę, z której strony należy schodzić, żeby się nie zabić. - jęk-nąłem, masując obolałą głowę.
- Gdzie Savickiene?
- Prawie martwa, miejscowi ją otruli. Ale jeszcze żyje, potrzebuję czegoś, co wyciągnie ich z zatrucia nikotyną i koniiną.
- Czyli że żyją tam ludzie? Długo tam byliście?
- Żyją i nie mów mi, że nic nie wiesz, Ineta jest chodzącą encyklopedią tamtych cza-sów.
- Jak to? Mów, co tam się dzieje!
- Znasz sprawę doktora Lacroix? To ten, którego zabiłem w hotelu na Marsie.
- Znam.
- Prowadził badania nad obcą cywilizacją. Nasz rząd nie chciał dopuścić, byście się o tym dowiedzieli. Wszystko jednak wymknęło się spod kontroli, a złapaliście mnie właśnie wte-dy, kiedy rozwaliłem ich laboratorium. Jednak Obcy przylecieli i zaatakowali ludzkość właśnie za 55 lat. Muszę ich rozwalić, ale do tego potrzebna mi pomoc.
- 55??? Bzdura...
- To sprawdź!
- Sprawdzę. A jeśli masz rację, to mam trochę wojska w odwodzie. - zaoferował admi-rał.
- Wojsko nie przeżyje tam kilku minut, potrzebuję jednej osoby. Za to odpornej na broń Obcych.
Opowiedziałem w skrócie wydarzenia, jakie miały miejsce w przyszłości. Ominąłem oczywiście kilka nieistotnych szczegółów.
- I ja mam w to wszystko uwierzyć, do tego cofnąć cię w czasie i pozwolić, byś mi uciekł?
- Leć ze mną na Vu. Będę nawet cię potrzebował, bo jak inaczej wyrwę się z Układu Słonecznego?
- Nie wiem... Połóż się w medboxie, ja muszę to wszystko przemyśleć.
Po kilku godzinach leczenia czułem się znów jak nowo narodzony. Sjestę przerwał mi Faith.
- Sprawdziłem obliczenia. Rzeczywiście przenieśliście się do świata za 55 lat. Przyjąłem również, że wszystko, co mówiłeś jest prawdą. Zresztą muszę ci powiedzieć, że byliśmy prze-konani, że nasz pościg z Marsa był dla ciebie rzeczywiście zabójczy i zginąłeś w trakcie ucieczki. Trafiło cię kilka naszych pocisków. Dopiero Savickiene powiedziała, że nadal żyjesz. Bardzo nalegała, żeby wcielić cię do operacji. Miałeś rację mówiąc, że Floty nie stać by było na walkę z Wuhanem. Nie chcieliśmy też rezygnować z projektów farmaceutycznych. Ale na wy-raźne żądanie Inety wymusiłem na naszym rządzie zatrzymanie badań, by zadowolić N'Gue. Kosztowałeś nas bardzo dużo. Nie byłeś jak dla mnie wart tego, ale zaryzykowałem. Ineta prowadzi jakąś dziwną grę.
- Sam też to zauważyłem, ale nie zmienia to faktu, że Obcych należy się z Ziemi pozbyć.
- Skąd u ciebie nagle taka lojalność wobec ludzkości?
- Umówmy się. Jak rozwalę Ufoli, nie zamierzam wracać do naszych czasów. Zamie-rzam wam uciec, chyba ci to nie przeszkadza? Ty nie będziesz musiał mnie zabijać, a ja nie będę już mógł nigdy ci zaszkodzić. W zamian oczyszczę Ziemię z wrogów.
- Uczciwie przedstawiona sprawa. Powiedzmy, że tego nie słyszałem i o niczym nie wiem. Zgoda, cofniemy się.
Kilka minut później wyszliśmy na zewnątrz bazy o kilka dni wcześniej. Ruszyliśmy na lotnisko i natychmiast wystartowaliśmy niewielkim statkiem w stronę Wuhanu.
Nikt po drodze nas nie zatrzymywał. Prywatny jacht admirała, zresztą znakomicie wy-posażony, był puszczany bez problemów na każdej stacji kontrolnej. Po drodze Faith zasypy-wał mnie mnóstwem pytań o przyszłość. Odpowiadałem mu w miarę możliwości. Razem pró-bowaliśmy dojść do tego, czym kierowała się w swoich działaniach Ineta i skąd miała tak ogromną wiedzę. Nie wymyśliliśmy jednak niczego konstruktywnego.
Do Vu dolecieliśmy bez problemów. Raz tylko zostaliśmy skontrolowani przez statek naszej floty, ale mój prywatny kod bezpieczeństwa był równie dobry tutaj, jak gęba admirała na obszarze zajmowanym przez Unię.
Przylecieliśmy o dzień za wcześnie, toteż ukryliśmy się po drugiej stronie księżyca i czekaliśmy na odpowiedni moment. Kiedy nadszedł, podlecieliśmy w pobliże bazy. Założyłem kombinezon grawitacyjny i wyszedłem na zewnątrz. Ukryłem się przy wyjściu z laboratorium. Czekałem cierpliwie na moment, kiedy drzwi rozsunęły się i wypadliśmy z nich kolejno ja, trzymający w ręku broń Obcych, a za mną Luna. Schwyciłem ją za rękę i zanim zareagowała, zmieniłem jej mieszankę tlenową, co sprawiło, że całkiem straciła orientację. W tym stanie za-wlokłem ją do naszego pojazdu i ruszyliśmy w stronę Ziemi.
Na statku zdjąłem jej kombinezon. Z jej twarzy wyczytałem pełne zaskoczenie.
- Ty? Przecież ty biegłeś przede mną! - z trudem łapała normalne powietrze Luna.
- He he... Dziwne, co?
- Co się dzieje? - spytała.
- Na początek mały rewanż.
Związałem jej ręce, zanim jeszcze zaczęła być zdolna do stawiania oporu. Zaciągnąłem ją do mojej kabiny i rzuciłem na łóżko.
Po chwili dołączył do nas admirał.
- To ona? Nie wygląda mi na osobę, której powierzyłbym losy świata... Ile ona ma lat?
- Właśnie Luna, ile ty w ogóle masz lat? - spytałem
- Dwadzieścia dwa. Jakiego świata? Co on bredzi?
- Przecież to jeszcze dziecko!...
Nie zdołałem nawet zareagować, jak to dziecko strzeliło Faitha głową w nos. Przy wię-zach, jakie jej założyłem, było to dość sprawnie zrobione.
- Jeszcze ma pan jakieś wątpliwości? - spytałem rozbawiony. - A ty nie rozrabiaj. - zwróciłem się do Luny.
Admirał przetarł tylko wierzchem dłoni cieknącą krew i dodał:
- Zwiąż dobrze to zwierzę. Mam nadzieje, że jesteś w stanie nad nią zapanować.
Po jego wyjściu zostaliśmy wreszcie sami, a ja mogłem wcielić w życie małą zemstę za jej późniejszą próbę zabicia mnie. Poprawiłem Lunie więzy, a następnie zerwałem z niej ubra-nie.
- Świnia! - rzuciła tylko przez zęby.
Ściągnąłem spodnie i zabrałem się do rzeczy. Po bezceremonialnym wejściu w nią, rozpocząłem kopulację. Trochę zbiło mnie z tropu jej zachowanie. Liczyłem na odpowiednią porcję wyzwisk. Te zresztą usłyszałem, ale poparte były zachętami do dalszego działania. To miała być dla niej kara, a nie przyjemność. Przestałem się jednak nad tym zastanawiać i pozwoliłem sobie na pełen relaks. Doszliśmy razem. Zdyszany padłem na podłogę.
- Następnym razem ja cię zwiążę. - stwierdziła Luna.
- Wiem... - odparłem, przypominając sobie scenę jej śmierci.
Ubrałem się, zostawiając dziewczynę półnagą i wciąż związaną.
Wszedłem do sterowni.
- Uspokoiłeś ją? - spytał Faith.
- Tak. - odparłem nie rozwijając tematu.
- Mam nadzieję, Dragulić, że ona rzeczywiście jest tam niezbędna i nie wleczemy jej tylko, by zaspokoić twoją chuć. - wyczułem w jego wypowiedzi nutkę niepewności.
- Spokojnie. Wiesz przecież, że na Marsie nie byłem sam, to ona była ze mną...
- Gdyby rzeczywiście istniało piekło, to spłonę w nim za to, że wiozę spokojnie parkę mizdrzących się morderców w jedyne miejsce we wszechświecie, gdzie nie powinno ich być... Ale to faktycznie dobre referencje. - przyznał.
Lot przebiegł spokojnie. Minęło kilka dni, gdy znów weszliśmy w przestrzeń kosmiczną Ziemi. Po kolejnych kilku godzinach lądowaliśmy w bazie.
Podczas drogi wyjaśniłem Lunie całą sytuację. Kiedy skończyłem patrzyła na mnie z politowaniem. Jednak po chwili namysłu stwierdziła:
- Taaa... jasne. I tak się dowiem, o co ci naprawdę chodzi. Przecież, jakbyś chciał po prostu uciec, to ten goguś w mundurku już dawno byłby martwy. N'Gue pewnie też. Chyba, ze chcesz się tylko dobrać do tej laseczki, jak jej tam...
- Ineta. - przypomniałem Lunie
- No właśnie... Tyle, że i to już byś dawno zrobił... Związałbyś ją i sobie ulżył. - wyce-dziła.
A więc jednak troszkę ją to zabolało. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu na twarzy.
- Ciesz się, na drugi raz będziesz musiał mnie o to błagać.
- A skąd wiesz, że będę chciał jeszcze?
- Za bardzo ci się podobało. - odezwała się w niej pewna siebie kobieta, za to ją lubi-łem. - Dobra. - wróciła do poprzedniej myśli - Chcę połowę tego, co zamierzasz stamtąd wy-ciągnąć. Przemyśl to, a teraz spadaj, bo chcę się przespać. Sama!
Faith nie pozwolił jej wypuścić z kabiny do momentu wylądowania. Tak też było.
Przyjemnie było znów stanąć na ziemi. W bazie nie zabawiliśmy długo. Wziąłem jedynie ze sobą fiolkę z antidotum i ruszyliśmy z Luną w przyszłość.
Oczywiście na powitanie podleciały do nas kontrolery. Jednak nie znalazły przy nas ni-czego zakazanego. Mogliśmy ruszyć w drogę bez przeszkód. Po godzinie przechadzki do-strzegłem na horyzoncie jeźdźca. Kiedy zatrzymał się przy nas prawie się zaśmiałem, gdy zo-baczyłem, jaką minę zrobiłem ja - ten na koniu.
- Pomyśl, Ineta ci nie pomoże, będzie za słaba. Poza tym, daj konia, do wrót jest już niedaleko, a ja nie mam czasu na spacery. - rzuciłem do siebie.
- Ale numer... - jęknęła Luna.
Posłusznie zsiadłem z konia, a my z Luną zajęliśmy moje miejsce.
- No idź już i nie gap się tak, szkoda czasu, nie możemy pozwolić, żeby Igor zabrał aleksandryty do grobu, nie? - rzuciłem, zbyt późno gryząc się w język.
Jak mogłem zapomnieć, że palnąłem już wcześniej taką gafę?!
Ruszyłem z kopyta.
- Tu cię mam! - krzyknęła Luna - Nie wiem, co to jest, ale z pewnością musi być warte całkiem sporo, skoro pchasz się w taką aferę.
- Zamknij się. - warknąłem zły na siebie.
- Chętnie, ale opowiedz mi o tych aleksandrytach. Umieram z ciekawości.
- Uważaj, żebym ci nie pomógł w tym umieraniu.
- Dopóki nie załatwimy Ufoli jestem przy tobie bezpieczna, zapomniałeś? - dostałem przy tym kuksańca - Mów!
- Igor w naszych czasach schował swój łup. Aleksandryty, to bardzo cenne kamienie szlachetne. Jak będziesz grzeczna, to odpalę ci jeden.
- A Igor?
- Igor będzie martwy w chwilę po tym, jak będę miał je w ręku. - odparłem.
- Wielki Drak pospolitym złodziejem... straszne. I myślisz, że on nie zdaje sobie z tego sprawy? Musi być strasznym głupcem skoro tak jest. - stwierdziła Luna.
Nie był. Wiedział, co dla niego szykuję, ale to był problem na później. Teraz należało szybko dojechać do wioski.
- Draku, wiesz, podobało mi się, jak mnie wziąłeś. Możesz mnie wiązać, kiedy chcesz, to było fajne...
- Brakowało mi cię... - przyznałem.
Właśnie przejeżdżaliśmy przez strefę wyrzutów sumienia... Z trudem oboje powstrzy-maliśmy się przed powiedzeniem sobie innych głupot, a kiedy doszliśmy do siebie nie wracali-śmy do tego krótkiego dialogu. Szkoda, że musiałem ją zabić... A może nie? Przecież już zmieniłem przeszłość. Zabrałem ją z Vu, nie musiała tam wracać. Może tutaj odejdzie jej ocho-ta zabijania mnie... Wystarczyło ją jakoś do tego umotywować.
- Luna... Dam ci tą połowę aleksandrytów... - ledwo przeszło mi to przez gardło.
- Znowu? Ja nic nie czuję... - odparła.
W pierwszej chwili nie zrozumiałem jej. Szybko jednak załapałem.
- Lubię cię, a to nie są wyrzuty sumienia, to moja decyzja. Świadoma.
- Ja też cię lubię... Wiesz, myślałam o tym, że razem bylibyśmy lepsi, niż osobno. Co o tym myślisz? - spytała.
- Też tak sądzę. Pogadamy jeszcze na ten temat. Spójrz, to ta wioska, a to, co mijamy, to pola venenum.
Dziwne, w zasadzie próbowała jeszcze niedawno mnie zabić, bo uważała, że dla nas dwojga nie ma wystarczająco dużo miejsca we wszechświecie, a teraz mówiła o wspólnej pra-cy. Może to wpływ tego, że przeszłość zostawiliśmy daleko za sobą? A może mydliła mi tylko oczy ładnym tekstem? Decyzję o tym, co z nią zrobić musiałem odłożyć na później. Teraz na-leżało ratować ekipę.
W wiosce przyjęto nas z radością, choć oczekiwałem więcej entuzjazmu, wszak mieli-śmy być ich bohaterami.
Poszliśmy do chaty. Wymyłem dokładnie we wrzątku strzykawkę po mikainie i napełni-łem ją antidotum. Zaaplikowałem każdemu równą dawkę i czekałem na reakcję. Mikaina speł-niła swoje zadanie, a teraz razem z trującym alkaloidem była wypłukiwana z ich organizmów w trybie przyśpieszonym. Zaczęli ostro wymiotować, zwijali się z bólu, choć jeszcze nie byli w pełni świadomi. Po kilku godzinach walki z trucizną, krańcowo wyczerpani zasnęli. Teraz po-winni dostać dożylnie wszystkie wypłukane mikroelementy, ale nie zamierzałem brać tu ze sobą całej apteki. Najważniejszy był Igor, a on miał silny organizm, więc powinien przeżyć. Ineta też była młoda, a Markiem nie przejmowałem się specjalnie.
Kiedy ja zajmowałem się ratowaniem drużyny, Luna zrobiła rekonesans po wiosce. Przyniosła nam coś do jedzenia.
- Spokojnie. - odparła na moje niepewne spojrzenie - Najpierw kazałam spróbować to miejscowemu. Jakie mamy plany?
Dobrze było znów mieć ją pod ręką. Paradoksalnie, była jedyną osobą, której mogłem zaufać.
- Jak tylko upewnię się, że nic im nie będzie, ruszamy w drogę. Nie ma co zwlekać. Mamy robotę do wykonania.
- A może by dać sobie z tym spokój, wyciągnąć od tego zdechlaka, gdzie schował ka-mienie i wrócić do naszych czasów? Mielibyśmy pół wieku na to, żeby taplać się w luksusach. Przy naszym trybie życia, raczej dłużej nie pociągniemy.
- Nie wiem, jak ty, ale ja mam zamiar umrzeć grubo po setce. A co, boisz się?
- Ja? Czego? Po prostu szukam łatwiejszych rozwiązań.
- Widzisz, Luna, w naszym fachu nie można iść na łatwiznę. Jak raz zaczniesz się cofać, to już ci tak zostanie. Zresztą jest znów okazja rozwalić coś na Ziemi, tym razem będą nas za to kochać, a nie skazywać na śmierć.
- Jak uważasz, to twoja impreza. Idę spać i nie budź mnie. Chyba, że będzie się coś działo.
Zasnęła chwilę po tym, jak się położyła. Tak potrafili tylko ludzie z czystym sumieniem, albo całkowicie go pozbawieni, jak my...
Sam nie wiem, kiedy i mnie zmorzył sen. Obudziło mnie jęknięcie. Otworzyłem oczy. Ku mojemu zaskoczeniu to był klecha.
- Ledwo żyję, co się stało, synu? - spytał z trudem.
- Otruli nas... - w kilku zdaniach opowiedziałem całą historię.
- Dziękuję... dziękuję, że nie pozwoliłeś mi umrzeć... Zawsze wiedziałem, że odrobina dobra tkwi gdzieś w głębi ciebie. Wiem, że mnie nie lubisz. Wiem, że najchętniej pozbyłbyś się mnie i tylko z jej powodu - skinął głową na Inetę - zaniechałeś tego. Ale teraz mogłeś po pro-stu nie podać mi antidotum. Nie zapomnę o tym...
- Eee... - machnąłem tylko ręką.
Co on mógł? Choć rzeczywiście nie musiałbym nic robić, a klecha poszedłby do swoje-go Boga.
Niedługo po Marku oprzytomniała pozostała dwójka. Znów musiałem opowiadać zaj-ścia ostatnich dni, choć dla nich wszystko trwało ledwie kilkanaście godzin. Byli nadal krań-cowo wyczerpani, ale nic im już nie groziło. Obudziłem Lunę i poinformowałem, że czas się zbierać. Ineta dokładnie wytłumaczyła nam, jak dotrzeć do bazy Obcych i jeszcze raz powie-działa, co mamy robić.
Czekała nas długa droga - dwa dni jazdy konnej. Zabraliśmy ze sobą prowiant i ruszyli-śmy. Luna nigdy nie zajmowała się hippiką, toteż wzięliśmy tylko jeden żywy środek lokomo-cji.
Podróż spędziliśmy na wspominaniu dawnych czasów. Opowiedziała mi jak trafiła do Mafii i jak udało się jej zostać Starszą Siostrą. Okazało się, że zgodnie z procedurą chciano postawić ją na ulicy jako prostytutkę. Jednak jej pierwszy klient okazał się sadystą. Prawdopo-dobnie pierwsze uderzenie w twarz zmieniło jej przyszłe życie. Zamiast grzecznie poddać się silniejszemu od niej facetowi, złamała mu nogi w kolanach, a potem kopała go i skakała po nim tak długo, jak dawał jeszcze oznaki życia. Na jej szczęście nie zabiła go, inaczej jej uszy trafi-łyby do kolekcji Xiena. Postanowiła też zemścić się na alfonsie, który ją wystawił. Poszła do Dziadka, by ten pozwolił jej na pojedynek. Znając Xiena, nawet ucieszył się, że dzieje się coś ciekawego i ponoć osobiście oglądał walkę. Luna zażądała, żeby o rozstrzygnięciu decydowała śmierć pokonanego. Wyzwany miał prawo wyboru broni. Zdecydował się na krótkie noże. Sama przyznała, że miała trochę szczęścia, bo przeciwnik ją zlekceważył i pozwolił się kopnąć w krocze. Osłabiony nie był w stanie skutecznie bronić się przed jej popisowym, jak widać łamaniem kolana. Zdołał jedynie głęboko ciąć ją w łydkę. Pokazała mi bliznę. On jednak skoń-czył z głęboką raną na krtani i w konsekwencji bez ucha.
Dalej poszło już łatwiej. Xien pozwolił jej na dołączenie do Dzieci Ulicy. W swoim gangu szybko przekonała do siebie Młota, a potem wspólnie uknuli spisek przeciwko ich Starszemu Bratu, co skończyło się dla niego odgórnym wyrokiem. Szybko dokooptowali do swojej grupki dzieciaka, który miał zmysł komputerowy, a Luna awansowała na przywódcę bandy. Robili małe akcje, dające niewielki dochód, ale nigdy nie narzekali na brak czegokolwiek. W końcu trafił im się prawdziwy rarytas - dwójka bogoli. Myśleli, że wreszcie zarobią tyle, by awansować w hierarchii Mafii i zacząć zarządzać innymi grupami. Niestety tym bogaczem byłem ja.
Okazało się też, że Luna za zarobione pieniądze brała prywatne lekcje. Nie chciała być gamoniem. To wyjaśniło mi, dlaczego wydawała mi się mądrzejsza od przeciętnego Dziecka Ulicy. Planowała swoją karierę z rozmysłem i znając ją mogłem stwierdzić, że dopięłaby celu, ale moja osoba zmieniła całkiem jej świat. Od razu miała możliwość wypłynięcia na głęboką wodę. Odpowiadało jej to.
Ja ze swojej strony opowiedziałem jej o mojej walce na Arenie i pierwszej wizycie na Ziemi. Słuchała z zapartym tchem, a było czego.
W końcu, drugiego dnia podróży, dotarliśmy w pobliże bazy Ufoli. Budowla była spo-ra, w zasadzie składała się z trzech połączonych hal. Dwie ponoć miały być magazynami, a trzecia, centralna, celem naszej eskapady. Nie zatrzymywaliśmy się, by cokolwiek omawiać, bo i nie było żadnego planu. Ineta nie podała szczegółów dotyczących wnętrza budynku, najwi-doczniej ich nie znała, a więc wszystko należało do nas.
Niepokoiły mnie jedynie te lasery, przed którymi nie mieliśmy żadnej obrony. Postano-wiłem, że nie będziemy na nie zważać, tylko podjedziemy pod wejście. Nabrałem już sporej wprawy w prowadzeniu konia, a ten był wypoczęty. Miałem zamiar kluczyć. Liczyłem, że to zdezorientuje urządzenia naprowadzające. Jeśli to by nie pomogło, czekała nas szybka śmierć. Jednak zawsze wierzyłem w mój instynkt, a ten nie sugerował mi jakiegoś większego zagroże-nia.
Jak postanowiłem, tak zrobiliśmy. Gdzieś na sto metrów przed bazą poczułem znane już wrażenie przygnębienia. Nie zamierzałem tym razem mu się poddawać, bo walczyłem o życie. Przeszła mi tylko przez głowę myśl, że oszukuję i Lunę i siebie. Nie będę potrafił podzielić się z nią łupem. Byłem na to zbyt chciwy...
Ze strachem oczekiwałem pierwszych wystrzałów, które jednak nie następowały. Nie powiem, żeby mnie to martwiło. Dotarliśmy do celu, a wrażenie, że jestem niegodziwcem mi-nęło. Chyba jednak miałem troszkę sumienia, ale było ono tak szczątkowe, że ani razu nie przeszło mi nawet przez myśl, by cokolwiek sobie zrobić. Robiło mi się jedynie przykro. Ale z tym można żyć.
Zsiedliśmy z konia i przyjrzeliśmy się wejściu.
- Draku, gdzie były te twoje lasery, co? - w głosie Luny wyczułem ironię.
- Spytaj Inety. To jej wymysł.
- Od tej jazdy rzygać mi się chciało. A co teraz?
- Teraz wchodzimy...
Łatwo było powiedzieć, gorzej z realizacją. Nigdzie nie widać było żadnego przycisku, ani innego urządzenia, które pozwoliłoby dostać się nam do środka.
- Może zapukamy? - rzuciła.
Swój plan wcieliła w życie. Troszkę zdziwieni stwierdziliśmy, że to był dobry pomysł. Wrota rozsunęły się, a Luna tylko wzruszyła ramionami i pierwsza przekroczyła próg.
Jakoś głupio czułem się tu bez broni. Przydałby się choć nóż, cokolwiek, byle nie stać z pustymi rękoma.
Baza od środka wyglądem przypominała to, co widzieliśmy na Vu. To była plątanina słabo oświetlonych korytarzy. Nie miałem pojęcia, w którą stronę iść. Ruszyliśmy więc przed siebie. Oboje byliśmy przygotowani na kontakt z Ufolami. Jednak przez pierwsze kilkadziesiąt metrów nie napotkaliśmy żadnego. Zaczynaliśmy się niecierpliwić i nużyć. Potrzebowałem jakiejś akcji.
W końcu dostrzegliśmy jakiś ruch przed nami. Sami też zostaliśmy zauważeni. Wresz-cie miałem okazję zobaczyć prawdziwego Obcego na własne oczy. Tamten na Vu był mieszań-cem, ale generalnie podobnym do oryginału. Gość był niższy ode mnie o jakieś dwadzieścia centymetrów, miał może trochę ponad półtora metra, długie ręce i krótkie nogi. Ubrany był w jakieś białe zwiewny szatki, w coś na kształt płaszcza. Był wyraźnie zaskoczony naszą obecno-ścią, stał jak wryty i nie podejmował żadnych działań. Ruszyliśmy do niego biegiem. Nim go dopadliśmy zaczął przed nami uciekać. Na swych przykrótkich nóżkach nie był jednak w stanie szybko się poruszać. Zaczął wydawać z siebie jakiś piskliwy ton. Przypuszczałem, że była to oznaka strachu.
Dorwałem go przed Luną. Złapałem gnojka za ubranie i zatrzymałem, rzucając o ścia-nę. Chwyciłem go za szyję i podniosłem do góry. Był dość lekki. Spojrzałem mu w oczy, bar-dzo przypominające ludzkie. Z łatwością wyczytałem z nich emocje, jakie nim targały. On się naprawdę bał! Zacisnąłem palce.
- Jak takie gówno opanowało Ziemię? - zdziwiła się Luna.
- Technika, dziewczyno. Przewyższają nas w tym z pewnością. Ale fizycznie... o po-patrz, he he. - Ufol zwiotczał - Wystarczy jeden mały, głupi Drak i o jednego Ufola mniej.
- Kurwa, uważaj! - Luna złapała mnie za ramię.
Puściłem Obcego i spojrzałem w kierunku zakrętu korytarza, zza którego wypadło kil-ku konusów. W rękach mieli stare, dobre i nie działające na nas zmiękczacze słabych umysłów. Błysnęło i Ufole zaczęli uciekać, my oczywiście ruszyliśmy w pogoń. Dopadaliśmy jednego po drugim. Ja łamałem im karki, a Luna przetestowała na nich skuteczny, jak się okazało, cios w nasadę nosa. Oboje dobrze się bawiliśmy. Po drodze złapałem jedną z ich broni. Gdyby nie ferwor walki i adrenalina, pewnie znów bym się rozkleił. Jednak nie miałem czasu, by zacząć mówić Lunie, jak bardzo mi przykro, że ją zastrzeliłem. Troszkę spowalniało to moje myśli, ale już dawno nauczyłem się zabijać instynktownie. Luna radziła sobie nie gorzej ode mnie. Ja zaliczyłem pięciu, dziewczyna trzech. Ostatni, za którym biegliśmy wpadł do jakiejś większej sali z masą urządzeń. Obsługiwało je kilku innych Obcych, a jeden z nich złapał za jakiś przed-miot, którego nie znałem. Na chwilę zamarłem, za to Luna rzuciła się na mnie na tyle mocno, że oboje runęliśmy na podłogę. W tym samym momencie Ufol wystrzelił, a za moimi plecami pojawiła się dziura w ścianie wielkości pieści.
Otępienie umysłu minęło i musiałem szybko coś zrobić, bo na to, co trzymał w ręku z pewnością nie byłem odporny. Dałem nura do przodu i turlając się jednocześnie usiłowałem dopaść kurdupla, który o mało mnie nie zabił. W tym samym czasie Luna uniosła innego Ob-cego i rzuciła nim w kierunku zagrożenia. Jej chyba też adrenalina podskoczyła, bo mimo wszystko nie sądziłem, że normalnie byłaby w stanie to zrobić. Jednak w ten sposób zdezorien-towała Ufola i dała mi czas, bym złapał go za rękę, którą błyskawicznie złamałem w łokciu. Wyrwałem mu broń i wcisnąłem przycisk, jaki na niej się znajdował. Celowałem w jego łeb. Nic z niego nie zostało. Luna właśnie rozprawiała się z pozostałymi, nie dając mi się pobawić nową zabawką.
Oboje staliśmy mocno zdyszani. Czekaliśmy na kolejnych wrogów, ale ci nie nadcho-dzili. Wyglądało na to, że nikogo więcej tu nie było.
- Dzięki... - powiedziałem z trudem.
Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek zawdzięczał komuś życie. Gdyby nie refleks Luny, byłoby po mnie.
- Podziękujesz mi aleksandrytami. - odparła - Co dalej?
- A skąd ja mam niby wiedzieć? Ineta mówiła, że we dwoje musimy coś wcisnąć jedno-cześnie. Ale za cholerę nie wiem, co to ma być, zobacz ile tu przycisków.
- To wciskajmy wszystkie po kolei, zobaczymy, co się stanie. - stwierdziła.
Już miałem ją skrytykować, kiedy przypomniałem sobie jej propozycję zastukania do drzwi. Zaczęliśmy więc robić to, co zaproponowała i zaczęły się włączać jakieś alarmy.
- Udało się nam? - spytała.
- Luna, przestań się głupio pytać, bo wiem tyle, co ty! Strzelę do tego dla pewności.
Zacząłem ładować z broni Obcych do wszystkich stojących tu urządzeń. Coś zaczęło iskrzyć. W końcu wybuchł pożar.
- O! To lubię! - krzyknąłem rozradowany.
- Wiesz, co? Lepiej stąd spadajmy. - zauważyła dziewczyna.
Nie zamierzałem się z nią sprzeczać, bo ogień stawał się coraz większy. Nigdy nie mia-łem problemów z topografią terenu, toteż bezbłędnie znalazłem drogę do wyjścia. Dotknąłem zamkniętych drzwi, które natychmiast się otworzyły. Znów znaleźliśmy się na świeżym powie-trzu. Za naszymi plecami rozległa się seria głośnych wybuchów. Koń, który na nas czekał wy-dawał się mocno spłoszony. Wsiedliśmy na niego i spokojnie oddaliliśmy się na bezpieczną odległość. Z daleka obserwowaliśmy dzieło zniszczenia. Fajerwerki były piękne. Najładniej wybuchały budynki ze zmagazynowanym sokiem venenum. Zmierzchało, a łuna na szarzejącym niebie była imponująca.
- Z tego, co wiem o Tobie, to jak jesteś w Układzie Słonecznym, to zawsze musisz coś spalić! - zaśmiała się Luna, pierwszy raz odkąd ją poznałem.
- Jak słusznie zauważył Skinderis, to mój znak firmowy, ale ostatnie dwa razy były z tobą, mała.
- Nigdy mi nie powiedziałeś, co się stało ze mną po tym, jak złapali cię N'Gue z Fa-ithem...
- Nie wiem... - skłamałem. - Ale przecież zmieniliśmy przeszłość, więc nie masz się o co martwić, prawda?
- Masz rację, jedźmy do Igora. Chcę wreszcie zobaczyć te kamyki.
Z żalem zawróciłem konia w stronę wioski. Widok, który zostawialiśmy za sobą był za-iste imponujący.
Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że tym razem nie odczułem żadnych wyrzutów su-mienia. Najwyraźniej wysadzając budynek, zlikwidowaliśmy bariery. Cieszyło mnie to bardzo, bo nie chciałem się znów rozkojarzyć.
Droga powrotna dłużyła nam się niemiłosiernie. Opowiadałem Lunie o swoich pierw-szych zleceniach, a i dyskretnie wypytywałem ją o to, co robiła po naszym powrocie z Marsa. Nie przyznała się do spotkania z Xienem, ani Suzie. Znów zaczynałem robić się podejrzliwy. Chyba wracałem do pełni władz umysłowych, bo zacząłem uświadamiać sobie, że dziewczyna nie ma żadnych skrupułów, jak zresztą i ja. Mogłem więc spokojnie wniknąć w jej umysł.
Ja na jej miejscu udawałbym, że jest ze mną, ale po cichu zastanawiał się, jak zdobyć wszystko dla siebie. To, że ją lubiłem nie mogło mieć żadnego znaczenia. Przecież ona nie za-wahała się ani na moment, wręczając mi broń, kiedy była pewna, że się z niej zastrzelę. Jeśli chciała mnie zabić dla marnych paru milionów i wolności, tym bardziej zrobi to dla aleksandry-tów, które, jeśli są tak wielkie, jak mówił Igor, są warte kilka razy więcej, niż dostałaby za mnie.
Może i mnie podziwiała, ale doskonale wiedziałem, że jedynymi ludźmi, jakich znałem, a którzy mogli się ze mną równać byli Fuzulin i Luna. Fiz sam się zabił, czym okazał swoją słabość. Luna zaś była może słabsza ode mnie fizycznie, ale umysł miała bystrzejszy. Była błyskotliwa, miała świetny refleks i doskonałą ocenę sytuacji, której zawdzięczałem życie. Ona też jak przypuszczam zdawała sobie sprawę ze swoich zalet, a dla każdego ucznia największym wyzwaniem było pokonać swojego nauczyciela. W naszym fachu oznaczało to, że musiała mnie zabić. Co prawda w duecie bylibyśmy znacznie groźniejsi, ale w jej młodym umyśle z pewnością takie rozwiązanie nie wchodziło by w grę. A jednak po tej dogłębnej analizie nadal nie potrafiłem jej zabić tak po prostu. Chciałem znaleźć inne rozwiązanie...
W dzień nic mi nie groziło, ale w ciągu obu spędzonych na pustkowiu nocy, spałem z jednym okiem otwartym. Luna zaś nie dała mi poznać, co jej po głowie chodziło i w takiej dość napiętej atmosferze dotarliśmy do wioski.
Miejscowi wraz z Inetą witali nas już z daleka.
- Udało się? - spytała wciąż jeszcze blada dziewczyna.
- Jasne, ale było gorąco... - otoczył nas tłum chcący usłyszeć nowiny. - Przed ich bazą były bariery, niegroźne dla nas, ale tak jak mówiłaś, były jeszcze lasery, ledwo przez nie prze-szliśmy. - zamierzałem troszkę upiększyć naszą misję - Na miejscu walczyliśmy z całą bandą Ufoli. Strzelali do nas z tego.
Zademonstrowałem zdobyczną broń.
- Jak już ich rozpieprzyliśmy, wysadziliśmy całość. Powciskaliśmy z Drakeim jakieś przyciski i zrobiło się wielkie bum. - skróciła opowieść Luna - Głodna jestem!
Ludzie zaczęli świętować. Uchodziliśmy w ich oczach za bohaterów. I pomyśleć, że dwa pokolenia temu, ich przodkowie, a może i kilku z nich tak bardzo pragnęło mojej śmierci.
- A co u was? - spytałem Inety, udając się do naszej chaty.
- Ja i Marek już wydobrzeliśmy, ale z Igorem jest bardzo źle, wygląda na to, że umiera.
- Jak to? Przecież kiedy odjeżdżaliśmy, wyglądało na to, że wraca do zdrowia. - byłem zaniepokojony.
- Wiedziałam... - jęknęła Luna - Ciągasz mnie po przyszłości, a jedyny powód, dla któ-rego to wszystko ma sens, zamierza sobie spokojnie umrzeć. Co mu jest?
- Nie wiemy, Marek siedzi przy nim cały czas. Wygląda na to, że udało mu się nawrócić Igora. I to lepiej niż ciebie. - Ineta nie była najwyraźniej tym zachwycona.
- Mówiłem, żeby go zabić, sama tego chciałaś.
- Zawsze możemy to jeszcze zrobić, nabrałam sporej wprawy. - zaoferowała się Luna.
- Nie! Żadnego zabijania. - Ineta nadal obstawała przy swoim.
Weszliśmy do chaty. Marek klęczał przy głowie Igora, a ten coś mu szeptał. Wyglądał naprawdę źle, musiałem go obejrzeć.
- Wyjdźcie, proszę. - w głosie Marka nigdy jeszcze nie słyszałem takiej pewności - Prowadzę spowiedź.
- Twoja spowiedź... Lepiej ja z nim pogadam! - warknąłem.
- Poczekaj, synu. - zwrócił się do Igora.
Klecha podszedł do mnie i odciągnął na bok.
- Borysie, wierz mi, że nie powinieneś mi przeszkadzać. - szepnął.
- A to niby, czemu?
- Zaufaj mi choć raz.
Zawahałem się, by po chwili nie móc uwierzyć we własne słowa.
- Masz pół godziny, potem jest mój. A jak umrze, zanim z nim pogadam, to ty polecisz po nim. - stwierdziłem.
Znów byłem zły na siebie. Zacząłem przejmować złe maniery, gdyż zamiast działać, znów groziłem. A do tego uległem. Machnąłem tylko ręką i ruchem głowy nakazałem reszcie wyjście. Luna spojrzała na mnie jak na wariata. Odwróciłem głowę, by nie czuć na sobie cięża-ru jej wzroku.
We wsi trwała uczta. Dołączyliśmy do miejscowych. Jednak wszyscy byliśmy zaafero-wani złym stanem zdrowia Igora. Inecie, co już wcześniej zauważyłem wpadł w oko, my z Luną liczyliśmy na zdobycz.
Kilkanaście minut później dołączył do nas klecha.
- Chodź, już skończyłem. - powiedział.
Zerwałem się z miejsca i ruszyłem pośpiesznie w stronę chaty, Marek szedł ze mną.
- A ty, czego tu? - warknąłem zły.
- Chciałem z tobą porozmawiać... - zaczął jakoś tajemniczo - Widzisz nie do końca je-stem tym, za kogo mnie uważasz...
- Nie jesteś klechą?
- Jestem, ale nie takim jak myślisz. Jestem detektywem kościelnym. A w zasadzie byłem zwykłym księdzem, dopóki nie pojawiła się Ineta. Jakiś czas temu z kościoła w Brazyli zginęła kolekcja kamieni szlachetnych...
- Mów, zaczyna się robić interesująco. - ponagliłem.
- To była dla nas wielka strata, ale ani my, ani policja nie mogliśmy dojść do tego, kto był sprawcą kradzieży. I wówczas w mojej parafii pojawiła się Ineta. Powiedziała mi, że kra-dzieży dokonał mężczyzna o imieniu Igor. Nic więcej nie zdradziła. Każda informacja była jed-nak bardzo cenna. Przekazałem ją odpowiednim organom kościelnym. Włączono mnie do sprawy, zaczęliśmy szukać, aż dotarliśmy do pewnego turysty o takim imieniu, który był w czasie kradzieży na wycieczce w tamtych okolicach. Nie mogliśmy jednak niczego mu udo-wodnić. W końcu przekazaliśmy wszelkie poszlaki policji, a ta uznała to za wystarczający do-wód, by wytoczyć proces. Ławnicy nie byli do końca przekonani o jego winie, ale nacisk Ko-ścioła był tak wielki, że udało się go skazać na dożywocie. Jednak on nigdy nie przyznał się do winy. Nie powiedział też, rzecz jasna, gdzie schował kamienie. Wówczas znów pojawiła się Ineta i powiedziała, że zamierza wcielić Igora do jakiejś misji wojskowej. Zaproponowała, żebym dołączył do niej. Jednak moje pojawienie się ot tak, mogło wzbudzić jego podejrzenie. Wówczas na Ziemi pojawiłeś się ty i zapragnąłeś się nawrócić. Ineta powiedziała, że mimo, że oficjalnie skażą cię na śmierć, tak naprawdę, też zostaniesz włączony do tej operacji, a ja mogę pójść z tobą, jako twój przewodnik duchowy. Szybko zorientowałem się, że wiara jest ci dale-ka, ale musiałem udawać głupiego i grać swoją rolę jak najdłużej.
- He... Nieźle ci wyszło. - przyznałem coraz bardziej ciekaw.
- Pewnie, gdyby nie Ineta, już dawno byś się mnie pozbył, ale ta dziewczyna chroniła mnie przed tobą jak mogła. Ma na ciebie duży wpływ na moje szczęście. Moim zadaniem było oczywiście dowiedzieć się, gdzie Igor ukrył kamienie. Miałem dobry plan. Musiałem wywołać u niego objawy przedśmiertne, by nawrócić chłopaka i wysłuchać jego spowiedzi.
- To ty go otrułeś? - teraz dopiero mnie zaskoczył.
- Nie otrułem. Przez cały czas miałem ze sobą środek wywołujący ogromne osłabienie organizmu, wietrzeje on po kilku godzinach, ale podawany systematycznie może doprowadzić do stanu agonalnego. Za kilka godzin Igor będzie znów zdrowy. Ale jak widziałeś, udało mi się doprowadzić moją misję do końca.
- Czyli, że wiesz, gdzie są aleksandryty?! - księżulo był naprawdę niezły.
- Wiem. Moim celem było początkowo wrócić z tą wiedzą do naszych czasów, by Ko-ściół znów je odzyskał, ale moje plany uległy poważnym zmianom. Świat jest w rozpadzie, przez dwa lata Obcy potrafili zniszczyć w ludziach spore pokłady wiary. Czuję się w tej chwili, jak dawni misjonarze. Należę do grupy ludzi, którzy przynieśli światu wybawienie. Nie krzyw się, wiem, że to głównie twoja zasługa, ale i mnie przy okazji coś z tego skapnie. Chcę tu zo-stać i odbudować siłę Kościoła, nie potrzebuję do tego majątku, wystarczy mi potencjał, jaki dzięki tobie i twojej przyjaciółce posiadam. Poza tym zawdzięczam ci życie, a obiecałem ci, że tego nie pożałujesz.
- Chcesz dobrowolnie powiedzieć mi, gdzie są? - nie bardzo go rozumiałem.
- Tak. Zasługujesz na nie. Są na cmentarzu "Eszaki temeto" w węgierskiej miejscowo-ści Nyiregyhaza. Szukaj grobu Lajosa Kertesza, zmarłego w 2147 roku. Kamienie są w gro-bie... Właśnie zdradziłem tajemnicę spowiedzi. Ale nie czuję się winny.
- Węgierskiej? Co to jest?
Marek wytłumaczył mi wszystko dokładnie. Poklepałem go po ramieniu. Oszukać mnie nie było zwykle łatwo, ale temu człowiekowi udało się to doskonale. Robił z siebie głupca, czym nie wzbudzał nigdy moich podejrzeń. Ineta miała rację, nie warto wszystkich od razu zabijać, bo nie wiadomo, kto może okazać się przydatny w przyszłości. A co do Inety, to za-czynała mnie coraz bardziej intrygować. Każdy nasz krok wydawało się, że był przez nią reży-serowany. Jednak teraz przyszedł czas, by kto inny zaczął podejmować decyzje o losach tej eskapady. Miałem już wszystko, co chciałem. Choć zastanowiłem się, czy aby klecha mówił prawdę, czy też znów próbował mnie wykiwać? Szybko jednak uzmysłowiłem sobie, że prze-cież ryzykował tym, że wezmę go ze sobą na poszukiwania. A więc pozostawało wcielić w życie plan, który właśnie powstał w mojej głowie. Zamierzałem załatwić wszystko jednym ru-chem.
Podekscytowany, od razu ruszyłem do akcji. Świętowanie trwało, więc udało mi się przemknąć do stajni niezauważony. Wziąłem konia i ruszyłem w drogę ku przeszłości. Byłem geniuszem!
Konia zajechałem prawie na śmierć. Musiałem się śpieszyć. Dziewczyny nie były głupie i pewnie szybko domyślą się, że mnie nie ma. Dojechałem do wrót czasowych i zsiadłem z wierzchowca. Przypomniałem sobie moje ostatnie zejście, a właściwie spadek ze schodów. Tym razem nie mogłem sobie na to pozwolić. Miałem kilka chwil na wykonanie zadania. W lewej ręce trzymałem broń niszczącą przedmioty, w prawej ludzkie umysły.
Zrobiłem krok we wrota. Tym razem trafiłem bezbłędnie. Błyskawicznie znalazłem się na dole i jednocześnie błysnąłem przed siebie i wystrzeliłem w machinę utrzymującą wrota cza-sowe. Liczyłem, że pocisk przebije się przez kuloodporną szybę. Spojrzałem w górę i zobaczy-łem nad sobą sufit. Zwyczajny sufit. Wiedziałem, że wygrałem. Faith, który jako jedyny stał przy schodach patrzył na mnie ze zdziwieniem.
- Co ty robisz? - spytał zaskoczony, sięgając po pistolet.
- Nawet o tym nie myśl. - wycelowałem w niego z broni - Zmieniłem plany, kolego. Powinniście byli mnie jednak zamrozić.
Po chwili namysłu strzeliłem do niego. Z okresu nawracania mnie przez Marka pozostało mi w głowie to, że samobójcy nie idą do nieba. W sumie lubiłem go, więc nie mogłem mu pozwolić odebrać sobie życia. Chyba jednak stawałem się troszkę sentymentalny.
Za szybą panował popłoch, ale było to raczej zaskoczenie, niż chęć zrobienia sobie krzywdy. Najwyraźniej błyskacz, jak zacząłem nazywać broń Obcych, nie przebijała się przez przeźroczyste bariery. Wywaliłem więc w niej kilka dziur, likwidując przy okazji dwóch żołnie-rzy i przebiłem się do drugiego pomieszczenia. Tu znów użyłem błyskacza. Niestety zanim zadziałał, ostatni z wojskowych strażników zdołał do mnie strzelić. Nim zdążyłem uskoczyć, kula przeorała mi prawe ramię. Wypuściłem z ręki skuteczniejszą broń i próbowałem unikać kolejnych kul, chowając się za jakimś urządzeniem. Szkoda, że nie było ze mną Luny. Wyglą-dało na to, że już jej nigdy nie zobaczę. Zdawałem sobie sprawę, że tam w przyszłości kilka godzin, trwało tutejszy ułamek sekundy. Więc jeśli szybko nie zamknąłbym wrót, po chwili zeskoczyłaby za mną rozeźlona Luna. A widziałem, co potrafi robić, gdy jest odpowiednio umotywowana...
Ręka całkiem solidnie krwawiła. Po dźwiękach, jakie do mnie dochodziły, słyszałem, że pozostali w pomieszczeniu ludzie już się wykończali. Mogłem więc ruszyć dalej.
Musiałem szybko znaleźć medbox, gdyż wykrwawiając się daleko bym nie uszedł. Wiedziałem, gdzie jest, po ostatniej wizycie tutaj. Wcześniej jednak musiałem załatwić kilku żołnierzy, tym razem bronią konwencjonalną. Stoczyliśmy piękną batalię, która skończyła się dla nich zejściem. Ja dostałem w nogę i brzuch. Najwyraźniej starzałem się, byłem coraz wolniejszy. Doczołgałem się do pomieszczenia medycznego, zostawiając za sobą smugę krwi. Ostatkiem sił przebiłem się do środka i włączyłem urządzenie. Ułożyłem się w medboksie i odpłynąłem.
Obudziłem się po kilku godzinach. Byłem wciąż jeszcze osłabiony. Tym razem przesa-dziłem, gdyby ktokolwiek jeszcze tu był, byłoby po mnie. Obiecałem sobie, że to moja ostatnia wizyta na Ziemi.
Poruszyłem nogą, potem barkiem. Jeszcze trochę bolały. Nie mogłem jednak czekać, aż przyjdzie druga zmiana i dokończy dzieła poprzedników. Lekko kulejąc ruszyłem ku wyjściu. Nie miałem na razie żadnego konkretnego planu, jak dostać się na węgierski cmentarz, ale w tej chwili większym moim zmartwieniem było, czy nie dostanę wylewu wewnętrznego. Nie miałem pewności, na ile zasklepiły się moje rany w brzuchu.
Postanowiłem skorzystać ze statku Faitha, miałem nadzieję, że nie zmienił kodów star-towych, które odruchowo zapamiętałem. Zabrałem ze sobą obie bronie Ufoli oraz leżący przy jakimś trupie karabinek. Tak wyposażony opuściłem laboratorium. Kod do drzwi wejściowych na szczęście też zapamiętałem.
Na zewnątrz słońce już zachodziło. Panował tu niewielki ruch. Błysnąłem na wszelki wypadek we wszystkich kierunkach, odczekałem chwilę i ruszyłem do statku. Po drodze za-trzymał mnie jakiś żołnierz, ale zanim zadał mi jakiekolwiek pytanie, jego uwagę zwrócił wy-strzał. Troszkę zdezorientowany nie wiedział, czy ma mnie sprawdzić, czy zobaczyć, co się dzieje. Po chwili inni też zaczęli strzelać do siebie. Ten mój, najwyraźniej nietrafiony z błyska-cza ruszył jednak zobaczyć, co się dzieje, dając sobie kilka minut życia więcej. Inni szczęścia-rze zapewne też skupili uwagę na uśmiercających się kolegach, bo nikt więcej mnie nie zacze-piał.
Dotarłem do celu i wklepałem kod wejścia. Właz rozsunął się. Wszedłem do środka. Tu byłem bezpieczny i dobrze uzbrojony. Uruchomiłem komputer pokładowy. Oczywiście Faith nie miał kiedy niczego zmienić, przecież od mojego wejścia do wrót i ponownego pojawienia się minęło ledwie kilka chwil. Uniosłem się nad bazą, by po chwili spuścić na nią część arsena-łu, którym dysponowałem. Miałem nadzieję, że w ten sposób zniszczyłem wszelkie ślady po podróżach w czasie.
Dla pewności puściłem jeszcze kilka bomb i ruszyłem na południe. Podróż w atmosfe-rze miała trwać jakieś pół godziny, spożytkowałem ten czas na wylegiwanie się w medboksie pokładowym. Kiedy wstałem czułem się już znacznie lepiej.
Wylądowałem nieopodal cmentarza. Wyszedłem ze statku i rozejrzałem wokoło. Wła-śnie podbiegał do mnie jakiś człowiek.
- Co pan tu robi? To nie lądowisko! Najbliższe jest na południu miasta. Nawet statek Floty nie ma prawa wypalać ziemi przy zabytkowym cmentarzu!...
Rzeczywiście miejsce nie było najodpowiedniejsze, ale nie miałem czasu, ani ochoty tłumaczyć się wieży lądowiska, skąd wziąłem admiralski statek. Na rozmówcy zaś sprawdziłem pukawkę z wziętą z laboratorium. Broń obcych była bezodrzutowa, ale ja wciąż bardziej wola-łem, jak coś drżało mi w ręku.
Na szczęście i dla mnie i dla innych, nikt więcej mi nie przeszkadzał. Pewnie, gdyby by-ło widno, zdecydowałbym się lądować poza miastem.
Kiedy przekroczyłem próg cmentarza, zreflektowałem się, że postawiłem przed sobą nie lada zadanie. Cmentarzyk, który widziałem w przyszłości był maleńki w porównaniu z tym. Ineta znów miała rację, zanim następny raz kogoś zabiję, dwa razy się wcześniej zastanowię. Ten człowiek, z którym przed chwilą rozmawiałem, zapewne lepiej się orientował w terenie. Ale było już za późno. Zacząłem chodzić z latarką od grobu do grobu. Szybko się zorientowa-łem, że w części, w której byłem wszyscy umierali przed rokiem 2100. Zacząłem szukać jakiejś nowszej części. Okazało się, że świeższych grobów było niewiele i wszystkie znajdowały się w narożniku cmentarza. Właściwy znalazłem po kilkunastu minutach.
Na chwilę wróciłem myślami do klechy. Jeśli mnie wykołował, to nie będę mu się w stanie odpłacić. Trochę mnie to zmartwiło, ale zabrałem się do roboty. Miałem nadzieję, że zakopywali ludzi głęboko, bo nie chciałem grzebać w ziemi napotykając trzystuletnie kości. Z dużym trudem odsunąłem płytę. Zaświeciłem latarką i ze zdziwieniem stwierdziłem, że na wierzchu leży jakaś kartka. Zerknąłem na treść. Widniały na niej słowa "Spójrz za siebie".
- Nawet nie próbuj sięgać po broń! - usłyszałem głos za plecami.
- Luna?!!! - krzyknąłem.
Odwróciłem się.
- Skąd?... - nie mogłem wydobyć z siebie nic więcej.
- Z przyszłości, a niby skąd miałam przyjść? Po tym, jak uciekłeś miałam ochotę cię za-bić. Oszukałeś mnie, a przecież mieliśmy zostać partnerami. To był pierwszy powód. Ruszyli-śmy za tobą do wrót, ale kiedy miałam właśnie przez nie przejść nagle zniknęły. Byłam wście-kła. Uspokoiła mnie dopiero Ineta. Powiedziała, że nie mam się czym martwić, bo przewidziała taki rozwój wypadków. Dlatego przemyciła do przyszłości podręczną maszynkę do podróży w czasie.
- Kurwa, widziałem to, ale zlekceważyłem. Jestem głupcem. - przyznałem szczerze.
- Problem polegał na tym, że do jego uruchomienia potrzebne było venenum. Jak wiesz rozwaliliśmy całość, musieliśmy więc czekać na nowe zbiory. I wtedy okazało się, że mam kolejny powód do zabicia ciebie. Wyobraź sobie, że zostawiłeś po sobie coś więcej niż zglisz-cza. Zrobiłeś mi bachora.
- Usunęłaś, mam nadzieję... - nigdy nie chciałem mieć potomka.
- Tak bym zrobiła, ale zarówno ten klecha, jak i mieszkańcy wioski błagali mnie, żebym je urodziła. Ineta obiecała mi, że jak urodzę, to przeniesie mnie w czasie do momentu, kiedy będziesz próbował wydostać kamienie. No i jestem.
- A co z dzieckiem?
- Zostawiłam pod opieką Marka, w przyszłości.
- No to na co czekasz, strzelaj. Już raz chciałaś mnie zabić, teraz masz znów okazję.
- Ja? Kiedy? Ach... Chodzi ci o to, co było po Vu?
- Zgadza się.
- I dałeś się na to nabrać? He he... To był pomysł Inety. Widzisz, po tym, jak Ufole od-lecieli, wszystko zaczęło wracać do normy. Zrobiłyśmy więc taki numer, że wskoczyłyśmy na Vu w momencie, gdy wsiadłeś na statek, podstawiliśmy na moje miejsce biota, który miał za zadanie walnąć cię w łeb i nagadać bzdur. Uwierzyłeś w to?!
- Nie rozumiem... - historia zaczynała być za bardzo skomplikowana.
- Ineta wymyśliła, że biot powie ci, że chcę cię zabić dla kasy i wyjścia z Mafii. Nawet mi się ten pomysł spodobał, był dość wiarygodny. Potem miał strzelić do ciebie z tej broni ob-cych...
- To był pomysł Inety?
- No.
- Jak szliśmy do wioski, sam jej o tym opowiedziałem... - jęknąłem.
- Teraz ja nie rozumiem... - przyznała Luna. - Rozwaliłeś biota?
- Tak. I wyrzuciłem ciało razem z błyskaczem za burtę. Myślałem, że to ty... To zna-czy, że Xien niczego ci nie zlecił?
- Nie, twoja była też nie. I nie mam pretensji, że mnie zabiłeś, sama bym tak zrobiła. To dlatego nie powiedziałeś, co się ze mną stało... No jasne. Ale poczekaj... Przecież wynika z tego, że naszym działaniem wcale nie zmieniłyśmy przeszłości. - słusznie zauważyła.
- Ineta... A co z nią?
- Została z Igorem, chyba mają się ku sobie, to fajna dziewczyna, bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. No dobra, dość tych pogaduszek. Zawrzyjmy układ. Dzielimy się jak to było ustalone, ale musisz nas stąd wywieźć. Tylko nie gnaj tak jak ostatnio, bo ledwie to przeżyłam.
- Mówisz, że Ineta może podróżować w czasie? I przysłała cię tu samą? - spytałem za-czynając domyślać się wszystkiego.
- Dokładnie.
- Długo tu jesteś?
- Przed chwilą przeszłam przez wrota. Wycelowała idealnie, właśnie się nad czymś schylałeś.
Kartka... Wszystko już było dla mnie jasne.
- No kop! Szkoda czasu, już mi się Ziemia znudziła. Bierzmy, co nasze i spadajmy.
Kolbą karabinka zacząłem grzebać w ziemi, ale teraz działałem już bez entuzjazmu.
- Obawiam się, że... - zacząłem.
Przerwałem jednak wypowiedź, bo stuknąłem w coś. Pośpiesznie wyciągnąłem pudełko z grobu. Czyżbym się mylił? Potrząsnąłem, coś było w środku.
- Otwieraj, chcę to zobaczyć.
Otworzyłem, prychając jednocześnie śmiechem. A jednak miałem rację. Luna podeszła do mnie i zerknęła przez ramię.
- Co to jest?! Gdzie kamienie?!!! - krzyknęła zrozpaczona.
- To odtwarzacz, przypuszczam, że twoja przyjaciółka zamiast aleksandrytów zostawi-ła nam jakieś nagranie.
Włączyłem urządzenie. Na ekranie pojawiła się Ineta, Igor i jakiś bachor, do tego pew-nie mój...
- Mam nadzieję, że się nie pozabijaliście i oglądacie to razem. - zaczęła - Cóż, przykro mi, że nie znaleźliście tu tego, czego szukaliście, ale w zasadzie nie powinniście mieć do mnie pretensji, wszystko trafi przecież w ręce waszego dziecka. Musiałam zapewnić mu spokojną przyszłość.
- A to suka! - warknęła Luna.
- Igora już znacie, a to nasz synek, Borys junior. Jeśli jeszcze nie pokapowaliście, to ja jestem waszą ukochaną córeczką. Mamo!, tato!, fajnie jest zwracać się do was jak do rodziców. Mamusiu, zostawiłaś mnie Markowi, a on oddał mnie pod opiekę jakiejś litewskiej rodzinie. Dbał o mnie, więc się nie martw, wyrosłam na sprytną dziewusię, powinniście być ze mnie dumni. Kiedy już byłam duża i zaczęłam się wkurzać, że mnie zostawiliście, Marek, dał mi paczuszkę, którą zostawiła mu przyjaciółka mojej mamy. Było tam urządzenie do podróży w czasie i instrukcja, jak się nim posługiwać. Postanowiłam osobiście poznać rodziców, w tym celu przygotowałam to całe przedstawienie, w którym braliście udział. Nic nie mogłam zmienić, czas jest liniowy, po prostu dałam się ponieść temu, co było i tak nieuniknione. Wy zostaliście bohaterami, a ja się świetnie bawiłam. Poznałam też Igora, który wniósł w posagu kamyki. Popatrzcie na nie, czyż nie są piękne? - przełknąłem tylko ślinę - Tato, chyba nie gniewasz się, że wydałam cię Ziemianom? Oni naprawdę myśleli, że zginąłeś, jak uciekałeś z Marsa. I ten żart z biotem... Jak mogłeś zabić mi mamę, he he... Aha, bo należy się wam jeszcze jedno wyjaśnienie. Ta maszynka do podróży w czasie to technologia Obcych. Pozwala poruszać się w czasie i przestrzeni. Oni zdawali sobie sprawę, że nie można zmienić biegu wydarzeń, to jest to, co nazywamy przeznaczeniem. Bo przecież dla jakiegoś punktu w przyszłości teraźniejszość jest przeszłością. Wszystko tak naprawdę już było, choć dla nas dopiero będzie... Dlatego Obcy używali jej tylko do przemieszczania się w przestrzeni. Być może jeszcze tu kiedyś wrócą, ale nie nastąpi to za naszego życia. Sprawdzałam. Możecie też poczuć się wyróżnieni, bo poza naszą rodziną nikt na świecie nie wie, że coś takiego istnieje. Dla twojej informacji, tato, laboratorium Faitha rozwaliłeś bardzo skrupulatnie. No dobrze, trzeba kończyć, bo mały zaczyna płakać, pomachajcie mu, to wasz wnuk! Może się jeszcze kiedyś spotkamy, nie znam całej przyszłości. Pa, kochani!
Obraz zgasł. Spodziewałbym się wszystkiego, tylko nie tego.
- To suka... - jęknęła Luna. - I ja coś takiego urodziłam...
- Luna... Zgwałciłem cię z zemsty, że chciałaś mnie zabić po Vu. Ineta sprokurowała swoim żartem własne narodziny. To wszystko nie ma sensu!
- Suka... - najwyraźniej Luna przeżywała to gorzej ode mnie, bo zaczęła się powtarzać.
Staliśmy w milczeniu przez dobrych kilka minut. W końcu Luna otrząsnęła się z szoku.
- Pierdol to, spadajmy stąd. Tylko dokąd?
- Jak to dokąd? Do domu, na Wuhan. Trzeba wrócić do rzeczywistości, zapomnijmy o przyszłości. - zaproponowałem.
Godzinę potem byliśmy już daleko od Ziemi. Luna siedziała nadal przybita ostatnimi wydarzeniami, a ja w planach miałem poważną rozmowę z N'Gue. Najwyraźniej przyszedł czas na nowego premiera.

Podpis: 

Dariusz S. Jasiński 2003
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

Autor płaci 500 poscredy(ów) za komentarz (tylko pierwszy) powyżej 300 znaków.

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
W Przyszłość (2012,5) Miłość z internetu cz. XII - czy to normalne? Glupia Sztuka Akt I
Post-apo które zaczęło się rozwijać po obejrzeniu (sic!) filmu 2012... Naprawdę dla dorosłych. Wstyd mi przekazywać to o czym pisaliśmy. Nigdy nie wyobrażałem sobie że mogę mieć takie pragnienia co do kochania się z moją najdroższą. A może miałem ale nie wiedziałem że da się je opisywać i zastosować w realu, że tego się Uwaga! Tego tekstu nie należy traktować poważnie.
Sponsorowane: 350
Auto płaci: 500
Sponsorowane: 303Sponsorowane: 300

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2017 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.