http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Autor płaci:
500

  Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W czerwcu nagrodą jest książka
W kole stań dziewczyno
Nalo Hopkinson
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Bliżej

Podejdź bliżej

Ciemność

Urywek opowiadania

Miła

Róża zwana Miła

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Niebieska bluzka

Sylwia poczuła że pieką ją policzki. Podsłuchana rozmowa na nowo obudziła iskierki w podbrzuszu. Coś zadźwięczało niespodziewanie i w chwili paniki Sylwia prawie odskoczyła od drzwi z krzykiem. Pomyślała, że bicie jej serca słychać pewnie w całym ..

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
855
użytkowników.

Gości:
854
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 46257

46257

Jeruzalem

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
08-06-25

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Historia/Przygoda/Podróże
Rozmiar
56 kb
Czytane
2193
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
09-02-10

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
--

Autor: Vettghern Podpis: Godhand
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Zespolenie wszystkich części by przeczytać utwór jednym tchem bez potrzeby przeskakiwania pomiędzy odcinkami.

Opublikowany w:

25. czerwca 2008

Jeruzalem

Jeruzalem


Na dworze tańczył śnieg niesiony zimowym wiatrem. Izba była rozświetlona jedynie nikłym ogniem kominka, pokój stał się teatrem światła i cienia, goniących się wzajemnie. Cały ten spektakl zakłócał raz po raz tylko refleks świetlny odbity od tarczy i mieczy zawieszonej na ścianie. Na środku pomieszczenia siedziała zamyślona postać mojego Mistrza pochylonego nad dziełem tak obszernym jak i starym – nad Pismem Świętym, przepisanym w Akwizgrane przez mnichów dwieście lat temu. Tak samo jak pismo święte można studiować twarz mojego mistrza – zamyślona, przeorana siecią zmarszczek, smutne a zarazem przepełnione mądrością oczy, szpakowaty nos i broda zarówno jak i włosy posrebrzała od wieku, trwóg i wyczynów. Głos jego niczym dzwon, potężny i dźwięczny. Posturą przypominał Tego tytana, co się o nich w książkach naczytałem. Nie znam człowieka, który by się odznaczał większa odwagą czy bohaterstwem, jestem na prawdę szczęśliwy, że jestem jego kompanem, sługa i giermkiem. Ale nie mowa o mnie i o moich uczuciach czy wyczynach, ale o moim Panie. Uznałem za mój obowiązek wobec mojego Pana i Boga utrwalić przynajmniej jeden jego wyczyn. Długo przyszło mi się zastanawiać co by opisać, aż w końcu po wielu nie przespanych nocach postanowiłem opisać pewna wyprawę, wyprawę zawierzoną Bogu, wyprawę do Ziemi Świętej.

Nigdy nie miałem cierpliwości, więc wielogodzinne niedzielne msze były dla mnie prawdziwa udręką, którą trzeba było przetrwać. Dal mojego Mistrza nie było to nic trudnego od długiego czasu trenował ducha w cierpliwości jak i w wierze. Lecz ta wiosenna niedziela była inna od wszystkich, ksiądz był dziwne podekscytowany, a kiedy rozpoczął kazanie posypało się gromkie „Deus vult!” – „Bóg tak chce!” a także „Imitatio Christi” – „Postępujcie jak Chrystus.” Dla mnie te słowa znaczyły bardzo mało bo jak zwykle skoncentrowałem się na czymś innym. Pewnie Pan po mszy powie o co chodzi - byłem pewny, że mi powie bo zauważyłem poruszenie w kościele po kazaniu – szkoda, że nie słuchałem. Ledwo co wyszliśmy z moim Panem na zewnątrz spojrzał na mnie wymownie – on zawsze wiedział kiedy słuchałem kazania czy nie. Po wzroku zrozumiałem, że tym razem było poruszone coś naprawdę ważnego.
- Znowu nie słuchałeś kazania – zapytał, ale wcale nie oczekiwał odpowiedzi – Twój brak koncentracji kiedyś cię zgubi.
- Wybacz mi mój Panie – pokłoniłem się pokornie, tak jak mnie wychowywano od 17 lat.
- Musimy porozmawiać – oznajmił – ale nie tutaj, najpierw się posilimy a potem porozmawiamy.
Pojechaliśmy wozem do zamku mojego pana. Milczeliśmy cała drogę, zostałem wychowany tak by nie odzywać się, kiedy sytuacja tego nie wymaga. Wychowanie a wprowadzenie tej nauki w życie to dwie różne rzeczy, mój Mistrz byłe w tej sztuce prawdziwym autorytetem, ale przy tym był wyjątkowo wyrozumiały i cierpliwy, przez co wielokroć wybaczał mi moje gadulstwo. Całe szczęście, że zamek był niedaleko wioski, bo grobowa cisza, która była tylko co jakiś czas przerywana stukotem kół o jakiś kamień czy śpiew leśnych ptaków przyprawiała mnie o przygnębienie. Gdy dojechaliśmy do zamku sytuacja się nieco poprawiła dzięki rozmowom służących, syrenim śpiewom kucharek czy ochrypłymi krzykami ogrodnika. Pan bez słowa udał się do swojej komnaty w północnej wierzy, a ja miałem trochę czasu dla siebie. Więc jak to ja poszedłem do kuchni gdzie jak mnie doszły słuchy w służbę została przyjęta młoda dziewczyna z wioski. Oczywiście nie mogę się zadawać z pospólstwem ze względu na swoje urodzenie, ale serce nie drużba - swój rytm ma. Wielokroć byłem karcony przez szefową kucharek za klepanie dziewczyn po tyłkach, nawet stara jędza była u Pana i mówiła jak to sobie syn szlachecki pogrywa z dziewkami służebnymi – kiedyś wpuszczę starej myszy do izby by pomścić moje krzywdy. Dzięki Bogu Mistrz jest wyrozumiałym człowiekiem i zawsze puszczał takie informacje mimo uszu i raz zadało mi się, że przyuważyłem jak śmieje się pod nosem. Osobiście mnie samemu wydaje się, że on sam miał jakieś bliższe kontakty z dziewkami ze wsi jak był młodszy, może nawet był w której zakochany. Ach miłość kwiat wszystkich uczuć, matka ludzi i ich poczynań, Mistrz ostrzegał mnie kiedyś przed tym uczuciem i powiedział bym najpierw kierował się rozwagą a dopiero potem dać porwać się wirowi namiętności. Wiadomo jednaj, że nauczyciel swoje a uczeń swoje więc wpadłem jak śliwka w kompot – och Joanno. Cudowne jej kształty, skóra jakże aksamitna, włosy burzą słomy miotanej wiatrem. Spotykaliśmy się nocami, ja jej pisałem wiersze i jednocześnie uczyłem pisać i czytać, a ona śpiewała mi pod baldachimem gwiazd pieśni o miłości – jakie wieśniacy maja piękne pieśni nie tak drętwe jak te dworskie ale żywe pełne uczuć – jak strasznie się kochamy, ale miłość nasza zakazana.
Zacisze zamkowych murów mojego Pana dawało poczucie wielkiego bezpieczeństwa. Wylegiwanie się na sianie dla koni i patrzenie na przesuwające się smętnie bałwany na niebie było jednym z moich ulubionych zajęć – zaraz po uciechach sercowych, oczywiście. Patrząc na otaczające mnie wszechobecne przejawy życia, aż trudno uwierzyć, że wszystko to jeszcze nie tak dawno skrywała gruba warstwa śniegu. W głowie rozbrzmiewały słowa księdza w kościele, „Bóg tak chce!” Nie wiedziałem czego chce Bóg, ale nielogiczne wydawało mi się, że chce byśmy podróżowali tysiące kilometrów do oddalonego kraju by walczyć o Jego miasto. Właśnie my...
-Jak możesz tego nie rozumieć giermku – Mistrz nie krzyczał, tylko mówił ochrypłym głosem – Bluźnisz.
-Wybacz Panie – nie mogłem kwestionować jego słowa - Wybacz moje słabości.
-Hm, słabości powiadasz – wbił we mnie bystry wzrok – Wyzbądź się ich. Inaczej zginiesz.
Zostałem zbity z tropu. Pan widząc moją dezorientacje jednym płynnym gestem ręki kazał mi opuścić salę.
“Per aspera ap astra.” Jakoś nie wydaje mi się by pustynne ciernie miałby by przybliżyć mnie do gwiazd chwały. Obawiam się tej wyprawy jak niczego wcześniej w moim życiu. Tyle słyszałem o miejscu gdzie Pan Nasz Jezus Chrystus oddał żywot swój za grzechy całego świata, Mistrz mówił nawet dawno temu, że odbędziemy wkrótce pielgrzymkę do grobu pańskiego – nie sądziłem, że jest nieomylny do tego stopnia.
Z czasem przyszło mi się pogodzić z tym co mnie czeka, nie jechaliśmy w końcu z dnia na dzień – Papież musiał dokończyć swoją podróż. Myślami zahaczając o grzech dochodziłem to tego, że ta wojna przeciwko niewiernym jest Urbanowi II nawet na rękę. Możliwe, że nasz sześćdziesięcioletni pontifex maximus oprócz muzułmanów chciał się uporać jeszcze z niepokornym księżmi. Oczywistością jest, że chłop to chłop i wyszaleć się musi, ale na ten przykład nasz duszpasterz utrzymuje około tuzina nałożnic a chłopi nawet nie mają co przychodzić do niego ze chrztem bo ich i tak by nie było stać na ceremonię. Może Papież ma racje...

- Ci, którzy prowadzą wojny za poradą Boża, w żadnym wypadku nie łamią przykazania „Nie zabijaj!” – Czytałem na głos w obecności Mistrza list dostarczony nam przez kościelnych posłańców, a będący praktycznie tym samym co usłyszeliśmy w kościele z ust proboszcza.
On tylko mruczał coś pod nosem i potakiwał głową.
- To, hańba – kontynuowałem – że Gór naszego Zbawiciela znajduje się w rękach nieczystego ludu, który bezwstydnie i bluźnierczo kala święte dla nas miejsce.
- Zabijanie innych sprawia im przyjemność – Pan mój nie przerywał swoistego transu potakiwań – Otwierają ofiarom brzuchy, wyciągają wnętrzności i przywiązują do pala. Następnie spuszczają im baty, poganiając wokół pala, aż w końcu trzewia wydobywają się na wierzch, a ludzi ci martwi padają na ziemię.
- ...kto wcześniej walczył przeciw swoim braciom i krewnym – w końcu dobijałem do końca przekazu – niech teraz prawowicie stanie do walki przeciwko barbarzyńcom.
Często się zastanawiałem, czy bardziej – wybacz mi Panie Boże – nawiedzeni są ci mnisi co przepisują z taką pasją słowa papieskie czy sam autor. Choćbym przyłożył do tego nie wiadomo jak wielki wysiłek wszelkie konkluzje i rozmyślenia prowadziły donikąd. Musiałem założyć, że myśl powszechnej zasady Papież jest nieomylny a mnisi nie są doskonali jest słuszna.
Mistrz jakby nie zauważył, że przestałem czytać i wpatruje się w niego oczekując reakcji. Głowę miał opuszczona wbijając wzrok w drewnianą podłogę, na ledwo dostrzegalnych ustach zdało mi się, że zauważyłem jak wypowiedział jedno słowo – „Szaleństwo.”
W powietrzu czuło się jakieś poruszenie podsycane bełkotem fanatyków, wszyscy patrzyli na mnie jakby na swego rodzaju trędowatego...nie, nie trędowatego – wybrańca. Ostatni coraz częściej zdarza mi się, że idąc przez miasto jakiś kaznodzieja z przypadku w starym obdartym worku i przepasany tyko powrozem krzyczy coś o Bogu i wskazuje na mnie jako na syna szlacheckiego i obrońcę wiary. Nie potrafiłem zrozumieć dlaczego Pan mój postanowił ruszyć ku Jerozolimie, gdyby chciał miał wystarczająco dużo wpływów by się wykpić z powinności. Możliwe, że chodziło o coś więcej.
Zima nadeszła szybko a po niej oczekiwany rok 1096.
Śniegi topniały, górskie przełęcze otwierały się dla pielgrzymów. Wyprawa była nieuchronna, w zamku czyniono wielkie przygotowania niezbędnego i zbędnego dobytku do drogi. Ile mogłem tyle czasu spędzałem z Joanną. Wycałowywaliśmy sobie zaklęte formuły starożytnych, przekazywane przez nieśmiertelne pismo zapisane na kartach pergaminu.
Bóg zesłał Joannę by sprawdzić mój hart ducha, bym mógł dostrzec co jest dla mnie ważniejsze – Bóg czy miłość. Wybór nie był łatwy. Za Bogiem stał Mistrz, niepokalany wzorzec cnót i charyzmy. Za miłością - roztaczała się przede mną piękna wizja szczęśliwego życia z ukochaną- może dom i gromadka dzieci.
Wybrałem Boga.
Postanowiłem, że złoże śluby w obliczu mojego Mistrza na czas wyprawy. Poprzysięgłem, że przez okres pielgrzymowania nie będę się śmiać.
- Miewałeś już różne pomysły – Mistrz strzał odświeżając już mocno przyprószona przez czas zbroję – Wiesz ze złamanie ślubu to grzech. Trudno jest się nie śmiać, czemu akurat śmiech.
- Śmiech jest złem – moje słowa wyraźnie zaciekawiły starego rycerza.
- Czemu tak sądzisz – zapytał zaprzestając wszelkich innych czynności.
- Śmiejemy się gdy jesteśmy szczęśliwi – rozpocząłem – nie znamy wtedy bojaźni. Nie znamy umiaru w tej zuchwałości, aż w końcu drwimy z samego Boga drwiąc i ze świata, który On stworzył.
- Wysuwasz daleko idące wnioski tylko z jednego dźwięku charakteryzującego radość, młody pielgrzymie – dobrze wiedziałem, że moje słowa mocno zaintrygowały go i teraz głęboko je analizuje – Nie mogę odmówić przyjęcia twego ślubu.
Łatwiej było mi teraz szykować się do wyprawy nie mogąc się uśmiechnąć do mojej wybranki. Jeden uśmiech pociągnął by za sobą tylko niepotrzebną lawinę uczuć, które by szatańskim podszeptem odwodziły mnie od pielgrzymki. Jej też złożyłem obietnice, że choćbym miał stoczyć bój z samą jutrzenką to do niej wrócę.
Wielu z braci szlacheckiej by zagwarantować sobie życie wieczne sprzedawali majątki swoich ojców. Mi i mojemu Panu zostało jeszcze tylko kilka dni przed datą wyruszenia, dostałem przyzwolenie by iść i starać się zapamiętać dom jak najdokładniej. Odwiedzałem kąty, zakamarki i ponure zaułki miasteczka położonego pod zamkiem. Usłyszałem muzykę dobywającą się z karczmy – wszedłem by posłuchać i zabrać tę melodię ze sobą do Palestyny.

Ehej miłości moja najśliczniejsza
Jedyna jaką bóg obdarzył mnie
Odchodzę ale rzecz to najpewniejsza,
Że wrócę jeżeli On tak chce
Opuszczam Ciebie skoro żąda Bóg
Co mówię nędzny przecież w poniewierce
Pobiegnie ciało aby służyć Mu
Lecz tu przy tobie pozostanie serce

Z miłości w sercu boli rana sroga
Lecz idę, Bogu wszak nie powiem – NIE!
Do Syrii! A gdy tam wspomogę Boga
Pewnością Bóg wspomoże mnie
Słuchaj więc rycerstwa wszelki stan
Wielcy i mali, dworni i wy prości
Idziecie dziś dobywać nieba bram,
Honoru oraz waszych dam miłości

Kto nie chce tutaj życia nieś gnuśnego
Niech rusza z nami na radosny zgon
Od śmierci takiej nie ma nic słodszego
Każdemu ona da niebieski tron
A śmiercią zwykłą nikt nie umrze tu
Przez śmierć narodzi się ku wiecznej chwale
Kto wróci także zaszczyt czeka go
Po wieczne czasy honor ma w udziale

Zostaną ty6lko starcy oraz księża
Modlitwą pracujący cały czas
Szlachetne damy czekać będą mężów
I wiary dochowają wobec nas
A jeśli zdrajcy wejdą pod nasz dach
I zgrzeszą żony nasze ze zdrajcami
Niech wiedzą! Marny taki Gach!
Bo wszyscy mężni pójdą razem z nami!

Tak oto płacze nieustanną łzą
Lecz gdy powrócę Bóg nagrodzi przecież
Tymczasem idę, idąc myślę wciąż
O najpiękniejszej jak jest na świecie.

Gdy spokojne tony piosenki przestały się tlić z lutni mnie już nie było. Moje serce nie było w stanie doczekać końca melodii – czułem zbyt duży ból.
Deus vult...Bóg tak chce! Tylko to mi zostało, Joannę zachowam w sercu ale na ustach będę niósł posłanie Stwórcy.
Objuczyliśmy konie, teraz przed nami była tylko Jerozolima a za nami balast naszych grzechów. Musieliśmy odkupić nasze winy...winy spod znaku krzyża.
Sierpniowe słońce oślepiało nasze twarze przyzwyczajając nas do blasku Bożej chwały.
Świat widziany z końskiego grzbietu falował miarowo w rytm wystukiwany kopytami. Nasz grupa liczyła czternaście osób – Ja, mój Mistrz oraz parobkowie. Czerwone krzyże naszyte na ramionach okrycia nieśliśmy tylko ja i mój Pan. Nie było potrzeby by synowie dziewek wiejskich składali jakąkolwiek przysięgę przed obliczem Boga a więc nie było potrzeby by nieśli znak krzyża – prócz tego w sercu.
Mieliśmy dołączyć do grupy prowadzonej przez Rajmunda z Saint-Gilles. Baron Tuluzy cieszył się sławą wojownika doświadczonego, wsławionym w walkach z muzułmanami w Hiszpanii a zarazem promieniejącym swoim szczęściem na innych. Mieliśmy go złapać w Lyonie mim na dobre zagłębi się w ośnieżone szczyty Alp. Mój Pan był wasalem Rajmunda, starszym od niego wiekiem i z przewyższającym go doświadczeniem ale dążącym go wielkim szacunkiem, godnym suwerena. To właśnie dzięki Baronowi z Tuluzy wielu innych frankońskich możnowładców ruszyło do Ziemi Świętej i nie tylko oni bo za frankońskim przykładem poszli Flamandzi, rycerze z Cesarstwa Niemieckiego, Anglicy, Szkoci i Hiszpanie, którzy mieli rachunki do wyrównania z muzułmanami. Wszyscy zjednoczeni pod egidą jednej misji. Różnił ich tylko kolor noszonych krzyży.
Jadąc gościńcem w stronę miejsca spotkania mijaliśmy wiele warownych twierdz, gospodarstw, wiosek. Wszędzie brakowało znaku działania dobroczynnej, pańskiej ręki. Wielu sprzedało majątki lub oddali je na rzecz kościoła by móc finansować wyprawę, lub też zdawali sobie sprawę, że odbywają ostatnia pielgrzymkę w swoim życiu. Szczęść Boże, że mój Mistrz nie musiał wysprzedawać zamku.

- Sprzedajmy Panie cześć majątku – mówiłem w przed dzień wyprawy.
- Sprzedajmy – powtórzył patrząc na mnie srogo – Od kiedy to mój młody uczniu jesteś właścicielem Mojego zamku?
- Wybacz Panie – pokora, zawsze trzeba się jej uczyć.
- Nie musimy sprzedawać ani grama z posiadłości, które zostały mi dane – oznajmił sprawdzając torby z zapasami – Chwałą Boża nie potrzebuje więcej złota z mojego skarbca. Poza tym musisz mieć dokąd wrócić. Nie wolno palić mostów za sobą, nawet w imię Boga.

Wtedy te słowa wielce mnie zafrasowały. Bluźnierstwo w ustach Mistrza, a może miało to nieść ze sobą zupełnie inna informację. Nie miałem wątpliwości, że za czynami mojego Pana stoi właśnie Bóg i obciął bym każdemu język, który by zadawał kłam tym słowom. Nie mogłem wątpić.
Letnia pogoda sprawiała, że podróż była mniej uciążliwa niż by miała się odbyć kiedy indziej. Wiosną roztopy i zalane drogi przez wezbrane rzeki. Jesienią burze i niespokojne wiatry. Zimą, nieprzejezdne, śnieżne zaspy. Lato było odpowiednia porą, zwłaszcza, że mięliśmy zamiar przemierzać Alpy.
Łany zboża kołysały się niespokojnie, zaczepiane przez lekki zefirek. Wieśniacy wykonywali swoje codzienne obowiązki – nastał czas zbiorów. Zaprzestawali na chwile prac gdy pojawialiśmy się na horyzoncie. Podpierali się motykami, obserwując nas w ciszy. Gdy zbliżyliśmy się na odległość dobrej słyszalności krzyczeli „Szczęść Boże. Niech Bóg się wami opiekuje. Bóg tak chce.”
Nie baliśmy się przemierzać gęstych francuskich borów, które wręcz słyną z band rzezimieszków napadających na pielgrzymów, grabiąc ich a niekiedy mordując. Trwoga z tego powodu była nam obca – nikt nie napadnie na rycerzy z czerwonymi krzyżami na szatach. Wszakże i łotry chcą dostąpić łaski Boga. Czuliśmy na sobie wzrok niewidocznych oczu obserwujące nas z prastarej gęstwiny lasu. Czuliśmy jak w głębi duszy życzą nam udanej podróży, słyszeliśmy ich modlitwy niesione szumem liści.
Słyszałem te wszystkie słowa pełne dobroci i nadziei, i choć szczerze wierzyłem w naszą misje jednak moje serce pozostawało daleko za nami w odległym zamku Mistrza...Joanna. Liczyłem się z możliwością braku powrotu. Opowieści o okrucieństwie Ludu Mahometa były dość popularne w ostatnim okresie. Zastanawiałem się gdzie w tym wszystkim jest ukryta wola Boga, gdzie ukrył się ten pierwiastek wiary, który nadaje słuszność naszym czynom i zamierzeniom. Gdzie znajduje się jego „Królestwo niebieskie”?
Zatrzymaliśmy się w lesie obok wsi na północ o Lyon. Gęstwina leśna osłaniała nas przed wiatrem a w dodatku nie musieliśmy nadwerężać i tak już wątłego budżetu wieśniaków – choć wiedzieliśmy, że przyjęli by nas z otwartymi ramionami. Mistrz choć był szlachcicem wielce się przejmował losem pospólstwa mieszkającego na wsi, przez co wielbiły go tłumy.
Nim zmógł mnie sen długo jeszcze patrzyłem na gwiazdy migoczące tajemniczo zawieszone w odległej czerni. Aż dziw bierze człowieka, że wszystkie te ciała niebieskie wraz z słońcem poruszają się wkoło naszej sfery.
Sen miałem niespokojny, po raz kolejny wracałem w marzeniach sennych do odległego zamku gdzie wiodłem niczym nie mącone życie wraz z moja ukochaną. Byliśmy ponad wszystkim, ponad tym obłędem, ponad krucjatą...Boże wybacz mi moje słowa. Bluźnie we śnie. Co to może znaczyć? Może diabeł ma największa moc w nocy i jest w stanie zmącić mój niespokojny umysł, a może...nie na pewno to przez szatana.
Zbudziłem się wcześnie rano, przed wszystkimi. Było chłodno więc otuliłem się ciepłą skóra, która jeszcze przed chwila spełniała zadanie mojego posłania. Stałem tak przez chwile przeskakując z nogi na nogę, chuchając w ręce by się rozgrzać. Mój wzrok wędrował po posłaniach moich kamratów. Mistrz spał spokojnie, oddychał miarowo. O! Jednak nie wstałem jako pierwszy, a właściwie to tylko jeszcze mój Pan spał. Nikogo oprócz nas nie było. Rozejrzałem się wkoło w poszukiwaniu wąskiej stróżki ogniska, niuchałem za zapachem przygotowywanego jadła. Nic takiego nie znalazłem. Konie! Koni też nie było...tylko mój i Mistrza.
- Panie mój Panie – krzyczałem szarpiąc go by się zbudził.
- Chłopcze, myślałem, że choć trochę manier wpoiłem w twoja rozczochraną głowę – powiedział zaspanym głosem.
Chciał powiedzieć coś jeszcze ale przerwałem mu.
- Słudzy odeszli i zabrali swoje konie!
Mistrz się zerwał rzucił szybkie spojrzenie w miejsce gdzie przywiązywali wieczorem wierzchowce. Wstał, pospiesznie się ubrał i osiodłał konia, ja zrobiłem to samo za jego przykładem. Rozejrzał się jeszcze szybko po obozowisku i na ziemie obok.
- Odeszli niedawno – nigdy nie widziałem takiego skupienia na jego twarzy – ślady są jeszcze świeże. Jeżeli szybko popędzimy to ich złapiemy.
- Ale co wtedy Panie.
- Pewnie pojechali się rozerwać bez mojego pozwolenia do wsi – ściągnął wodze i zawrócił konia. Mogło się wydawać, że tworzą integralna całość – Tak to jest jak się bierze na tak ważna wyprawę synów praczek i mętnej wody.
Ruszyliśmy z kopyta wzbijając w powietrze ziemię wyrywaną spod końskich kopyt. Gałęzie leśnej gęstwiny chłostały nas po twarzach, nie zwracaliśmy na to uwagi – byliśmy zbyt podekscytowani...przynajmniej ja.
Gdy opuściliśmy obręb lasu było dokładnie widać, że Mistrz miał racje – ślady bezspornie prowadziły w stronę wioski. Popędziliśmy konie.
Do pokonania mieliśmy może z pięć staj, więc nie musieliśmy gnać koni aż do spienienia. Jeszcze przed wioską dostrzegliśmy, że coś się stało. Mimo poranka żaden rolnik nie pracował na swoim polu, widzieliśmy dziwny dym unoszący się nad strzechami domów i zapach spalonego mięsa.
Wjechałem do wioski zaraz za Mistrzem, rozglądając się za siebie czy aby nikt nas nie śledzi, obserwuje, albo na nas czyha. Wjechałem między chałupy.
- Panie czemu zatrzymałeś się – zapytałem Mistrza wpatrującego się gdzieś w dal – musimy znaleźć pachołków.
Nie odpowiadał stał tylko jakby został zamieniony w słup soli. Widziałem jak jego okute rękawice zaciskają się z całą siłą na rzemieniu wodzy. Oczy zamarły w jakimś przeraźliwym skupieniu. Mój wzrok powędrował wraz za mistrzowskim spojrzeniem.
Przed nami na obejściu jednej z chałup rosła stara wierzba. Jej długie pędy zieleniły gęstwiną liści. Wiatr delikatnie poruszał gałęzie. Słyszałem dziwne skrzypienie - jakby liny i intrygujący szum, który nie pochodził od wiatru. Wytężyłem wzrok i dostrzegłem, że pomiędzy gałęziami jakiś kształt faluje w rytm powietrza. Podjechałem bliżej i odsłoniłem obiekt zza kurtyny liści. Twarz zamarła mi w grymasie przerażenia. Widywałem już wisielców ale, ten był szczególny. Muchy unosiły się rojem nad truchłem. Ktoś wydłubał mu oczy i rozpłatał brzuch tak, że trzewia wyszły na wierzch. Cześć fekaliów wypłynęła przez rozdarte jelita - nie było ich zbyt dużo przez co odór nie zdradzał trupa z daleka. Nie musiałem pytać Mistrza co tu się stało, jego spojrzenie pełne nienawiści wystarczyło za odpowiedz.
Niezrozumienie...pewnie tak, może trochę zawiści. Człowiek wyglądał na dość zamożnego jak na małą podmiejska wioskę, pewnie prowadził tutaj zajazd. Z głębi wioski dochodziły nas szaleńcze okrzyki i zapach palonego mięsa. Wjechaliśmy spokojnie na koniach, jedna ręką ściskając wodzę, drugą opierając na rękojeści miecza. Mogliśmy się spodziewać wszystkiego.
Na placu rozpostartym pomiędzy chałupami palił się stos dość znacznych rozmiarów. Tłuszcz wytapiający się z trawionych przez ogień trupów był paliwem podsycającym płomień. Obok stosu stali dwaj słudzy mojego Pana z wyciągniętymi włóczniami, zupełnie jakby palące się tam zwłoki miały powstać i rzucić się na nie w potwornym, opętańczym szale, rządne zemsty. Dwaj inni zabawiali się z wiejska dziewką, tarmosząc ja i obmacując piersi i łono. Krzyki tej dziewczyny jeszcze długo będą rozbrzmiewać w mojej głowie. Dziesiątka pozostałych zapewne pozostawała wewnątrz zajazdu, którego właściciel z pewnością wisiał na wierzbie obok.

Nie mogłem pojąć.

Jak to się dzieje, że w jednej chwili człowiek obraca się w bestie i morduje innych. Dwaj co swawolili z dziewczyną spostrzegli nas, na ich twarzy zagościło przerażenie, wynikało to może z chwały jaką roztaczał w koło siebie krzyżowiec lub z bardziej niż zwykle srogiej twarzy Mistrza. Zwolnili uścisk pozwalając uciec białogłowej. Padli na kolana i lamentując poczęli podchodzić pod nasze konie.
- Panie nasz Panie – mówili jednym głosem – My tylko chcieliśmy tę prostaczkę moresu nauczyć, nie mieliśmy niczego złego na myśli.
Mistrz milczał, zerknął tylko na mnie bym ja zajął głos. Ci dwaj co czaili się z włóczniami spostrzegając nas w popłochu pobiegli do chaty gdzie się skryli.
- Co tu się dzieje – warknąłem – Mówcie byle szybko.
- Już mówiliśmy, że ta dziewoja...
- Nie o dziewczynę chodzi jeno o trupy – koń zatańczył pode mną najwyraźniej nie chcąc wdychiwać dymu, który przyniósł wiatr.
- Trupy – patrzyli jeden przez drugiego – A co tu do wyjaśniania jest Panie Rycerzu. Żydzi i tyle.
- Tyle – podprowadziłem konia tak blisko, że mogli czuć jego oddech na swoich pochylonych grzbietach – Wymordowaliście wieś i twierdzicie, że to tylko tyle?! Przyprowadzi tu innych. Ino migiem!
Zapewne byli pijani, bo ich bieg był nie mniej pokraczny niż chód kaczki czy łabędzia. Staliśmy tak z mistrzem wpatrzeni w ogień zrodzony z ludzkich ciał i mordu.
- Żyli gdy ich wrzucali w ogień – zaczął nieoczekiwanie.
Przyjrzałem się dokładnie postaciom spowitymi w dymie i czerwieni ale nic nie potwierdzało słów mistrza. Spojrzałem pytająco na niego.
- Martwe ciała nie wyginają cię pod wpływem mąk – faktycznie członki zastygły im w jakiś niepojętych ostatnich gestach.
Teraz wszystko stało się jasne. Słowa Mistrza jednoznacznie wyjaśniały role dwóch parobków z włóczniami. Pilnowali by pochodnie z ludzkich ciał nie rozbiegły się po wsi.
Po chwili z chałupy wyszedł tuzin parobków pijanych, zbryzganych krwią. Uklękli w jednym rzędzie przed nami i bili czołami w ziemię błagając o przebaczenie. Żebracy na ulicach Akwizgranu mają więcej godności niż oni teraz. Mordercy, gwałciciele...złodzieje, rozbójnicy...parobkowie, żywiciele rodzin...wybrańcy Boga, Krzyżowcy. Stałem osłupiały, nie mogłem uwierzyć, że to ich właśnie Bóg wybrał do tego byśmy mogli dojechać do Ziemi Świętej. Mistrz pojechał wzdłuż linii wymierzając wzrokiem baty, wieszając na drzewach, paląc na stosach.
- Panie mój Panie – wykrzyczał jeden – To przecież Żydzi byli! Oni naszego pana Zbawiciela Jezusa Chrystusa na krzyż wydali! Zasłużyli na ogień piekielny.
- Milcz – uciszyłem go zamiast Mistrza, czułem że mój Pan tego chciał – Co ci daje prawo do bycia rozjemcą? Żydzi nie Żydzi, wyście ich podstępem zapewne ubili. Panie jaką karę mają przyjąć?
Patrząc teraz na to pokorne stado drżących ciał nikt by nie przypuścił, zże przed chwilaą byli tu sami zbójcy. Mistrz spojrzał na mnie szybkim bystrym wzrokiem.
- Tak bronicie Chrystusa to jak on będziecie o chlebie i wodzie przez czterdzieści dni – zagrzmiał – a teraz weźcie ogień zbrodni i spalcie wieś. Niech tu kamień na kamieniu nie zostanie.
Oczekiwałem na razów, opalania ciała, odcinania kończyn, nawet demonstracyjnej egzekucji. Nic, tylko post. Nie spuszczałem wzroku z mężczyzny, który był moim mentorem i przewodnikiem od bardzo dawno – nie mogłem zrozumieć jego decyzji.
- Potrzeba czternastu ludzi byśmy mogli zabrać nasze pakunki – głos wrócił mu do normy – my mamy tylu grzeszników. Odpokutują w Jerozolimie.
Stawiamy własne potrzeby nad prawa Boskie. A może stawiamy za priorytet dotarcie do ziemi gdzie ten Bóg się rodził. Istnieje też możliwość, że to wcale nie jest nasz wybór, tylko Wszechmogącego, że to on ma teraz zbrukane ręce żydowska krwią. Nie wiem.

Deus vult!
Nawet dobre uczynki muszą być podmurowane grzechem – te słowa kołatały mi się ilekroć patrzyłem na naszych kompanów. Mieli spuszczone głowy i praktycznie się nie odzywali ale dobrze wiedzieliśmy razem z Mistrzem, że nie żałują tego co zrobili.
W końcu dojechaliśmy na przedpola miasta Lyon, skąd już z oddali widać były dymu i proporce unoszące się nad obozowiskiem. Rajmund z Tuluzy już na nas czekał. Wjechaliśmy do obozowiska gdzie słońce odbijające się od białych połaci namiotów raziło w oczy, a słudzy krzątali się by baczyć na dobytek panów. Nie było w zasięgu wzroku żadnego z rycerzy czy też innego dostojeństwa, najwyraźniej wyjechali do miasta by tam lepiej spożytkować swój czas.
- Zajmijcie się końmi i przygotujcie jakąś strawę – wydał szybkie polecenie Mistrz – Uczniu pójdziesz ze mną, musisz przecież uczyć się obyczajów i przy okazji poznasz panów Europy.
- Tak Panie.
Szliśmy przez obozowisko uważnie wypatrując się kogoś kto mógłby nas pokierować do przywódców. Po krótkiej przechadzce pomoc była zbędna bo zza białych płócien wyłonił się duży namiot pokryty zdobnymi rysunkami – bez wątpienia tam mieszkał Baron z Tuluzy. Przed wejściem stało dwóch krzyżowców w pełnym rynsztunku, sądziłem już, że będzie potrzeba anonsować mojego Pana ale ich włócznie blokujące wejścia momentalnie się roztapiały i pozwolili nam wejść swobodnie. Wchodząc do środka prawie wpadł na mnie mały chłopiec. Strój wskazywał, że był synem rycerskim, ale czy to rozważne brać taką kruszynę w podróż.
- Witaj Panie – jedna z kobiet zwróciła się Mistrza – Mój małżonek zaraz cię przyjmie.
Wymienili grzecznościowe ukłony – Elwira, nieślubna córka królewska, która cieszy się szacunkiem tylko dla tego, że ma tak wpływowego męża. Jedna ze służek zabrało chłopca i przekazało go Baronowej, najwyraźniej mały był synem Rajmunda.
- Witaj przyjacielu – nie zauważyłem kiedy wszedł Pan z Tuluzy.
Był dość postawnym mężczyzna o ciemnych blond włosach i brodą w tym samym kolorze – wszystko zadbane z najwyższą starannością. I choć siwy włos raz po raz przebijał się przez czuprynę to nie dobierało mu wigoru – miał prawie sześćdziesiąt lat. Poczułem lekki wstyd bo po tylu dniach podróży wyglądaliśmy niezbyt schludnie.
- Jak się cieszę ciebie tu widzieć – jago głos brzmiał zapewne tak samo czystko jak dwadzieścia lat temu – Dobrze wiem, że długo nam zajęły przygotowania, ale jesteśmy już gotowi i ruszamy lada dzień – prawie wszyscy już na nas czekają. Ruszymy ku Alpom a potem przez Istrię i Dalmację.
- Nie prościej płynąć przez Adriatyk?
- Przyjacielu, praca na chwałę Boska nigdy nie jest prosta.
Zasiedliśmy do wieczerzy. Przepych namiotu świadczył o istotnie dużym zasobie skarbca Barona. Wszędzie krzątały się sługi, obsługujące nas lub doglądające syna Rajmunda. Nie dawała mi spokoju postać skryta w cieniu kąta pomieszczenia, siedząca na drewnianym fotelu.
- Czy czcigodny Ademar z Monteil zachce zasiąść z nami przy wieczerzy – najwyraźniej Mistrz znał go.
- Wybacz mości Rycerzu czytam Pismo Święte i nie chce przerywać lektury – jak na zawołanie słychać było szelest przewracanej kartki.
- Twa wola.
Gdy opuściliśmy gościnę przywódcy widać było, że coś pobudziło Mistrza.
- Panie? Czy jest...
- Ta cholerna klecha – słowa wypowiedziane z ust mojego mentora zaszokowały mnie – nie ma to jak papieski legat...biskup Le Puy. Pfu, na psa urok. Mogę położyć swoją głowę na pieńku, że to on wybrał tę drogę.
- Ale... – nie wiedziałem co powiedzieć.
- Eh – opamiętał się widząc moja reakcję – Pojedziemy, przez dzikie kraje i to nie będzie ani łatwe, ani przyjemne. Bacz na siebie uczniu.
Tak jak było mówione, nie minął tydzień a cały pochód ruszył ku Alpom, gdzie śnieg lśnił w oddali. Nie mogłem zrozumiec reakcji Mistrza widzącego wszakże sługę bożego. Najwyraźniej znali się z wcześniejszych lat, kiedy to Pan mój podróżował po świecie.
Podobno góry zostały stworzone po to by ludzkość mogła być bliżej Boga. Nie jestem pewien co do słuszności tych słów ale z pewnością są boskim tworem.
Przeprawa zajęła nam kilka tygodni. Szliśmy utartymi szlakami ale nawet latem są ciężkie do sforsowania. Otoczony majestatem gór pozwoliłem sobie na chwile zapomnienia odszedłem od ciągłej myśli o krucjacie, o misji, która została nam powierzona. Gdy tylko mogliśmy śpiewaliśmy psalmy i recytowaliśmy modlitwy by opatrzność sprzyjała nam jeszcze bardziej. Msze święte były odprawiane co dzień przez biskupa Le Puy, który z pasją i niewątpliwym przejęciem wygłaszał każde kazanie.
Nawet retoryka postaci legata papieskiego nie mogła mnie zmusić do ciągłej uwagi, tym wysłannik papieski nie różnił się od naszego klechy z miasteczka. Ciekawe czy dziewki służebne też ma... Mimo mojej nieuwagi wychwytywałem słowa odbijane od skalistych ścian, jeszcze długo unoszące się echem słowa Deus i Christi. Te dwa słowa stanowiły fundament każdego kazania. Rycerstwo siedzące na drewnianych siedziskach lub zwierzęcych skórach jak pierwsi chrześcijanie z wielką uwagą wchłaniali, każde słowo. Tylko mój Mistrz siedzący obok patrzył wzrokiem pełnym dystansu na postać zza ołtarzem. Byłem pewny, że jego myśli nie koncentrują się na przekazie tylko na osobie. Jego zmarszczone brwi świadczyły, że podejmuje wysiłek, ale jaki. Może usiłuje się powstrzymać przed okazaniem niechęci, może drażni go co innego. Wszyscy prócz niego dokonali wyboru, wygrali z samymi sobą i przed ich obliczami ukazała się jasna i klarowna droga do zbawienia, do Jerozolimy. Wiedzieli, że nawet jeśli zginą teraz, rażeni piorunem czy zasypani w lawinie, czaka na nich miejsce w niebie. Czyżby mój Pan opierał się zbawieniu, to czy ja też będąc jego sługa opieram się mimowolnie zbawieniu – a może świadomie?
Pozwalając by słońce, które właśnie wyjrzało zza górskiej grani ogrzewało moją twarz postanowiłem po kontemplować wcześniejsze słowa.
Czy ja walczę o grób Pański?
Czy ja walczę o zbawienie?
Czy ja walczę o Boga?
O co ja walczę?
Powtarzałem te kilka pytań w kółko jak mantrę licząc na uzyskanie jakiejś odpowiedź, że Bóg ześle synogarlicę, która szepnie mi do ucha wszystkie odpowiedzi.
Czy ja walczę, czy ja walczę, czy ja walczę...z kim ja walczę...o co walczę...dla kogo ja walczę...
Deus vult!
Zagrzmiał głos Ademara z Monteil. Odzew był momentalny, wszyscy powstali i poczęli wtórować słowa biskupa.
Czy ja walczę o zbawienie... Deus vult!
Czy ja walczę o zbawienie... Deus vult!
Czy ja walczę o Boga... Deus vult!
O co ja walczę... Deus vult!

Opuściliśmy Alpy i stąpiliśmy z ich szczytów wraz z wodami z roztopów.

Gdy dotarliśmy go Genui przywitał nas tłum gromkimi okrzykami i kwiatami. Postój w mieście nie trwał długo i choć Mistrz namawiał Rajmunda do popłynięcia statkami z portu do Baron był nieugięty i nie zrezygnował z wcześniej zaplanowanej trasy. Cześć mieszkańców dołączyła się do nas i ruszyliśmy dalej ku ziemiom barbarzyńskich plemion.
Pogoda testowała sługi Pana na przemian to deszczem lub żarem z nieba, jednak duch w sercach krzyżowców pozostawał nieugięty i nie zważali na przeciwności.
W końcu nastała jesień i tylko jedna kraina dzieliła nas od granic Cesarstwa Bizantyjskiego – Dalmacja. Nieprzystępne skaliste pustkowia i hordy dzikich plemion – Słowian.
Wędrówka zajęła wiele tygodni, a każdy następny był gorszy od poprzedniego. Choć wrogowie byli przywdziani jedynie w skóry a ich broń nie mogła się równać z naszą to ich hart ducha i znajomość terenu rekompensował wszystkie braki. Nie wiadomo było czy zza zakrętu nie wyłoni się nagle mała grupka kąsająca nasze szeregi, czy głazy obok drogi nie będą skrywać wrogów. Mój miecz nie raz podczas przeprawy przez tą krainę posmakował krwi pogan, a przecież książęta z dalszych rejonów Karpat i ci nad Bałtykiem przyjęli chrzest a nieliczni z ich rycerstwa są pośród wypraw.
Nigdy nie zapomnę jeńców których pochwyciliśmy. Rajmund kazał ich skrócić o głowę a z ich ciał utworzyć barykadę. Widziałem wtedy jak z wielka chęcią pomagają nasi słudzy jak wiele jest warta ich skrucha. Mimo mojej niechęci musiałem pomagać przy jej tworzeniu, bezwładne członki potrzebowały wielu ludzi by dać się przymocować.
Prócz Słowian udrękę przynosił nam jeszcze głód, bo przeprawa przez tę krainę trwała zbyt długo.
Zastanawiałem się gdzie w tym wszystkim jest Bóg. Patrzyłem na rycerstwo walczące z pieśnią kościelna na ustach, na baronów wybijających pogan z uśmiechem na ustach na papieskiego legata zbryzganego krwią, pomagającego przy tworzeniu barykady. Patrzyłem weń na Mistrza, który przy każdym zabitym czynił znak krzyża i szeptał nie słyszalne słowa. Wiele czasu zajęło mi zanim odczytałem z ruchu warg ich treść.
„Wybacz mi bracie” – chyba tylko mój Pan widział w nich ludzi.
Zimą wkroczyliśmy na terytorium Cesarstwa.
Cesarstwo bizantyjskie w pierwszych przejawach lutego prezentowało się stanowczo lepiej niż zaśnieżona Francja. Dobrotliwy śródziemnomorski klimat skutecznie leczył nasze rany po ostatnich dniach. Jednakże teraz przyszło nam się zmierzyć z większym niebezpieczeństwem. Pokonawszy Alpy, odnosząc zwycięstwo nad bitnymi Słowianami stanęliśmy naprzeciw biurokracji. Urzędnik wypełniający polecenia płynące z samego Konstantynopola, by przeprowadzić nas „bezpiecznie” przez ziemi cesarstwa przydzielił nam eskortę złożoną z Pieczyngów. Oczywiście względy bezpieczeństwa miały uchronić miejscowa ludność a nie nas – najwyraźniej słuchy o tym jak traktowani są Żydzi przyszły tu na długo przed Rajmundem.
Po dobrych bizantyjskich drogach przesuwaliśmy się szybko, ale z kilometra na kilometr dawało się odczuwać coraz to większe napięcie pomiędzy Krzyżowcami a eskortą. W końcu jeden rycerzy rzucił mało wybredne słowa w kierunku Pieczyngów i w okolicznej wiosce wszczął raban. Najwyraźniej Cesarz nie miał zamiaru pozwalać na zuchwalstwo europejskiego rycerstwa i nieroztropny został szybko przywołany do porządku. Potem było już tylko gorzej.
Nie było wsi czy osady, gdzie coraz to większe grupki pielgrzymów nie siały zamętu i pozwalały sobie na grabieże i gwałty. Dochodziło do walk...krwawych walk.
Gdy raz obozowaliśmy obok osady na północny-wschód od Edessy, nocą Pieczyngowie przywlekli poturbowanego biskupa La Puy, i truchła kilkunastu krzyżowców, w tym ciała dwóch baronów prowansalskich. Tej nocy już nikt nie usnął. Rajmund z Tuluzy krzyczał, że to zdrada zbijać sługi króla pielgrzymujących do Jerozolimy. Po chwili do okrzyków dołączył się niedawno jeszcze na wpółmartwy biskup, który dostał nowych sił. „Mordercy” nie mieli zamiaru się tłumaczyć ze swojego czynu, podejrzewam, że szczerze się cieszyli, że wybuchła da wrzawa, bo teraz wszyscy byli w jednym miejscu i łatwiej było mieć ich na oku.
Niestety nie był to ostatni incydent tej wyprawy, w samej Edessie Rajmunda i jego osobisty poczet zaatakowała milicja, przez co kolejne krople oliwy zostały dolne do ogniska – dość pokaźnego ogniska. Apogeum nastąpiło gdy wkraczaliśmy do Russy, wszyscy gromko krzyczeli „Tuluza! Tuluza!”. Byliśmy strasznie wygłodniali po podróży, ale miasto było ogołocone z zapasów przez Normanów, którzy byli tu dwa tygodnie wcześniej. Niech Bóg mi świadkiem, straszny jest gniew Krzyżowców. Każdy dom został splądrowany, każda półka przetrząśnięta a ci, którzy śmiali stanąć przeciwko boskiej woli zostali poczęstowani zimnym ostrzem.

Wtedy nawet eskorta nie była wstanie nic zrobić.

Kilka dni później przyjechał cesarski wysłannik, zapraszający Rajmunda na spotkanie z Aleksym I. Najprawdopodobniej decyzja o wyjeździe Rajmunda był najgorszym wyborem ze wszystkich. Choć Baron z Tuluzy nie był bez winy, on jeden był zaporą powstrzymującą wody żołnierskiego żywiołu. Pozostał przy nas wyłącznie legat papieski.
Droga do świętości znaczyły trupy i czerwone łuny pochodzące ze spalonych wsi. Teraz Pieczyngowie stali się tylko biernymi obserwatorami – nawet oni wiedzieli co to śmierć.
Samowola nie trwała długo, w końcu z pomocą przybyły oddziały bizantyjskie. Nie umiejąc znaleźć dialogu doszło do bitwy. Przekonani o swojej misji i wyższości nad przeciwnikiem rzuciliśmy się do ataku, lecz regularna armia to nie dzikie plemiona i chłopi. Szybko poszliśmy w rozsypkę pozostawiając za sobą tabory, bagaże i broń. Nie pomogła przewaga liczebna, ani ekwipunek, ani biskup, ani Bóg.
Usiłowałem sobie wyobrazić co czuł gdy w obliczu tak strasznej porażki Rajmund stawał przed Aleksym I. Czy czuł złość, że to Bizancjum przyniosło mu klęskę, czy kajał się przed gospodarzem. Może została mu wypomniana gościna.
Polityka mydli oczy i łagodzi urazy. Każdemu można wmówić, że poniekąd to jego wina. Nim nadciągnęliśmy nad Bosfor, Hrabia Saint-Gilles złożył przysięgę Cesarzowi i był w połowie drogi do tego by być jego przyjacielem. Krzywdy poszły w niepamięć, a zło zostało odpuszczone.
Nie zabawiliśmy długo w Konstantynopolu, uzupełniliśmy zapasu i ruszyliśmy na ziemie Saracenów.
By stanąć pod murami pierwszej twierdzy nie pozostało wiele czasu. Miałem teraz czas na to by dokładnie przeanalizować ostatnie tygodnie. Dni spod znaku nienawiści i walki przeciwko niewinnym. Co pcha ludzi by tak postępować. Nie umiałem sobie odpowiedzieć na to pytanie, tak samo jak nie umiałem odpowiedzieć na pytanie czemu mój Mistrz brał w tym czynny udział – przecież z pewnością nie z zależności wasalnych. Dlaczego ja tam też byłem, dlaczego nie mogłem tylko obserwować? Nie splamiłem się gwałtem, ani rabunkiem tak jak i mój Pan, ale nasze miecze nie pozostawały czyste. Co nas pchało do tego? Może chodziło o samą walkę, po tak długim czasie, ciągłym oczekiwaniu na nieunikniony bój, może musieliśmy raz po raz zabić to co się napatoczy. Może chodziło o akt łaski, o to by oszczędzić męki niewinnym – wszakże zabijaliśmy najszybciej jak się da – nie wszyscy byli tak wspaniałomyślni.
Usłyszałem po jednej z tych potyczek słowa Mistrza „Przeto pielgrzymujemy dla Boga i ku niemu dążymy tak jak dążymy do jego królestwa. Po to ta walka, mój chłopcze.”
Przemierzając tereny wroga nie byliśmy niepokojenie – Turcy nie zdobyli się na zasadzkę. Podeszliśmy Nikeę od zachodu, wydawało się, że jej antyczne mury wyrastają wprost z wód jeziora. Nie mogliśmy wyjść z podziwu, patrząc na budowlę skąpane w blasku majowego słońca. Fortyfikacje były położone na planie pięcioboku a umocnienia były pilnowane przez liczne baszty. Zachwyt mieszał się z trwogą bo wszakże to miasto przyjdzie nam zdobywać.
A siła po stronie sułtana była. Siły nasze stały pomiędzy wojskami Kilidż Arslana I a murami Nikei, za którymi krył się zrozpaczony garnizon. Potyczka, którą przyszło nam stoczyć z odsieczą ujawniła naszą potęgę. Widząc jak Frankowie druzgoczą Turków, dowódca garnizonu rozpoczął pertraktacje. Już wydawało nam się, że weźmiemy miasto dyplomacją, ale zrazu spokojny, wschodni wiatr wymieszał się z okrzykiem trwogi „Patrzcie bracia!”.
W oddali jak czarna mgła nienawiści sunęła ku nam armia wroga. Najwidoczniej oddział, z którym przyszło nam się rozprawić był tylko zwiastunem pełnej potęgi sułtana. Nawet cały nieboskłon pełen gwiazd nie zna takiej liczby, która mogła by określić mnogość wroga. Rajmundowi i nam przyszło tworzyć główny front.
Proporce falowały majestatycznie wzbudzone powiewem walki. Hełmy przeciwnika lśniły nienawistnie w blasku azjatyckiego słońca.
Gdy w powietrzu rozbrzmiał głos tureckiego utreja dobrze wiedzieliśmy, że nie mają zamiaru pertraktować. Obserwowaliśmy jak fale saraceńskiego przypływu atakowały falangami. Wszystko zwolniło, jakby Bóg chciał byśmy zapamiętali każdą, nawet najkrótszą chwilę.
Szum łuczniczych strzał wzbił się zza moich pleców i ze śmiercionośnym świstem przeleciał nad moja głową. Wróg jakby nie zważając na to szli cały czas ku nam zasłaniając się jedynie baldachimem tarcz. Równy marsz tysięcy ludzi, tysięcy ludzi bez wiary, bez Boga po swojej stronie.
Gdy już znajdowali się w odległości rzutu oszczepem nie czekali pokornie, aż ostrzał wyśle ku nim pociski. Z okrzykiem pełnym gniewu porwali się na nasze linie. Z prawej flanki słychać już było wrzawę – najwyraźniej tam Niewierni dotarli wcześniej.
Pierwsze dwie linie przede mną ugięły się pod napływem nienawistnych ciał, dopiero na mnie zatrzymali się Turcy.


Pater noster qui es in caelis,

Wybacz mi pychę i śmiałoś

sanctificetur nomen tuum.

W chwili zwątpienia potrzebuje twej tarczy

Adveniat regnum tuum,

By chroniła mnie, twego sługę i wyznawcę

fiat voluntas tua sicut in caelo et in terra.

Przed szkodą ze strony innowierców.

Panem nostrum cotidianum da nobis hodie,

Chroń przed krzywd moich braci

et dimitte nobis debita nostra,

Wszakże oni też to wszystko ku twojej chwale czynią.

sicut et nos dimittimus debitoribus nostris.

Niech twój gniew zstąpi na wrogów sług twoich

Et ne nos inducas in tentationem.

Niech twa siła wstąpi w nas byśmy mogli sprzeciwić się gwałtu

Sed libera nos a malo.

Odstąp od mojej obecności w niebie – przynajmniej nie teraz.

Amen.

Amen.

Noc przyniosła zwycięstwo. Nikt, nawet sułtan nie mógł podważyć zwycięstwa Franków. I tak staliśmy w obliczy zwycięstwa wznosząc okrzyki ku czci Boga, Matki Boskiej, Jezusa Chrystusa i ku czci naszego wodza Rajmunda z Tuluzy. Bóg pozwolił wygrać; choć nie bez ofiary - dziś wielu zostało powołanych do Pana.
Splamiony porażka Kilidż Arslana I uszedł z resztą swoich sił w góry, pozostawiając nam Nikeę. Jakże musiały być zatrwożone oblicza obrońców miasta gdy uświadomili sobie, że zostali sami, że nawet potęga sułtańska nie może powstrzymać Armii Boga – bośmy właśnie nią byli, wybrańcami.
Poległych skróciliśmy o głowę i nieśliśmy przed sobą zatknięte na pal jak chorągwie. Wróg musiał wiedzieć, że po naszej stronie jest racja.
I co nam z tego przyszło? Oblegając miasto, cały czas usilnie starając się wedrzeć do środka by wziąć to co nam się należy. Obrońcy ugadali się z Cesarzem i to jemu oddali miasto.
Gloria victis...bo właśnie zwyciężonymi byliśmy. Pozostaliśmy bez chwały, z ciałami poległych towarzyszy. Może i to było ceną boskiej przychylności. Nie tracąc czasu na zawiść i łzy ruszyliśmy dalej, gdzieś w nieznane, gdzie z pewnością czeka na nas sułtan przepełniony goryczą porażki.
W tym wszystkim, w zgiełku bitwy, w obliczu oszustwa, Mistrz pozostawał spokojny, jakby wszystko to już kiedyś się wydarzyło. Nic prawie nie mówił, ostatnimi czasu praktycznie przestał mówić. Może złożyć śluby milczenia ku chwale Pana, może z jego ust nie maja wydobywać się dźwięki tak jak na moich nie ma zagościć uśmiech – wszystko ku czci Boga. Co noc modle się za niego, bo wszakże dzięki niemu mogę odbyć tę pielgrzymkę. Wstyd mi się przyznać, ze mogłem kiedyś stawiać dziewkę służebną nade Boską misje.

Doryleum i jego okoliczne doliny. Świat i po tysiącu lat będzie rozpamiętywał to miejsce chwały.
Dzień był ciepły, maszerowaliśmy obok koni by móc im ulżyć choć na chwile.
- Rozgromiliśmy Turków, teraz ich serca przepełni strach – dawno nie miałem okazji rozmawiać z moim Panem, tyle się działo – Teraz Jerozolima padnie u naszych stóp.
- Nie ma nic gorszego jak, zbity, wystraszony kundel pałający nienawiścią uczniu – bo tak długim czasie jego niegdyś czysty i mocny głos przygasł, zatarł go pustynny piach - Kilidż Arslana I nie jest nami. On się broni i co gorsze mobilizuje go religia, wszakże staje w jej obronie.
- Mistrzu, co ty mówisz – czyżby była to wina słońca, że Mistrz mówił takie rzeczy – Innowiercy w obronie wiary?! Nie jest nami?! Jakże to tak możesz umniejszać chwałę Armii Boga? Jesteś jednym z jej wojowników, wszystko czynimy ku czci i dla Boga.
Wyprzedził mnie o krok i zastąpił mi drogi. Nim się obejrzałem zwalił mnie z nóg jednym silnym ciosem okutej rękawicy. Pochylił się nade mną i szarpnął za tunikę z czerwonym krzyżem.
- Jeszcze nie zrozumiałeś – wycedził przez zęby – Słodkie pierdzenie Le Puy’a zawróciło ci w głowie, czy rycerska chwała. Gdzie podział się ten młodzian, który za nic brał sobie niedzielne kazania a w głowie była mu tylko ukochana?
- Umarł!
- Gdzie? Zabili go Słowianie, czy Saraceni? A może jego ciało nadal jest przykute do barykad w Dalmacjii albo leży w greckim rowie wraz z innymi szubrawcami? Mów chłopcze!
- Zabiła go twoje arogancja! Śmiesz obrażać papieskiego legata, a to przecież człowiek, który został wybrany przez Boga. Śmiesz nadszarpywać imiona rycerzy umarłych bohaterska śmiercią! Jesteś tylko zgorzkniałym starcem, świat dawno pozostawił ciebie z tyłu! Dla ciebie krucjata nic nie znaczy!
- Krucjata to mrzonka, nie widzisz, że to wszystko to farsa a nie pielgrzymka.
- Dla ciebie nic nie znaczy imię Boże!
Nie czekając pociągnąłem wodze i poprowadziłem konia dalej, nurtem pochodu. Mistrz pozostał tam patrząc się w ziemię i szepcą coś nienawistnie. Zrazu obrócił się na pięcie i poszedł w ślad za mną.
- Nie kłóćmy się – przemówił gdy mnie dogonił – Może faktycznie jestem już stary, pełen uprzedzeń. Wybacz Starcowi.
- Mistrzu, ty wiesz żeś mi ojcem. Jakbym mógł nie wybaczyć ojcu.
Psy szczekają, karawana jedzie dalej. Może to arabskie przysłowie kryje w sobie więcej mądrości niż przypuszczałem. W sercu moim zagościł żal do Mojego Pana. Jak on nie mógł zrozumieć przesłanek krucjaty, jak nie mógł zrozumieć woli Boga.
Po latach przyszło mi pożałować tamtych słów.

Wczesnym rankiem armia Turecka runęła na część krzyżowców, którzy wybrali inna drogę. Zapewne sułtan był przekonany, że uderza na cała potęgę chrześcijańska. „Jeżeli chcecie wziąć udział w walce, przybądźcie rychło” tak brzmiała wiadomość wysłana przez zaatakowanego Beomunda. Wiele godzin przyszło mu się bronić, zmagać z szarpiącym chrześcijańskie ciała wrogiem, mim przybyliśmy z odsieczą. Gdy schodziliśmy w dolinę widzieliśmy jak pierścień Saracenów zamknął się wokół naszych braci i wysyłał chmury śmiercionośnych strzał. Ile to mogło trwać? Jak długo zmagali się z „.deszczem”?
Furii naszej nie mogli się przeciwstawić synowie szatana, runęliśmy na nich i w decydującym momencie, połączyliśmy armie wraz z broniącymi. Obrona przerodziła się w natarcie. I wtedy Bóg uczynił cud, sprawił, że w kołczanach zabrakło strzał, co otworzyło nam drogę do zwycięstwa. Pustynia zroszona została krwią niewiernych a niegdyś potężna armia sułtana miała już nigdy się nie odrodzić. Wszystko, przez sługi Boże.

Wygraliśmy.

Na opowieść o wojowniku składa się całe jego życie i życie jego kompanów, w tym mnie. Jakże trudno mi jest się przyznawać do błędów, do zaślepienia cudzymi grzechami i moimi własnymi. Drogę mojego Mistrza znaczyło po sławetnej bitwie jeszcze wiele: masyw Sultadag, bielejące kości pielgrzymów na górskich szlakach, pustynia, głód, żar słońca, pragnienie, potyczki z Turkami, którzy za wszelka cenę chcieli powstrzymać nasz pochód.
Święta Bożego narodzenia przyszło nam spędzić pod murami Antiochii. Były to smutne święta, z goła inne niż te do których byłem przyzwyczajony na łonie matki Francji. Głód, beznadzieja i monumentalne mury miasta nie pozostawiały wątpliwości, że spędzimy tu kolejne miesiące. Turcy nie dawali zapomnieć o sobie, co rusz wyprawiali się na nasze tyły by wprowadzać zamęt. Nie pozostawało mi wtedy nic jak wiara w to, ze to co robimy jest słuszne, że wszystkie czyny te dobre i te złe nie są jedynie „mrzonką” którą już mi wytknął Mistrz. Panie mój Panie, czemuż cię nie słuchał. Zawiodłem tylu ludzi, a przede wszystkim ciebie mój Mistrzu. Niech szatan nie szczędzi mi smoły w piekle w nagrodę za moje czyny.
- Rozchmurz się mój uczniu dziś się rodzi Pan – mistrz przyszedł do ogniska i usiadł obok mnie.
Obóz rozbiliśmy na uboczu, poniekąd z rozkazu papieskiego legata, który chciał by mój Pan bronił tyłów. Mam nadzieje, że diabeł szykuje kocioł dla Le Puy.
- Noc jest chłodna – kontynuował – przynajmniej drewna nie brakuje. Powiedz co myślisz
- Myślę, że niedługo innowiercy z tego miasta przestaną urągać Panu naszemu Jezusowi Chrystusowi swoja obecnością.
- Eh - westchnęła ciężko - Dlaczego uważasz, ze są źli, że Bóg nie chce by żyli. Oni tez mają rodziny. Wojownicy, których zabijamy maja dzieci, żony, rodziców.
- Nie! To tylko psie bękarty – wtedy nie chciałem widzieć w nich nic więcej.
- Widzę, że kazania z codziennych mszy zawładnęły twoja głowa – jego twarz oświetlał pomarańczowy płomień ogniska – Masz przecież swój rozum. Czy zapomniałeś już to czego cię nauczyłem.
- Raczysz wybaczyć Mistrzu ale znalazłem tu ludzi bardziej światłych od ciebie, a jak sam mówiłeś musimy się uczyć od mądrzejszych od siebie.
- Co ci obiecali?
- Obiecali?! Sadzisz, że potrzebuje obietnic by mieć motywacje do walki – wzburzyłem się zrywając na równe nogi.
- Usiądź – usiadłem – Nie powiesz mi, że nic ci nie obiecali. Nie raz widziałem jak rozmawiałeś z biskupem.
- I co z tego?! – wybuchłem – Cóż w tym złego, ze zostanę nagrodzony za swoja służbę. Wielebny powiedział mi, że to nic złego pozyskać prócz boskiej przychylności jeszcze trochę majątku. Może dostane ziemie w Ziemi Świętej.
- Piekielny klecha powinien najpierw zając się sobą niż bałamucić ciebie – jego głos stał się bardziej stanowczy – jako twój Mistrz i opiekun zabraniam ci się z nim kontaktować.
- Śmiesz mi zabraniać kontaktować się ze sługą Bożym?! Może na msze święte tez mam nie chodzić?
- Na te co prowadzi Le Puy nie – wycedził.
- A Bóg...
- Nie przywołuj tu Jego imienia – Zerwał się – On już dawno opuścił nas i to miejsce. A jeżeli gdzieś tu jest to po stronie Arabów.
- Mistrzu to herezja!
- To prawda! Ta pielgrzymka...nie, nie pielgrzymka, ta krucjata, to tylko wojna wymierzona przeciwko Bogu i ludowi jego. Wszystko to tylko po to by się wzbogacić w ziemię i złoto.
- Mistrzu nie pozwolę obrażać Wszechmogącego. Bluźnisz!
- Gdybyś tylko nie był zaślepionym głupcem...Wstyd mi, z wyszedłeś spod mojego skrzydła.
Sam nie wiem co prowadziło moja dłoń gdy wymierzałem cios w szczękę Mistrza.
- Przynajmniej to nie pójdzie na marne. Nauczyłeś się włączyć, zaiste nauczyłeś. Kosztem niewinny!
Zaczęliśmy się szarpać i okładać pięściami. Sam nie wiem kiedy wydobyłem miecz, bo na pewno to ja wydobyłem miecz. On też dobył oręża.
Zadałem cios z góry, na głowę. Mistrz starym wprawnym ruchem sparował ostrza i przeszedł do szybkiej kontry wymierzonej w ramię. Uskoczyłem. Mistrz przekrokiem doszedł do mnie i jednym decydującym cieciem chciał rozwiązać sprawę. Powinienem zauważyć, że cios miał być zadany głowicą, a nie ostrzem – to miała być tylko nauczka. Po tylu miesiącach walki w każdym ciosie widziałem śmiertelne zagrożenie. Piruetem wślizgnąłem się od niego i zadałem sztych w brzuch.
W Francji pewnie teraz pada śnieg, a rodziny siadają do wieczerzy. Na pewno śnieg znów tańczył za oknami porywany do szaleńczego tańca południowym wiatrem. Pomyślałem o Joannie o mojej miłości, którą musiałem opuścić. Dlaczego ja to zrobiłem, czemu wtedy się nie przeciwstawiłem Mistrzowie, czemu nie wtedy...
Krew powoli spływała po klindze miecza. Zbroczę zaznało już tyle krwi wrogów – Słowian, Turków i Arabów, teraz musiało po nim spłynąć krew najbliższego mi człowieka. Sługi zebrały się wkoło, patrząc jak w świetle ogniska dogasa życie ich Pana. Upadł na kolana, opuścił i odrzucił w bok miecz. Klęczał tak patrzą na mnie, na moja twarz, pełna przerażenia, przepełniona wolą cofnięcia czasu, swoich grzechów. Uśmiechnął się, patrzył na moje ręce zaciśnięte kurczowo na rękojeści.
- Mistrzu – mój głos drżał z przerażenia – Mistrzu, mój Mistrzu, cóż jam uczynił.
- Ciii – wyszeptał – uspokój się. A teraz zaśnij wraz ze mną. Połóż mnie na boku.
Delikatnie położyłem mojego Pana na boku, układając się tuz obok niego by mógł na mnie patrzeć. Cały czas się uśmiechał, cały czas nie spuszczał ze mnie oka.
- Wybaczam ci – szeptał – wybaczam wszystkim swoim wrogom i tym, którzy cię sprowadzili na ta drogę. Imitatio Christi. Nie zapomnij, że Chrystus kazał wybaczać wrogom. Nikt nie jest bez skazy.
- Panie nie opuszczaj mnie – jego głos stawał się coraz bardziej cichy.
- Deus vult...Bóg tak chce.
Zamknął oczy i skonał.
Długo jeszcze leżałem obok wpatrując się w jego martwe oblicze roniąc łzy. Dopiero jego śmierć zdjęła ze mnie urok i pozwoliła przejrzeć na oczy. Dostrzegłem to co on – kto tu jest ofiarą i czemu służy ta krucjata.
Nie osądzili mnie. Uznano, że mój Pan sam prosił się o śmierć bluźniąc przeciw Bogu. Pozwolono mi kontynuować wyprawę. Czułem obowiązek dokończyć tę wędrówkę. Czułem, że jestem mu to winny. Musiałem zobaczyć mury Jerozolimy i tam oddać hołd jego czynom i naukom. Już nie walczył w żadnej z potyczek z synami Allacha. Miecz mojego Pana złożyłem pod murami miasta Boga, by chronił on przez wieki je od złego, nie przed Turkami, Arabami, Krzyżowcami, czy innym ludem po prostu przed złem.
Wróciłem do Francji do zamku mojego Mistrza i poślubiłem Joannę. Teraz piszę tę historie pełną chwały i Bożej woli, wiedząc już gdzie w tym wszystkim tkwi pierwiastek Boży...

Ave Maria, gratia plena, dominus tecum.
Benedicta tu in mulieribus,
et benedictus fructus ventris tui Jesu.
Sancta Maria, mater Dei, ora pro nobis pecatoribus,
nunc et in hora mortis nostrae.
Amen.


Errata do utworu:
Pieśń wykorzystana w tym fragmencie jest w rzeczywistości pieśnią krzyżowców ale napisana zostało dopiero na przełomie lat 1188-89 co jest okresem prawie stuletnim po I krucjacie która jest opisywana w powyższym utworze. Zabieg ten jest spowodowany tym, że do naszych czasów nie przetrwała, żadna udokumentowana historycznie pieśń z okresu pierwszej wyprawy krzyżowej. Twórca pieśni jest Conon de Béthune a przekładał ja ze starofrancuskiego Jacek Kowalski.

Podpis: 

Godhand 25 października 2007
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy Miłość z internetu cz. XVI - sex panów Bliżej
nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz. zabawa pomiędzy dwoma facetami Podejdź bliżej
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.