|
Prolog
1
Wyszedł na plac otoczony zewsząd wysokimi budynkami. Pośrodku olbrzymie pola pokryte trawą były poprzecinane nieregularną siatką betonowych chodników. Wzdłuż nich, co kilkanaście kroków ławki z siedziskami z ciemnego drewna i nogami wykutymi z żelaza, pozajmowane były przez starców, młodych i małe dzieci. Na kilku trawiastych wyspach rosły drzewa z zielonymi do przesady liśćmi. Na pewno musiały otrzymywać co jakiś czas solidną dawkę enzymów odżywczych, inaczej ta zieleń dawno zamieniłaby się w jesienne złoto, czerwień, a na końcu brąz. Na korach drzew znajdowały się małe białe czujniki stale sprawdzające poziom chlorofilu. Jeżeli ten spadał do niebezpiecznego poziomu, natychmiast zapalała się zielona lampka, informująca przechodzących(i ciekawskich) w pobliżu ludzi o procesie szczepienia. Wtedy należało się odsunąć na kilkanaście metrów, ponieważ czujniki nie należały jeszcze do stabilnych i potrafiły eksplodować podczas robienia zastrzyku choremu drzewku. A podczas pierwszych testów tego urządzenia dwoje dzieci i jeden młody mężczyzna doznali obrażeń właśnie dlatego, że nie potrafili pohamować swojej ciekawskiej natury.
Czujnik wybuchł przy okazji robiąc w pniu dziurę wielkości piłki do car-balla. Drzazgi poleciały we wszystkich kierunkach robiąc szkody w postaci: mężczyzna stracił lewe oko, a także częściowo słuch w lewym uchu; dziecku numer 1 drzazgi zrobiły coś na kształt irokeza na plecach, który zaczynał się na prawej łopatce, a na lewej nerce kończył. Natomiast dziecko numer 2, cóż... Widok był makabryczny. Chłopiec stracił niemal całkowicie twarz nie na wskutek drzazg, tylko siły uderzeniowej wywołanej wybuchem. Niemal, bo udało się lekarzom przywrócić mu oblicze, dzięki terapii genowej i wytworzeniu gotowego naskórka. Bez tego dzieciak nie mógłby się pokazać w szkole bez specjalnej maski, która ukrywała by jego szpetny wygląd. A tak, po około sześciu miesiącach był zdrów i gotów znowu uśmiechać się biegając po parku, bawiąc się z innymi dziećmi.
Rozglądał się bacznie po okolicy. Pogoda, jak na tę porę roku dopisywała – było słonecznie, dość ciepło, na nieboskłonie kilka pierzastych chmurek leniwie przesuwało się na południowy wschód. Pod koniec tygodnia na szczęście miał spaść deszcz. Taką informację podawał Biuletyn Robotniczy – niszowy tygodnik dla mieszkańców biedniejszej części miasta. Czasopismo było subskrybowane za pomocą iNetu. Wybranym osobom wręczano specjalne dekodery umożliwiające odczyt zaszyfrowanych informacji. Kod zmieniał się co tydzień, więc aby mieć aktualny numer, trzeba było się osobiście pofatygować do jednego z pośredników dostarczających deszyfratory. Niewiele istniało miejsc, gdzie można było otrzymać namacalną, papierową wersję tego pisma. Zawierano tam mnóstwo informacji, które Zarząd Miasta starał się utrzymywać z dala od niemal utopijnej części Luksusowej. Tam mieszkali Wielcy Tego Miasta. Ludzie, którzy mieli pieniądze. Dużo pieniędzy. I władzy. A czego chce każdy władca? Większej władzy. Stąd niemalże cała społeczność Luksusowa miała wpływ na decyzje zapadające w Zarządzie. Każdy znał każdego. Ręka rękę myje. Skorumpowane świnie.
Ale Spencer na razie się tym nie przejmował. Postanowił, że dzisiaj odpocznie wśród tej zieleni. Przechadzając się wzdłuż alejki dostrzegł wolną ławkę. Idealna, pomyślał. Chwilę później grzał swoim tyłkiem siedzisko. Odchylił się i rozłożył ramiona na oparciu ławki. Głowę lekko uniósł w górę z zamiarem oglądania tych małych, białych baranków leniwie kroczących po niebieskim poletku. Lubił to. Taki widok napełniał go spokojem. Słyszał jak dookoła bawiły się dzieciaki. Ze sobą, z rodzicami. Słyszał też cichy szum fontanny znajdującej się dość daleko od niego. Słońce delikatnie oplatało go swoim ciepłym, popołudniowym światłem. Był ubrany jak zawsze – ciemna bluza z kapturem, również ciemne workowate spodnie z kilkoma kieszeniami, które były bardzo pomocne w noszeniu różnych, małych przedmiotów. Buty jak to buty – wygodne i na każdą okazję. Dodatkowo nie rozstawał się ze swoim Osobistym Centrum Informacji, niewielkim komputerem odpornym na wstrząsy, kurz, wodę, a nawet na słabe impulsy elektromagnetyczne. Tak twierdził producent. OCI miał na lewym przedramieniu. Początkowo Spencer nie potrafił się przyzwyczaić do tego dziwnego ucisku(jedna cienka opaska nieco powyżej nadgarstka, a druga jakieś 10 centymetrów niżej od łokcia, dzięki czemu dało się swobodnie zginać ramieniem), ale po pewnym czasie przestał na to zwracać uwagę i teraz OCI jest jego nieodłącznym towarzyszem zabaw. Zabaw, które zdarzały mu się nader często…
Tup tup tup. Ktoś biegnie. Albo się spieszy albo ucieka przed czymś. Lub kimś.
Spencer spojrzał w lewą stronę – dojrzał postać biegnącą w jego kierunku po chodniku. Jak ma sprawę do mnie to mu jebnę, przysięgam. Zbliża się. Wygląda na faceta, twarz zasłonięta jakąś ciemną szmatą, może szalikiem, kto wie. Na oczach ma chyba okulary, ale jest za daleko, aby to stwierdzić. Jebnę mu, jak Boga kocham.
Tup tup tup…!
Postać przebiegła obok ławki Spencera mijając czubki jego butów dosłownie o centymetry. Uff… Kamień z serca. Popatrzył jeszcze chwilę na zmniejszającą się sylwetkę biegacza, gdy nagle usłyszał krzyk kobiety. Taaak… Spencer dobrze znał ten krzyk, krzyk obrabianej kobiety. Uratował osobisty dobytek kilku paniusiom, za każdym razem licząc na jakąś hojną nagrodę w postaci dajmy na to wspólnej kawy lub nocy spędzonej razem u niej w domu. Kiedy zwracał prawowitej właścicielce jej mienie, zwykle ona była uradowana i serdecznie dziękowała Spencerowi. On odpowiadał, że nie ma sprawy / nic się nie stało / to obowiązek każdego mężczyzny i kilka temu podobnych frazesów. Tym razem nie miał zbytnio ochoty, aby podnieść pośladki i rzucić się w pogoń za Schwarz Charakterem. Krzycząca kobieta coraz bardziej zbliżała się w stronę Spencera, jednak biegła wolniej od uciekiniera. Przestań się drzeć i wezwij pomoc, w końcu możesz się skontaktować z policją. Nie możesz? A, ukradł pani OCI? Och, jakaż to wielka strata, niech się pani nie martwi. Może pani uważać swój OCI za odzyskany. Dziękuję panu, jest pan taki uprzejmy. Czy nie chciałby pan odwiedzić mnie w moim apartamencie? Oto mój zapasowy klucz, niech mi pan tam dostarczy moje OCI, a szczodrze pana wynagrodzę. Taaak… Kurwa, jasne…
Z ciekawości zerknął na biegnącą kobitkę. Hm… Nie za wysoka, szczupła, ciemne włosy, wydatne policzki, biust niczego sobie… Dziewczyna przebiegła obok Spencera, dzięki czemu mógł się dokładniej przyjrzeć jej pośladkom. Wyglądały całkiem nieźle, nawet przez jej białą kieckę. Hm… To zapewne jedna z tych Luksusowych. Ale co ona robi tutaj sama? Z pewnością nie zabłądziła, bo Luksusy zwykle mieli własne, znacznie piękniejsze ogrody. Ale mniejsza z tym. Ona jest ważniejsza. Poczuł się rozdarty – z jednej strony nie chciało mu się angażować w kolejny pościg za kolejnym złodziejaszkiem. Z drugiej natomiast ta piękna dziewczyna zaintrygowała go tak bardzo, że gotów jest poświęcić dla Niej swoje cztery litery.
Kurwa mać…
2
Wstał i zaczął biec w stronę Okradzionej. Nie był to problem, ona wyraźnie zaczęła słabnąć, więc Spencer dogonił ją po kilku sekundach.
- Proszę pani! Pro…! – urwał, bo złapał dziewczynę za prawy łokieć. Ona natychmiast mu się wyszarpnęła i spojrzała na niego swoimi bardzo ciemnymi, prawie czarnymi oczami. Po policzkach spływały cienkie strużki łez. Spencer zapatrzył się w te dwa mroczne jeziora pełne smutku. Dalej, nie gap się tyle, tylko mów, o co chodzi! – Proszę pani! – tym razem trzymając ręce przy sobie. – Co się stało?! – głupie pytanie! Spytaj, czy to on jej coś ukradł! – On coś pani ukradł?
Dziewczyna nie powiedziała ani słowa. Potarła delikatnie lewą, zewnętrzną stroną dłoni swój lewy policzek, starając pozbyć się żenującej oznaki słabości. Odpowiedziała tylko: Mhm.
No dobra, Spencer – może być tobą wystraszona, w końcu nie goliłeś się od trzech dni. Rusz się w końcu i biegnij po tą skradzioną rzecz! Już! I już tak miał zrobić – odwrócił się szybko o sto osiemdziesiąt stopni, kiedy postanowił się obrócić jeszcze raz do niej i powiedział:
- Niech się pani nie martwi, odzyskam tą… To, eee… Pani przedmiot! – zdał sobie sprawę, że takim tekstem niewiele zdziała, a szanse na udany podryw maleją z każdą sekundą. Rusz w końcu zwłoki!
Zaczął szaleńczy pościg za Schwarz Charakterem. Zupełnie jak w bajce, stwierdził po chwili. Ale nie czas teraz na głupie rozmyślanie o Niej i Jej Wspaniałych Oczach. Musisz dopaść tego typka i odzyskać to coś. Biegł po alejce, tak jak wcześniej biegł złodziej. Zbliżał się do niewielkiego placu, znajdującego się mniej więcej pośrodku parku. Wbiegł na ów plac i zatrzymał się. Gdzie może być ten skurwiel… Nie może być dalej niż sto metrów stąd. Rozglądał się po możliwych punktach wyjścia. Którędy mógł pobiec ten drań. Gdzieś, gdzie można się szybko rozpłynąć w powietrzu. Albo wmieszać w tłum. Albo… Jest! Sukinsyn biegnie po schodach na galerię otaczającą park! Schody były ruchome, a nieco zatłoczone, więc złodziej starał się jak najszybciej przebić przez tłum. Nie ma tak łatwo fiucie…
Dobiegł do ruchomych schodów. Ludzi na stopniach schodów było multum, co nie ułatwiało sprawy. A trzeba się jak najszybciej dostać na górę! Postawił na niezbyt wysublimowaną metodę – przepchaj się łokciami. Przeciskał się między ludźmi wchodząc coraz wyżej, co bardziej niewzruszonych waląc łokciami po żebrach. Kilku się odgrażało, jeden nawet próbował złamać mu nos lewym sierpowym, ale Spencer korzystając z przewagi wysokości(był niżej niż jego przeciwnik), szybko się uchylił. Niedoszły bokser nie należał do najchudszych, a na ruchomych schodach stracił równowagę i runął w dół schodów taranując wszystkich jak kula do kręgli. Spencer spojrzał w dół z ironicznym wyrazem twarzy. Nic to, trzeba dogonić złodzieja! Jako, że miał do szczytu całkiem blisko, przeskoczył przez ruchomą poręcz lądując na betonowym chodniku. Dobra... Gdzieżeś pobiegł skurwielu jeden… Szybko rozglądał się, mocno wytężając wzrok, aby mógł dostrzec tego uciekiniera. Wokół niego tłoczyło się mnóstwo ludzi. Hałas. Rozmowy, szepty... Tupanie butów... Doprowadzało to Spencera do białej gorączki. No dalej, pokaż się...
3
Jest! Schwarz Charakter biegł w stronę opuszczonego biurowca, który został przeznaczony do wyburzenia jakiś tydzień temu. Był pusty od prawie trzech lat i nikomu nie chciało się zainwestować w tę rozsypującą się ruderę. Spencer czym prędzej pognał w stronę biurowca. Dostrzegł, że postać wbiegła do ciemnej alejki między biurowcem, a budynkiem mieszkalnym stojącym obok. Hotelem, albo jakąś kamienicą. Nieważne. Musi dorwać tego dupka za wszelką cenę. Obiecał Jej, że odzyska jej rzeczy. Kurwa! Przestań o niej myśleć i skup się!
Wreszcie dobiegł do ciemnej alejki. Była zagracona różnymi pudłami, starymi gazetami, a nawet można było dostrzec stary telewizor sprzed wielu, wielu lat. Wszystko było suche, ale dało się wyczuć ten zapach stęchlizny, starości, gnicia. Zatrzymał się na chwilę lekko dysząc. W końcu nie był to bieg na sto metrów, gdzie się nie oddycha przez dziewięć sekund, a potem umiera za linią mety. Aż tak źle z jego kondycją nie było. Wszak trzydzieści dwa lata to nie wiek emerytalny.
Dostrzegł jak Schwarz Charakter rozgląda się wokół, mocno zdenerwowany. Ha, wpadłeś w ślepą uliczkę bucu. Teraz dostaniesz tak po dupie, że odechce ci się napadać na bezbronne panienki. Złodziej w pewnym momencie zaczął nerwowo dotykać ściany przed sobą. Jakby czegoś szukał. Delikatnie pukał w ceglany mur. Było dość ciemno, ale Spencer zdołał zauważyć jak Macającemu Ściany wypadł zza pazuchy mały, jakby szklany przedmiot z dwiema stalowymi zakrętkami na obu końcach. Jakaś fiolka, czy co? Złoczyńca szybko się schylił po ów przedmiot i jeszcze szybciej schował go z powrotem, nie przerywając lewą ręką ceremonii obmacywania ściany. Dziwne, że mnie nie dostrzegł jeszcze.
Spencer zaczął powoli podchodzić w stronę rabusia, jednocześnie zachowując czuj- ność, aby ten przypadkiem się na niego nie rzucił i próbował wbić coś ostrego w tętnicę.
- Ej, koleś! – krzyknął. – Koleś, taaak, do ciebie mówię! – złodziej powoli się odwrócił w stronę Spencera i oparł plecami o ścianę. Po jaką cholerę mu przyciemniane okulary, skoro ciemno tutaj jak w czyjejś dupie. – Słuchaj no! – Spencer powoli się zbliżał w stronę Schwarz Charakteru, udało mu się usłyszeć ciche sapanie złodzieja. Albo jest tak zmęczony, albo stres daje mu się we znaki. – Masz coś, co nie należy do ciebie, rozumiesz? – staraj się być grzeczny, a może mu nie odbije. – Było by miło, gdybyś chciał zwrócić mi to coś. Pewna pani się o to martwi. – dostrzegł w myślach smutne spojrzenie Okradzionej. Powoli zbliżał się do złodzieja na odległość dwóch metrów. Powoli podniósł lewą rękę. – Oddasz mi to bez żadnych numerów, to rozejdziemy się w pokoju, jasne? – ale wiedział, że łatwo nie będzie. – Więc jak będzie? – Zbliżał się, czuł ten dygotliwy, wystraszony oddech złodzieja. Sam nie czuł się najlepiej – serce podchodziło mu do gardła. Miał już dość tego wszystkiego, nawet chciał w pewnym momencie olać tamtą paniusię. Byle tylko znów znaleźć się na ławce i podziwiać chmury na niebie. W spokoju...
Spencer powoli już łapał rabusia za prawe ramię. Zbliżał dłoń bardzo powoli. Dostrzegł w pewnym momencie jak bardzo mu ona drży. Uspokój się! Nie mógł. Sam bał się bardziej niż za poprzednimi razami, gdy po prostu łapał rabusia rzucając się na niego, a następnie okładał kilkoma prostymi jego twarz. Po wszystkim zawsze odzyskiwał przedmiot i oddawał go właścicielce. Ale tym razem... Czuł, że coś pójdzie nie tak. Musi, bo inaczej ten drań nie pozwoliłby mu się zbliżyć na taką odległość. Poczuł pod opuszkami materiał, z jakiego była zrobiona bluza złodzieja. Jakby szorstki i miękki jednocześnie... Dziwne... Poczuł ten materiał przez ułamek sekundy.
Następny ułamek sekundy później odczuł, jak to jest dostać wprawnie wycelowanym kolanem w nabiał. Nie, żeby nie dostał ani razu, ale ostatni raz oberwał tak od swojej eks jakieś 5 lat temu, gdy nie chciała, aby on dotykał jej krągłych pośladków. Pamiętał tamto uderzenie do dziś i nie chciał poczuć tego znowu. Los potrafi być złośliwy...
Matko Boska... Takiego bólu nie czuli chyba profesjonalni car-ballerzy. A widział ich wypadki nie raz i nie dwa. W głowie myśli pojawiały się i znikały w tempie błyskawicznym. Ból. Ból. Ból. Nie myśl o bólu ból jest przyjacielem człowieka jak cię boli to znaczy że żyjesz jesteś facetem poboli a potem przejdzie...
Ja pierdolę! Takie bzdety mogła wymyślić tylko kobieta!
Spencer, leżąc na prawym boku i trzymając się obiema rękami za krocze, wydawał z siebie ciche jęki. Wyglądał jak stary pies, który prosił się o to, aby go dobić i skrócić jego męki. Oczy miał przymknięte, starał się dojrzeć, co ma zamiar zrobić jego przeciwnik. A ten jak gdyby nigdy nic, stał i się przez chwilę przyglądał leżącemu facetowi.
- Dalej, kurwa... Dobij mnie sukinsynu... – wystękał Spencer. - Wybacz... – moment! To kobiecy głos! - Ale nie mam ochoty dzisiaj brudzić się krwią. Żegnam. – Pani Złodziejka zgrabnie odwróciła się plecami do Spencera, dotknęła ściany i... Zanurzyła w niej swoją dłoń... Ramię... Nogę... Głowę... Aż wreszcie cała zniknęła w ceglanym murze.
Spencer leżał przed ścianą dobrą chwilę, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami, usta miał mocno rozwarte ze zdziwienia, wciąż trzymał się rękami za krocze. Co jest kurwa? Ten mur to jakiś hologram, czy co? On... To znaczy ona... Wlazła w tę ścianę jak jakiś pieprzony duch!
Chwilę później, gdy ból minął na tyle, że mógł się poruszać, wstał i otrzepał bluzę. Przyłożył dłoń do ściany. Zajebiście twarda. I zimna. Co to kurwa było? Śniło mu się coś, albo zjadł coś nieświeżego i dostał jakichś pieprzonych halucynacji?
|