http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
120

Posłannictwo z gwiazd

  Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We wrześniu nagrodą jest książka
Podpalaczka
FStephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Dzień życia dniem śmierci

Z uwagi na pojawiające się wątpliwości-tekst jest od początku do końca fikcją.

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
352
użytkowników.

Gości:
352
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 54561

54561

Sierżantów dwóch

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
09-06-15

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantastyka/Wojna/Wojna
Rozmiar
29 kb
Czytane
5969
Głosy
12
Ocena
4.79

Zmiany
09-08-21

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: mamut Podpis: P.Wójcik
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
W odległej przyszłości, na odległej planecie trwa bitwa. Jej zakończenie będzie cokolwiek nietypowe. Opowiadanie napisane pod wpływem chwili:).

Opublikowany w:

Sierżantów dwóch

Sierżantów dwóch.


Planeta była położona tak daleko od wszelkich ośrodków cywilizacyjnych, że nie posiadała nazwy, a jedynie oznaczenie kodowe. Zasadniczo świat ów był tylko pustynią, zimną w nocy, gorącą w dzień, z trującą atmosferą, mimo że zawierającą tlen.
Posiadała jednak bogate złoża trytu i paru innych cennych pierwiastków.
Dlatego w miejscu nazywanym Płaskowyżem Wiatrów trwała bitwa.
Pancerne zagony maszyn parły przez Płaskowyż, wyrzucając siebie tysiące pocisków, ciskając błyskawicami energetycznych uderzeń i osłaniając się polami tarczowymi. Gdzieniegdzie przemykały humanoidalne postacie, to dokonując pobieżnych napraw uszkodzonych, zautomatyzowanych pojazdów bojowych, to biorąc bezpośredni udział w walce lub wykonując inne, bardziej tajemnicze zadania. Czasem też powietrze przecinał ze świstem jakiś robot lub pojazd latający, ale była to rzadkość - zawansowanie technologiczne jednostek pancernych i siła rażenia ich broni sprawiały, że wszystko, co nie posiadało odpowiednio grubego pancerza, odpowiednio dużej mocy osłon, do tego nie poruszało się przytulone do gruntu, było praktycznie skazane na zagładę.
Mocno nieregularna linia frontu wolniutko zbliżała się do rozległego kompleksu niskich, topornych zabudowań, oskrzydlając je powoli ze wschodu i północy. W stronę kompleksu padało zadziwiająco mało wystrzałów, co jednak było związane z tym, że celem prących naprzód sił było zajęcie kompleksu, nie demolowanie go. Zdemolować go można było chociażcy z orbity.
Ciężka, komputerowo sterowana bombarda zajęła właśnie pozycję tuż za grzbietem pobliskiego wzgórza. Wbiła się w sypki grunt na półtora metra, a jej krótka, opasła lufa uniosła się do odpowiedniego konta...
Grom wystrzału wstrząsnął całym otoczeniem.
- Poruczniku, pocałujcie mnie w dupę z takimi pomysłami! Jestem najemnikiem; walczę dla szmalu, a nie szukam chwalebnej śmierci!
Starszy sierżant Dawid Barkof, skulony w leju po jakiejś bombie, wyrwał z gniazda w swoim hełmie wtyczkę radiokomunikatora dużej mocy i odrzucił ją w stronę radiooperatora. Ten odruchowo zwinął kabel. Taka sama wtyczka tkwiła w hełmie radiooperatora.
- Co robimy?! - radiooperator wywrzeszczał swoje pytanie. Nawet mimo tłumienia akustycznego w hełmie, po pierwszym strzale bombardy, która zaparkowała w pobliżu, niemal ogłuchł. I teraz wrzeszczał.
Barkof spojrzał w stronę krawędzi leja... Jeszcze tylko jakieś piętnaście kilometrów i ich siły wkroczą do tego pierdzielonego kompleksu wydobywczo-rafineryjnego.
Krótkie działo bombardy tymczasem ryknęło znowu, sprawiając, że wszyscy w leju skulili się odruchowo. Kolejny pocisk pomknął w żółte niebo tej cholernej planety.
- Głównie staramy się przeżyć!
- Chyba dostaliśmy jakiś rozkaz, nie?! - retorycznie zapytał niejaki Bull. Facet, w przeciwieństwie do Barkofa nie był najemnikiem tylko ochotnikiem z jakiejś kolonii podległej T.O.D Corporation. Wielki, genetycznie zmodyfikowany. I z wypranym mózgiem, sądząc po braku krytycyzmu wobec przełożonych z T.O.D.
- Chcesz iść dalej, to idź w diabły! - nie wytrzymał Barkof. - Nikt cię tu nie trzyma!
Bull warknął coś na temat tchórzy i zapytał, kto idzie z nim, zamiast siedzieć bez sensu w tej dziurze. Radiooperator Jones popatrzył na Bulla, jakby odkrył nagle, że Bull ma czułki, zieloną skórę i troje oczu. Ale radiooperator Jones także był najemnikiem - zależało mu na forsie, nie na sukcesach T.O.D.
Z pozostałej trójki jeden ruszył w ślad za Bullem, a drugi zrobił ruch, jakby także chciał to zrobić. Ten drugi oprzytomniał jednak. Trzeci strzelał tylko spojrzeniem spod zamkniętej przyłbicy hełmu i przytulał się czule do swojego miotacza.
Drużyna marzeń, taka ich mać...
Bombarda ryknęła znowu, wstrząsając gruntem pod ich stopami.
- Barkof - odezwał się znowu Jones, przekrzykując własną głuchotę. - Znów sztab do ciebie!
- Powiedz im, że mnie nie ma!... Bull, wracaj do cholery!!... Jones, psiakrew, żartowałem! Dawaj wtyczkę! Bull, żeby cię szlag...
Dlaczego to wszystko takie popieprzone? - zastanowił się w myślach sierżant Barkof, znów wtykając wtyczkę w gniazdo w hełmie. Teoretycznie wszystko było proste; wykonywać rozkazy i nie dać się zabić. Jakby podwładni wyszli z tego w jednym kawałku także byłoby miło, aczkolwiek nie było to niezbędne.
Huk, który nastąpił sekundę później, przebił wszystko swoim natężeniem. Było tak, jakby niebiosa nagle pękły i zwaliły się na powierzchnię tej zakazanej planety. Ognisty podmuch przetoczył się ponad lejem, osmalając pancerz Bulla i zrzucając go na samo dno. Potworny wstrząs rzucił całą drużyną jak ulęgałkami. Barkof stwierdził, że przed oczami tańczą mu kolorowe plamy na skutek oślepienia wybuchem, a w uszach ma tylko szum.
Widział jak jeden z jego podwładnych rzyga do wnętrza hełmu. Szczerze mu współczuł...
Moment później ujrzał spadający z nieba kawał metalu, ciągnący za sobą warkocz dymu.
Coś co wyglądało na jakąś część układu napędowego typowego pojazdu gąsienicowego wbiło się na jakiś metr w grunt. Roznosząc po drodze w elektroniczny puch ich przenośny radiokomunikator dużej mocy.
Dawid nie mógł nie zadać sobie pytania, jakie jest prawdopodobieństwo takiego zdarzenia.
Nie minęło pięć sekund, a Dawid odkrył, że klęczy nad oszołomionym Jonesem i taśmą izolacyjną zalepia rozdarcie zewnętrznej powłoki jego ubioru nieco ponad kolanem.
- Bull! - odezwał ktoś, co Dawid usłyszał w słuchawkach jakby z wielkiej oddali. - Jesteś cały?!
- A pieprzcie wy się wszyscy!! - odparł Bull. Już wdrapywał się spowrotem na górę. Jego skafander bojowy był wręcz zwęglony tu i ówdzie. - Pieprzcie się! - głos mu prawie się załamał. - Ja tu nie zostaje!!
- Bull!! - sierżant Barkof usłyszał swój głos. - Nawet się waż...!
- Idź się wal! Nie zdechnę tu jak ostatni tchórz! - przerwał wściekle swojemu dowódcy starszy szeregowy Bull.
Co uczyniwszy, rozbryznął się następnie na cały lej po trafieniu bliżej nieokreślonym typem pocisku. Jego miotacz wypalił po raz ostatni gdzieś w to, co zostało z jego nóg. Fragmenty skafandra bojowego i coś, co można nazwać organicznymi komponentami były teraz wszędzie. Szeregowy Lenti, dobry kumpel Bulla panicznie usiłował zrzucić z siebie coś, czego nie dało się nawet określić.
- Najważniejsze, że zginął jak bohater - mruknął Jones, już na tyle oprzytomniały, że sam dokończył łatania skafandra. - Dzięki - rzucił do Barkofa.
Sierżant sprawdził skaner umocowany na lewym przedramieniu, ale w zagłębieniu terenu na niewiele się przydał. Rozejrzał się, dostrzegł porzucony wcześniej przez Bulla peryskop, doskoczył do urządzenia i wraz z nim wdrapał się do krawędzi leja. Padł następnie plackiem i wystawił górną część peryskopu ponad krawędź.
Dostroił ostrość.
Oczywiście - jak się należało spodziewać - bombardy w ich pobliżu już nie było, za to w jej miejscu znajdował się pokaźnych rozmiarów kolejny lej powybuchowy. Dawida nawet niespecjalnie interesowało, czy została trafiona, czy też może uległa zniszczeniu z powodu wadliwego pocisku, co już się zdarzyło kilka razy jednostkom z regimentu artyleryjskiego.
Skierował peryskop bardziej w prawo, na przedpole. Widok zasłaniały tumany dymu i pyłu, targane wiatrem. Niedaleko widział trzy wraki autoczołgów, nieco dalej pojedynczy wrak dwuwieżyczkowego superciężkiego czołgu na dwóch zestawach gąsienic. Do kompletu kilka ludzkich ciał i rozbite, humanoidalne droidy bojowe
Zmienił tryb widzenia na obrazowanie radarowe, chcąc zobaczyć, co się kryje w dymi i kurzu.
Przekleństwo wyrwało mu się mimowolnie z ust.
Odwrócił się i zsunął się nieci niżej. Z przymkniętymi oczami zastanawiał się przez sekundę...
No nie było innej możliwości, nie teraz, kiedy nie mogli się połączyć z odległym o sześćset kilometrów z okładem dowództwem...
Ktoś musiał zostać tu, w tym miejscu i dać się zabić, żeby pozostali mogli się wycofać. Którego z tych cieciów wybrać? - zastanowił się, patrząc na członków swojej drużyny.
- Panowie - odezwał się wreszcie. - Dupy w troki i wypad stąd. Jones, przejmujesz komendę. Postąpisz wedle uznania; wracacie albo kontynuujecie.
Zadanie było proste; ściągnąć albo zniszczyć poważnie uszkodzony pojazd dowodzenia regimentu pancernego, który nie wiadomo jakim cudem znalazł się w bezpośrednim sąsiedztwie walk. Naturalnie chodziło o to, żeby zasoby danych owego pojazdu nie wpadły przypadkiem w ręce wroga, przez którą to możliwość parę osób w dowództwie dostawało sraczki.
- Co ty... - zaczął Jones.
- Nie dyskutować. Wykonać! - warknął. Przez chwilę patrzył na swoich podwładnych a oni na niego. - No wypieprzać mi stąd!!... Lenti, a zestaw saperski? Sam za tobą nie pójdzie!
Zaczęli wyczołgiwać się z leja mniej więcej tą samą drogą, którą tu dotarli. Dziwne, ale był im wdzięczny, że żaden nie odezwał się na pożegnanie. Podczołgał się jak najbliżej krawędzi leja, ustawił miotacz na pełną moc, a z ładownic wyjął dwie dodatkowe baterie do broni i położył je przed sobą. Wyjął też dwa kierowane granaty bojowe i upewnił się, że system kamuflażu skafandra działa prawidłowo.
Obejrzał się.
- Lenti! - warknął do mikrofonu. - Schowaj dupę, bo ci ją odstrzelą!
Sunące tyralierą humanoidalne droidy bojowe i kilka lekkich transporterów opancerzonych stopniowo stawały się coraz bardziej widoczne w dymie i kurzu. Za nimi pewnie posuwali się ludzcy dowódcy. A dalej chyba multisystemowe platformy bojowe. Przypuszczalnie właśnie wrogowi udało się akurat na tym odcinku przełamać ofensywę.
A więc to będzie tu i teraz - przeleciało mu przez głowę, gdy odbezpieczał pierwszy granat i oznaczał jego cel. To miała być jego ostanie bitwa...
Dziwne, ale nawet się nie denerwował.


Na wojnie dzieją się czasem naprawdę dziwne rzeczy.
Takie jak ta, że przeżył.
Wiele godzin później, gdy lokalne słońce chyliło się ku zachodowi, a obydwa księżyce już wzeszły, sierżant Dawid Barkof z Sił Interwencyjnych T.O.D. Corporation wolno przekradał się przez cmentarzysko ludzi i maszyn, jakim stał się Płaskowyż Wiatrów. Był naszprycowany narkotykami umożliwiającymi stałe utrzymywanie podwyższonej czujności i nie pozwalającymi odczuć zmęczenia. Oczywiście będzie za to musiał zapłacić swego rodzaju kacem, ale tym będzie się martwił za kolejne kilka godzin.
Idąc, mijał wypalone wraki często trudnych do zidentyfikowania maszyn, porozrywane korpusy mniej lub bardziej człekokształtnych robotów bojowych, czasem ludzkie ciała. Ludzie na polach bitew zawsze byli obecni i będą zawsze. Smutne, ale prawdziwe. Maszyny, nawet najlepsze, wymagają nadzoru, zwłaszcza gdy są uzbrojone. A najdoskonalsza nawet sztuczna inteligencja nigdy nie dorówna elastycznością ludzkiemu umysłowi. Zresztą typowych sztucznych inteligencji o tyle lepiej nie włączać do bezpośrednich starć, że zwyczajnie potrafią być nieprzewidywalne - może taka na przykład poświęcić cały pluton droidów bojowych, żeby uratować kilku czy kilkunastu ludzkich żołnierzy. A coś takiego jest niedopuszczalne z punktu widzenia prawideł wojny.
Minął rozerwane ciało jakiego nieszczęśnika, który miał mniej szczęścia niż sierżant Barkof, być może jeden z ostatnich żywych na tym cmentarzysku...
Barkof zastanowił się nad tym, dlaczego on nie tylko przeżył, ale nawet nie poniósł poważniejszych obrażeń, choć wokół wszystko najwyraźniej szlag trafił.
Wrócił pamięcią do momentu, w którym gotował się na wędrówkę do Walhalli, Krainy Wiecznych Łowów, czy gdzie tam idzie się po śmierci. Nawet nie bardzo wiedział, co się wtedy stało. Odpalił pierwszy granat i...
I wtedy się zaczęło.
Najpierw narastające gdzieś z góry wycie, a potem...
Potem po prostu jedna, długa, nie cichnąca nieskończenie długo eksplozja, złożona z setek innych. I blask. Straszliwy blask, nie gasnący w ogóle, a jedynie trochę słabnący, aby zaraz potem rozjarzyć się ponownie pełną mocą. Ziemia drżała, dygotała i jęczała, pod wpływem nieustających grzmotów. Jakby otwarły się same bramy piekieł, a z nich wydostały się hordy ryczących, żądnych krwi, demonów.
Zupełnie jakby istniało coś bardziej żądnego krwi od istoty zwanej człowiekiem, zdolnej nawzajem mordować dla jakichś tam rzadkich pierwiastków na peryferiach galaktyki.
Chyba nawet stracił przytomność na jakiś czas, po jakiejś szczególnie bliskiej eksplozji.
Gdy po nieskończenie długim czasie wyjrzał z leja, wszędzie wokół w niebo biły kłęby dymu, krajobraz zmienił się na zdecydowanie poszarpany, a wiatr przynosił odgłosy sporadycznej wymiany ognia. Ale i one wkrótce ucichły. Jeszcze tylko czasem coś błysnęło w oddali, aż wreszcie nastąpił niemal całkowity spokój.
Bitwa się skończyła. Nie wiedział nawet, kto wygrał, a kto przegrał.
Domyślił się, że miało miejsce jakieś bombardowanie orbitalne, ale właściwie wiele więcej nie pojmował. Zwalono cały ładunek na pole bitwy, bez specjalnego celowania w pozycje którejkolwiek ze stron?
Po kilku minutach zebrał się i z bronią gotową do strzału ruszył w drogę powrotną. Kilka minut później natknął się na usmażone ludzkie szczątki. Na leżącym obok hełmie (z głową w nim) odczytał: ".J. Lenti". Natomiast fragment skafandra leżący kawałek dalej miał rozdarcie zalepione taśmą.
Jego drużyna... Tyle z nich zostało...
Dawid szedł obecnie na północny wschód, w stronę pozycji T.O.D. Cały czas rozglądał się za jakimś pojazdem, który mógłby wykorzystać, ale jak dotąd, jeżeli w ogóle trafił się taki którego typ można było w ogóle jeszcze rozpoznać, to i tak było dobrze.
Wraz z nadchodzącą nocą zrywał się coraz silniejszy wiatr, momentami dochodziło do tego, że szedł w tumanach kurzu lub dymu z płonących wraków (atmosfera planety, chociaż toksyczna, zawierała wystarczająco dużo tlenu, aby umożliwić proces spalania). Efektem tego było, że czasem nie widział dalej niż na kilka metrów i kierował się wskazaniami przyrządów skafandra, żeby nie zacząć łazić w kółko.
Ale najlepsze było co innego...
Co jakiś czas usiłował nawiązać jakiś kontakt za pośrednictwem komunikatora skafandra, ale na próżno. Udało mu się tylko wyłapywać sygnały robotów bojowych, z jednym nawet zamienił kilka słów, lecz rychło się okazało, że jest daleko stąd i ma zniszczony układ jezdny.
Nie udało mu się nawiązać kontaktu z żadnym człowiekiem. Co prawda fakt, że ze sztabem nie może się połączyć, akurat niespecjalnie dziwił. Atmosfera planety była silnie zjonizowana, obydwie strony bawiły się w zagłuszanie, plamy na lokalnym słońcu i związany z nimi wiatr słoneczny robiły swoje, parę innych czynników się dokładało. To dlatego radiokomunikatory dużej mocy z modułami filtrującymi były tak ważne.
Jednak mimo wszystko powinien móc wyłapać jakieś echa obecności dowództwa w eterze - charakterystyczne piski i trzask transmisji danych pomiędzy sztabem a funkcjonującymi nadal robotami chociażby, przebijające się przez szumy tła..
Tymczasem nic.
A może... Może sztab już nie istniał?
Cholera głupio by było.
Bo to oznaczałoby...
Kurde, kto wie, czy nie będzie musiał się poddać. To nie takie straszne, w końcu w tych czasach respektowano raczej prawa wojenne. Nawet gdyby z jakiegoś powodu stanął przed sądem, zawsze jest to lepsze od śmierci na tej pustynnej planecie. Nawet gdyby czekał go jakiś wyrok w rodzaju przymusowej pracy dla przeciwnej strony za minimalną stawkę - bo tak czasem załatwiano te sprawy - to nie jest to nic, czego da się przeżyć.
Szedł dalej przez poszarpany krajobraz.
Usłyszał w lewym uchu ciche pisknięcie - to skaner ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Dawid rzucił się w bok, wskoczył w jakąś płytką wyrwę. Obok niego błysnęło, gdy smuga energii niemal otarła się o jego naramiennik. Sygnał pojawił się tuż obok, co oznaczało, że coś kryło się w tym, co zostało z jakiejś maszyny latającej. Przetoczył się, zdając sobie sprawę, że wyrwa jest zbyt płytka, aby była dobrym schronieniem - i całe szczęście, bo struga oślepiającej energii rozdarła suchą ziemie, w miejscu, gdzie się przed chwilą znajdował. Włączył układ zagłuszająco-maskujący, wykorzystał nachylenie terenu, aby zjechać na tyłku, poderwał się na nogi, minął jakiś kawał żelastwa, na koniec szczupakiem rzucił się za szeroki, metrowy nasyp, z którym znajdowała się półmetrowe wgłębienie. Pobłogosławił nieznaną, samobieżną bombardę, która wykonała ten nasyp, okopując się przed rozpoczęciem ostrzału. Pewnie stała teraz gdzieś jako wypalony wrak, przewiewany podmuchami wiatru...
Energetyczna salwa przeorała czoło nasypu, lecz nie uczyniła nic skrytemu za nim żołnierzowi.
Sponad nasypu usiłował wycelować w stronę nieznanego strzelca... ale rychło się okazało, że w ten sposób tylko marnuje amunicję.
Kilka razy głębiej odetchnął, starając się uspokoić. Serce tłukło w klatce piersiowej, adrenalina buzowała...
- Do żołnierza T.O.D - usłyszał nagle poprzez słuchawki. Mało zawału nie dostał. Ktoś nadawał na kanale głównym z pominięciem kodowania i maskowania transmisji.. - Do żołnierza T.O.D. Odbiór.
Barkof przez kilka sekund, jak to się mówi, nie jarzył. Potem zrozumiał. Wywołał odpowiednie opcje w interfejsie systemu skafandra
- Starszy sierżant Dawid Barkof - odpowiedział szybko. - Siły Interwencyjne T.O.D. Kto mówi?
- Sierżant Iwan Zgroza - padła odpowiedź. - Korpus Operacyjny GlobalTandem Inc.
Barkof natychmiast podjął decyzję. Nie ma co zwlekać. Tamtego może poniosło na dzień dobry, ale teraz zachowywał się rozsądnie.
- Wychodzę - oznajmił. - Zamierzam...
- Nawet nie próbuj! - żołnierz z GlobalTandem przerwał mu. - To nie ja strzelałem! Tu gdzieś jest jakiś uszkodzony droid. Wali do wszystkiego, co się rusza!
Barkof chwilę trawił tą informację.
- Nasz czy wasz? - zapytał.
- Diabli go wiedzą. Po prostu strzela. Nie nadaje sygnału ID. Nie mogę go też zlokalizować.
- Ten rozbity samolot. To nie ty tam siedzisz?
- Nie. Rozwalony bunkier p-lot na twojej godzinie czwartej, jakieś pięćdziesiąt metrów od ciebie. Mówisz, że w tym zestrzelonym złomie coś jest?
- Mój skaner coś wskazuje.
- Mój rozwalony, a nie mogłem skubańca wypatrzyć. Wiem tylko mniej więcej z którego kierunku strzelał.
- A masz coś cięższego, żeby drania...
- Mam. Tyle że więcej niż jednego podejścia nie będę miał.
Barkof przez moment rozważał obecną sytuację.
- Zróbmy tak; ja ostrzelam ten wrak, odwrócę uwagę skubańca, a ty walniesz tym, co tam masz.
- Klasyczny granatnik z klasycznym nabojem kumulacyjnym. Ostatnim... Słuchaj ja będę musiał wyleźć w perymetr z tego bunkra, żeby móc wycelować, więc się tam postaraj.
Barkof nagle uświadomił sobie z pełną jasnością, że współpracuje z wrogim żołnierzem. Ależ sytuacja się popieprzyła...
- Spokojna twoja rozczochrana. Gotów?
- Bardziej nie będę. Zaczynaj.
Barkof wyrzucił ponad nasyp jakiś kamień, zaraz po nim, kawałek jakiegoś nadtopionego złomu, co - zgodnie z przewidywaniem - zaowocowało wściekłą salwą w stronę wyrzuconych przedmiotów. Barkof wystawił następnie lufę miotacza ponad nasyp i zaczął walić, celując przy pomocy odchylonego monitorka wideocelownika mniej więcej we wrak samolotu. Odpowiedziała mu seria energetycznych błyskawic, walących po nasypie z takim natężeniem, że kamienie i piach zaczęły zamieniać się w małe bajorka lawy. Jednocześnie podnosząca się przez to temperatura jego najbliższego otoczenia zaczynała być już rejestrowana przez skafander. Wesoło...
Po swojej prawej stronie ujrzał nagle wystrzeliwujący w niebo pocisk, ciągnący za sobą smugę skondensowanych gazów. Pocisk błyskawicznie wzniósł się po stromym torze, a ułamek sekundy później runął ku wrakowi zastrzelonej maszyny latającej.
Błysnęło i gruchnęło. Odłamki ze świstem przecięły powietrze.
- Dobra - padło po chwili w słuchawkach Barkofa. - Załatwiony. Inaczej już by mnie usmażył.
- Trzeba sprawdzić, co to za cholerstwo - rzucił Dawid. - Jeśli nie dostał za mocno, a ma moduł autonaprawczy...
- Wiem. Robię w tym fachu nie od wczoraj - odparł sierżant Zgroza. - Idę tam. Fajnie by było, gdybyś ubezpieczał.
Barkof wahał się przez chwilę. Gdyby nie zaliczał się do ludzi ostrożnych (mimo wykonywanego zawodu), dawno wąchałby kwiatki od spodu. Zaczął jednak wstawać.
- Tylko nie miej jakiegoś głupiego odruchu i mnie nie rozwal - mruknął, wynurzając się zza nasypu, omijając zeszklone kamienie i piasek.
Tamten zaśmiał się. Ale bez wesołości.
- I wzajemnie.
To co chowało się pod skrzydłem wraku samolotu, zagrzebane w ziemi, okazało się być przysadzistym, szerokim robotem przypominającym wielkiego owada - takiego rozmiaru niemal człowieka. Sześć nóg, cztery manipulatory, dwa z nich zaopatrzone w miotacze. Posiadał też coś, co wyglądało na resztki rotora. Czyli latający... Jego korpus był rozpruty, pięć nóg strzaskanych. Jeden z manipulatorów rytmicznie zaciskał się i otwierał. Sierżant Zgroza przyłożył korpusu droida swój krótki karabinek i pociągnął za spust. Tak na wszelki wypadek.
Łupnęło...
Chwytak robota znieruchomiał.
- Dostał czymś wcześniej - oznajmił, wskazując na stopione i zdeformowane elementy w przedniej części robota. - Chyba plazmą. Potem już tylko tu leżał i strzelał. Nie widziałem takiego wcześniej... Wasz?
- A nie wasz? - zdziwiony Barkof łypnął na przyłbicę osłaniając twarz Zgrozy. - Faktycznie mamy podobne, ale nie takie. Zresztą nie ma oznaczeń T.O.D.
Zgroza nogą w ciężkim buciorze poruszył korpusem, żeby sprawdzić boki zniszczonego droida latającego. Odgarnął trochę piachu. Szarpnął za jeden z chwytaków, aby przekręcić nieco korpus.
- Kurde, on w ogóle nie ma żadnych oznaczeń. Dziwna sprawa.
- Może prototypowy, a nie miał oznaczeń na wypadek, gdyby zawiódł i narobił bajzlu. Żeby można było potem zwalić na przeciwną stronę.
- To u was też taki numery odchodzą?
- Żeby tylko takie...
- Pies to trącał - Zgroza wzruszył ramionami wewnątrz swojego ubioru bojowego. Spojrzał na Barkofa. - Robimy tak; ja się poddaje, ty mnie prowadzisz do swoich. Tym bombardowaniem orbitalnym przejechaliście też po swoich pozycjach, ale GlobalTandem na tej planecie jest skończony... Na co się tak gapisz? Załatwiliście nas...
Barkof odchrząknął. Lekko zgłupiałym wzrokiem popatrzył na teoretycznie wrogiego żołnierza.
- Tego... Podejrzewam, że to wy nas jednak załatwiliście...
- Nie rób sobie jaj. Rąbnęliście w nas tak, że sam nie wiem, jakim ja cudem jeszcze żyję. Nie sądzę, żeby było wielu takich jak ja.
- A to nie wy bombardowaliście? - zdziwił się Dawid. - Przecież...
- Nie my. Przecież nawet idioci z naszego dowództwa nie waliliby po swoich własnych pozycjach.
- Kretyni z mojego sztabu też nie... Chyba... Zresztą byłoby szerokopasmowe ostrzeżenie, gdyby postanowili zafundować nam taką niespodziankę i w ogóle...
Wiał wiatr, podnosząc tumany kurzu. Latający droid u ich stóp kopcił z poszarpanych wnętrzności. A oni tylko stali w cieniu wraku jakiegoś samolotu i gapili się na siebie bez słowa i bez większego zrozumienia.
Wreszcie obydwaj spojrzeli w górę nic nie rozumiejącymi spojrzeniami.
Barkof nagle sobie uświadomił, że ilość bomb, jaka zwaliła się na Płaskowyż Wiatrów to nie mogła być robota T.O.D. Corporation. Do bombardowań orbitalnych zdolnych było tylko kilka statków. GlobalTandem posiadał pewnie tego typu jednostek niewiele więcej. I gdyby nawet jedne i drugie jednocześnie zwaliły cały swój ładunek to wraz było za mało.
- Rozumiesz coś z tego? - zapytał Zgrozę.
- Ni cholery - odparł zapytany. - Co robimy? Przecież nie będziemy tu stać jak te dwa ciecie i deliberować bez sensu.


Już dawno zapadł zmrok. Gwiazdy migotały na prawie bezchmurnym, nocnym niebie. Obydwa księżyce rzucały jasną, srebrzystą poświatę na Płaskowyż Wiatrów. Po wytężonych poszukiwaniach znaleźli rozbity latający transporter różniący się tym od całej masy innych wraków, że posiadał nadający się do naprawienia radiokomunikator dużej mocy. Potem spędzili jakiś czas, szukając odpowiedniego podzespołu we wrakach w okolicy i całej anteny, którą można by podłączyć. Przy okazji Barkof omal nie wysadził się w powietrze na jakimś niewybuchu.
Wreszcie Dawid podłączył się do urządzenia i siedząc w kabinie roztrzaskanego pojazdu zaczął przeszukiwać wszystkie dostępne pasma. Ręcznie, bo obwód logiczny odpowiedzialny normalnie za tą czynność był w proszku.
- Jesteś najemnikiem? - zapytał wreszcie.
Zgroza akurat stał na grzbiecie pojazdu i przy pomocy wielkiej lornety z pokładu transportera przepatrywał ciemny horyzont w poszukiwaniu jakiekolwiek aktywności.
- Z czegoś żyć trzeba - odpowiedział sierżant Zgroza. - A tylko to potrafię.
- Doświadczenie wojskowe przydaje się nie tylko w takich miejscach.
- A kim zostanę? Ochroniarzem? Zawodowym zabójcą? Terrorystą do wynajęcia? Osiłkiem na usługach jakiegoś mafioza? Zresztą nie każdy angaż zaraz oznacza takie rozróby jak ta tutaj.
- Przez ostatnie dwa lata standardowe po prostu szkoliłem rekrutów i parę razy brałem udział w jakichś nieskomplikowanych misjach. Było nawet przyjemnie.
- Ja dopiero od pół roku w siłach zbrojnych GlobalTandem. Zaczęli angażować najemników w ilościach hurtowych, więc i ja się załapałem.
- Ale nie powiedzieli, że kroi się większa impreza? - zapytał Barkof. Przez moment wyłapywał jakąś transmisję danych, ale zgubił sygnał, zanim udało mu się aktywować dekodowanie. Zresztą pewnie i tak było to coś z GlobalTandemu i tylko straciłby czas. Transporter należał w końcu do T.O.D.
- Oczywiście że nie... Ale mogłem się domyśleć. Powiedzieli wam, że dlaczego trzeba walczyć o tą planetę?
- Te same kity, co zawsze. Że GlobalTandem zaatakował naszych biednych, pokojowo nastawionych kolonistów.
- Pewne rzeczy są jednak niezmienne. U nas było tak, że rzekomo T.O.D. próbował przejąć siłą kopalnię trytu w obszarze Echo.
- Wiesz, co jest przerażające? Że ci wszyscy, którzy żyją pod zarządem administracyjnym takiej czy innej korporacji, naprawdę w większości wierzą w te wszystkie pierdoły.
- Niektórzy nawet się palą, żeby zginąć z ich powodu. To dopiero jest straszne.
Czyli ten Zgroza też miał jakieś przeboje z ochotnikami.
W eterze panowała względna cisza, nie licząc usiłujących nawiązać kontakt z dowództwem nielicznych ocalałych robotów. Ale dowództwa najwyraźniej już nie było. Barkof sprawdził następnie, czy wyłapie obecność jakichś regularnych, oczywiście kodowanych i maskowanych, transmisji na pasmach używanych przez GlobalTandem, ale nie złapał niczego poza sporadycznymi trzaskami i piskami wrogich maszyn, które jeszcze mogły nadawać.
Powoli zaczynał uświadamiać sobie grozę sytuacji.
Dwóch ludzi na obcym świecie. Z minimalnym zapasem wody i prowiantu. Filtry skafandrów przetwarzające lokalną atmosferę na zdatną do oddychania mieszankę powietrzną też nie będą wiecznie działać.
Naprawdę było kiepsko. Nawet nie było komu się poddać.
- Czy siedem stopni na północ stąd, za linią horyzontu, jest coś waszego? - zapytał Zgroza.
- Podziemne składy awaryjne, czy jak oni to tam nazywają. Bo co?
- Bo widzę łunę. Musi się tam nieźle hajcować.
Barkof tymczasem aż podskoczył w nadpalonym fotelu, gdy w jego słuchawkach rozbrzmiały wściekłe gwizdy, piski i zgrzyty. Ściszył nieco i przełączył na dekodowanie.
Wielopoziomowe strumienie danych - tyle się dowiedział z informacji, które pojawiły się na wyświetlaczu panelu sterującego radiokomunikatora. Sygnatura była nierozpoznawalna... Dziwne. I to delikatnie mówiąc. To nie było nic T.O.D.-u, a sygnaturę GlobalTandemu radiokomunikator by rozpoznał.
A może wcale nie takie dziwne?
Barkof już wcześniej stworzył sobie teorię na temat tego, co się stało, Zgroza pewnie miał swoją. Ale obydwaj nie rozmawiali na ten temat, ponieważ żaden nie miał ochoty zbłaźnić się wygłaszaniem tego typu hipotez bez żadnych konkretnych dowodów.
Usłyszał łomot, gdy żołnierz GlobalTandem zjechał z grzbietu transportera, a potem zeskoczył w piach tuż obok.
- Wyłaź - rzucił pod adresem Barkofa. - Musisz coś zobaczyć.
Barkof odłączył się od radiokomunikatora, wygramolił się z kabiny, przyjął wciśniętą mu w dłonie wielką lornetę.
- Właśnie wyłapałem strumień danych nie należący ani do T.O.D., ani do GlobalTandem... - zaczął.
- Jakoś mnie to nie dziwi - Zgroza uśmiechnął się ponuro pod przyłbicą swojego hełmu. - W tamtą stronę - wskazał wyciągniętą dłonią. - Zresztą ustawiłem znacznik.
Dawid przyłożył okular lornety do swojej przyłbicy, a lorneta przekazała obraz bezpośrednio na siatkówki jego oczu. Przez moment naprowadzał się na właściwy kierunek.
Lorneta wyłapała wreszcie jakiś obiekt.
Statek.
Olbrzymi statek o topornym wyglądzie - wyglądający na transportowiec - schodzący do lądowania. A nieco dalej następny. Gdy Barkof przesunął o kilka stopni lornetę, wykrył jeszcze jeden. Wszystkie ciemne, bez świateł pozycyjnych, bez wyraźnych oznaczeń, kiepsko widoczne nawet w trybie widzenia nocnego lornety. Schodziły w kierunku obszaru Echo, gdzie znajdowało się największe planetarne lądowisko. Wyglądały na ludzkie statki, ale nawet nie próbował się domyślać pod jaką były banderą.
- Już rozumiesz? - zapytał retorycznie Zgroza. - Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. My się tu bawiliśmy w wojnę i nie zwracaliśmy uwagi na to, co dzieje się wokół. A wtedy oni... kimkolwiek są... nadlecieli i zwalili na nas tysiące bomb... Szczęście w nieszczęściu, że konwencjonalnych... Ten latający droid, który nas ostrzeliwał, też pewnie należał do nich. Zwiad bezpośredni, czy coś, żeby sprawdzić, czy gdzieś nie ocalały i nie ukryły się jakiś liczące się siły.
Dawid pokiwał głową, nadal gapiąc się przez lornetę w nieznane statki.
Obydwie walczące strony załatwiono bez mydła.
I pełna rzadkiego pierwiastka planeta miała już nowych panów.
Odjął okular od przyłbicy hełmu. Gdzie dwóch się bije... Pewnie po obu stronach wszystkiego się spodziewano, każdego świństwa, może poza użyciem broni jądrowej, tylko nie takiego numeru.
- Co teraz? - zapytał. - Poddajemy się? Idziemy do nich?
- Czemu nie. Może nawet znajdą się dla nas jakieś wolne etaty - odparł Zgroza po chwili.
A już na pewno nowym władcom planety przyda się ktoś z ich wiedzą na temat tutejszej infrastruktury GlobalTandem czy T.O.D., zabezpieczeń jednych i drugich, protokołów i tej całej reszty. W końcu choćby kopalnie obydwu stron miały automatyczne systemy obronne, z którymi coś trzeba będzie zrobić, nie wysadzając przy okazji wszystkiego w powietrze.
Obaj sierżanci byli tylko najemnikami.
A czego innego spodziewać się po najemnikach?

Podpis: 

P.Wójcik maj 2009
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Dzień życia dniem śmierci Krzyż Noc polarna
Z uwagi na pojawiające się wątpliwości-tekst jest od początku do końca fikcją. Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Na północy Norwegii.
Sponsorowane: 100
Auto płaci: 50
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 10
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.