http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Autor płaci:
500

  Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We wrześniu nagrodą jest książka
Terapia
Sebastian Fitzek
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Marzyciele

Opowiadanko fantasy, które dzieje się w tym samym świecie co "Klęska czarnego władcy", ale poza tym nie ma z nim nic wspólnego. Uwaga, dość długie i nudne! Coś o szansie spełnienia marzeń przez dwóch, wprost sobie przeciwnych, marzycieli.

Świt Nowej Ery

Pewien podróżnik w czasie przybył do roku 2010... Kogo szuka i czy uda mu się wykonać zadanie? Moja wprawka w SF - swego rodzaju.

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1332
użytkowników.

Gości:
1331
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 43070

43070

podróż pierwsza 1921

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
08-01-28

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Historia/Fantastyka/-
Rozmiar
36 kb
Czytane
1231
Głosy
8
Ocena
4.69

Zmiany
08-02-10

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: chrzeskrzyboczek Podpis: Tomasz Bugaj
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Podróż w czasie inaczej - rozwiązanie paradoksu dziadka - Opowiadanie historyczne o Górnym Ślasku z wątkiem sf

Opublikowany w:

niepublikowane 1 miejsce w zabrzańskiej jesieni literackiej 2006

podróż pierwsza 1921

PODRÓŻ PIERWSZA – 1921


Po całym tygodniu pracy w Gliwickim Urzędzie Górniczym Michałowi nie bardzo chciało się jechać do matki do Zabrza i pomagać jej w przeprowadzce, ale cóż było robić dom w którym się urodził i w którym mieszkał całe swoje dzieciństwo i młodość jeszcze w tym roku miał być zrównany z ziemią.
Wkrótce miał przestać istnieć wraz z całą ulicą na której spędził swoje dziecięce lata.
Miały zniknąć raz na zawsze wszystkie zakamarki, które tak dobrze znał.
Nawet po tylu latach wystarczyło by na chwilę zamknął oczy, a natychmiast pojawiały się obrazy i wspomnienia.
Były to zarówno zdarzenia z perspektywy małego chłopca niecodzienne, takie jak przyjazd furmanki z węglem ciągniętej przez wychudzonego konia, czy przemarsz kopalnianej orkiestry, ale bez problemów potrafił również przywołać chwile zwyczajne.
Do dziś pamiętał emocje i strach jakie odczuwał gdy podkradał mamie zapałki z kuchni. Potem na pobliskich hałdach rozpalali ognisko i piekli w nim kartofle wynoszone również po kryjomu z piwnicy. Już nigdy potem żadne kartofle tak mu nie smakowały.
Pamiętał jesienne wyprawy drewnianym wózkiem na targ po kapustę, której całą ogromną beczkę deptali potem w piwnicy.
Przypominał sobie twarze ludzi, kolegów, sąsiadów zarówno tych których do dziś dnia zdarzało mu się spotykać jak i tych których już od wielu lat nie widział.
Śladem ulicy jego dzieciństwa już wkrótce miała przebiegać nowa droga szybkiego ruchu. Pod tą to właśnie trasę przygotowywano teren, bezlitośnie burząc i zrównując z ziemią wszystko co stało na miejscu grubej kreski wykreślonej gdzieś tam na mapie przez jakiegoś anonimowego architekta.
W zamian za dwupokojowe mieszkanie na parterze kamieniczki z początku dwudziestego wieku Matka dostała niewielkie, nowoczesne i wygodne lokum w nowo wybudowanym, czteropiętrowym bloku z papendekla, czyli z nowoczesnych materiałów budowlanych,
a więc zasadniczo z kartonu i z gipsu.
Przez niemal sto lat jakie jego rodzina zamieszkiwała w starym familoku nazbierały się tam ogromne ilości przeróżnych , bardziej i mniej potrzebnych przedmiotów.
Teraz tym wszystkim trzeba się będzie zająć. Większość starych nawet nie poniszczonych, tylko przestarzałych i niemodnych mebli trzeba będzie wyrzucić, taki sam los spotka też zapewne sporą część zawartości dwóch starych szaf stojących w pokoju, oraz drewnianej skrzyni, która jak daleko sięgał pamięcią, zawsze stała w kącie ciemnego i zakurzonego strychu.
W latach jego dzieciństwa strych stanowił niedostępną i szalenie atrakcyjną krainę fantazji i przygód.
Mnóstwo tajemniczych i zakurzonych przedmiotów, oraz starych dziwacznych sprzętów pobudzało wyobraźnię.
Wśród tych wszystkich gratów zgromadzonych na zakurzonym poddaszu największą ciekawość budziła zawsze stojąca w kącie skrzynia, pomalowana na zielono i zamknięta na ogromną kłódkę.
Tylko raz podstępem udało mu się do niej na chwilę zajrzeć.
Pewnego dnia zobaczył że klucz do przedziwnej kłódki zamykającej skrzynię, który babcia zawsze nosiła w kieszeni swojego kuchennego fartucha, leży sobie w przedpokoju na komodzie, podczas gdy babcia poszła akurat do sklepu.
Nie namyślając się długo porwał ów kluczyk i pędem pobiegł na strych. Gdy otworzył skrzynie do jego nozdrzy doszedł intensywny zapach naftaliny, a we wnętrzu, wśród wielu przedmiotów, zobaczył starannie złożony górniczy mundur wraz z czakiem i piórami, skórzany hełm i błyszczącą mosiężną lampkę karbidową. Była tam też wielka stara powyginana porcelanowa fajka.
W głębi skrzyni dojrzał również niewielkie drewniane pudełko, gdy je otworzył i przechylił wysypały się z niego najprzeróżniejsze drobiazgi, kilka srebrnych i złotych odznaczeń, wielki kieszonkowy zegarek na srebrnym łańcuszku, oraz plik zdjęć i dokumentów.
Na jednym ze zdjęć, które go szczególnie zaintrygowało, Michał dojrzał kilku mężczyzn siedzących na trawie wokół ciężkiego karabinu maszynowego, na innym zobaczył swojego dziadka w mundurze górniczym, stojącego przed bramą kopalni, trzymającego w ręku zegarek i spoglądającego prosto w obiektyw aparatu.
Dziadek z tamtej fotografii ubrany był chyba w ten sam mundur, który teraz leżał przed nim na dnie otwartej skrzyni. Spojrzenie dziadka było jakieś dziwne, pomimo słabej jakości zdjęcia mały Michał odczuł na sobie wyraźnie ciężar tego spojrzenia utrwalony przed ponad pięćdziesięciu laty, ciarki przeszły mu po plecach, wzdrygnął się i pomyślał, czary jakieś albo duchy. Na odwrocie zdjęcia widać było wyblakły odręczny napis: „1919 - rok po katastrofie”
Jeszcze przez chwilę mały Michał, jakby zahipnotyzowany, patrzył na stare zdjęcie po czym, słysząc kroki na dole w sieni, szybkimi ruchami pozbierał wszystkie przedmioty do pudełka schował je w skrzyni i cicho, ostrożnie zamknął ciężkie drewniane wieko.
Schował klucz do kieszeni i jak gdyby nigdy nic pobiegł do babci na śniadanie.
Przechodząc przez sień, dyskretnym ruchem, odłożył klucz z powrotem na komodę.
Gdy tak teraz jechał w stronę Zabrza przypomniało mu się tamto zdarzenie i uświadomił sobie ze od tamtego czasu do tej skrzyni chyba nikt nie zaglądał.
Babcia zmarła nagle i niespodziewanie kilka miesięcy później i od czasu jej śmierci tamtego kluczyka nikt już nigdy nie widział.
W późniejszych czasach Michał kilkakrotnie zabierał się za sforsowanie kłódki w skrzyni,
ale bądź to jemu brakowało wprawy i wytrwałości, bądź to ów wyrób anonimowego ślusarza z początku wieku był zbyt solidny, fakt faktem że skrzyni nigdy mu się otworzyć nie udało. Stała więc sobie na strychu, stara drewniana skrzynia, nie wadząc nikomu, z czasem zapomniana przestała wzbudzać ciekawości i pewnie nadal nikt by jej nie ruszał gdyby nie to że przed opuszczeniem domu strych trzeba było uprzątnąć.
Gdy Michał wreszcie dojechał do domu ujrzał swoją mamę siedzącą w pokoju na krześle w pozie wskazującej na najwyższe zdumienie.
Okazało się, że oto jeden z tragarzy ekipy wynajętej do przewiezienia mebli, rozkręcając szafę nieco zbyt gwałtownie szarpnął za jedną z szuflad, stare deski nie wytrzymały i przednia cześć szuflady została mu w ręku odsłaniając podwójne dno i doskonale zakamuflowany niewielki schowek.
To właśnie wysypana na stół zawartość tego schowka stanowiła ów przedmiot bezgranicznego zdumienia mamy. Oto bowiem leżał przed matką pistolet w którym Michał natychmiast rozpoznał charakterystyczny kształt niemieckiego Waltera P 38 Takiego samego jakim posługiwał się Hans Kloss w serialu Stawka Większa Niż Życie.
Oprócz pistoletu na stole dostrzec można było parę złotych obrączek, niezbyt gruby zwitek banknotów z lat PRLu, był tam również ów kluczyk od skrzyni ze strychu.
Ale numer - stwierdził Michał, czyżby babcia była terrorystką ?
Staryś a głupiś przecież to schowek twojego dziadka i ten pistolet też do niego należał, odpowiedziała mu zniecierpliwionym głosem mama, po czym wzięła do ręki oksydowany kawał metalu i ku zdumieniu Michała sprawnie wyjęła z niego magazynek po czym błyskawicznym ruchem przeładowała broń dla sprawdzenia czy w komorze nabojowej na pewno nie ma pocisku.
Skąd mama takie rzeczy potrafi, ze zdumieniem zapytał Michał.
Jak to skąd przecież byłam przedwojenną harcerką, odparowała mama. Może mam ci go rozebrać na części i złożyć z powrotem, co ty myślisz mamlasie jedyn że dawnij slonskie dziouchy to potrafiły ino żur warzyć i kluski kulać ?
Pamiętam jak twój dziadek w czasie okupacji nosił tą parabelkę za pazuchą, kontynuowała mama udając że nie widzi niepewnych min Michała i tragarzy.
Dziadek Michała przez wiele lat pracował na pobliskiej kopalni, pracę rozpoczął jeszcze przed powstaniami śląskimi jako szleper, jego zadaniem było wypychanie wozów z węglem z przodka na przekopy skąd dalej pod szyb ciągnął je koń, a w latach późniejszych elektryczna lokomotywka.
Potem dziadek awansował kilka razy i w czasie II wojny był już nie byle kim, bo sztygarem jednego z oddziałów wydobywczych.
Ta ważna i odpowiedzialna funkcja, oraz fachowość i doświadczenie dawały mu duży autorytet u swoich przełożonych. Przez kilka pierwszych lat wojny skutecznie chroniło go to przed wcieleniem do Wehrmachtu, który to los spotkał niemal wszystkich jego sąsiadów i znajomych.
Zaufanie jakim Niemcy obdarzali mówiącego doskonalą niemczyzną sztygara umożliwiało mu również aktywną działalność w polskim ruchu oporu. Jednak wiosną 1944 roku i na niego przyszła kolej.
Pewnego dnia został wezwany do dyrektora kopalni, który wręczył mu kartę powołania do wojska z terminem stawienia się na dworcu kolejowym następnego dnia o godzinie dwunastej.
Dziadek bez problemu mógł uniknąć wcielenia do Wehrmachtu i uciec do lasu, jednak było sprawą oczywistą że Niemcy nie przepuścili by tego płazem i w odwecie najprawdopodobniej wywieźli by całą pozostałą w domu rodzinę do Oświęcimia.
Prócz karty powołania dostał wtedy, wyliczone co do feniga, wszystkie należne mu pobory,
a dyrektor do ostatniej chwili gdzieś wydzwaniał w jego sprawie powtarzając niczym mantrę słowo unersaetzlich, co oznacza niezastąpiony.
Jednak na nic się te działania nie zdały i już następnego dnia dziadek żegnany przez całą rodzinę, wsiadł do pociągu i pojechał gdzieś w niewiadomym kierunku.
Tylko dwa razy babcia otrzymała niewielkie szare poskładane kartki papieru z napisem feldpost. Były to listy z frontu, jednak nie było na nich ani normalnego adresu, ani też w treści nie było żadnych nazw miejscowości czy opisów wydarzeń.
Na zewnątrz tych listów, zamiast adresu widniał kilkucyfrowy numer jednostki i nazwisko, a wewnątrz gdzie niegdzie widać było starannie zamazane atramentem niedozwolone słowa, dowód na to że cenzura w niemieckim wojsku funkcjonowała do samego końca.
Jesienią 1944 roku wszelki słuch po nim zaginął i dopiero na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia dziadek pojawił się niespodziewanie niczym duch w progu mieszkania.
Jak to na wojnie - stało się to za sprawą przypadku, otóż w czasie radzieckiego bombardowania na pozycje jednostki w której służył wyszedł ze schronu na chwilę przed tym jak bezpośrednio w schron trafiła bomba. Po schronie i jego kolegach pozostała tylko wielka dymiąca dziura w ziemi.
Tą jedyną okazje dziadek postanowił wykorzystać, wszak dowódcy byli przekonani że zginął wraz z innymi, więc nikt go szukał nie będzie. Niewiele myśląc skierował więc swe kroki do pobliskiego lasu, potem z pomocą spotykanych ludzi, jakimś cudem udało mu się dojść spod Łodzi aż na Górny Śląsk.
Choć wszyscy spodziewali się rychłego przepędzenia Niemców dziadek nie mógł pokazywać się na ulicach, ponieważ gestapo szalało w poszukiwaniu dezerterów, a on nie posiadał żadnych cywilnych dokumentów. Narażałby w ten sposób siebie i całą rodzinę.
Postanowił więc ukryć się tam gdzie Niemcy na pewno nie mogli go dopaść, czyli na dole w kopalni.
Gestapo i policja niemiecka jak ognia unikała zapuszczania się w podziemia śląskich kopalń, ponieważ niemal za każdym razem przydarzały im się pod ziemią tajemnicze nieszczęśliwe i nieprawdopodobne wypadki, a to na przekopie wykoleiła się kolejka którą jechali, innym razem znajdowano ich zatrutych w starych opuszczonych, od lat nie wentylowanych chodnikach, do których nie wiadomo jak i po co weszli, bo przecież wszystkie nie wentylowane wyrobiska były zawsze dobrze oznaczone.
Ukrycie się w podziemiach nie było dla dziadka zadaniem trudnym, znał przecież kopalnię jak własną kieszeń, a ponieważ górnicy obawiali się, iż Niemcy wycofując się spróbują kopalnię zatopić bądź wysadzić w powietrze, więc osoba która na dole patrzyła by na ręce niemieckim saperom była bardzo cenna.
Tak więc dziadek spędził pod ziemią dwa ostatnie tygodnie niemieckiej okupacji i jeszcze tydzień po wkroczeniu rosjan. Gdy bowiem wszyscy Niemcy uciekli, tylko on wraz z garstką kolegów pilnowali pomp rozdzielni i innych newralgicznych punktów zakładu, chroniąc kopalnię przed zatopieniem i wszechobecnymi szabrownikami.
W marcu 1945 roku w dziadek dostał wezwanie do stawienia się na komendę, tym razem jednak nie na gestapo, a na milicję i nigdy już stamtąd nie wrócił.
Podobnie jak wielu innych mieszkańców Zabrza, bezpośrednio z zabrzańskiej komendy milicji, został odstawiony na dworzec kolejowy w Gliwicach skąd wywieziono go na daleki Ural, gdzie właśnie towarzysz Stalin, siłami jeńców wojennych, oraz osób za jeńców uznanych, rozpoczynał wydobywanie rud uranu, złota i diamentów, tak potrzebnych w nowej zimnowojennej i nuklearnej rzeczywistości.
Złoża te dopiero co odkryli znakomici radzieccy geologowie i geochemicy z Aleksandrem Fersmannem na czele.
Dziadek z sowieckiej niewoli przysłał dwa listy z których miedzy wierszami można było wyczytać, że sytuacja jest tragiczna i nie ma żadnych szans na szczęśliwy powrót do domu, po czym wszelki słuch o nim zaginął.
Z tych rozmyślań wyrwał Michała głos mamy.
Dobrze że i ten kluczyk się odnalazł, bo pełnej skrzyni to byśmy chyba na dół nie znieśli. Michał wziął znaleziony zwitek pieniędzy do ręki i szybko przeliczył dawno nie widziane wielkie banknoty z Mikołajem Kopernikiem i z Feliksem Dzierżyńskim. Było tego prawie piętnaście tysięcy złotych.
To z pięć niezłych wypłat z tamtych czasów, szkoda tych pieniędzy dzisiaj są już bezwartościowe, a wtedy gdy zmarła babcia bardzo by nam się przydały.
No ale nic na to nie poradzimy – chodźcie wszyscy zjemy kolację, a jutro będziemy pracować dalej.
Michaś przenocujesz u mnie ?
No jasne mamo – jutro przecież sobota do pracy nie idę to od rana będę ci pomagał.
Po kolacji Michał, zmęczony całotygodniową gonitwą, postanowił położyć się wcześniej spać, jednak pomimo niemal całkowitego mroku w pokoju i absolutnej ciszy, sen nie nadchodził.
Przewracał się w łóżku z boku na bok lecz uparte myśli nie pozwalały mu zasnąć, wstał więc w końcu i zapalił światło.
Na stole nadal leżały skarby znalezione w szafie.
Jego wzrok padł na kluczyk do skrzyni stojącej na strychu.
Ileż to się kiedyś nakombinowałem by go zdobyć, a teraz oto leży przede mną i nic nie stoi na przeszkodzie by nareszcie dokładnie przestudiować zawartość skrzyni.
Można by tam w końcu zajrzeć i wyjaśnić cóż to za tajemnice babcia tak skrzętnie ukrywała przez ponad 30 lat ?
Jak postanowił tak zrobił.
Kluczyk pasował idealnie do starej kłódki, która pomimo wielu lat w bezruchu nawet nie zgrzytnęła i już po chwili Michał unosił drewniane wieko skrzyni.
Wewnątrz wszystko leżało dokładnie tak jak to niemal trzydzieści lat temu pozostawił gdy w pośpiechu zamykał skrzynię, słysząc na schodach kroki nadchodzącej babci.
Przez chwilę wydawało mu się nawet, że oto znowu słyszy w korytarzu charakterystyczny powolny, szurający chód babci, która zaraz zawoła go na śniadanie.
Ta skrzynia to przecież prawdziwy wehikuł czasu, tyle lat i nikt nawet do niej nie zaglądał.
Wziął do ręki znane już sobie drewniane pudełko otworzył je i rozpoznał tamto zdjęcie z CKMem, teraz też zauważył że jedna z postaci to jego dziadek, tyle że jako dwudziestoletni młodzieniec.
To pewnie zdjęcie z powstań śląskich, może i tego maxima gdzieś tutaj dziadek zamelinował, rozejrzał się po przepastnym strychu.
Wziął do ręki spoczywający w pudełku zegarek i przyciskając koronkę otworzył stalową grawerowaną kopertę, pod nią ukazał się biały porcelanowy cyferblatt.
Toż to szwajcarska Doxa, kiedyś musiała być dumą dziadka.
Niewiele myśląc spojrzał na swojego citizena, odczytał godzinę – była 22.30, nastawił wskazówki starego zegarka i kilkoma szybkimi ruchami nakręcił mechanizm.
Wtedy stało się coś dziwnego, cały dom jakby ożył, za oknem zrobiło się jasno jak w dzień.
Po chwili dobiegły go z zewnątrz słowa wykrzyczane przez jakąś kobietę ; Francik pódź sam endlich na doł ile ty tam bydziesz siedzioł ?
Co za Francik, kto to się tak drze pod oknem i dlaczego nagle zrobiło się tam tak jasno ?
Michał spróbował wstać i podejść do okna, ale ze zdumieniem przechodzącym w zgrozę stwierdził nagle, że nie panuje nad swoim ciałem, również swoim wzrokiem nie potrafił kierować, czuł się tak jak gdyby siedział w kinie i musiał oglądać te ujęcia które filmował jakiś zwariowany kamerzysta.
Co jest grane, przecież nic dzisiaj nie piłem pomyślał przerażony. Po chwili jego przerażenie zmieniło się w panikę usłyszał bowiem słowa wypowiedziane jego własnymi ustami, ale obcym głosem : Schodzę już schodzę tylko zaczekaj jeszcze chwilę.
Michał poczuł że wstaje, zobaczył że podchodzi do skrzyni, jego wzrok skierował się na ów kluczyk, który trzymał w ręku, był on jednak jakiś bardziej błyszczący, jakby nowy, zobaczył że jego, a jednak nie jego ręce zamykają wieko i przekręcają kluczyk
Co jest grane przecież ja jestem w jakiejś innej rzeczywistości i w nie swoim ciele, ja chyba śnię, czy to jakieś czary albo duchy ? w tym momencie dojrzał w wiszącym na ścianie niewielkim zakurzonym lustrze swoją a jednak nie swoją twarz. Rozpoznał ją błyskawicznie.
Boże drogi przecież ja jestem swoim dziadkiem i to w wieku około dwudziestu lat ????
Francik złaż sam, a pryntko Klemens po ciebie przyszoł. Idę już idę tylko wezmę swój karabin i hełm.
Francik – przecież mój dziadek miał na imię Franciszek, skonstatował ze zdumieniem.
Bezładne myśli kołatały mu się po głowie, przez chwilę nie zwracał uwagi na to co się wokół niego dzieje, potem niejako z nawyku doświadczonego inspektora górniczego skupił się na chłodnej analizie tej nieprawdopodobnej sytuacji. Chciał się nawet uszczypnąć by przekonać się czy aby przypadkiem nie śpi zmorzony obfitą kolacją mamy, ale było to niewykonalne.
Pomyślał więc że jego stan jest pewnego rodzaju snem lub raczej jakimś dziwacznym, dejavu odbywającym się w realnym świecie tyle że w innym czasie.
Przywołując resztki trzeźwości swojego skołowanego umysłu Michał usiłował przypomnieć sobie wszystkie wiadomości, które w tej sytuacji mogły mu być przydatne. Pomimo że bardzo się przed tym bronił, to najbardziej pasowały mu w tej irracjonalnej sytuacji wyrywki teorii względności Alberta Einsteina na temat czasoprzestrzeni i rządzących tym tworem praw.
Ostatnio męczyli go tym zagadnieniem na pierwszym roku studiów politechniki, jednak sama teoria i wynikające z niej skutki były tak dziwaczne, że do dzisiaj z tamtych wykładów coś niecoś w pamięci mu pozostało.
Ogłupiała świadomość Michała najwyraźniej nie radziła sobie z analizą bodźców dostarczanych przez zmysły, chwile totalnego obezwładniającego zdumienia mieszały się z rozpaczliwymi próbami jakiejkolwiek analizy zaistniałej sytuacji.
Stracił całkowicie poczucie czasu, widział że coś robi i gdzieś idzie, jednak ocknął się dopiero gdy zobaczył koło siebie młodą sympatycznie wyglądającą kobietę, z którą właśnie rozmawiał, choć właściwie to nie on prowadził tę rozmowę, a przynajmniej nie miał na jej przebieg żadnego wpływu.
Wygląda na to że rzeczywistość to jednak jakiś matrix, a słynny paradoks dziadka, wcale nie jest paradoksem – co z tego że przeniosłem się w czasie skoro nijak nie mogę wpłynąć na otaczającą mnie rzeczywistość ?
Pamiętał że istotą tego paradoksu była analiza sytuacji gdy ktoś przenosi się do przeszłości i zabija własnego dziadka jeszcze zanim urodziły mu się dzieci, a więc i przed narodzinami własnego ojca, wtedy przecież nie mógł by się i on urodzić,
wiec kto miałby zabić dziadka ????
Nagle jego uwagę zwróciły słowa: Marysiu jakoś dziwnie się czuję słyszę głosy i mam jakieś zwidy, daj mi proszę kieliszek tej nalewki wiśniowej to może mi przejdzie.
Marysiu – ocknął się Michał przecież to moja babcia !
Rzeczywiście teraz dopiero rozpoznał że oto po kuchni krząta się z gracją jego babcia tyle że taka jakiej jej nigdy nie znał, gdyż miała chyba z osiemnaście lat i nakładała właśnie dziadkowi na talerz, wielką furę ziemniaków i malutkiego pachnącego karminadla
Oj Francik Francik, ty żeś się przeca umowioł z Pawłem Dubielem, mocie witać na dworcu Polskich emigrantów, przeca nie może od ciebie woniać sznapsem !
Chwilę potem kieliszek pojawił się jednak na stole.
Wiesz Marysiu latają mi po głowie jakieś liczby, widzę obrazy których nigdy nie widziałem, mam w pamięci jakieś obce nazwiska, choćby jakiś Einstein – nie wiem nawet czy jest w Zabrzu ktoś o tym nazwisku. Może i jest jakiś kupiec Einstein ale jo tyż takiego nie znom, Słuchaj Marysiu czy ty wiesz co to jest laptop ???
Ale numer – wygląda na to że nasze dwie świadomości korzystają równocześnie z jednego mózgu i chyba mamy jakieś przebicia, żeby tylko dziadek nie nabawił się schizofrenii.
Michał powoli dochodził do siebie, panika zaczęła ustępować ciekawości.
Wtem spostrzegł, że oto przekracza próg domu i wychodzi z karabinem na ramieniu.
Ulica na której się znalazł nie była pokryta asfaltem ani nawet kostką brukową, a mimo to była jakaś ładniejsza, z obu stron otaczały ją zadbane domy z małymi wypielęgnowanymi ogródkami, na przyzbach kilku z nich siedzieli wąsaci staruszkowie i palili fajki, a szaro bure koty wygrzewały się na parapetach okien.
Życie toczyło się jakby w zwolnionym tempie, nikt nie pędził na złamanie karku, po ulicy Wolności do której właśnie doszedł nie gnały żadne samochody, tylko jakaś furmanka toczyła się powoli od Rudy Śląskiej, a gdzieś w oddali słychać było dzwonek tramwaju.
Dziadek Michała chyba dotarł już tam gdzie zmierzał, ponieważ zatrzymał się przy małej grupce ludzi i zaczął się kolejno z nimi witać.
Michał czuł że podaje im kolejno rękę i słyszał też pozdrowienia jakimi się wymieniali.
Był tam Paweł, Maciej, Jan, ale był też i Horst czy Uli.
Kątem oka na najbliżej stojącej kamienicy Michał dostrzegł tabliczkę z napisem Kronprinzenstrasse.
Wtem usłyszał dźwięk dzwonu dochodzący z małej wieżyczki pobliskiego budynku rozpoznał że była to stara cechownia kopalni Zabrze, w której, z tego co pamiętał, ostatnio był jakiś sklep meblowy. Na budynku cechowni widać było świeże ślady pożaru, a na murach wokół okien widoczne były dosyć liczne ślady po kulach
Chopy idymy bo już połednie i za godzina przyeżdżo cug.
Poszli więc szybkim krokiem w stronę dworca kolejowego. Michał oczami dziadka z zaciekawieniem przyglądał się idącemu obok Pawłowi Dubielowi, więc to będzie pierwszy powojenny prezydent Zabrza.
Szli sobie dzisiejszą ulicą Wolności w stronę centrum miasta mijając po drodze obiekty, których Michał nigdy wcześniej nie widział, lub zapamiętał je w zupełnie innym, przeważnie znacznie gorszym stanie.
Właśnie przeszli obok pola zachodniego Kopalni Zabrze, które inaczej niż dzisiaj tętniło życiem, w okolicy bramy kopalni, kręciło się mnóstwo ludzi, górnicy tłumnie wchodzili i wychodzili z istniejącej do dnia dzisiejszego szatni łańcuszkowej.
W miejscu gdzie dzisiaj z za hali sportowej Pogoni Zabrze widać wieżę szybową skansenu Królowa Luiza były trzy podobne do siebie kratownicowe konstrukcje, a na szczycie każdej z nich wirowały koła nawrotne maszyn wyciągowych.
Minęli tętniącą życiem, dopiero niedawno zburzoną, monumentalną brykietownię, a po chwili dawną dyrekcję zabrzańskiego gwarectwa, który to budynek dzisiaj jest zaniedbanym domem mieszkalnym, a o jego dawnej świetności świadczą jedynie resztki podjazdu i ogromne okazałe drzwi wejściowe.
Minęli po lewej stronie zabrzański browar, a po prawej w miejscu dzisiejszego zrujnowanego domu harcerza widać było jakieś instalacje przemysłowe i nieużytki. Młyn który został zniszczony przed dwoma laty w tajemniczym pożarze również pracował pełna parą, co chwilę wjeżdżały i wyjeżdżały z niego konne platformy wypełnione workami z mąką i ziarnem
Generalnie wszystkie bez wyjątku kamienice gmachy i zakłady, jakie mijali w swym marszu ku centrum miasta, sprawiały dużo lepsze wrażenie niż dzisiaj.
Przede wszystkim były czyste i zadbane.
Po niecałej godzinie wędrówki doszli do tunelu przy dzisiejszej ulicy Wandy.
Plac Dworcowy był zupełnie inny niż dzisiaj, brakowało na nim wielu budynków, które dopiero miały zostać wzniesione, natomiast te które stały wyglądały o wiele ładniej.
Zamiast widocznych dzisiaj odpadających tynków i szaro burych szpetnych elewacji,
widać było na niemal wszystkich kamienicach wypielęgnowane ornamenty i sztukaterie.
Większość domów miała po kilka okazałych balkonów z pięknymi żeliwnymi lub kamiennymi barierkami.
W miejscu starych okien odrapanych i brudnych, lub nowych plastikowych nie zachowujących formy ani linii, pasujących do starych kamienic jak pięść do oka,
niemal wszędzie widać było staranną robotę stolarza artysty w postaci okien i drzwi bogato zdobionych skomplikowanymi reliefami i płaskorzeźbami.
Podobnie było z drzwiami wejściowymi do większości kamienic.
Nawet zwykłe blaszane rynny zaopatrzone były często i gęsto we wloty i wyloty, tak zwane rzygacze, o różnych ciekawych formach lwich głów czy orlich dziobów.
Sama ulica i Plac Dworcowy wybrukowane były wielkimi kocimi łbami i odgrodzone od chodnika gustownymi żeliwnymi barierkami z przewieszonymi przez nie ozdobnymi łańcuchami.
Uwagę Michała zwrócił przede wszystkim brak straszącego w dzisiejszym Zabrzu budynku hotelu monopol w miejscu którego były jakieś składowiska. Również gmach poczty głównej stał samotnie naprzeciwko starego dworca kolejowego.
Brakowało wielkiego ponurego i opuszczonego budynku zakładu stomatologii Śląskiej Akademii Medycznej.
Sam dworzec kolejowy był nieduży, zbliżony w swej formie do poczty głównej, jednak był od niej znacznie mniejszy.
Michał ani się spostrzegł, a już całą grupą wchodzili do hali dworcowej. Pierwsze co zwróciło jego uwagę to nieprawdopodobna jak na dworzec panująca tu czystość.
Wnętrze hali przypominało małomiasteczkowe dworce jakich w swoich licznych podróżach po Polsce widział już wiele. Po lewej stronie widać było trzy kasy biletowe, za kasami po pokonaniu kilku schodków można było wejść do dworcowej restauracji. Na wprost podobnie jak dzisiaj dochodziło się do podziemnego przejścia na peron. Ściana pomiędzy halą dworcową a peronem była mocno przeszklona, tak że Michał z wnętrza hali dworcowej widział miejsce gdzie dzisiaj znajduje się parking strzeżony i komis samochodowy. Widać było tam kilka bocznic kolejowych, liczne wagony towarowe, rampy załadowcze, hałdy węgla i koksu, konie furmanki i pracujących przy załadunku ludzi.
Nieopodal kas biletowych stało kilka osób z biało czerwonymi opaskami a nad nimi rozpościerał się transparent Polski Komitet Plebiscytowy i właśnie tam się skierowali.
Po drugiej stronie hali dworcowej stało kilkanaście osób z tym że tamci mieli na rękawach opaski czarno-biało-czerwone, obok nich przygotowywała się kilkuosobowa orkiestra, byli to przedstawiciele niemieckiego komitetu plebiscytowego.
Wtem Michał usłyszał odgłosy nadjeżdżającego pociągu i po chwili na peron wtoczyła się, piszcząc hamulcami i otoczona kłębami pary, lokomotywa ciągnąca kilka wypełnionych tłumem wagonów.
Po krótkiej chwili do hali dworcowej zaczęli wchodzić podróżni, około setki z nich od razu kierowało swe kroki w stronę wydzierających się już na całe gardło czarno-biało- czerwonych Niemców i orkiestry grającej jakiegoś marsza.
Do polskiego biura plebiscytowego podeszło zaledwie kilkanaście osób, nieco wystraszonych
i oszołomionych jazgotem i natręctwem Niemców.
Tamci jednak już po chwili sformowali długi pochód i demonstracyjnie drąc się wniebogłosy
i śpiewając jakieś bawarsko knajpiane przyśpiewki opuścili dworzec, maszerując w stronę
dzisiejszej ulicy Dworcowej, gdzie zapewne znajdowały się biura ich komitetu
plebiscytowego.
W miejscu gdzie stał dziadek Michała, panował nastrój przygnębienia i smutku.
My sam tego plebiscytu nie wygromy, trza bydzie chyba zaś się s nimi bić, przez zaciśnięte wargi cedził słowa jeden z biało czerwonych. Inni go uspokajali, ktoś mówił : co się martwisz Dionizy – naczelnik Korfanty na pewno cos z tym zrobi, Paweł dodał : Kolego Trocer nie pokazujcie Hakatystom i Orgolom że są górą, ja też odczuwam każdy taki przyjazd pociągu jak siarczysty policzek, ale tego im nie pokazuję.
W tym momencie Michał poczuł że robi mu się ciemno przed oczami, zdążył jeszcze tylko pomyśleć, że przecież nie może tam zginąć, bo dziadek przeżył jeszcze niemal ćwierć wieku.
Gdy się przebudził poczuł że leży na zakurzonej drewnianej podłodze strychu, a w dłoni trzyma zegarek, który zatrzymał się na godzinie za dziesięć pierwsza.
Po chwili zaskoczenia zebrał myśli i zaczął analizować tę nieprawdopodobną sytuację
Nastawiłem zegarek o 22.30 więc minęło dwie godziny i 20 minut – to przecież dokładnie tyle czasu ile byłem w ..... No właśnie gdzie ja w ogóle byłem ??? czyżbym po prostu zemdlał i leżał tutaj przez ponad 2 godziny ? Nigdy wcześniej nic takiego mi się nie przydarzyło.
Wstał z podłogi podszedł z zegarkiem w ręku do zakurzonej żarówki i dokładnie mu się przyjrzał. Zegarek jak zegarek zadumał się, zastanowiło go jedynie to ze nijak nie był w stanie dostrzec szczeliny w kopercie dzięki której można by otworzyć tylną pokrywę przykrywającą mechanizm.
To pewnie wina słabego światła na strychu. Odruchowo przyłożył Doxę do ucha i jednocześnie nią potrząsnął. Usłyszał jak zegarek rusza zasilony resztką energii zgromadzonej w sprężynie mechanizmu i nagle ku swemu przerażeniu poczuł, że całe jego ciało drętwieje,
a uszu dochodzą dźwięki długiej serii wystrzelonej z karabinu maszynowego,
huk wybuchających granatów, charakterystyczny klekot gąsienic czołgu i wrzask Za rodinu !! za Stalina !!! po czym równie nagle wszystko się urwało.
Michał spostrzegł że stoi ciężko oparty o jedną z drewnianych belek nieopodal żarówki.
Spojrzał na trzymany w ręku zegarek, wskazówka sekundnika przesunęła się o ćwierć obrotu tarczy.
Mam tego dosyć – położył delikatnie zegarek na stole zgasił światło i czym prędzej wybiegł ze strychu nawet nie zamykając za sobą drzwi.
Nie dane mu było spać tej nocy wydarzenia te były tak nieprawdopodobne że jego intelekt bronił się jak mógł przed dopuszczeniem myśli, że oto podróżował sobie w czasie i to za sprawą jakiegoś starego zegarka.
Jednocześnie czuł że jeśli teraz znowu pójdzie na strych i, nakręci tę diabelską machinę to znowu znajdzie się bóg wie gdzie i diabli wiedzą w jakim czasie.
Zaskakiwał go fakt, że to co właśnie przeżył było tak realne, widział rzeczy które przecież nie mogły mu się nijak przyśnić, bo wcześniej nie miał o nich zielonego pojęcia.
Nad ranem po kilku godzinach rozmyślań i przewracania się z boku na bok stwierdził w końcu, że raz kozie śmierć – ma niesamowitą okazję by przeżyć przygodę jakiej nikt inny przeżyć nie może i że na pewno nie jest to przypadkowe, w związku z tym analitycznie podchodząc do sprawy, było by wielkim i niewybaczalnym błędem nie wykorzystanie takiej szansy, choćby po to by się dowiedzieć co się właściwie stało z jego dziadkiem.
Tajemniczy zegarek dawał mu przecież niezwykłą szansę poznania tego czego inaczej poznać nie sposób.
Tak uspokojony, z mocnym postanowieniem działania, usnął w końcu na krótko przed świtem.
Śnił mu się oczywiście dziadek, stał na progu w kuchni z zegarkiem w dłoni nieśpiesznym, monotonnym ruchem nakręcając mechanizm, a jego nieco zagadkowe spojrzenie, takie samo jak na tamtym starym zdjęciu, zdawało się mówić, mam dla ciebie jeszcze wiele niespodzianek.
Następnego dnia Michał obudził się wyjątkowo późno, a właściwie obudziła go poirytowana mama która bezlitośnie tłukła się garnkami w kuchni jakby gotowała tam obiad dla kompanii wojska, a nie jajecznicę na boczku, której zapachy dochodzące przez drzwi ostatecznie przekonały niewyspanego Michała, że warto już wstać.
W pierwszych chwilach po przebudzeniu wydawało mu się że wczorajsze wydarzenia były jednak tylko jakimś koszmarem sennym.
Nadzieje te jednak błyskawicznie rozwiała mama. Michaś a co żeś ty się tam na tym strychu tak tłukł przez pół nocy ? Widziałam że zaglądałeś do skrzyni po dziadku.
Popatrz też tam rano zajrzałam i zobacz co znalazłam, jak ci się podoba jego zegarek ?
Mówiąc to mama wyjęła z fartucha zegarek dziadka i położyła go na stole.
Szkoda tylko że jest zepsuty.
W tym momencie Michał struchlał, jak to zepsuty ? Normalnie - po prostu nie chodzi i tyle.
Michał pamiętasz ty jeszcze Pana Kocura, który na stryszku miał swój warsztacik gdzie naprawiał zegarki, zamki do drzwi, lutował połamane klucze i dziurawe garnki ?
Oczywiście że go pamiętam chociaż on do enerefu wyjechał już ze trzydzieści lat temu.
No właśnie, szkoda że go już tutaj nie ma. Popatrz nie umiem tego zegarka nakręcić, pewno się przez te wszystkie lata zastał do immentu. Kocur na pewno by go naprawił, a do tych dzisiejszych zegarmistrzów to się boję zanieść, bo oni to chyba tylko bateryjki wymieniać potrafią.
Próbowała mama nakręcać, i co się stało ? z niedowierzaniem zapytał Michał.
Co się miało stać nic się nie stało przecież ci mówię że zegarek ani drgnie, a tego kółka do nakręcania nie da się obrócić, jesteś głuchy czy jeszcze śpisz ?
Po tych słowach mam siadła na krześle obok Michała i przez dłuższą chwilę w zamyśleniu przyglądała się zegarkowi leżącemu na stole.
Co mama tak mu się przygląda - ano nic tak sobie tylko przypominam jak twój dziadek a mój ojciec siadał przy moim łóżeczku i opowiadał mi bajki na dobranoc, zegarek w kieszeni jego kamizelki cichutko sobie i tykał, czasem przykładał mi go do ucha, a ja wtedy natychmiast zasypiałam i wiesz miałam wtedy takie piękne i kolorowe sny jak nigdy potem.,
Wyobraź sobie że do dzisiaj pamiętam dokładnie wszystko co mi się wtedy śniło.
No to ładne kwiatki, Michał wymamrotał niemal bezgłośnie, ja też chyba nigdy nie zapomnę ostatnich wydarzeń.
Nagle przerywając milczenie, ni stąd ni zowąd zapytał:
Czy mamie nie przypomina się coś dziwnego związanego z tym zegarkiem ?
Eee tam nic specjalnego sobie nie przypominam, no może poza tym że gdy spoglądam na ten zegarek to widzę wciąż mojego ojca - ale wiesz ty co jednak przypominam sobie jedną historię, a właściwie jedną z bajek, którą twój dziadek mi opowiadał aż do znudzenia, a było to o tym jak kiedyś przysypało go na kopalni.
Zginęło tam wtedy kilku jego kolegów, a on jako jedyny ocalał chyba cudem, przeczołgał się pod zawałem ponad 10 metrów.
Opowiadał potem, że to skarbnik go uratował, że go wyprowadził z zawału.
Mówił mi, że gdy tak leżał w absolutnej ciemności pod tym zawałem w ciasnej wnęce, jaka szczęśliwym trafem się wokół niego wytworzyła, to w pewnej chwili nie wiadomo skąd, pojawiło się koło niego tajemnicze światło i dziwny brodaty, przygarbiony człowieczek, ubrany w czarny skórzany płaszcz z wielkim kapturem, trzymający w ręku starą lampkę oliwną jakich śląscy gwarkowie używali przed wiekami.
Człowieczek ten usiadł obok na zwalonym stemplu i przedstawił się słowami – jo żech jest berggeist zez tyj gruby po woszymu nazywom się skarbnik. Podziałkujesz się zy mnom tytuniem mamlasie jedyn ?? Dziadek odpowiedział że i owszem, bardzo chętnie, ale woreczek z tytoniem został w kamizelce, gdzieś tam w zawalisku. Wtedy nieznajomy wstał i równie nagle jak się pojawił zniknął znowu w ciemności, po chwili jednak powrócił trzymając w dłoni dziadkową kamizelkę - no a tera prosza o tyn tytuń. Dziadek podał mu woreczek i jednocześnie z kieszeni kamizelki wypadł na spąg kompletnie rozbity srebrny zegarek. Dziadek ze smutkiem w oczach przyglądał się zniszczonemu zegarkowi, który praktycznie został zgnieciony na miazgę przez walące się skały.
Oj szkoda szkoda, to był taki dobry i cenny zegarek. Skarbnik spojrzał na jego zasmuconą twarz, wyjął mu z dłoni resztki doxy i przyjrzał się jej bardzo uważnie, po czym rzekł:
Oj człeku przeca ni wisz czy wyliziesz stąd żywy, a zegarka ci żol ??? zresztą on przecież wcale nie je zepsuty, mówiąc to oddał dziadkowi z powrotem tykający zegarek.
On jest tera aż za dobry, właśnie żech ci go trocha wyrychtowoł, mówiąc to skarbnik roześmiał się ironicznie.
Teroz opowiadej co tam nowego, bo jo już ze sto lat na wierch nie wylazowoł, sam zaś moga ino podsłuchowywać co bergmany ze sobom godajom, a to ino same gupoty.
No opowiadej – Dziadek mówił i mówił o ciężkim życiu śląskiego górnika, o biedzie jaka panuje w robotniczych domach, o dopiero co zakończonej wojnie światowej i tak dalej i tak dalej, aż w końcu zasnął zmęczony wydarzeniami i coraz cięższym powietrzem w zawalisku. Gdy się ocknął po jakimś czasie powietrze było już zdecydowanie lepsze, nikogo przy nim nie było, pod głową miał swoją kamizelkę, z której w panującej grobowej ciszy dochodziło tykanie zegarka, a obok niego wbita hakiem w połamany stempel jasno świeciła lampka karbidowa. W blasku lampki dziadek dojrzał, że oto w jednym miejscu skały jakby się nieco uniosły i wytworzył się długi wąski ciemny korytarz, na końcu którego słychać było jakieś głosy i widać było migające światełka ratowników.
Wiesz Michał i to nie była chyba tak do końca bajka, bo w tej katastrofie w roku 1919 zginęło siedmiu górników których już nigdy nie odnaleziono i tylko twój dziadek wtedy przeżył.
Może on wtedy rzeczywiście spotkał skarbnika, który mu życie uratował ?
Spojrzeli obydwoje na siebie po czym ich wzrok równocześnie przeniósł się na leżący przed nimi wielki srebrny zegarek na grubym łańcuszku.
Michał uśmiechnął się nieznacznie, on znał odpowiedź na to pytanie.

Podpis: 

Tomasz Bugaj rok 2006
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy Miłość z internetu cz. XVI - sex panów Miłość z internetu - czytaj kolejne części
nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz. zabawa pomiędzy dwoma facetami XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.