http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
310

Miłość z internetu cz. XII - czy to normalne?

  Naprawdę dla dorosłych. Wstyd mi przekazywać to o czym pisaliśmy. Nigdy nie wyobrażałem sobie że mogę mieć takie pragnienia co do kochania się z moją najdroższą. A może miałem ale nie wiedziałem że da się je opisywać i zastosować w realu, że tego się  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W grudniu nagrodą jest książka
Jestem nudziarą
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Miłość z internetu cz. XII - czy to normalne?

Naprawdę dla dorosłych. Wstyd mi przekazywać to o czym pisaliśmy. Nigdy nie wyobrażałem sobie że mogę mieć takie pragnienia co do kochania się z moją najdroższą. A może miałem ale nie wiedziałem że da się je opisywać i zastosować w realu, że tego się

Głupia Sztuka Akt II

Dalsze perypetie wspaniałych bohaterów :)

Miłość z internetu - czytaj części od I do XII

Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr

Miłość z internetu cz. XI - nauka kochania się I

Tylko dla dorosłych. Oryginał przekopiowany z korespondencji przez internet. Liczne błędy powstałe jak to bywa w wyniku szybkiego pisania i emocji powstałych podczas opisów marzeń miłosnych

Glupia Sztuka Akt I

Uwaga! Tego tekstu nie należy traktować poważnie.

Władcy Kosmosu

Humorystyczne opowiadanie, którego bohater doznaje niezwykłych halucynacji.

Demoralizacja

Ciągle przed oczami – Ty. Cały świat to Twoje oczy. To nie Bóg patrzy na mnie z Nieba. Niebem jest Twoja piękna twarz.

Przywilej Świata Paraleli

Krótkie opowiadanie fanfiction, które zostało zainspirowane światem gry komputerowej o nazwie Universe na PC. http://www.gry-online.p l/S016.asp?ID=3306

Epitafium dla przydrożnego ścierwa

krótki opis

Przemiana

"Coś we mnie narastało, coś nieuchronnego i groźnego, przekraczającego wszelkie znane ludzkości stany, coś nieporównanie większego niż pan Aleksander i jego szkaradne postępowanie."

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1069
użytkowników.

Gości:
1068
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 44321

44321

BLÓŹNIERSTFO

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
08-03-27

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantasy/Komedia/Religia
Rozmiar
48 kb
Czytane
2714
Głosy
13
Ocena
4.73

Zmiany
17-07-17

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P12-powyżej 12 lat

Autor: PCScorpio Podpis: Mirek "PCScorpio" Henning
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Wygłup metafizyczny... Historyjka o ostatniej szansie danej ludzkości. Uwaga, może urazać uczucia religijne, a nawet antyreligijne

Opublikowany w:

-

BLÓŹNIERSTFO

Słońce jaśniało ogniście nad rozległą, połyskującą metalicznie równiną, na której czystym przypadkiem zaczyna się niniejsza opowieść. Postaci, których będzie ona dotyczyć, łatwo było rozróżnić w tym wszechogarniającym blasku ze względu na cienie, jakie rzucały. Cieni było trzy - mniej więcej tyle, ile samych postaci.
Jedną z postaci był starszy mężczyzna w białym stroju - właściwie normalny staruszek o prawie całkiem łysej głowie i siwej brodzie z rzadkich, faliście rozwianych włosów, długiej niemal do pasa, a ściślej niezgorszego brzuszka, którym był obdarzony. Był zgarbiony i z grubsza połamany, a jego łagodna twarz solidnie pomarszczona. Tuż za jego plecami stał młodszy mężczyzna - w praktyce chłopak; miał długie kręcone włosy oraz wąsy i bródkę, w barwie czarnej, choć pojaśniałej od słońca. Jego strój był biało-żółty i być może w związku z tym wyglądał na wściekłego i naburmuszonego. Ci dwaj stali naprzeciwko trzeciej postaci, najwyraźniej z nią rozmawiając lub nawet się kłócąc.
Trzecia postać była trudna do opisania, przynajmniej w rozsądny sposób. Przyjmijmy, że był to stosunkowo wysoki, kostyczny i chudzielcowaty koleś w typie przedsiębiorcy pogrzebowego z żartów rysunkowych. Był szczelnie otulony w fałdzistą szatę w kolorze głębokiego błękitu, a jego pociągła, ascetyczna i antypatyczna twarz przypominała kolorem duraluminium i zdawała się lekko fluoryzować w sposób identyczny z otaczającą ich równiną. Z tym, że równinę można było uznać za piękną.
W chwili, gdy relacja z tych stosunkowo ważnych wydarzeń rozpoczyna się w niniejszym tekście, antyczny człowiek o aluminiowej twarzy kończył właśnie jakąś długą przemowę pod adresem białowłosego staruszka - nie jest do końca pewne, czego dotyczyła, była jednak wyraźnie nieprzychylna, o tendencjach dominujących, łajających i mieszających z błotem. Kostyczny w błękicie wygłaszał ją z arogancko uniesioną głową, ale w całości pozostawał nieruchomy jak słup wysokiego napięcia, minimalnie tylko gestykulując prawą ręką. Starszy słuchacz i stojący za nim naburmuszony młodszy próbowali z rzadka wtrącać coś na swoją obronę, ale z reguły nie byli dopuszczani do głosu.
- ...takie są fakty. Czy macie, panowie, coś na swoją obronę? - zakończył wreszcie kostyczny w błękicie, spuszczając w ten sposób na jasną równinę ponure i wstydliwe milczenie. Starszy mężczyzna spoglądał smutno w ziemię. Kostyczny tryumfował nad nim wzrokiem.
- Wal się, popaprańcu - przerwał krępujące milczenie młodszy mężczyzna.
- Józuś, ja prosiłem ciebie - starszy odciągnął go za rękę do tyłu - Proszę mu wybaczyć te maniery... za długo przebywał tam, na dole.
- I o tym właśnie mówię ! Wszystkie nasze plany biorą w łeb ‘tam, na dole’ - kostyczny w błękicie wzniósł palec w oskarżycielskim geście - Wuj Sam panoszy się, gdzie chce. Robi nas w wała, jak chce. Z własnych środków fundujemy mu codziennie gigantyczne zyski. A przez kogo to? Przez ciebie - palec karząco wycelował w stropioną łysinę - Przez twoją niekompetencję. Nie umiesz dostosować się do zmian. Z ogromnych środków, które ci przydzieliliśmy, stworzyłeś żałosną hodowlę. To jeszcze zrozumiałe, doświadczenia nie miałeś. Ale wszystko wymknęło ci się spod kontroli ! Bunt w szeregach - zdarza się. Ale facet przystał do naszych wrogów i zaczął kombinować jak trzeba ! Nie załatwiłeś go od razu, teraz uczyć się możesz od niego.
- Nie tak powinniśmy działać... - mruknął nieśmiało staruszek - Poza tym, syn miał za zadanie...
- Twój ‘syn’ - błękitny wypowiedział to z wyraźnym obrzydzeniem - spieprzył wszystko do reszty. Przez niego rozpętał się istny chaos. Burdel - wyjaśnił młodszemu mężczyźnie -
A wuj na tym korzysta.
- Mowa, dziadek ! - warknął młody - Nie ja im to kazałem robić. Nie wiedziałem co im strzeli...
- A kto miał wiedzieć? Dość tego - oświadczył błękitny - Konsorcjum nie ma wyboru. Cały projekt idzie do likwidacji. A ty - wracasz do strunowni na Khatta.
- Błagam, Kierowniku - jęknął starzec - Nie tam ! Żona tam nie wytrzyma !
- Jaka znowu żona? Zapomniałeś kodeksu? W czasie likwidacji projektu terminowane zostają wszystkie operacje, w tym prolongaty astralne - szczególnie tak bezprawne jak ta, o której mówimy. Są częścią projektu i znikają razem z nim. Twoja żona i syn, których się tak niefortunnie dorobiłeś, po wygaśnięciu twojego kontraktu powrócą do formy fizycznej podobnie jak reszta tych stworzeń, którym tak swawolnie porozdawałeś prolongaty.
- Co z nimi zrobicie?
- Chyba mówię wyraźnie? Wrócą na planetę.
- Którą potem zniszczycie !
- Co znowu? - zdziwił się błękitny - Nic podobnego. Sam ją zniszczysz. Masz to wyraźnie w kontrakcie. Dość energii tu roztrwoniliśmy, żeby marnować ją jeszcze na spalanie śmieci po byłych pracownikach.
- Więc sam wrócę do strunowni? Nie wytrzymam tego ! Stary już jestem... błagam !
- Te tatuś ! Czego się płaszczysz przed tym obezjajcem? Kopnij go w zad i chodźmy stąd w końcu - zaproponował młodzieniec.
- Zamknij ten głupi pysk ! My tu o twojej przyszłości mówimy wyrodku - warknął cicho staruszek - Kierowniku ! Ja mam jeszcze do końca kontraktu parę centuriów... Razem trzy minuty gwiezdne.
- Faktycznie dużo ! - migotliwa twarz uśmiechnęła się kwaśno.
- No więc proszę mnie dać jeszcze jedną szansę. Ja wszystko naprawię.
- Już to słyszeliśmy. Koniec papraniny ! Sam nie będzie pasł się naszym kosztem ani pół minuty dłużej.
- Nie tak szybko ! Nie wolno wam niszczyć mojego projektu przed końcem kontraktu. Nie ma sytuacji krytycznej.
- To tobie na tym zadupiu tak się wydaje. Pewnie nie wiesz o tym, że ludzie Sama dzięki energii, jaką im wspaniałomyślnie pozostawiasz, budują niedaleko stąd własny świat. Od razu powinniśmy byli zaproponować mu twoje stanowisko - zastanowił się kierownik - Ale na to już za późno. Sam wygrywa, ty wylatujesz. Pozostaje jedynie odciąć mu źródło taniej energii i uprzątnąć ten twój burdel. To twoje ostatnie zadanie.
- On jeszcze nie wygrał ! - zbuntował się starzec - Dajcie mi czas, który mi przysługuje, a ja już się tym skrucafiksem zajmę. Przysięgam. Ostatnia szansa.
Kierownik w zamyśleniu stukał palcami jednej ręki o łokieć drugiej.
- Pięć sekund - powiedział - Masz pięć sekund gwiezdnych.
Mina starca trochę zrzedła, ale rzucił się do pokornych podziękowań. Kierownik zebrał swoją szatę, wyrywając jej rąbki z jego drżących palców i zbierał się do odejścia.
- Jeśli za pięć sekund odczyty się nie poprawią, uznamy projekt za zamknięty. I radzę ci zająć się tym samemu. Odmowa likwidacji zasobów wroga jest równoznaczna ze zdradą.
W miarę wypowiadania tych pożegnalnych zdań, twarz i błękitna szata chudzielca stały się przejrzyste i podobne do płynnego szkła, i zaczęło spod nich przebijać żółto-białe światło o nieznośnej intensywności. Wreszcie cała postać stała się kotłującym, bezkształtnym zbitkiem rozbłysków światła, przejrzysta warstwa spłonęła na czarny pył, i Kierownik eksplodując z koszmarnie jasnym błyskiem, który kazał obydwu jego rozmówcom przymknąć oczy, wystrzelił w górę jako zbity obłok światła. Pomknął z niesłychaną prędkością, pozostawiając po sobie smugę mglistych powidoków, a na równinie tylko opadające wolno drobinki pyłu.
Z widocznym nawet stąd obrzydzeniem ominął szerokim łukiem Ziemię i wkrótce zniknął na czarnym niebie.
Starzec patrzył za nim, nerwowo skubiąc brodę. Z jego zapadniętych warg wyślizgnęło się ogniste, sepirotyczne przekleństwo po starohebrajsku (obaj z synem mówili bowiem między sobą właśnie w tym języku, jedynie w stosunku do chudzielca używali całkiem innego).
- Pięć sekund do zniszczenia Ziemi - wymamrotał - Pięć sekund...
- Te tatuś - odezwał się z tyłu Józuś - To właściwie całkiem niezły pomysł jest. Chromolmy to gnojowisko i chodźmy szukać czegoś nowego. Rzygać mi się chce jak se przypomnę, co oni...
- Ty durny gnojny szczeniaku - staruszek odwróciwszy się trzepnął go w głowę - Nie słyszałeś ty, co Kierownik mówił? Likwidacja. Ty ani mama nie z naszej rasy jesteście. Jak się nam nie uda, to wszystkie prolongaty zlikwidowane. A to znaczy, cielcu ty niekumaty, że wy dwoje też idziecie z powrotem na dół. A potem ja sam cały ten kram rozpieprzyć będę musiał. A pamiętasz ty, jak to tam było?
Mina młodego zrzedła, i zaczął drapać się w głowę.
- No ale to ja i tak nie kapuję, czemu ty tatuś nie chromolisz ich i nie pójdziesz robić, co sam myślisz.
- Młody ty i głupi. I za długo ty między tymi małpiszonami chadzał, więc ja ci mówię, synku, że z tymi na górze to się nie zadziera. Jak my nie chcemy, żeby nam dokopali - to mamy pięć sekund.
- A ile to na te nasze?
- Tydzień - starzec ponuro przygładził łysinę - Jeden tydzień ziemski.
Młody zwiesił kudłatą głowę i zaczął ponuro kombinować, tatuś rozejrzał się zaś w poszukiwaniu rozwiązania po wszystkim, co ich otaczało. Nie znajdował go na całej połyskliwej równinie, ani w Słońcu, ani w żadnej z gwiazd połyskujących w przestrzeni upstrzonej nimi jakby przez robaczki świętojańskie; ani tym bardziej na górującej nad nimi Ziemi, ani na opalizujących coraz słabiej, coraz mniejszych kulach coraz większych planet widocznych w głębokim planie poza nią. Na nich dostrzegał tylko, w wyobraźni bardziej niż daleką percepcją, migotliwe, szpetne,beznadziejnie perfekcyjne gęby jego konkurentów, rechoczących już ze szczerej radości na widok jego powrotu do Khatta. Między nimi wuj Sam, spasiony na kradzionej energii buntownik, prywatny przedsiębiorca, parszywy spryciarz. Przeklęty wujcio, który rozprowadził ten dobroduszny pseudonim tak szeroko, że o dawnym imieniu, Samael, zapomniał nawet on sam. Skubaniec... Zgodnie ze słowami Kierownika, całą energię spływającą do jego zapasów z tej wielkiej kuli biało-zielono-niebieskiego brudu wiszącej teraz nad głową staruszka jak kosmiczne przekleństwo, podarował wujowi on sam. Produkcja energii została podjęta według jego własnych wzorców, i nie opłaciło mu się to. Ani tym bardziej producentom. Projekt - w imię pewnych nieistniejących ideałów - został spartaczony. Jedynym wyjściem była likwidacja, jedynym przeznaczeniem - zagłada...
- Jedyne wyjście, jakie ja widzę - powiedział staruszek - powiedzieć im, o co chodzi.
- Powiedzieć im prawdę?? - Józuś wywalił oczy - Chyba zgłupiałeś tatuś.
- Aj, bo jak ułapię za ten łeb kudłaty ! Bluzgać rodzicowi będzie. Ja ci mówię, że tak musimy zrobić.
- Ty ich tatuś nie znasz, tych pociupańców na dole. Starczy tych pierdół, co sami wymyślają. Jak im powiemy, to już oni wykombinują taki przekręt, że ani ty, ani ten ciulec kierownik se nie wyobrazicie.
- Nie bluźnij mi tu, bo jak ci...! Innego wyjścia nie ma. Przynajmniej ja nie wymyślę. A kim ja niby jestem, co?
- Tatuś... to tatuś. Ale przecież wiadomo, że oni przeważnie już u Sama robią. On to przecież wykorzysta.
- Ja wierzę w ich rozsądek. Ten zdrowy. Jak im wyjaśnimy sytuację, klarownie i bez cudactwa, sami zrozumieją, co dla nich dobre. Ja na nich liczę.
- To się, tatuś, przeliczysz.
- Widzę - powiedział staruszek, zamykając oczy - widzę ich, jak w końcu zgadzają się na współpracę. Widzę, jak wybierają między życiem i śmiercią - przecież wiem, co wybiorą, bo specjalnie w ten sposób ich poskładałem. Widzę Ziemię bez wojen, głodu, zbrodni.
- A ja, tatuś, widziałem, co wybierają naprawdę. Nie wybierają tego, co myślałeś. Dałeś im iluzję wolności wyboru, ale oni zmieniają ją w rzeczywistość: wybierają śmierć. Jesteś pewien, że to nie Sam ich zrobił?
- Aj, bo jak wezmę...
- Dobrze, dobrze. Ale ja osobiście widzę, jeśli im powiemy, podział na dwa lub więcej obozów, spory, i w końcu wielkie wyrzynanie. A kto na tym skorzysta?
- Może ty masz pewną rację - mruknął staruszek, przerywając daleką percepcję - Mówić wszystkim, to może przesada, zresztą Sam nie pozwoli, mamy układy. Ale można by chociaż kilku, chociaż jednemu...
- Próbowaliśmy już czegoś takiego parę razy. I co? Olewka, tatuś. Nikt nie uwierzy.
- Ale jeżeli damy mu więcej energii... tak jak tobie dałem...
- Akurat ! - zaperzył się Józuś - Ja widzę, że nic z tego nie wyjdzie.
- Zazdrość... za długo tam byłeś. Nieważne. Mój projekt: wybieramy jednego, mówimy mu wszystko - naturalnie w takiej wersji, żeby zrozumieli. I niech się sami namyślą.
Zrobił przerwę na wybuch kolejnego wahadłowca startującego z planety nad nimi, w bezskutecznej próbie dotarcia na którąś z sąsiednich. Obaj obserwowali błysk w milczeniu.
- Jak se tam chcesz, tatuś - mruknął młodzieniec - Ale żebyś wiedział, że ja się do tego nie mieszam.
Otrzepał buntowniczym gestem ręce, po czym odwrócił się i odszedł równiną w kierunku
najbliższego przejścia, podśpiewując po aramejsku piosenkę o hożej Madzi.


Zaledwie pół ziemskiej godziny po opisanych wyżej wypadkach, w jednym z miast w regionie środkowoeuropejskim wyżej omawianej planety, Adam Nowak wstawał jak co dnia do pracy.
Jego praca w biurze nie wymagała na szczęście myślenia, co dawało mu minimum szans na przeżycie w ziemskim świecie. Myśli Nowaka miały trudności ze skupieniem się na pracy, nieustannie bowiem krążyły wokół spraw metafizycznych. Jego niespokojny umysł dawno już opuścił wpojone mu w dzieciństwie religijne fakty i mity i obecnie uważał się za ateistę, ale właśnie dzięki temu myślał o sprawach religijnych z dystansem i mógł je intensywnie badać i roztrząsać. Roztrząsał więc kwestie istnienia (lub nie) Boga lub bogów i powiązań tego faktu z istnieniem zła i dobra wśród ludzi oraz z kwestią życia po śmierci tychże. Roztrząsał je z dystansem, rozsądnie i na trzeźwo, za dnia, ale zwłaszcza przy wieczornym piwie.
Wieczorami, przy piwie, wspólnie z kolegami dekonstruowali rozmaite religie, a z rzadka udawało im się nawet skonstruować nowe, które działały z reguły kilka dni, w porywach -tygodni. Komputerowiec Byk rozpowszechniał niektóre za pośrednictwem Internetu, gdzie znajdowały więcej fanów, ale z reguły ginęły w zalewie innych podobnych. Najdłuższy żywot miała religia, dla której Byk zrobił własną stronę internetową pt. "Próba Traw", ale po paru tygodniach twórca niemal identycznej strony "Republika Kannabijska" z drugiej strony Polski zagroził mu sądem, i sprawa zdechła. Dyskusje szły w każdym razie jak po maśle - chociaż po piwie.
- Ale mnie wkurwiają ci chrześcijanie - zaczynał na przykład lewicowiec Lawenda.
- To kompletny obłęd - zgadzał się sceptyk Kozdroń - Im nie można nawet wytłumaczyć, że jesteś niewierzący. Mój stary zarzuca mi, że przekabacili mnie ewangelicy. Stara myśli, że jestem świadkiem Jehowy, a babcia, że satanistą.
- Satanistą trzeba się urodzić - zaznaczał wyznawca Bacewicz, nigdy nie przepuszczający okazji do misjonarstwa.
- Ja tam wolałbym zostać muzułmaninem - rozmarzał się komputerowiec Byk, znany miłośnik śmierci i przemocy - Ci to mają ciekawe życie: bomby rzucają, wieżowce bulą... Też bym chciał nosić kałasza i cały dzień strzelać do Żydów i niewiernych.
- Po co tak daleko? U nas też masz różne radia, gazety i partie - krzywił się Lawenda, który nie znał się na żartach - Jak ci dojdą kiedyś do władzy, to dopiero się będziemy martwić.
- Mnie osobiście martwi co innego - zastanawiał się wątpiący Gućwik - Pewnie, że wszystko to brednie, ale co, jeśli któryś z nich ma rację? Którykolwiek - albo kościół, albo jakaś kompletnie wariacka sekta? Co, jeśli któraś z nich wbrew wszystkim regułom i zdrowemu rozsądkowi faktycznie zna jakąś wyższą prawdę i ma rację?? Jeśli po śmierci okaże się, że któraś z nich...
- Po śmierci nic się już nie okaże - przerywał Lawenda - Zgoda, wszystkie sekty i kościoły mają rację. Wiesz dlaczego? Bo chodzi im tylko o kasę. I to jest jedyna wyższa prawda. Żerują na pojedynczych wariatach, którzy służą im za kapłanów, mesjaszów czy cholera wie kogo, no i tysiącach wariatów i głupków, którzy im wierzą. Z tego jest kasa, a kasa pozwala przeżyć, i jeszcze pożyć odpowiednio. Oprócz życia nie ma niczego.
- Nietzschego też już dawno nie ma - zaprzeczał artysta Pyrko, który odzywał się tylko po to, by kogoś wkurzyć.
- Fakt faktem - wzdychał Gućwik - Ale co, jeśli - jeśli...??
- Nie pozwól się zindoktrynować, bo skończysz w jakiejś partii skinheadowskiej. Popatrz no na tych chrześcijan.
- Taa, jak pieprzone stado baranów - podchwytywał wyznawca Bacewicz - Zero mózgu w tych głupich łbach, co jakiś wariat w czarnym powie, to robią. Rasizm, nacjonalizm, sam syf. Satanizm to co innego: potępia tylko głupich. Dzieli ludzi tylko według inteligencji, która zależy od samego człowieka, nie od przyczyn niezależnych. Tylko sam człowiek jest winny swojej głupoty, i to głupich trzeba tępić.
- Pierdolisz - oponował spokojnie sceptyk Kozdroń.
- To prawda, stary ! Mistrz kościoła Szatana tak powiedział !
- Może sobie być skubanym diabłem Borutą, a to co mówi, to chrzan w bambus.
- Uważaj co mówisz ! Kurde, gdybym był trzeźwy, mógłbym cię za to zabić. Jeżeli Mistrz coś mówi, to to jest prawda !
- A jak mówi, że zawsze kłamie, to też jest prawda? - polemizował Kozdroń.
- Jeżeli mistrz mówi prawdę, kiedy mówi, że zawsze kłamie, to znaczy, że kłamie, a więc kłamie, kiedy mówi, że zawsze kłamie, to znaczy, że mówi prawdę, a więc mówi prawdę, kiedy mówi, że zawsze kłamie, to znaczy... - wtrącał znienacka artysta Pyrko.
I tak dalej... Nowak przyznawał im rację i zarzucał kłamstwa, był za, a także przeciw. Czuł się mądry i silny jako przedstawiciel centro-lewicowo-górno-dolnego agnostycyzmu, który nie przyznawał racji żadnej stronie. Kpił z religii, ideologii i programów politycznych; zwalczał i kwestionował wszystko. Zasada ta naruszała też czasami jego własną ideologię, w takich chwilach czuł się zdegustowany, rozbity i bez apetytu; podnosiło go na duchu tylko piwo z kolegami, podobnie myślącymi.
Być może któryś z tych wszystkich czynników zadecydował, że to właśnie Jan Nowak, kładąc się krytycznego wieczoru spać, znienacka został nawiedzony przez anioła.
Anioł, tak jak w przypadku innych objawień na przestrzeni dziejów, miał postać najbardziej przemawiającą do rozumu i uczuć danego ludzkiego rozmówcy. W przypadku Nowaka, był fizycznie bardzo podobny do jego wielkiej miłości z lat szkolnych i jednocześnie profesora historii, który wywarł największy wpływ na jego światopogląd. Nadawało mu to specyficzny wygląd hermafrodyty, przeważający w tradycyjnych wyobrażeniach aniołów, co też świadczyło o ich autentyźmie. Ale Nowak nie myślał o tym wszystkim, kiedy pogrążony w swego rodzaju półśnie gapił się w anioła jak sroka w kość.
Witaj, Adamie Nowak. Zostałem wysłany do ciebie z misją.
K-k-kim... (nie, nie, nic nie słyszałem, tam nic nie ma) - Nowak zaczął się jąkać nawet w myślach, które anioł oczywiście słyszał, i taką właśnie bezgłośną formę miała ich rozmowa) - Kim... (Boże, nie! to się nie dzieje naprawdę) Kim t-t-ty...
Przestań się jąkać. Przyjmij właściwą postawę! Rozmawiasz z wysłannikiem Stwórcy. Wbrew twoim ślepym przekonaniom, Bóg nie tylko istnieje i pamięta o tobie, choć ty o Nim zapomniałeś, ale w dodatku postanowił wybrać właśnie ciebie na głosiciela Swej prawdy. Prawdy, która może stać się ostatnią szansą odkupienia dla obłąkanej ludzkości.
Jeśli rzeczywiście istnieje - Nowak, kiedy po chwili ochłonął, zaczął myśleć logicznie i przypominać sobie wszystkie pytania, jakie pragnąłby postawić w takiej dyskusji, gdyby się wydarzyła - Jeśli rzeczywiście istnieje, dlaczego pozwala na zło? Nie chce czy nie może mu zapobiegać? Dlaczego w Biblii jest tyle sprzeczności? A dlaczego...
Twoje szczeniackie zarzuty zakłócają powagę tej rozmowy. Masz pierwszą i zapewne jedyną możliwość osobistego spotkania z wysłannikiem swego Stwórcy - zamilcz więc i słuchaj.


Wszystkich dyskusji, jakie Nowak przeprowadził z aniołem, nie ma tu czasu, miejsca ani sensu przytaczać. Pozwolimy więc sobie zacytować ostatni, kluczowy fragment tej wiekopomnej pogawędki :
Każdy człowiek, Adamie Nowak, ma przed sobą dwa życia: doczesne, i wieczne. Aby jednak jego dusza stała się pełna, musi też przejść przez dwa rodzaje życia: życie spokojne i przyjemne,zwane Nin, oraz życie pełne bólu i wysiłku, zwane Nang. Dusza ludzka nie może stać się nieśmiertelną, jeżeli nie przejdzie obu tych okresów,hartując się w cierpieniu i spełniając w rozkoszy - wówczas dopiero staje się wytrzymała jak stal i dostatecznie silna, aby przetrwać Wieczność. Podobnie prawdziwa mądrość wymaga poznania zarówno dobra, jak i zła. Przeznaczenie każdego człowieka musi więc poprowadzić go przez te dwie ścieżki, zanim rozpocznie się jego życie wieczne. Zauważ teraz, Adamie, tę subtelną różnicę: wypełniając Bożą wolę, przechodzisz swój okres bólu i wyrzeczeń na Ziemi, aby następnie cieszyć się okresem szczęśliwości w Niebie. Gdy twoja dusza osiąga wieczną trwałość, pozostaje w Niebie już na zawsze. Tymczasem szatan wmawia ludziom, że życie wieczne nie istnieje, że doczesna rozkosz jest wszystkim; namawia ich do grzesznego życia w beztroskim przeświadczeniu, że śmierć jest końcem. Sprytny oszust! Po zakończeniu doczesnego Nin, ci naiwniacy trafiają w jego łapy, aby przyszła ich kolej na Nang w piekle; gdy zdają sobie sprawę, jak zostali zrobieni w bambuko, jest już o wiele za późno, a po przejściu obu okresów pozostają w piekle - na wieczność. Proste, prawda? Być może teraz oburzysz się, Janie, ale prawda jest taka, że zarówno Bóg, jak i szatan poddają ludzi cierpieniu, cierpienie jest konieczne do uzyskania nieśmiertelności. Ale różnice w ich intencjach sam już pojąłeś: Bóg chce przeprowadzić cię przez tę smutną konieczność tu, na ziemi, aby zapewnić ci większe korzyści w przyszłości. Chce bowiem jak najlepiej dla tych, których stworzył, ukochał ich tak bardzo, że syna swego... znasz to już. Szatan zaś chce cię pognębić, w zamian za doczesne przyjemnostki zagrabić cię na wieczność do swego królestwa utrapienia; dręczy ludzi z czystej złośliwości wobec ich Stwórcy, ale także dlatego, że ich ból sprawia mu perwersyjną rozkosz. Dla Boga twój ból to niechciana konieczność - dla diabła, wielka radość i jedyne, na co jesteś mu potrzebny.
To rzeczywiście ma sens... kawałki układanki pasują do siebie. Ale, w takim razie nadal nie rozumiem, dlaczego Bóg ustawił to właśnie w ten sposób. Skoro może wszystko, i sam stworzył ludzi tak, żeby potrzebowali bólu, jak może chcieć dla nich dobrze? Niechciana konieczność - przecież sam ją wymyślił ! A może nie wiedział, kiedy nas stwarzał? Podobno jest wszechwiedzący...
Mój drogi ! Łatwo ci przychodzi osądzanie kogoś, kogo nie możesz pojąć. Sam zgadzasz się z tym, że cierpienie uszlachetnia. Cierpiąc, widzisz się lepszym, chociaż inni z ciebie kpią, sam to powiedziałeś. Bóg także widzi cię wtedy lepszym. Faktem pozostaje, że musisz przejść obydwa etapy drogi do osiągnięcia siły i trwałości duszy, wtedy dopiero wstąpi ona na wyższy poziom, bliższy Bogu, absolutowi, Nirwanie - nazwij to jak chcesz. Wtedy dopiero, osiągając wyższy poziom wiedzy, ogarniesz zamysł Boży i zrozumiesz lepiej, o co mu chodziło. Dostąpisz
wiedzy nieznanej śmiertelnym i pojmiesz Sens. Będziesz nawet mógł poświęcić wieczność na jej poznawanie - zdasz na wieczne studia. Teraz nie rozumiesz sensu,bo jesteś, można powiedzieć, dopiero w pierwszej klasie.
To bardzo wygodne, obiecywać tyle rzeczy na po śmierci ! Przecież wtedy nie będę mógł tego sprawdzić...
Myśl teraz, co chcesz, ale wkrótce sam zobaczysz. A sensu życia nie ma sensu ci wyjaśniać... W żadnym ludzkim języku nie ma po prostu słów na jego opisanie. Musisz zobaczyć to sam, kiedy nadejdzie twój czas.
Tak tak, Matrix, te sprawy... Mógłbyś jednakże spróbować. Nie uwierzę, dopóki nie usłyszę czegoś przekonującego.
Przeklęty światopogląd ! Dobrze, skoro naprawdę tego pragniesz, spróbuję... Jednym z celów istnienia ludzkiej rasy jest polimorfogenna transgryfikacja blazumów od półtetrakołopontu statycznego jądra nanogalaktyk - ale istnieją inne, jeszcze ciekawsze.


- Odnośnie tego sensu życia, tatuś.
- Czego znowu, cielcu?
- Tego tutaj nie do końca jarzę. Przecież wiadomo, co jest faktycznie celem ich życia.
- A co ma nie być wiadomo? Powiedziałem im to na samym początku: „Idźcie i mnóżcie się,
i zapełniajcie ziemię”.
- Otóż to. Specjalnie ich, tatuś, tak poskładałeś, żeby tak naprawdę to chcieli tylko się rozmnażać.
- Pewnie ! To leży u podstawy wszystkiego, co są w stanie wykombinować. Zarówno ich ciało, jak i „uczucia wyższe” mogą się zaspokoić tylko w ten sposób. Sami zorganizowali swoje społeczeństwa tak, że tylko przedłużanie rodziny umożliwi im gromadzenie swoich dóbr i zyskiwanie respektu, a więc przetrwanie. Sprytnie to ustawiłem, nie?
- I jedynym celem ich życia jest namnażać się, produkować więcej energii i nabijać nam kabzę.
- No. Więc czego nie rozumiesz?
- No więc moim zdaniem to trochę nie w porządku wciskać im teraz takie kity. Mieliśmy powiedzieć prawdę...
- Drogi Józuś. Może jeszcze nie zauważyłeś, że im już przestała wystarczać prawda. Nie chcieli wypełniać gorliwie naszych zaleceń, uznali, że są za dobrzy dla swojego Stwórcy ! Nagle zaczęli szukać wyższych sensów ! To oczywiście robota Sama, chociaż udowodnić mu tego nie można. W każdym razie cóż robić? Niech wymyślają najdziksze brednie, byle tylko robili, co do nich należy. To takich, co nie chcą robić, musimy uciszać. No i wszystkie te wynalazki Sama przeciw rozmnażaniu: homosexualizm, aborcja, antykoncepcja, wyzwolenie kobiet... sukinsyn zmniejsza nam pogłowie jak tylko może. Z tym trzeba walczyć przede wszystkim, bo niedługo kompletnie nic nie wydolimy.
- A co z wiarą? Dlaczego mają wierzyć w coś, czego i tak nie ma?
- Dla własnego dobra, kretynie. Jeśli naprawdę w coś wierzą, to udaje im się to osiągnąć, albo przynajmniej mają nadzieję i łatwiej im żyć. „Wiara twoja uzdrowiła cię” - pamiętasz, sam tak gadałeś. To się nazywa autosugestia. Problem tylko w tym, żeby wierzyli w to, co my chcemy.
- Ale to mimo wszystko nie fer...
- Co za słownictwo? Urodziłeś się jako jeden z nich i masz prawo do odrobiny współczucia, ale bez przesady ! Pamiętaj, że jeśli wszystko trafi szlag, to ciebie razem z nimi. A żyć chyba chcesz, co? Życie jest najwyższą wartością, bo oprócz życia nie ma nic.
- No tak... Ale mówiliśmy, że umarłem po to, żeby oni mogli żyć.
- Jakoś ich trzeba było przekonać. Tym razem możesz wykitować razem z nimi, więc pilnuj roboty.
- Ale trochę mi głupio, kiedy tak harują za jakimś lipnym sensem tylko po to, żebyśmy to my osiągnęli nasz cel. Trochę głupio.
- A jak ty to sobie wyobrażasz, co? Może im powiedzieć, co jest celem naszego życia?
- No to, to nie...
- A sam ty chociaż pamiętasz, co nim jest?
- Pewnie ! Naszym celem jest...
- Ciszej, ciszej ! Krucafiks, przecież nadal mamy połączenie. Jeszcze któryś usłyszy, i co wtedy.


Pomimo narzekań syna staruszka, w tym niedoskonałym tłumaczeniu nazywanego Józusiem, przedstawiona Nowakowi wersja wydarzeń była w wielu szczegółach ściśle zgodna z rzeczywistością.
Energia, o którą tak usilnie zabiegali zarówno nasi dwaj konspiratorzy, jak ich zbuntowany pracownik, rzeczywiście była produkowana przez ludzi w momentach wytężonego wysiłku i bólu, co zresztą wynika z pewnych prostych równań o pracy i mocy. Ludzie oraz podobne im organizmy były hodowane i rozprowadzane po poszczególnych planetach przez innych, podobnych naszemu staruszkowi przedsiębiorców, wytwarzając moc na ich potrzeby. Gdyby spróbować przełożyć ten system na ludzki sposób rozumowania, najbliższym ekwiwalentem byłyby hodowle jedwabników, karmionych przez swoich właścicieli i wydalających na ich potrzeby cenną substancję. To oczywiście bardzo ogólnikowy obraz sytuacji i niewiele oddaje z jej niesłychanej złożoności.
Producenci energii potrzebowali silnych stymulacji, gdyż bez psychicznego i fizycznego cierpienia nie produkowali niczego. Spokój, folgowanie swoim przyjemnościom i słodkie lenistwo nie działały na korzyść hodowcy. W przypadku Ziemi, działały na korzyść konkurencji, to znaczy Sama, który z iście diabelską (sic !) pomysłowością wykorzystując luki prawne i technologiczne w administracji staruszka, był w stanie przejmować od niego odpadki, to jest: nieopłacalnych ludzi, którzy nie produkowali zbyt wiele. Po zakończeniu życia, przez resztę przysługującego im trwania astralnego, poddawał nieopłacalnych ekscesywnemu bodźcowaniu cierpieniem wszelkiego rodzaju, wyciskając byty ludzkie do ostatniej kropli mocy. Wyciągał dzięki tej technice blisko trzy razy więcej mocy w sześciokrotnie krótszym czasie niż konkurent, który drenował energię żywcem, powoli i delikatnie, opierając się jedynie na dobrej woli wierzących w jego obietnice ludzi.
Rozpleniwszy wśród ludzi religie i systemy wartości hołdujące lenistwu, spokojowi i rozkoszy, Sam zdołał w relatywnie krótkim czasie uczynić nieopłacalną zdecydowaną większość populacji planety, uszczuplając dramatycznie zasoby konkurencji na korzyść własnych. Interesy Sama kwitły wprost śpiewająco dzięki dalszym, cicho sponsorowanym przez niego osiągnięciom ludzi w różnych dziedzinach nauki i sztuki, które stopniowo niweczyły wiarę w głębszy sens ich istnienia oraz w tak zwaną nieśmiertelność duszy. Upadek wiary był nieuniknioną konsekwencją poznawania przez ludzi kolejnych prawd o ich małym świecie, gdyż mimo całej swej niedoskonałości, potrafili oni wyciągać logiczne wnioski. Na dodatek, na ludzi nie działały chwyty powszechnie stosowane przez innych hodowców, gdy ich stwory traciły wiarę i buntowały się: coraz liczniejsze kataklizmy oraz dotykające ich osobiste nieszczęścia potęgowały tylko ich złość i zaciętość, zamiast napełniać bojaźnią bożą. Z kolei nowe choroby, które dało się wyleczyć tylko i wyłącznie silną wiarą i maniakalną modlitwą, inspirowały ich tylko do dalszego wgryzania się w strukturę Stworzenia i rozwijania swej mizernej nauki. Tak! Woleli wierzyć w siły swoich żałosnych umysłów, zamiast oddać się w ręce Stwórcy i, ufni w nagrodę dla nieśmiertelnej duszy, wypełniać swoje nieuknione przeznaczenie.
Nie trzeba dodawać, że nieśmiertelność zapewniana przez Nin i Nang z historii opowiedzianej Nowakowi była już lipą. Ciała astralne miały ograniczony czas trwania i podtrzymywanie ich było bardzo energochłonne.
Tu dochodzimy do sedna tej smutnej sprawy: Stwórca ludzi uczynił ich w swej wielkiej nieroztropności nie tylko śladowo inteligentnymi i zdolnymi do dalszego rozwoju, lecz jeszcze obdarzył ich śladem wolnej woli, która zadziałała lepiej, niż sądził. Nie to było jednak najgorsze: staruszek sam zaczął nabierać się na wymyślony przez siebie numer, sam zastosował się (jakże absurdalnie to brzmi ! rację miał Kierownik) do kodeksu moralnego stworzonego w celu kontrolowania ludzi. Zaczął przyznawać wybranym prolongaty astralne, starając się zrealizować bajkę o nieśmiertelności duszy, z czystej serdeczności dla najbardziej oddanych sobie nieszczęśników. Rozkręcił całą historię ze swym synem (groteskowy mezalians !) z dziecinnej ciekawości kontaktu z człowiekiem - ciekawości, która była w końcu cechą właściwą tylko ludziom. Wszystko to przy ogromnych nakładach wciąż malejącej mocy. W końcu, unikał "męskiej" rozprawy z konkurentem tak długo, aż przestał mieć z nim jakiekolwiek szanse, i szumne zapowiedzi ostatecznego konfliktu stały się jeszcze jedną z bajd dla ludzi, wyśmiewaną już nawet przez średnio inteligentnych z nich. Istotnie, bezpośrednia interwencja Konsorcjum była bardziej niż uzasadniona.
O ileż lepiej dla staruszka i jego stworów byłoby, gdyby idąc za przykładem zarządców innych pobliskich planet zaludnił swoją bezmózgimi poddanymi reagującymi na najprostsze bodźce. Jego eksperymenty nie wyszły na dobre nikomu z wyjątkiem Sama, a co ten zamierzał, tego doprawdy lepiej było nie wiedzieć. Jak jednak powiedzieliśmy, to nie klęska eksperymentu ani sromotna plajta gospodarki były najstraszliwsze, lecz degradacja osobowości samego Stwórcy ludzi, sposób, w jaki jego groteskowe kreacje w końcu zawładnęły nim samym. Staruszek był postacią tragiczną, żałosną, podobną najbardziej nieudanym z jego stworów - niedoszłym artystom, mistykom, aprodukcyjnym świrom.
Konkurenci z innych światów śmieli się w kułak, abstrahowali i parskali psychoplazmą z nieziemskiej pogardy. Perfekcja górowała nad badziewiem - i tak powinno być.


Oto, co się stało: liczne rozmowy z Adamem Nowakiem, jakie przeprowadził staruszek za pomocą odgałęzień swej osobowości (zwanych przez ludzi Aniołami), nie zdołały niestety skruszyć wszystkich murów jego wątpliwości i przekonać do końca. Staruszek użył więc innego sposobu, wykorzystywanego tyle razy w przeszłości - wymagającego wprawdzie więcej nakładów mocy niż zwykła rozmowa, ale niezawodnego. Chodziło naturalnie o stan ekstazy, czy jak kto woli łaski uświęcającej - stan, w którym uszczęśliwiony umysł ludzki był szczególnie podatny na zapisywane informacje; dotykając Wyższego Bytu, w cudowny sposób „odkrywał” wcześniej nie znane mu rzeczy i dochodził do pożądanych wniosków. Sposoby na wprowadzenie człowieka w podobny stan, za pomocą różnych środków farmakologicznych, ciężkiego i regularnego bicia, powtarzania czegoś w kółko etc. zostały już wcześniej odkryte przez ludzi, zazwyczaj przy pomocy Sama - trzeba jednak przyznać staruszkowi, że w jego wykonaniu wychodziło to perfekcyjnie. Adam nie tylko uwierzył swemu rozmówcy bezgranicznie i bez zastrzeżeń, ale nawet sam wymyślił i zrealizował dalszą część planu: zorganizował grupę ludzi, rodzaj sekty religijnej, którzy poznali objawione mu informacje i postanowili ich nauczać oraz bronić. Nowak nazwał sektę Kościołem Prawdy - z tej prostej przyczyny, że objawione mu prawdy były (prawie) w całości prawdziwe.
Kościół Prawdy liczył początkowo 7 osób - później 6, ponieważ sceptyk Kozdroń nie mógł się zdecydować i w efekcie wynikłych powikłań osobowości postanowił wypić ostatnie swe piwo z większą ilością środków psychotropowych. Odratowano go w szpitalu, ale aż do końca opisanych tu wydarzeń pozostał nic nie rozumiejącym warzywem. Rytualne samobójstwo z oddaniem duszy Mistrzowi popełnił też wyznawca Bacewicz. Wuj Sam byłby wniebowzięty tym faktem, gdyby tylko zauważył go wśród setek dusz przybywających codziennie hurtem do jego przetwórni.
Nowak podjął próbę rozszerzenia sekty rozpowszechniając nabyte wiadomości w Internecie. W tym celu zastraszył Byka ujawnieniem pewnych zdjęć poczynionych mu w czasie jednej z imprez. Strona znalazła się na serwerze firmy internetowej „Matolix”.
Kościół rozrósł się do ogólnej liczby 566 osób. Energia, jaką staruszek zużył w celu sprezentowania im objawień, było doprawdy niczym w porównaniu z jego dotychczasowymi stratami; do tego jeszcze trochę na prorocze sny, myśli i dziwne wrażenia, jakie rewelacje sekty wywołały u podatnych osobowości. Najkosztowniejszy, i najbardziej spektakularny był przypadek trzech ludzi (elektromonter, rolnik i uczennica zawodówki) którzy znienacka posiedli różne języki obce i przetłumaczyli na nie teksty Nowaka. Najlepsze, że wuj Sam nie zauważył naruszenia układów, bardzo zajęty przy budowie własnej planety.
Już w 3 dni po powstaniu, Kościół Prawdy przeżywał ogólnopolski zlot, a w 2 dni później organizował głośną i dziką demonstrację w Warszawie. Podobne (choć skromniejsze) odbyły się w innych miastach... Za składkowe pieniądze zafundowali kilkanaście billboardów w dobrze uczęszczanych miejscach, na których wyraźnie i sensownie wydrukowano streszczenie objawionych prawd. Nowak przyodział się w powłóczystą szatę, w której wyglądał idiotycznie, ale zmusił go do tego Lawenda twierdząc, że liczy się efekt i że bez odpowiedniej otoczki Nowak zawali sprawę. Stał więc w owej szacie na odpowiednim podwyższeniu i przez głośniki obwieszczał Prawdę przechodniom oraz rzednącemu z każdą chwilą tłumowi zainteresowanych.
- To jest naprawdę bardzo proste: są dwa okresy... - zaczynał po raz nie wiadomo który Nowak. Przysłuchujący się ciekawie klerycy z lokalnego seminarium odeszli, gdy tylko usłyszeli święte słowa Nin i Nang.
- Cierpienie jest niezbędne do życia wiecznego! - przekonywał coraz bardziej namolnie. Członkowie kół buddyjskich, którzy obsiedli krawężniki, uciekli w popłochu zmieniając się w niebyt.
- Ukorz się, ludzkości ! - wołali bardziej uzdolnieni wokalnie członkowie Kościoła. Inni wołali jeszcze „Ukorz się narodzie” i „Ukorz się Izraelu”, co zyskało im początkowo nieco zainteresowania przechodniów, ale nie na długo.
- Musicie cierpieć, aby zyskać nieśmiertelność ! Czy tak trudno wam to zrozumieć? Bez pracy nie ma kołaczy ! - wykrzykiwał Nowak, dopóki ból jego gardła nie stał się chronicznym; potem zastąpił go zmiennik - Czy tak trudno wam okazać wdzięczność Temu, który stworzył was wszystkich, a po posłusznym życiu szykuje wam wieczność w Niebie? Zrozumcie to i cierpcie, aby być szczęśliwi !! - wydzierał się na przechodniów.
- Panie, idź pan do domu - poradził mu jakiś budzący szacunek gościu.
- Dziecko mi pan straszysz ! Stary, a głupi jak ten but.
- Czego oni tu wogóle szukają?


- Czego tu szukasz, dziadu niedomyty? - tymi słowy znajomy nasz staruszek powitał gościa, który zjawił się u niego dokładnie w chwili, gdy demonstracja Kościoła Prawdy rozpadała się na dole. Gość przybył korzystając z wysokiej jakości transferu czasoprzestrzennego, co dało się poznać po czerwonym rozbłysku i charakterystycznej woni siarkowodoru. Był jak zwykle wyjątkowo przystojny, tak męski, że powietrze wokół jego fizycznej postaci aż parowało od feromonów, a jego głębokie, ciemne oczy promieniujące elegancją i wdziękiem nie pozostawiały wątpliwości co do tego, kim był. Powiedział jednakże:
- Nie jestem Nim. Jestem Jego aniołem.
- Aniołem??... Co ty powiesz - zdziwił się nieżyczliwie staruszek.
- Owszem. Jestem posłańcem; przybywam z wiadomością dla ciebie i twojej, khm... rodziny.
- Przekaż ją zatem i wynoś się do wszystkich diabłów, że tak powiem. Tu nie miejsce dla ciebie.
- Bezzwłocznie. Musisz wiedzieć, szanowny nasz konkurencie, że On wie o tym, co kombinujesz. Ale nie przejmuje się tym. Wiesz, dlaczego? My, ani wy - ty, ani ja, nikt z nas nie musi wogóle się nimi przejmować. Parszywi śmiertelnicy nie są warci naszej uwagi. My jesteśmy bogami.
- Ty bogiem, ty?!... Aj, bo jak zaraz...
- Zazdrość, za długo tam byłeś - zarechotał demon - My jednakże, w przeciwieństwie do ciebie, zachowujemy szacunek dla naszych oponentów - tych, którzy na to zasługują. Byłeś dobrym fachowcem, i On nie zapomina o tym. Mimo, że okazał się lepszy.
- Bo to mnie zawdzięcza obecną potęgę.
- Świetnie, że przyznajesz się do tego. Faktem pozostaje, że On nie musi się obawiać żadnego żałosnego teatrzyku. Zwłaszcza, że nie jesteś już w stanie zagnać do niego ludzi.
- No pewno. Nie musi martwić się ludźmi, bo wszyscy są pod jego kontrolą ! Hipokryzja. Nam zarzucacie hipokryzję, a sami...
- A czymże, jak nie tym właśnie jest boskość? Sam wiesz to najlepiej. Boskość opiera się na posiadaniu wystarczającej ilości energii, aby zmusić ich do posłuszeństwa, na przykład, czymś takim... - posłaniec pstryknął palcami, w wyniku czego ziemia w rejonach Bliskiego Wschodu, na który przez przypadek obydwaj właśnie patrzyli, zatrzęsła się katastrofalnie. Dwadzieścia sześć tysięcy ofiar, półtora miliarda $ bezpośrednich strat, potworny cios dla przemysłu naftowego w kraju i na świecie...
- Zrób tak jeszcze raz, to piorunem ci po ryju przejadę, łachmyto - spieklił się staruszek.
- Też coś! Czy sam używałeś innych metod?
- To moje metody, i moi ludzie, i nikt ich nie będzie zabijał bez mojej zgody, ty rogaty kopytny wszarzu ! - staruszek używał tych określeń zapożyczonych z wyobrażeń ludzi, choć przecież pochodziły one z ich własnych, niewinnych tradycji przedchrześcijańskich i nijak nie pokrywały się z rzeczywistością; a zarówno Sam i jego pomocnicy, jak i sam staruszek nie mieli przecież ustalonej postaci materialnej. Był to kolejny dowód na to, jak bardzo umysł staruszka zniżył się w stronę poziomu jego plugawej menażerii.
- To prawda, zniżył się - westchnął demon - Dziwisz się? Tak, mogę czytać twoje myśli, tak łatwo jak potrafię spowodować dowolne wydarzenie na tej nędznej planecie. Ja, zaledwie jeden z Jego sług, mam większą władzę, niż ty kiedykolwiek miałeś. Tylko dzięki twojej wspaniałomyślności. Przysłano mnie, abym ci to uświadomił, i - podziękował raz jeszcze za niewyczerpane źródło mocy.
Już niedługo - chciał powiedzieć staruszek, ale zacisnął tylko zęby. Byłoby to równoznaczne z przyznaniem się do klęski.
- Klęska jest faktem. Ty odchodzisz, my zostajemy ze źródłem, które nam podarowałeś. Dostałeś rozkaz zniszczenia planety - ale czy myślisz, że nie jest w naszej mocy ją ocalić? Być może zachowamy ludzkość przy życiu, aby produkowała dla nas. Nie jesteśmy Złem, wbrew twojej żałosnej propagandzie. Chodzi nam o to samo, co tobie. Nie różnimy się niczym...
- Precz, precz ! Ani słowa więcej, skurczybyku ! Preeecz !! - rozhisteryzował się staruszek - Zostało mi dość mocy, żeby odesłać cię twojemu szefowi na kopach ! Won do piekła, obsrańcu! Precz !!
- Nie denerwuj się tak, dziadek. Ciśnienie ci podskoczy.
Staruszek sapnął z furii, ale usłuchał. Wzrost ciśnienia wewnętrznych prądów na cielesną powłokę, którą obecnie przybrał, mógł okazać się fatalny w skutkach.


Kilka dni po wielkim wystąpieniu, Nowak tkwił w Internecie, przeglądając serwisy informacyjne - zwykłe, telewizyjne, oraz elektroniczne wersje gazet papierowych. Trudno było wyszukać coś na swój temat wśród wiodących newsów, przede wszystkim o tajemniczym trzęsieniu ziemi na Bliskim Wschodzie oraz o rewolucyjnym odkryciu nowej planety Układu Słonecznego. Uaktywnił jednak filtr na hasło „Kościół Prawdy” i własne nazwisko; wgapiał się teraz w pożyczony od Byka zestaw wirtualny i - wzdychał.

„W mnogości sekt będącej przekleństwem naszej epoki, zastanowienie i przestrach budzą intencje nie twórców tych „objawień”, ale ich wyznawców. Jedynie politowania godni są ci nieszczęśnicy, którzy mając prawdziwą religię pod nosem, szukają prawdy u wróżek, psychologów, sekciarzy... Przypadek Kościoła (sic!) Prawdy zwraca szczególną uwagę, bo choć nie jestem zwolennikiem tropienia szatana za każdym krzakiem, jednak zdobycie w ciągu kilku dni tylu obłąkanych zwolenników budzi niepokój nawet u racjonalnie myślących laików. Ludzie ci pochodzą z całego kraju i nie znali się wcześniej... Smród demona nigdy nie był tak wyraźny”. (miesięcznik Myśl Chrześcijańska)

„Pozostaje pytanie: czy członkowie Kościoła tak doskonale udają, a jeśli tak, to w jakim celu, czy też rzeczywiście miało tu miejsce zastosowanie psychotroniki na niespotykaną dotąd skalę, co niepokoi nawet pomimo oczywistej nonsensowności twierdzeń że znają się dopiero od tygodnia, mózgu nie da się wyprać w tydzień, bo jak napisał jeden znany autor, rozum to nie w kij pierdział” (znany i szanowany dziennik informacyjny)

„Ten cały Nowak to najtragiczniejszy z dewotów - tępy, bez inwencji, nienormalny i żałosny. Po gramie XTS miałby ciekawsze wizje życia po śmierci. Nie życzę mu, żeby się natknął na kogoś z naszych aktywistów. Ci goście wyjątkowo nie lubią, jak im się wmawia, że mają cierpieć bo Bóg tak chce” (periodyk anarchistyczny Mołotow)

„Nowak to (...) i (...), a ten jego (...) kościół to takie samo (...) jak zwykły”. (popularne pismo antyklerykalne)

„My parafianie i obywatele (...) wypowiadamy swój sprzeciw dla sekty kościół prawdy którą prowadzi w naszym województwie ten pedał, żyd, (...) pijak i złodziej Nowak. Nowak rozpuszcza kult masonerów i szatana (...) oraz urojone oskarżenia Polaków o antysemityzm, ubliża Panu Bogu oraz i również naszej godności jako Polaków i Katolików. (...) Domagamy się, żeby kościół prawdy uznać natychmiast za nielegalny. Inaczej prezydent i premier też uznani są za persony non graty. A Nowak już dobrze wie, co o nim myślimy.” (Rycerz Rzeczpospolitej, list otwarty do rządu RP)

Nowak rzeczywiście wiedział. Jego dom obrzucono cegłówkami i wydmuszkami napełnionymi tuszem, sporządzonymi wg recepty zamieszczonej w powieści Kamienie na szaniec. Jego pies zniknął bez śladu, a serwer, na którym znajdowała się strona główna sekty, padł ofiarą włamania hakerskiego z użyciem kija baseballowego (tymże ogłuszono ochronę firmy Matolix). Były ataki na innych członków sekty, jeden z nich sam rzucił się z balkonu, aby połączyć się z Wyższą Prawdą. Niestety przeżył. Głosił teraz nicość i odwrót od wiary.
Najbardziej przygnębiający był los billboardów. Część została zalepiona napisami ‘CENZURA’ z inicjatywy lokalnych działaczy prawicy lub zachlastana czerwoną farbą przez fanów lewicy. Większość potraktowano zwyczajowo, zdzieraniem, zamazywaniem i dorabianiem rogów i brzydkich słów. Najbrzydsze słowo jednak, namalowane grubym sprayem na jednym z nich, brzmiało : BLÓŹNIERSTFO.
Wśród członków Kościoła rozszalały się kłótnie na temat tego, kto ponosi winę za spapranie wielkiego wystąpienia; jedni domagali się ustąpienia Nowaka, inni obwiniali Lawendę i jego pomysły, ten zaś zebrał niezadowolonych i utworzył własny odłam Kościoła, z którego po dwóch dniach wyodrębniły się jeszcze dwa inne. Poza tym wszystkie telewizje wytypowały Kościół Prawdy na medialny obciach sezonu, a papież wydał na nich ekskomunikę.
Adam Nowak wzdychał po raz kolejny. Nie był w stanie przekazać tym ludziom prawdy, jeśli sami tego nie chcieli. Prawda nie spada przecież na nikogo znienacka, prawda?... Trzeba o nią walczyć, starać się, chcieć uwierzyć... Wyższe siły istniały, ale ludzie sami musieli postarać się, aby złączyć się z nimi i poznać Prawdę, i żyć w zgodzie z nią. Nikt nie wybierał ich na chybił trafił, zrzucając Prawdę prosto na łeb. Nowak wierzył w to święcie.
No nic, myślał, przecierając oczy po zdjęciu wirtuala i spoglądając w chmurne niebo. Każda religia wymagała czasu, aby dotrzeć do większej ilości ludzi. A ta Prawdziwa zrobi to szybciej niż pozostałe. Ludzie postarają się, uwierzą, Bóg rozumiał to przecież. I przetrwają. Trzeba tylko trochę czasu...


- Mówiłem ci, mówiłem, tatuś. Nie uwierzyłeś mi, no i masz.
- To ty nie wierzyłeś - westchnął staruszek - A kiedy my sami nie wierzymy, jakże oni mają? Dobra, nie czas na dyskusje, eskadra zaraz tu będzie. Wskakuj. Nie ma czasu.
To była prawda. Świetlisty portal tunelu czasoprzestrzennego, który staruszek wskazywał synowi, mógł zamknąć się lada chwila, gdyż nasz konspirator zużył na jego otwarcie resztkę żelaznych zapasów mocy, które miały zostać wykorzystane do spalenia śmieci. Był to kolejny, i chyba ostatni ze smutnych dowodów przeciwko jego zdegenerowanej moralności.
- Gdzie mam wskakiwać?
- Daleko stąd. Skraje Warkocza Bereniki. Jest tam już mama, i 144 naszych prolongo-wanych. Pomogą nam rozkręcić nowy interes.
- Czy nie miało ich czasem być 144 tysiące?
- Szczegóły. Wskakuj, szybko ! Przejście zamknie się za chwilę.
- A ty, tatuś?
- Ktoś musi im wytłumaczyć, dlaczego sami nie rozwaliliśmy planety. Znaczy się, zwalimy wszystko na Sama. Może wreszcie skopią mu dupsko.
- Ale oni tobie skopią, tatuś! Osądzą cię za zdradę, rozwalą na kawałki ! Tatuś ! Uciekaj z nami !
- Głupi? Mnie i tak by wytropili. O przejściu na razie nic nie wiedzą, powiem im, że jesteście na dole, czekacie na rozwałkę. Odeślą mnie tam, gdzie chcą, potem nakradnę trochę mocy i do was dołączę. Przecież mnie nie zabiją, bo i jak?
- Ale tatuś !...
Józuś wydawał się płakać. Staruszek nigdy wcześniej tego nie widział - a w dodatku wiedział,
ile prawdy było w przypuszczeniach syna. Zrobił więc jedyną sensowną rzecz - pocałował go w czoło. Pierwszy raz od czasu końca wycieczki na Ziemię.
- No już, już ! Won ! - niemal siłą wepchnął syna w portal. I w samą porę - rezerwy mocy w końcu wyschły. Tunel zamknął się z cichym sykiem, oddzielając ich obu milionami lat świetlnych przestrzeni, znowu beznadziejnie całej i idealnej.
Staruszek pożegnał znikający portal spojrzeniem, po czym przeniósł je na czarny nieboskłon nad Ziemią.
Tam, w oddali, widać już było podążającą w dyskretnej ciszy, ciemności i temperaturze Zera Absolutnego, eskadrę anihilacyjną.




----------------------



To opowiadanie to moje wcielenie w życie pomysłów „antyreligijnych”, jakie wielu z nas nosi w sobie i tworzy z nich później teksty metalowe lub książki o takich tytułach jak „Szkice sceptyczne” albo „Tako rzecze Zaratustra”. Nie jest na pewno najlepszym na śwecie, ale cóż – na nic innego już mi się nie przyda, tak więc oto i jest :)

Podpis: 

Mirek "PCScorpio" Henning lato 2002
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Głupia Sztuka Akt II Miłość z internetu - czytaj części od I do XII Miłość z internetu cz. XI - nauka kochania się I
Dalsze perypetie wspaniałych bohaterów :) Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr Tylko dla dorosłych. Oryginał przekopiowany z korespondencji przez internet. Liczne błędy powstałe jak to bywa w wyniku szybkiego pisania i emocji powstałych podczas opisów marzeń miłosnych
Sponsorowane: 305Sponsorowane: 303Sponsorowane: 302

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2017 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.