http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
215

Miłość z internetu cz III - wpadka

  Kolejne dni czułych słówek. Kolejne marzenia wspólnego życia. Dni wolno płyną i pojawiają się problemy, jak je pokonujemy czytaj w kolejnych częściach  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W grudniu nagrodą jest książka
W kole stań dziewczyno
Nalo Hopkinson
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Miłość z internetu cz III - wpadka

Kolejne dni czułych słówek. Kolejne marzenia wspólnego życia. Dni wolno płyną i pojawiają się problemy, jak je pokonujemy czytaj w kolejnych częściach

Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIV cz.

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw

Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania

Miłość z internetu cz. XIII - czy tak może być?

na pobliski stoliczek na którym to znajduje się także wazonik z pięknym bukietem, który Nika otrzymała od swojego ukochanego. Znajdują się też tam różne gadżety potrzebne do ich zabawy. Ania przytula mocno do swojego ciała postać Niki, jej buzię trzy

Róża cz. 1

Detektyw Hank Made otrzymuje od członka podupadającego rodu zlecenie odnalezienia pewnego niezwykle cennego przedmiotu.

Kraina Niekończącej się Bajki /Królestwo Pszczół/

No dobrze, już dobrze, ale to jedyne miejsce w Krainie Niekończącej się Bajki, gdzie, jakby zatrzymał się czas. Nic tu się nie zmienia prawie od zawsze. Pszczoły pochodzą z czasów dinozaurów - naukowcy szacują, że pojawiły się 120 milionów lat temu.

Szalony

Dawno nic nie pisałem. Chyba najwyższa już pora wrócić.

Recepta

Na wszystko jest lekarstwo. Nie zawsze jednak je bierzemy...

Nie :-( Święta!

Obok Johna McClane'a, łysawego gościa bez butów, w brudnych spodniach i podartym podkoszulku, usiadł Czerwony Kapturek... Z "życzeniami". ..

Zapach deszczu.

Takie moje wspomnienia.

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
619
użytkowników.

Gości:
619
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 46910

46910

Marzyciele

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
08-08-03

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantasy/Psychologia/Religia
Rozmiar
43 kb
Czytane
6693
Głosy
17
Ocena
4.74

Zmiany
18-10-24

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: PCScorpio Podpis: Mirek "PCScorpio" Henning
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Opowiadanko fantasy, które dzieje się w tym samym świecie co "Klęska czarnego władcy", ale poza tym nie ma z nim nic wspólnego. Uwaga, dość długie i nudne! Coś o szansie spełnienia marzeń przez dwóch, wprost sobie przeciwnych, marzycieli.

Opublikowany w:

-

Marzyciele

Dawno, dawno temu, za górami i lasami, w zapadłym zakątku Ziem Środkowych żyły sobie dwie rozumne istoty, o których chcemy wam w tej chwili opowiedzieć. Istoty te, to orzeł oraz krasnolud, obaj z gatunków jak najbardziej zwyczajnych. Ani jeden, ani drugi nie posiadał nadprzyrodzonych zdolności ani nie był zaginionym następcą tronu utopijnego królestwa, również bogowie nie przypisali im przeznaczenia mającego zmienić losy świata. Nic po prostu nie dawało im predyspozycji do bycia bohaterami niniejszego opowiadania. Traktuje ono o najzwyklejszym pod słońcem orle i najnormalniejszym krasnoludzie.
Obaj mieszkali w pobliżu gór, które okoliczne elfy nazywały Górami Szarymi zapewne dlatego, że nigdy nie działo się w nich nic interesującego. Orzeł mieszkał wysoko, ponad powierzchnią jednostajnego morza chmur, wśród najwyższych szczytów, gdzie on i jego nieliczni współplemieńcy wili sobie gniazda. Krasnolud - nisko, przy samej ziemi, gdzie u podnóża gór jego plemię pobudowało sobie górnicze osady. Orzeł zwał się przypuszczalnie Krith,a krasnoluda wołali, dajmy na to, Rungo.
Orzeł, tak jak i inne ptaki z jego plemienia, całymi dniami i nocami latał nad swoją krainą i ponad sąsiednimi krainami, i dalej jeszcze - ambicją tych starych i mądrych ptaków było bowiem zwiedzić cały świat i poznać wszystko. Szybował w pełnym słońcu i pędził przez rozgwieżdżone ciemności, ścigał z wichrem, mijał najwyższe góry, błękitne morza, miasta, pałace i wszelkie cuda tego świata, aby po skończonej wędrówce zebrać się jak zawsze z innymi orłami na najwyższym szczycie i zdać relację z tego, co zobaczył. Krasnolud, jak każdy mieszkaniec jego osady, każdy kolejny dzień spędzał na harówce w kopalni lub lesie, czy to drążąc węgiel lub rudę żelaza, czy rąbiąc drzewo lub zbierając pożywienie.
Po każdej ukończonej wędrówce orły rozprawiały o tym, co zobaczyły i prowadziły szalenie mądre dyskusje na temat świata i wszystkich jego aspektów oraz życia wszelkich rozumnych (lub nie) istot na dole. Dyskutowały o tym, co zobaczyły, oraz czego dowiedziały się od uczonych sów i kruków, które w tajemnych bibliotekach studiowały wszystkie księgi świata. Wspominały dawne dzieje, porównując je ze współczesnością, dyskutowały nad historią i budową świata oraz różnorodnymi sensami jego egzystencji, porównywały swe obserwacje i rozpatrywały wnioski, dla odpoczynku zaś opowiadały prastare baśnie lub wymyślały nowe - opowieści nieporównywalnej urody. Krasnoludy po każdym dniu pracy wchłaniały szybko swoje miski strawy i kładły się spać; a na końcu każdego tygodnia każdy szanujący się krasnal ruszał do jednej z karczm, by wyszumieć się przy muzyce, poobłapiać śliczne krasnoludzkie dziewczęta i wypić tyle piwa i miodu,by starczyło na cały tydzień. A cóż dopiero, gdy w czasie świąt lub po udanych zbiorach urządzano huczne potańcówki! Hej, bawił się tam siarczyście krasnoludzki ludek, i nasz Rungo razem z nim.
Orzeł i krasnal wiedli, jak widać, totalnie różne tryby życia, ale jedno mieli ze sobą wspólnego. Obaj byli marzycielami.
Życie przynosiło im, owszem, nieco radości, ale nie czuli pełni zadowolenia. Po pewnym czasie zaczęło ich nudzić i straszliwie jęło im czegoś brakować. Znudzony był Rungo harówką w kopalni - nie, żeby był leniem - i odpoczynkiem przy piwie i dziewkach, takim samym co dnia i identycznym rok w rok, latami powtarzającymi się w zamkniętym kole; i znużony był Krith bezustannym przemierzaniem podniebnych przestrzeni i dyskursami wysokich lotów. Tęsknił straszliwie do tego, co obserwował tam w dole - do małych, nic nie znaczących, ale szczęśliwych istot ze swoimi codziennymi smutkami i radościami; pragnął razem z nimi pracować, śmiać i bawić się, zamiast ciągłego obserwowania z wyżyn i bezczelnej, zdawało mu się, dyskusji nad nimi. Zabawy, śmiech i towarzystwo były obce żyjącym ascetycznie orłom, i cisza zalegała ich zimne, wietrzne włości. Z kolei Runga przestały cieszyć zwykłe przyjemności i wiele godzin spędzał siedząc na skale, na zboczu ponad swoją wioską, u stóp lasu porastającego górę - tęsknie wpatrzony w niebo. Wiele by dał, by móc wzbić się na skrzydłach ponad codzienne kłopoty
I z jakąż tęsknotą patrzył jeden na drugiego,gdy niekiedy mijali się bez słów - bo i który krasnolud krzyknie tak, aby być zrozumianym o pięćdziesiąt metrów wyżej.
Któregoś dnia Krith, ptak nieśmiały z natury, zdobył się w końcu na odwagę - a może tylko złapał go kurcz w skrzydle - i zniżył nagle lot,by wylądować nieopodal krasnoluda siedzącego sobie na kamieniu. Traf chciał, że był to właśnie nasz po trzykroć nieszczęśliwy Rungo.
- Hej, dziwny krasnoludzie - zagadnął - Czy wolno mi spytać, dlaczego siedzisz tu i gapisz się w niebo bez sensu, podczas gdy we wsi na dole gra muzyka? To schyłek lata, zbliża się jesienne Ekwinokcjum i wszędzie wre zabawa, a ty tu sam, jak ten głupek.
- Ja-dziwny? - odezwał się krasnal, gdy minął mu pierwszy szok - To raczej ty, dumny orle, zachowujesz się dziwacznie zaczynając rozmowę z tak marnym stworzeniem jak ja.
- Żartujesz sobie ze mnie? Tak czy owak, to wyjątkowo dziwne z twojej strony siedzieć tu i tracić czas w samotności, gdy tymczasem, jak doskonale widać i słychać z góry, w wiosce grają już i tańczą. Wiatr niesie zapach pieczonej wołowiny i grzanego wina... - orzeł wydawał się mlasnąć z tęsknotą, gdyż jak na orła przystało przez całe życie żywił się jedynie mięsem surowym i to nie zawsze najlepszej jakości, co przez kilkadziesiąt lat zdążyło mu się znudzić.
- Znudziły mi się wino i wołowe - odparł Rungo krasnolud - Pitraszą je na to święto odkąd pamiętam, zawsze w taki sam sposób. Bokiem mi to już wychodzi.
- Czy to ważne? Nie każę ci jeść, po prostu dobrze się zabaw, poszalej, zatańcz ostrego tańca-łamańca z jakąś przepiękną dziewczyną.
- To wychodzi mi bokiem jeszcze bardziej ! - poskarżył się krasnolud - Ta mała Madzia, którą miałem w zeszłym miesiącu,była skrzywiona i bez czterech zębów. Paskudztwo. To życie nie wystarczy mi do szczęścia,jest takie jakieś...banalne ! Chciałbym tak jak ty wzbić się w górę,poszybować gdzieś w chmury... przeżyć coś niesamowitego...
Orzeł patrzył nań jak zaczarowany, i to nie dlatego, że wizja korpulentnego krasnala fruwającego w chmurach wydawała mu się czymś nienormalnym. Widywał już przecież w locie całe stada olbrzymich błękitnych słoniorysów z Alghabu, gdy popołudniowy zefir wyganiał je z kwiecistych kryjówek.
- Na Sraneesha,żarty stroisz sobie ze mnie,i to dość głupawe ! - zaskrzeczał wreszcie - Dużo latam po świecie i wiele już widziałem,ale jeszcze nigdy takiego krasnoluda.Nie podoba ci się codzienne życie? Czy wiesz,co tracisz?
- Wiem doskonale,i to od dobrych trzydziestu lat. To życie jest podłe, nudne i męczące. Oddałbym beczkę przedniego miodu i dwa tuczne prosiaki,o które zabijają się nasi chłopcy w corocznym turnieju na pałki - oddałbym wszystko bez wahania, gdybym mógł choć na chwilę być takim ptakiem jak ty.Rozwinąć skrzydła i wzbić się ponad to wszystko.
- A ja - rzekł ze wzburzeniem orzeł - dałbym wszystko,by choć na chwilę przestać nim być.
Przez chwilę obaj milczeli,być może dlatego,że krasnolud nie mógł po prostu pojąć słów orła; jak się jednak okazało, obydwu zaświtał im w głowach pewien pomysł.
- Poważnie mówisz? - spytał po chwili Rungo.
- Jestem śmiertelnie poważny,to ty nie wiesz,co mówisz.
- Wiem, wiem i mam pomysł... - krasnal podrapał się w głowę i spojrzał za siebie - Mówią, że gdzieś w tym lesie ma swoją samotnię pewien czarodziej...
- Zgadza się. Stary Amfibus, bardzo uczony człowiek. Słyszałem o nim wiele razy.
- Patrząc z góry na pewno znasz drogę,więc gdybyśmy tak teraz...
- Na pewno myślisz o tym samym co ja?
- Bez dwóch zdań.
Nie było istotnie powodu dłużej dyskutować; Krith usiadł na ramieniu Runga i raz w ten sposób,to znów latając ponad lasem i wskazując drogę, ruszył wraz z nim do ukrytej w głębi lasu siedziby czarodzieja Amfibusa.

* * *

Czarodziej zaśmiał się, gdy przedstawili mu swój pomysł, śmiał się tak, że aż zakrztusił się fajkowym dymem.
- Chcecie zamienić się miejscami? - zapytał - Czy jesteście tego absolutnie pewni?
- Pewnie, że tak.Chyba nie ma pan żadnych obiekcji? - spytał ostrożnie krasnolud.
- A może nie potrafi pan tego zrobić? - zaskrzeczał orzeł, którego bliskość spełnienia marzenia uczyniła bezczelnym.
- Nic podobnego, piękny ptaku. Za mojego długiego życia spełniałem już najdziwniejsze zachcianki. Chciałbym tylko, abyście się nad tym dobrze zastanowili. Czar zwany Przeniesieniem Dusz to nie sztuczka z wyciąganiem królika z kapelusza, jest poza tym niemożliwy do odwrócenia.
- Po co komu odwracanie? Nie zmienię swojej decyzji - oświadczył Krith.
- Ani ja !
Taka okazja mogła im się już bowiem nie trafić. Wzmiankowany czar, o czym wiedział Krith, mógł zadziałać poprawnie tylko wtedy, gdy oba doświadczalne obiekty wspomagały zaklęcie swoją dobrą wolą, to jest, gdy oba tego chciały. Przenoszenie dusz wbrew ich woli mogło nieodwracalnie uszkodzić same dusze albo nawet ciała, i generalnie doprowadzić do wielkiego bagna. Takie były ograniczenia Białej Magii.
- I jesteście pewni,że poradzicie sobie w nowych wcieleniach?
- Tak ! Szybciej już ! - denerwował się orzeł.
Czarodziej nie wyglądał na przekonanego, ale poszedł do swej pracowni i po chwili wrócił z opasłą, starą księgą, woreczkiem i kredą. Narysował na podłodze zwykłą linię, na której obu końcach ustawił krasnala i orła. Dobył z woreczka i posypał im głowy świetlistym proszkiem pachnącym jak zjełczały ser kozi, kazał się skoncentrować, po czym cicho odczytał z księgi kilka mrocznych formułek.
- Zamknijcie teraz oczy ! - polecił i zamachał różdżką. Krith i Rungo poczuli jakieś dziwne mrowienie biegnące od stóp po sam czubek głowy,potem jasna błyskawica przeskoczyła przez jedno mgnienie pomiędzy ich głowami, a kiedy znów popatrzyli na siebie - nie mogli przez chwilę wyjść ze zdziwienia. Oto krasnal ujrzał,że ma lśniące pióra,dziób i skrzydła, a orzeł (który zresztą w swej arogancji oczu nie zamknął i czuł się teraz zupełnie otumaniony) znalazł siebie w przysadzistej, niskiej postaci krasnoluda. Krith był Rungiem, Rungo był Krithem.
Nie w głowie było im nawet dziękować; wyszeptali tylko jakieś zdawkowe wyrazy wdzięczności i czym prędzej opuścili samotnię - Krith biegnąc na własnych nogach,o czym marzył od tak dawna, Rungo uderzając skrzydłami, czego po latach marzeń nie potrzebował się nawet uczyć.
- Uważajcie na siebie ! - krzyknął za nimi Amfibus. Ale ich nie było już widać; nie pożegnawszy się nawet między sobą, zniknęli - jeden w chmurach, drugi zbiegając na dół do wioski.
- Powodzenia, mały - szepnął Krith odprowadzając wzrokiem swe niedawne ciało, unoszące duszę Runga, a po jakimś czasie witał się już z nowymi, krasnoludzkimi kamratami.
Pradawny czar działał tak zmyślnie, że Krith razem z ciałem dziedziczył wspomnienia i wiedzę Runga zapisane w jego mózgu, dlatego nie musiał niczego się uczyć, aby przejąć jego miejsce w społeczności. Rozmawiał z każdym krasnoludem tak, jakby znali się od lat; bez problemów rozpoznał swego,to jest Runga, najlepszego przyjaciela Baina, oraz jego kuzynów Raina i Slaina przygrywających nieopodal na fletach tańczącemu tłumowi. Podobnie, oczywiście, Rungo w ciele orła przejął całe jego doświadczenie i erudycję. Ktoś mógłby powiedzieć, że krasnal wyszedł na tym interesie dużo lepiej; Krith jednakże dawno już porzucił taki punkt widzenia. Dosiadł się teraz ochoczo do nowej kompaniji i wdał się z nimi w rozmowę o tegorocznych zbiorach i wykopkach, tak, jakby od urodzenia niczym innym się nie zajmował.
- Dużo żelaza wyfedrowaliśmy w tym roku, co? - zagadywał Bain - Pamiętam, jak któregoś dnia wyniosłem sam z dziewięć funtów !
- Prawda - przytakiwał Krith, wypychając usta potężnymi kęsami wołowiny i zalewając piwem. O, jak wspaniałe, soczyste było mięso, jakże smakowało prawdziwym życiem !
- Pijesz dziś za dwóch, to mi się podoba ! Bogowie wiedzieli,po co urządzali święta. Przynajmniej dziś możemy się napić, zamiast harować w kopalni.
- A ja, prawdę mówiąc, nie miałbym nic przeciw harowaniu - wyznał Krith, gdyż duże ilości nigdy wcześniej nie próbowanego trunku wywołały w nim ochotę do zwierzeń. Jeszcze trochę i zacząłby rozpowiadać, czym był pół godziny temu, wówczas zaś po niedługim czasie skończyłby na dnie przepaści, do której z rozkazu rady starszych wrzucano szaleńców i opętanych przez złe duchy.
- Co ty bredzisz? Zawsze byłeś dziwny, a teraz znowu głupiejesz w odwrotną stronę - złorzeczył przyjaciel. Po chwili cała dyskusja utonęła jednak w piwie, a parę godzin później Krith zmęczony piciem i tańcem zasypiał w chacie Runga, na jego posłaniu ze skór, po raz pierwszy od wielu lat - szczęśliwy.

* * *

Krith wstawał do pracy z bólem głowy, ale i podnieceniem. Wreszcie, po tylu latach oczekiwań, miał zakosztować prawdziwej odmiany w życiu. Trzeba zaznaczyć, że znając mnóstwo czarodziei na całym świecie, mógł zdecydować się na ten krok już dawno temu - nawet nie znajdując chętnego do wymiany duszy, po prostu kazać zamienić się w jakieś stworzenie. Nigdy jednak nie mógł się zdecydować, wiedząc o słabych stronach życia każdego z nich... a poza tym, nigdy jego desperacja nie osiągnęła takiego poziomu. Teraz skorzystał z okazji bez przemyślania tego kroku, i nie żałował tego. Takiej spontaniczności właśnie mu brakowało i do takiego życia właśnie tęsknił. Był pewien, że spokój i spełnienie odnajdzie w normalnym, codziennym życiu; w tradycyjnych wartościach, przyjaźni i uczciwej pracy.
Na dzień dobry, sztygar obrzucił go wyzwiskami, o istnieniu których światły orzeł nie miał dotąd pojęcia, za zapicie przed robotą. Lądując na schodach prowadzących w dół kopalni po solidnym kopie, doświadczył nieznanych dotąd uczuć związanych z rozbiciem nosa i dojmującym bólem w zadku. Śmiech kompanów na krótką chwilkę przypomniał mu pogardliwe spojrzenia innych orłów, gdy w czasie lotu zagapił się na jakiś piękny szczegół ziemi.
Mimo tych drobnych niedogodności, Krith zadziwiająco szybko przystosował się do nowego życia i pędził je z radością, dzielnie znosząc nowe dla niego trudy. Krasnoludzkie ciało było na szczęście mocarne i wytrzymałe, futrzane ubiory chroniły je przed zimnem lepiej niż pióra, no i dużo lepiej się odżywiało - nawet, jeśli nie było codzień pieczystego, a umilające życie trunki tylko na końcu tygodnia. Krith pracował, oddychał pełną piersią i rozkoszował się bólem mięśni i niedocenianymi dotąd chwilami odpoczynku; czuł się bliższy natury, niż kiedykolwiek jako orzeł, oraz sprawny i rozwinięty fizycznie, jak nigdy dotąd. O życiu duchowym także nie zapominał: co kilka tygodni uczęszczał wraz z innymi krasnoludami do jednej z dwóch świątyń, gdzie plemiona krasnoludzkie czciły boga niebios, Frigila, i podziemi - Carhamma. Składali im ofiary i prosili : jednego o dobre zbiory, drugiego - o pomyślność górników. Krith bił pokłony i śpiewał hymny wraz z innymi, ani przez chwilę nie myśląc o tym, że bogowie ci są równie prawdziwi, jak wszyscy inni wyznawani przez plemiona widziane przez niego na całym świecie. Żył teraz „po bożemu” razem z innymi. Był częścią społeczności i był szczęśliwy.
Najważniejsza chyba z nieznanych mu dotąd stron egzystencji umiliła mu, ale i skomplikowała życie, kiedy to zaczął spotykać się z krasnoludzkimi dziewczętami. Wedle zwyczaju, każdy z krasnali musiał po okresie młodzieńczych figli znaleźć sobie wybrankę, i po ślubie przed świętym obliczem Frigila dzielić z nią resztę życia wedle wszelkich zasad moralności, której surowo strzegli kapłani. Krith zasmakował w młodzieńczych figlach i cieszył się też na te małżeńskie - nie mógł jednak zdecydować się na żadną z kandydatek. Ruda Beth była na przykład niesłychanie seksowna jak na krasnoludkę, ale bardziej od niego wolała srogiego mocarza Harphena, z którym nie czuł na siłach się mierzyć; z kolei mała Umpana przepadała za nim, lecz brakowało jej dwóch przednich zębów na górze i trzech na dole - stwarzało to wprawdzie pewne interesujące możliwości, ale kapłani karali takie pomysły rozpalonym żelazem. Pulchna Yeann wydawała się najsympatyczniejsza i najczęściej z nią przebywał, ale jej rodzice przychylniejszym okiem patrzyli na zezowatego Cioltana, który był dziedzicem trzech morg ziemi i tuzina świń wraz z korytkiem. Doprawdy, życie seksualne czy jak kto woli - osobiste, jakie było udziałem szczęśliwych istot na dole, okazywało się dużo bardziej skomplikowane niż to, co Krith dotąd obserwował z góry. Cierpiał więc uczuciowe katusze, nawet pomimo tego, że wogóle nie porównywał zgrzebnej urody krasnoludek do widywanych na całym świecie elfek, nimf, syren, driad i srebrnowłosych rusałek. O tych, jak na razie, zupełnie zapomniał.

* * *

Dni mijały, płynęła jesień... Krith nie miał chwili wytchnienia. Kiedy nie pracował w kopalni, udawał się do innych zajęć w pobliskich wsiach - początkowo z ciekawości, później z przymusu, gdyż sklepikarze i karczmarze zdzierali coraz straszliwiej w miarę zbliżania się zimy. W osadzie hutników pocił się przy piecach i dusił dymem, pomagając kowalom prawie ogłuchł i iskry osmaliły mu gębę. Wcale nie narzekał, czuł się tylko jakiś... zmęczony. Pracował ze wszystkich sił, jadł za dwóch, nawet bez apetytu, i twardo sypiał.
W irytujących momentach, kiedy nie mógł usnąć, nachodziły go wspomnienia dawnego życia i myśli o nim. Przypomniał sobie, że nadeszła już pora, kiedy słoniorysy z Alghabu zmieniają upierzenie przed zimą i cała kraina jest pięknie przyprószona różowymi i błękitnymi piórkami; chętnie poleciałby też, jak co roku, obejrzeć jesienne wiry nad jeziorami ognia w górach Kha’seebuth, lub festiwale elfów w puszczy Bambrevalle, czy chociażby pofruwać między pękającymi fajerwerkami nad doliną Urthred, kiedy jej mieszkańcy świętowali dobre zbiory. Chętnie, do diabła, zobaczyłby cokolwiek innego niż kilka biednych wsi u podnóża cuchnącej góry. Nie byłby jednak w stanie tego zrobić nawet, gdyby nadal miał skrzydła zamiast tak upragnionych mocnych, krasnoludzkich nóg. Rudy, surówki i węgiel nie dawały mu ani chwili wolnego czasu, a bez nich nie byłoby co jeść. Tego właśnie musiał się teraz trzymać, i precz z głupimi myślami ! Uczciwa praca i tradycyjne wartości.
W ostatnie tygodnie jesieni, aż do przesilenia zimowego nie wolno było świętować. Kapłani utrzymywali, że bóg nieba Frigil żąda w zimie spokoju, a hałasy tak go denerwują, że wysyła wtedy swoich synów - wiatry, aby siali spustoszenie, zaś ich żony płaczą lodowymi łzami w takich ilościach, że na nieposłusznych spadają chmury gradowe. Kilku młodszych krasnoludów - gorącokrwistych chwatów, nie usłuchało ich i mimo chłodnej pory urządziło tańce-pijańce. Wszystkich zakuto w dyby i pozostawiono tak na mrozie trzy dni, a włosy i brody zgolono im na znak wielkiej hańby.
Krith chciał zaprotestować wobec tych faktów. Do krasnoludzkiej religii na ogół się nie mieszał, ale o wszystkim, co dotyczyło chmur i nieba był przecież doskonale poinformowany i mógł wyjaśnić wieśniakom, że grad i wichury biorą się z całkiem czego innego. Wiedział jednak, że za sprzeciwienie się kapłanom czeka go conajmniej dwadzieścia kijów.
Tuż przed spadnięciem śniegów, do wsi zjechała ostatnia karawana kupiecka. Oprócz narzędzi, utensyliów i żarcia na zimę kupcy mieli też różne osobliwości - fatałaszki, świecidełka, mazidła i pachnidła, rzekomo magiczne talizmany oraz księgi. Krith śmiał się z tego, ale kilka ksiąg go zainteresowało. Naturalnie - jak pamiętał z poprzedniego życia, wszystko już chyba wymyślono i w książkach nie znajdzie się już nic nowego, ale przecież miło czasem przeczytać jakieś ciekawe głupstewko nawet, jeśli nic nowego się zeń nie dowiesz. Przerzucał więc manuskrypty i oglądał niby-magiczne artykuły, jednak wszystkie krasnoludy zaczęły dziwnie na niego patrzeć. Kapłani też patrzyli na to wszystko niezbyt przychylnym okiem, do czasu, aż kupcy zaczęli ganiać dziewki i robić ogólny harmider. Wtedy rada starszych wspólnie z kapłanami przepędziła kupców na cztery wiatry, a potem skonfiskowała magiczne artykuły krasnalom, którzy je kupili. Zamiast zwrotu pieniędzy otrzymali baty.
I stało się tak, że Krith krasnolud, po raz pierwszy od niepamiętnych już czasów, w środku najlepszej zabawy na nocnej uczcie z okazji zimowego przesilenia, wśród prosiąt z rożna, grzańca z ziołami i pieczonych jabłek - cichutko, ledwo zauważalnie - westchnął. Z żalu za księgami i pozostałymi rzeczami, których nie zdążył obejrzeć. Za znienawidzonymi księgami. Z chęcią wróciłby do nich choć na chwileczkę, dla odmiany, zamiast kolejnego dnia pracy, kubka wina i tańców. Tylko dla odmiany...
Mroźny dreszcz przeszedł go, gdy uświadomił sobie, co czuje. Gdy zrozumiał, że wraca po niego i wyciąga swe zatrute pazury upiór władający zimnymi przestrzeniami w obłokach, z których uciekł tu, pomiędzy przyjazny, wesoło hulający i hołdujący tradycji ludek. Najkoszmarniejsze uczucie pod słońcem.
Nuda. Wracała po niego, wynurzając się spomiędzy radosnych śpiewów i hołubców, wina, gier i ciepłych łóżek, i wszelkich innych rozrywek krasnoludzkiej społeczności, które Krith zdążył poznać. Aż za dobrze poznać.

* * *

Ostatnią z rozrywek brodatego ludku były, jak w każdej osadzie wszelkich rozumnych istot widzianych przez Kritha, publiczne egzekucje. Co kilkanaście dni, w którejś z podgórskich wsi widowisko to gromadziło tłumy ciekawskich wokół szafotu, na którym kolejny grzesznik miał cierpieć wedle odczytanego przez okręgowego szeryfa wyroku. Nieobyczajni oraz drobni złodzieje byli tylko obijani; za ciężkie kradzieże groziło już obrzucanie kamieniami przez wszystkich, którzy byli poszkodowani lub zwyczajnie mieli trochę czasu i dobrych chęci. Zabójców wieszano lub włóczono końmi, a najbardziej zatwardziałych łotrów czekały publiczne tortury zakończone miłosiernym rozbiciem czerepu maczugą - ten spektakl był najrzadszy i dlatego najbardziej atrakcyjny.
Krith też uczestniczył w publicznym przypiekaniu i nabijaniu gwoździami dżentelmena, który był podejrzany o współpracę ze zbójami rabującymi okolicę; na dobitkę był to przybłęda półgoblin, gość o zielonkawej skórze i paskudnej mordzie, tak więc sąd nie miał wątpliwości nawet mimo bardzo niepełnych dowodów zbrodni. Spektakl udał się wyśmienicie i pod koniec widownia była tak wniebowzięta, że szeryf zamiast maczugi zarządził jeszcze wyciąganie jelita hakiem.
Krith wiedział, że krasnoludy (i wszelkie inne rozumne istoty) zaspokajają w ten sposób tkwiące w nich prymitywne, krwiożercze instynkty, które inaczej mogłyby się zamanifestować w dużo gorszy sposób. Po życiu spędzonym jako drapieżny ptak, wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Jednakże maltretowanie rozpostartego na desce zbrodzienia nie miało absolutnie nic wspólnego ze szlachetną rozkoszą polowania, z poczuciem jedności z naturą i wspaniałej siły, władzy nad życiem i śmiercią uciekającej zdobyczy; z przerażającym i fascynującym smakiem ciepłej krwi. Zwłaszcza, że widzowie nie musieli zabijać przestępcy, aby go zjeść. Przeciwnie, opychali się do woli orzeszkami, preclami i kiełbaskami z rusztu, i co chwila wynosili nowe kufle z którejś z karczm naokoło rynku z szafotem - których właściciele, powiem wam to w sekrecie, zrzucili się na przekupienie szeryfa, by przedłużył spektakl.
Krith natomiast zwymiotował ciężko, prosto na innych widzów stłoczonych przed nim, i uświadomił sobie, że żadna z rozrywek krasnoludzkiego życia już go nie cieszy i że w tym symbolicznym momencie życie to stało się dlań nie do zniesienia.

* * *

Przyjaciele i zwierzchnicy szybko zauważyli, że Rungo (to znaczy Krith) chodzi coraz bardziej ponury i zamyślony, że unika towarzystwa i zabaw, a co gorsza, ponure zadumy gnębią go także w pracy. Z dużą przykrością stwierdzili, że po kilkumiesięcznym okresie poprawy ten nie do końca wydarzony krasnolud znów powraca do dawnych dziwactw i nieobyczajów.
- Łazi jak ta niemota, w robocie gapi się na cholera wie co, wczoraj mało wypadku nie spowodował - sarkał majster od wyrębu lasu.
- Nie ożenił się jeszcze, kto to widział? Musi coś z nim nie tak jak należy, wypędzić go lepiej, zanim nieszczęście jakie sprowadzi - gderały stare kobiety. Kobiety młode i ładne, a nawet te niezbyt, też opowiadały o Rungu z niesmakiem albo kpiły w najlepsze. A kumple wzdychali lub klęli.
- Źle to się skończy - powtarzali wszyscy zgodnie. I dlatego znajomy, syn jednego z rady starszych poradził na osobności Krithowi, żeby - zanim zmuszony będzie do poważnej rozmowy z radą, albo co gorsza kapłanami - porozmawiał najpierw ze starcem Zacimą.
Starzec Zacima był wioskowym filozofem, jak nazywali go ci, którzy znali to słowo. Był chyba najstarszym żyjącym mieszkańcem osady i obecnie całe swe smutne życie poświęcał na rozmyślania. Miał on obszerną wiedzę, skrofuły i bardzo połamaną żonę, która nie dostarczała mu już żadnej rozrywki oprócz tego, że mógł ją bijać miotłą z gałęzi, co też z upodobaniem czynił dla odpoczynku po całodziennych kontemplacjach. Był więc nieszczęśliwy i sterany życiem, i miał więcej niż potrzeba, by stać się mędrcem.
Każdy, kto miał jakiś problem natury moralno-intelektualnej, udawał się do lepianki starca Zacimy, aby zadać mu swoje ważne pytanie, np. „Starcze Zacimo, czy słusznie jest podpalić oborę Harphenowi, bo dwa korce zboża ukradł mi, świniojebca jeden”, albo: „Starcze Zacimo, po czemu Frigil bóg wytłukł mi gradem jabłonkę, przecie modlę się i ofiary płacę legularnie, a kapłanów pytać nie mogę bo mi za herezyję uszy zgolą, sam starzec rozumie”. A starzec pykał wówczas fajkę i pociągał dwa lub trzy łyki przepalanki, którą wieśniacy przynosili mu w zamian za przepowiadanie pogody, i po długim namyśle wygłaszał mądrą i zawsze słuszną odpowiedź, taką jak: „Jeno Frigil bóg to wie, synku, i kapłana dobrodzieja zapytaj o to, a sielną gęś przynieś jemu, to uszów nie zgoli, a odpowie z miłą chęcią” albo też: „Niesłusznie to, synku, ale za to wieprzki jemu wytruj albo podprowadź, to i sprawiedliwiej, i przezpieczniej będzie.”
Pykał też i pociągał, siedząc jak zawsze na zwalonym pniu przed lepianką, gdy zbliżał się do niego Krith, idąc na zalecone mu przez radę starszych spotkanie. W pierwszych miesiącach spędzonych jako krasnolud, Krith czuł sympatię i szacunek do tego starego dziwaka, a nie rozmawiając z nikim oprócz innych krasnali nauczył się nawet myśleć o nim z takim samym nabożeństwem. Teraz jednak był już znowu smutny, smutny i zły. Wiedział, że ten obszarpany staruszek, zawszony i śmierdzący filozof nie powie mu niczego, co nie dałoby się momentalnie rozbić w pył wiedzą orła, jaką posiadał; niczego, co wychodziłoby poza życie spędzone w tej podłej, zapomnianej nawet przez własnych zmyślonych bogów wiosce. Najwartościowszym, co mógł mu powiedzieć, były proste wiejskie prawdy życiowe: słuszne, lecz banalne, tępackie, choć mądre.
- Słyszałem, synku, że problema jakieś z tobą - przywitał go Zacima - Marzysz jeno i dumasz, miast roboty patrzeć. Powiedz mi o czym dumasz, a ja ci na pytania twe odpowiem i dumać już nie będziesz musiał. Pytaj więc, byle mądrze.
- Dobrze - rzekł Krith, starając się zapomnieć na chwilę o smutku i złości. Chciał zapytać naprawdę, nie czekając tylko na hasło, które mógłby ośmieszyć i zmieszać z błotem inteligentną repliką.
- Starcze Zacimo... - spytał po chwili - Dlaczego życie krasnoluda nie posiada żadnego sensu poza spłodzeniem potomstwa i harowaniem na jego i swoje utrzymanie aż do nędznej śmierci? Dlaczego mnie osobiście ten, tak ważny sam w sobie, sens wydaje się tak marny i nic nie znaczący? Dlaczego praca nie przynosi mi satysfakcji, a zabawa - uciechy? A wasza, to jest... nasza religia, która powinna rozwijać duchowo i dawać nadzieję na ujrzenie kiedyś czego innego niż ten smutny świat - dlaczego religia ta to tylko klepanie formułek, tuczenie kapłanów daninami oraz zakazy i nakazy, służące utrzymaniu krasnoludów w ryzach tak, by nie pozabijali się nawzajem? Dlaczego tak właśnie jest, starcze Zacimo?
Starzec bardzo długo pykał i powolnymi łykami prawie opróżnił garniec, tak, że Krith miał już sobie iść, gdy wreszcie stary odchrząknął, zaciamkał i rzekł :
- Bardzo to polityczne i nieprzezpieczne pytania - powiedział - Zaprawdę, nie wiem, po jakiemu prosty krasnolud jako ty, takie rzeczy we łbie przewraca. Może to być, jako ludziska przeszeptują, żeś ty na umysł z kim się pomieniał i że ty nie krasnolud wcale, a bestia jaka zupełnie do życia na ziemi nienawykła.
Krith uśmiechnął się kwaśno.
- Ale i na te pytania mam odpowiedź - ciągnął Zacima, zakasławszy i charknąwszy - A będzie to największa i jedyna prawda, jaką mogę ja ci, synku, udzielić: tak otóż, pracuj ciężko i żyj po bożemu, a wtedy spokój i pomyślność cię nie ominie, a i małżonkę sobie znajdź jak najprędzej, coby te myśli od ciebie odgoniła. To najlepsze, co może zrobić każdy krasnolud, a myślę ja, że i każda inna potwora co na ziemi żyje, lata i chodzi.
- Istotnie, bardzo to mądra rada i dla krasnoluda z wioski wprost nieoceniona - odrzekł z szacunkiem Krith - I rzeczywiście da się rozciągnąć na życie wielu innych stworzeń. Ale nie wszystkie stworzenia muszą lub chcą żyć jak krasnoludy i...
- Ty, synku, - przerwał Zacima, niemiło zaskoczony, bo nikt do tej pory nie komentował jego rad, co najwyżej prosił o wyjaśnienie trudniejszych terminów - krasnoludem jesteś i niczym innym nigdy nie będziesz, choćbyś marzył do końca życia. Tedy trzymaj się tego, com powiedział.
- Wiem, że na to nie wyglądam, ale co jednak, jeśli, jeśli-...?
- Tak tedy idź ty do diabła ! - zawołał Zacima, bardzo rozeźlony okazanym brakiem szacunku. Potem zaś sam wstał i wrócił do lepianki, już z zewnątrz krzycząc na żonę, aby poszukała jeszcze jednego garnca z przepalanką.

* * *

Była to noc wiosennej równonocy - wielkie święto, oddawanie czci Frigillowi i jego małżonce, hulanki i swawole oraz popijawa, jakiej krasnoludy nie miały ujrzeć aż do lata. A Krith siedział samotnie na kamieniu - w tym samym miejscu, w którym ponad pół roku wcześniej spotkał się z Rungiem. Patrzył na migotliwe światła ognisk, przez które skakali śmiałkowie i niewyżyci, słuchał odległych śpiewów, muzyki i rechotania. I czuł się tak samo samotny, nieszczęśliwy i popaprany jak dawniej, a czwarty dzban mocnego piwa tylko pogarszał ten stan.
Dlatego nie był zdziwiony, gdy usłyszał, że nieopodal z furkotem ląduje orzeł.
- Hej, dziwny krasnoludzie...
- Daruj sobie - mruknął - Wiem, że to ty. Przyszło ci to do głowy w tym samym momencie, co? Wygląda na to, że wciąż jesteśmy połączeni duszami.
- Ciągle jesteś mądrzejszy ode mnie - zaskrzeczał smutno ptak - Pół roku katorgi nie otępiło cię ani trochę. A ja, po spędzeniu tego czasu wśród twoich braci, przemądrych orłów, czuję się głupszy niż kiedykolwiek.
- Chciałeś powiedzieć: przemądrzałych orłów... Cóż, nie bawi cię latanie i nie ciekawią ‘przemądre’ dyskusje? Nie odpowiada ci upajające życie w przestworzach?
- Ironia, oczywiście - Rungo usiadł na krzaku tuż przed nim i nastroszył pióra na znak wielkiej degustacji - Znam ja już was. Ironią zagłuszacie pustkę egzystencji. Cynizm i czarny humor chroni was od okrucieństwa świata. Uciekacie od niego w gruncie rzeczy. Fruwacie w swoich przestworzach, oderwani od rzeczywistości, a przecież raz na jakiś czas musicie w niej wylądować. I wtedy dopiero jest klapa.
- Widzę, że już przerobili cię na swoją modłę - skrzywił się Krith i odbiło mu się mocnym - Czy też twoje wypowiedzi to przykład trzeźwej obserwacji ptaka frunącego z boku stada? Twój stosunek do życia orłów jest chyba jednak warunkowany niezrozumiałą odrazą do surowego mięsa, na które sam musiałeś polować.
- Jako krasnolud też często polowałem. Ty może nie? Leniu przebrzydły. Dość tego !! Czy jesteś pewien, że myślisz o tym samym, co ja?
- Chyba już raz to przerabialiśmy? Ruszajmy, dopóki jeszcze mogę chodzić.

* * *

Czarodzieja Amfibusa zaskoczyli w chwili relaksu. Siedział przy swoim stole, ćmił nieodłączną fajkę (tytoń z dodatkiem czegoś fajnego) i gapił się w szklaną kulę, w której tańczyły wizerunki nadobnych niewiast w kubraczkach ze skóry.
- Tak... tak. Słucham? - zakrztusił się na dźwięk pukania w okno - Ach, to chyba moi znajomi Krith i Rungo ! Czy też może więcej krasnali i orłów zaczęło schodzić mi się tu parami, aby prosić o niestworzone rzeczy? - dokończył już z irytacją.
- Nic podobnego - odparł Rungo, wlatując do środka. Drzwiami wszedł też zygzakiem Krith.
- To znowu my. Zgadł pan jednak, przyszliśmy z wielką prośbą...
- Nie próbujcie nawet - zastrzegł czarodziej, gdy obaj sadowili się na fotelu oraz stole w jego pracowni - Jak już wiecie, prośby i obietnice składane czarodziejowi mogą fatalnie się skończyć. Zamiast tego opowiedzcie lepiej, co skłoniło was do tej wiekopomnej decyzji... po raz kolejny.
- Może kolega mądry orzeł zacznie - rzekł sarkastycznie Krith i odbiło mu się. Amfibus, który nie znosił alkoholizmu, ukradkiem rzucił zaklęcie usuwające z mózgu ofiary skutki upojenia, i przez następne minuty Krith stawał się coraz trzeźwiejszy (i coraz bardziej depresyjnie smutny), podczas gdy Rungo usiłował wydukać jakieś uzasadnienie.
- Eee, no więc... cóż... ee, jak to było... więc tak: hipoteza - ogłosił uroczyście, tak jak czyniły to orły na zebraniach - Moja hipoteza brzmi: mimo wszystko nie nadaję się na orła. Argumenty: primo - upadek wiary w siebie, udatnie, znaczy, wydatnie poparty przez brak aklimatyzacji; sekundo - ogólne rozczarowanie, co ma też odniesienie do tercjo, czyli...
- Krócej - uciął czarodziej - Dlaczego nie chcesz już być orłem? Gadaj to, co myślisz, swoimi słowami i bez chrzanu.
- Po prostu... po prostu to ich życie nie wydaje się mieć sensu ! - jęknął Rungo, bardzo nieszczęśliwy, bo znów wytknięto mu nieumiejętność przemawiania, za co orły złośliwie zeń kpiły i przyznawały mu wymyślne przezwiska. Nie był po prostu w stanie ułożyć sobie w głowie tego, co chciał powiedzieć, nawet jeśli doskonale to wiedział dzięki wiadomościom przejętym od Kritha i tych, które sam zdobył. Onieśmielenie i trema zawsze brały górę.
- Nie ma w nim radości, smaku ani sensu też - kontynuował już z opanowaniem - Po co to całe uczenie się, badanie nawet najgłupszych rzeczy, wygłaszanie mów, których nikt nie słucha ani nie rozumie oprócz innych orłów. Nawet jeśli oni widzą w tym sens, ja go nie widzę. I nie chcę widzieć. Ich sensy nie są miłe. Oni nie są mili. Są zadufani w sobie, pyszni, chamscy. Wielu z nich przewróciło się w tych ptasich móżdżkach... Niektórzy wariują od całej tej zgromadzonej wiedzy, piszą wiersze i sztuki, których nawet inne orły nie rozumieją, albo wpadają w prawdziwy obłęd, schizofrenię czy co tam, zdaje im się, że są aniołami albo Imperatorem Alghabu. Wszystkie orły traktują istoty z dołu jak tumanów, poniżają przy każdej okazji - i to gorzej, niż gdyby po prostu wyzywali od ciołów i kutasów jak stary Zacima, te ich słowa są mądre i ostre diabelsko, a ja przy każdej takiej okazji czułem się, jakby poniżali mnie samego. A potem zaczęli naprawdę mnie poniżać... bo ja nie nadaję się na jednego z nich, od początku bałem się, że będę gorszy, głupszy i nie podołam, a oni tylko pogłębiali mnie w tym przekonaniu, bo każdy z nich chce być najlepszy. Ja nie lubię ani nie potrafię robić tak dobrze tego, co oni, nawet z całą tą wiedzą odziedziczoną od Kritha, ja nie umiem jej używać jak należy, gubię się w tym wszystkim... A oni wiedzą o tym i uznają mnie teraz za imbecyla, zwłaszcza że Kritha już przedtem uważali za dziwaka i nieco głupszego...
- Nieprawda ! - krzyknął wściekle Krith, aż zapluł sobie brodę - Wogóle, jesteś bardzo niesprawiedliwy wobec mojej...
- Stul pysk, karle !... Och, przepraszam, widzicie, jak sam już to złapałem. W każdym razie ja nie mogę już dłużej z nimi wytrzymać. Nie mogę udawać, że lubię i rozumiem te ich dyskusje i filozoficzne dyrdymały, nie mogę udawać, że jestem tak mądry jak oni, podczas gdy oni i tak kpią ze mnie i nazywają barbarzyńcą, a najgorsze, że to prawda. Zostałem orłem po to, żeby fruwać, zobaczyć świat, podziwiać piękne widoki i cieszyć się nimi, a oni nazywają to dziwactwem i marnotrawstwem. Oni patrzą na wszystko po to, żeby to zbadać, przedyskutować, opisać w tych swoich tajemniczych bibliotekach ze swoimi zapchlonymi kumplami, krukami i sowami. Te biblioteki, o których nikt nie wie, księgi, których nikt nie czyta ani nie rozumie... I dyskusje, wieczne bezcelowe, pyszałkowate i chamskie dyskusje. Totalna de-ge-ne-racja ! - zaskrzeczał Rungo i z emocji nasrał ptasim sposobem na magiczną księgę, na której otwartych stronicach przysiadł.
- Wiedza wiele znaczy - rzekł znacząco czarodziej, wycierając księgę kapotą Kritha, którą ów przewiesił przez fotel - Ja przynajmniej, tak jak i każda myśląca istota, do jakich i ty się zaliczasz niezależnie od tego, co mówią gorzej wychowane orły - każdy z nas woli coś wiedzieć, niż tego nie wiedzieć. Posiadanie wiedzy daje bardzo specyficzną satysfakcję, która niektóre orły prowadzi do zadufania w sobie i, jak to określasz, chamstwa. Przede wszystkim jednak, wiedzę zawsze można wykorzystać w przyszłości...
- Może i tak, ale jaki z tego pożytek? Nie wykorzystam jej do ulepszania świata. Jestem tylko słabym ptakiem i nikt nie chce mnie słuchać. Nic nie zdziałam. A nawet jeśli, to nie mam prawa ulepszać nikogo wbrew jego woli. Niektóre orły są milsze i lepiej się wyrażają o istotach z dołu; ci w kółko snują wielkie plany, pracują na uczelniach, chcą wszystkich nauczać, oświecać... a skąd mają pewność, że to im rzeczywiście pomoże? Nazywają swoją wiedzę wyzwoleniem, ale dla prostego stworzenia, jak ja, taka wiedza to tylko nieszczęście, nieszczęście! Tyle panu powiem.
- Otóż to - mruknął Krith - Oni... wy... my, tacy właśnie jesteśmy. Uważamy się za lepszych od całej rzeszy istot na dole, bo tyle wiemy. Chcielibyśmy tylko im pomagać, ulepszać. Jesteśmy opiniotwórczy, światli i mamy misję. A w gruncie rzeczy pogardzamy nimi. Ulepszać według nas znaczy uczyć ich, upodabniać do nas. Jedna wielka bezczelność. Nie mamy ani prawa, ani powodów uważać się za lepszych od nich. Trzeba dopiero zmienić postać, żeby to zrozumieć.
- Czyż po spędzeniu tych miesięcy wśród krasnali nie chciałbyś właśnie ich ulepszyć? Wydźwignąć z ciemnoty, chamstwa i barbarzyńskich rozrywek?
- Nie! Oni są szczęśliwi żyjąc tak, jak chcą. Są po prostu sobą. A ja nie znalazłem wśród nich więcej szczęścia niż wśród orłów. To było beznadziejne i oszukańcze, sądzić, że mogę stać się kimś, kim nie jestem.
- Ale poczułeś to przecież, prawda? - spytał pocieszająco Amfibus - Szczęście. Przynajmniej na początku. Smak piwa i mięsa w wesołej kompanii. Dotyk i ciepło ciała słodkiej Beth letnim wieczorem, jej gorące usta i oczy, w których odbijało się niebo... Czyż nie tak to przeżywałeś?
- Co robiłeś z moją Beth, świnio? - spytał Rungo, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.
- Nie pamiętam już... - mruczał Krith - To było dawno. A choćbym pamiętał, co by to dało? Wspomnienie to tylko smutek po czymś, czego nie da się wrócić.
- To prawda - skrzeknął żałościwie Rungo - Inne orły mówiły mi to, i jeszcze całą kupę innych mądrych rzeczy. I z całej tej mądrości wywnioskowałem tylko tyle, że - życie nie ma sensu ! Egzystencja całego podłego Wszechświata jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu, a nawet jeśli on istnieje, jest na razie poza naszym zasięgiem. Różne ludy ziemi wierzą w rozmaite sensy - i który z nich jest najlepszy? Żaden ! Wiara w cokolwiek to tylko oszukiwanie się ! Och, ileż rozpaczy niesie ze sobą wiedza - zaszlochał, zapominając, że w postaci orła nie potrafi nawet wysmarkać nosa, tak więc brzmiało to wszystko dosyć groteskowo.
Przez jakiś czas trwało milczenie i tylko z oddali dochodziły pijacko-religijne śpiewy krasnoludów z wioski, którzy, jak obaj wiedzieli, o północy wiosennego święta udawali się w głąb lasu na ceremonię wbijania słupa do świętej dziury tak, by nie zbudzić niedźwiedzia. Hukały też sowy, prawdopodobnie obrażone wypowiedziami Runga, i skwierczały ćmy przywabione płomieniem lamp do śmierci w blasku chwały.
- Jak rozumiem - odchrząknął wreszcie Amfibus - życie w waszych nowych postaciach nie przyniosło wam szczęścia?
- Ani orły, ani krasnale nie znają szczęścia. Nie ma już nadziei...
- Są przecież jeszcze inne rasy - zauważył Amfibus i zaczął wyliczać: - Najbardziej beztrosko i rozkosznie żyją z pewnością elfy. Niziołki prowadzą egzystencję pełną drobnych przyjemności i świętego spokoju. Życie gnomów wypełnia sztuka i osiąganie mistrzostwa w rzemiośle. Orkowie to nieustraszeni wojownicy, a zew krwi daje im emocje nieznane innym rasom. Minotaury mogą wydawać się tępe, ale ich życie seksualne jest nie do opisania. Gargulce...
- Dziękuję - przerwał oschle Krith - ale nie zamierzam zostać wypacykowanym elfem, przygłupim gnomem, obsranym orkiem ani żadnym innym dziadostwem.
- Pozostaje jeszcze rasa, która w różnych proporcjach łączy w sobie cechy obu waszych ras, oraz paru innych - ludzie. Nie chcielibyście zostać ludźmi?
- Ludźmi?! Jeszcze czego !! - zakrzyknęli obaj.
- Będę kontynuował tę parszywą egzystencję pod własną postacią, skoro nie można inaczej - powiedział Krith - To, czego chcę, to wrócić i zapomnieć o całej tej aferze.
- Och tak, zapomnieć, zapomnieć! Wymazać całą tę okrutną wiedzę z mózgownicy ! - westchnął Rungo - Potrafisz to uczynić, prawda, mistrzu?
- Cóż, moi drodzy. Nie chcę was rozczarowywać, ale... nie.
Krasnal i orzeł patrzyli na niego z rosnącą rozpaczą.
- Tak jak mówiłem, nie potrafię odwrócić czaru. Dusza to nie drobiazg, który można nosić w tę i nazad. Powtórne rozerwanie więzów łączących wasze dusze z ciałami byłoby zbyt niebezpieczne. Moglibyście umrzeć lub ocknąć się z uszkodzonymi duszami, jako szaleńcy, kretyni lub kalecy pozbawieni wiedzy i pamięci.
- Może być ! Nie chcę tej wiedzy i pamięci. Chcę być z powrotem prostym, tępym krasnalem.
- Mów za siebie, ptasi móżdżku - obruszył się Krith - Ja cenię sobie wiedzę i pamięć.
- Tak też myślałem - Amfibus uśmiechał się pod wąsem - Cóż, nie widzę dla was innego wyjścia, jak tylko...
- Wiedziałem, że coś pan wymyśli - ucieszył się Krith - Stransformuje pan nasze ciała, czy tak? Zmieni pan moje cielsko krasnala z powrotem w ptasie ! Słyszałem też o metodzie, która...
- Nie, nie, nie. Teraz, moi drodzy, nie pomoże wam już żaden czarodziej.

Za górami i lasami Środkowych Ziem pomału zachodziło słońce.
- Bydlak - mruknął Krith, szarpiąc brodę - Dzięki piękne za takiego czarodzieja.
- Ciesz się. Mógł wsadzić nas obydwu do jednego ciała, słyszałem o takich numerach - Rungo zrobił parę kółek nad jego głową.
- Po kiego diabła opowiadał nam o innych rasach, skoro i tak nie zamierzał nam pomóc?
- Żeby nas przekonać. Uświadomić nam, że musimy pozostać w naszych piórkach.
- Więc skazani jesteśmy na samotność, czy tak? Nie zechcą nas ani orły, ani krasnoludy?
- Oni pewnie by zechcieli, ale my sami nie chcemy - w tym cały problem.
- Dlaczego, prostaku, nie chciałeś być z moimi braćmi, pięknymi orłami?
- Nawzajem, bezczelny mądralo.
Przez jakiś czas szli w milczeniu.
- Cóż... musimy więc iść we dwóch przed siebie, starając się przeżyć. Skazani na siebie.
- Nikt cię nie skazuje, bałwanie. Fruń sam, gdzie cię oczy poniosą.
- I pozwolę ci zrobić z moim ciałem diabli wiedzą co? A jak popełnisz samobójstwo? Znam ja już te wasze fanaberie.
- Może masz rację. Idziemy więc, poszukamy jakiegoś lepszego czarodzieja. Może ten zwróci nam ciała.
- A po drodze może zaczepimy się gdzieś. Pomyśl: krasnal znający życie orłów, i odwrotnie... Będziemy mogli pisać książki, wygłaszać odczyty...
- Chyba w domu dla obłąkanych. U ciebie we wsi rzucają takich w przepaść. Chyba jednak tam
wrócę...
- No, rozchmurz się już. Szykuj łuk, zaraz ci wypatrzę jakieś bydlę do ułowienia.
- Niby skąd mam umieć strzelać z łuku? Sam się nigdy nie nauczyłeś, tępaku !...
Kłócąc się w najlepsze, wędrowali przed siebie.

Podpis: 

Mirek "PCScorpio" Henning lato 2002
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIV cz. Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw Miłość z internetu cz. XIII - czy tak może być?
XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania na pobliski stoliczek na którym to znajduje się także wazonik z pięknym bukietem, który Nika otrzymała od swojego ukochanego. Znajdują się też tam różne gadżety potrzebne do ich zabawy. Ania przytula mocno do swojego ciała postać Niki, jej buzię trzy
Sponsorowane: 110Sponsorowane: 108Sponsorowane: 107

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2018 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.