http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Posłannictwo z gwiazd

  Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We październiku nagrodą jest książka
Powtórka z morderstwa
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
836
użytkowników.

Gości:
835
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 52001

52001

GDZIEKOLWIEK POZA ŚWIATEM

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
09-03-13

Typ
P
-powieść
Kategoria
Przyjaźń/Psychologia/Romans
Rozmiar
93 kb
Czytane
4649
Głosy
11
Ocena
4.77

Zmiany
09-03-13

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
--

Autor: bartek zalewski Podpis: Bartek Zalewski
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
wygrany konkurs miesięczny
trzecia część-czyli ciąg dalszy mojej debiutanckiej powieści

Opublikowany w:

tutaj

GDZIEKOLWIEK POZA ŚWIATEM

3. „Twoje zaufanie zranione w strefie wolnego ognia…”

1.

Przy kolacji starałam się jakoś w niemy sposób nawiązać kontakt z Komorowskim, ale unikał mego wzroku dość skutecznie. Zrozumiałam wtedy, że nie chce mnie przypuścić w swoje pobliże. Czułam żal i jednocześnie wściekłość na siebie, bo przecież ta rysa, która pojawiła się w murze go otaczającym, teraz znikła, a nie byłam pewna czy jeszcze kiedykolwiek będę miała druga taką szansę, by go rozszyfrować. Nie chciał tego! Ani wtedy, ani tym bardziej teraz. A ja? Nie ustępuję wprawdzie tak szybko, lecz tym razem nie byłam pewna czy lepiej nie zostawić go w spokoju, jak to sugerował dziś po południu. Inna zupełnie rzecz, czy w ogóle go rozszyfrowałam, czy tylko tak mi się zdawało- lub było li tylko pobożnym życzeniem z mojej strony…Coś tam niby się dowiedziałam, ale wciąż nijak nie mogłam tego pozbierać w całość, dopasować części układanki do siebie, wyjaśnić, co to wszystko ma wspólnego z nami. Bo mieć przecież musiało!
Ciszę, tak tradycyjną przy naszym stole, przerywał stukot sztućców i tykanie zegara na ścianie.
Nagle pochwyciłam spojrzenie brata. Mówiąc szczerze, byłam zaskoczona. Jakoś nigdy nie odczułam, bym zajmowała jakiekolwiek miejsce w świadomości Pawła, a przynajmniej miejsce pozytywne. Inna sprawa, że i teraz patrzył na mnie bez aprobaty. Raczej jak ktoś, kto musi przebywać wspólnie wraz ze szczególnie niebezpiecznym przypadkiem odchylenia umysłowego, znacznie odbiegającym od powszechnie przyjętych norm. To zadziwiające, jak Paweł potrafi przekazać cały sens tego, co by powiedział w jednym spojrzeniu. Takie chwile jak dzisiejszego popołudnia, zdarzały się niezwykle rzadko, bodaj czy nie raz do roku- przy okazji rozdania świadectw w szkole. Przez resztę roku Paweł był innym człowiekiem- obcym i trudnym w obejściu. No i dlatego ciągle się tarmosiliśmy, teraz co prawda już tylko słownie, ale bywały takie czasy, że w ruch szły pięści. Normalnie, jak to rodzeństwo.
Patrzę i zastanawiam się, o co mu do diabła chodzi! Przecież dawno już z nim nie miałam sprzeczki, jeśli nie liczyć tego drobiazgu w niedzielę przed domem. Zaprzątnięta własnymi sprawami, zapomniałam o jego istnieniu, a teraz on spogląda na mnie tak, jakbym co najmniej rąbnęła mu radio. Mój wzrok przesyła ponad stołem nieme pytanie i oczekuję sensownej odpowiedzi. Lekko wzruszył ramionami, co z kolei mnie wprawiło w irytację. Idiota! Bawi się w jakieś gierki, a ja zupełnie nie miałam ochoty na tego rodzaju szarady.
I nagle mnie olśniło! Szkoła! No jasne, przecież pewnie całe miasto już o tym trajkocze. Patrzę spode łba na rodziców, a potem na Pawła: tym razem on kręci lekko głową. Tak samo jak przy kawie, a więc o niczym nie wiedzą. Jeszcze. A co się stanie, gdy się dowiedzą? A dowiedzą się z pewnością, to zbyt mała społeczność, a mój ojciec jest zbyt tutaj znany, by go mogło to ominąć- ktoś w końcu mu to powie. Wolę nie myśleć w jaki gniew wpadnie ojciec. Pewnie lepiej będzie mu to samemu zakomunikować, ale jakoś brak mi śmiałości i nie bardzo mam ochotę psuć mu wieczór. Może jutro lub pojutrze, o ile inni tego nie uczynią za mnie.
Ciekawe jak zareaguje, jeszcze nigdy aż tak nie nabroiłam? Choć może niekoniecznie chcę się tego dowiedzieć…
Chwytam spojrzenie Komorowskiego. Był to pierwszy objaw zainteresowania się moją osobą od czasu tego spotkania przy źródełku. Pewnie obserwował ten nasz dialog spojrzeń od początku, tylko ja zaaferowana, nie spostrzegłam tego. Czy zrozumiał, nie budziło mego zastrzeżenia. Tak przenikliwy człowiek jak on, potrafi wyłowić prawdę nie tylko z półsłówek, ale nawet z gestów. Tego, nie wiedzieć czemu, byłam cholernie pewna. Dotychczasowe nasze stosunki pozwalały mi wysnuwać takie tezy. A poza tym chciałam bardzo, by tak było w istocie, by był takim wszystkowiedzącym czarnoksiężnikiem, Merlinem z mych snów. Zaczynałam w coraz większym stopniu zdawać sobie sprawę, że nie tylko ciągnie mnie do niego za sprawą tej rodzinnej tajemnicy, lecz że także fascynuje mnie jako mężczyzna- pierwszy raz w życiu poczułam coś takiego, coś co jest udziałem każdej dziewczyny, każdej kobiety po raz pierwszy zakochanej: bo ja chyba zaczynałam kochać Komorowskiego. Jeszcze bardzo nieśmiało, zupełnie bezwolnie, jakby na przekór własnym przekonaniom, kroczyłam ścieżką, jaką od wieków wydeptały moje poprzedniczki, a która za każdym razem byłą drogą w nieznane. Każda z nas wiedziała, co może tutaj napotkać i każda z nas znajdowała na tym szlaku wciąż nowe wrażenia. I w tym właśnie tkwiło piękno, cały powab i czar tej drogi, który sprawiał, iż kolejne pokolenia z determinacją wkraczały na ten szlak.
Patrzę znów w jego kierunku, ale widzę tylko gąszcz włosów.
Jakże pragnęłam, by czas się cofnął do południa i abym mogła to wszystko odkręcić, cofnąć słowa, które sprawiły jemu ból! Które sprawiły, że ja zaprzepaściłam wszystko to, co udało mi się zbudować pomiędzy nami; ten most, co prawda chwiejny bardzo, wąski i śliski, ale jednak dający nadzieję, że go można będzie wzmocnić na tyle, iż da się przekraczać go w obydwie strony. A tak to tylko pozostał niesmak czegoś niespełnionego, coś jak pęd młodej rośliny, zmrożony i zwiędły tuż przed pełnią życia.
Kolacja zupełnie mi wystygła. Całkiem bez apetytu zaatakowałam kolejny kęs, po czym delikatnie odsunęłam talerz. Matka natychmiast zareagowała serią zjadliwych spojrzeń.
-Dlaczego nie jesz? Nie smakuje ci?
-Boli mnie głowa, mamo. Jestem zmęczona…
Powoli wstałam od stołu.
Komorowski hipnotyzuje swój talerz i o niczym nie wie. Drugi raz nie zamierza mi pomagać, zresztą wcale pomocy nie potrzebuję. Może nawet jego interwencja przyniosłaby więcej złego niż dobrego? Mama patrzy z kolei na niego. Bądź, co bądź afront zrobiony gościowi. Choć nie wydaje mi się, żeby akurat on tak to postrzegał. Komorowski unosi głowę, spogląda na wszystkich i lekko się uśmiecha. Jemu to nie przeszkadza, że ktoś przerywa kolację w tak okropny sposób. Moi rodzice bowiem nabrali skądś staroświeckich, jakby nie było, zasad zachowania się przy stole i dobrego wychowania. I wpajali nam je tyleż natarczywie, co bezskutecznie. Dla matki nie ma większej obrazy, jak odejście od stołu przed końcem wspólnego posiłku, a już wtedy, gdy jest przy nim jakiś gość było zupełnie niedopuszczalne.
A mnie bardziej interesowało, czy Komorowski nie pomyśli, że ja tak specjalnie, by zwrócić na siebie jego uwagę. Bo w sumie to dość prymitywny sposób zainteresowania swoją osobą innych.
-Przepraszam- bąknęłam i poszłam do swego pokoju na górze.
Usiadłam na tapczanie i zapatrzyłam się na krwawo zachodzące słońce. Lecz dziś nie potrafiłam zachwycać się tym widokiem, choć zawsze wprawiał mnie niezmiennie w zachwyt. Las powoli zapadał w letni, nocny sen. Świerszcze grały koncert. Przez uchylone okno wpadał chłód popychany lekką bryzą, która niosła zapach igliwia i grzybów. To właśnie te chwile kochałam najbardziej. Mój romantyzm żeglował daleko, daleko…Uwolnione wodze fantazji wytwarzały najprzeróżniejsze sytuacje. Zapomniałam o bólu głowy, zapomniałam o wszystkich troskach związanych ze szkołą, zapomniałam nawet o Komorowskim. Prawie. Tutaj nadal mogłam go wstawiać do każdej historii jaka tylko mi przyszła do głowy. Był tym kim chciałam, by był. Tajemniczym nieznajomym, rycerzem na białym koniu, romantycznym poetą piszącym do mnie płomiennie miłosne wiersze. Kimkolwiek. Czasem nawet wszystkim tym naraz. A ja niezmiennie byłam jego muzą, panią jego snów i bóstwem, za które gotów był oddać życie.
Marzyłam z otwartymi oczami. Pokój przestawał istnieć, byłam gdzieś obok, gdzie kraina marzeń i snów to nie był wytwór pokręconej emocjonalnie nastolatki, ale realny świat, w którym wszystkie najskrytsze pragnienia były rzeczywistością. W tle tylko brakło jedynie odgłosu trzaskającego ognia w kominku, ale można było sobie to wszystko świetnie wyśnić- na jawie.
Marzenia…
W takich chwilach dom stawał się zamkiem lub dworkiem szlacheckim, a ja sama byłam królewną lub szlachcianką przez nikogo nie rozumianą. Oczekująca na pierwszy podryg serca albo na to, że mnie ktoś zauroczy. Takie retrospekcje, które karmiłam wyczytanymi w romansach historiami. Niby na co dzień gardziłam taką literaturą, a jednak moja dziewczęca wyobraźnia potrafiła w zadziwiający sposób przechowywać takie obrazy.
A gdyby tak sobie wyimaginować, iż obok mnie siedzi Komorowski i czule wpatruje się we mnie? Albo przy stole: siedzi naprzeciwko, pomiędzy nami zastawa, jakieś wino i oczywiście obowiązkowe świece. On patrzy na mnie i nie widzi nic, prócz moich gorejących oczu! Gdzież ja coś takiego wyczytałam?! Tanie obrazki dla kucharek…A jednak miały dla mnie swoisty urok. Bo w sumie miłość nie zawsze musi być wielka i tragiczna, ale zawsze ma w sobie urok. Czar. Kiedy płynie prosto z serca, to nieważne gdzie, jak i z kim- zawsze jest pięknym przeżyciem.
Też coś! Żonaty mężczyzna, z prawie rocznym dzieckiem i ja. A przecież miłosne wzloty są mi tak bardzo obojętne, by nie powiedzieć- obce. Tak było dotychczas. Lecz od pewnego czasu poddawać zaczęłam rewizji te swoje pragmatyczne patrzenie na świat. Każdy potrzebuje odrobiny romantyzmu w życiu, choćby nie wiem jak temu zaprzeczał i się przed tym bronił. I dlatego wizja ta wydała mi się zupełnie realna. Przecież Komorowski nie należał do brzydkich mężczyzn, zresztą nie o urodę tu chodzi. Jest w nim coś, co mnie przyciąga, magnes, który coraz silniej na mnie działa. Może tak jest zawsze, a może tylko w tym przypadku? Bo Komorowski, choć bezsprzecznie intrygujący facet jako taki, to jeszcze ma tajemnicę. Doskonały obiekt westchnień. I był całkowicie mój! Spełnienie marzeń każdej nastolatki. Jeśli nie liczyć jego żony…Ale to dlaczego przyjechał sam, jedynie z córką? Może się rozstali właśnie? Coś w głębi mi nie pasowało, coś ulotnego, jakaś myśl, pewien oczywisty wniosek, ale moje chciejstwo, by tak było w istocie, zagłuszało wszystkie rozsądne myśli.
Zaczynam o nim myśleć, wstawiać do kolejnych swych marzeń. Jest dla mnie bohaterem, tajemniczym nieznajomym, kochankiem. Wszystkim na raz i z osobna. Jest takim- bo ja tak chcę! Egoizm zakochanej dziewczyny, niby niewinny, ale mogący stać się początkiem tragedii, jeśli tylko nie będę starać się nad nim zapanować. Więc muszę, choć to tak piękny narkotyk dla samotnej duszy. Ale czym innym są marzenia, niewinne rojenia uczuć, a czym innym próby wprowadzenia tego w czyn! Za wszelką cenę. Wtedy można zatracić proporcje, pomieszać świat marzeń i świat realny, do tego stopnia, że nie sposób rozróżnić ich. Dopóki nad tym panujesz, to dobrze, lecz jeśli tylko granica przestanie być szczelna…
Tak było ze mną i Komorowskim. Dopóki trwał uwięziony w mych marzeniach, to mogłam tu wyczyniać rzeczy jakie tylko mi przyszły do głowy, ale musiały tu pozostać. Próby zaszczepienia ich w realu mogły doprowadzić tylko do zgryzot i tragedii.
Zaczyna mnie fascynować.
Stawia mury. I to mnie do niego ciągnie.
Dlaczego się spóźniłam? Dlaczego muszę patrzeć jak potencjalny partner nie tylko się oddala, ale nawet nie mogę się do niego zbliżyć? Do tego on nie chce, bym się zbliżyła. Te mury nie są na pokaz. Mają oddzielić go od reszty świata, bronić jego zamczyska jakim było serce i nie dopuścić w pobliże nikogo. Zbyt wiele tu było niejasności, zbyt wiele pytań tkwiło miedzy nami, by można zbudować konstruktywną płaszczyznę porozumienia. Mury istniały, a każda próba ich zburzenia pociągnie za sobą gesty obrony. Ale pojawiła się szansa na wkroczenie do środka. A ja w zwyczajny sposób podpiłowałam pierwszy filar mogący być początkiem mostu. Ech, ta moja nigdy nie zaspokojona ambicja zrozumienia, chęć pomocy- ba! zwykła prymitywna, babska ciekawość. Czy mam płakać, czy śmiać się w głos?
„Krążenie wokół siebie ludzi jest niczym krążenie koło siebie gwiazd: jest równie związane i równie samotne.”*1)
Gdzie ja to wyczytałam? Nie mogę sobie przypomnieć, ale jest to cytat jak najbardziej adekwatny do mojej osoby. Przynajmniej w sferze moich relacji z Komorowskim.
Prawda, że i Komorowski przed czymś ucieka. On również wokół czegoś krąży. Sam tak powiedział: „zwykły uciekinier, ratuję samego siebie!”*2) Uciekinier? Przed czym ucieka i po co? A może to tylko przenośnia, a ja nie potrafiłam wyłowić właściwego sensu, kontekstu w jakim to powiedział? Cokolwiek miał na myśli, tak właśnie to sformułował. A może go o to zapytać? Tylko czy zechce na to odpowiedzieć? Czy w ogóle zechce mnie wysłuchać po tym, co się stało dziś po południu? Bardzo wątpliwe…Pytań było bez liku i wciąż rodziły się nowe, a jedynym sposobem, by na nie znaleźć odpowiedź, było po prostu go o to zapytać. Jedyny sposób i całkowicie pozbawiony szans na realizację. Ale wiedziałam, że i tak spróbuję. Muszę…
„Czy nie możesz się trzymać z dala?...”*3) Właśnie, że nie mogę! Już taka jestem. Nie potrafię przejść obok człowieka, nie pomagając mu, jeśli wymaga tego sytuacja. Tyle, że widzi mi się, iż on nie chce tej pomocy. Potrzebuje, a nie chce. A może właśnie nie potrzebuje? Może sam stara się uporządkować wewnątrz swoje życie, a ja mu tylko w tym staram się przeszkodzić? I muszę przyznać sama przed sobą, całkiem nieskromnie, że nawet nieźle mi to idzie…Jakbym zareagowała, gdyby ktoś na siłę chciał mnie zbawić, pomóc wtedy, gdy sama się zdecydowałam znaleźć azyl? Przecież tak na dobrą sprawę, to rodzice wiele razy starali się wtargnąć w moje sprawy, na co ja odpowiadałam, nie zawsze w porę, tłumioną agresją. Podobnie jak Komorowski potraktował i mnie. Kwestia zrozumienia i poszanowania czyjegoś wyboru.
Jak wiele razy muszę dostać po nosie, by zrozumieć tak prostą rzecz? Ile krzywd muszę wyrządzić, aż pojmę na czym polega mój błąd? Może nigdy nie nabędę tej umiejętności.
Jasna sprawa, że to co gryzie Komorowskiego, jest powiązane z naszą rodziną. Musi tak być! Nie mam żadnego na to dowodu, ale intuicyjnie czuję, że tak właśnie jest. Więc mam moralne prawo wiedzieć o co chodzi!
Nie mam żadnego prawa…
Najgorzej, jak ktoś wzniosłymi ideałami, usprawiedliwia swój własny interes. W moim przypadku- chroniczną ciekawość.
„Dług, którego nie zaciągnęliśmy…”Od tego się zaczęło. Jedno zdanie za wiele, niby nic takiego, a zapoczątkowało cały ciąg wydarzeń, jaki był moim udziałem przez te klika dni. Większość z tych incydentów sama sprowokowałam, usiłując dociec prawdy i znaleźć odpowiedzi do gnębiących mnie pytań.
A może ja gonię własną paranoję? Stwarzam problemy tam, gdzie ich nie ma, a tam gdzie są- dodaję nowe? Do tego zaplątanego związku pomiędzy moimi rodzicami a Komorowskim, dokładam swój własny chaos i myślę, że jestem jak najbliżej sedna sprawy? Że już, już za chwilę odsłonię wszystkie tajemnice, pokonam całun jaki zaległ na naszych wzajemnych stosunkach? Że uczestniczę w tych wydarzeniach jako pełnoprawny gracz, a nie partyzant, co wdziera się na zupełnie nierozpoznany teren?
Całkiem wygodne tłumaczenia, tylko niestety, zupełnie niezgodne z rzeczywistością.
Od tych pytań naprawdę rozbolała mnie głowa. Mętlik. Myśli wirują z prędkością tornada, ucisk na skroń jest coraz bardziej uporczywy. Wstaję i podchodzę do okna. Na szczęście jest otwarte na oścież, jak to latem. Podmuch świeżego powietrza upaja mnie. Przegania
dokuczliwą migrenę. Opieram ręce o parapet. Wpatruję się w mrok. Las zupełnie pogrążył się w ciemnościach. Nasłuchuję odgłosów wieczornego życia puszczy, pełnego ukrytych znaczeń. Tajemniczego, a zarazem tak bardzo swojskiego. Znam to od lat. Od zawsze. Znam, a jednak wciąż mnie zachwyca, niezmiennie odkąd tylko pamiętam.
Nagle chwytam szmer rozmowy. Unoszę w geście zdziwienia brwi. Obok za ścianą ma swój pokój Komorowski. Ale głos Komorowskiego to nie był. Przysłuchuję się uważnie i natychmiast tłumię okrzyk zaskoczenia!
-…Nie miał pan prawa! Powinien pan choć przez chwilę pomyśleć nad tym.- To Paweł.
-Nad czym miałem rozmyślać?!- Gość mówił spokojnie, tylko nieznacznie zaostrzając swój głos.- Sama tego chciała. Wyraźnie nalegała, bym jej pomógł…
-To nie była pomoc.- Paweł nigdy nie zrozumie, kiedy powinien wtrącić się do rozmowy. Ze mną, czy z rodzicami, robił tak samo, co niezmiennie doprowadzało ojca do furii.- Pan tylko ułatwił jej oblanie następnego roku!
-Być może…
Odrobinę zabolał mnie ten komentarz, taki obojętny. Ale czego się spodziewałam? Że go to coś obchodzi? Że będzie próbował się zaangażować?
-Łatwo mówić „być może.”- Paweł tamował wyraźny wybuch. Słyszałam to w jego głosie, tyle razy się kłóciliśmy, że jestem wyczulona na każdy jego gest i każdą zmianę barwy głosu.- I co teraz ona ma począć?
Nawet mnie rozczulił tą swoją troską. To było zupełnie nie w stylu brata. Zawsze się droczyliśmy, czasem dochodziło do poważnych zatargów, ale nigdy nie było między nami czulszych gestów, śladu sympatii. Jedynie siostrzano-braterskie, chłodne i szorstkie w obejściu tolerowanie siebie nawzajem.
-Nie odniosłem wrażenia, by była czymś załamana.- Też mi się znalazł spec od kobiecej psychiki. Ale nie byłam konsekwentna. Jeszcze niedawno przypisywałam mu wszelkie możliwe cudowne umiejętności, a teraz pod wpływem złego humoru nie przyznawałam mu podstawowych ludzkich odruchów. Takich jak współczucie. I zrozumienie kobiet. Choć akurat to było dla większości facetów nieosiągalne. Nierzadko- na zawsze. Lecz dla mnie on był kimś zupełnie innym, takim facetem doskonałym. Ale pewnie takim go chciałam postrzegać…I tyle. Nastolatków sposób widzenia świata…
-Bo nie zdaje sobie sprawy z tego co zrobiła.- To znów Paweł. Jak na niego był nie tylko elokwentny, ale także dość sensowny w tym, co mówił.- Inna sprawa, że rodzice o tym nie wiedzą. Wyobrażasz sobie, co się stanie, gdy ktoś im o tym powie?!
Paweł wyraźnie tracił panowanie nad sobą. Nie tylko podniósł głos, zaczął nawet „tykać” Komorowskiego. Nigdy bym nie posądzała Pawła o to, że może mu tak bardzo zależeć na mnie. Myliłam się w tak wielu sprawach. Ta była kolejna. Mogliśmy się szarpać, nienawidzić, nie znosić swego towarzystwa, ale kiedy przyszło do obrony, nawet bez wiedzy, to umie przypomnieć sobie o więzach krwi. Pewnie ja zrobiłabym dla niego to samo.
Czekałam na ciąg dalszy. I nie czekałam długo.
-Twoja siostra to straszna indywidualistka.- Nie wiem czy to był komplement, ale tak to odebrałam. Nawet mnie to zaimponowało.- Myślisz, że gdybym nie poszedł do szkoły, to by zrezygnowała ze swego pomysłu? Nie, kolego, nie zrezygnowałaby…
Ma rację: plan z Komorowskim powstał w pół godziny. Przedtem obmyślałam coś zupełnie innego. Taki kaprys, który jakimś cudem mi wyszedł.
-Skąd pan może to wiedzieć?
-Spytaj ją o to!
Aż wstrzymałam oddech, ciekawa, co będzie dalej. Lecz czekało mnie rozczarowanie.
-Taka rozmowa do niczego nie prowadzi.- Paweł stracił nagle koncept rozmowy.
Szkoda, mogłam się dowiedzieć więcej. A może lepiej nie?
-Zgadzam się- Komorowski był spolegliwy.- Dalsza dyskusja jest bezcelowa. Fakt jest jeden: Renata się podłożyła kolegom i wychylił zanadto tyłek dyrektorowi.
Wniosek oczywisty, ale mnie nie wiedzieć czemu, ukłuło coś dziwnego w sercu.
-Ależ z pana cynik!- Zakipiał mój brat niczym wulkan tuż przed erupcją. Wiele razy słyszałam tę barwę głosu. Ton znamionujący złość doprowadzoną do ostateczności.
-Czy to wszystko?- Komorowski jest niezwykle opanowany. Gdzie on się nauczył tak panować nad uczuciami? Znam swego brata, dobrze wiem, że rozmowa z nim musi się zakończyć nieodwołalnie podwyższonym ciśnieniem. Przynajmniej tak było w moim przypadku.
Tym pytaniem, z gruntu retorycznym, zakończył sesję z Pawłem. Zgrabnie, złośliwie i całkiem jak Komorowski.
Cisza. Paweł wyraźnie skonfundowany, dyszy jak po długim biegu. A potem trzaskają drzwi. Więc Paweł wycofał się. Albo zrozumiał aluzję, albo po raz pierwszy wyczuł kiedy dyskusja się skończyła. Nie wiem jak to się między nimi zaczęło, ale o wynik byłam spokojna: Komorowski musiał być górą. Znowu zaczęłam myśleć jak niegdyś, idealizowałam gościa, nie doceniałam Pawła, a przecież jeszcze nie tak dawno nawet by mi nie przyszło na myśl, że jest zdolny do takich czynów! Niezależnie jakie kierowały nim pobudki. Może stał się altruistą, a może miał w tym interes. Co prawda nie widziałam jaki, lecz czy to było takie ważne? Wygodniej było mi myśleć, że tak jest w istocie. Łatwiej było mi zaakceptować jego interesowność niż jakiekolwiek odruchy braterskiej miłości. Nie wiedziałam tylko, czy jest to przejaw kobiecej przewrotności, czy zwykłej ludzkiej niewdzięczności.
Spoglądam na dłonie. Nieświadomie zacisnęłam ja na parapecie, teraz je powoli i delikatnie rozprostowuję. Zaciskałam je tak mocno, że ból jest nie do zniesienia. Rozcieram stawy, krążenie wraca powoli i opornie. Kontemplując ból, myślę, co mam z tym fantem począć. Rozmowę słyszałam i nie mogłam udawać, że nie ma sprawy. Znaczy się- mogłam, ale nie chciałam. Paweł psuje mi szyki. Wiem, że robi to w dobrej wierze, ale jednak to moja sprawa i mój problem. I nie zamierzam ignorować tego. Nikomu nie pozwolę gmerać w życiu, nawet jeśli robi to nieświadomie lub powodowany jakimiś szlachetnymi pobudkami. A może nawet zwłaszcza szlachetnymi. Bo trudno mi przypuścić, by Paweł miał w tym jakiś interes, trudniej nawet, niż dać wiarę w jego szlachetność i miłość lub troskę braterską. Wtedy nie zastanawiałam się dlaczego lubię ranić tych, których kocham; odpychać każdą pomocną dłoń. Taka mentalność Zosi-samosi.
Nogi same mnie niosą do pokoju Pawła. Nie pukam nawet, chcę by od progu wiedział, iż po raz kolejny topór wojenny został wykopany. Z każdym krokiem moja frustracja zamienia się w najczystszą, zjadliwą złość.
Paweł patrzy na mnie jak na upiora. Nie wie czemu zawdzięcza tę nieoczekiwaną wizytę. Ale za chwilę się dowie! O, z pewnością! Moje oczy ciskają błyskawice, cud, że nie słychać grzmotów. Ale i bez tego mój brat wie, że oto nadciąga niespodziewana burza. Jego zaskoczenie szybko przemienia się w pełną obrony agresję. Przez lata obydwoje wyrobiliśmy w sobie tę cechę: nie dać się zaskoczyć, a jeśli nawet to skakać odważnie do gardła. Oto lata doświadczeń nabytych w ciągłych osobistych utarczkach o rzeczy małe i duże, o sprawy ważne i błahe. Wiecznej wojny nastąpi z chwilę ciąg dalszy.
-Czego?- Warczy przez zęby.
Ten ulotny błysk zdziwienia, jaki widziałam w jego oczach kiedy weszłam, teraz znikł. Pewnie złość nagromadzona po rozmowie z Komorowskim jeszcze nie do końca z niego wyparowała. Jest gotowy na każdy cios. Atut zaskoczenia poszedł w diabły!
-Kto ci dał upoważnienie, byś służył mi za adwokata?!- Syczę również przez zęby i za wszelką cenę staram się poskromić furię, która we mnie szaleje. Z mizernym jednak skutkiem. Przepełniająca mnie złość aż kipi z każdego gestu, prawie czuję ją w każdym mięśniu, jestem jedną wielką irytacją.
Paweł nawet się nie zdziwił moim słowom. Skąd wiem o jego rozmowie sprzed chwili.
-Odwal się- proponuje w swój zwykły sposób.
-Nic z tego! Nie życzę sobie żebyś wtrącał się w moje sprawy!
-To przestały być już TWOJE sprawy, siostrzyczko.- Purpura na jego twarzy zdradza pełną gotowość do walki. Jeszcze chwila i wybuchnie tu tajfun. Jak niegdyś.
-Czemu?- Pytam wyraźnie zbita z tropu.
Cóż może mieć wspólnego Paweł z tym galimatiasem mojej roboty?
-Bo całe miasto ma Jagielskich na jęzorach! Ja sobie nie życzę, by ludzie na mój widok, głupkowato się uśmiechali…
-A to dlaczego?- Wydaje mi się, że nie taka była przyczyna jego wizyty u Komorowskiego, ale nie mam całkowitej pewności.- Czy dotychczas tego nie robili?
Świadomie przypaliłam go do żywego tym pytaniem. Nie zamierzałam go oszczędzać, z premedytacją zadawałam ciosy poniżej pasa, wiedząc, że go zranię po dwakroć.
Wiem doskonale, że gdybym była chłopakiem, to właśnie w tej chwili leżałabym pod drzwiami z purchawką w miejscu nosa. Paweł wariował z wściekłości. Dotknęłam go boleśnie. Ale przecież o to mi chodziło właśnie! Taki był cel tych wszystkich pytań i stwierdzeń, nic tu nie było przypadkiem, ani niechcący.
-Komorowski nie ma z tym nic wspólnego! A jeśli chodzi o mnie, to nie potrzebuję twojej pomocy. Sama sobie poradzę- temperatura spada gwałtownie o kilkanaście stopni. Ciśnienie również.
Paweł dyszy wstrząsany wewnętrzną złością. Jest spięty i gotowy do dalszej sprzeczki, zbiera tylko w umyśle jakieś błyskotliwe kwestie, szuka pospiesznie argumentów lub najzwyczajniej w świecie usiłuje nad sobą zapanować, by mnie nie uderzyć. I pewnie to ostatnie było najbliższe prawdzie.
Chciał dobrze, ja wiem, że chciał dobrze. Lecz mam pewna satysfakcję, że ranię jego uczucia. Muszę na kimś wyładować nagromadzoną złość, znaleźć ujście dla frustracji- po prostu muszę sobie ulżyć. Być może Paweł pierwszy raz coś dla mnie zrobił, być może starał się mnie obronić? Pokazał, że nie jest li tylko krewnym, niby bliskim przez więzy krwi, ale tak bardzo odległym mentalnie, lecz kimś, na kogo można liczyć w ciężkich chwilach. Ale ja to teraz niszczyłam bezmyślnie, świadomie go odpychając, by poczuł, że między nami nie ma żadnej więzi braterskiej. Wyzbywałam go z wszelkich złudzeń. Czym innym były nasze utarczki po dziecinnemu prowadzone dotychczas, a czym innym taki wyraźny znak, że u progu dorosłości nic się w tym względzie nie zmieniło. Zupełnie nie myślałam teraz o tym, że kiedyś może być mi jedyną bliską osobą, kimś kto w razie potrzeby może mi pomóc. Teraz chciałam być sama- uczucie tak bardzo znane wszystkim tym, którzy mają rodzeństwo, a nie zdają sobie sprawy czym tak naprawdę jest być jedynakiem.
-Wynoś się!- Słyszę na koniec.
Posłusznie zamykam za sobą drzwi. Chociaż osiągnęłam to, po co tu weszłam, opuszczam jego pokój z uczuciem dojmującej porażki. Gdzieś w zakamarkach jaźni wiem, co utraciłam, ale teraz nie czuję po tym żalu, tylko piekący ból po starcie czegoś znacznie ważniejszego niż braterska miłość. A więc kolejny most spalony. Dlaczego? Cóż pchnęło mnie do tego, by odtrącić Pawła? I to tak jednoznacznie i ostatecznie. Przecież to mój brat! Co prawda dotychczas nie miało to dla mnie większego znaczenia, lecz dziś ten fakt mógł nabrać treści, przyoblec się w kształt przyjaźni, uczucia tak oczywistego dla rodzeństwa, a tak bardzo lekceważonego przez nastolatki. Takie rzeczy docenia się dopiero w życiu dorosłym.
Czuję, że powinnam zawrócić, iść do niego i przeprosić. Jeszcze nie było zbyt późno na akt skruchy, na wyciągnięcie dłoni w geście przeprosin, pokazanie, że to nic nie znaczy, że nadal jest dla mnie kimś ważnym, choć jak dotąd mu tego nie okazywałam. Moja duma stanęła przed największym wyzwaniem w całym moim dotychczasowym życiu. Najdziwniejsze było to, że zdawałam sobie doskonale sprawę z doniosłości tej chwili, a jednak nie potrafiłam podjąć właściwej decyzji. Sekundy wahania. I potem idę dalej. Słyszę jak ostatnie przęsła się walą w dół. Most legł w gruzach. Odbudowanie go może zająć mi mnóstwo czasu, a być może nigdy to już nie będzie możliwe. Lecz duma moja zachowała swą twarz do końca. Na barkach siadł mi ciężar znacznie większy od zwykłego stresu, lecz ja starałam się zignorować te sygnały, skoncentrowana na jednym obecnie celu: za wszelką cenę odnaleźć drogę do Komorowskiego. Teraz to zagadnienie było mi najbliższą udręką.
Pukam do następnych drzwi i nawet nie czekając na zaproszenie, wchodzę do środka. Komorowski siedzi na parapecie tyłem do okna. Patrzy na mnie tym swoim wszystkowidzącym wzrokiem, ale teraz nie robi to na mnie żadnego wrażenia. Jak otępiała idę naprzód, aż wreszcie staję tak blisko niego, że czuję jego oddech na swoim dekolcie. Ciepły podmuch sprawia, że nagle odzywają się we mnie jakieś struny, jakieś nieznane siły, drzemiące wewnątrz zostały obudzone, tęsknota uśpiona dotąd wdarła się do mojej świadomości i rozgościła się na dobre. Poczułam lekki zawrót głowy. Chyba zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego uczucia, czytałam nieraz o tym w powieściach, ale nigdy mi nie dane było tego poczuć, przeżyć i doznać wszystkich tych wrażeń. Teraz wiedziałam jak to jest! Czym innym jest wmawianie sobie miłości, tęsknienie za nią, a czym innym ogarniające fizyczne przyciąganie. Ta siła, która wciągała w wir straszniejszy i piękniejszy zarazem, niż najbardziej gwałtowne rzeki, toczące swoje wartkie nurty i wciągające do wody wszystko, co tylko nieopatrznie rzuciło im wyzwanie. Może sobie nie do końca zdawałam z tego sprawę, ale miłość i pożądanie pochwyciły mnie w swoje kleszcze i jednym, zgrabnym cięciem przełamały moją wolę na pół.
Nie wiem czy Komorowski był świadomy tego, co się ze mną działo. Ja sama, zafascynowana i przerażona jednakowo, drżałam z niecierpliwości. Cokolwiek by usiłował ze mną zrobić, zrobiłby to. Czułam, że stres odbytej rozmowy z bratem osłabił moją wolę i nie byłabym w stanie stawić żadnego oporu. Chciałam by nastąpiło coś, czego nie umiałam nazwać, a przynajmniej nie potrafiłam nazwać tego głośno. Zew natury, biologiczny zegar osiemnastolatki wybił czas najwyższy. Niby wiedziałam, że jeszcze nie czas i miejsce, ale bezwolna byłam i gotowa na wszystko. Szalone myśli opanowały umysł, a jeszcze bardziej szalone zachcianki zawładnęły moim ciałem. Czułam, że jestem jakby w dwóch osobach: jedna, świadoma, zbyt przerażona tym, co się może zdarzyć; druga, zniewolona, czekająca z niecierpliwością, by ta udręka wreszcie się skończyła. A wszystko to wywołała bliskość mężczyzny! Na szczęście żadne z nas nie wykonało żadnego gestu, jestem pewna, że wystarczyłby tylko dotyk, muśnięcie skóry na skórze i przekroczyłabym przepaść, za którą czekało na mnie inne, dorosłe życie. Może nie gorsze, pewnie nawet lepsze niż te obecne, ale z pewnością inne, głębsze i straszniejsze zarazem. Opcja ta mnie po równi przyciągała i odpychała. Gdzieś w głowie zaświtała myśl: „i chciałabym, i troszkę się boję…”Kiedyś ta fraza tak bardzo mnie śmieszyła swą naiwnością i tanim efekciarstwem, teraz już wiedziałam, że była prawdą równą tej ze świętych ksiąg wychowania wpajanego nam przez rodziców.
I jeszcze jedna znamienna bardzo rzecz. Już wiedziałam, że go kocham. Czy to uczucie mogło być dla mnie źródłem szczęścia czy tylko zgryzoty? Raczej to drugie. Ale żadna nastolatka nie była w stanie się wymigać od takich przeżyć. Wszystkie bez wyjątku, w mniejszym lub większym stopniu odczuły to na własnej skórze. To było niczym duchowa inicjacja- i nie wierzcie, kiedy mówią, że to je ominęło- bo to nieprawda.
Przez chwilę nic się nie dzieje, tylko atmosfera zgęstniała od tłumionych pragnień i oczekiwań, głównie moich, a na skórze czuć się dawało naelektryzowane jony, głównie Komorowskiego dzieło. Unosi pytająco brwi i oczekuje, bym się wytłumaczyła z tego najścia. Ten niewinny gest jest tym pomostem, który ukazuje mi drogę z powrotem, choć z ociąganiem i zadziwiającą niechęcią, ale jednak wracam ku świadomości. Jeszcze czuję jak palą mnie policzki, a serce wali jak młot. Gwałtowność tego doznania przekonała mnie, że znacznie odbiegam od tego, czego po sobie oczekiwałam, czego byłam pewna, jeśli chodzi o moją osobę. Zdawało mi się, że znam siebie lepiej niż mi się wydawało, a jednak dzisiejsze wydarzenie pokazało, że tak wcale nie jest; że tak w istocie to nie wiem o sobie zbyt wiele, a już na pewno nic w kwestii miłości.
Cisza w pokoju panuje nieskazitelna, jeśli nie liczyć mego płytkiego, gwałtownego oddechu. Komorowski uśmiecha się szyderczo i jego wzrok staje się zimny. Wydaje się, że cała ta moja rozterka niewiele go obeszła- może to i dobrze…
-Cóż za wieczór!- Zagaił.- O zmroku lepiej o niektórych rzeczach mówić?
-Nie przysyłałam brata do pana.
-A skąd wiesz, że u mnie był?- Dziwi się.
-Wiem- krótko kwituję pytanie.
Oddech uspokoił mi się na tyle, że zapomniałam o tych wszystkich rozterkach sprzed kilku minut. Komorowski uważnie mi się przypatruje, a potem odwrócił się nagle do okna. Wychylił się i spojrzał w ciemność.
-Ha! Konwencjonalny sposób szpiega, co?
-Tylko bez drwin- jad w mym głosie zabiłby kobrę królewską.- Przypadkiem usłyszałam stojąc przy oknie. Raczej nie szeptaliście…
Potakująco skinął głową.
-A czego ty chcesz?
Głębia jego źrenic znów zaczyna mieć na mnie destruktywny wpływ. Chyba będzie lepiej jak zacznę patrzeć w innym kierunku. O wiele lepiej…
-Chcę porozmawiać…
Wiem, że w kontekście tego, co się między nami zdarzyło po południu, taka zachcianka brzmi jak obelga, ale jest jedyną mi znaną zachcianką, jaką mam zamiar urzeczywistnić z Komorowskim. Przez rozmowę zamierzam odbudować pomost, który nie tak dawno istniał, a który swoim zachowaniem w lesie zburzyłam niczym tajfun wiotkie budowle.
-O czym?
Jak bardzo mnie ucieszyło to pytanie! Było widomym znakiem, że jest jeszcze nadzieja na poprawienie naszych wzajemnych relacji. Dawało mi szansę na zrealizowanie moich zamiarów. Jasne, że nie zaraz. W przyszłości. Ale ważne, by nawiązać ponownie znajomość. Uczynić ten krok, który ma mnie doprowadzić do celu nadrzędnego, jakim było odkrycie tych tajemnic związanych z moją rodziną i Komorowskim.
-O panu!- Mój głos dociera do mojej świadomości z lekki poślizgiem. Wciąż jeszcze nie do końca potrafię się skupić na rozmowie, bliskość Komorowskiego rozpraszała mnie. Miałam tylko nadzieję, że nie jest to zbyt widoczne dla niego. W każdym razie nic po sobie nie dał poznać.
-Mów mi, Rafał!
Skutecznie mnie zatkało. Ten nagły zwrot zaskoczył moją świadomość, wyrwał cisnące się słowa na usta i wtłoczył z powrotem do środka. Mało się nie zakrztusiłam.
-Rafał?- Pytam delikatnie tonem infantylnego dziecka, które stara się przyswoić sobie pierwsze trudne i nieznane słowo.
-A co, brzmi tak samo dziwnie jak Baltazar?- Ach, te jego poczucie humoru. Nigdy chyba się do tego nie przyzwyczaję.
-No, nie…Tylko nie wiem czy wypada- patrzę wymownie na łóżeczko. Dorotka śpi już ukołysana szumem lasu. Zabawne, że te wszystkie rozmowy jeszcze jej nie zbudziły.
- A dlaczegóż, by nie?
A niby taki się wydawał domyślny. Być może specjalnie się ze mną droczy, by zmusić mnie do wypowiedzenia wprost wszystkich kwestii. Zaczynam podejrzewać, że jest to jego sposób na mnie. Nie chce, by między nami były jakieś niedomówienia. Szkoda tylko, że to ja mam odkryć siebie przed nim, on natomiast chowa się za tajemnicami i sekretami.
-Moja mama ma dość staroświeckie poglądy- rzucam tytułem wyjaśnienia. Tak, żeby coś powiedzieć, a jednocześnie nie mówić nic istotnego.- Pana wiek…
-Wiek?- Bawi się świetnie. Nie potrafi ukryć uciechy, jaką mu sprawia nabijanie się tanim kosztem ze mnie.- Jaki wiek? A ile, według ciebie mam lat, Renata?
Jeszcze kilka godzin temu zabiłabym za możliwość zgadywania, ale teraz? Lecz właśnie! Ile on ma lat? Z początku wydawało mi się, że może mieć jakieś dwadzieścia pięć lat. Ale teraz myślę, że może być równie starszy, jak i młodszy od tej mojej granicy.
-Dwadzieścia osiem?- Rzuciłam ostrożnie, spoglądając niepewnie na niego.
-Aż tak staro wyglądam?!- Przeraził się nie na żarty. Jeśli to była kokieteria, to grał wyśmienicie swoją rolę. Cały wyraz twarzy był autentycznie przerażony. Lecz zaraz się roześmiał w głos. Lubiłam ten moment, kiedy jego fizjonomia zmieniała się pod wpływem ukrytych radosnych nut. Jakby słońce podświetlało jego policzki, a oczy migotały milionami iskierek.
-Dwadzieścia dwa!- Triumf w jego głosie.
Mam oczy wielkości średnich kurzych jaj. Przez szparę między zębami wleciałby mi z powodzeniem wróbel i uwił tam sobie gniazdko. Stałam niczym posąg. Spojrzał na mnie i ponownie się roześmiał. Wieczór kabaretu.
-Mama wie?- Kolejne pytanie jakie zadałam, zupełnie nie wiem po co.
-A skąd mam wiedzieć? Widzimy się pierwszy raz.
To pewnie tłumaczy wiele, ale mi w tej chwili nie tłumaczyło nic. Mój stan przypominał nieco stan szoku. Rejestrowałam bodźce zewnętrzne, lecz nic z tego nie rozumiałam.
-A zatem, Renata- ciągnął niestrudzenie- na dobrą sprawę jesteśmy rówieśnikami. Być może mam nieco większe doświadczenie życiowe, ale nic poza tym.
No ja myślę, że ma większe doświadczenie! Ale wiek? Jedna sprawa, że wyglądał na znacznie więcej. Druga to, że dość wcześnie zaczął samodzielne, dorosłe życie. Ale ani jedno, ani drugie nie było niemożliwe. Rzadko spotykane, ale nie niemożliwe…
Nadal się uśmiecha, ale widzę wyraźnie, że gdy to mówił, jego oczy pozostały smutne. Jak można zrobić, że usta się śmieją, a oczy pozostają szaro, beznadziejnie smutne? Nie wiem. Ale jemu to wychodziło bez zarzutu.
-No więc?- Zachęca mnie.
To jest szansa. Druga taka pewnie już mi się nie trafi. To było wszystko, a nawet więcej niż mogłam marzyć. Tak długo chciałam takiej rozmowy, pragnęłam doprowadzić do tej chwili naszą znajomość, a kiedy już to nastąpiło, to nagle w głowie wielka pustka. Tylko gdzieś głęboko tkwiło podejrzenie, że idzie to wszystko zbyt łatwo, zbyt szybko posuwałam się do przodu. Taki cierń, jaki mnie uwierał, nie dawał spokoju, że to wszystko mistyfikacja, albo przynajmniej zupełna nieprawda. Zaczęłam mieć paskudne uczucie, że jestem sterowana. A może tylko tak mi się zdawało? Może ta moja nieznośna maniera dzielenia włosa na czworo, powodowała tę niewiarę w taki fart? Jakkolwiek było należało wykorzystać daną szansę. Porządkuję szybko setki pytań i staram się wyłowić te najważniejsze. Ale i tak zadałam nie to, jakie powinnam była zadać:
-Gdzie jest pańska żona?- Sonduję.
Pytanie winno było brzmieć: „jakie związku łączą go z moją rodziną”, a nie czy jest wolny, czy zajęty.
-Rafał. Mów mi, Rafał.- Brzmi odpowiedź.- Moja żona? Nie mam żony…
Nie wiedzieć czemu, ta wieść mnie ucieszyła. Z przyczyn jak najbardziej osobistych.
-A dziecko?
-Dziecko jest moje.
-Ale skąd się wzięło?!- Wybucham wreszcie. Dotąd rozmowa przypominała partię gry w badmintona, takie odbijanie lotki dla rozgrzewki. Delikatnie, i broń boże, nie za mocno. Ja to zmieniłam. Tym okrzykiem zmusiłam go do bardziej stanowczych wyznań.
-Jak każde dziecko, urodziła je kobieta- nie wiem, drwi ze mnie, czy mówi poważnie.
-Jaka kobieta?
-Moja żona.
Dobił mnie. Przez cały czas wiedziałam, że coś mi tu nie gra, ale poziom inteligencji tej rozmowy pozostawiał nikłą nadzieję, że bawimy się świetnie oboje. Na luzie. Ale to było ponad moje nerwy. Patrzę i widzę w jego oczach cały chłód Antarktydy. A może to wszystko jest nieprawdą? Może specjalnie wiódł mnie na manowce? Tylko po co? Po to, aby się mnie na dobre pozbyć?
Czuję jak się kręci mi w głowie, zwoje mózgowe prostują się, a potem nagle splatają, bez wyraźnego sensu. Szum. I potworny ucisk. Kolejna migrena. Jakikolwiek proces myślowy był w zasadzie niemożliwy.
Komorowski patrzy na mnie z szyderą:
-Idź się połóż!
Wychodzę, lekko się zataczając.
-I zostaw mnie wreszcie w spokoju!
Znaczenie tych słów dotarło do mnie dopiero za drzwiami.

2.

Zbudziłam się nagle w nocy z uczuciem, że coś się stało. Pewnie mi się śniły jakieś koszmary, bo czoło miałam zupełnie mokre od potu, ale nie pamiętałam z nich nic. Za to za oknami szalała burza. Ciężkie krople biły w szyby niczym kanonada kul karabinowych, a błyskawice raz po raz rozświetlały pokój. Nie było tego widać, ale słyszałam jak sosny w lesie tańczyły szaleńczy, obłąkany taniec wichru.
W zasadzie nie boję się burz. Ale teraz, po prostu nakryłam się kołdrą aż po brodę. Taka rozpaczliwa, beznadziejna próba stworzenia iluzji, że ma się ochronę i nic nie grozi. Odruch znany od tysięcy lat, otrzymany w spadku po przodkach kulących się w mroku do siebie, schowanych tylko pod nawisem skalnym lub w zimnej jaskini. Chwilę leżałam bez ruchu nasłuchując, jak deszcz falami siecze w szyby. Wśród nieustannego grzmotu i werbli kropel, szloch Dorotki przebijał się niczym żaglówka w czasie sztormu do brzegu. Przez ścianę słyszałam bardzo dobrze, jak maleńka zawodzi, silnie wystraszona echem grzmotów, które się niosły po okolicy. Gwałtowność nawałnicy zadziwiała nawet mnie, nawykłej do takich ekscesów przyrody, a co dopiero maleństwo, które ledwie pojmowało cały ten zewnętrzny świat!
Szybko zerwałam się z łóżka i nie nałożywszy nawet szlafroka, popędziłam do sąsiedniego pokoju. Rafał już pochylał się nad łóżeczkiem i uspokajał cichym, łagodnym głosem swe dziecko. Dorotka jeszcze popłakiwała nie przekonana, ale wkrótce zmęczona, zasnęła. Gdzieś blisko walnął piorun, grzmot był straszliwy, ale dziewczynka tylko wzdrygnęła się i cicho pomruczała. Ja sama aż podskoczyłam na odgłos huku! Korowski zanucił jakąś kołysankę i mała zasnęła na dobre.
Stałam jak sparaliżowana tym widokiem. Niczym urzeczona chłonęłam każdy dźwięk i każdy gest Komorowskiego. Takim go jeszcze nie widziałam, nawet nie byłam sobie w stanie wyobrazić takiej sceny. Ani u niego, ani tym bardziej u żadnego innego faceta. Było tyle troski, tyle ciepła w jego postawie, że stałam jak zaczarowana w progu, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch, by nie spłoszyć tej ulotnej chwili. Dla mnie to była taka nowość, takie niesamowite przeżycie. Ten twardy facet nuci pod nosem! Ależ mnie wmurowało. Kolejny raz poznawałam go od nowa, a przecież ojcowie także umieją się zajmować dziećmi, tym bardziej samotni ojcowie: taka oczywista rzecz, a mnie wydała się niemal cudem. Byłam gotowała idealizować wszystko, co dotyczyło jego osoby. Głupia, zakochana dzierlatka…Każdy gest jaki on uczyni, jest dla mnie świętością. Jakże to głupie, a zarazem takie naturalne u mnie. A może nie tylko u mnie? Może tak się dzieje ze wszystkimi zakochanymi kobietami? Dopóki im łuski nie spadną z oczu lub coś nie sprawi, że zaczną patrzeć inaczej, one będą wciąż śnić sen…Ja właśnie śniłam. Choć byłam jak najbardziej na jawie. Spoglądam oto na swój obiekt westchnień, coraz mocniej przekonana, że go kocham. Za każdym razem poznaję go od nowa. Każda kolejna wizja nie pasuje do poprzedniej. Raz uprzejmy, raz arogancki. Raz ciepły, innym razem zimny i odległy. Człowiek o stu twarzach! A jednak właśnie to mnie tak do niego ciągnie. Jeśli nie liczyć tej zwykłej chemii, jakim jest zauroczenie miłosne.
Powoli prostuje się i patrzy na mnie bez cienia zdziwienia. Chwyta koc i podaje mi go, a kiedy nie reaguję no to wcale, sam podszedł do mnie i okrył czule. Faktycznie, poczułam jak cała drżę z zimna. Robię kilka kroków i siadam na jego tapczanie. Rośnie we mnie bunt: nigdzie stąd nie wychodzę! Jest mi dobrze, ciepło koca rozlewa się po całym moim ciele, a poza tym chcę wreszcie zyskać coś, by choć odrobinę uspokoić moją ciekawość, bym nie błądziła po omacku. Uznałam, że już czas najwyższy skończyć z tymi bezsensownymi tajemnicami. Miała dość sekretów i niedomówień! To się musi skończyć- najlepiej tu i teraz…Dla mnie, postawienie sprawy: „zostaw mnie w spokoju!”, osiąga efekt zupełnie odwrotny od zamierzonego. To jeszcze bardziej pobudza mnie do wytężania sił w celu rozwikłania wszystkich ukrytych znaczeń.
Siada obok mnie, a ja mu ufnie kładę głowę na ramieniu. Chcę jego ciepła. Tej odrobiny życzliwości, która spowoduje, że od nowa uwierzę w siebie. A on, jak nikt inny mi dotąd znany człowiek, jest do tego stworzony. A może tylko tak mi się zdawało? Lub tylko dla mnie miało to jakieś znaczenie? W sumie to nawet nieważne. Liczyła się tylko ta chwila. I ten gest. Siedzimy obok siebie, i rodzi się między nami jakieś uczucie. Z pewnością. Być może dla każdego z nas inne, ale jednak jest to coś więcej niż tylko takie sobie siedzenie. Bo intymności, która nas ogarnęła, nie dało się niczym przepłoszyć. Myślę, że jeśli to jest miłość- to właśnie tak chcę, by zostało. A co on o tym sądzi? Szczerze mówiąc, akurat w tym momencie było mi to całkiem obojętne. Chciałam jak najdłużej chłonąć i smakować ten czas, by starczyło mi jak najwięcej wspomnień i wrażeń, po to by karmić moje przyszłe marzenia i tęsknoty. Zwłaszcza tęsknoty…
Słyszę bicie jego serca; spokojne, miarowe. Dające uczucie wsparcia, spełniające obietnice trwania. Mogłabym tak przesiedzieć całą noc. I pewnie nie tylko noc. Zaczynałam pragnąć, by móc tak siedzieć codziennie, zawsze wtedy, gdy tego potrzebuję lub zgoła wtedy, gdy tylko mi przyjdzie na takie coś chętka. Już teraz wiedziałam za czym będę tęsknić i uwierzcie mi- nie było w tej świadomości niczego pocieszającego. Zdawałam sobie sprawę, że kiedy to się skończy, a przecież skończyć się musiało niechybnie, to w duszy czuć będę niczym nie dającą się wypełnić pustkę. Chyba, że będzie to znów Komorowski przy moim boku…
Jakoś zawsze uważałam, że takie sytuacje zdarzają się tylko w książkach. Nigdy nie brałam pod uwagę faktu, że mogłoby mnie coś takiego spotkać, a tu proszę: zachowuję się jak nieprzytomnie zakochana gęś. Zakochana? Czy aby na pewno? A może tylko zauroczona? Skąd mogę wiedzieć, co to miłość, skoro nigdy do nikogo nie czułam tego co teraz? Nie odczuwałam tego na sposób aż tak bardzo indywidualny, sposób tak obrzydliwie osobisty? Nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam dotychczas. Co prawda, intuicyjnie wyczuwałam, że coś się ze mną dzieje, coś co jest tak bardzo podobne do opisów miłosnych, jakie znałam z powieści, ale to było dla mnie takie nowe i nieznane, że czułam się zszokowana. I przerażona. A jednocześnie tak lekko szczęśliwa. Niewiarygodne. Jak można być szczęśliwym i bać się w jednakowym stopniu?
Burza nadal trwała. Pokój co chwila rozświetlały błyskawice, a grzmot nie cichł ani na chwilę. Przestałam drżeć, ale mimo to nie odsunęłam się od niego ani na milimetr. Nie chciałam za nic utracić tej namiastki szczęścia, jaką mi jest dana tak znienacka. On zresztą też nie czynił nic, co by można interpretować jako niechęć do mnie. Inna rzecz, że siedział zapatrzony w pustkę i milczał. Nie wiem nawet, czy jeszcze pamiętał, że siedzę tu obok niego. Sprawiał wrażenie, jakby dla niego czas także przestał istnieć, jakby się zapadł w swój własny świat, pełen wspomnień, łez, radości, żalu straconych dni- wszystkiego, co jest zwykle naszym całym sensem. Na co składa się nasze życie.
Ponownie rodzi mi się w głowie jakaś idea. Znam ją; jest zupełnie, całkowicie określona w mojej świadomości i chce przejąć inicjatywę, lecz hamuje mnie wspomnienie dzisiejszego wieczoru. Walczę ze sobą zajadle, dwa moje odmienne stany świadomości konkurują o prymat w umyśle: ciekawość i wrodzony romantyzm. Wiem, że jeśli odetchnę choćby głośniej, to chwila ta błoga, która może trwać wiecznie pryśnie, a jest mi przecież tak dobrze i za nic na świecie nie chciałabym, by to się skończyło. A jednak przekora wypycha poza nawias rozmarzenie i coraz silniej stara się dojść do głosu. Czuję, że walka ta za chwilę się skończy. Musi tak być. Te wszystkie niewiadome powinny znaleźć swoje rozwiązanie. Jakikolwiek wynik. Niekoniecznie oczekiwany przez mnie. Ale przyjmę każdy cios. Już teraz wiem, że tak musi być. Nawet jeśli ta chwila jest tylko ulotnym szczęściem, to i tak wiem, że nie oddałabym tego za żadne skarby świata. Może lepiej wrócić do tajemnic, sekretów, niedomówień niż brnąć w samoudręczenie? Być może na końcu tej zagadki odnajdę i swoje szczęście? Taka ekstra premię od losu?
Spoglądam ponownie na niego:
-„Być może w ohydnych ciemnicach jakiejś nieludzkiej inkwizycji, czyjś umysł oszalał; nie przez tortury czy słabość ducha, ale pod wpływem o wiele głębszej rany…Nie wiesz, że bóg umiera?...umiera?...Być może jakiś okaleczony męczennik wyprostował się na swoim krzyżu, by podnieść głowę i wykrzyczeć w niebo: panie! czemu mnie opuściłeś?! I nigdy nie usłyszał odpowiedzi. Czyż nigdy ci nie mówiono? Podobno bóg umarł.”*4)
Szept musnął jego twarz i nagle widzę, że oczy mu drgnęły, a muskuły na policzkach napięły się. Powoli, och jak bardzo powoli, odwraca wzrok w moją stronę i patrzy prosto w oczy. Sama nie wiem, dlaczego wybrałam akurat ten fragment pewnej powieści, która mi się niegdyś bardzo podobała, ale teraz zdałam sobie sprawę, że odniosłam skutek wprost paraliżujący. Miał to być tylko pomost, który chciałam zbudować między nim a mną. Skoro on się często posługuje poetyckimi cytatami, to dlaczegóżby i ja nie mogła mu zaserwować małej próbki swoich możliwości? Od tej strony mnie jeszcze nie znał, a byłam niemal pewna, że to będzie odpowiedni chwyt. No może chwyt, to źle dobrane słowo, ale coś bardzo bliskoznacznego. Wiecie o co mi chodzi przecież.
Ale teraz, gdy patrzy na mnie, a raczej we mnie, to znów pewność opuściła moje ego.
Jego oczy to teraz dwie studnie, studnie głębokie jak Rów Mariański i wypełnione żałością aż po brzegi. Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że widzę Komorowskiego zupełnie odkrytego, nagiego w sposób psychiczny. Wydał mi się taki mały. Bezbronny niczym sponiewierany psiak. Przez chwilę czekam, ale nic nie mówi. Jest autentycznie rozbity. Nawet nie jestem pewna, czy za moment się nie rozpłacze. Tęczówki oczu nabierać poczęły takiego rozmytego wyrazu, tak jakby w oczach zebrały się łzy! Tylko czemu ten cytat aż tak bardzo go rozkleił? Przecież to tylko przenośnia!
-„Ja zwykły uciekinier ratuję samego siebie…”*5) Dlaczego?- Pytam, choć wiem, że sprawiam mu teraz ból.
To pytanie sprowadziło go z głębokiej otchłani samoudręczenia. W jednej chwili wszystkie te moje subiektywne odczucia, jakich doznawałam na widok Komorowskiego jeszcze sekundy temu, teraz prysły. Oczy na powrót odzyskały swój twardy wyraz, a skóra już nie była ani delikatna, ani tak ciepła. Twarz przybrała zwykły widok. Wrócił. Znów był tym Komorowskim, którego znałam dotychczas.
-Co, dlaczego?- Pyta przytomnie.
-Przed czym uciekasz?
-Przed wspomnieniami…
Przecież wiem, że przed wspomnieniami! Nadal stara się tak mówić, by nie powiedzieć za wiele, najlepiej nic konkretnego.
-Czy to wiąże się z twoją żoną?- Nie daję za wygraną. Muszę jakoś wykorzystać tę szansę, a jednocześnie baczyć, aby nie powtórzyć błędu z rozmowy przy źródełku.
-Tak!
-Odeszła od ciebie?- Jakże chciałam usłyszeć potwierdzenie. Bo w takim razie, to rodzące się we mnie uczucie miało jakąś szansę…Nikłą, ale jednak szansę.
-Tak…
Aż czułam jak uchodzi ze mnie powietrze.
-I zostawiła dziecko?!- To wprost niewiarygodne. Matki z reguły w takich przypadkach mogą zostawić ostatnie majtki, ale dzieci biorą ze sobą. Bezwzględnie. Choć, z drugiej strony, cóż ja wiedziałam o tych sprawach? Może ona była inna? Co tam! Jakkolwiek było, teraz był sam. Nie pogodzony z tym, ale sam. Czyli…Mam pole do popisu. Przynajmniej w teorii.
-Musiała…- Dobiegło mnie wyjaśnienie, które nie wyjaśniało tak naprawdę nic, poza tym, że w jakiś sposób usiłuje ją usprawiedliwić. Co nawet było do niego bardzo podobne.
Przez chwilę nie rozumiałam, co powiedział. Jeszcze kontemplowałam wszystkie implikacje tego faktu, które mogłam dowolnie wykorzystać dla siebie. I dlatego, gdy do mnie dotarł sens tego słowa, wydało mi się, że zaczyna się powtarzać nasza rozmowa z wieczora. Taki słowny pingpong. Dla podtrzymania konwersacji i z przynajmniej jednym uczestnikiem rozmowy, który się świetnie bawi. Ale z której nic nie wynika.
-Musiała?- Nie daję za wygraną, choć jako żywo mam wrażenie, że mnie delikatnie popycha ku absurdalności. Na pozór podejmuję grę słów, ale mam bardzo wielką ochotę zmienić zasady tej gry; zasady, jakie będę rozumiała i jakie mogę zaakceptować- nie tak jak wieczorem…
-Ona umarła, Renata. Rozumiesz? Umarła!
Czy słyszeliście kiedyś, by ktoś szeptem krzyczał? Wiem, że to durne określenie, ale tak właśnie teraz było. I wiem, że ten szept brzmiał bardziej znamiennie i dramatycznie niż nawet najgłośniejszy krzyk. Było tyle bólu i rozpaczy w tym wyznaniu, że mnie samej serce się ścisnęło i łzy gwałtowną falą napłynęły do oczu. Nie było w tym nic udawanego, żadnej taniej dramaturgii obliczonej na efektowne zwieńczenie tej nocnej pogawędki. Sama prawda.
A prawda ta poraziła mnie z mocą tysięcy woltów. Teraz wiele zdarzeń wydało mi się jasnych i prostych. Choć, właśnie- wydawało mi się…Nadal zbyt dużo spraw było niezrozumiałych. Mało tego! Przy mojej manierze obracania dookoła wszelkich najmniejszych faktów, śmiem twierdzić, że miast wyjaśnić całość sprawy, lub tylko chociażby jej część, to oświadczenie takie, jeszcze bardziej ją zagmatwało. Irracjonalne to, ale jednak prawdziwe. Wyjaśnienie, które tak naprawdę niczego nie wyjaśniało. Czy taki był cel tych wynurzeń? Czy istotnie Rafał zwierzał mi się, czy tylko umiejętnie zawracał w głowie? Czy była w tym szczerość, czy raczej premedytacja? A może jak zwykle wyolbrzymiam swe wrażenia, a z podejrzliwości karmię swą paranoję- tam gdzie nie ma absolutnie żadnych podstaw do takiego zachowania? Oto, cała ja! Nawet zwykła kula ma dla mnie same ukryte wgłębienia i pełna jest kantów, za którymi się kryją podstępne tajemnice. Im mroczniejsze i bardziej nieprawdopodobne- tym mocniej skłonna jestem im dać wiarę. Nie wiem tylko, czy to mój charakter, czy wszystek ród kobiecy ma takie napady histerii maniakalnej?
Pewnie, że mogę teraz zrozumieć jego zachowanie dotychczas i wszystko, co powiedział i zrobił. Lub czego nie zrobił i nie powiedział…Mogę zrozumieć jego stan ducha oraz wrażenia. Przynajmniej niektóre. Ale, na boga, pod czaszką wciąż mi kołacze zdanie: „...dług, którego nie zaciągnęliśmy!” zdaję sobie sprawę, że zaczynam obsesyjnie drążyć tę frazę, ale od niej wszystko się zaczęło. I choć nie mam na to dowodu, jeszcze nie mam, to wiem, że tu tkwi cały sens tej historii. Tu jest sedno, a ja je poznam. Już teraz nie odpuszczę, zbyt blisko jestem odkrycia prawdy. Chociaż nadal odbijam się jak od ściany, natykając się na coraz to nowe przeszkody i niedopowiedzenia.
I co z tego, że wiem już dlaczego nie przyjechał z żoną? Że przeżył ogromną tragedię? Że ona była dla niego wszystkim, a teraz nie żyje i świat przestał być miejscem, w którym chciałoby się dalej trwać? Ale, do cholery, jakie to ma połączenie z moją rodziną?! Bo przecież jakiś związek mieć musi! Czułam, że prawda jest blisko, a jednocześnie wciąż zbyt daleko, bo jej nie dostrzegałam. Gdzieś w podświadomości jakieś oczywiste wnioski, jak przez mgłę, usiłowały wysunąć się na pierwszy plan, ale nadal inne konkluzje zaciemniały obraz. Czułam, że powinnam już rozwikłać tę zagadkę, a jednak stałam w miejscu.
Było jeszcze jedno pytanie, nie mniej ważne, przynajmniej z moje go punktu widzenia: czy on ma pojęcie o tym związku, czy tylko rodzice odkupują bliżej mi nieznane winy, a on o tym nie wie? Co prawda, nie chce mi się wierzyć, by był tego nieświadomy, ale przecież tak do końca to możliwości tej nie mogę wykluczyć. Twierdził, że się nie znali do teraz z rodzicami. Nic o sobie nie wiedzieli. Więc gdzie tu punkty styczne? Gdzie łańcuch przyczynowo- skutkowy? Gdzie sens w tej gmatwaninie? No właśnie! Niby coś tam się dowiedziałam, niby już wiem więcej i co? I nic! Wciąż stoję pośrodku pustego pokoju i za cholerę nie widzę drzwi wyjściowych. I ból głowy, który na powrót zaakcentował swoją obecność potwornym uciskiem na czerep, nie był temu absolutnie winien. Przynajmniej nie w całości.
Był to znak, że od teraz nie będę mogła racjonalnie i trzeźwo myśleć. Tak jakbym dotychczas to potrafiła…Porzuciłam więc moje dalsze spekulacje zadowolona, że udało mi się odbudować ten most. Że na powrót nawiązałam nić porozumienia z Komorowskim. Na teraz musi mi to wystarczyć, na kolejne pytania przyjdzie czas. Nie tylko dlatego, że mam galopującą migrenę, ale także, a może w szczególności, nie chcę za bardzo naciskać, by znów mi się nie spłoszył. Jeszcze nadejdzie czas zwierzeń, kto wie, może już ostatecznych?
Spoglądam na Rafała i ściskam w milczeniu jego dłoń. Chcę mu przekazać, że jestem z nim i może liczyć na moją pomoc. Przynajmniej niech wie, że ma słuchacza i przyjaciela. Przez chwilę zdaje mi się, że ma ochotę przytulić się do mnie i czekam na to, lekko drżąc, nie wiadomo, z niecierpliwości, czy z podniecenia. A może z obu tych przyczyn jednocześnie? Ale po sekundzie uczucie to uleciało gdzieś daleko. A może tylko naprawdę mi się zdawało? Nic nie było, tylko moja chora wyobraźnia wciąż mi płata figle.
Rozluźnił uchwyt i wyszeptał zupełnie już normalnym głosem:
-Proszę Renata, chcę teraz być sam…
Jeszcze godzinę temu dziko sprzeciwiłabym się, ale teraz tylko kiwam rozumnie głową w geście pełnej akceptacji i wstaję. Zdaję sobie doskonale sprawę, ile go kosztowały te wyznania! Być może chce zostać sam ze wspomnieniami, może żałuje tej chwili słabości i szczerości, a może tak po prostu, niczym rasowy facet, chce popłakać i nie życzy sobie żadnego towarzystwa, a babskiego tym bardziej.
Wychodzę do swego pokoju. Grzmoty tłumią kroki bosych stóp. Pomimo, że byłam okryta kocem, to czuję, iż przemarzłam. Wskakuję szybko do łóżka i z błogim uczuciem witam ciepło powoli rozlewające się po moim ciele. Byłam tak zmęczona, że nie wiem kiedy zasnęłam.
Śniły mi się chyba łąki zielone i dzwony weselne. Komnaty pełne tajemnych przejść i posępni rycerze na swoich rumakach.
Albo tylko tak mi się zdawało…

3.

Ranek wstał pochmurny. Nie padało wprawdzie, burza się zdążyła wyszaleć w ciągu nocy, ale słońce skryte pozostało za chmurami. I do tego się wyraźnie oziębiło. Otworzyłam oczy i zrozumiałam, że nie warto wyłazić spod kołdry. Chłód dość dotkliwie zaatakował moją twarz, dając jasno do zrozumienia, że mam sobie cieplutki dzionek wybić z głowy. Więc przez chwilę jeszcze leżałam, próbując się jakoś przekonać do wstania i pozbawienia ciała tej przytulnej otuliny, jakim było moje nocne okrycie, ale bez większych sukcesów w tej materii. Przymknęłam oczy, starając się przywołać z pamięci obrazy snów, jakie mnie nawiedzały tej nocy, lecz tu także spotkał mnie zawód. Nic kompletnie nie pamiętałam. Powiadają, że to błogosławieństwo nie pamiętać tego, co się nam śni. Niech im będzie…Wobec samych porażek, zmusiłam swe ciało do wysiłku i ryzykując ogromną „gęsią skórkę”, wyskoczyłam na środek pokoju, szybko się ubrałam i zeszłam na śniadanie. Komorowski siedział już przy stole. Nie tylko on jeden, wszyscy czekali na mnie, rodzice wyraźnie zniecierpliwieni, a brat znudzony i udający obojętność. Znam go doskonale i wiem, że przez kilka dni będzie miał ogromniastego focha i całkiem dobitnie mi da o tym znać. Na swój sposób rzecz jasna. Ale nie martwiłam się nim. A powinna byłam- bo to w końcu mój brat, i czy to mi się podoba, czy nie- usiłował coś dla mnie uczynić. Ale jak większość na pół dorosłych nastolatków, byłam zadziwiająco niesprawiedliwa w ocenach. Liczyły się tylko dla mnie moje problemy i moje przepisy na ich usunięcie. Za wszelką cenę chciałam wierzyć w swe własne siły. Nie chciałam dopuścić nikogo i niczego w pobliże, chyba, że widziałam w tym swój interes- jakikolwiek by on nie był.
Przywitałam się z wszystkimi głośnym „dzień dobry” i utkwiłam wzrok w Rafale. Absolutnie w tej chwili zlekceważyłam matkę, która z pewnością zaraz odkryje moją nachalność względem gościa. Zupełnie mi to było obojętne. Spodziewałam się spontaniczności, otwartości, diabli wiedzą czego jeszcze, ale to był Komorowski!
Fakt, że nie miał wrogości w oczach i nie odpychał wzrokiem, ale też dość przelotnie mnie zbył skinieniem głowy, zupełnie tak jakby nic między nami nie zaszło. Tak jakbyśmy nigdy tej nocnej rozmowy nie przeprowadzili. Zresztą, brata traktował tak samo, aczkolwiek akurat to, nie miało dla mnie żadnego znaczenia.
„Co jest do cholery?”- Pozwoliłam sobie na przekleństwo w duchu, zdziwiona i zaskoczona. I zupełnie niepotrzebnie, bo przecież reakcje Rafała często bywały nieprzewidywalne. Powinnam wiedzieć, że tamto nie będzie miało dla niego znaczenia, a jeśli nawet, to z pewnością nie okaże tego na zewnątrz. A ja naiwna myślałam, że zbudowałam most porozumienia nie tylko dla siebie, ale także dla wszystkich nas. Tymczasem most okazał się kładką i do tego bardzo chybotliwą na dodatek. W sumie nic nowego, dobrze, że chociaż nie trzyma mnie na dystans. To znaczy trzyma, ale tak bym mogła w każdej chwili podejść. Cisnąć mi się zaczęły takie różne, nie do końca parlamentarne zwroty, jednak milczałam, bo matka przysiadła się do stołu i zaprosiła do jedzenia. Ojca tylko brakowało, musiał gdzieś wcześnie rano pojechać w sprawach służbowych. Przez chwilę jedliśmy w czwórkę, oczywiście w ciszy, gdy Komorowski przełknął kolejny kęs bułki i spytał:
-Mam takie pytanie do pani. Czy miejscowość Ignacin, to daleko stąd?
Już sam fakt, że się odezwał, był na miarę sensacji. A tu jeszcze konkretne pytanie, wcale nie będące obojętnym w dyskusji, to jak na Komorowskiego istny szok!
Ignacin? A czego on tam szuka?
Matka także sprawiała wrażenie przynajmniej porażonej, chwilę trwało zanim odpowiedziała:
-Stąd to będzie jakieś dziesięć kilometrów.
-A zna pani tam kogoś?
To już było niewiarygodne! Komorowski jawił się nam dotychczas jako samotnik i odludek, chyba nie do końca zadowolony z przyjazdu tutaj, a jednak! Proszę, prowadzimy sobie luźną konwersację, może niezbyt wyszukaną jak na poranne śniadanko, ale rozmawiamy. Dokonał się jakiś przełom w naszych stosunkach. A przynajmniej ja tak to widziałam.
-No, parę osób, ale niezbyt wielu- odpowiada matka już znacznie pewniejszym głosem.- Chodzi panu o kogoś konkretnego?
Patrzę jak urzeczona na Rafała, lecz on zupełnie mnie ignoruje.
-Tak. Interesuje mnie nazwisko Trzeciak. Izabela Trzeciak.
Matka kiwa przecząco głową na znak, że nie zna. Wyraźne rozczarowanie tylko na sekundę przyćmiło jego oczy, po czym uśmiechnął się z wdzięcznością za te informacje.
Matka jej nie znała, ale Trzeciak znam ja. Waham się chwilę czy mu o tym powiedzieć. Czy może zaczekać aż będziemy sami i wtedy mu o tym powiem. Ale jednak decyduję się zaimponować, tylko sama nie wiem komu?
-Ja znam…
Teraz z kolei patrzy na mnie, ale wzrok jego nie wyraża żadnych uczuć, jest dla mnie obojętny. Interesuje go w tej chwili tylko Izabela Trzeciak. Gdzieś w głębi mojej duszy poczułam dziwnie znajome ukłucie. Zazdrość?
-Gdzie mieszka?- Nie dał mi się zastanowić nad naturą moich wewnętrznych rozterek.
-A może bym pojechała z panem i pokazała?- Proponuję perfidnie. Nadal mi stoi przed oczami obraz pięknej Izy i Rafała. Głupiutkie, samolubne uczucie, ale ono we mnie rozrosło się do niebotycznych rozmiarów. Przysłoniło rozsądek. Łapię kąta oka wzrok Pawła, który tylko przez chwilę jest zdziwiony, później jakaś pewność zagościła w jego świadomości, bo nawet się drwiąco uśmiechnął do swych myśli. Nie miałam teraz czasu na te jego zabawy w detektywa. Zbyłam ten fakt obojętnie.
Tytułuję Rafała „panem”, bo przecież matka nas słucha, a nie chcę na razie kłopotów z nią na tle konwenansów. Ale i tak popełniłam błąd. Matka natychmiast wychwyciła afront, w postaci napraszania się.
-Renata!- Przywołała mnie do porządku.- Co to jest za droczenie się?! Powiedz i koniec.
Oboje, Rafał i Paweł, obserwują tę scenę z autentycznym rozbawieniem. Obu, niezależnie od moich pragnień, w tej jednej chwili bym ukatrupiła. Najlepiej, ze szczególnym okrucieństwem.
Czuję jak cała moja powierzchnia twarzy, aż po szyję i dekolt gwałtownie pąsowieje. Oblewa mnie gorąco:
-Ależ mamo…
Słabiutki głosik protestu. Nie udawany, a zupełnie prawdziwy głos zawstydzenia. To także mnie irytuje w dwójnasób.
-A może pan Komorowski nie chce mieć towarzystwa w tych odwiedzinach?- Rozsądek matki był powalający.
Oczywiście. Też racja. Powiem szczerze, że nie pomyślałam o tym. Jakże mogłam myśleć racjonalnie, skoro przed oczami stał mi obraz rywalki i wybrańca mego serca! Takie dmuchanie na zimne, bo przecież niczego takiego nie wiedziałam na pewno. Poczułam się zagrożona w tej wyłączności na Komorowskiego. Nauczyłam się sądzić, że jest tylko dla mnie. Jako tajemnica. Jako przygoda. Jako miłość. Wszystko. Wbrew niemu samemu. Wbrew wszystkim dookoła. Tylko dla mnie. Idiotka!
-Ależ skąd! Niech jedzie!- Przywitałam te słowa z ulgą. Musiała być bardzo widoczna, bo Paweł niemal parsknął śmiechem. Zgromiłam go tym razem wzrokiem, a i matka ściągnąwszy brwi, od siebie spiorunowała oczami, więc udał tylko, że się nagle zakrztusił pokarmem. Rodzicielka oboje nas i Rafała do kompletu, obrzuciła podejrzliwym spojrzeniem człowieka przekonanego, że coś jest nie tak, ale nie bardzo wiadomo co.
-No, nie wiem…- Wyskandowała dobitnie i całkiem wyraźnie swe niezadowolenie.
Rafał natychmiast pojął znaczenie tych słów:
-Pani Jagielska!- Zaczął niemal uroczyście, co o mało nie doprowadziło Pawła do kolejnych parkosyzmów śmiechu.- Będzie mi miło mieć towarzystwo pani córki.
Co on, się oświadcza o mnie, czy jak? Brzmiał jak panicz z romansów Rodziewiczówny. Ale trochę mnie tym imponował i co ważniejsze, zawojował totalnie matkę. Jednak już w następnej chwili, Paweł niemal spadł z krzesła, całkiem rechocząc bez skrępowania, a ja zostałam przy stole z szeroko rozdziawioną buzią:
-A poza tym, będę potrzebował opiekunki do dziecka…
Opiekunki do dziecka! Też coś! Co on sobie wyobraża?!
Znając Komorowskiego, byłam pewna, że zrobił to specjalnie. Bo oto widzę wesołe błyski w oczach Rafała. Nareszcie! Szkoda, że moim kosztem, ale dobrze, że w ogóle. Wnet zapominam mu tę zniewagę, tym bardziej, że przekonał matkę całkowicie. Nawet ona sobie pozwoliła na odrobinę zapomnienia i wykrzywiła usta w grymasie mającym udawać delikatny uśmieszek.
„A niech tam,- myślę- mogę być niańką!”
-Zgoda- matka poważnieje i na powrót krzywi się jakby nie była do końca przekonana.
Wstajemy wszyscy od stołu. Mnie czekają jeszcze obowiązki związane z uprzątnięciem, więc rzucam się szybko, byle tylko się Rafał nie rozmyślił i nie pojechał sam w międzyczasie. Ale on ten czas wykorzystał na przygotowanie „malucha” na wyjazd.
Zdążyłam się jeszcze przebrać. Oczywiście zupełnym przypadkiem, jedyna odpowiednia na tę pogodę sukienka, była akurat najlepszą moją kiecką w ogóle. No naprawdę!

4.

Ruszyliśmy tak szybko, jak tylko zainstalowaliśmy Dorotkę z tyłu, na siedzeniu. Mama chciała się nią opiekować, ale Rafał grzecznie, acz stanowczo odmówił. Jeszcze by matka kazała mi zostać w domu i tutaj wywiązywać się z opieki nad dzieckiem. Ale nic nie wskórała, więc teraz mała gaworzy z tyłu leżąc w specjalnym siedzisku, które Rafał skonstruował i wykonał sam. Chwalił mi się tym przez dobre pół godziny, ale muszę przyznać, że sama go do tego sprowokowałam. Co prawda trochę dziwnie mi było słuchać tych wszystkich, nudnych w zasadzie, szczegółów technicznych, z których i tak nie rozumiałam zbyt wiele, jak to typowa kobieta, ale chłonęłam każde jego słowo, po to, by tylko słuchać tembru jego głosu. Jasne, klasycznie- jak zakochana do nieprzytomności dzierlatka. Może to całkiem naturalne, ale dla mnie fakt, że on jest kimś tak fizycznym był niezwykły. Cóż, gdy się wyśniło królewicza z bajki, rola rzemieślnika, choćby nie wiem jak zręcznego, jakoś mi nie pasowała do ogólnego wizerunku. Ale i tak zrobiła na mnie wrażenie. A jakże!
Nie jechaliśmy zbyt szybko, ale za to w milczeniu. To znaczy, gdy się już wyczerpał temat rękodzieł, zapadła cisza…Może Rafał pojął, że chyba nie tego chciałam słuchać, a być może zauważył, iż moje zainteresowanie jest czysto towarzyskie. Dość, że w pewnym momencie umilkł i skupił się na prowadzeniu, a ja wpatrywałam się w niego coraz bardziej z psim oddaniem. Rzucał mi tylko raz po raz kose spojrzenia, ale sprawiał wrażenie rozbawionego sytuacją. Choć zdaje mi się, że dostrzegałam jakiś cień na twarzy. Coś tak dziwnie ulotnego, eterycznego, co tylko zdołałam sobie uświadomić, a co nie do końca zostało mi w głowie. Wyczuwałam to, ale tak nie do końca. I tak był dla mnie tym wszystkim, co zakochana dziewczyna chce widzieć obiekcie swych westchnień, takie cienie tylko potwierdzały moje odczucia.
Rafał skoncentrował się na prowadzeniu, a ja nie chciałam mu przeszkadzać. Wiadomo, że dla mnie ta podróż mogłaby trwać w nieskończoność. Jednak po dłuższej chwili, to on przerwał milczenie:
-No i jak ci się podobało w nocy to wypytywanie?
Nawiązał do nocnych wydarzeń. Dziwne. Zupełnie jak nie on. Mój Komorowski przechodził nad takimi wydarzeniami do porządku dziennego.
-Wypytywanie?
-No może faktycznie źle dobrałem słowa…
Kurcze, dla mnie to była rozmowa. A on zrobił z tego śledztwo. Czyżby się wycofywał z tej odrobiny porozumienia, jaka się między nami wywiązała? Być może dla niego ta odrobina intymności była bez znaczenia, a być może wręcz przeciwnie, wystraszył się i próbuje się wycofać. Typowo jak na Komorowskiego. Ale dla mnie miało to znaczenie. I to nawet większe niż byłam w stanie przyznać. Większe niż mogłam zaakceptować. A jednak jakoś chciałam zrozumieć, a on wszystko sprowadza do poziomu mego wścibstwa. Nie pojmował tego? Czy odwrotnie, aż za dobrze rozumiał i dlatego starał się znów mnie trzymać na dystans? Żałował tej chwili? Zapomniał się a teraz stara zamknąć sprawę na zimno? Ech, dlaczego wszystko, co tylko dotyczy Rafała obraca się w tajemnice, a z jednej odpowiedzi rodzi się dziesiątki pytań? Skomplikowany i tajemniczy facet to jedno, a zimny i wyrachowany gość- to całkiem co innego. Dlaczego chce uchodzić za kogoś kim nie jest? Bo wiem, że nie jest taki. Miał chwile czułości. Widziałam je. Faceci, albo są zimni i źli, albo tylko takich udają. A Komorowski udawał. I nawet całkiem mu nieźle to wychodziło. A jednak pozwolił mi zaglądnąć poza zasłonę, być może żałował tego teraz, ale cofnąć się tego już nie da. I wiem, że on udaje zimnego. Odgradza się od świata. Rozumiem dlaczego. Ale nie akceptuję tego. Gdyby nie chciał wyjść z tej swojej samotni, to by mnie nie dopuścił w swoje pobliże. Wciąż się opierał, ale tak naprawdę chciał dać sobie szansę. Tak to widziałam. Tak czułam. Tego byłam pewna. I dlatego powiedziałam:
-Strasznie mi przykro z powodu twojej żony, Rafał…
-Zupełnie niepotrzebnie.- Rafał mówi powoli, wyraźnie i tak, abym zrozumiała dokładnie.- Ja się nauczyłem żyć z tym wspomnieniem. Nie musisz się litować nade mną!
-Ale przecież…
Nie dokończyłam. Nie mogłam. Oto zdałam sobie sprawę z tego, że znów stara się odsunąć ode mnie. Jakby żałował tej chwili słabości. Wciąż się zmagał sam ze sobą. Tylko po co w takim razie zabrał mnie z sobą? Bo nie po to, bym pilnowała mu córki. Jest taki pełen sprzeczności. Niby to właśnie mnie w nim pociągało, ale chyba zaczynało już odrobinę nużyć. A być może chciałam trochę normalności? O ile ta cała sytuacja jest normalna…
Jednak nie miałam absolutnie najmniejszego zamiaru rezygnować. Z niczego. Ani z marzeń, ani z pragnień, ani z niczego. Już teraz wiedziałam, że to lato będzie niezwykłe. Pod każdym względem. Już nic nie będzie takie jak dawniej. Jak bardzo miało się zmienić moje życie, to się miało okazać już niedługo…Ale teraz miałam jeszcze wiele rzeczy do wyjaśnienia. Postanowiłam już nie odpuszczać Rafałowi. Choćby nie wiem jak się starał ukryć resztę prawdy, ja muszę ją odkryć!
I dlatego zapytałam:
-Czy my jesteśmy w jakiś sposób ze sobą spokrewnieni?
-Spokrewnieni? Ależ skąd!- Brzmiał autentycznie. Jego zaskoczenie było absolutnie prawdziwe. Nie udawał! Nie teraz.
-Mama mi coś wspominała o jakimś długu, który mają do spłacenia względem ciebie.- Zagrałam całkiem va banque. I obserwuję go uważnie. Nic nie może umknąć mojej uwagi. Nie teraz.
Chwila wahania i pada zdecydowana odpowiedź:
-Pewnie ci się przesłyszało.- Akurat!- Żadnego długu nie ma.
Może bym mu uwierzyła, choć przecież uszy miałam czyste, gdy matce się wyrwało to niepotrzebne zdanie, ale ta chwila wahania potwierdziła moje podejrzenia, że jednak coś musi być między nimi. Ale co?
-I tak ci nie wierzę- rzucam hardo.
-Twoja sprawa…- Nie dał się sprowokować.
Odrzekł to obojętnie, ale wyczułam w jego głosie lekką niepewność. Nie było to moje chciejstwo, ona naprawdę była w jego głosie. To umocniło mnie w przekonaniu, że jednak się nie mylę, że kierunek jest dobry, metody może niedobrane, ale kierunek w jak najlepszym porządku. A także, że udało mi się sforsować kolejną linię obrony.
Już nie był tak pewny siebie i opanowany jak niegdyś. Starał się takim być ciągle, ale doskonale widziałam te wahania, a nawet wyzierający strach z oczu. Strach przed utratą swego tajemniczego świata. Byłam pewna, że żyje w świecie odizolowanym od naszego. Chciał się wyrwać, a zarazem bał tego. Mogłam mu w tym pomóc. Mogłam pomóc w ucieczce do realnego świata. Mogłam i bardzo tego chciałam. Być może bardziej niż on. Nawet z całą pewnością bardziej. Ale nie mogłam tego zrobić bez niego. I dlatego musiałam wiedzieć coś więcej o nim samym. Choć starał się za wszelką cenę skryć te sprawy. Ale tracił ten swój pancerz. Tracił pewność siebie. Odwrotnie niż ja. Czułam się coraz odważniejsza w kontaktach z nim. Bardziej niż jeszcze parę dni wcześniej. No, ale wtedy nie znałam przecież tylu szczegółów z jego życia! Niemniej za mało. Zbyt mało, by wyjaśnić związek między nim a moją rodziną.
Staram się podtrzymać konwersację nadal, ale teraz zmieniam temat. Tak mi się przynajmniej wydaje.
-Znasz Izę Trzeciak?
-Gdybym ją znał, to nie pytałbym się o nią.
Jasne, przecież to zupełnie oczywiste, że gdyby wiedział, gdzie mieszka, nie dowiadywałby się o Ignacin. Choć z Komorowskim nigdy nic nie wiadomo. Mógł chcieć jechać ze mną. A przynajmniej chciałam, by tak było.
-A ty?- Pada pytanie pod moim adresem. Patrzy na mnie i widzę, że wyczuł moją niechęć do Trzeciak. Nie wiem tylko, czy jest w stanie pojąć czym ta niechęć jest podyktowana.
-Znam ją z działalności oazowej w parafii…
-Działasz w oazie?!- Spodziewał się widać zupełnie innego wytłumaczenia, cokolwiek, tylko nie to.
-A cóż w tym dziwnego?- Naburmuszyłam się.- To źle?
-Nie, skąd…- Nie zabrzmiało to przekonująco.
Zapadło dość niezręczne milczenie. Przez kilometr lub dwa on kierował w spokoju, a ja podziwiałam krajobrazy.
-Wierzysz w boga?- Słyszę po chwili.
-A ty?- Rewanżuję się natychmiast.
Jak dotychczas nasze rozmowy krążyły wokół niego, mnie i takich tam bzdetów rodzinnych. Ale takie dysputy to coś zupełnie innego. I wcale nie były lżejsze. Lecz miałam nadzieję dowiedzieć się czegoś innego o nim.
-Nie- pada krótka, ale stanowcza odpowiedź.
-I sumienie ci nie przeszkadza?- Odważam się zadać nie tylko pytanie, ale tak bezpośrednio osobiste pytanie. Wiem, że brzmi jak słowa kaznodziei. Trochę tak na wyrost, by sprowokować dalszą dyskusję. Jednakże gdzieś w głębi swego jestestwa obawiałam się czy ponownie się nie skończy jak przy źródełku.
-Ja nie mam sumienia…- Głos beznamiętny, stanowczy i zimny.
-I po co kpisz z takich spraw?- Prowokuję dalej.
-Ja nie kpię.- Widzę, że mówi poważnie. Ale przecież tak samo mówił do mnie wtedy, gdy ewidentnie mnie wystawił po moim wtargnięciu do jego pokoju. Więc to nic nie oznaczało.
-Mocno jesteś wierząca?- Zgrabnie przerzucił kwestie wiary na moją osobę.
-No wiesz?!- Oburzenie na chwilę przytyka mnie.- Skoro chodzę do oazy…
-To nie takie oczywiste- przerywa mi bezceremonialnie. Może i dobrze, bo moje tłumaczenia brzmiały cokolwiek żałośnie.- Znam wielu oazowiczów, którzy zbijają punkty u plebana, a tak naprawdę, to mają gdzieś głęboko ten cały ruch, a nawet religię.
Oburzona wrzeszczę:
-Każdy sądzi po sobie!
Jest tylko odrobinę zaskoczony moją reakcją. Uśmiecha się dobrotliwie, z pobłażaniem. Wygląda jak uosobienie wszechwiedzy. Czyli tak jak zawsze. Innego go nie znam. Nawet nie wiem czy te nocne rozmówki nie miały jakiegoś ukrytego celu.
-Nie musisz się unosić.- Przywołał mnie do porządku.
-Przepraszam- kładę potulnie uszy po sobie.
Zawsze mnie potrafi zawstydzić. Jak dobry wujaszek. Cholerny, dobrotliwy wujcio!
-Czy Trzeciak nadal jest w oazie?
Co on z tą Izą? Drąży ten temat z uporem maniaka. Ma w tym jakiś ukryty sens? Czy tylko tak się to dziwnie składa? A może to ja jestem przeczulona? Zwyczajnie zazdrosna. I wyolbrzymiam każdy szczegół. Albo widzę czegoś, czego nie ma. Jednym słowem świruję. Lub tylko jestem żałosna. Raczej to drugie. Ostatnio tylko to mi wychodziło najlepiej. Robienie z siebie idiotki.
-Nie- odpowiadam na zadane wcześniej pytanie.- Wyrosła już z tego.
Sucho to jakoś zabrzmiało. Jak gdybym już nie chciała o tym rozmawiać. Jak gdybym miała już dość. Był niemal moim rówieśnikiem, a każda dyskusja ukazywała jego wyższość nade mną. Czy sprawiało to jego niewątpliwie większe doświadczenie życiowe? Czy to ja byłam płytka jak rów melioracyjny?
-A widzisz!- Komentarz do mojej odpowiedzi.
Wzruszam ramionami. Ta wymiana zdań wyraźnie nas od siebie oddala. To już lepiej gadać o tajemnicach rodzinnych. Ale jak tu na powrót nawiązać do tego?
-Jesteś ateistą?- Brnę dalej, wiedziona jakąś ciekawością. Chciałabym bardzo dowiedzieć się o nim jak najwięcej. I to rzeczy niekoniecznie bezpośrednio związanych ze mną, moją rodziną, tymi wszystkimi niejasnościami. Mam nadzieję, że być może tutaj znajdę jakiś ślad, który mnie naprowadzi na trop do wyjaśnienia tych niedomówień.
-Nie.
-A więc nie wierzysz w boga i nie jesteś ateistą?
I potem dodaję całkiem bez sensu:
-Może innowiercą, co?
Cóż za durne pytanie! Gdyby był innowiercą, wierzył by przecież w boga. Innego boga, ale jednak.
-Agnostykiem…- Odpowiada, jakby zupełnie nie słyszał o co pytam. Jest szansa, że nie wyjdę na kompletną idiotkę.
-Czym?- Uparłam się chyba, żeby koniecznie sprawiać wrażenie niedorozwoju umysłowego.
-Nie czym, ale kim: agnostykiem.- Cierpliwie powtarza.
-A co to jest?
-Agnostyzm: nie zaprzecza, ale też i nie potwierdza wiary, że bóg istnieje.- Brzmi jego odpowiedź niczym ustęp z encyklopedii.- Co prawda, większość wierzących, szczególnie katolików, nie widzi różnicy między agnostykami a ateuszami.- Dodaje po chwili.
A ja czuję się nagle głupio. Zadawałam mu tyle durnych pytań. A przecież kiedyś mieliśmy pogadankę w oazie w temacie innowierców, ateistów i wszelkiej maści odstępców. Widać nie bardzo mnie ten temat fascynował, a może faktycznie Rafał ma rację z tym zbijaniem punktów u księdza, bez zbędnego się angażowania w rzeczywistą działalność?
-To u ciebie wrodzone czy nabyte?- Pytam z ironią, by pokryć swoje zakłopotanie.
-Właściwie, to nie wiem.- Zastanowił się nad dalszą odpowiedzią.- Chyba wrodzone, chociaż wychowałem się w katolickiej rodzinie.
-A ślub kościelny masz?- Chciałam to wiedzieć i problem wiary nie miał z tym nic wspólnego. A poza tym jakoś podtrzymywałam rozmowę i to nie ja byłam podmiotem tej pogaduszki. Widoczne novum w naszych wzajemnych relacjach.
-Mam.- Pada potwierdzenie.- A raczej miałem…- Na moment zacina się, oblizuje nerwowo wargi i dodaje szybko:- Dorotka też jest chrzczona.
I sama nie wiem czy powiedział to by ubiec moje kolejne pytanie, czy tylko pokrywał wzruszenie w ten sposób. Udałam, że nie dostrzegłam tego.
-Przechodzisz kryzys wiary- mówię niczym lekarz wydający opinię o stanie chorego.- Co nawet w twojej sytuacji ma racjonalne wytłumaczenie…
-Doprawdy?- Kpi i to całkiem wyraźnie.
Kiwam głową z przekonaniem.
-Nie- odpowiada.
-Co nie?- Znów zaczynam zadawać te proste pytania. Z Komorowskim nigdy człowiek nie czuje się do końca pewnych swych racji, a przynajmniej ja tak się zachowywałam. Kiedy już byłam pewna czegoś, on nagle zadawał jakieś pytanie lub rzucał stwierdzenie i wszystko się waliło. Jak teraz.
-Nie przechodzę kryzysu wiary, bo jej nigdy nie posiadałem.
Znów mnie zaszokował!
-Nie wierzę!- Krzyczę mu prosto w nos.
-Ale tak jest.- Spokojnie mi odpowiada.- Zresztą uważam, że to głupota zmuszać swe dzieci do praktykowania wiary. To zaczyna być potem traktowane jak kolejny i w dodatku nieprzyjemny obowiązek.
-Masz jakąś teorię?- Tym razem kolej na moją porcję kpin.
-Nie jestem Lutrem.- Nie daje się sprowokować, zupełnie spokojnie ciągnie dalej:- Ale myślę, że dopiero człowiek dorosły ma prawo wybierać czy chce być wierzący, czy też nie.
Patrzę osłupiała, ale on mówił tak jak myślał. Dokładnie taki miał pogląd. To emanowało z niego aż nadto wyraźnie.
-Ale dziecko, które jest odsunięte od Kościoła nigdy potem się do niego nie przekona- ripostuję.- Nasiąknie zgubnymi wpływami ateizacji naszego społeczeństwa.
Chyba nie zauważam, że zaczynam cytować naszego proboszcza. Robię to całkiem nieświadomie, przytaczam niegdyś zasłyszane opinie jako własne.
-A tak traktuje wiarę jako jeszcze jeden obowiązkowy kodeks, który musi przestrzegać. Jest mu to wpajane od najwcześniejszego dzieciństwa, czyż nie?
-Przecież nikt na siłę nikogo nie trzyma- oponuję.
-Przypomnij sobie, co się dzieje, gdy nagle ktoś zmienia wiarę lub się jej wyrzeka, wyklęty bywa i przez kapłanów, i przez współwyznawców. I ty to nazywasz wolnym wyborem? Nie ma u nas tolerancji! Lepiej chodzić do kościoła, by inni widzieli i mieć święty spokój, prawda?
-Nie- odpowiadam, ale mój głos nie brzmi już tak zdecydowanie, bo wszak w tym co mówił było sporo racji. Nie żebym się z nim zgadzała, ale tak było istotnie w życiu- nawet ja sobie z tego zdawałam sprawę.
Rafał nie odpowiada nic na ten mój sprzeciw. Pewnie uznał, że już dość tych filozofii na dziś. W sumie ten temat też nas prowadził na manowce. I nie wiem czy aby nie przekreślał wszystkich moich pokręconych planów, jakie roiłam sobie w głowie w związku z nim. A na pewno był jeszcze jedną przeszkodą do przezwyciężenia. Nie wiedziałam tylko czy bardziej z mojej, czy jego strony.
Minęliśmy pierwsze zabudowania Ignacina. Komorowski spogląda na mnie wyczekująco. Zrazu nie bardzo wiem o co mu chodzi, myślałam, że wciąż chce dyskutować o wierze, Az nagle zdałam sobie sprawę z tego iż oczekuje ode mnie jakichś wskazówek, w końcu miałam mu służyć za przewodnika. Między innymi…
Ignacin to niewielka wieś położona w jednej linii wzdłuż szosy. Nie sposób nie trafić pod wskazany adres. Nawet teraz wylazła cała moja perfidia chęci, by odbyć tę wycieczkę razem z nim, z powodzeniem można było go poinstruować u nas w domu- tez by sobie poradził. I zdaje się, że Rafał miał tego świadomość. Ale jeśli nawet coś mu się pod czaszką kołatało nie dał po sobie nic poznać. Cały Komorowski!
-Szukaj domu z numerem 78- padła z mojej strony instrukcja. Na wszelki wypadek nie patrzę teraz w jego kierunku, nie zniosłabym żadnych ironicznych spojrzeń.
Chwilę potem zaparkował. Dorotka uśpiona jazdą leżała w swym posłaniu, nieświadoma niczego. Cicho wyszliśmy z samochodu. Żal było ją wybudzać, może się uda odbyć wizytę zanim się zbudzi. Stanęliśmy przy drzwiach wejściowych, Rafał zadzwonił.
Po chwili drzwi się otwarły i ukazała się w nich Iza.
-Cześć- rzuciła do mnie, ale zaraz spojrzała na Rafała. Nie znali się, to pewne.
-Dzień dobry. Moje nazwisko Komorowski. Chciałbym z panią porozmawiać.
-A o czym?- Trochę to niegrzecznie tak wypytywać się w progu, ale z drugiej strony nie wiadomo kto zacz i czego chce, wpuścisz takiego do środka a potem co?
-O Czesławie Granowskiej.- Komorowski nawet jeśli spostrzegł ten afront, to nie pokazał po sobie nic.
W jednej sekundzie twarz Izy przybrała szary odcień i bez zbędnych ceregieli wpuściła nas do środka. Ja tylko chciałam się odwrócić i pójść po Dorotkę, ale się rozmyśliłam.
Już tu bywałam i wiem jak wygląda ten dom od wewnątrz, a Rafał omiótł szybko pomieszczenie nie zwracając na nic uwagi i wyczekująco spojrzał na Izę.
Wpuściła nas do gościnnego pokoju. Poprosiła byśmy usiedli i gnana niecierpliwością i, o dziwo, niepokojem szybko zaparzyła kawy i podała ją. Usiadła naprzeciwko Rafała i wbiła w niego wzrok. Tych dwoje z pewnością coś łączy i miałam cichą nadzieję, że jest to tylko osoba żony Rafała. Ale i tak nie spodobało mi się, że Trzeciak pożera wzrokiem Komorowskiego. Zazdrość? I to chyba głębsza niż byłam skłonna się do tego przyznać.
Rafał upił łyk kawy i powoli rzekł:
-Czesia nie żyje, wie pani?
-Tak wiem- odpowiada zduszonym głosem.- Dostałam telegram od naszej wspólnej znajomej, Basi Kupczyk…
O proszę, kolejna baba! Znajoma? Ale czyja? Jej i tej Czesi, czy też jej i Rafała? Ale przecież nie znali się, więc chyba raczej to pierwsze. Rafał pokiwał głową na znak, że wie o kogo chodzi, zresztą miało to zdaje się marginalne znaczenie.
-Ale jak to się stało?!
-Zginęła w wypadku samochodowym- widać, że ciężko mu o tym mówić. Znałam go już nieco i doskonale słyszałam ten głos przechodzący przez ściśnięte gardło.
A ja nagle poczułam w swojej głowie alarmowe dzwonki. Nie bardzo wiedziałam z czym to jest związane, ale musiałam wiedzieć. Powinnam była wiedzieć! Ale kurde, nie. Gdzieś dzwoni- tylko w którym kościele? To co powiedział chwilę temu Rafał zdaje się ma związek z moją rodziną! Albo powinno mieć. Tylko, że jak zwykle ja nijak nie potrafiłam połączyć tego w całość.
Nagle nad stołem zapadła cisza. Poczułam się niepotrzebna w tym towarzystwie. Matka miała rację, że Komorowski może będzie niechętny tej mojej wraz z nim eskapadzie. Tak przynajmniej mnie się w tej chwili zdawało. To znaczy nie okazywał cienia złości czy niezadowolenia z tego faktu, w końcu całkiem wyraźnie prosił mnie pomoc, ale ja sama poczułam te pustkę wokół mnie. Oni byli złączeni czymś i wiem czym: pamięcią o żonie Rafała. Ja byłam teraz zbędna. Taki nie pasujący element układanki, coś jak kamień w kolekcji pereł.
Te ciszę pierwszy przerwał Rafał:
-Proszę- podał Izie Trzeciak kopertę, którą przez cały czas miał koło siebie. Dużą, szarą kopertę zaklejoną taśmą samoprzylepną. Tę samą kopertę, która dzierżył od początku tej wycieczki, a która przyciągała mój wzrok niemal nieustannie przez całą jazdę tutaj i budziła we mnie najdziksze domysły.
-Co to jest?
Wstrzymałam na moment oddech. W tej jednej chwili nie różniłam się niczym od setek innych zazdrosnych kobiet. Jakże bardzo pogardzałam sobą i jak bardzo aż płonęłam z niecierpliwości, by poznać jaki był właściwy cel tej wizyty.
-Pani książka.- To nie mogło być tak trywialne! No po prostu nie mogło.- Czesia nie doczytała jej do końca. Ale z tego co wiem, bardzo jej się podobała…
-Mój polecany Gardner!- Izabela wyciągnęła ręce jak po relikwię.- Ale skąd pan wiedział…?
-Na okładce jest pani nazwisko. Znałem adres z notesu Czesi, chciałem odesłać pocztą, ale miałem okazję być w tych stronach i pozwoliłem sobie osobiście do pani przyjechać.
Patrzy na niego zdziwiona, więc tym razem nie proszona szybko wtrącam swe trzy grosze:
-Bawi u nas na wakacjach…
-Cóż za przypadek!
„Jasne, przypadku w tym tyle, co trucizny w zapałce.”- Myślę z sarkazmem.
-Dziękuję panu bardzo, ale może lepiej, by ta książka u pana została?
Rafał nagle zesztywniał:
-Nie mam zamiaru robić w domu izby pamięci.- Tym razem to Iza przekonała się jak to jest prowadzić rozmowę z Komorowskim. Z jednej skrajności w drugą, bez żadnego ostrzeżenia. To mogło być nawet zabawne obserwować jak ktoś inna niż ja robi z siebie wariata.- Wystarczy, że w moim umyśle jest martwy świat!- Wybuchnął niczym wulkan.
Ha! Poszedł na całość, nawet jeśli uwzględnić, że to Komorowski, i tak to wyznanie, tak bezpośrednie do osoby bądź co bądź obcej jemu, było niespotykane. Zimne i celne riposty owszem, ale taki niekontrolowany wybuch? A mnie się wydawało, że tylko ja mam dar włażenia na wszystkie miny jakie zakopał wokół siebie…
-Przepraszam- cicho bąknęła Iza.
Lecz także Komorowski się szybko opanował:
-To ja panią bardzo przepraszam. Takie zachowanie jest niedopuszczalne! Nie powinienem tak mówić. Proszę o wybaczenie.
-Nie, to moja wina.- Teraz mamy wersal. Będą się nawzajem przekonywać czyja większa wina.- Ma pan całkowitą rację. Zresztą wie pan lepiej, co powinien teraz zrobić.
Na szczęście dalej Rafał nie ciągnął tego, zbył milczeniem ostatnie zdanie Trzeciak.
Jednak ja nie bardzo zwracałam na to wszystko uwagę, bo oto nagle mój umysł ogarnęło jedno: on znał adres Izy! Dotarło to do mnie po czasie, ale jednak. A więc nie potrzebował przewodnika. O co w tym wszystkim chodzi? To źle czy dobrze dla mnie, że chciał ze mną jechać? Lubi moje towarzystwo? Może potrzebował kogoś na kształt przyzwoitki? Albo takie wsparcie duchowe? Marne, co prawda, ale zawsze. A może faktycznie chciał mnie jako opiekunki do dziecka? O, boże! Mała Dorotka jest w samochodzie sama!
-Pójdę zobaczyć, co z Dorotką!- Zerwałam się nagle od stołu.
Jeśli nawet mieli sobie cos do powiedzenia na osobności, to właśnie dawałam im doskonałą okazję po temu. Przyzwalająco kiwnął głową. Wybiegłam z domu. W samą porę. Dorotka popłakiwała trochę i wierciła się niespokojnie. Prawdę mówiąc to nie wiedziałam, co teraz robić. Chęci to jedno, ale wiedza jak postępować to już inna para sznurówek. Nigdy za bardzo nie interesowałam się opieką nad małymi dziećmi, a teraz nie czas było się uczyć tego. Bezradnie rozglądałam się po wnętrzu auta w poszukiwaniu jakiejś zabawki i starałam się głosem uspokoić małą. Skutek odniosło to mizerny, tylko na chwilę zamilkła słysząc nieznany sobie głos, a potem wróciła do przerwanej arii. Z tym, że obecnie miało to tendencje raczej wzrostowe. Ogarniała mnie coraz większa panika. Dopiero będzie jak zmusi mnie bym pobiegła do Rafała po pomoc. Ależ ze mnie opiekunka do dzieci!
Na szczęście w tej samej chwili, kiedy moja desperacja sięgnęła zenitu, wyszli Iza z Rafałem na próg. Widać, co mieli do załatwienia już załatwili, a może nic takiego nie miało miejsca, tylko moja zazdrość malowała przede mną obrazy jakich raczej sobie nie życzyłam oglądać.
Iza chciała koniecznie obejrzeć Dorotkę. No i obejrzała. Przedtem jednak Rafał wprawnie przewinął dziecko, czym mnie zawstydził po tysiąckroć, a te, skoro poczuło, że ma sucho, natychmiast przestało płakać i patrząc na nas uśmiechało się. Nawet była śliczna w tym swoim bezbronnym, pełnym ufności do świata geście.
-Jezu, jaka ona podobna do Czesi…- Wyszeptała wstrząśnięta Izabela.
-Prawda?- W głosie Rafała czuć było dumę. Nie bardzo tylko wiem z czego: czy dlatego, że spłodził to cudo, czy tylko w kontekście tej podobizny?
-Musi panu być strasznie trudno- Izabela jak na mój gust coś zanadto się zamartwiała moim Rafałem. Zauważyliście, że zaczynam go traktować jak własność? Nawet przestało mnie to dziwić, a już na pewno nie martwić.
-Z dzieckiem radzę sobie świetnie. Nie stroniłem od obowiązków jeszcze, gdy Czesia żyła, więc teraz nie mam z tym kłopotów.- Typowy facet. Chwali się, że raczył cokolwiek w domu robić.
-Ja mówię o tym podobieństwie…
Tym razem Rafał pozwolił sobie na ciężkie westchnienie:
-Tak! Tylko to mi sprawia ból. Wierna replika Czesławy.
Przyjrzałam się uważniej małej, ale chyba tylko oni widzieli podobieństwo. Zresztą nie miałam niczego do porównania, więc nie miało to większego sensu.
Żegnał się z Izą, a ja cierpliwie siedziałam w środku samochodu.
-Dziękuję, że mnie pan odwiedził.
-Nie ma za co. Sam chciałem poznać najlepszą obozową przyjaciółkę Czesi. Żona wiele mi opowiadała o waszych wybrykach na obozie!
Takie tam dyrdymały! A może naprawdę miał taki zamiar?
-Zapraszam ponownie!- Kurtuazja to czy pragnienie?- Renata! Słyszysz?! Przyjedźcie jeszcze kiedyś!
-Zobaczymy- bąkam wyraźnie zbita z tropu. Za bardzo nie wiem, co powiedzieć. Nie chcę jednoznacznie się określać, bo nie wiem jakie ma plany Rafał. Mnie Iza do szczęścia raczej nie jest niezbędna…
Rafał już odpalił silnik i kiwając jak szaleni rękami, ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.
Milczenia tym razem nic nie było w stanie przerwać. Komorowski zdawał się być jeszcze myślami przy żonie, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć. Kilka kilometrów dalej postanowiłam zagaić rozmowę z innej strony.
-Wiesz…mam tak naprawdę tylko jednego przyjaciela…
Spojrzał na mnie autentycznie zaintrygowany.
-Lata spędzam w domu. Czasem tu nudno, ale wtedy przyjeżdża wuj Janusz i dopiero zaczyna się zabawa! Zobaczysz! Z nim nie sposób się nudzić. Aż się nie mogę doczekać, by was ze sobą poznać!
Nie wiem dlaczego, ale Rafał pobladł gwałtownie. Zmiana była natychmiastowa! I nie wiedziałam, co takiego zrobiłam. Przecież ja tylko chciałam nawiązać ponownie nić porozumienia, a ile można roztrząsać jego przeżycia, czy też moje śledztwo prowadzić na oślep? Może w końcu warto się po prostu zabawić w ten wakacyjny czas! W końcu po to podobno tu przyjechał, by uciec od koszmarów dnia codziennego.
Zanim pojęłam co robi, on gwałtownie zjechał na pobocze i wyskoczył z samochodu. Podbiegł kawałek w las i głośno zaczerpnął powietrza.
-Coś się stało?
Milczenie.
-Rafał! Słabo ci?
Odwrócił się w moją stronę. Zobaczyłam wzrok totalnie skołowanego człowieka, jakby ktoś go zagonił w matnię bez wyjścia. I to zdaje się miało związek z tym, co powiedziałam przed chwilą. Ale w życiu nie zgadnę, co takiego to mogło być! Ja także miałam mętlik w głowie. Jeśli mi sam nie zdradzi o co chodzi, znów będę snuć najbardziej pomylone dywagacje, nie posuwając się do przodu ani o krok.
Tymczasem, jakby pod wpływem jakiejś nagłej myśli, Rafał zdecydowanie podszedł do mnie, ale nic nie mówiąc wsiadł do samochodu i nie czekając, aż wsiądę zapalił silnik. Ja także zajęłam swoje miejsce pasażera. Rafał ruszył, nie patrząc na mnie.
-Rafał? Co ja takiego zrobiłam?
Ale on tylko pędził przed siebie. Kiedy już zjeżdżaliśmy na drogę ku naszej leśniczówce, Rafał w końcu przemówił:
-„…Jeśli spytasz mnie jak się czuję, mogę ci szczerze powiedzieć, że zostaliśmy poważnie nabici w butelkę…przy wszystkich dobrych intencjach, najprawdopodobniej bym zwiał, chwytając się nikłej szansy!...gdy pytania gromadzą się w otwartym umyśle…gdy zadzwoni telefon: udawaj, że nie ma cię w
domu. Twoje zaufanie zranione w strefie wolnego ognia! Pytasz dokąd się wybieram- nie wiem…” 6)
Ale ja nic z tego nie pojmowałam. Ogarnęła mnie złość. Czy on nigdy nie może powiedzieć wprost, co mu leży na żołądku?
Nie starczyło już czasu na jakiekolwiek wyjaśnienia, bo wtedy właśnie wjechaliśmy na podwórko.
Rafał wysiadł bez słowa i zupełnie mnie ignorując, zaczął wypakowywać Dorotkę z auta. Chciałam mu pomóc, ale uznałam, że lepiej nie wchodzić mu w drogę. Nie wiem jak, ale ponownie wszystko diabli wzięli.
Muszę w końcu zapytać matki, o co w tym wszystkim chodzi. Nie dam się zbyć byle czym! Już miałam dość tych zagadek. Miałam dość Komorowskiego i tych jego tajemnic. Dość ciągłych wahań nastroju. Miałam dość świata i tych problemów dorosłych! Są wakacje i powinnam się dobrze bawić.
Tylko na moment przypomniało mi się, że kiedyś Rafał to właśnie mi sugerował. Jak zwykle miał rację. Cholerną rację!





Cytaty pochodzą:
1)z listu nadesłanego do redakcji pisma „Na przełaj”
2),3),5)z utworu „Vocal under a blood light”Marillion
4) z powieści Colina Kappa ,,Formy Chaosu” (w tł. Tadeusza Markowskiego) 6)z utworu „That time of the night” Marillion

Podpis: 

Bartek Zalewski zima 2008
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Noc polarna Podstęp Topielec
Na północy Norwegii. Historia trudnej miłości, która powraca po latach. - Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 50
Sponsorowane: 16

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.