http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
157

Do Koronawirusa

  Wiersz napisany podczas kwarantanny domowej.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W kwietniu nagrodą jest książka
Marzenia i koszmary
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Do Koronawirusa

Wiersz napisany podczas kwarantanny domowej.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Marzyciele

Opowiadanko fantasy, które dzieje się w tym samym świecie co "Klęska czarnego władcy", ale poza tym nie ma z nim nic wspólnego. Uwaga, dość długie i nudne! Coś o szansie spełnienia marzeń przez dwóch, wprost sobie przeciwnych, marzycieli.

Świt Nowej Ery

Pewien podróżnik w czasie przybył do roku 2010... Kogo szuka i czy uda mu się wykonać zadanie? Moja wprawka w SF - swego rodzaju.

2078

Jest rok 2078. Powszechna urbanizacja i spisy produktów zakazanych przez tzw. Zdrową Europę. Dziennikarz wikłający się w związek z tajemniczą kobietą i zadanie służbowe oznaczające bolesną konfrontację z przeszłością.

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

Kilka naiwnych słówek o myślach kobiecych

"Błogi spokój, który głupcy mylą z nudą."

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
2551
użytkowników.

Gości:
2551
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 51991

51991

Czarodziej snów. cz. 1

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
09-03-12

Typ
P
-powieść
Kategoria
Psychologia/Fantasy/Medycyna
Rozmiar
29 kb
Czytane
5378
Głosy
18
Ocena
4.86

Zmiany
09-09-22

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: balianna Podpis: balianna
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
wygrany konkurs miesięczny
Wychowywana w cieplarnianych warunkach dziewczyna, poszukuje nowych doznań, które jeszcze bardzie pogłębiają u niej zaburzenia snów. Co do kategorii, nie jestem pewna. Zapowiada się na coś dłuższego. Zapraszam.

Opublikowany w:

Czarodziej snów. cz. 1

Emocje, jakich doświadczała, szybując po zakamarkach snów, prowadziły ją dalej niż mogła sobie wyobrazić.


Zaczęło się niewinnie. Znużona niezmiennością zdarzeń Ernestyna, uporczywie i nieodparcie, jak gnająca, śnieżna kula, poszukiwała nowych doznań. Zawsze chciała więcej doświadczać. Nie mogła znieść powtarzalności gestów i słów. Nawet pory roku niekiedy zlewały się ze sobą, tworząc ospale drażniącą całość. Najlepszym sposobem na monotonność, była według Ernestyny zmiana. Zmieniała więc wszystko. Śniadania jadała wieczorami, obiady w środku nocy, a nad ranem kolacje. Z pomocą służby lub całkiem sama, przestawiała meble i ciągle zmieniała wystrój swojego pokoju. Próbowała też ingerować w gusta innych domowników, co często jej się udawało. Ernestyna bowiem, miała dar przekonywania i przyciągania do siebie. W tym i owym nie trzymała się stałych reguł.
- Ernestyno, czy zasiądziesz z nami do wspólnego obiadu? – pytali nie tracący nadziei rodzice
- Nie, dziękuję – odpowiadała grzecznie, jak przystało na dobrze wychowaną panienkę.
Nie raz próbowano skusić dziewczynę wymyślnymi potrawami, aby zaszczyciła rodzinę swoją obecnością. Ale Ernestyna miała znacznie ciekawsze towarzystwo. Samą siebie. Lubiła wszelkie przejawy życia i nie stroniła od ciekawych ludzi. Nie bała się ani namolnych sprzedawców, ani zgrzybiałych starców, chwiejących się na nogach i trzęsącymi się rękoma, proszącymi o jałmużnę. Nie raziły jej kobiety handlujące swoim ciałem. Wypatrywała drobnych rzezimieszków i złodziei, chcąc zgłębić naturę ich niegodziwości. W otoczeniu chroniącej świty, zupełnie niedyskretnie uchylała firankę karocy i wpatrywała się w ludzi szeroko otwartymi oczami. Rodzice pragnęli chronić swoją dziewczynkę przed okrutnym, wrogim światem, ale ona niestety im tego nie ułatwiała. Nudziło ją towarzystwo wykwintnych dam, mdlejących dzierlatek w zbyt mocno opinających ciało gorsetach. Cała etykieta mdliła. Świat po za murami wystawnych domostw zamożnych, był znacznie bardziej podniecający. Ernestynę kochała cała rodzina. Zwracała na siebie uwagę, roztaczając swój nieodparty czar. Zachowywała się niczym psotna, mała dziewczynka, robiąc obrót w najbardziej kloszowanej i wymyślnej sukni sezonu. Rodzice bili brawo, a ona śmiała się perliście, śmiechem uroczego podlotka. Wszyscy więc postrzegali ją jako słodkie dziecko, które nie chce dorosnąć. Przyzwyczaili się nawet do jej kaprysów.
- Matuchno Przenajświętsza – złapała się niania za głowę, widząc panienkę w spodniach, jakie zwykle noszą młodzieńcy.
- Słodko w nich wyglądam, prawda nianiu?
- Rzeczywiście, jak uroczy paź – przyznała kobieta.
- Ciekawie by było choć na kilka chwil zamienić się w pazia. Można by flirtować z pannami. Ciekawe jak smakują usta…
- Panienko! – przerwała natychmiast niania – Posuwasz się za daleko moje dziecko.
- Nie bądź taka sztywna nianiu. Tylko głośno fantazjuję.
- Rodzice nawet nie podejrzewają panienki o tak swawolne wyrażanie myśli. Gdyby się dowiedzieli…
- Oj… - machnęła ręką dziewczyna. Lepiej nie snuć zbędnych przypuszczeń. Życie bywa takie zabawne.

Wstał deszczowy dzień. Szarobiała mgła zbyt dotkliwie tonowała wszelkie barwy. Przemieszczała się i rozrastała mając za sojusznika deszcz goniony wiatrem. Aura za okienną szybą nie zachęcała do wyjścia z ciepłej, pięknej komnaty. Ernestyna spojrzała na wymyślne rzeźby aniołów i miłosnych bożków, którym już chyba wszystko wyznała. Kiedyś zamykała oczy i przesuwała ręką po rzeźbionych ciałach pięknych młodzieńców. Wiedziała jednak, że ani dotyk ani nawet pocałunek, nie zmienią żadnego z nich w przystojnego kawalera. Spojrzała na ułożone w rzędach książki. Wszystkie w twardych oprawach z najlepszego surowca. Czekały tylko, aż ktoś zechce je otworzyć, aby mogły wciągnąć kolejną duszę w swój swoisty, często zagmatwany świat. Przeglądała je wielokrotnie, zgłębiając niektóre z nich. Czasem rzucała książki o podłogę z grymasem niegrzecznego, marudnego dziecka. Żadna z nich nie wciągnęła jej bez reszty, tak jak tego pragnęła. Solidne, dębowe meble, trzymały wiele cennych rzeczy. Szafka z zastawą herbacianą i wielką, rozsuwaną witryną. szafa z upominkami i mały, sekretny kredensik. Garderoba już trzykrotnie powiększana, bo jej potrzeby przecież ciągle rosły. Dwa duże lustra, aby mogła do woli się przeglądać, aby widziała odbijające się złotem promienie słońca. Lubiła patrzeć jak wlewa się do komnaty, rozświetlając i tak jasne wnętrze. Ponownie wyjrzała na widok za oknem i wtedy wydał jej się znacznie ciekawszy, niż to całe, osaczające ciepło. Teraz potrzebowała czegoś nowego. Jakiegoś silnego bodźca. W widoku mglistego poranka okraszonego wietrznymi kroplami deszczu, było coś niesamowitego. Jakaś potężna, podniecająca siła, z którą chciała się zmierzyć. To uczucie kazało jej wyjść z bezpiecznego domu. Związała długie, kasztanowe włosy w luźny węzeł. Narzuciła kapelusz i granitowe palto. Założyła ciepłe, wygodne trzewiki i wyszła, nie oglądając się za siebie. Jasne policzki dziewczyny zapłonęły rumieńcem, a serce w podnieceniu pognało do przodu. Uśmiechnęła się do tego nieznanego, co czyha coraz bliżej.

Targ pełen rozmaitości. Tak najczęściej nazywano targowisko na Alei Cienia. Pośród mgły rozpraszanej tylko dymiącymi kominami i tumanów kurzu, wzbijanego przez przechodzących ludzi, odetchnęła pełniej niż dotychczas. Wreszcie zwykli ludzie. Różni od siebie na wiele sposobów. Byli tu biedacy w podartych ubraniach. Jedni przechodzili wolno powłócząc nogami. Inni raźno szli pogwizdując. Byli też bogacze szukający czegoś niezwykłego, lub może odskoczni od nudy przepychu. Byli ekscentrycy puszczający wolno wymyślne obrazy z fajek. Kręcili się nawet zagłębieni w swych rozważaniach myśliciele. Minęła stoiska z biżuterią i zabawkami dla dzieci. Zachłannym wzrokiem rejestrowała figurki ze szkła, stoisko z proszkami, które po odpowiednim wymieszaniu z wodą, stają się farbami nanoszonymi płynnymi ruchami na malarskie płótna. Zatrzymała się przy kościach. Jedne były drobniutkie i miały dziwnie znajome kształty, inne większe, bardziej masywne. Kości znanych ludzi i zwierząt. Wycenione, ale czeladź i tak się targowała. Nie zależało jej na kościach, szukała więc dalej. Na następnym stoisku, korpulentna, pyskata kobieta sprzedawała talizmany i szlachetne kamienie, jak twierdziła. Widząc zainteresowanie dziewczyny, zagadnęła ją.
- Kochanieńka, może potrzebujesz talizmanu miłości?
- Nie, dziękuję. Nie wierzę w talizmany. Zresztą, tak dla ozdoby, mam ich całą masę – zadarła nos do góry, ale upomniała się w duchu. Dziś nie była panienką z pięknego, szlachetnego domy. Była po prostu Ernestyną, dziewczyną jakich wiele.
- Naprawdę dziękuję, może innym razem – poprawiła się.
Przeszła na drugą stronę. Mgła opadała, ustępując miejsca światłu słonecznemu. Świeciło jeszcze niemrawo, jakby niepewne czy warto. Przydrożne drzewa kołysały się gniewnie, szumiąc jakieś ostrzeżenie. Ledwie trzymały się korzeniami ziemi. Zdawały się słabnąć i pogrążać w zwodniczym śnie.
Elegancko ubrany mężczyzna w czarnym cylindrze, zachwalał swój towar. Przed stoiskiem stała już grupka ciekawskich, mierząca rękoma lub tylko wzrokiem zawartość kolorowych słoiczków. Barwę nadawały im różnorakie ciecze. Zamknięte w szklanych flakonach o odmiennych kształtach i wielkościach, kusiły nawet bez grzecznych nawoływań handlarza. Ernestyna przyglądała się z daleka, ale wiedziała już, że za moment podejdzie i wybada tajemne flakony. Cokolwiek zawierały, czuła że są niezwykłe.
- Specyfiki na dobre, spokojne sny, ale także na różne odmiany snów – zachwalał handlarz. Mówił niespiesznie, ale z mocą. W jego głosie nie wyczuwało się presji, ani strachu, ani nerwowej niepewności. Nie był natarczywy, a raczej łagodny, jak nieodmienny nurt spokojnej rzeki. W którymś momencie zaczęła płynąć wraz z nim. Bez kompasu i kamizelki ratunkowej. Nie potrzebowała niczego. Atramentowe oczy handlarza patrzyły wprost na nią, a ona jak lunatyk dała się prowadzić. Uśmiechnął się gdy podeszła. Grupka właśnie zniknęła. Była tylko ona, sprzedawca i kolorowe słoje. W głębinach umysłu Ernestyny zadzwonił jakiś dzwonek. Drażnił skronie, aż w końcu rozpoznała znajomy sygnał.
- Nie dam się kupić. Spokojnie Ernestyno – mówiła w swoich myślach. Między czasie jej nieposłuszne ręce dotykały fioletowego flakonu.
- Ten specyfik zabierze cię w najgłębsze zakamarki twojej duszy. W najskrytsze myśli, które spłoszone, umykają zbyt szybko, aby zaprowadzić cię w nowe, niezwykłe miejsca. Może to być świetlista, duchowa ścieżka, dzięki której nabierzesz dystansu do pewnych spraw, niektórych wydarzeń.
- Albo… – podjęła temat, zaintrygowana.
- Albo… powtórzył znacząco sprzedawca – lekcja pokory.
- A to co?
- Ten napój w kolorze burgunda przeniesie cię w wewnętrzny świat zmysłów, miłosnych fantazji, bogactwa, w świat zabawy. Ale zbyt wiele wrażeń może spowodować splątanie uczuć.
- Spokojnie. Panuję nad sobą.
- W śnie to nieco trudniejsze.
- Zatem biorę oba napoje. Chętnie je wypróbuję.
- Proszę bardzo – odpowiedział grzecznie pakując towar.
Ernestyna zapłaciła za nowy zakup i udała się dalej.


Biała, jakby ubita z puchu droga, wydała się dziewczynie czysta i nieziemsko piękna. W górze migotały przemieszczające się, olbrzymie gwiazdy. Szła i szła, a wokół roztaczała się biała, specyficzna elegancja. Zastanawiała się, co ujrzy dalej, więc ciągle zaintrygowana szła przed siebie. Świat zdawał się stanąć w miejscu. Nic się nie zmieniało. Droga zaczynała się dłużyć. Idealna czystość bieli ze srebrzystymi gwiazdami męczyła. Wokół nie było innych dróżek, postanowiła więc zawrócić. Chciała stanąć na normalnej, realnej ziemi. Zaczęła biec. Aż do utraty tchu. Droga wcale nie wydawała się już czysta. Ziała pustką. Poczuła, że nie ma siły, aby stawić jej czoła. Pustka zaczęła ją wciągać. Zatapiała się w nią. Nie chciała się poddawać, dlatego ciągle biegła i jakkolwiek beznadziejna byłaby to droga, wiedziała, że w końcu ją pokona. Napój nie przyniósł oczekiwanego rezultatu. Siedziała na łóżku z szeroko otwartymi oczami. Ścienny zegar wybijał północ. Tylko on zdawał się istnieć w pustym domu. Wszyscy oprócz niej pogrążeni byli w spokojnym śnie. Pomyślała, że jeśli następny napój będzie równie niezadowalający, złoży reklamację. Może nawet skargi na sprzedawcę. W skrytce kuchennej zdjęła szybko pergamin z dużej blachy i jej oczom ukazało się ulubione jagodowe ciasto. Nie mogłaby się oprzeć takiej pokusie. W pośpiechu zjadła kawałek, po czym zaparzyła sobie filiżankę gorącej czekolady. Wtedy zjadła jeszcze kilka kawałków ciasta, rozkoszując się każdym kęsem. W tym czasie ojciec dziewczyny wszedł do kuchni. Przywitał się bez większego zdziwienia. Oswojony z widokiem córki jedzącej w środku nocy, tym razem źle zniósł wyraźne lekceważenie.
- Powiedziałem witaj córeczko! Czemu nic nie powiesz, nie dasz żadnego znaku?
- Słuchasz mnie w ogóle dziewczyno! – zniecierpliwiony podniósł głos.
Ernestyna spojrzała z dziwnym wyrazem twarzy, tak jakby jej mózg z wysiłkiem poszukiwał źródła nagłego dźwięku.
Ojciec natrafił na puste spojrzenie córki i zbliżając się, podniósł jej ręce w górę.
- Słyszysz mnie dziecko! – zawołał – Ty naprawdę jeszcze śpisz – dodał bardziej do siebie – Mój Boże, powinienem się już dawno domyślić.
- Chodź, zaprowadzę cię do łóżka – oznajmił już spokojniej.
Ernestyna dała się prowadzić. Uśmiechała się lekko do swoich myśli. Wreszcie ktoś pomógł jej znaleźć właściwą drogę. Mało tego. Prowadził ją. Biała kurtyna podnosiła się, wpuszczając nieco światła słonecznego. Poczuła lekki powiew wiatru. Gwiazdy wróciły do normalnych rozmiarów.
- Wpuściłem trochę powietrza – rzekł uspokajająco, choć córka zdawała się nie słyszeć. Dobranoc Ernestyno – ucałował ją w czoło.
Posiedział kilka minut przyglądając się córce. Wychodząc, zamknął okno. Mateusz nie mógł jednak spokojnie spać. Budził się z lękiem. Nie mógł darować sobie, że zajęty własnymi sprawami, nie zauważył, co dzieje się z córką. Była taka młoda. W jej głowie walczyło mnóstwo różnorakich myśli i namiętności. Zbyt łatwo zaakceptował zwyczaje Ernestyny. Nawet kucharz przed snem przygotowywał lekki posiłek, w razie gdyby dziewczynę zbudził nocny głód. Nie położył temu kresu, bo sam był rozpieszczany, a może tak było wygodniej. Będąc kapitanem statku, rzadko bywał w domu, ale to i tak go nie usprawiedliwiało. Co pewien czas zaglądał do sypialni córki. Targany niepokojem, po raz pierwszy żałował, że nie ma wglądu w ludzkie sny. Twarz córki wydawała się spokojna i odprężona. Jej oddech był równy. Uspokojony Mateusz, wrócił do swej sypialni i ciepłej pościeli. Celina kręciła się na łóżku, głośno przewracając krępe ciało z boku na bok. Tak było każdej nocy i Mateusz traktował to jako rzecz naturalną, nie wymagającą interwencji. On za to spał po królewsku, nie zmieniając pozycji niemal przez całą noc. Ernestyna zwijała się w mniejszy lub większy kłębek. Bezpieczna i ciepła w kokonie własnego świata. Potrafiła zasnąć nieoczekiwanie w ciągu dnia. Zapadała w krótkotrwały sen, jak trzepot motylich skrzydeł. Często było to niezauważalne, bo nie zamykała oczu. Tylko osoba dobrze ją znająca, lub specjalista mógł się domyślić, że śpi. Podejrzewano u niej neurastenię, ale nie postawiono jednoznacznej diagnozy. Dziwne zaburzenia snów zdawały się ustępować, aż do tej nocy.
Ernestyna ponad wszystko pragnęła wyzwolić się spod skrzydeł rodziców i w dużym stopniu jej się udało. Wymykała się myląc ich psotną niewinnością. Jeśli nie mogła wyjść drzwiami, wykradała się oknem na nocne tańce, pogaduszki z dziewczynami w jej wieku. Rodzice zauważyli tylko raz jej ucieczkę. Dostała wtedy miesięczny zakaz wychodzenia z domu, chyba, że w towarzystwie rodziców.

Pierwsze co zobaczyła Ernestyna, tuż po otwarciu powiek, był rozjaśniony blaskiem promieni słonecznych materiał. Długa, błękitna suknia, włożona na manekina, zachwycała od pierwszego spojrzenia. Wyciągnęła się na łóżku. Wpatrywała się w suknię z zadowoleniem. Widziała ich wiele, jedna piękniejsza od drugiej. Wiele z nich miała w swojej garderobie. Codziennie inna zdobiła jej wiotką postać.
- Dzień dobry Ernestyno – usłyszała świergotliwy głos Celiny.
- Witaj mamo – odpowiedziała jeszcze nieco sennie.
- Podoba ci się nowa suknia?
- Tak, jest cudna. Ale czyż sama nie mówiłaś, że mam już wystarczająco cudnych strojów?
- Rzeczywiście, ale chciałam ci poprawić samopoczucie. Ojciec mówił, że lunatykowałaś. Co się dzieje córuś?
- Nie bardzo pamiętam.. – dziewczyna złapała się za głowę.
- Pewnie więc nie pamiętasz, kiedy to się zaczęło.
Dziewczyna skinęła potakująco głową.
- Czy miałaś niepokojące sny? Może koszmary?
- Koszmary nie, ale miałam dziwne sny. Czy możemy tę rozmowę przełożyć? Jestem głodna jak wilk.
- Nie kochanie. Powiedz mi, póki jeszcze coś pamiętasz.
- A więc dobrze. Szłam białą drogą. Była nieskazitelna, ale stopniowo prócz piękna, odkrywałam przerażającą pustkę. Myślisz, że to coś znaczy? Czy uważasz, że jestem pusta?
- Nie znam się na snach. Nie jesteś pusta. Może po prostu nie odkryłaś jeszcze siebie samej, własnej drogi i tego, co dla ciebie najważniejsze.
- A co właściwie na tym świecie jest najważniejsze? – zaczynała niecierpliwić się Ernestyna.
- No cóż… - złapała oddech matka. Dla mnie najważniejsza jest rodzina, ale dla innej osoby, może być to przyjaźń, miłość albo zdrowie. Dla innych najważniejsza jest władza.
- Bogactwo, sława, uroda – podjęła wywód córka.
- Dziękuję za sukienkę mamo.
- To nie wszystko. Mam dla ciebie dwie tkaniny na nowe suknie. Sama zobacz – położyła przed córką zawinięte w ozdobny papier materiały – Zostawię cię teraz, a za pół godzinki zapraszam na śniadanie.
- Ale…
- Żadnego ale. Pokojówka poda śniadanie w jadalni. Będziemy z ojcem bardzo radzi jeśli przyjdziesz – ostatnie zdanie wypowiedziała tonem osoby wydającej polecenia. Jej niedawny, radosny świergot ulotnił się w powietrzu jak zamazujący się sen. Ernestyna szybko umyła się, ubrała w nową, błękitną sukienkę, rozczesała złocisto miedziane włosy i zeszła do rodziców. Wspólne śniadanie rzeczywiście podziałało jak balsam. Poczuła się zrelaksowana widząc uśmiechnięte twarze rodziców i znajome oblicza służby. Wszyscy byli dla niej tacy życzliwi. Zastanawiała się skąd płynie ta uprzejmość. Z rzeczywistej sympatii i miłości, czy może z pobłażliwości lub chęci świętego spokoju. Po raz pierwszy się nad tym zastanawiała. Nie chciała rozważać, to nie leżało w jej naturze. Wolałaby bez wątpliwości biec przez życie jak przez kolorową łąkę pełną upojnych kwiatów i śpiewu ptaków, gdzie tańcom i swawolom nie ma końca. Przez uchylone okna werandy, dało się słyszeć cykanie świerszczy. Kiedy wróciła do swojej komnaty, nadal leżały tam dwa zwoje tkanin. Wreszcie odwinęła je szybko, niemal jednocześnie. Kaszmirowa czerwień pod palcami dziewczyny, układała się w fantazyjne kształty na młodym ciele. Już wiedziała jaką chce suknie. Delikatny, różowy jedwab, był idealny na lekką, wiosenną kreację. Jeszcze dziś zleci krawcowej odpowiednie kroki : namiary, wykroje. Właściwie szkice może sama sporządzić. Zasiadła przed biurkiem i bardzo lekko naszkicowała manekina. Ubierała postać powoli, jakby wyimaginowane ciało było wrażliwe na każde tchnienie. Po szkicach wprowadziła jeszcze drobne poprawki, takie jak pogłębienie dekoltu, rozszerzenie dołu czy zastąpienie materiału koronką w niektórych miejscach. Różowa suknia miała być krótsza i bardziej dziewczęca, tylko dekolt w kształcie karo nadawał bardziej kobiece kształty. Zadowolona spojrzała na oba projekty i wyszła, aby wraz z tkaninami dostarczyć je krawcowej. Zapukała do dużych, mosiężnych drzwi, za którymi pracowała nie młoda już kobieta. Powitała dziewczynę tajemniczym uśmiechem. Na jej szczupłej sylwetce wisiała miara krawiecka, a fartuch nosił kilka białych nitek.
- Witaj Ernestyno – rzuciła przelotnym wzrokiem na dziewczynę, by za ułamek sekundy przenieść go na materiały w jej rękach.
- Co mam dla ciebie uszyć? – uprzedziła polecenie dziewczyny.
- Dwie suknie według moich projektów. Liczę, że będziesz miała odpowiednią koronkę do tej czerwonej.
- Tak, mam idealną – wyciągnęła z szuflady koronkę o ton jaśniejszą od tkaniny.
- Rzeczywiście, będzie pasować – uznała Ernestyna.
- Mam twoje rozmiary. Jeszcze tylko zmierzę długość rękawa i biorę się do pracy.
Ernestyna stała tak wielokrotnie poddając swoje ciało centymetrom krawieckim. Nawet było to miłe. Ubrania szyte wprost na nią. Jakie tylko sobie wymarzyła.
Resztę dnia spędziła na plotkach z przyjaciółkami. Rozmawiały o pierwszych miłościach i wycieczkach. Rzadko która wspominała o szkole. Zresztą, były wakacje, a im został tylko rok w prywatnej szkole dla dobrze urodzonych panienek. Edukacja nie była zbyt ciekawa. Dziewczęta wymyślały różne figle i wybryki, aby umilić sobie czas na pensji. Nauczycielki w większości były niedostępne, chłodne i wyniosłe, albo miały takie udawać. Nie było mowy o zwykłej rozmowie między nimi, a uczennicami. Górował dystans i dyscyplina. Ernestyna jak dobra aktorka, nauczyła się zachowywać pozory, robiąc wrażenie dobrze wychowanej, ułożonej damy. Może nieco zbyt śmiałej, ale światłej i otwartej na wiedzę. Jednak nauczycielkom nie podobało się, że zadaje zbyt wiele pytań dotyczących różnych sfer życia, kulturalnego, politycznego, czy religijnego. Nie chciały mówić nic ponad to, co w podręcznikach, a ona drążyła zawstydzając niekiedy śmiałością poglądów. Z niewinną miną, próbowała zgłębić temat życia seksualnego, aby dobrze przygotować się do roli żony i matki. Niestety ten temat został kwitowany zbyt młodym wiekiem dziewcząt, oddalany na coraz to dalszy plan lub pominięty milczeniem. Mówiono im tylko to, co konieczne, albo wklepywano gotowe, nudnawe regułki.
- Dobre to wino z czarnej porzeczki – pochwaliła smak Ilona.
- Podkradłam je ze spiżarki – oznajmiła Ernestyna, na co obie koleżanki zachichotały.
- Nie spostrzegą się? – zaciekawiła się Eulalia.
- No co ty. Tyle tego jest… - machnęła ręką dziewczyna.
- Idziesz w sobotę na tańce?
- Pewnie, a wy?
- Oczywiście – potwierdziła jedna w imieniu pozostałych.
- Budują nowy trakt spacerowy – podzieliła się uczesana gładko, platynowa blondynka – Odkryłam go w drodze do ciotki Adeli. Pośrodku bije czyste źródło, otoczone wyjątkowymi kamieniami, a po obu stronach stoliki z parasolkami i mnóstwo zieleni, dekoracyjnych klonów i drzew. Jest też most nad strumieniem. Wkrótce ma tam się odbyć pierwszy piknik.
- Och. Wspaniale. Zaprowadzisz nas?
- Tak, nawet dziś.
- Będę mogła upiec moje słynne babeczki – dodała blondynka.
- Naprawdę chce ci się piec? Czy nie od tego są cukiernicy? – zdziwiła się jedna z przyjaciółek.
- A chce mi się, tak jak wiele innych rzeczy. Wy nigdy nic nie upiekłyście?
- Nie - kiwały przecząco głowami spoglądając na siebie w półuśmiechach.
- Czas najwyższy, aby się nauczyć – uznała platynowa blondynka.
- Dobrze Aniu, będziesz naszą słodką mistrzynią – dała jej buziaka Ernestyna.
- Oj – skrzywiła się Ania, ale wyraz zafrasowania szybko ustąpił miejsca zwykłej serdeczności.

Ernestyna wymierzyła łyżkę napoju w kolorze burgunda i wypiła. Słodki, z domieszką kwaśnego. Pokusiła się o jeszcze jedną łyżkę. Zasnęła gładząc materiały świeżo uszytych sukien. Po jej organizmie zaczęło przepływać ciepło i coraz większe odprężenie. Wsłuchiwała się w odgłosy pianina. Ernestyna stopniowo zapadała się w podłoża podświadomości, a dźwięki pianina dochodzące wraz z szumem fal, koiły i oddalały coraz bardziej od przyziemnego świata. Dziewczyna tańczyła w łagodnym nurcie muzyki. Unosiła się i opadała w jej różnorodnych barwach. W różanej, delikatnej jak mgiełka sukni, skakała po nutach prawie tak dużych, jak ona sama. Każda nuta miała swoje tętno, które ona przyspieszała lub zwolniała. Komponowała, a barwy wokół niej zmieniały się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Piła szampana otoczona wianuszkiem wspaniałych ludzi. Słuchali z zainteresowaniem, tego co ma do powiedzenia. Niemal spijali słowa z jej ust. Czuła, że żyje pełnią życia. Młodzieniec o długich, jasnych włosach i oczach niebieskich jak morska bryza, poprosił ją do tańca. Obudziła się w szampańskim nastroju. Tylko, że wcale nie chciała się obudzić. Sypialnia była jeszcze spowita cieniem zbyt wczesnego świtu. Chłód nocy nie zdążył stać się wspomnieniem. Mogła jeszcze śmiało spać. Zeszła na dół do salonu. Bez oznak dziennego ruchu, zdawał się eksponatem wystawionym na sprzedaż, a nie miejscem, gdzie jeszcze wieczorem rozbrzmiewały odgłosy i śmiechy żywych istot. Gorączkowo zaczęła szukać zajęcia, ale wszystko wydawało się takie opuszczone i obce. Chociaż tak bardzo pragnęła żyć własnym życiem, to nie mogła by trwać całkiem sama. Fakt, że tuz za ścianą jest druga osoba w pełni świadomości, zawsze był dla niej oczywisty. Chciała wyzwolić się z pod ochronnych skrzydeł, uciec ze złotej klatki, do której tak naprawdę nikt nie trzyma klucza. Nikt więc nie zdołałby jej zatrzymać. Może iść dokąd chce. A jeśli pójdzie zbyt daleko? Nawet nie zauważyła kiedy rozważania zaprowadziły ją do ogrodu. Wyrwała kilka chwastów, które jakoś umknęły ogrodnikowi i zerwała najpiękniejsze róże do wazonów. Żywiła nadzieję, że ich intensywna woń zbudzi domowników. Krzątała się po salonie i korytarzach, zjeżdżając z poręczy i bezowocnie poszukując odrobimy kurzu, który mogłaby zetrzeć.
- Dziecko moje sprząta! – podniosła kiedyś lament Celina. Czy w tym domu służba próżnuje? Już ja się z nimi policzę! – narzekała.
- Ależ nie mamo. Ja tylko tak sobie. To nawet absorbujące zajęcie, chociaż tego kurzu prawie nie ma.
- No i dobrze – głos matki był już bardziej opanowany – Ty jesteś stworzona do wyższych celów. Po za tym szkoda twoich wypielęgnowanych rąk. Wolę jak nimi gestykulujesz, haftujesz lub malujesz, albo układasz kwiaty, nawet jak podkradasz coś ze spiżarki.
- Ależ mamo…
- Nie zaprzeczaj. – ucięła krótko. Nie lubię jak się bawisz w złodzieja i wynosisz z domu. Jednak sprzątanie jest absolutnie nie dla ciebie – zakończyła temat wychodząc na spotkanie charytatywne.

Drewniany, niby niepozorny instrument z pomocą jego palców, wydobywał cudowne dźwięki. Utwór pełny tęsknoty i nadziei. Położyła mu głowę na ramieniu i usnęła. Jego ramiona tak mocne i ciepłe…. Wtulała się w miękką, świeżą poduszkę. Pachniała koszoną trawą i poranną rosą. Otworzyła oczy nieco rozczarowana. Spojrzała na posążek przy swoim łóżku. Jego twarz była tak samo łagodna i pełna godności jak zawsze. W końcu posągi nie zmieniają tak po prostu wyrazu twarzy. Nie śnią i nie marzą. Nie potrafią kochać. Niestety, był środek nocy, a ona nie potrafiła już zasnąć. Zapaliła lampę naftową i pogrążyła się w lekturze. Matka zastała ją krzątającą się po korytarzu z otwartą książką w dłoniach. Ernestyna była pogrążona w głębokim śnie. Dotknęła jej ramienia, ale nic się nie zmieniło. Zatrzymała lunatykującą jedynaczkę i mocno do siebie przytuliła. Dopiero kiedy wypowiedziała kilka słów i lekko nią potrząsnęła, dziewczyna ocknęła się. Zdziwiona, że znajduje się w ramionach matki, upuściła książkę. Matka uśmiechnęła się z politowaniem.
- Wezwiemy doktora Reinczera – zapowiedziała.
Tak więc popołudniowym gościem miał być słynny lekarz, specjalista od zaburzeń snów i hipnozy. Nie broniła się przed jego wizytą. Uznała, że chętnie podyskutuje sobie z doktorem przy herbacie z rumem. Był wielką sławą i fascynującym człowiekiem.
Przed południem nieoczekiwanie przyszła Matylda. Niemal wszyscy rozpływali się w zachwycie nad jej zaletami, które Ernestynie wydawały się nieco wydumane. Owszem, Matylda odebrała staranne wychowanie, była nawet miła, elegancka, ładna. Ernestyna jednak nie podzielała ogólnego zachwytu, który zaczynał ją coraz bardziej drażnić. Nie zawracała sobie głowy Matyldą dopóki jej nie widziała i dopóki o niej nie wspominano. Matylda lubiła o wszystkim wiedzieć i rzadko co umykało jej uwadze.
- Witaj kuzynko – przywitała się poważnie Matylda.
- Witaj. Co cię sprowadza? – zapytała raczej chłodno Ernestyna.
- Nic konkretnego. Mam jeszcze czas do wizyty u modystki, więc postanowiłam was odwiedzić. Nie jesteś zadowolona z tego powodu.
- Jesteś bardzo spostrzegawcza – rzekła kąśliwie Ernestyna.
- Ten cały Eros pomaga ci zasnąć? – zaśmiała się wskazując na posąg grajka.
- To nie żaden Eros, tylko zwykła figurka grajka.
- Nie taka znowu zwykła – ciągnęła Matylda z jakimś podszytym okrucieństwem.
Ernestyna nie ufała kuzynce. Zawsze czuła, że jest wilkiem w owczej skórze, albo znacznie gorzej. Dlaczego tylko ona to widziała?
- Jest piękny, prawda. Och… szkoda, że to tylko rzeźba – rozmarzyła się Matylda – Gdyby tak go ożywić… Przyznaj się, miałaś z nim sen erotyczny?
- Co takiego? Pozwalasz sobie za dużo!
- Nie sądzę. Chciałam tylko porozmawiać jak dziewczyna z dziewczyną, pożartować. Po prostu przykro mi, że mnie nie lubisz i, że nie udało nam się zaprzyjaźnić. Nie wiem jak cię przekonać – zapewniała niby szczerze Matylda. Nie umykała wzrokiem. Patrzyła ze wzruszeniem i wyczekiwaniem w oczy Ernestyny.
- „Może mylę się co do niej” – rozważała w myślach Ernestyna.
- Jesteś otoczona pięknymi rzeczami Ernestyno. Masz wspaniały gust. Zawsze cię za to podziwiałam, podobnie jak za pełnię życia, energię, zapał, wyobraźnię, niepokorność i wiele innych cech. Ten grajek jest boski. Odłożę go na miejsce. Szkoda tylko, że nie zamieni się w prawdziwego mężczyznę.
Matylda jedną ręką trzymała posążek, a drugą głaskała. Niestety, wprawiona z zachwyt, za sprawą magnetycznego uśmiechu i zielonych, przenikliwych oczu, uległa czarowi grajka. Przez moment tuliła w obu dłoniach figurkę, aż wydało jej się, że rzeźba może żyć własnym życiem, może wzrosnąć zaszczycając swoją muzyką. A może tylko przez nieuwagę lub ukrytą złośliwość, którą przypisywała jej Ernestyna, kuzynka upuściła posążek. Rzeźba była dość wytrzymała, ale pod wpływem wstrząsu, pękła w jednym miejscu. Matylda zdziwiona własną niezręcznością, przyłożyła ręce do skroni. Stała z pochyloną miną winowajczyni, a w Ernestynie odrodził się gniew. Pochyliła się nad ciałem biednego grajka i spojrzała nienawistnie na Matyldę.
- Idź sobie! Mam cię serdecznie dość. Zejdź mi z oczu!
Ponownie skupiła się na figurce. Mocnym klejem skleiła odrywający się kawałek. Robiła to delikatnie, jakby kremowała maścią żywą istotę.
- Przepraszam. Naprawdę nie chciałam – tłumaczyła się Matylda stojąc nadal w tym samym miejscu.
- Oczywiście. Ty nigdy nie chcesz zrobić nic złego. To jak wytłumaczysz swoją nieostrożność i zainteresowanie posążkiem? No słucham.
- Nie wiem. Po prostu zadrżały mi ręce. Byłam nim oczarowana i… wypadł mi z rąk. Zdarza się – usprawiedliwiała się odzyskując pewność siebie. Niemniej… przykro mi.
- Ha! Tobie jest przykro. Niszczysz cudzą własność, wpychasz się w cudze życie, przemycasz na swoją stronę szanowanych ludzi… - przerwała dla złapania tchu.
- O czym ty mówisz?
- Dobrze wiesz.. Zresztą nie ja powinnam się tłumaczyć. Mam ciebie dość. Idź sobie. No idź już! – krzyknęła ze łzami w oczach.
Matylda wyszła z godnością osoby, która pokazała słabość, wyraziła skruchę, a mimo tego, nie doczekała się przebaczenia. Spojrzała jeszcze na kuzynkę z politowaniem, tak jak na kogoś, kto stracił zmysły i komu należy współczuć. Ernestyna nie zmieniła nieustępliwego w swym gniewie wyrazu twarzy. Uspokoiła się trochę dopiero, gdy usłyszała kroki oddalającego się intruza.

Podpis: 

balianna Niedawno
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Topielec Sen o Ważnym Dniu Dwa dni z życia wariata.
- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny). Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?
Sponsorowane: 16Sponsorowane: 15
Auto płaci: 200
Sponsorowane: 11
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.