http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
1550

Abdul (fragment opowiadania

Autor płaci:
150

  Abdul to historia mocno inspirowana światem Lovecrafta zapraszam do czytania  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We październiku nagrodą jest książka
Powtórka z morderstwa
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Abdul (fragment opowiadania

Abdul to historia mocno inspirowana światem Lovecrafta zapraszam do czytania

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
637
użytkowników.

Gości:
637
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 56206

56206

PUSTELNIK I KALIA

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
09-08-19

Typ
P
-powieść
Kategoria
Fantasy/Romans/Psychologia
Rozmiar
175 kb
Czytane
7063
Głosy
13
Ocena
4.69

Zmiany
10-07-12

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: lunatyk Podpis: lunatyk
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
wygrany konkurs miesięczny
dłuuuugie, ostrzegam, stary tekst, po przeróbkach, niektórzy już go czytali na pewno... mi osobiście nie daje spokoju :) pozdrawiam i liczę na inspirujące komentarze... :)

Opublikowany w:

PUSTELNIK I KALIA

PUSTELNIK I KALIA



Ciemna chmura przesłania słońce.
Czuję jak się zbliża. Już to kiedyś przeżyłam. Znam to.
Ciało wiedźmy szczelnie przywiera do łusek skrzydlatego węża. Długie, sięgające ziemi warkocze jeszcze przez chwilę kołyszą się w powietrzu, kiedy płynnym ruchem zsuwa się na chodnik, a wąż, nagle zmalały, złożywszy skrzydła owija się wokół jej bioder. W czarnych jak smoła oczach wyraźnie widzę dwa nigdy nie gasnące płomienie. Młodą, prawie dzieciną twarz szpecą trzy szerokie blizny. Zatrzymuje się tuż przede mną. Długo patrzymy sobie w oczy. To nie jest ludzka twarz, nigdy, przenigdy nie widziałam takich rysów. Choć im dłużej się wpatruję, tym wyraźniej widzę w niej skrzywdzone dziecko, starą, złamaną przez życie kobietę, spędzającą dnie i noce nad zakurzonymi tomami magicznych ksiąg dziewczynę i jeszcze jedną, nieco starszą, krzyczącą z bólu i wyciągającą dłonie do stojącego pod stosem przerażonego chłopca. I wtedy ją wreszcie poznaję.
- Dziękuję, że podzieliłaś ze mną swoją samotność – mówię. – Że mocno trzymałaś moją rękę, kiedy zapisywałam twoją historię.
Z dziwnym uśmiechem patrzy na moje do tej pory lekko drżące palce. To spojrzenie nie wywołuje strachu, ale i nie leczy. Wiedźma nie uzdrawia, tylko uśmiecha się i patrzy.
- Wiedziałaś? – pyta, i doskonale wiem, że nawet jeśli nie pytając o pozwolenie posłużyła się mną jako medium, nigdy nie zajrzała do moich myśli.
- Czułam to od początku, ale dopiero gdzieś w środku, kiedy doszłam do historii Gabriela, zaczęłam mieć pewność.
Znowu się uśmiecha, przez chwilę migają mi przed oczyma lśniąco białe wilcze kły, i wyciąga w moją stronę olbrzymie, czerwone jabłko. Znika gdzieś między dachami. Idę dalej. Wypluwam pestki i starannie, po jednej chowam je do pustego dotąd czarnego woreczka, który już od dawna noszę pod swetrem, specjalnie na tę okazję.


WIZYTA


- Kto tam?
Kalia podbiega do drzwi.
Tak naprawdę wciąż się jeszcze trochę boi kiedy zostaje sama w domu. Krzyknęła tylko dla formalności, w jej głosie brzmiała prawdziwa, czysta radość. Doskonale wie, że to wrócili rodzice. No bo któż inny mógłby to być? I tylko, pukając do drzwi jakby byli obcymi, sprawdzają jej czujność, bo przecież mogliby je po prostu otworzyć. Przecież zawsze zabierają ze sobą klucze, nawet kiedy ona zostaje żeby „pilnować” domu.
Ale zza drzwi niespodziewanie odezwał się obcy, dziecięcy głos.
- Toja – powiedział.
Dziewczynka zatrzymała się w pół kroku i zwiesiła głowę. Radość w jednej chwili ustąpiła miejsca rozczarowaniu.
- Otworzysz mi? – znowu usłyszała zza drzwi.
- Nie mogę otwierać nikomu kiedy jestem sama w domu. Poza tym jesteś obca – potraktowała intruza wyuczoną formułką.
- Nie cieszysz się że przyszłam? – zapytał głos.
- Nie cieszę się. A teraz idź sobie i przestań mnie denerwować.
Odwróciła się na pięcie i wróciła do swojego pokoju. Skłamała. Tak naprawdę bardzo się cieszyła. I wcale nie chciała, żeby ten ktoś zza drzwi sobie poszedł.

Z korytarza dochodziły jakieś szmery. Zaintrygowało ją to. Po cichutku przystawiła sobie krzesło i wyjrzała przez wizjer. Pod drzwiami jej mieszkania siedziała dziewczynka. Tylko niewiele starsza od niej. Kalia była pewna, że nigdy wcześniej jej nie widziała. Nieznajoma rozłożyła sobie obok wycieraczki mały brązowy kocyk w kratę i jakby nigdy nic usiadła na nim krzyżując nogi.
Kalia po cichutku zeszła z krzesła i wróciła do swojego pokoju. Już od kilku godzin zawzięcie rysowała i wycinała z papieru mięsożerne pająki. Zamierzała zrobić całą armię tych pająków, armię, która na jej rozkaz rzuci się na wszystkie dzieci w szkole, które jej dokuczają, i na panie, które na nią krzyczą i opowiadają o niej złe, nieprawdziwe rzeczy. W wyobraźni widziała już ich miotające się ciała, słyszała wrzaski przerażenia i bólu.
Siedziała, jak zawsze, pod jasnobrązowym stołem w średnim pokoju, szczelnie zabarykadowana czterema krzesłami. Zwykle ukrywała się tu przed złodziejami i mordercami, którzy podczas nieobecności rodziców w każdej chwili mogli wtargnąć do mieszkania. Doskonale zdawała sobie sprawę, jak bardzo złudne jest to poczucie bezpieczeństwa, które zawdzięczała kilku wysłużonym meblom. Dlatego co chwilę rzucała ukradkowe, bojaźliwe spojrzenia na pusty pokój. Prawie zapomniała o siedzącej pod drzwiami dziewczynce. Po chwili jednak usłyszała cichy głos. Nucił jakąś piosenkę, chyba w obcym języku.
A więc ciągle tam była. Kalia na palcach podeszła do drzwi. Jeszcze raz przyjrzała się nieproszonemu gościowi.
Dziewczynka była ubrana w zieloną kurtkę i zielone spodnie. Na uwagę zasługiwały przede wszystkim jej włosy. Kalia nigdy nie widziała, żeby ktoś miał aż tak długie i grube warkocze. Dziwnie przypominały dwa wyrastające prosto z głowy węże.
Nagle usłyszała głośne westchnienie. Skuliła się na swoim krześle, jakby się bała, że może zostać, że już została odkryta.
Chciała już wracać pod stół, ale coś ją powstrzymało. Ta dziewczynka.

Kalia rzadko miewała gości. Właściwie rodzice nigdy nie pozwalali jej nikogo zapraszać, choć ona udawała, że o tym nie wie, i po cichu namawiała niektóre koleżanki do odwiedzin. Ale matka zawsze je wypraszała. Raz powiedziała, że jest już za późno, że Kalia wcześnie chodzi spać i teraz też już musi iść. To było okropne, Kalia wiedziała, że nigdy nie zapomni tego uczucia, kiedy stała przed zamkniętymi drzwiami swojego pokoju, w starej, podartej koszuli, wstydząc się wysunąć głowę i chociażby pozdrowić koleżankę. Dopiero potem przyszło jej do głowy, że przecież za oszklonymi drzwiami pokoju doskonale widoczny był zarys jej sylwetki.
Było w tej upartej obecności nieznajomego dziecka coś krzepiącego, coś trudno uchwytnego, co dodawało otuchy. Spokojny upór z którym, niemal nieruchome, wpatrywało się w zamknięte drzwi. Ale jak to możliwe że przyszła właśnie do niej, skoro Kalia nigdy wcześniej jej nie widziała. Była tego zupełnie pewna, dziewczynek z włosami wijącymi się po ziemi jak węże nie spotyka się przecież codziennie. Pewnie była z innego kraju. Właściwie cerę też miała jakby trochę ciemniejszą.
- Jak masz na imię? – zapytała Kalia po chwili.
- Już ci mówiłam – Toja.
- A ja – Kalia – odpowiedziała. To nie była prawda. Tak naprawdę po prostu nie lubiła swojego imienia, tego które wybrali dla niej rodzice. Zwyczajnie spodobało jej się słowo „kalia”, choć nie pamiętała nawet gdzie je usłyszała ani nie była ciekawa co ono oznacza. Wymyśliła sobie, że tak właśnie brzmi jej tajemnicze prawdziwe imię, i że zostało jej ono nadane przez wodną czarownicę. I sama prawie w to uwierzyła. Oczywiście nie uwierzył jej nikt inny, ani ze szkoły, ani z placu zabaw, i nikt jej tak nie nazywał. Ale ta dziewczynka za drzwiami nie mogła o tym wiedzieć, była przecież zupełnie obca.
– Dlaczego jeszcze tu siedzisz? To znaczy... dlaczego sobie nie poszłaś? – zapytała znowu.
- Dlatego że na ciebie czekam – brzmiała odpowiedź.
- A gdzie są twoi rodzice?
- Nie mam rodziców.
- Jesteś zupełnie sama?
- Tak. To znaczy nie. Mam już jedną przyjaciółkę, wiedźmę, która mieszka w opuszczonej chacie w lesie, mam też dwóch braci, których muszę odszukać i uwolnić, choć nie wiem jeszcze kto i dlaczego ich więzi, no i mam skrzydlatego węża. I ciebie.
- Ale ja cię nawet nie znam.
- Właśnie, dlatego nic nie rozumiesz.
I Toja po raz kolejny głęboko westchnęła.
Zapanowała cisza.
- Czy znasz historię o Świętym Mikołaju i dziecku, które bawiło się pająkami? – zapytała Toja po chwili. Nie doczekawszy się odpowiedzi zaczęła opowiadać:
– Dziecko bawiło się pająkami w swoim pokoju. Nagle ktoś zapukał do mieszkania. Dziecko podeszło do drzwi i poinformowało, że nie może otworzyć, ponieważ jest samo w domu. Potem wróciło do swojej zabawy pająkami. A wiesz kto stał za drzwiami?
- Święty Mikołaj?
- Skąd wiedziałaś?
- Nie pamiętam, ale chyba ktoś mi już opowiadał tę bajkę. Wodna czarownica. Dziecko trzy razy podchodziło do drzwi, a Święty Mikołaj wciąż cierpliwie czekał i czekał, ale kiedy za trzecim razem odeszło on też odszedł, a dziecko dalej bawiło się pająkami i grzecznie czekało, aż przyjdą rodzice i przyniosą mu jego prezenty.
- No właśnie. Ta wodna czarownica musi być bardzo mądra. A czy rozumiesz, co wynika z tej historii?
Kalia chwilę się zastanowiła. To co mówiła Toja rzeczywiście miało sens. Mimo wszystko nie wiedziała jak postąpić. Nic tu nie było proste. Po pierwsze oczywiście bała się reakcji rodziców, ale rodzice byli teraz gdzieś daleko i tak naprawdę to nie oni byli największym problemem. Co, jeśli nieznajoma okaże się czarownicą, która zamieniła się w dziewczynkę, albo duchem. Nagle zaniepokoiły ją te podobne do węży warkocze, ciemna skóra, piosenka w innym języku. Kalia miała kiedyś straszny sen. Śniło jej się, że przebiegła zła czarownica zaczarowała jej brata, tak że stał się niewidzialny, a sama przybrała jego postać. Sen był straszny, ale i bardzo dziwny. Bo przecież Kalia nigdy nie miała brata. Poza tym na jej piętrze mieszka już jedna czarownica. Która zawsze zaczepia dzieci.
Ledwo to pomyślała, usłyszała odgłos otwieranych drzwi. Ktoś wyszedł na klatkę. Dały się słyszeć kroki, a po chwili głos, dobrze Kalii znany, wymamrotał niewyraźnie:
- Ooo, jaka śliczna dziewczynka, jak masz na imię?
Kalia poczuła okropny, charakterystyczny smród, jakby kobieta stała tuż obok niej.
- Nie rozmawiaj z nią, to czarownica, zawsze zaczepia dzieci! – krzyknęła przerażona i, zanim tamta zdołała zareagować, otworzyła drzwi i wciągnęła Toję do środka. Przez chwilę z trudem łapała oddech. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że ledwo mogła uwierzyć, że to zrobiła. Za to stojąca obok Toja wyglądała na zupełnie spokojną.
- No, wreszcie – powiedziała. – Myślałam już, że też się nie doczekam.
Nie była ani trochę przestraszona. Dopiero teraz Kalia zauważyła, że nieznajoma jest od niej sporo wyższa. Dziwne, bo chwilę wcześniej wydawało jej się, że są niemal w tym samym wieku.
- Nie wolno mi nikogo wpuszczać, ale musiałam cię przecież uratować przed tą czarownicą – zaczęła się tłumaczyć Kalia. Poczuła się jakby została przyłapana przez kogoś dorosłego na robieniu jakiejś zakazanej rzeczy. Wszystko dlatego, że Toja była taka wysoka. Ale jak to możliwe, przecież...
- Dlaczego nazywasz ją czarownicą? – pytanie przerwało tok jej rozumowania.
- Na pewno nią jest.
Zza drzwi wciąż sączył się ten specyficzny smród. To znaczy że czarownica ciągle tam stała, podsłuchując rozmowę dziewczynek.
- To tylko stara kobieta, której pomieszało się w głowie – powiedziała Toja. – Choć rzeczywiście może być niebezpieczna. Może to nawet lepiej, że się jej bałaś. Niekiedy dziwne, straszne myśli przychodzą jej do głowy – ciągnęła zamyślona, jakby zapatrzona w mrożące krew w żyłach wizje, dręczące starą wariatkę podczas jej samotnie spędzanych dni.
Ale Kalia już jej nie słuchała.
- Chodź! – krzyknęła rozkazująco i pociągnęła Toję za sobą do średniego pokoju, pod jasnobrązowy stół. Nagle zapragnęła podzielić z nowopoznaną dziewczynką wszystkie swoje tajemnice.
– Widzisz? Ta jaskinia to moje laboratorium. Produkuję tu mięsożerne pająki – oznajmiła z dumą.
Toja w milczeniu patrzyła na pokolorowane ogryzkiem czarnej kredki papierowe pająki, poniewierające się na dywanie pod stołem. Takie same pająki leżały też na stole, na biurku, na kanapie, na szafkach. Mnóstwo małych, bezwładnych ciałek zaścielało niemal każdy skrawek przestrzeni. Ginęły pod nimi starannie poustawiane książki i ozdoby. Już miała coś powiedzieć, ale przeszkodziło jej pukanie w okno.
- O nie! To na pewno ta czarownica! – krzyknęła przerażona Kalia. Nagle zwinęła się w kłębek i zakryła głowę rękami, jakby zasłaniając się przed ciosem.
- To na pewno mój skrzydlaty wąż – powiedziała Toja i pogłaskała uspokajająco skulone ciałko dziecka. – Mogę go wpuścić? Obiecuję, że nie nabałagani. On też bardzo chciałby cię poznać – dodała, pragnąc ją przekonać.
Kalia zawstydziła się swojego zachowania. Podniosła głowę i bardzo poważnie popatrzyła na nieznajomą. Oczywiście, że chciała zobaczyć skrzydlatego węża, choć nie była pewna, czy takie węże w ogóle istnieją. A jednocześnie bała się, że Toja ją oszukuje. A potem będzie się z niej wyśmiewać, że się tak łatwo dała nabrać. Bo tak naprawdę chyba nie ma skrzydlatych węży. Tak samo jak jej pająki nie są przecież prawdziwe, ani jej imię. Ale przypuśćmy, że wodna czarownica jednak istnieje. I przypuśćmy, że ona zna Kalię i bardzo ją lubi. I że w szybę okienną rzeczywiście puka skrzydlaty wąż, który należy do tej nieznajomej dziewczyny. To oczywiście niemożliwe, ale przypuśćmy, tylko przypuśćmy. I wtedy... to może oznaczać tylko jedno... że Toja też jest CZAROWNICĄ, która, jak w tamtym strasznym śnie, przybrała postać jej rówieśniczki. I że życie dziewczynki, która idąc za szlachetnym impulsem wpuściła nieznajomą do środka, wisi na włosku. Kalia bardzo w tej chwili żałowała, że znowu nie posłuchała rodziców. W jednej chwili zrozumiała wszystkie tragiczne konsekwencje swojego czynu.
- Najpierw mi wytłumacz dlaczego do mnie przyszłaś, dlaczego siedziałaś pod moimi drzwiami i skąd masz skrzydlatego węża – zażądała. Była zdziwiona, że potrafi ukryć cały swój strach i powiedzieć to tak spokojnie.
- Siedzisz cały czas pod stołem bo się boisz? – Toja zachowała się, jakby w ogóle nie usłyszała pytania. – Boisz się być sama w domu.
- Wcale nie! – wykrzyknęła wściekle Kalia. Jej dłonie same zwinęły się w pięści i już, już miała uderzyć tą okropną dziewczynę, kiedy... Toja tak jakoś dziwnie na nią popatrzyła, że Kalia od razu się uspokoiła. I przestała się bać. Azyl pod starym stołem naprawdę, NAPRAWDĘ zmienił się w wilgotną i zatęchłą, ale w gruncie rzeczy przyjemną pieczarę, o której wiedzą tylko one dwie na świecie i w której nie może grozić nic złego.
A potem nieznajoma po kolei odpowiedziała na wszystkie jej pytania. Powiedziała nawet dużo więcej. Opowiedziała Kalii całą swoją historię.


RYBACY, KAMIEŃ I STARA KOBIETA


Toja mieszkała na niewielkim pagórku za wioską, w starej, na wpół zrujnowanej chacie. Trawa dawno wdarła się do środka i porosła niski dach, przepuszczający tu i ówdzie to krople deszczu, to promienie słońca. Masywne, omszałe drzwi głęboko wrosły w ziemię i w ten sposób już na zawsze pozostały otwarte. Podobnie zawsze otwarte były okna, a właściwie po prostu cztery nieduże otwory, po dwa na wschodniej i zachodniej ścianie. Ten stary dom znajdował się na samym szczycie niewielkiego wzgórza, na skraju lasu, zaraz za linią wydm. W słoneczny dzień widać stąd było spory kawał okolicy – bezkresne morze, rozciągającą się aż po linię horyzontu wiekową puszczę, i przycupniętą nad brzydką kamienistą plażą, wciśniętą pomiędzy wodę i drzewa małą rybacką wioskę.
Las był gęsty i niedostępny.
Podobno kto do niego wszedł, już nie wracał. Mieszkańcy wioski opowiadali, że już po kilkunastu minutach marszu śmiałek, który poważyłby się przedzierać dalej, musiał torować sobie drogę przy pomocy topora. Ale cały jego trud, choćby niewiadomo jak heroiczny, i tak szedł na marne. Ostrze szybko tępiło się na dziwnie opornym drewnie, a poobcinane gałęzie, wyrąbane krzewy i nawet młode drzewka odrastały w niewiarygodnym tempie, niemal na oczach przerażonego wędrowca. Tak że wkrótce nie mógł on ani iść dalej, ani zawrócić. W chłodnym cieniu wyniosłych, nieprzyjaznych drzew intruz opadał z sił, tracił nadzieję i powoli umierał z wyczerpania i głodu, choć znajdował się tak blisko wioski, że wsłuchawszy się uważnie, mógł wyodrębnić z otaczającego go złowrogiego szumu dochodzące z niej odgłosy, a nawet poczuć zapach pieczonych ryb.
Strasznie brzmiały te opisy powolnego konania w ustach tchórzliwych i zabobonnych rybaków, a przecież była to najłagodniejsza forma śmierci, niechybnie spotykającej każdego, kto odważył się przekroczyć tą niewidoczną, ale dobrze strzeżoną granicę królestwa starych drzew. Tak jak to często bywa, najstraszniejsze otoczone było zmową milczenia. Choć wszyscy, każdej nocy, słyszeli dobiegające z głębi przeklętego lasu długie, przeciągłe wycie. Słychać je było tak wyraźnie, że rybacy nie mogli się oprzeć wrażeniu, że wilk znajduje się tuż obok chat, przed drzwiami, a może nawet przy samym posłaniu. Nie tylko dzieci, ale również dorośli drżąc z lęku chowali wówczas głowy pod poduszki i koce. Ale o tym się nie mówiło. Jakby wieśniacy postanowili udawać sami przed sobą, że bór jest niezamieszkały, martwy, a ponure wycie z jego głębi jest tylko nocnym koszmarem, przeganianym przez pierwsze promienie słońca, blednącym wśród dziennych zajęć.
Toja nie miała rodziców, odkąd pamiętała, była zupełnie sama. Jedyną osobą która trochę się nią zajmowała była starucha, mieszkająca samotnie gdzieś w lesie. Tak, właśnie w tym nawiedzonym, strasznym lesie, o którym dopiero co była mowa. Właśnie z tego powodu rybacy bali się kobiety i szeptali po cichu, że jest wiedźmą. W wiosce krążyły o niej dziwne, przerażające historie. Oczywiście Toja nic o tym wszystkim nie wiedziała. Podobnie jak jej opiekunka, była przecież wyrzutkiem ludzkiego świata. Zresztą trudno powiedzieć, ile w tych wszystkich opowieściach prawdy a ile bezsensownego gadania tchórzliwych i zabobonnych wieśniaków. Być może była to tylko zwyczajna staruszka, szukająca pociechy w towarzystwie tak samo jak ona odrzuconego dziecka, no i czemuż by stare drzewa, tak okrutnie rozprawiające się z uzbrojonymi w topory osiłkami, nie mogły otoczyć opieką i udzielić gościny pomarszczonej od starości kobiecie o zbrązowiałej jak ich kora skórze. Bo jakie ta chyląca się ku śmierci istota mogła stanowić dla nich zagrożenie?
Także i Toja, która zresztą sama wymyśliła dla siebie takie dziwaczne imię, najprawdopodobniej nie była nikim niezwykłym. Pewnie była tylko jakimś niechcianym dzieckiem, ze strachu przed lasem porzuconym w tej właśnie starej, rozwalonej chacie. Znajdująca się w sporej odległości od wioski powoli popadająca w ruinę chałupa miała ukryć drobne ciałko od ludzkich oczu. Może zresztą nie raz już posłużyła do tego celu. W tym wypadku jednak stało się inaczej. Zupełnie jakby nieszczęsna chałupa zbuntowała się i zdołała przeciwstawić swojemu losowi i zamiast grobem po raz ostatni stała się domem.
W każdym razie dziewczynka, tak jak staruszka, nie budziła w rybakach przyjaznych uczuć. Była w końcu pół duchem, kimś kto nie powinien, nie miał prawa żyć. Nieoczekiwany sojusz starego domu, starej kobiety i dziecka budził w ludziach niepokój, być może brali go nawet za przejaw działania nieczystych sił. Żyli w końcu w ciągłym strachu, na pograniczu puszczy i morza, dwóch nieznanych groźnych sił, w nędznych, niszczonych przez coraz częstsze i coraz gwałtowniejsze sztormy chatach, z trudem zdobywając dla siebie pokarm, ich dzieci rodziły się słabe i nierzadko umierały od głodu i chorób, podczas gdy to jedno jedyne dziecko rośnie zdrowe i silne, nienaznaczone ani chorobą ani głodem. Pomimo tego że nikt nim się nie zajmuje, nikt się do niego nie przyznaje. W ukradkowych spojrzeniach, jakie z rzadka rzucali na Toję i na widniejącą za jej domem nieruchomą linię drzew wyczuwało się mieszaninę nienawiści, pogardy i strachu.
A dziewczynka rzeczywiście rosła dziwnie wesoła i pogodna, jakby zupełnie nieświadoma otaczającej jej wrogości i czających się wokół niebezpieczeństw. Jej głównym zajęciem było spacerowanie brzegiem morza i wyśpiewywanie dziwnych, nieskładnych piosenek, których prawdopodobnie nauczyła się od staruchy. Tak jak rybacy zdawali się jej nie zauważać, tak i ona szerokim łukiem omijała zawsze ich osadę. Nie miała tam zresztą czego szukać. Piasek na należącej do ludzi części plaży wydawał jej się zawsze jakiś brzydki, szary, podobnie przygnębiające wrażenie robiły na niej ich domy. Nie raz obserwowała ich podczas pracy, wiedziała, z jakim wysiłkiem przychodzi im zdobywanie pożywienia, zdarzało się nawet, że w nocy stawały jej nagle przed oczyma ich twarze, skrzywione od złości, niepowodzeń i głodu i dziwiła się, dlaczego nigdy nie przychodzą, tak jak ona, na skraj lasu, gdzie trawa była zawsze zielona i świeża i gdzie, w dobrze znanych głębokich dziuplach zawsze czekały lśniące misy, po brzegi wypełnione jadłem.
To szczęśliwe, beztroskie życie miało się jednak wkrótce skończyć. I, jak to zwykle bywa w życiu, zmiana ta spadła na nieprzygotowane, nie uprzedzone przez nic ani nikogo dziecko zupełnie nagle, zupełnie niespodziewanie.
Tego dnia Toja obudziła się wczesnym rankiem i, znęcona słońcem, niebawem była już na plaży. Bawiła się jak co dzień, zbierając muszelki i kolorowe kamienie, tańcząc i wypływając daleko w morze. Właśnie odpoczywała po jednej z dłuższych eskapad, kiedy zauważyła to dziwne promieniowanie. Kilka kroków dalej. Odgarnęła cienką warstwę kamyków i piasku. Na dnie niewielkiego zagłębienia leżał błyszczący kamień. Przypominał morze w jasny, spokojny dzień. Był niewielki, wyglądał jak duża kropla wody albo mały kawałek nieba. Dziewczynka bez problemu mogła zmieścić go w dłoni. Wyciągnęła rękę, ale za chwilę cofnęła ją, boleśnie oparzoną. Odskoczyła, ale ani na chwilę nie spuściła z oczu tajemniczego kamienia. Wydało jej się, że się poruszył, zadrżał, jakby próbował przesunąć się w jej stronę.
Niebo w jednej pociemniało, stało się prawie czarne i Toja poczuła raczej niż zobaczyła, jak olbrzymieją fale, jak otwierają się ich spienione paszcze. Wtedy się przestraszyła, po raz pierwszy w życiu. Bo nagle została przeniesiona ze swojej plaży do jakiegoś obcego, wrogiego świata. Bo to co znajdowało się teraz przed nią to już nie było jej morze. To było dzikie zwierzę, długo zaczajone w swojej kryjówce, gotujące się do skoku. I zupełnie niespodziewanie, po raz pierwszy w życiu, Toja poczuła się przeraźliwie samotna. Nie zważając na poparzenia chwyciła kamień, z całej siły zacisnęła na nim palce, jakby tak łatwiej jej było znieść ból, i pędem ruszyła w stronę małej, przez siebie samą wydeptanej ścieżki przecinającej wydmy i potem dalej, do domu, do chaty na pagórku, gdzie dotąd czuła się tak szczęśliwa i bezpieczna.
Biegła poprzez ciemność. Tylko spomiędzy jej zaciśniętych palców sączyło się słabe niebieskawe światło. Nie widziała go. Biegła jak mogła najszybciej, nie otwierając oczu, niemal nie oddychając.
Gdyby zatrzymała się i choć na chwilę odwróciła głowę, zrozumiałaby, że nie jest sama. Naprzeciw fal widniała zawieszona w powietrzu, jakby zagradzająca im drogę, smukła kobieca postać. Pomimo szalejącego wichru długie, czarne włosy kobiety spokojnie i ciężko spływały ku ziemi. Ale Toja pędziła jak oszalała, mając wciąż w uszach narastający, wściekły ryk morza. Wbiegła do izby i rzuciła się na ziemię, śmiertelnie wyczerpana. Z całej siły zaciskała powieki. Z trudem łapała oddech, jak ktoś, kto wraca do życia.
Minęło kilka minut zanim uświadomiła sobie, że na morzu i niebie panuje już spokój. Powoli otworzyła oczy. Dookoła nic się nie zmieniło. Wyszła przed dom. Przez chwilę nie była pewna, czy przypadkiem sama tego wszystkiego nie wymyśliła. Bo przecież podczas swoich zabaw nieraz wyobrażała sobie sztormy, ginących ludzi, statki, które płoną trafione przez pioruny, i wszystko było zupełnie tak, jakby wydarzało się naprawdę. Wszystko, poza tą przeraźliwą samotnością i strachem. Pustką, jaką można poczuć, kiedy traci się przyjaciela, choć Toja nigdy nie miała przyjaciół. Usiadła i zwiesiła głowę, próbując uporządkować myśli. Z wysiłkiem otworzyła zaciśniętą pięść. Skóra we wnętrzu dłoni była różowa i gładka, ślady poparzeń znikły tak samo niewytłumaczalnie i szybko, jak uspokoiły się żywioły. Ale kamień wciąż tam był. A więc to nie mógł być sen. Dziewczynka bezwiednie zapatrzyła się w tajemniczy, lśniący przedmiot. Jej oczy zdawały się patrzeć poprzez niego, zaglądać w jakąś nieznaną głąb. Ale nie było jej dane skoncentrować myśli.
W wiosce tworzyło się zbiegowisko. Co chwila ktoś wybiegał z chałupy, przybiegał znad morskiego brzegu. Wiatr przynosił na pagórek echa podniesionych głosów. Toja patrzyła na rybaków niewidzącym, obojętnym wzrokiem. Choć czytała przerażenie i wściekłość w ich zachowaniu i gestach, nie mogła rozróżnić słów. W każdym razie teraz nie miała już wątpliwości, że zdarzyło się coś niezwykłego, skoro ludzie też to dostrzegli. Ani przez chwilę nie domyślała się, że mieszkańcy wioski mogą rozmawiać o niej.
Dwaj rośli mężczyźni, zaopatrzeni w mocny sznur i długie noże, ruszyli w drogę. Ale to również umknęło jej uwagi.
Przyglądała się teraz, jak kobiety znoszą drwa na specjalne miejsce za wioską, gdzie zwykle rozpalane są świąteczne ogniska. Zdziwiła się. Ogniska zaczynały zwykle płonąć dopiero wieczorem, tymczasem dzisiaj, choć wciąż jeszcze był ranek, nerwowa krzątanina trwała w najlepsze. Cieszyła się jednak, że w wiosce szykuje się święto. Były to właściwie jedyne momenty, kiedy miała ochotę podejść bliżej do ludzi, w ubraniach przystrojonych kolorowymi ozdobami, roześmiani, spowici dymem i blaskiem, wydawali jej się jacyś milsi i może nawet przyjaźni.
Zapatrzona na poruszające się szybko w tą i z powrotem śmieszne małe figurki nagle wzdrygnęła się przelękniona, poczuwszy na ramieniu czyjąś rękę. Wprawdzie nigdy jeszcze nie widziała żadnego z nich, ani dorosłego, ani dziecka, na swoim pagórku lub na swojej części plaży. Ale dzisiejszy dzień był przecież zupełnie inny.
Na szczęście spoczywająca na ramieniu dziewczynki dłoń nie należała do żadnego z mieszkańców wioski. Była to zielonkawa i chropowata w dotyku, przypominająca trochę pokrytą mchem korę spróchniałego drzewa albo oślizgłą żabią łapę dłoń staruchy z lasu.
Ponoć niegdyś Mariam mieszkała w wiosce, wśród ludzi, ale została stamtąd wypędzona w następstwie skandalicznych wydarzeń, w które zamieszane były czary. Dzięki magicznym eliksirom długo udawało jej się zachowywać młodość i urodę. Tak przynajmniej opowiadali czasem starcy, którzy z kolei słyszeli te opowieści od swoich ojców i tak dalej, choć ten i ów zarzekał się, że będąc dzieckiem na własne oczy widział, jak wychodziła na dach chaty i tańczyła, podczas gdy olbrzymi czarny wąż wił się wokół jej bioder. Tak naprawdę nikt nie wiedział, ile starucha ma lat i co w tych opowieściach jest prawdą, a co zaczęło już bardziej przypominać legendę . Opowiadano także, że wyrzekła się jej nawet własna córka, żona jednego z bogatszych rybaków. To był początek upadku wiedźmy. Nagle postarzała się i jakby osłabła. I wtedy ludzie zebrali się na odwagę i przegnali czarownicę. Schroniła się w lesie, gdzie nikt nie odważył się jej ścigać. W jaki sposób wyżyła we wrogiej ludziom puszczy, pozostaje tajemnicą i kolejnym dowodem jej konszachtów z nieczystymi siłami.
Była tak niewiarygodnie stara, że trudno było stwierdzić, czy na pewno jest człowiekiem. Jej ciało zgarbiło się, skurczyło i wyschło, wzrostem niewiele przewyższała Toję, kilkuletnie dziecko. Na twarzy roiło się od zmarszczek, ciemnych plam, brodawek, włosków i jakichś dziwnych zielonkawych narośli, tak że na próżno dziewczynka próbowała się w niej dopatrzyć jej wcześniejszych rysów. Tylko włosy, lśniąco czarne i niezwykle bujne, zdawały się być w tej postaci młode. Żyły własnym życiem, wijąc się i plącząc, niby to splecione w dwa długie warkocze, a tak naprawdę ciągle gdzieś się rozłażące, rozpełzające, jak pęki lśniących czarnych węży, wyrastające z głowy chylącej się do ziemi, powykręcanej miniaturki człowieka.
Toja nie bała się wiedźmy, trudno jej było zresztą uwierzyć, że to żałosne, z trudem utrzymujące się na nogach stworzenie może posiadać jakieś nadprzyrodzone moce. Na pewno nie znała żadnych zaklęć, bo przecież już dawno by ich użyła żeby poprawić swój los czy przynajmniej zemścić się na prześladowcach. A jednak wraz z pojawieniem się Mariam ulotniły się gdzieś strach i samotność, i dziewczynka nagle przypomniała sobie o czerwonych, soczystych jabłkach, które opiekunka tak często jej przynosiła. Poczuła silny głód, jakby od wielu dni nie miała nic w ustach. Starucha coś tam jak zwykle pomruczała pod nosem, jakieś niezrozumiałe wyrazy, poczochrała ją po głowie swoją chropowatą dłonią i uśmiechając się szeroko wyciągnęła z fałdów odzieży dorodny owoc. Toja poczuła nagłą chęć opowiedzenia jej o tym, co stało się nad morzem, ale wiedźma ją uprzedziła:
- Nie możesz się tam bawić. – wychrypiała, jakby czytała myśli dziewczynki.
Toja z powagą popatrzyła w jej niewidzące oczy. A więc wiedziała już o niezrozumiałym gniewie morza. Ale czy mogła to wszystko wyjaśnić? Wytłumaczyć co właściwie i dlaczego się stało? Już otwierała usta by zadać pytanie, gdy zza pagórka wyłonili się dwaj mężczyźni.
Na widok staruchy przystanęli, wyraźnie zaskoczeni jej obecnością. Jeden z nich splunął przez ramię, drugi podniósł dłoń i uczynił gest odpędzający złego ducha. Toja wzdrygnęła się ze wstrętem, nie znosiła tego gestu, zwłaszcza kobiety bardzo często go wykonywały, gdy znalazła się blisko, wydawało jej się zawsze, że chciały ją w ten sposób poniżyć czy obrazić. Wiedźma uspokajająco ujęła jej dłoń, musiała wyczuć jej niepokój. Palce mężczyzn powędrowały ku rękojeściom noży. Niespodziewanie rozległ się cichy śmiech.
Poprzez rozchylone usta Mariam widać było krzywe, zielonkawe zęby. Toja mogłaby przysiąc, że porośnięte są mchem. Nagle w szczelinach pomiędzy zębami dostrzegła coś dziwnego, jakby maleńkie, białawe pączki kwiatów. Przypatrywała się im badawczo, gdy nagle wargi staruchy poruszyły się.
- Czego chcecie? – spytała. Jej głos przypominał teraz trochę syczenie węża. Ale nie było w nim złości. Tylko pewność i spokój.
- Wiesz czego, oddaj nam tego bachora, bo i z tobą zrobimy porządek, stare ścierwo – wychrypiał z nienawiścią pierwszy i znowu splunął. Krople śliny rozbryznęły się na bosych stopach wiedźmy.
- Czego od niej chcesz, Andres? – na jej starczych ustach igrał dziwny uśmiech.
Zapytany rybak wyraźnie się stropił. Drugi natychmiast przyszedł mu w sukurs.
- Dobrze wiesz po co - odrzekł, patrząc czujnie na staruchę. - Zrobimy porządek z tą małą gnidą, zanim sprowadzi na nas nieszczęście. Ciągle tylko biega po brzegu i śpiewa. Wzywa nieszczęście, małe ścierwo. Dawno powinna zdechnąć.
I chłop zaśmiał się krótko, ochryple, z wyraźną satysfakcją.
Toja zamarła. Jabłko wysunęło się z jej palców i potoczyło w dół, po łagodnym zboczu. Wiedziała, że w wiosce nie darzą jej sympatią, ale jeszcze nigdy nie słyszała takich słów, nie poczuła tak wyraźnie, tak bezpośrednio skierowanego przeciwko sobie ładunku nienawiści. I jeszcze ten chrapliwy, okrutny, tępy śmiech. Poczuła jak w jej ciele budzi się w coś nowego, giętkiego, ekscytującego i przerażającego zarazem.
Szarpnęła się, ale nieposłuszne ciało pozostało na miejscu, i wtedy dopiero poczuła, że nie może wykonać ruchu, przytrzymywana silną i nieruchomą jak gruby konar drzewa ręką staruchy. Obnażyła więc kły i tylko warczała głucho, kipiąc wściekłością, czekając na swoją chwilę, na ten moment, kiedy uchwyt zelżeje. Mężczyźni cofnęli się pół kroku, naprężyli ciała, w ich dłoniach tkwiły długie noże.
I przez chwilę stali tak naprzeciwko siebie, jakby zatrzymani przez niewidoczną siłę, dwaj rośli rybacy i malutka staruszka, mocno ściskająca ramię dziecka. W przejrzystym powietrzu poranka znów zabrzmiał śmiech. Z początku chrypliwy, przypominający skrzypienie dwóch pocieranych o siebie kawałków drewna, zmieniał się z sekundy na sekundę. Przeistaczał w szelest liści, brzęczenie pszczół, cichy, delikatnie pieszczący uszy szmer wody, by w końcu przerodzić się dzwonienie miliardów małych, srebrzystych dzwonków. Toja podniosła wzrok. Stojąca obok niej i wciąż trzymająca dłoń na jej ramieniu smukła młoda kobieta ze zwieszającymi się do samej ziemi czarnymi jak smoła włosami uśmiechając się do mężczyzn śpiewnym głosem mówiła:
- Wróćcie do wioski. Nikt nie będzie już szukał dziewczynki. Dziecko nie żyje, morze powstało i pochłonęło swój łup.
Rybacy, przypominający teraz raczej poruszane niewidzialnymi nitkami niezdarne kukły, powoli, potykając się, schodzili ze zbocza.
Wiedźma odwróciła się do Toi:
- Idziemy, maleńka – powiedziała cicho. - Nie ma już czasu. Musisz, kruszyno, ruszyć w drogę. Dużo wcześniej, niż przypuszczałam. Chciałabym ci towarzyszyć, bardzo bym chciała, ale z różnych względów nie jest to możliwe. Będziesz musiała iść sama, choć w tą wędrówkę nikt jeszcze nie wyruszył sam, a ty jesteś za mała, jeszcze o wiele za mała.
Szły w milczeniu. Dziewczynka domyślała się, że Mariam prowadzi ją do swojej chaty. Po raz pierwszy znajdowała się tak głęboko w lesie. Była porażona majestatem tego miejsca, pełnego potężnych powalonych pni, dramatycznie powykręcanych, zasnutych pajęczynami grubych gałęzi. Kilka razy zdawało jej się, że pomiędzy drzewami mignął jakiś czarny kształt, to znowu że widzi wlepione w siebie czarne, rozżarzone ślepia. Oczywiście wiedziała, że w lesie są wilki, nieraz w nocy słyszała ich wycie. Nie budziło w niej strachu, raczej jakiś nieokreślony smutek. Teraz jednak poczuła niepokój. Spojrzała na towarzyszkę. Ślepa wiedźma szła spokojnie i pewnie. Nie pierwszy raz przemierzała tą drogę. Las musiał być dla nich bezpieczny.
Nagle Mariam zatrzymała się, jakby sobie o czymś przypominając. Odwróciła się do dziewczynki. Delikatnie uniosła małą, zaciśniętą piąstkę do swojej twarzy. Spomiędzy palców sączyło się bladoniebieskie światło. W leśnym cieniu blask wydawał się być dużo intensywniejszy niż na zalanej słońcem plaży. Toja palec po palcu otworzyła dłoń. Zdążyła już zapomnieć o tajemniczym kamieniu, a przecież to od niego wszystko się zaczęło. Jak to możliwe, że wciąż jeszcze tu tkwił. Był lekki jak piórko i ciepły, ale już nie parzył.
Staruszka uśmiechnęła się tylko, ale nic nie powiedziała. I Toja również tym razem o nic nie zapytała, z powrotem zacisnęła palce na kamieniu i posłusznie podążyła za swoja przewodniczką.
Pomimo szybkiego tempa marszu na miejscu znalazły się dopiero późnym wieczorem. Toja nigdy nie zastanawiała się gdzie mieszka staruszka, choć wydawało jej się oczywiste, że jej schronienie musi znajdować się gdzieś niedaleko. Nie spodziewała się jednak niczego konkretnego – dla niej równie dobrze mógł to być bogaty pałac jak i zwyczajna dziupla jakiegoś na pół spróchniałego drzewa. Okazało się jednak, że chata Mariam niewiele różni się od jej własnego domu. Było to również jakieś dawno opuszczone i na wpół rozwalone ludzkie schronienie. Uwagę dziewczynki przyciągnęła pochylona ze starości jabłonka, wspierająca swój pień o ceglaną ścianę. Sękate, powykręcane gałązki chyliły się ku ziemi pod ciężarem dojrzałych owoców.
Wiedźma, która nie oglądając się na dziecko weszła prosto do środka, stanęła teraz na progu chaty. Podała Toi mały czarny woreczek. Dziewczynka schowała kamień i, dumna i szczęśliwa zarazem, zawiesiła sobie amulet na szyi. Nagle poczuła się bardzo zmęczona, zapragnęła oprzeć plecy o pień drzewa i usiąść, choć na chwilę, odpocząć, wsłuchując się w szelest jego liści i wdychając zapach jabłek, ale Mariam gestem zaprosiła ją do środka.
W izbie płonęło ognisko. Toja ciekawie rozejrzała się wokół. Chatka była raczej uboga i, choć znajdowało się w niej niewiele sprzętów, miało się wrażenie nieładu. Może dlatego, że nie było tu półek, szaf, ani w ogóle żadnych mebli, a rzeczy stały lub leżały bezpośrednio na ziemi. W rogu stała lśniąca misa, wypełniona wodą. Obok niej piętrzył się bezładny stos kocy i ubrań, niedaleko wznosił się jeszcze jeden, mniejszy stosik – chrustu i małych połamanych gałązek. Pod sufitem wisiały pachnące pęki traw. Ciekawe w jaki sposób mała staruszka mogła do ich dosięgnąć. Mariam usiadła i wskazała Toi miejsce obok siebie.
- Nie każdy mógł go podnieść – powiedziała poważnie, ujmując główkę dziecka w swoje szorstkie, chropowate dłonie. – Są niebezpieczniejsze od wszystkich innych stworzeń. Mógł przepalić ci dłoń do kości. Mógł cię zabić.
- To on... żyje? – zapytała Toja, mimowolnie dotykając końcami palców pulsującego przyjemnym ciepłem woreczka, w którym spokojnie, oddzielony od jej nagiej szyi tylko cienką warstwą materiału, spoczywał tajemniczy kamień.
- Oczywiście, że żyje, skoro lśni i jest ciepły – uśmiechnęła się Mariam, zwracając twarz w stronę dziecka.
Toja naprężyła uwagę. Skąd jej opiekunka mogła wiedzieć, co znajduje się w jej dłoni. A może tylko udawała ślepą? Nie miała już teraz żadnych wątpliwości, że stara naprawdę jest wiedźmą. Na chwilę wróciło do niej to okropne uczucie znad morskiego brzegu, wrażenie, że została nagle porwana ze swojego bezpiecznego i znanego świata i wrzucona w zupełnie inny - wrogi i obcy. Zadrżała. Z jednej strony bardzo chciała dowiedzieć się więcej, o swoim kamieniu i o magii, a z drugiej bała się, bo zdawała sobie sprawę, że ta wiedza jest nierozerwalnie związana z przerażeniem i pustką, które, po raz pierwszy w życiu, poczuła dziś rano nad morzem, i z wściekłością, która na moment przemieniła ją w drapieżne, bezmyślnie rwące się do ataku zwierzę.
- Istnieją różne sposoby poznawania przyszłości, niektóre z nich są bardzo niebezpieczne – ciągnęła po chwili. – Niewykluczone jednak, że to z któregoś z nich skorzystała, kiedy wybierała miejsce, w którym powinna pozostawić dla ciebie kamień. To się często zdarza osobom, które nie mają zbyt dużego doświadczenia lub mocy i za wszelką cenę chcą mieć pewność.
- Różnie nazywają to, co dziś znalazłaś. I różne są opinie co do ich pochodzenia i mocy. My będziemy nazywać go znakiem albo po prostu kamieniem. Zaklęta jest w nim przede wszystkim miłość pozostawiającej go osoby, ale również potężna moc. To największy, najbardziej pożądany dar, jaki mogą ofiarowywać sobie wiedźmy. A zarazem najbardziej niebezpieczny. Bo ta sama moc, która towarzyszy nam i wspiera nas przez całe życie, w jednej chwili może obrócić się przeciwko nam. Jeśli dotknie go osoba niegodna uczucia, którym została obdarzona, może zostać straszliwie okaleczona, może nawet stracić życie. Nie może go przyjąć ktoś, kto nie potrafi kochać. To jedno z najstarszych praw chroniących nasz świat, tak jak znak jest najstarszym magicznym przedmiotem znanym wiedźmom – i Mariam znowu smutno się uśmiechnęła, jakby nie do końca przekonana co do prawdy swoich słów. Toja tego jednak nie zauważyła, słuchała z zapartym tchem.
- Pokaż go – stara wiedźma wyciągnęła rękę. Przez chwilę trzymała, jakby ważyła kamień w dłoni, po czym nagłym ruchem wrzuciła go w sam środek ogniska. Toja wrzasnęła, i już sama pchała małe ramionka pomiędzy płomienie by wyciągnąć swój skarb, który nagle stał się dla niej tak potwornie ważny, że niemal czuła na swojej skórze trawiący go płomień, ale znowu powstrzymała ją silna ręka staruchy.
- Pewnie nic by ci się nie stało, ogień jest dla ciebie teraz zupełnie niegroźny – powiedziała spokojnie Mariam. – Ale nie o to chodzi. Patrz!
Płomienie zmieniły kształt i kolor. Przed oczyma zachwyconej dziewczynki rozbłyskały błękitne światła, strzelały niebieskie iskry.
I to właśnie wtedy, w tym błękitnym blasku, Toja ich ujrzała. Dwóch chłopców, których wargi wciąż poruszały się bezgłośnie, jakby coś do niej mówili, o coś prosili, błagali. Ze wszystkich sił natężała zmysły, chcąc usłyszeć, wyczytać z ruchu warg, zrozumieć. Chłonęła oczyma ich rysy. Po chwili widziadło znikło. Toja nie poruszyła się z miejsca, gdy starucha głęboko zanurzyła dłoń w płomieniach, wyjęła amulet i położyła go na jej kolanach.
Minęło dobrych kilka chwil zanim się otrząsnęła i bezradnie spojrzała na wiedźmę, oczekując wyjaśnień. Ale stara milczała, z twarzą wciąż skierowaną w stronę ognia, jasną, dziwnie młodą i piękną w jego świetle. Toja zrozumiała. Tym razem opiekunka nie mogła jej pomóc. Chyba naprawdę była ślepa. A ona sama nie mogła wiedzieć na pewno nawet tego, czy to, co widziała nie było tylko snem albo kolejną sprawką jej bujnej wyobraźni.
- Opowiedz – cicho zażądała Mariam.
Toja spróbowała odtworzyć w pamięci rysy, jeszcze przed chwilą widziane tak wyraźnie. Pierwszy z chłopców miał groźną twarz, zaciśnięte usta, czarne włosy i oczy, dokładnie takie same jak jej własne. Im dłużej i intensywniej się mu przypatrywała, tym bardziej sylwetka dziecka traciła wyrazistość i Toja nie była w końcu pewna, czy widzi chłopca, czy wilka o splątanej czarnej sierści. Drugi był jego przeciwieństwem – miał jasnożółte włosy i niewyobrażalnie wielkie, niebieskie oczy, patrzące spod długich, dziewczęcych rzęs. Chłopcy trzymali się za ręce, i Toja czuła, wyraźnie czuła, że to, co chcieli jej przekazać, było wołaniem o pomoc. O ile oczywiście wszystko, co ujrzała w niebieskim świetle nie było tylko grą wyobraźni. Była pewna, że gdzieś już ich widziała, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie, nie mogła sobie przypomnieć nawet tego, czy zdarzyło się to na jawie, czy we śnie.
- Czy oni żyją? – krzyknęła nagle, porażona straszliwym przeczuciem. - Czy nie zabili ich rybacy?
Wiedźma milczała. Toja dopiero później, dużo później domyśliła się, że Mariam spodziewała się usłyszeć coś zupełnie innego.
- Czy oni żyją? – wyszeptała Toja, kładąc swoje małe rączki na chropowatych dłoniach staruchy. – Powiedz mi, proszę.
- Żyją – tak samo cicho odpowiedziała Mariam. Po jej policzku powoli stoczyła się łza. Tak jakoś zmalała, osłabła, wydała się nagle Toi tak żałosna w swojej starości, że dziewczynka znowu się przestraszyła. Osoba, którą jeszcze przed chwilą miała za potężną czarownicę przypominała teraz zasuszone truchło, wyciągnięty ze śmietnika trup małej, szmacianej lalki.
– Nie możesz już tu pozostawać. I to nie ci śmieszni ludzie z ich nożami i ogniskami są tego przyczyną – dźwignęła się ciężko i poszła w kąt chaty, długo grzebała w piętrzącej się tam górze przedmiotów. Szukała czegoś, a może tylko próbowała ukryć łzy.
– Sama dobrze wiesz, że oni nie mogą ci zagrozić i tak samo nie mogliby zagrozić i im, gdyby...
- Ten młodszy to Avel. – podjęła po chwili. – To on zostawił dla ciebie kamień. A kilka lat temu ocalił również twoje życie. Ale potrzebna będziesz im obu tak samo. A teraz musisz już odejść. Musisz stać się silna. Im potrzebna jest wiedźma, naprawdę potężna wiedźma, nie dziecko.
Toja miała wrażenie, niemal pewność, że starucha ukrywa przed nią coś bardzo ważnego. Być może najważniejszego, najważniejszą część prawdy. Stłumiła jednak to uczucie, było jej wstyd, że w takim momencie okazuje Mariam brak zaufania.
- Ale co z tobą? Czy tobie na pewno nic tu nie grozi? I naprawdę chcesz tu zostać, sama, tak blisko tej okropnej wioski? – powiedziała tylko.
Wiedźma roześmiała się ochryple.
- Dziękuję, że się o mnie troszczysz – odpowiedziała. – Ale jest właśnie tak, muszę zostać. Przynajmniej do pewnego czasu. Jestem już za stara, żeby po raz kolejny zaczynać wszystko od nowa. Poza tym muszę się troszczyć o tą chatę, jabłonkę i wszystkie inne stare, mądre drzewa, które tu rosną. Ktoś musi, bo nie mają nikogo, komu mogłyby przekazać swoją wiedzę, kto by ich bronił przed ludzką głupotą. – Toi nagle przypomniały się wilki, których niemal niewidoczne ciemne sylwetki bezszelestnie towarzyszyły im w wędrówce przez las. – Nie ma najmniejszych powodów, żeby się o mnie obawiać – ciągnęła dalej już spokojnie Mariam. – Poza tym mam tu jeszcze kilka spraw do załatwienia. Kiedyś to wszystko zrozumiesz, kruszyno. Kiedy się następnym razem spotkamy.
Starucha wyciągnęła skądś wspaniałą, srebrną tacę. Na jej brzegach wyrzeźbione były sylwetki biegnących wilków. Znów te wilki, pomyślała Toja. Mariam wyszła, ale już za chwilę była z powrotem, z tacą pełną jabłek. Bez słowa postawiła ją przed dziewczynką. Toja poczuła się dziwnie, nikt nigdy nie ugościł jej w taki sposób. Staruszka nie jadła, znowu się oddaliła, żeby po chwili znowu wrócić z małym pakunkiem w dłoniach. Zieloną kurtką, zielonym swetrem, spodniami i plecak, do którego spakowała mały brązowy koc w kratkę i kilka jabłek na drogę.
Kiedy dziewczynka nasyciła się i przebrała, stara wyciągnęła skądś czarny kościany grzebień. Delikatnie rozczesywała splątane włosy Toi, która mając świadomość że już niedługo pożegna ciepłą chatkę i swoją niezwykłą opiekunkę przymknęła oczy i z przyjemnością poddała się tej pieszczocie.
- Piękne, gęste włosy, dokładnie takie same były u twojej matki – szepnęła wiedźma. Dziewczynka drgnęła, ale nie odezwała się. Czekała. Nie dane jej jednak było dowiedzieć się więcej, ani o matce, ani o widzianych w płomieniach ogniska chłopcach. Mariam zamilkła, a ona nie odważała się pytać.
– Odtąd już zawsze będziesz je splatać w dwa warkocze, po obu stronach głowy. Kiedy warkocze sięgną ziemi, staniesz się wiedźmą. Dopiero wtedy będziesz w stanie w pełni zrozumieć i wykorzystać moc swojego talizmanu. Do tego czasu musisz jednak bezustannie wędrować, nigdzie nie zatrzymując się na dłużej. To bardzo ważne. Jeśli zatrzymasz się gdzieś choćby na kilka dni, zapomnisz o celu drogi i pozostaniesz tam już na zawsze. Dlatego każdej nocy musisz wyruszać na nowo. Nie wolno ci też tu powrócić. Nigdy. Zapomnij o tym miejscu. I o mnie. Dopóki nie przyjdzie czas.
Toja popatrzyła na nią zdumionym wzrokiem. I w tej samej chwili przyrzekła sobie, że jak tylko stanie się wiedźmą, potężną, najpotężniejszą, wróci tutaj, do tej starej kobiety, cokolwiek się stanie, jakiekolwiek przeszkody staną na jej drodze. Dowie się prawdy, wszystkiego, o czym wiedźma nie chciała czy nie mogła jej powiedzieć, nieważne, ile będzie ją to kosztowało. Dowie się, kim naprawdę była ta piękna, smukła kobieta, którą widziała przez chwilę tam, na pagórku, śmiejącą się beztrosko naprzeciw uzbrojonych rybaków. Wiedźma mogła mieć swoje tajemnice, ona też miała swoją.
- Moje życie się kończy. Odnalazłam już wszystko, co miałam odnaleźć, a i do zrobienia pozostał mi niewiele – starucha uśmiechnęła się smutno. – Jedyna na czym jeszcze tak naprawdę mi zależy, to tylko przekazać komuś mój znak. Komuś, kto będzie miał więcej nadziei lub szczęścia i kto będzie umiał zrobić z niego lepszy użytek. Bo taka moc nie powinna się zmarnować – wiedźma roześmiała się dziwnie, Toja aż się wzdrygnęła, tak bardzo ten śmiech nie pasował do tej Mariam, którą znała. A może tak naprawdę wcale jej nie znała. – To zabawne, wszyscy tak bardzo jej pragną, gotowi są na największe poświęcenia i najstraszniejsze zbrodnie, byle tylko ją posiąść – starucha uważnie popatrzyła niewidzącymi oczami w oczy Toi. – a jednocześnie ta sama moc to wszystko co mi pozostało, jedyne, co kiedykolwiek miałam, choć nigdy o nią nie prosiłam, i nigdy, nawet teraz, nie odważyłabym się jej użyć tak, jak tego naprawdę chcę.
– To już wszystko, moje dziecko. Wszystko, co mogłam dla ciebie zrobić. Teraz musisz opuścić to miejsce. Być może na zawsze. Już niedługo przyjdzie dzień kiedy nic, nawet ja sama nie będę w stanie powstrzymać moich fal.
- Czy mogłabyś pokazać mi swój znak? – zapytała Toja.
Czuła się jakby śniła, niebezpieczny wprawdzie, ale za to tajemniczy i piękny sen. Żałowała, że dopiero teraz Mariam opowiada jej o znakach, czarach i wiedźmach, bo choć zawsze czuła, że jest kimś innym niż wszystkie inne znane jej dzieci, nie wiedziała kim. Odrobinę prawdy poznała dopiero w momencie kiedy musiała odejść, a ona – jedyny łącznik z tym niezwykłym i nieznanym, a przecież jej własnym światem – pozostać.
Wiedźma pogrzebała chwilę pośród okrywających ją łachmanów i fałdów zbrązowiałej skóry i wyciągnęła mały czarny woreczek, dokładnie taki sam jak ten, który przed chwilą podarowała Toi. Dziewczynka z wahaniem wyciągnęła rękę, i za chwilę zalśnił na niej amarantowym blaskiem kielich niezwykłego kwiatu. Wyglądał jakby zerwano go przed chwilą, choć z pewnością przeleżał w woreczku na szyi staruchy wiele dziesiątków lat. Toja aż otwarła usta z zachwytu, nie mogąc oderwać od talizmanu wzroku. Ciekawość, zachwyt i zazdrość naraz odmalowały się na jej twarzy.
- Dlaczego mój znak wygląda jak zwykły kamień, a twój... – nie znalazła odpowiednich słów.
- Dostałam go kiedyś od mojej przyjaciółki i nauczycielki, – odpowiedziała Mariam – jej imię było jednocześnie imieniem tego kwiatu, dlatego nosząc go czuję, jakby ciągle przymnie była. Każdy talizman kryje swoją tajemnicę, moje dziecko. Czyjąś miłość, a często również i czyjś ból. Przybierają bardzo różne formy i nigdy nie jest to pozbawione znaczenia. Ten sam kamień znalazła kiedyś twoja matka, ale odmówiła skorzystania z jego mocy. I Avel był taki sam jak ona. Zupełnie bezbronny. Chodź tutaj.
Mariam mocno objęła dziewczynkę. Przesiedziały tak, przytulone, wsłuchane w bicie swoich serc i wpatrzone w płonący jasno ogień kilka pozostałych do świtu godzin. Pomimo że obie były zmęczone, nie mogły zasnąć. Rozmawiały cicho, Mariam nie dawała już dziewczynce rad, nie uczyła jej niczego, za to opowiadała stare, pełne niezwykłych imion i jeszcze bardziej niezwykłych i niezrozumiałych czynów historie o pustelnikach, wiedźmach, magach i czarodziejskich przedmiotach. Historie, których potwierdzenia Toja przez długie lata szukała potem w magicznych księgach, ale nigdy nie udało jej się ich tam znaleźć. Dziewczynce w ciągu tych kilku nocnych godzin spędzonych w chacie wiedźmy jakby przybyło lat. W każdym razie, dopiero nad ranem wychodząca ze zrujnowanego domostwa Toja nie przypominała już beztroskiego dziecka, które wyśpiewując niezrozumiałe dla niego samego słowa bawiło się rankiem na plaży. Niedługo miała stać się wiedźmą. I było to widać w jej spojrzeniu i ruchach. Miało się wrażenie, że staruszka i dziewczynka wymieniły się, albo może tylko trochę upodobniły do siebie – Toja wydawała się teraz starsza, Mariam jakby nieco odmłodniała – jej twarz wygładziła się nieco, sylwetka stała się smuklejsza, ruchy płynniejsze.
Przeszedłszy kilkadziesiąt kroków Toja odwróciła się i po raz ostatni spojrzała na samotną chatę. Przez jedno mgnienie wydało jej się, że na progu widzi smukłą postać, z czarnymi, zwieszającymi się do samej ziemi warkoczami i wężem owiniętym wokół bioder, szerokimi, płynnymi ruchami rąk kreślącą w powietrzu magiczne znaki. Spojrzała jeszcze raz. Na progu nie było nikogo. Na pewno jej się tylko zdawało, w końcu wciąż jeszcze było dość ciemno, jej oczy były zmęczone brakiem snu i długim patrzeniem w ogień, a wyobraźnia przepełniona postaciami z zamierzchłych czasów, o których jeszcze przed chwilą opowiadała jej stara wiedźma.
Tak rozpoczęła się wędrówka małej dziewczynki z zawieszonym na szyi tajemniczym kamieniem, którego prawdziwe znaczenie i moc miały się dopiero przed nią odkryć. Z głową wciąż pełną niesamowitych opowieści, niedopowiedzeń i niewypowiedzianych pytań Toja posłusznie ruszyła w ostry chłód poranka. Nie wiedziała, w jakim kierunku ma iść, poszła więc przed siebie. Nie spodziewała się niczego dobrego od ludzi – skierowała się w więc w stronę, gdzie drzewa rosły coraz gęściej, gdzie coraz trudniej było brnąć do przodu, skierowała się w największą głąb, w samo serce puszczy.

***

Nie wiadomo jak długo trwała jej wędrówka zanim znalazła się w mieście, w którym mieszkała Kalia. Równie dobrze mogło to być kilka tygodni, jak i parę setek czy nawet tysięcy lat, bo dla wiedźm czas płynie zupełnie inaczej niż dla nas. Nie wiadomo, dlaczego właśnie Kalię wybrała, czy też może, w jaki sposób ją odnalazła. Jedni opowiadali, że prowadził ją kamień, inni – że serce. Jeszcze inni, że dziewczynka po prostu szła, nie żeby bez celu, bo cel miała przecież określony dość jasno, choć jeszcze inni utrzymują że właśnie bez celu, i kładą na to szczególny nacisk. Być może to Kalia, zupełnie nieświadomie, wezwała Toję do siebie, i ta, prowadzona jej głosem, odnalazła ją w końcu, tak jak wcześniej odnalazła swój talizman na plaży. To zresztą zupełnie nieważne i nawet sama Toja, gdyby tylko ktoś ośmielił się zadać jej to pytanie, odpowiedziałaby z pewnością, że nie wie.
Na pewno wiele do tego czasu zwiedziła krain, przeczytała wiele magicznych ksiąg, spotkała wiele wiedźm i zdobyła niezbędną czarnoksięską wiedzę, choć, pamiętając przestrogę Mariam, nigdy nie zatrzymywała się w jednym miejscu dłużej niż do świtu następnego dnia.
Gdy wchodziła do mieszkania, gdzie żyła jej mała przyjaciółka, jej długie warkocze sięgały już ziemi. Pomimo że zachowała wygląd dziecka była już prawdziwą wiedźmą, taką, której może służyć skrzydlaty wąż.


KROK W CIEMNOŚĆ


Na dworze szybko zapadał zmrok. Rodzice Kalii ciągle nie wracali.
Ostatnie słowo opowieści dawno wybrzmiało i dziewczynki siedziały teraz w milczeniu, wsłuchując się w monotonne uderzanie kropel, nieustannie, uparcie drążących swoje wąskie ścieżki w tajemnych mrokach pieczary.
Kalia zwróciła na nieznajomą swoje wielkie, niebieskie oczy. Toja zrozumiała tę niemą prośbę. Podała jej kamień. Dookoła rozlało się bladoniebieskie światło. Leżące na podłodze papierowe pająki powoli, jakby z trudem zaczęły się podnosić na włochatych nóżkach i wspinać na kolana swojej pani, wyciągając w jej stronę małe pyszczki. Dziewczynka zacisnęła pięść i znowu zapanowała ciemność. Tylko ze szczelin pomiędzy jej małymi palcami palcami sączyły się wąskie strużki światła. Wszystko to trwało tylko jedną chwilę, było jak krok w sen, w baśń, na drugą stronę lustra.
- Pójdziesz ze mną? – zapytała Toja.
- Rodzice na pewno mi nie pozwolą.
Na wspomnienie rodziców poczuła bolesne i nieprzyjemne jak zastrzyk ukłucie smutku.
- Rodzice bardzo mnie kochają, ale wiem, że mi nie pozwolą – Kalia ponownie spojrzała na Toję swoimi granatowymi w wieczornym świetle oczami. Lśniły w nich dwie wielkie łzy.
– Kochają mnie, przecież jestem ich dzieckiem – dodała jeszcze, jakby chciała za wszelką cenę przekonać przyjaciółkę, wmusić w nią kolejną wyuczoną regułkę.
- Mylisz się – powiedziała łagodnie Toja. – Mylisz się, jeśli sądzisz, że wszyscy rodzice kochają swoje dzieci. Są tacy, którzy je krzywdzą. Biją, kopią, obrzucają wyzwiskami, straszą, na długie godziny zamykają w pokoju albo zostawiają same w domu. Po prostu nie chcą ich mieć.
- I czy oni nigdy nie będą kochać swojego dziecka?
- Nigdy. Jeśli nie kochają go, kiedy jest małe, to tym bardziej nie będą kochać osoby, która z niego wyrośnie.
Kalia jeszcze mocniej ścisnęła kamień. Jego blask przeświecał teraz przez jej palce, jakby były zupełnie przezroczyste.
- Ale przecież dziecko musi kochać swoich rodziców i się ich słuchać, bo inaczej...
- Inaczej co?
- Nie wiem. Zostanie samo. Albo umrze. I pójdzie do piekła.
Toja roześmiała się.
- To nieprawda. W naszym świecie, jeśli ktoś nie zasługuje na miłość jaką został obdarzony, znak go niszczy, jeśli tylko ta osoba ośmieli się wyciągnąć po niego rękę. W świecie, w którym ty żyjesz jest odwrotnie – to przeciw tobie samej obróci się cała siła twojego nieodwzajemnionego uczucia. Będziesz cierpieć podwójnie. To właśnie jest piekło. Nieporównywalnie straszniejsze niż wszystko czym mogą cię straszyć by wymusić na tobie miłość czy może tylko posłuszeństwo.
Kalia podniosła głowę.
- Pójdę z tobą – powiedziała.
Toja wyjęła grzebień. W milczeniu rozczesała włosy dziewczynki, a potem splotła je w dwa długie, świecące gdzieniegdzie złocistymi nitkami warkocze.
- Bardzo długo cię szukałam. Nie urodziłaś się jeszcze, kiedy wyruszałam w swoją wędrówkę.
- Nie jesteś przecież dużo starsza ode mnie! – zaprotestowała Kalia ze śmiechem. Zaśmiała się zupełnie szczerze po raz pierwszy od momentu w którym się spotkały.
- Niedużo starsza od ciebie? – Toja też się zaśmiała. – Jestem wiedźmą skarbie. A to oznacza, że upływ czasu nie ma dla mnie żadnego znaczenia. To jak wyglądam zależy wyłącznie ode mnie. Czas ma wpływ tylko na ludzi. I tylko dlatego, że są śmiertelni.
- Ale mówiłaś, że Mariam była staruszką...
- Tak. To tylko jedna z wielu spraw, których w tej historii nie rozumiem. Choć kiedy to teraz powiedziałaś, kiedy tak zwyczajnie nazwałaś ją „staruszką” zabrzmiało to tak jakoś słabo i bezbronnie, a ona była przecież naprawdę potężna, jak tysiącletnie drzewo. Dziwne, bo kiedy o niej teraz pomyślałam, przypomniała mi się jej jabłonka. Pokrzywiona, zgarbiona, ale gdybyś zobaczyła choć jedno z tych owoców, których rodziła przecież całe kosze.
Dziewczynki podeszły do okna. Za nim czekał na nie skrzydlaty wąż. Kalię znowu ogarnął niepokój. Toja puściła jej rękę.
- Ten jeden krok musisz zrobić sama – usłyszała za sobą jej głos. Posłusznie wspięła się na parapet. Wstała. Odwróciła na chwilę głowę. Za nią stała smukła młoda kobieta, z czarnymi, sięgającymi ziemi warkoczami. Uśmiechała się. Tak ciepło, że oczy Kalii zaszły łzami. Z powrotem odwróciła się w stronę okna. Cisza i ciemność. Jakby nagle zgasły wszystkie latarnie, zatrzymał się ruch uliczny. Ogarnęło ją przerażenie. Jeszcze raz obejrzała się za siebie. Ta sama ciemność. Spojrzała w dół, ale nie mogła dostrzec nawet własnych rąk. Za oknem coś się chyba poruszyło. Czy to wąż? Ostrożnie wysunęła nogę. Kapeć zsunął się z trzęsącej się stopy, za chwilę usłyszała jak uderza o chodnik. Kalia mieszkała na najwyższym piętrze. Wiedziała, że nie powinna patrzeć w dół. Wiedziała, że nie przeżyłaby upadku. Jeszcze mogła zawrócić. Ale czy rzeczywiście miała jakiś wybór.
Rozkładając ręce na boki, jakby szła po cienkiej linie dziewczynka wysuwa nogę bardziej do przodu. Bosą powierzchnią stopy wyczuwa tylko pustkę. Przez chwilę niespokojnie balansuje na parapecie okiennym na palcach lewej stopy. I nagle rozumie. Znikają wątpliwości. Strach znika. Mocno zaciska powieki i odrywa stopę od parapetu.
Całym ciałem przywiera do śliskich czarnych łusek i opiera główkę na płaskim łbie gada.
- Myślałam zawsze, że czarownice latają na miotłach – powiedziała odwracając się do Toi.
- Na miotłach? Czego to ludzie nie są w stanie wymyślić, żeby wyśmiać albo wzbudzić niechęć do tych, którzy są inni. Ale w zasadzie można i na miotłach. Kiedyś nosiły nas gałęzie świętych drzew. Słyszałaś o świętych drzewach?
- Nie – smutno szepnęła Kalia.
- Nie martw się, wszystkiego się dowiesz. W swoim czasie. W każdym razie myślę, że stąd to się właśnie wzięło. Choć teraz, kiedy prawie wszystkie magiczne drzewa umarły lub zostały wycięte, wiedźmy używają tych samych środków transportu co ludzie. Zrobiły się bardzo wygodne. Wątpię, czy którakolwiek z nich umiałaby je rozpoznać lub wiedziała, jak przygotować gałąź.
- A skrzydlate węże?
Toja znowu się zaśmiała.
- Trudno mi sobie wyobrazić, żeby którejkolwiek z nich służył wąż. To bardzo stare i bardzo rzadkie stworzenia. Zjawiają się tylko na wezwanie wyjątkowych osób.
- To znaczy jakich?
- Mądrych, które dużo cierpiały.
Kalia jeszcze mocniej przytuliła się do węża. Była mu wdzięczna, że pozwolił jej znaleźć się na swoim grzbiecie i szczęśliwa, prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu. Gad odwrócił łeb i przez chwilę popatrzył na nią swoimi mądrymi oczami. Kalia poczuła, jak to spojrzenie wlewa w jej ciało spokój, jak wszystkie rany się goją, strachy i obawy odchodzą. Na pewno jeszcze wrócą, ale wiedziała, że będzie umiała stawić im czoło. Wiedziała, że pomoże Toi w odnalezieniu braci. Że istnieje znak, który ktoś pozostawił tylko dla niej jednej. I że wodna czarownica miała rację. Że jest kimś zupełnie innym, niż wszyscy dorośli i wszystkie inne dzieci, a ich niechęć i brak akceptacji były tylko potwierdzeniem tego faktu. Zamknęła oczy i ułożyła się wygodniej. Zdążyła jeszcze tylko pomyśleć, jak przyjemnie będzie obudzić się i zacząć nowy dzień w zupełnie innym świecie, w otoczeniu przyjaciół. Jak miło będzie rankiem powitać uśmiechniętą twarz Toi i znowu popatrzeć w mądre oczy węża.


W SAMOTNEJ CHACIE


Kalia z trudem otworzyła zaspane oczy. Od tamtego wieczoru minęło już kilkanaście dni, ale ona zupełnie nie zdawała sobie z tego sprawy. Większość tego czasu przespała, zwinięta w kłębek i przykryta brązowym kraciastym kocem.
Spała podczas niedługich postojów i spała na grzbiecie niezmordowanie lecącego węża, przez cały czas troskliwie podtrzymywana dłońmi towarzyszki. Budziła się co kilkanaście godzin, ze zdziwieniem wyciągała z włosów zeschnięte liście i źdźbła trawy, jadła i zamieniała kilka słów z Toją. Ale zaraz zaczynały jej się kleić oczy, ciało stawało się bezsilne i bezwładne, jak po olbrzymim fizycznym wysiłku, głowa bezwolnie opadała i, chcąc czy nie chcąc, znowu zasypiała. Nigdy wcześniej nie zdawała sobie sprawy, że można być aż tak zmęczonym, a teraz nagle stało się dla niej jasne, że przecież całe to olbrzymie wyczerpanie niosła ze sobą przez całe życie.
Powoli dokonywała się w niej jakaś tajemnicza przemiana. Śpiąc nie tylko regenerowała siły, lecz również uwalniała tkwiące gdzieś głęboko w niej moc i wiedzę, z których istnienia nie zdawała sobie dotąd sprawy. Niezwykłe były również jej sny – pełne miejsc które dobrze znała, chociaż nigdy w nich nie była, witających ją radośnie ludzi, których nigdy wcześniej nie spotkała.
Rozejrzała się. Znajdowały się w głębi jakiegoś starego lasu. Korony wyniosłych drzew niemal zupełnie zasłaniały niebo, w panującym tu półmroku trudno było określić, czy był to zmierzch czy poranek. Niedaleko, oparta plecami o jedno z drzew, z kolanami podciągniętymi pod brodę siedziała Toja. Obok jej stóp leżał wąż, zmalały, ze złożonymi, niemal zrośniętymi z tułowiem skrzydłami. Pozycja w jakiej siedziała przyjaciółka, jej opuszczona głowa i niewidoczna, przysłonięta włosami twarz powinny wzbudzić niepokój. Ale Kalia nie zatrzymała na niej wzroku.
Zapatrzyła się na lśniące łuski węża, podziwiała wijącą się łagodnie linię jego ciała. Widziała już, jak groźnie i majestatycznie wygląda podczas lotu, jak, zmalały, delikatnie owija się wokół bioder przyjaciółki, jak układa się do snu z głową ufnie opartą na jej stopach. Od samego początku, odkąd tylko o nich usłyszała, skrzydlate węże wzbudziły jej ciekawość i zachwyt. Od Toi dowiedziała się że są bardzo stare, starsze niż wszystkie inne ziemskie stworzenia i że również ich magia jest zupełnie inna, starsza i potężniejsza niż magia wiedźm.
Na łbach tych przedziwnych stworzeń, tuż powyżej ślepiów znajdowały się wrośnięte w skórę małe, lśniące kamienie, podobne do górskich kryształów. Za każdym razem, kiedy Kalia patrzyła na lśniący kamień na łbie ich węża, przypominał jej się talizman przyjaciółki. Była pewna, że pomiędzy tymi dwoma przedmiotami istnieje jakaś więź. Ponoć to właśnie w tych kamieniach zaklęta była moc węży. Talizmany pochodziły prawdopodobnie z tego samego świata, w którym żyły węże zanim jeszcze zaczęły służyć wiedźmom. Nie była do końca pewna, czy powinna użyć tego właśnie słowa. Właściwie nigdy nie widziała, żeby Toja wydawała swojemu wężowi jakieś polecenia, wydawało jej się, że porozumiewają się na jakimś zupełnie innym poziomie, może na tym gdzie rodzi się wola, albo może jeszcze głębszym, może nawet kierowała nimi ta sama wola, w każdym razie w ich działaniach nie widać było żadnego rozdźwięku.
Z drugiej strony, również z opowieści Toi Kalia dowiedziała się także, że węże przyłączają się do wiedźm zupełnie niespodziewanie, i tak samo niespodziewanie mogą je opuścić.
Oczywiście zdawała sobie sprawę, że mała dziewczynka, taka jak ona, nie może posiadać tak potężnego sprzymierzeńca. A jednak często przed zaśnięciem wyobrażała sobie jak przylatuje na jej wezwanie. A potem w snach słyszała potężny trzepot przesłaniających słońce skrzydeł. Wpatrywała się w swoje odbicie w nieruchomej, pionowej źrenicy. Marzyła, że jak żywe, bezustannie wijące się bransolety oplata jej ramiona. Malujący się przed jej oczyma obraz był coraz wyraźniejszy, przymknęła powieki, by nie uronić ani jednego szczegółu.
Nagle poczuła na sobie wzrok Toi. Widziadło rozmyło się natychmiast. Oczy przyjaciółki były czerwone od łez.
Jednym skokiem znalazła się obok niej. W jednej chwili wszystko stało się jasne. Poznała las w którym się znajdowały, zrozumiała dlaczego Toja tak się spieszyła i niepokoiła przez całą drogę.
- Chciałam cię do niej zabrać – zaczęła się cicho tłumaczyć i Kalia chciała jej przerwać, powiedzieć że to zupełnie niepotrzebne, że sama już wszystko zrozumiała, że gdzieś w głębi doskonale wiedziała dokąd lecą. Ale wiedźma już na nią nie patrzyła, umilkła i zamknęła oczy. I Kalia nie powiedziała ani słowa.
– Przez wszystkie lata mojej wędrówki zawsze wracałam myślami do tej chaty – podjęła Toja po chwili. – Zawsze zastanawiałam się dlaczego uparła się żeby tu żyć. Co ją tu trzymało, co się tu stało. Chciałam ją zabrać, ocalić. Nie braci, tylko właśnie ją. Tak naprawdę w ogóle nie myślałam o braciach. I kiedy cię wreszcie znalazłam, kiedy tylko poczułam, że to już ta chwila, że posiadam pełnię mocy! To trwało długo, za długo, czułam że coś nas powstrzymuje, próbuje zmylić węża. I jesteśmy za późno. Za późno, rozumiesz?
Kalia delikatnie gładziła włosy przyjaciółki.
- Zostaw mnie – szarpnęła się nagle Toja. Nie chodziło przecież o to, żeby ją pocieszać.
Dziewczynka wzdrygnęła się. Nie pokazała tego po sobie, ale poczuła się oszukana, odrzucona. W tej samej chwili zawstydziła się jednak i szybko zdusiła w sobie te uczucia, wiedziała przecież, jak bardzo cierpi jej przyjaciółka. Oglądając się kilka razy odeszła w stronę chaty.
Ani razu nie wspomniała o tym Toi, ale podczas podróży wielokrotnie śniła o tym miejscu, w jakiś niejasny sposób zdając sobie sprawę że to właśnie tu niesie ją skrzydlaty wąż. W tych snach spacerowała plażą, na której Toja znalazła swój kamień, wędrowała przez las, słuchała nabrzmiałego smutkiem wycia wilków. Czuła, że to miejsce, pełne czegoś nierozwiązanego, niedokończonego, czeka właśnie na nią. Pewnie szła przez bagno, a przecież Toja nigdy wcześniej nie wspomniała, że chata Mariam znajduje się pośrodku bagien. Nie była tym jednak zaskoczona, wszystko było tak jak powinno, jej stopy dobrze znały drogę, jakby już tędy szły i dokładnie zapamiętały każde drzewo, każdy kamień, każdą grudkę błota.
Ciało Mariam leżało przed otwartymi drzwiami jej domu. Rozrzucone na boki ręce wyglądały jak rozłożone w geście powitania. W łagodnych rysach malował się spokój, oczy odbijały ciemny granat nieba. Usta delikatnie rozchylały się w uśmiechu.
Kalia uklękła obok wiedźmy i położyła dłoń na jej twarzy. Skóra była chłodna, miękka, miła w dotyku. Przeciągnęła palcami po włosach, tak samo lśniących i czarnych jak włosy Toi. Może i nie jest możliwe określenie wieku wiedźmy, ale co do samego faktu pokrewieństwa, przynajmniej w tym wypadku, nie mogło być wątpliwości. Dziwne, że Toja nigdy wcześniej o tym nie wspominała. Czyżby nie wiedziała? Czy jej opiekunka ukrywała przed nią prawdę? Kalii zrobiło się nagle strasznie żal przyjaciółki. Jedną wizytą, kilkoma godzinami rozmowy odwróciła bieg jej życia, nie zawahała się przeciąć je, jak nożem, na dwie części i na zawsze związać swój los z jej losem. Kalia czuła się jej dłużniczką. I jednocześnie wiedziała, że nie potrafi jej pomóc, że może odciąć jej od tych wszystkich tajemnic i śmierci, wyplątać z potwornej pajęczyny, w której tkwiły teraz obie.
Jej wzrok zatrzymał się na małym czarnym woreczku bezwładnie spoczywającym na piersiach martwej czarownicy. Podniosła go. Wyjęła znak. Był chłodny, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że przypomina w dotyku skórę martwej kobiety. Jeszcze raz popatrzyła na Mariam, przez chwilę wydało jej się, że czarownica się uśmiecha. Jak echo powróciły do niej słowa Toi: „podobno posiada wielką moc. Taka moc nie powinna się dostać w niepowołane ręce.” Smutno patrzyła na kwiat, wciąż tak samo piękny, mamiący kolorem i blaskiem, choć nie żyła już ta, której przez tyle dziesiątek lat służył. Choć chłodny, kwiat zdawał się jednak płonąć amarantowym blaskiem, dokładnie jak w opowieści Toi. Przełożyła tasiemkę przez głowę i zawiesiła go na własnej szyi. I nagle poczuła niezwykłe ciepło, wypełniające ją aż po końce włosów. Zdecydowanie odwróciła się i pobiegła po przyjaciółkę.
Ułożyły ciało w cieniu starej jabłonki. Kalia chciała opuścić powieki wiedźmy, ale Toja powstrzymała ją ze zniecierpliwieniem. Po co zamykać oczy ślepej kobiety? I Mariam wyglądała teraz jakby spała wsparta plecami o swojego pień drzewa, jak wąż, z otwartymi oczami.
Weszły do chaty. Nie mogły oprzeć się wrażeniu, że wszystko zostało przygotowane na ich przyjęcie. Posypany pachnącym igliwiem wzgórek ogniska. Taca świeżych, czerwonych jabłek. Niemal niezauważalnym ruchem palców Toja rozpaliła ogień. Kalia zamyśliła się. Przez chwilę ważyła swój talizman w dłoni, jeszcze raz przyglądając mu się dokładnie, po czym rzuciła go w płomienie. Z kolanami podciągniętymi pod brodę, bez zmrużenia powiek patrzyła w ogień. Jeszcze bardziej uporczywie wpatrywała się siedząca obok Toja.
Siedziały tak długo, coraz bardziej smutne, ogarnięte dziwnym bezwładem, rozczarowane. Nic nie pojawiało się w płomieniach.
- Mariam nie powiedziała mi wtedy wszystkiego – odezwała się w końcu Toja.
- Obiecała, że odpowie na wszystkie pytania kiedy się znowu spotkamy. Ale to nie jest odpowiedź – dodała z goryczą w głosie, wzgardliwie wskazując na ognisko.
Kalia siedziała bez ruchu, z brodą wciąż opartą o kolana. Ona również była zła i rozczarowana. Spodziewała się po swoim znaku czegoś wielkiego, wyjątkowego, wizji, tajemnego przekazu, wskazówki przeznaczonej tylko dla niej jednej.
- Ale to prawda, że widziałaś wtedy w płomieniach tych chłopców? I nadal chcesz im pomóc? – zapytała w końcu.
Toja skinęła głową, choć myślami była daleko. Zupełnie zapomniała o braciach. Myślała o Mariam. O tym, że nigdy nie chciała powiedzieć jej prawdy. Czuła się jak małe, oszukane dziecko.
- Musimy ruszać – powiedziała Kalia. – Nie wiem, czy w ogóle powinnyśmy tu przychodzić. Ona miała rację, to miejsce nie jest bezpieczne. Jest tu coś takiego. Nie wiem, jak to nazwać. Coś, co obezwładnia. Coś złego.
Toja nie zareagowała. Czuła jak zaczyna ją ogarniać bezsilna wściekłość. Może rzeczywiście nie warto było się tak spieszyć. „Nie powinnyśmy tu przychodzić.” Może nie warto pomagać tym, których się kocha. Miłość to straszna rzecz, zwłaszcza jeśli ukochany człowiek na końcu i tak decyduje się... tak jak Mariam. Może nie warto kochać, może nie warto szukać odpowiedzi. Po co uwolniła Kalię, po co ma szukać braci? Po co całymi nocami przesiadywała nad tysiącletnimi księgami? Samo opanowanie języków, w których zostały spisane kosztowało ją lata trudu. Może rzeczywiście nie są nikomu potrzebne, może nie należało brudzić sobie rąk pokrywającym je kurzem? Po co stare, pełne wilków lasy, szalejące z nieznanych przyczyn morza, rozwalające się, opuszczone chaty? Po co to wszystko? Po co? Czego tu szuka? Prawdy? Po co? Co dobrego mogło być w prawdzie, jeżeli całymi latami ukrywał ją przed nią jedyny, najbliższy na świecie człowiek? Może lepiej o tym wszystkim zapomnieć. Może i ona też powinna zostać w którymś z wielkich miast, zrobić cokolwiek, stworzyć sobie bezpieczną makietę świata, gdzie można się zamknąć i zapomnieć, że istnieje wyjście. Że istnieje magia. A może to jest właśnie najlepszy sposób przejścia przez życie, z pustymi oczami i kretyńskim uśmiechem na twarzy. Może tego właśnie, gdzieś w głębi, może nawet nieświadomie, chciała dla niej Mariam. Może to właśnie miała na myśli, kiedy mówiła, z tym swoim smutnym uśmiechem, że kiedyś Toja wszystko zrozumie. Może właśnie to to miała zrozumieć. Że nie warto iść dalej. Że lepiej jest nie znać prawdy. A może, że prawda w ogóle nie istnieje. Może dalej jest już tylko ból.
Spojrzała na Kalię. Na ocalone przez siebie dziecko. Do tej pory była z siebie taka dumna, myślała tylko o miejscu, z którego ją zabrała, o losie, od którego ją uchroniła. Ale co zamierzała dać jej w zamian? Czy miała cokolwiek do zaoferowania? Cokolwiek poza swoimi własnymi, nierozwiązanymi problemami? Choć opiekowała się nią już od wielu dni, dopiero teraz poczuła cały ciężar odpowiedzialności za cudzy los, odpowiedzialności, którą wzięła na siebie tak lekko, tak pochopnie. Myśląc bardziej o zrealizowaniu własnych celów niż o dziecku. Dziewczynka jest już w połowie wiedźmą, za późno żeby odesłać ją z powrotem. Co jej powie? Czy zdradzi, oszuka ją, tak jak sama została oszukana? Co to dziecko będzie myśleć o niej jutro, za rok, za dziesięć, za sto lat?
Kalia wciąż siedziała bez ruchu, obejmując rękami kolana, skulona i jakby zmarznięta, zapatrzona w przygasający ogień. Poczuwszy na sobie intensywne spojrzenie przyjaciółki skuliła się jeszcze bardziej, jeszcze żałośniej.
- Musimy ruszać – powtórzyła słabo. – Zanim wydarzy się coś złego. Jak najszybciej.
Toja wstała. Podniosła spoczywający w kącie mały pakunek. Tak jak się spodziewała były tam amarantowe spodnie i sweter. Podała je Kalii. Dziewczynka mogła wreszcie zrzucić z siebie starą, wyświechtaną koszulę, ostatni przedmiot, który łączył ją jeszcze z dotychczasowym życiem. Toja mocno ją przytuliła.
- Jesteś już prawdziwą wiedźmą, masz i strój i znak, brakuje ci tylko węża – zażartowała.
Tak, musiały iść dalej. I pójdą, jeśli to jest właśnie to, czego Kalia chce, jeśli Kalia tak postanowiła.
- Mariam cię kochała – niespodziewanie odezwała się dziewczynka. – Próbowała cię chronić. Musiała mieć jakiś ważny powód, żeby ukrywać prawdę. Nie była tchórzem. Musiała być bardzo nieszczęśliwa.
Toja nie odpowiedziała. Uśmiechnęła się tylko, próbując zdusić w sobie ból.


SNY


- I gdzie pójdziemy? – bezradnie spytała Toja.
- A pamiętasz gdzie ty poszłaś, tamtej nocy? – odpowiedziała pytaniem Kalia.
- W głąb – Toja wskazała narastającą ciemność.
- I to jest właściwy kierunek – zdecydowała mała wiedźma.
Toja nie odpowiedziała. Zdziwiła ją pewność w głosie dziecka. Dopiero teraz zauważyła, jak bardzo zmieniła się jej mała towarzyszka. Czy możliwe, żeby dokonało się to tak szybko, kiedy siedziały w tej starej chacie, w ciągu tych kilku smutnych, spędzonych w niemal zupełnym bezruchu godzin. A może już wcześniej, kiedy spała na grzebie węża. Patrząc na końce potarganych, sięgających już daleko za pas warkoczy dziewczynki uświadomiła sobie, że była dotąd tak zajęta sobą, że prawie nie zauważała przyjaciółki. Przyrzekła sobie, że od tej chwili będzie inaczej.
Skrzydlaty wąż spał, jak zwykle owinięty wokół jej bioder. Na czole poczuła chłodny powiew wiatru. I niespodziewanie Toja zaczęła czerpać przyjemność z tej nocnej wędrówki, pewności własnych ruchów, sprężystości ciała, szybkiego tempa marszu.
Odwróciła się, żeby ostatni raz popatrzeć na samotną chatę, miejsce do którego zawsze będzie tęsknić i gdzie teraz już na pewno nigdy nie powróci. Przez chwilę wydało jej się, że w progu dostrzega dobrze sobie znaną smukłą postać. Spojrzała jeszcze raz. W progu nie było nikogo. Mocniej ścisnęła rękę Kalii. Przyjaciółka uśmiechnęła się:
- Wszystko się zmieniło, a jednak wszystko pozostało takie samo. Znów ruszamy. I znów nie wolno nam się zatrzymać.
I wyjęła Kwiat. Noc wokół nich rozjaśniła się amarantowym światłem. Toja bezwiednie dotknęła woreczka ukrytego pod swetrem. Na rozświetlonych twarzach dziewczynek zakwitły uśmiechy. Nie były już dwójką porzuconych dzieci, przygniecionych tajemnicą i śmiercią, uciekających przed nimi w ciemność i chłód nocy. Las witał je jak stare znajome, tu były bezpieczne. Silniejsze o moc podarowanego Kalii talizmanu, o potęgę zachodzącej w niej przemiany, zdecydowane nie ustać w wędrówce, dokądkolwiek miałaby je doprowadzić.
Gdzieś spośród drzew doleciało pohukiwanie puszczyka. Ruda kulka kilka razy śmignęła nad ich głowami i Kalia pobiegła za nią, śmiejąc się głośno i skacząc. Wyglądała teraz jak mała, rozbawiona, zwyczajna dziewczynka. Toja przypomniała sobie jak dawno temu po raz pierwszy sama wchodziła w głąb tej puszczy. Przypomniała sobie własną samotność, rozjaśnianą błękitnym światłem, troską pochylających nad nią powyginane konary starych drzew. |I choć wiedziała, że radosny pląs przyjaciółki jest tylko kruchą przykrywką, pod którą są ukryte tak dobrze znane wszystkim wiedźmom rozpacz i lęk, poczuła ukłucie zazdrości. A potem przypomniała sobie jeszcze, jak ją odnalazła, małą, przestraszoną, wycinającą pod stołem swoje pająki.
Zbyt głęboko pogrążyła się w labiryntach swoich emocji i wspomnień, żeby zauważyć, że nie są same. Już kilka razy obok przemknął czarny cień, zza pni raz po raz błyskały czujne ślepia. Miękkie łapy niemal bezszelestnie stąpały po leśnym poszyciu. A wśród gałęzi, tuż nad ich głowami, równie bezszelestnie pełzł wąż. Jego pionowe źrenice uważnie śledziły każdy ruch dziewczynek. Nie zauważyła nawet dziwnego zachowania własnego węża, który już jakiś czas temu przebudził się i syczał cicho, jakby rozmawiał z drzewami i ciemnością w swojej niezrozumiałej mowie, szybko wysuwając i chowając rozdwojony język.


***


Nie zdawały sobie sprawy na jak trudną i niebezpieczną wkroczyły ścieżkę. Dawno straciły poczucie kierunku i czasu. Były pewne, że wielokrotnie już widziały na swojej drodze te same drzewa, mijały te same miejsca. Las szumiał nad ich głowami wciąż tak samo gościnnie i przyjaźnie, ale też wciąż nie odkrywał przed nimi swoich tajemnic. Chronił je, ale wciąż odmawiał odpowiedzi.
Momentami ogarniało je zwątpienie. I już, już miały wzbić się ponad korony drzew, choćby tylko po to, by omieść wzrokiem horyzont, poszukać jakiegoś znaku, drogowskazu, ale jednak wciąż uparcie szły, zdecydowane spędzić w ten sposób kolejne tygodnie, miesiące czy lata. Wędrowały głównie nocami, wydawało się, że blask księżyca i gwiazd dodaje im sił. W nocy też najpiękniej lśniły ich talizmany. Dni zwykle przesypiały, tuląc się do siebie w olbrzymich dziuplach drzew albo wprost na ziemi. Nie czuły głodu ani zimna. Toja powtarzała ze śmiechem, że bycie wiedźmą jest trochę jak bycie duchem, Kalia żartowała, że jej skóra powoli staje się chłodna jak skóra węża.
Niepokoiły je tylko powtarzające się uporczywie, dziwne sny.
Sen Toi zaczynał się zupełnie normalnie – szła trzymając za rękę Kalię, która, choć od dawna już była wiedźmą, ciągle zachowywała postać małej dziewczynki. Toja czuła jednak w rzucanych spod jej długich rzęs spojrzeniach jakiś dziwny niepokój, coś starego, coś, co przywodziło na pamięć nieobecne smutne spojrzenie Mariam, coś co było niewątpliwym wpływem noszonego przez dziewczynkę talizmanu. W tym śnie, choć początkowo wydawało jej się, że jak zwykle to ona opiekuje się młodszą towarzyszką, powoli, bardzo powoli docierała do niej świadomość, że tak naprawdę jest jak bezwolna, pusta skorupa, jak przebierająca nogami wielka lalka, którą ciągnie za sobą brnące gdzieś tylko w sobie znanym celu dziecko.
Kalia łagodnie, lecz zdecydowanie prowadziła ją brzegiem morza, w stronę rybackiej wioski. Od razu poznała to miejsce. Zatrzymała się na chwilę. Podniosła głowę. Patrzyła jak szybko, nienaturalnie szybko napływają czarne chmury, przesłaniające słońce, niosące burzę. Pomyślała że należałoby poszukać schronienia, ale w tej samej chwili zrozumiała, że jest już za późno. Jej ubranie było mokre, przestrzeń wypełniał łoskot gromów i potężniejący z każdą chwilą huk fal. Stojąc w strugach deszczu, z głową wciąż uniesioną w górę, ścisnęła mocniej dłoń przyjaciółki, i w tej samej chwili poczuła, że ściska tylko odrobinę wody i powietrza. Odwróciła się gwałtownie.
Kalia była w wiosce. Pomimo rozszalałej wichury spokojnie i pewnie szła środkiem osady, jakby powietrze wokół niej zamarło albo jakby jej włosy, szaty i ciało były z jakiejś niezwykłej materii, subtelnej, ale zarazem niebywale ciężkiej i twardej.
Dziwnie złowrogo brzmiał w rybackiej wiosce głośny śmiech małej dziewczynki, mieszający się z szaleństwem burzy, wyciem wiatru i hukiem fal. To był zupełnie inny śmiech niż ten, który Toja dotąd znała, był też inny niż śmiech Mariam, nie miał w sobie nic z szemrania, dzwonienia, szelestów. Można go było porównać do syreniego śpiewu, nabrzmiałego rozkosznymi, kłamliwymi obietnicami. Wielkie, niebieskie oczy dziecka ciskały błyskawice. Kalia po kolei wchodziła do każdej chaty. Jakby się mściła, sprawiedliwie, systematycznie, po kolei. Nie, to tylko Toja myślała o zemście. Kalia czegoś szukała. Czego? Kogo? Toja nie wiedziała. Ale musiało to być coś bardzo, bardzo ważnego, bo wyczuwała olbrzymie napięcie, jakby od wyniku tych poszukiwań zależało jej życie.
Nagle usłyszała przerażający, dobrze znany dźwięk. Spojrzała na morze. Jak wygłodniałe, dzikie zwierzę, długo zaczajone w swojej kryjówce otwierało spienioną paszczę chcąc ją pożreć, pochłonąć. Ją, Kalię, wioskę i jej mieszkańców, razem z ich łodziami i chałupami, wszystko i wszystkich, bez wyjątku. Nagle poczuła przenikliwe zimno i ból, ostry metal rozdarł jej twarz. Ogarnęła ją ciemność.
Otworzyła oczy. Natychmiast otulił ją łagodny szum drzew, uspokajający szelest liści. Popatrzyła na śpiącą obok dziewczynkę. Nie, zagrożenie nie pochodziło z zewnątrz, to musiał być jej prywatny koszmar. Uczuła głęboką ulgę.


***


Kilka dni później Kalia odezwała się nagle:
- Wciąż o tym myślę i ciągle nie mogę zrozumieć dlaczego Mariam mieszkała tak blisko tej okropnej wioski. Choć z drugiej strony miałaś sporo szczęścia, że akurat tam zamieszkała, inaczej pewnie nigdy by się tobą nie zajęła. Dziwne to wszystko. My, nasze decyzje i życia. Nigdy o tym nie mówiła? Nie wspominała, co ją tam trzymało?
- Kalia... – zaczęła Toja ze smutkiem, prawie z płaczem. – Musisz zrozumieć, że byłam dzieckiem, niczego nieświadomym, jej obecność była dla mnie czymś zupełnie naturalnym, oczywistym, bardziej mnie interesowały muszelki i kamyki niż to, co ona sobie tam mamrocze. Tylko raz tak naprawdę rozmawiałyśmy. Tej nocy kiedy splotła moje włosy. Coś się w tym momencie zmieniło. Nie tylko we mnie. Również w niej. Ale przecież mówiłyśmy już o tym już kilka razy. Powiedziałam ci wszystko, naprawdę. Wszystko co pamiętam, co zdarzyło się i zostało powiedziane tamtej nocy. Powtarzała kilka razy, że nie powinnam wyruszać sama, że jestem za mała, że potrzebuję opiekuna, że, choć powinna, nie może iść ze mną, że ma tu jakieś sprawy do załatwienia, trochę o tych starych drzewach, że nie wszystko jeszcze skończone...
- Jakie mogła mieć sprawy? Poza tobą. Myślisz, że... – Kalia nagle zamilkła.
- Że co? – Toja spojrzała na nią uważnie, tknięta niepokojem.
- Ci chłopcy. Ci, których widziałaś w płomieniach. Oni musieli być w wiosce. Przypomnij sobie. Nic o nich mówiła?
- Mówiła jeszcze, powiedziała jeszcze o tej wiosce, że... że następnym razem nie zdoła powstrzymać swoich fal – wyrzuciła z siebie Toja. – Musimy tam wrócić. Zaraz. Zanim będzie za późno.
- Do wioski?
- Tak! Oni mogą umrzeć! To było ostrzeżenie! Mariam nie kontrolowała swoich mocy. A może po prostu nie chciała z nich korzystać. Dopiero teraz to rozumiem. Ona nie chciała. Nie jestem w stanie, nie potrafię powiedzieć, do czego to mogło doprowadzić. Teraz rozumiem, kiedy odeszła, już nic... Ale żeby morze? Kiedyś najpotężniejsze z nas potrafiły wywoływać wichury, burze, pożary, nawet lawiny i trzęsienia ziemi, ale żeby morze miało wystąpić z brzegów? Czytałam kiedyś w jednej z tych starych ksiąg, że zdarzyło się raz, że grupa niezwykle silnych wiedźm sprawiła, że morze rozstąpiło się, żeby przepuścić, żeby przepuścić, nie pamiętam już kogo, a potem, kiedy ci którzy mieli przejść, znaleźli się na drugim brzegu, z powrotem zwarło swoje fale, zatapiając ich prześladowców. W jednej z tych starych opowieści, wiesz, tych spoza... – Toja bezradnie popatrzyła na przyjaciółkę, Kalia nie mogła przecież wiedzieć.
- Miałam sen – dodała.
- Tak naprawdę zupełnie nic o niej nie wiemy, albo, w każdym razie, bardzo niewiele. Mogła być nawet jedną z tamtych wiedźm. O ile oczywiście ta historia ma w sobie choćby odrobinę prawdy. Wiesz, ludzie z reguły wszystko strasznie wykrzywiają i po swojemu interpretują, trzeba czytać między wierszami, a żadna z naszych ksiąg o podobnym zdarzeniu nie wspomina. Ale to wciąż tylko jakieś luźne strzępy informacji... które, wciąż od nowa i od nowa próbuję ułożyć w jakąś, w jakąkolwiek całość, choć w zasadzie nie wiem nawet, po co to robię.
Kalia uspokajająco przytrzymała jej rękę.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym wcześniej? O tym śnie? – zapytała po prostu.


***


Jeszcze tej samej nocy Kalia obudziła się zlana potem. Znowu przyśnił jej się jeden z tych dziwnych snów, które ostatnimi czasy nawiedzały ją coraz częściej. Były zupełnie inne niż sen, który niedawno opowiedziała jej Toja i Kalia nigdy, przenigdy nie zwierzyłaby się ze swoich koszmarów przyjaciółce. Na pewno by tego nie zrozumiała, nie mogła zrozumieć, była przecież prawdziwą wiedźmą, a ona, Kalia, nie. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie.
Wszystkie te jej koszmary łączyło jedno – rozgrywały się w zupełnie innym świecie, w świecie, z którego przecież dawno odeszła, który odrzuciła, pozostawiła za sobą. Kalia nie miała pojęcia, ile może mieć lat, ile czasu upłynęło od tamtego momentu, kiedy postawiła stopę na grzbiecie węża, ile ludzkiego czasu. Czy już powinna umrzeć, czy już zakończyłoby się jej ludzkie życie, czy też wciąż by tam jeszcze siedziała, w tym smutnym pokoju, wciąż czekając. Kalia nigdy nie przyznałaby się przyjaciółce do tych rozmyślań. Wydawało jej się, że nie powinna w ogóle dopuszczać takiej możliwości, co by się stało gdyby pozostała, że w ogóle mogła pozostać. Za to w snach rosła i chodziła do szkoły, zmagała się z przeciwnościami, o których jako dziecko nie mogła mieć najmniejszego pojęcia. Wielokrotnie i na wiele sposobów, bardziej i mniej prawdopodobnych przeżywała swoje ludzkie życie, wcielając się nie w jedną, ale w wiele postaci, odgrywających różne role, realizujących różne losy. Prowadzone w snach życia zdawały się pochłaniać ją do tego stopnia, że momentami traciła pewność, co jest jawą, a co – tylko wytworem wyobraźni. Wędrówka przez puszczę. Gałęzie starych drzew. Światło księżyca. Wycie wilków i pohukiwania sów. I zaklęte w małej wędrowniczce tysiące żyć. Czy to prawda, że tym prawdziwym, tym jedynym było to niekończące się, a właściwie bezczasowe i bezcelowe wędrowanie. I właściwie dlaczego prawdziwe miało być tylko to jedno. Dlaczego wszystkie te osoby nie mogły żyć i dlaczego nie mogła być nimi wszystkimi jednocześnie.

Piękną kobietą około pięćdziesiątki o pięknym imieniu Sabah, co po arabsku znaczy poranek. Zajmującą najwyższe piętro pałacu, zbudowanego przez arabskiego biznesmena dla siebie i swojej rodziny. Czterech żon i dzieci. W sumie miał siedem żon, trzy z nich zmarły. Ale jednorazowo zawsze nie więcej niż cztery, bo na tyle pozwala jego religia. Nigdy nie zrobił nic, co sprzeciwiałoby się religii. Czemu miałby obrażać boga, który obdarzył go takim bogactwem, takim szczęściem. Czemu miałby ryzykować jego utratę. Pałac, w którym mieszkał nie był przecież tylko przejawem jego próżności. Tak naprawdę był zbyt bogaty, żeby mógł być próżny. Rodzina była naprawdę duża i to dla niej potrzebny mu był ten olbrzymi dom, ten ośmiopiętrowy pałac. Cztery żony, a przecież i po zmarłych żonach pozostawały dzieci, którymi opiekowały się żony żyjące. A przecież synowie zakładali własne rodziny i każdemu z nich marzyły się cztery żony i bogactwo równe bogactwu ojca, którego oczywiście, jak nakazuje religia, kochali i który ich kochał. Każda z żon zajmowała jedno piętro pałacu, tylko parter był do jego wyłącznej dyspozycji. Wszystkie żony traktował jednakowo, żadnej z nich nie wyróżniając, tak jak nakazywała religia. Dlatego ta olbrzymia rodzina mogła żyć w spokoju i szczęściu. Bo był dla nich wystarczająco hojny, by wszelkie problemy i konflikty, które czasem pojawiały się na drodze ich życia, rozwiązywały się same. Nigdy się nie kłócili. Tak jak nakazuje religia.
Sabah była szczęśliwa. Była bardzo szczęśliwa. Sama się za taką uważała i tak też mówili o niej wszyscy, którzy ją znali. Tak zawsze mówiły o niej jej dzieci, a przecież dzieci ją kochały. Dzieci muszą kochać i szanować matkę, tak każe religia. Miała pięćdziesiąt lat. Mieszkała na najwyższym piętrze olbrzymiego pałacu, ponieważ była najstarszą z żon. Drugą. Ale teraz, kiedy pierwsza nie żyła, właściwie to ona była pierwszą. Młodość miała już za sobą i dlatego wiele rozumiała. Dni właściwie niewiele się od siebie różniły. Codziennie rano wyszukiwała w Internecie nowe przepisy kulinarne i gotowała, gotowała całymi dniami, uwielbiała gotować, gotowanie było jej pasją. Zwłaszcza lubiła kuchnię francuską. Gotowała. To był jej sposób na życie. Bo czy w życiu mogło chodzić o coś więcej niż wyjść dobrze za mąż, urodzić dzieci, a do tego jeszcze mieć to coś tylko, zupełnie swojego, jak na przykład gotowanie. Ci, którzy mają nieporównywalnie więcej niż inni, ci którzy mają wszystko, ci naprawdę bogaci wiedzą, że nie może chodzić o nic więcej, bo nic więcej po prostu nie ma.
Sabah miała siedmioro dzieci. Jej mąż kochał ją i szanował. Była szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa. I była dobrą matką. Dużą część dnia poświęcała swoim dzieciom. Te młodsze wciąż jeszcze mieszkały z nią. Jedna z córek wyszła za mąż i wyprowadziła się do męża ale czasem, kiedy jej mąż wyjeżdżał, na nowo wprowadzała się do matki, bo bała się samotności w swoim bogatym, pustym domu. I Sabah chętnie gościła ją u siebie. Wiedziała, że to u niej córka wciąż jeszcze czuje się najlepiej. I była szczęśliwa. Dwaj synowie mieszkali za granicą. Jeden studiował, drugi prowadził interesy w firmie ojca. Sabah bardzo często z nimi rozmawiała. Przynajmniej raz dziennie, a bardzo często nawet dwa razy. Po dwa razy na dzień z każdym z synów. Jeśli nie było ich na Skypie dzwoniła, nie potrafiła przeżyć dnia bez usłyszenia ich głosu, potrafiła z nimi rozmawiać godzinami, a właściwie nie tyle rozmawiać, ile mówić do nich, mówić dla samego mówienia, jak to kobieta, dla odczuwania bliskości swojego dziecka, pomimo odległości, bliskości drugiego człowieka. Albo po prostu patrzyła na nich poprzez ekran monitora, patrzyła na nich, a oni w tym czasie surfowali w Internecie, rozmawiali ze znajomymi przez telefon, grali w gry. Tęskniła za nimi, ale rozumiała, że musieli odejść i była z nich dumna. Kiedyś przyszło jej nawet do głowy, żeby odwiedzić jednego z nich, ale usłyszawszy jej nieśmiałą prośbę odpowiedział po prostu „I co byś tu robiła?” Właśnie, co by tam robiła? U siebie w domu była przecież taka szczęśliwa. Kiedy wieczorami kładła się spać, była zmęczona, coraz bardziej zmęczona, powoli dopadała ją przecież starość, jak po pracowitym, ale dobrym dniu, po dobrze przeżytym szczęśliwym życiu. Bo szczęście jej nie opuszczało. Nigdy.

Kalia budziła się zlana zimnym potem. Z całych sił zaciskała pięści, zaciskała zęby żeby nie krzyczeć, żeby nie płakać. Żeby tylko nie obudzić Toi. Dlaczego? Nie rozumiała. Czy tamtemu życiu czegoś brakowało? Co takiego miała w sobie nocna wędrówka przez puszczę i spanie w dziuplach drzew, że wydawała jej się czymś lepszym? Jakby szczęście było pułapką, to jakiś absurd, czy to w ogóle możliwe, żeby szczęście było pułapką, koszmarnym potrzaskiem, który wrzyna się w ciało na zawsze i nigdy, już nigdy nie wypuszcza swojej ofiary? Budząc z tego snu miała zawsze w całym ciele to samo nieodparte odczucie, nie bólu, nie fizycznego bólu, tylko jakby... jakby ktoś odciął jej ręce i nogi pozostawiając tylko bezsilny kadłub, ale to wcale nie bolało. Tylko absurdalne poczucie braku, nic więcej. Sabah przypominała jej właśnie taki kadłub. Żywy kadłub o pięknym imieniu i wielkich czarnych oczach. Szczątek jakiejś pięknej, obłamanej przez czas rzeźby. A przecież to ona była Sabah. I tak naprawdę bardzo ją lubiła. Lubiła nią być. Tą piękną, szczęśliwą kobietą o pięknym arabskim imieniu. Tą szczęśliwą, tą wybraną, która miała wszystko. Więc dlaczego budziła się zalana łzami. I to zawsze w tym samym momencie, w którym ta ze snu szczęśliwa zasypiała. I długo musiały szumieć i utulać jej rozpacz stare drzewa. I jasno musiał świecić księżyc i mocno płonąć zawieszony na jej szyi talizman, żeby nie pozwolić zagęścić się ciemności, żeby z mroku nie zaczęły powoli wyłaniać się kły, których dotyk czuła, fizycznie czuła, tak jak wtedy, w tym pustym pokoju, na chwilę przedtem zanim przyszła Toja. Żeby wreszcie ogrzać jej drobne, chude, wyziębione, roztrzęsione ciało. W tamtym świecie na pewno są na to jakieś tabletki, ale były przecież w puszczy i nie było odwrotu. Ze wszystkim musiała mierzyć się sama.
Inne sny były, zdawałoby się, dużo bardziej nieszczęśliwe, a jednak nie wywoływały w niej aż tak silnej reakcji. O tym nawet myśleć nie mogła bez drżenia.


***


Była na przyjęciu, na którym wszyscy słali do niej uśmiechy starych dobrych znajomych i wymieniali z nią jakieś uwagi, choć ona nie miała pojęcia o czym mówią i wydawało jej się, że zupełnie nikogo tam nie zna. Z trudem docierał do niej nawet sens wypowiadanych przez nią samą słów. Każda osoba, która zwracała się w jej stronę, napełniała ją paniką. Czuła się, jakby ukradła komuś życie. I bała się, że zaraz zostanie odkryta Jakby istniała w cudzym ciele, wbrew temu ciału i jakby jej istnienie w Tm właśnie ciele było niczym nieusprawiedliwione i bezprawne. Bała się, że wariuje. Nie miała pojęcia, czego od niej oczekują wszystkie te przyjaźnie, a jednocześnie tak nieznośnie sztucznie uśmiechające się twarze. To z tego strachu wlewała w siebie alkohol. Pomyślą, że jestem pijana, niech myślą, że jestem pijana, powtarzała sobie w duchu.
Podeszła do okna. I nagle zorientowała się, że jej elegancką, niebieską sukienkę pokrywają świeże błotniste plamy. To błoto z lasu, pomyślała, ja jestem w lesie. Przeraziła się i wyjrzała przez okno. Była na najwyższym piętrze olbrzymiego biurowca. Widok z okna coś jej przypominał. Nieważne, teraz to nieważne, pomyślała. Niespokojnie spoglądała na innych gości, starając się zasłaniać przed plamy przed ciekawymi spojrzeniami, ale nikt zdawał się ich nie zauważać, nikt na nie nie patrzył. Udają, oni wszyscy udają, pomyślała i przeraziła się jeszcze bardziej. Sięgnęła po kolejny kieliszek. Ze strachu, a może na skutek wypitego alkoholu zaczęła słaniać się na nogach.
Powoli, czepiając się ścian dotarła do małej komórki, gdzie muzycy akurat odpoczywali po krótkim koncercie i przygotowywali się do kolejnego występu. Wyczerpana osunęła się na podłogę. Ci ludzie w tej malutkiej komórce zdawali się być jacyś inni, w ich obecności nie czuła żadnego zagrożenia. Była jak dziecko. Zapytała, czy może tu zostać i odrobinę się zdrzemnąć. Uśmiechnęli się i ze zrozumieniem pokiwali głowami.
Kiedy otworzyła oczy, w pomieszczeniu było niemal zupełnie ciemno. Głowa pękała jej z bólu. „Co ja do cholery piłam” pomyślała „i gdzie ja właściwie jestem.” Półprzytomna ze zmęczenia i bólu macała rękami po podłodze. Jej palce natknęły się na jakąś lepką maź, cofnęła rękę ze wstrętem. Przez chwilę trzymała dłoń w powietrzu, a potem podniosła ją do oczu, wdychając jednocześnie ostrą, ciężką woń. Zerwała się na nogi i w tej samej chwili zatoczyła od gwałtowności tego ruchu. Przez chwilę próbowała złapać równowagę, a potem powoli, przytrzymując się ściany i starając nie nadepnąć na rozwleczone po podłodze fragmenty ciał brnęła do drzwi. Namacała włącznik. Nacisnęła i w tej samej chwili mocno zacisnęła powieki. Pod sufitem zapaliła się tylko jedna słaba żarówka. W jej mętnym świetle zobaczyła zaścielające wnętrze komórki ciała muzyków i ich zniszczone, połamane instrumenty. Zarżnięto ich. Jak zwierzęta. Nie zastrzelono ani nawet nie uduszono, tylko właśnie zarżnięto. A potem poćwiartowano ich ciała. Jak w jakimś horrorze. Jak na jakimś średniowiecznym placu kaźni. Wtedy jeszcze na koniec wplatano w koło, pomyślała bezmyślnie. Podłoga była mokra od lepkiej, tu i ówdzie zastygłej już krwi i od śluzu. Ta sama krew była na jej sukience, ciele, rękach. Pewnie też na włosach. I na ustach. Przerażona szarpnęła drzwi, ale bezskutecznie. Ktoś musiał zamknąć je od zewnątrz.
Usiadła pod ścianą, obok wielkiej kałuży krwi. Na podłodze dostrzegła narzędzia zbrodni, czerwony od krwi długi nóż i topór. Czy to ja to zrobiłam, czy to ja ich wszystkich zabiłam, szeptała przerażona. Wpatrywała się w rozczłonkowane ciała. Nie pamiętała. Zupełnie nic. Odkąd weszła do tego pokoju jej pamięć była jak czarna dziura, jak pusta kartka papieru. Tak, to ona ich zabiła. I tamci już o tym wiedzieli. Zamknęli ją tu. Na pewno zaraz pojawi się policja. Jak dobrze, że nie ma u nas tortur ani kary śmierci, pomyślała bez sensu, gdy nagle usłyszała jakiś szelest. Odwróciła głowę. Dopiero teraz zauważyła odwrócone do góry nogami krzesło stojące w rogu komórki. Postawiła je z powrotem na nogi. Na krześle siedziała kobieta. Była tak niewyobrażalnie stara, że z trudem można było rozpoznać w niej człowieka. Miała pomarszczoną, brązową skórę, przypominającą raczej kawałek starego drewna. Była też mała, malutka, jakby skurczona, jak lalka, jak główki zmarłych, specjalnie wysuszane i preparowane przez jakieś południowoamerykańskie plemię. Ale była żywa, jej czarne, lśniące oczy spokojnie i uważnie wpatrywały się w dziewczynę.
- To nie ty, dziecko – powiedziała ledwo dosłyszalnym szeptem. – Nie bój się dziecko, nie ma się czego bać, to nie ty. To oni.
- Twój ojciec zabił ich wszystkich, wypełzł spod pianina, kiedy leżałaś tu pijana, długo się ukrywał, wiedział, że w końcu tu przyjdziesz, a potem zamknął cię tutaj i poszedł wezwać policję. Zaraz przyjadą. Już zaraz cię stąd zabiorą. I pamiętaj, nie ty to zrobiłaś. Nie ty. Nie masz się czego bać.
- Powiesz im, babciu, powiesz im wszystko babciu, że tu byłaś, że wszystko widziałaś? – rozedrganym głosem prosiła Kalia choć jednocześnie czuła, że powoli ogarnia ją spokój. Wielka spokojna fala płynęła gdzieś z głębi. To nie ona. Niezależnie od tego, co miało stać się później nie miała się czego bać.
Dalszej części snu Kalia nie pamiętała już tak dokładnie, może zresztą była zupełnie nieistotna, wtargnięcie policji, aresztowanie, sąd, więzienie. Bo oczywiście została uznana za winną. Po raz kolejny im się udało. O babci ani słowa. Jakby jej tam w ogóle nie było. I Kalia też nikomu o niej nie wspomniała, przecież gdyby chciała, ujawniłaby się sama, tak jak jej w tamtym pokoju. W ogóle się tak naprawdę nie broniła, w jej głowie dzwoniło wciąż tylko ”to nie ty”. I wszystko inne, aresztowanie, sąd, więzienie, okazywało się w porównaniu z tymi słowami zupełnie nieważne. Liczył się tylko ten głęboki, nie znany dotąd spokój. Ta zalewająca ją całą fala. Pewność. „Nie masz się czego bać.” Powtarzała i uśmiechała się do siebie, i wszystko co znajdowało się poza tymi słowami w jednej chwili przestawało istnieć.
Dalej pamiętała jeszcze scenę w więzieniu. Musiały to być długie, długie lata, bo była już wtedy może jeszcze nie starą, ale zaczynającą się starzeć kobietą, i siwe włosy przebijały się już tu i ówdzie poprzez złoto i brąz. A więc to jest moje życie, takie jest moje życie, myślała Kalia dziecko patrząc na Kalię kobietę – tę ze snu. Na Kalię kobietę pochyloną nad białą, pustą kartką. Bo w tym więzieniu mogła przecież pisać. Mogła tworzyć. I kiedy z niego w końcu wyszła, bo w końcu musiała z niego wyjść, mogła z uśmiechem mogła powitać swoich nowych przyjaciół, swoich wielbicieli, swój nowy los.
Ten sen, ten los Kalia lubiła dużo bardziej. Budziła się przepełniona falą spokoju, z łagodnym uśmiechem na twarzy, i ta fala i ten uśmiech utrzymywały się na jej twarzy jeszcze długo, długo, podczas nocnych godzin.
Ale był jeszcze trzeci sen, ostatni, być może najważniejszy.

***


Obudziła się zwinięta w kłębek, skurczona z zimna. Zawinęła się w koc i mocno przytuliła do Toi, ale nadal było jej zimno. To przeraźliwe zimno pochodziło z wewnątrz. Z niewyspania, z potwornego zmęczenia ciała, które walczyło całą noc. Bo w tym śnie Kalia była żołnierzem.
Dwie wrogie armie. Zawsze tak jest. Czy to nie przerażające, że zawsze jest tak samo. Zawsze są dwie strony. Nie jedna i nie trzy. Bo kto nie jest ze mną jest przeciwko mnie. Albo kto nie jest przeciwko mnie jest ze mną. I nie ma ucieczki, nie ma wyjścia. Gdzie to było? Gdzieś. Pamiętała mroczne wnętrza jakiegoś budynku przypominającego labirynt i, to dziwne, fragmenty pościeli. Białej czystej pościeli, tak przyjemnie chłodnej i świeżej. Tu i ówdzie wyrastającej pośród murów jak jakiś dziwny grzyb. Sen był bardzo niespokojny, tak naprawdę wszystko rozgrywało się gdzieś na granicy kilku snów. Ale nie mogła nazwać, określić tych innych, tyle tylko że pamiętała że były, i że bez nich ten nie mógłby istnieć.
Strzały niosły śmierć. Ciała zabitych przez chwilę uporczywie narzucały się oczom żyjących a potem nikły gdzieś niezauważalnie, niepostrzeżenie. Wchłaniały je mroki labiryntu. I białe fragmenty pościeli. Czy też, wciąż idąc, zostawiali je po prostu za sobą w mrocznych wnętrznościach budowli, albo może, posłuszne logice snu, niknęły zaraz po posłusznym spełnieniu swojej funkcji, po nasyceniu naszego wzroku. Bo w tym śnie nie było Kalii, takiej jaką sobie siebie do tej pory wyobrażała, jaką znała czy mogłaby rozpoznać, w tym śnie byliśmy my. I Kalia nie była niczym więcej, niż tylko częścią, elementem tego „my”, przynajmniej na początku. Bo wszystko zmieniało się z sekundy na sekundę.
Na początku był na przykład jasno sprecyzowany cel. Wszyscy wiedzieli o co i dlaczego walczymy choć nikt nie umiałby tego wyjaśnić. Ale mimo to wszyscy mieliśmy poczucie jasno i wyraźnie sprecyzowanego celu a cała armia poruszała się jak jeden organizm, jak olbrzymi pająk pełznący ponurym, strasznym korytarzem w sobie znanym, niezaprzeczalnym i ostatecznym celu. Kalia była tylko jedną z nic nie znaczących komórek tego olbrzymiego organizmu, a jedyne co z tamtego okresu pamiętała, to niewyobrażalny strach. Strach śmierci i jednocześnie oczekiwanie na nią. Wyczekiwanie na ten strzał, który wreszcie ją dopadnie. Poczucie nieuniknioności, nieuchronności własnej śmierci i zgoda na nią, zgoda bez słowa protestu, zgoda w imię tego wyższego celu, który był tak oczywisty i jasny, choć nikt nie umiał go wyjaśnić.
Padała, strzelała, biegła. Padała, strzelała, biegła. Jej ruchy były doskonale zsynchronizowane z ruchami wszystkich pozostałych żołnierzy, choć jednocześnie pozostawały na swój sposób chaotyczne. Przerażenie w oczach i mokra od potu, czarna od ziemi twarz. Padała, strzelała, biegła. Choć nie wiedziała nawet jaką ma broń. Tak dużo w tym śnie działo się samo. Tak jak ten olbrzymi labirynt, w którym tak pewnie znajdowali drogę. Tak jakby znali go od dziecka. Choć w tym śnie na pewno nikt nigdy nie był dzieckiem. Albo cel. Nie sprecyzowany, nie nazwany. Ale obecny. Może pewnych rzeczy nie należy precyzować ani nazywać. Może straciłyby wtedy swoją oczywistość. A pod tą pozorną oczywistością zieje taka przepaść, taka przepaść, że nikt nie śmie tej jakże kruchej oczywistości ani na moment, ani na najkrótszą chwilę podważać, poddawać w wątpliwość. Wręcz przeciwnie, każdy będzie o nią walczył, jakby od tego zależało jego życie. Bo od tego zależy jego życie.
Ale tak było tylko na początku. Bo potem to zrobiliśmy. Zerwaliśmy zasłonę. Ale to było dopiero potem, kiedy została nas już ledwie garstka. I wielki cel, święty cel tej bratobójczej walki w jednej chwili przestał istnieć. Została nas tylko garstka. Kilkoro po tej, kilkoro po tamtej stronie. Czujni. Nagle zdecydowani nie oddawać życia tak łatwo, bo skoro cel zniknął, to ono, wcześniej pogardzane, stało się nagle naszym największym skarbem. Nagle jakby każde z nas poczuło się jednością, pełną i kompletną, nie pragnącą, nie potrzebującą niczego więcej poza zachowaniem tej kompletności, tej pełni, która była cudem i celem sama w sobie, poza pragnieniem odzyskaniem własnego życia, odzyskania siebie. Odzyskania tego, co wcześniej tak lekkomyślnie rzuciliśmy na szalę. Na szalę, która powoli opadała teraz pod ciężarem śmierci. Pod ciężarem ciała i krwi, które nagle zaczęliśmy tak cudownie odczuwać.
Każde z nas wiedziało, że aby przeżyć, należy zniszczyć tamtych. Wrogów. Wybić ich do ostatniego, jak glisty, jak natrętne insekty. I że tamci są tak samo zdesperowani jak my. Że oni również zaczęli rozumieć. Nikt z nas nigdy z nimi nie rozmawiał, nikt nie widział dokładnie rysów ich twarzy, czasami tylko dobiegały do nas ostre i twarde dźwięki ich dziwnego języka, ale wiedzieliśmy, że i oni zaczęli rozumieć. Świadomość unosiła się w powietrzu.
Pamiętała jeszcze jak z nim rozmawiała. W przeddzień tego co miało się stać. W przeddzień tego co nieuchronne. Kiedy szedł w jej stronę, czuła bijącą z jego postaci wrogość. Nie pamiętała już o czym rozmawiali, nie pamiętała, czy byli dla siebie jak dwójka przyjaciół, leczących nawzajem swoje rany czy jak dwójka wrogów. Wiedziała na pewno, że byli czujni. Gotowi na podstęp. Gotowi na zdradę. Bo czujni byli wtedy wszyscy. Dla każdego liczyło się tylko jego własne życie, jak więc mogli sobie ufać. Nie wiedziała, dlaczego akurat to on do niej podszedł. Właśnie wtedy i właśnie taki. Nie był w ogóle znaczącą postacią w tym śnie. Może mignął jej kilka razy wcześniej przed oczami, ale nawet tego dobrze nie zapamiętała. Choć mogła przecież zapamiętać, a on mógł wcześniej zwrócić na siebie jej uwagę. Pamiętała bijącą z jego postaci na początku wrogość, ale nie pamiętała już, w co ta wrogość przerodziła się pod koniec ich rozmowy. W każdym razie nie było to nic, co mogłoby wyjaśnić, czy w jakikolwiek sposób stanowić zapowiedź tego, co stało się następnego dnia.
A następnego dnia leżała w swoim okopie ze strzelbą gotową do strzału. Za chwilę miało się zacząć. Za chwilę bezlitosna strzelanina miała wyłonić tych nielicznych, którzy mięli przeżyć. Tych nielicznych, którzy mięli wygrać życie. I ona mogła być jedną z nich. Ona mogła być tą jedyną. Dotarło to do niej w tym momencie niespodziewanie jasno i silnie, że ona, ta malutka nieznacząca turbina w wielkim mechanizmie całości sama może stać się tą właśnie olbrzymią, tę niewyobrażalnie potężną całością. Jedyną, która przetrwa. To prawda, mogli przetrwać inni. Mógł nie przetrwać nikt. Choć teraz było już jasne, że cała ta walka nigdy nie toczyła się w żadnym innym celu, tylko w tym jednym – miała wyłonić tych, którzy przetrwają. Albo tą, która przetrwa. Ją. To był wielki cel, za który warto było walczyć, za który być może walczyła już wcześniej, kiedy jeszcze nie była świadoma.
Leżała w okopie ze strzelbą gotową do strzału. Licząc chwile. Czekając aż się zacznie.
Wtedy go zobaczyła. Wstał. Wyszedł ze swojego okopu. Zamarła. Wszyscy zamarli. Z palcami na spustach. A on niepewnie zrobił kilka kroków. W absolutnej ciszy. Tak naprawdę byliśmy bardzo blisko. Nasi i tamci. Na odległość głosu. Tak samo jak ja, tak samo jak my leżeli w swoich okopach ze strzelbami gotowymi do strzału. Czujni.
Wzdrygnęła się. Zorientowała, że mimowolnie podniosła głowę ponad krawędź okopu. Cofnęła się. Ale było już za późno, wiedziała to. Było już za późno. Ona również straciła czujność. I żadna siła nie mogła już tego cofnąć. Żadną siła nie mogła powstrzymać tego, co miało się stać. Wstała. Jakby w odpowiedzi na ten ruch odrzucił strzelbę. Teraz już szedł pewnie, w jego postaci nie było wrogości. Znała ten wyraz twarzy. Znała ten wyraz jego twarzy. Szła naprzeciw. Pomiędzy liniami okopów. Poczuła jak strzelba powoli wysuwa się jej z rąk. Już kiedy jej dotknął wypuściła ją ostatecznie.
Ich ciała przylgnęły do siebie, złączyły się ze sobą w jednej krótkiej chwili. I znowu stało się tak, jakby nigdy nie było, jakby nigdy nie mogło być inaczej. Całowali się jak opętani. Nic nie mogło tego powstrzymać. Okopy milczały, czujne, z palcami na spustach. Z oczami strzelb skierowanymi w ich stronę. Wiedzieli, ze za chwilę będą tylko ciężkim pagórkiem skrwawionego mięsa, podziurawionego przez dziesiątki kul. Małym pagórkiem mięsa pośrodku linii okopów.
Wiedzieli, że nic ich nie powstrzyma, że za chwilę będą wić się i krzyczeć z rozkoszy i kochać się na tym kawałku niczyjej ziemi, czarnej i mokrej, pośrodku labiryntu, pośrodku linii okopów. Na oczach pozostałych i na linii ich strzałów.
Kalia obudziła się właśnie w tym momencie. Przez chwilę było jej żal, że znowu jest tylko w tym cholernym lesie, podczas gdy tamto życie wydarza się gdzieś daleko, daleko. Że nigdy go nie zobaczy. Że nie może i nigdy nie będzie mogła do niego napisać ani zadzwonić. Po chwili rozumiała już całą absurdalność tej myśli. Usiadła. Podkuliła nogi. Owinęła się w koc. Było jej zimno, tak przeraźliwie zimno. Fragment po fragmencie przypominała sobie sen i przeżywała go od nowa. Wciąż nie wiedziała, jak się skończył. Próbowała doprowadzić go do końca, smakowała różnych rozwiązań, ale za każdym razem ponosiła porażkę. Nie mogła wiedzieć co się stało, z nią, z nim, z tymi wszystkimi ludźmi. Kurtyna zapadła i żadna siła nie mogła już jej podnieść. Czuła jednak, że tak naprawdę to wszystko nie jest ważne. Coś się zdarzyło, tam na granicy, na granicy między okopami, a może na granicy snów, bo Kalia miała dziwne wrażenie, że ten sen tak naprawdę wcale jej się nie śnił, że był tylko serią przypadków wydarzających się na granicy innych snów, że był tylko mieszanką innych snów, dużo ważniejszych, choć zupełnie nie zapamiętanych.
Na tym kawałku niczyjej ziemi, mokrej i czarnej. Na tym kawałku surowej ziemi, która na zawsze pozostanie niczyja. Która jest tą niemożliwą, tą niedopuszczalną. Tą jedyną. Tą jedynie prawdziwą. Tą trzecią.


***


– Nieraz się zastanawiałam, dlaczego ja musiałam odejść a ona pozostać – dodała Toja, kiedy już opowiedziała przyjaciółce swój sen. – Pytałam o Mariam każdą wiedźmę, każdą napotkaną istotę z naszego świata, ale nikt nigdy o niej nie słyszał. Te które zadały sobie trud żeby mnie wysłuchać sugerowały nawet, że to musiała być jakaś stara wariatka, którą jako dziecko wzięłam za kogoś więcej, albo że ją sobie wymyśliłam, takie rzeczy się zdarzają, wiesz...
- Nie uczyniłaby przecież wiedźmy z ciebie, jeśliby sama nią nie była, prawda? – zauważyła rzeczowo Kalia.
- Oczywiście że nie.
- Myślisz, że się ukrywała?
- Jak to? – nie zrozumiała Toja.
- Że nie podała ci swojego prawdziwego imienia i nie przybierała przy tobie prawdziwej postaci, bo wiedziała że kiedyś odejdziesz i będziesz o nią pytać. Próbować dowiedzieć się o niej więcej. Od innych wiedźm.
Toja zamyśliła się. Mariam była dziwna, trochę nierzeczywista, jak z bajki. Paskudna starucha z chatki na bagnach, z twarzą pełną brodawek, włosków, jakichś dziwnych bąbli, mamrocząca wciąż pod nosem zaklęcia, postrach wieśniaków, którzy najchętniej przedziurawiliby ją cisowym kołkiem, tyle że się boją. Jeśli to był jej kamuflaż, to naprawdę działał, inne wiedźmy od razu brały ją za starą dziwaczkę albo nawet wariatkę, obdarzoną miernymi, najpewniej w ogóle niekontrolowanymi magicznymi zdolnościami. Takich pół i ćwierćwiedźm jest zawsze mnóstwo, prawdziwych tylko kilka. I dobrze się znają. Ale Mariam była przecież bardzo potężna. Toja nie spotkała dotąd żadnej innej czarownicy, której służyłby skrzydlaty wąż. Inne utrzymywały, że musiała go sobie wymyślić, że takie jak on magiczne stworzenia istnieją tylko w starych legendach. I Toja prawie by w to uwierzyła, gdyby pewnego dnia sama nie obudziła się z gadem u stóp.
- Nikt o niej nie słyszał – powtórzyła zamyślona. – Kalia?
- Tak.
- Tak samo jak ty nic z tego nie rozumiem. Nic. I boję się. I mam dosyć tego błądzenia. To był drugi powód, dla którego tam wróciłam. Bo całe moje życie to jedno wielkie błądzenie, niepewność, nawet wobec własnych wspomnień, niepewność i maniakalne szukanie wyjścia. Chciałam, żeby wreszcie mi wszystko wyjaśniła. Słuchasz mnie?
- Zastanawiam się, dlaczego się ukrywała. To jest klucz do całej zagadki.
Toja zatrzymała się. Poważnie spojrzała na towarzyszkę.
- Wracamy? – zapytała. – Kiedyś i tak będziemy musiały. Wrócić tam i dokładnie przeszukać tą wioskę. Błąkamy się po tym cholernym lesie jak dwie idiotki, jakbyśmy były dwójką zagubionych dzieci, a nie czarownicami, które w każdej chwili mogą znaleźć się tam, gdzie zapragną. To czego szukamy jest zupełnie gdzie indziej.
- Nie.
- Dlaczego?
- Wybrałyśmy właściwy kierunek – Kalia położyła palce na swoim talizmanie. Pomiędzy nią i Kwiatem nawiązała się tajemnicza więź.
- Już ci mówiłam, nie powinnyśmy teraz przerywać wędrówki – kontynuowała. – Poza tym, gdyby uwolnienie ich było takie proste, Mariam dawno sama by to zrobiła. Coś ją powstrzymywało. Mówisz, że nie kontrolowała swojej mocy. Popatrz, ze mną jest jej wąż, ja noszę jej talizman. Pomyśl, co się stanie, jeśli znajdę się w tej wiosce, jeśli znajdę się blisko morza. Jedyne zagrożenie jakie znamy jest tutaj, na moim ramieniu, na mojej szyi. I będziemy, i musimy się tak błąkać. Dopóki go nie zrozumiem. A klucz do zrozumienia jest w tym lesie. Zaufaj mi. Ja też mam sny.
Toja popatrzyła na nią zdumiona, ale nic nie powiedziała.
- Mówiłaś, że prawdziwych wiedźm jest tylko kilka. I jesteś pewna, że Mariam była jedną z nich. Toja, one po prostu nie mogły o niej nie słyszeć. Cokolwiek się stało, z jakiegokolwiek powodu się ukrywała, to musiała być głośna historia. Przypomnij sobie. Czy nikt ci nie opowiadał o... o ślepej wiedźmie? O ślepej wiedźmie z czarnym wężem?
- Słyszałam tylko o jednej – Toja podniosła na dziewczynkę rozbawiony wzrok. – Każdy o niej słyszał.
- Ja nie.
- Bo ty, zamiast zgłębiać teksty, włóczysz się ze mną po nawiedzonych lasach. Bo sobie ubzdurałam, że stara wariatka jest niewiadomo kim, i że nam przekazała jakąś cholerną misję. I do tego jeszcze przyplątał się do ciebie ten jej cholerny wąż. I nosisz ten jej cholerny talizman. - Toja rozzłościła się nagle.
- Opowiedz – zażądała Kalia.
- Ale to nie może mieć nic wspólnego z Mariam.
- Mówiłaś, że wszyscy słyszeli tą historię. Ja nie. Bo zamiast zdobywać wiedzę włóczę się po tych przeklętych lasach. Opowiedz.
- To absurdalne. Ona żyła tysiące lat temu.
- Mówiłaś, że życie wiedźmy może być nieskończenie długie.
- Ale ta nie żyje. Na pewno.
- Opowiedz.




ZAHRE I MAGICZNY RĘKOPIS


Miała na imię Zahre. Albo może jakoś inaczej. W tamtych czasach kobiety nie zdradzały swoich prawdziwych imion nikomu poza wąskim kręgiem najbliższych, ale po niej wszystkiego można się było spodziewać. Zdawała się nie bać nikogo ani niczego, nawet własnej śmierci, przynajmniej według legendy. Podawanie fałszywego imienia byłoby do niej zresztą zupełnie niepodobne. Tak samo nie wiadomo skąd się wzięła ani kim tak naprawdę była. Są tacy, którzy utrzymują, że była córką żywiołu, odpryskiem jego mocy, że pewnego słonecznego poranka wynurzyła się po prostu z morskich fal. Pewnie wydaje im się, że jej niezwykła historia domaga się równie niezwykłego początku. Albo że ktoś taki jak ona nie mógł urodzić się jako zwykły człowiek. Co do mnie, myślę że była właśnie zwykłą kobietą, taką jak ty lub ja. I że podała światu swoje prawdziwe imię, a nie zmyśliła je na poczekaniu, z czujną obawą wpatrując się w oczy pytającego. Inaczej cała ta historia straciła by dla mnie sens. Opowiadają też, że później, już jako wiedźma, miała władzę nad morzem, mogła, wedle swego życzenia, zatapiać lub ocalać okręty, a nawet przybrzeżne wioski. W to akurat mogłabym jeszcze uwierzyć, choć przecież nigdy nie posiadałyśmy takich mocy. Ale czasem wydaje mi się, że w ogóle byłyśmy kiedyś zupełnie inne. Przed nią.
Żyła wiele tysięcy lat temu, w od dawna już nieistniejącym starożytnym mieście, nad brzegiem morza. Jak większość kobiet w tamtej epoce szybko została wydana za mąż, miała kilkoro dzieci. To zadziwiające jak zwyczajnie zaczyna się ta historia.
Jej mąż był pisarzem. Również ten zawód polegał niegdyś na czymś zupełnie innym niż dzisiaj. Pisarz nie tworzył, lecz tylko utrwalał dla potomnych historie od pokoleń powtarzane przez mędrców i kapłanów. Każdy tekst musiał być prawdziwy i opowiadać o czynach władców, bogów lub bohaterów. Nie było w nim miejsca na pytania. Gdyby wykryto, że dodał coś od siebie albo chociażby przekręcił jakiś drobiazg, zostałby ukarany śmiercią, poprzedzoną strasznym cierpieniem.
I Gabril, rzemieślnik, który w innych okolicznościach mógłby nazywać siebie twórcą, przez całe życie spisywał te tajemnicze opowieści z ust swoich panów, potem przepisywali je inni, powstawały kopie, kopie kopii i tak dalej. Jego życie wypełniał pergamin, niekończące się zwoje, które pewnie mogłyby opleść całą ziemię. Gdyby je tak wszystkie w jednej chwili rozwinąć. Te spisane przez niego samego i te, które podyktował swoim uczniom. Bo jako najbardziej ceniony pisarz w mieście miał bardzo wielu uczniów, co oprócz prestiżu było oczywiście źródłem niebagatelnego dochodu. Dlatego też nikogo nie zdziwiło, kiedy na starość zakupił piękny, przestronny dom z pysznym ogrodem, nieopodal najpiękniejszych plaż. Wymarzone miejsce dla dwojga starszych, oddanych sobie ludzi, których jedynym pragnieniem było w spokoju i dostatku dożyć końca swoich dni.
Wygląda to bardziej na koniec historii, niż na jej początek. Bo to mógł być koniec, nic nie znaczące, ale szczęśliwe zakończenie dobrego, pracowitego, zwyczajnego życia. O ile to życie naprawdę było szczęśliwe, ale właściwie dlaczego to co zwykłe i nieznaczące miałoby nie być szczęśliwe. I nigdy się nie dowiemy, jak było naprawdę. Czy zagrożenie przyszło z zewnątrz, czy to tylko w tych dwojgu starych ludziach przebudziły się jakieś niespełnione pragnienia czy tęsknoty. Nie do końca wygaszone pod popiołem praw i lat. Które mogły stać się zarzewiem zła. Początkiem czegoś dużo gorszego niż tylko niespełnione życie.


***


Zahra była dużo młodsza od męża, ale i ona wkraczała już w starość, gdy Gabril niespodziewanie znowu sięgnął po pióro. To już było w tej ich nadmorskiej willi, gdzie czas płynął tak leniwie, gdzie wszystko było już tylko odpoczynkiem przed ostatecznym wysiłkiem umierania i gdzie nie miały dostępu żadne ziemskie troski. Poza starością oczywiście i różnymi związanymi z nią dolegliwościami. Trzęsące się ręce, niespokojny sen, luki w pamięci, słabość w nogach. Żółte białka. Pomarszczone ciała. Wszyscy to znamy, wszyscy wiemy, jak wygląda ta choroba. Na początku pomyślała, że jak kilku innych zamożnych znajomych postanowił utrwalić historię swojego życia, aby pamięć o nim przetrwała wśród wnuków i prawnuków. Wtedy po raz pierwszy tak silnie uświadomiła sobie całą przewidywalność, całą monotonię tego życia, przebiegło jej przez głowę że, zapisane czy nie, nie zasługuje ono na nic więcej oprócz zapomnienia. Być może zresztą te myśli nawiedzały ją już wcześniej. Ale głęboko je ukrywała. Także i tym razem. Próbowała nawet skłonić Gabrila, by zamiast się samemu mozolić, po prostu podyktował tekst któremuś z uczniów. Jego czas już minął, już napisał ostatnie słowo, pora odpocząć. Ale on, zazwyczaj traktujący rady żony z należnym szacunkiem, tym razem ani jednym słowem nie skomentował jej starań.
Wkrótce nabrał zwyczaju zamykania się w jednej z pustych komnat swojego obszernego domu i tam, w ukryciu, spisywał niezwykłą historię, tę właśnie, która niebawem miała stać się przyczyną upadku jego samego i całej jego licznej rodziny, a nawet kilku innych, zupełnie postronnych osób, których jedyną winą było, że niegdyś pobierali u niego sowicie opłacane nauki. No i kilku setek wiedźm. Choć za to akurat trudno go winić, pewnie nawet nigdy nas nie słyszał. Nie najlepiej już wtedy widział i krzywo stawiał litery trzęsącą się ze starości ręką. Kiedy nie pisał, błąkał się po plaży z nieprzytomnym wzrokiem, szepcząc jakieś niezrozumiałe wyrazy. Zahra była pewna, że postradał rozum.
Bała się, że ktoś może odkryć tą wstydliwą tajemnicę. Oddaliła służbę. Zaczęła sama usługiwać mężowi, spędzać z nim więcej czasu. Nie spuszczała go z oczu. Ustalenie gdzie przechowuje swój skarb nie kosztowało ją wiele. Pewnego wieczoru podstępnie spoiła go winem i ostrożnie zdjęła mu z szyi ciężki złoty łańcuch z zawieszonym na nim mosiężnym kluczem.
Chciała od razu rzucić rękopis w płomienie. Ogarnęła ją wściekłość, gdy ujrzała pismo starca, koślawe litery w nierówno biegnących kolumnach. Pohańbienie kunsztu, którego stróżem był przecież przez całe życie. Ogarnęła ją rozpacz, gdy pomyślała o nieszczęściu i hańbie, jakie za sprawą tego jawnego dowodu szaleństwa mogły się stać udziałem jej i jej dzieci. Ale to nie było jeszcze to najgorsze. Bo na nieszczęście Zahra potrafiła czytać. Musiała się nauczyć tej sztuki sama, bo w tamtej epoce nie kształcono przecież kobiet. Przebiegła wzrokiem kilka linijek tekstu.
Słowa posypały się na nią jak krople deszczu, jak grudki błota, jak kamienie, bez związku, bez składu, bez sensu. Coś jakby szelesty, szmery, szumy. Ciche dzwonienie gdzieś w dali. Jej wściekłość sięgnęła granic. Po raz kolejny podniosła rękę, by na zawsze zniszczyć ten nędzny kawałek zmarnowanej skóry, ale nie mogła oderwać oczu od tekstu. Jakby została przykuta do ławy, jakby pergamin przylgnął, przyrósł do jej dłoni, oczy do absurdalnego tekstu. Wpatrywała się w porozrzucane litery, fragmenty wyrazów i zdań, urywane myśli, próbując je zrozumieć i wypełnić, jakby od tego zależało jej życie.
Siedziała tak do świtu.
I wtedy poczuła oddech. Tak to właśnie opisuje, oddech. Pomiędzy koślawymi literami, rozrzuconymi bezładnie słowami. Poczuła jak je łączy, spaja, przenika. Zrozumiała, że trzyma w dłoniach coś więcej, niż tylko pokryty bazgrołami kawałek zwierzęcej skóry. Że trzyma Ducha.
Nikt poza Zahrą i jej mężem nie poznał pełnej treści rękopisu, nie wiadomo też czy Gabril w ogóle zdołał go ukończyć. W najdziwniejszych miejscach i okolicznościach odnajdywano potem jego fragmenty, które z kolei, w równie niewytłumaczalny sposób, znowu ginęły czy też zostawały unicestwione. Tak że właściwie nie ma pewności nawet co do tego, czy ten tekst w ogóle istniał. Wszystkie wiedźmy, które twierdziły, że miały w ręku jakieś jego urywki, w krótkim czasie traciły rozum. Pomimo tego do dziś są jeszcze takie, które go w tajemnicy szukają. Historia tego pergaminu to zupełnie oddzielna opowieść, bardzo zagmatwana. Niewiadomo gdzie jest w niej granica pomiędzy prawdą i zmyśleniem, a trudno przecież wierzyć bełkotowi wariatek. Ale są takie, które właśnie temu poświęcają życie. W tajemnicy oczywiście, bo zabraniają tego nasze prawa.
Legenda mówi że był to list miłosny, emanujący niewyobrażalną mocą. Intensywność i moc wyznań, a może magia, dużo silniejsza niż nasza sprawiły, że wszystkie te nieszczęsne kobiety nie mogły wygnać z serca tęsknoty i powstrzymać się od prób odnalezienia i złożenia w całość fragmentów tekstu. Wierzyły, że uda im się wówczas przywołać kochanka. Żadna tego nie dokonała, choć niektóre były ponoć blisko celu. Ani jedna z nich nie żyje.
Długo by o tym mówić, ale tak naprawdę oczywiście nikt nie wie, co tam było. Słowa Zahry są zbyt enigmatyczne. Twórcy legendy także woleli trzymać się faktów.
Tej samej nocy odeszła, pozostawiając za sobą dom, męża, dzieci, wnuki. Nie wzięła ze sobą zupełnie nic, ani z biżuterii, ani z odzieży, ani nawet najmniejszego zapasu pokarmu. Tak jakby nagle rzeczy materialne przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Zabrała tylko rękopis. Była jego pierwszą ofiarą. Najwyraźniej uznała, że to potężne wezwanie, przyprawiające o szaleństwo każdego, kto miał do czynienia choćby z jego urywkiem, zostało skierowane właśnie do niej.
Pomyśl, jeśli nawet ta nękana wieloma chorobami, starzejąca się kobieta nagle odkryła, że nigdy nie kochała Gabrila, jakie mogło to mieć już wtedy znaczenie. Przecież nie ona jedna stanęła przed tym dylematem. Nawet dzieci wiedzą, że w takich sytuacjach nie należy się uciekać do dramatycznych rozwiązań. Tym bardziej, że dotąd zdawała się być taka pogodzona z losem i rozsądna. Dlatego myślę, że w tym tekście musiało być coś więcej. Bo o tym, że nie kocha swojego męża wiedziała przecież już od wielu lat. Ja wierzę, że za jej decyzją coś się kryło, coś bardzo ważnego, coś o wiele więcej niż tylko zwykłe szaleństwo, coś co tam wyczytała. Myślę, że ktoś, kto nie czytał tego tekstu, całego tekstu, nie ma prawa nazywać jej szaloną. Tak samo jak wszystkich tych pozostałych czarownic. Ale to tylko moje zdanie.
W każdym razie jej historia byłaby co najwyżej niegodną pamięci opowieścią o starej żebraczce, której pomieszało się w głowie, w łachmanach błąkającej się po ulicach miast, budzącej zbyt silną odrazę, żeby ktoś chciał wsłuchać się w jej bełkot, gdyby nie niespodziewana pomoc losu.
Pewnego wieczora starucha, znalazłszy marne schronienie przed deszczem pod balkonem niewysokiej kamienicy, jak zwykle mamrocząc pod nosem słowa rękopisu mościła sobie legowisko. Jedno z okien na parterze budynku było otwarte. Znajdowało pod nim łoże jednej z nas. Wiedźmy.
Szepty żebraczki mieszały się w świadomości pogrążonej w półśnie czarownicy z monotonnym szmerem deszczu. Już kilkakrotnie próbowała zebrać się i wstać, przegonić mącącego jej sen natręta i zamknąć okno, ale na próżno. Zamiast tego mimowolnie zaczęła wsłuchiwać się w jej bełkot. I powoli zaczęła w nim rozróżniać rzadko spotykane słowa, słowa pochodzące z innych, starożytnych języków, słowa używane wyłącznie przez magów i poetów. Mamrotane bezładnie wyrazy były jak rzucone na bruk, zagubione pośród błota i odpadków szlachetne kamienie.
Za oknem cicho szemrały złociste krople deszczu. Czarownica trzymała w dłoniach lśniącą nić. Lekko podniosła się z łóżka i wyszła na zewnątrz, klęcząc w błocie mozolnie wyszukiwała i nanizała klejnoty. Zdumionymi oczyma wpatrywała się w powstający na jej oczach niezwykły wzór. Zaklęcie, którego jeszcze nikt nigdy nie wypowiedział. Prastara magiczna formuła, oczekująca na odpowiedź gdzieś z najgłębszych warstw jej istnienia. Przebudziła się, choć wydawało jej się, że wciąż jeszcze śni. Klęczała naprzeciw żebraczki. Ze zdziwieniem popatrzyła na swoje puste ręce.
Wstała i, zamiast przegonić staruchę, zaprosiła ją do środka. Zahra była w opłakanym stanie, wychudła, brudna, niewiarygodnie pomarszczona. Łuszcząca się skóra na całym jej ciele była pokryta liszajami i pełnymi cuchnącej ropy ranami. Siwe, skołtunione włosy zwisały wokół twarzy w tłustych strąkach. Była już wtedy zupełnie ślepa, pewnie od ciągłego czytania rękopisu. Ale zdążyła nauczyć się jego treści na pamięć. Samego pergaminu ze sobą nie miała. Niewiadomo co z nim zrobiła, nawet ona sama, już później, kiedy była przesłuchiwana, twierdziła że nie pamięta.
Wiedźma, która zaprosiła ją do swojego domu była uzdrowicielką, niezwykle biegłą w swojej sztuce. W ciągu zaledwie kilku chwil udało jej się zagoić wszystkie rany na ciele żebraczki, ale, z nieznanych przyczyn, nie przywróciła jej wzroku. Wiele dni spędziła na rozmowach z ocaloną przez siebie kobietą i dokładnie poznała jej historię, zanim podjęła najważniejszą w swoim życiu decyzję.
Pewnej nocy rozczesała siwe włosy staruchy i splotła je w dwa warkocze. Tak Zahra stała się wiedźmą.
Każda z nas tylko raz może podzielić się mocą. I dlatego każda z nas długo się zastanawia, zanim dokona wyboru. Tamta wiedźma, której imienia nie przekazały żadne teksty ani nawet legendy, dokonała go zbyt pochopnie. I zapłaciła za to życiem.
Zahra zamordowała ją jeszcze tej samej nocy. Znalazła również sposób by odebrać jej talizman. Jak to zrobiła, jest jedną z największych zagadek naszej historii – znak rządzi się własną magią, dużo potężniejszą niż nasza, nie można tak po prostu go sobie wziąć, nie da się również uciec przed wymierzaną przezeń karą. A to dopiero pierwsza z zagadek. Tej samej nocy na wezwanie morderczyni przybył skrzydlaty wąż. No i są jeszcze te opowieści o jej władzy nad morzem i wiele innych. Słowem, albo była niewinna, i dlatego wzięły ją w obronę moce dużo starsze i mądrzejsze od naszych, albo stała się potężniejsza, niż my wszystkie razem wzięte. Być może odpowiedzi należy szukać w zaklętym rękopisie. To drugi powód, dla którego do dzisiejszego dnia niektóre próbują go odnaleźć.
Ale nawet jeśli ten pergamin, czy raczej zapisane na nim słowa dają tak niezwykłą moc, zapłata za jej posiadanie jest straszna. Zahra, której ukryte lęki przebudziły się wraz z przepływem mocy, nie poprzestała na tym jednym morderstwie. To jej, oszalałej ze strachu i zazdrości, przypisuje się winę za śmierć wszystkich pozostałych wiedźm, tych, które czytały urywki tekstu.
Długo pozostawała niepochwytna. Serie dokonywanych przez nią morderstw wywoływały paniczny strach, a jednocześnie wściekłość i pragnienie zemsty. Złamała wszystkie zasady, które przez tysiące lat skutecznie chroniły nasz świat. Jej bezkarność była jak okrutna kpina.
Historia każdego szaleństwa musi mieć jednak swój koniec – tak było i tym razem, morderczyni została obezwładniona i dostawiona przed sąd. Mimo wszystkich niezwykłych okoliczności nie zrezygnowano z normalnej procedury. Miała możliwość przedstawienia własnej wersji wydarzeń. Wiernie zapisano każde jej słowo. Tekst zeznań jest dostępny dla każdego, kto chce dokładniej poznać tę zagmatwaną historię.
Jej wyjaśnienia są mętne i enigmatyczne, jak zresztą wszystkie inne jej teksty. W każdym razie nie przyznała się do żadnego z zarzucanych jej morderstw, stanowczo zaprzeczyła, jakoby pergamin obdarzał swojego posiadacza jakąkolwiek mocą, podczas procesu nie próbowała też żadnej ze swoich sztuczek. Prawdopodobnie chciała w ten sposób oszukać sąd, ale bezskutecznie.
Odebrano jej moc. Stała się z powrotem tą samą bezbronną, śmiertelną staruszką, którą była przed przemianą. Aby nikt więcej nie dał się omamić szeptanym przez nią słowom, naznaczono ją piętnem mordercy. Jasnoczerwoną kroplą krwi na czole. I pozostawiono tak samą w głębi puszczy, skazując tym samym na śmierć z głodu lub w pazurach dzikich zwierząt. Zagrożono, że ktokolwiek będzie próbował jej pomóc, czy choćby tylko ją odnaleźć, zostanie ukarany na tym samym miejscu, w ten sam sposób. Nikt o niej więcej nie słyszał. Skończyły się niewytłumaczone morderstwa. Czarownice mogły odetchnąć z ulgą.
Nie jest to jednak koniec historii tajemniczego rękopisu, wciąż jeszcze rozpalającego wyobraźnię wielu. Te, które go szukały, odtąd musiały robić to w tajemnicy, w strachu przed karą. Były też takie, które same pisały teksty na wzór zaginionego i puszczały swoje dzieła w świat, siejąc w ten sposób sporo zamętu. Podobno każda spisana miłosna historia tamtego czasu stanowi, w mniejszym lub większym stopniu, echo tamtego tekstu. Ale niewiadomo, ile w tym wszystkim prawdy, ile niezdrowej fantazji.


***


- Zasłużyła na swoją śmierć, ale z drugiej strony zasłużyła również na współczucie – Kalia zamyśliła się.
– Co się stało z jej wężem? – zapytała po chwili.
- Opuścił ją w tej samej chwili, kiedy została pozbawiona mocy. Żaden wąż nigdy nie służył zwykłej kobiecie. Żeby się z nim związać, trzeba użyć magii.
Kalia uważnie popatrzyła na przyjaciółkę. W uśmiechu Toi dostrzegła coś nowego, coś, co ją zaniepokoiło.
Szły w milczeniu. Toja zmarszczyła brwi. Badawcze spojrzenie towarzyszki nie umknęło jej uwagi. Zdawała sobie sprawę, że zachodząca w niej przemiana staje się coraz bardziej widoczna. I to nawet dla niedoświadczonych oczu małej czarownicy. Dzikie zwierzę, z którego istnienia zdała sobie sprawę wtedy na pagórku, naprzeciw rybaków, w miarę zagłębiania się w las rosło w niej i nabierało sił. Nie było w nim jednak wściekłości, tylko jakiś nieznany, nie dający się ująć w słowa smutek.
- Nie pamiętam już czy o tym wspomniałam, ale Zahra była pierwszą wiedźmą, której służył skrzydlaty wąż – powiedziała, odrywając się na moment od przykrych myśli. – To między innymi dlatego przez tak długi czas nie można było jej pochwycić. W pewnym sensie nasze węże są tym, co po niej pozostało. Oprócz legendy.
Kalia pomyślała o czole martwej wiedźmy z samotnej chaty. Było czyste i gładkie. Czegoś jej tu brakowało. Przerażająca, zachłanna, a jednak dziwnie piękna, mistrzowsko opowiedziana przez Toję historia zdawała się nie być kompletna. Brakowało w niej mnóstwa szczegółów. A przecież musiało wydarzyć się coś jeszcze. Jak długo Zahra pozostawała nieuchwytna? W jaki sposób ją ujęto? I gdzie ją pozostawiono? W lesie, ale w jakim lesie? Czy to możliwe, że w tym? Który teraz przemierzają. Te stare drzewa ukrywały wiele tajemnic, czuła to, tajemnic, których nie chciały przed nią odsłonić. Po jej plecach przebiegł chłodny dreszcz. Dotknęła talizmanu, lecz szybko cofnęła rękę. Z przerażeniem patrzyła na czerwone, poparzone palce. Czy na pewno dobrze zrobiła, przywłaszczając go sobie? A jeśli... W jaki sposób kwiat znalazł się w posiadaniu Mariam? Czy na pewno nikt nie został zamordowany z jego powodu? I w jaki sposób Mariam stała się wiedźmą? Jeśli nikt jej nie znał, nikt o niej nie pamiętał.


Z TAMTEJ STRONY


Kalia leżała z otwartymi oczami, ale sen wciąż trwał. Paraliżowało ją przerażenie, wielkie, oślepiające słońce pustyni paliło jej ciało.
Samotna kobieta idzie poprzez pustynię. Wiatr targa jaskrawoczerwoną chustę, zawiniętą niedbale wokół jej nóg i ramion. Słońce jest jak olbrzymia, rozjarzona kula, całe niebo jest pełne blasku. Z daleka kobieta wygląda jak tańczący po piasku płomień.
- Wolałabym, żeby wszystko było inaczej – szepnęła nagle Toja. Przewróciła się na drugi bok. Ona też nie mogła zasnąć.
- To znaczy jak? – Kalia leży nieruchomo, wpatrując się w dwa tańczące na suchym drewnie cienie.
- No wiesz, tak jak w tych wszystkich starych opowieściach. Gdzie trzeba przejść ileś tam rzek czy mórz, walczyć ze smokami, olbrzymami – uśmiechnęła się dziecinnie. – Wąż zaniósłby mnie wszędzie, gdybym tylko wiedziała gdzie lecieć, a magia rodzi się tak łatwo, kiedy stajesz naprzeciw niebezpieczeństwa. Wszystko, byle nie błąkać się tak bez sensu po tym lesie.
Zamilkła.
- Smoki i olbrzymy są w innych bajkach – odszepnęła Kalia. – A nasza jest właśnie taka. Łatwo jest mówić, że chciałoby się czegoś innego niż to co jest. Że gdzieś w innym miejscu albo czasie byłybyśmy szczęśliwsze.
Toja popatrzyła na nią dziwnie.
- Nie widzisz że te cholerne drzewa wciąż nas mamią? Nie rozumiesz? – krzyknęła i zerwała się gwałtownie. – Nie ufam im. Ona umiała z nimi rozmawiać, przed nią nie miały tajemnic. I do tej pory wypełniają jej rozkazy. I my też jesteśmy wciąż posłuszne jej woli, błądzimy po tym lesie jak para zagubionych sierot, wodzi nas po kręgu, rozumiesz? Chociaż jest od dawna martwa. To była albo wariatka, albo morderczyni, albo jedno i drugie, albo w ogóle nie wiadomo kto, może jej zresztą wcale nie było, może sama ją wymyśliłam, w końcu nikt o niej nie słyszał.
Te ostatnie słowa wywołały na twarzy Kalii smutny uśmiech.
- Nikt nie wybiera sobie losu – odpowiedziała po chwili. – Dlatego nie powinnaś jej oceniać. Tak naprawdę przecież zupełnie nic o niej nie wiemy.
Toja znowu dziwnie na nią popatrzyła, a potem odwróciła się i zamknęła oczy.
Poprzez czarny aksamit woreczka palce Kalii wyczuwały pulsowanie i ciepło kwiatu. Już jakiś czas temu odkryła, że żeby pozostać w zgodzie ze swoim talizmanem, żeby go nie utracić, nie mogła pozwolić sobie nawet na jedną negatywną myśl o jego poprzedniej właścicielce.
- Skąd wiesz że to drzewa nas mamią, może to my ciągle coś omijamy, czegoś nie dostrzegamy, przechodzimy obok– podjęła. – Może próbują naprowadzić nas na ślad. A my przecież same za bardzo nie wiemy, czego mamy właściwie szukać.
Zamilkła. Czekała na reakcję przyjaciółki. Ale Toja się nie odezwała. Może po prostu uspokoiła się i wreszcie zasnęła, ukołysana ciepłem zbliżającego się wieczoru. Kalia pozostała sama, z głową pełną kłębiących się, niedopowiedzianych myśli. Czy to możliwe, żeby wraz z kwiatem odziedziczyła pragnienia i tęsknoty, czy może tylko wspomnienia swojej poprzedniczki? Czy może tylko jej sny? Może zresztą nie było w tym nic niebezpiecznego, może wyczuwała tylko jakieś dalekie echa, wibracje, które w talizmanie musiało pozostawić bijące pod nim wiele lat serce. Lub serca. Poprawiła się od razu.
I znowu poczuła ten płomień, to nieznośne gorąco. Na moment oślepła. Spierzchnięte wargi błagały o kroplę wody i nie mogła, nie mogła po nią sięgnąć, choć przecież wszystko czego potrzebowała było tuż obok, w dziupli drzewa.
Leżała z szeroko otwartymi oczami. Kobieta podeszła bliżej. Sabah? Kalia rozpoznała jej twarz, chociaż Arabka była teraz dużo młodsza, piękniejsza. Wiatr, drobne ziarenka piasku, czerwona chusta, wszystko zdawało się tańczyć wokół jej odsłoniętych ramion i kolan. Jak płomień, jak tańczący po piasku płomień, pomyślała znowu Kalia. Arabka uśmiechnęła się. Podniosła rękę i pomachała do niej.
Kalia zerwała się. Usiadła. Chłód zacienionej polany. Zwisająca tuż obok jej twarzy głowa węża. Toja gotująca się do drogi, obmywająca ramiona w strumieniu. Ciepło bijące od talizmanu. Czy to możliwe, że kiedy ja śnię o nich, one też śnią, o mnie? Czy jestem naprawdę, czy jestem tylko czyimś snem? Zasłoniła rękoma twarz. Chłód palców na rozpalonych policzkach. Ciało wiedźmy jest chłodne, przypomina trochę ciało węża. Czy na pustyni są węże? Przyjemne, chłodne krople. To Toja pryska jej w twarz wodą ze strumienia. Kalia uśmiecha się. Trzeba iść. Czas ruszać.


***


- Myślisz że go gdzieś tu ukryła? – szepnęła Kalia. Była pewna, że w głębi puszczy czeka na nie rękopis.
Od momentu kiedy usłyszała ją od Toi, opowieść o zaginionym tekście niemal całkowicie opanowała jej wyobraźnię. Wciąż na nowo przypominała ją sobie i przeżywała, coraz częściej, coraz bardziej intensywnie. Wypytywała Toję o szczegóły, aż ta poirytowana, zabroniła jej o tym wspominać. I teraz też tylko ze złością wzruszyła ramionami. W nocy, kiedy szły, i podczas dłużących się bezsennych godzin, kiedy leżała wpatrując się w słoneczne promienie, przeświecające poprzez kołyszące się łagodnie liście drzew, Kalia myślała tylko o nim. Nawet sny przestały ją nawiedzać. Tak bardzo chciałaby go odnaleźć. Zdawało się jej, że jest lekarstwem na cały jej smutek, że pozwoliłby jej zupełnie, na zawsze zapomnieć o tej części życia, która się już dzięki wtargnięciu Toi nieodwołalnie skończyła, ale której wspomnienie bezustannie dawało o sobie znać. Przeszłość była jak pozornie zaleczona choroba, w istocie rozwijająca się niezauważalnie, nieubłaganie wysysająca siłę i radość.
Toja po raz pierwszy nie mogła zrozumieć przyjaciółki. Traciła z nią kontakt. Rozszerzonymi z przerażenia oczami obserwowała narastającą w dziewczynce obsesję, zatykała uszy przed coraz silniej nabrzmiewającym w jej głosie pragnieniem. Nie miała wątpliwości co do natury zachodzących w niej przemian, wszystko aż nazbyt dokładnie przypominało schemat opisany w studiowanych po wielekroć tekstach. A najgorsze było to, że w głębi ducha wiedziała, że Kalia ma rację. Zahrę pozostawiono nie gdzie indziej, lecz właśnie tu, w tym lesie. W miejscu wokół którego zataczały coraz węższe kręgi. I rękopis też musiał gdzieś tu być, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że tak absolutnie zagarniał ich myśli, choć żadna z nich ani przez chwilę nie miała go w ręku.
- Po ci ten cholerny pergamin? – pytała, zdesperowana i wściekła. – Nie pamiętasz już po co tu jesteśmy? Inne wiedźmy musiały przynajmniej przeczytać fragment tego gówna, żeby zwariować, tobie wystarczyła tylko wzmianka.
A potem przewracała się na drugi bok, odwracała plecami od tej małej, szalonej wiedźmy, ale i tak nie mogła zasnąć. I dlaczego to wszystko musi wydarzać się teraz, właśnie teraz, kiedy w niej samej zachodzą przemiany, których się boi i z którymi nie potrafi się uporać. Ten cholerny, przeklęty las, mamrotała wściekle. Cała ta gościnność, to jedzenie znajdowane w dziuplach, te strumienie, przecinające ich drogę akurat w momencie, kiedy któraś z nich zapragnęła się umyć, czy tylko zanurzyć i ochłodzić stopy, te mamiące szumy, wszystko to było iluzją, jakąś monstrualną, choć misternie tkaną pajęczyną, wabieniem much w pułapkę. Albo opętańczym lotem ćmy wokół lampy. Chciała uciekać, wiedziała, że jeśli chce żyć musi uciekać, ale jednocześnie wiedziała również, że musi dojść do końca. Musi przez to przejść. Cokolwiek miałoby się stać, musi iść naprzód.


***


Niedługo później, pewnej chłodnej, deszczowej nocy przed oczami czarownic wyrósł kamienny zamek. W pierwszej chwili obie wzięły go za fatamorganę, tak niespodziewanie pojawił się pośród monotonnego leśnego krajobrazu. Oblepione błotem, pokryte drobnymi kropelkami wieczornej rosy ściany i wysokie wieże odbijały słaby blask księżyca. Cała polana skąpana była w tajemniczej niebieskawej poświacie.
Toja odetchnęła z ulgą. Koniec błądzenia. Cokolwiek ma się stać, niech stanie się teraz. Wiedźmy patrzyły na siebie w milczeniu. Toja z podnieceniem, niemal radością, Kalia pełna skrywanego lęku. Dla obu było oczywiste, że muszą tam wejść. Węże spełzły z ich bioder. Przepych ich rozpostartych skrzydeł na chwilę przyćmił monumentalność budowli. W pionowych źrenicach odbiły się smukłe postacie czarownic.
Za chwilę ze skraju lasu powoli podniosły się dwa barwne smoki i majestatycznie popłynęły w stronę kamiennego pałacu. Okrążyły go kilka razy, jakby zawiadamiając mieszkańców o swoim przybyciu, a potem pomknęły wprost ku ostremu łukowi największego z okien. Otwarło się natychmiast, w zamku już ich oczekiwano.
Bose stopy miękko plasnęły o zimną posadzkę. Węże z powrotem owinęły się wokół bioder dziewczynek. Wnętrze było ciemne, ponure, surowe. Nieobrobione fragmenty skał kontrastowały w nim z głębokim, wykwintnym szkarłatem obić i dywanów. Na każdej ze ścian wisiało olbrzymie lustro w bogato zdobionej złotej ramie. Kalia i Toja przez chwilę wpatrywały się w swoje zwielokrotnione odbicia zanim dostrzegły, że w komnacie jest ktoś jeszcze. Wysoki mężczyzna w spływającej do stóp szacie powoli kroczył w ich stronę. Ręce miał rozłożone w geście powitania.


***



Już od dawna wiedział, że się zbliżają. Wodził je po kręgu. Obserwował. Napawał się ich lękiem. Wiedział kim są i dlaczego przyszły. Doskonale znał siłę, która kazała im odszukać jego siedzibę. Nigdy nie mógł jej pojąć, choć mierzył się z nią niejeden raz. Bez trudu mógłby je zabić, tak mu się przynajmniej wydawało. Lecz zamiast tego, postanowił przyjąć wydarzenia takimi, jakie są. Nie interweniować. Spełnić ich życzenie. Czy może po prostu był już zmęczony. Czasem porównywał swoje życie do walki z hydrą o tysiącu głów. Kiedy już, już był pewny, że odciął je wszystkie, zawsze pozostawała ta jedna, jedyna, ślepa nierozumna siła, zwracająca ku niemu niepokonaną, władczą głowę.
Wiedział, że nie zostaną u niego długo. Tą siłę, która kazała im bezustannie posuwać się naprzód, nie wracać, też znał. I tego, zamknięty w swoim kamiennym zamku, obserwujący z niego nieustannie wszystkich i wszystko, nieruchomy lecz zarazem wszechobecny, tego im zazdrościł.
To on kierował ręką Gabriela. Nigdy nie kochał Zahre. Czuł bicie jej serca kiedy trzymała w dłoniach pergamin. Wiedział że opuściła dom, że żebrze na ulicach. Czuł jej cierpienie, czuł jej głód, tak jakby to on sam cierpiał, jakby to w nim rozrastała się ta straszliwa pustka. Nie potrafił jednak wyciągnąć ręki do tej obcej kobiety. I nie mógł oderwać od niej oczu.
Miał nadzieję że niedługo umrze, choć na początku nie przyznawał się do tego sam przed sobą. Był przekonany, że wraz z końcem jej cierpień i on wreszcie stanie się wolny. Jego uczucia nie były przecież niczym więcej, jak tylko odbiciem jej uczuć. Ale nie potrafił podnieść na nią ręki. Kiedy stała się wiedźmą po raz pierwszy poczuł coś w rodzaju strachu. Latami cierpliwie czekał aż zginie z wycieńczenia, ze starości, z głodu, z zimna, od chorób, a tymczasem jakaś bezmyślna istota obdarzyła ją mocą, uwalniając tym samym od wszelkich ludzkich niedoskonałości. Zabił tę wiedźmę. Jeszcze tej samej nocy. Zabijanie nigdy nie sprawiało mu trudności. Było jak klaśnięcie w dłonie, jak pstryknięcie palcami. Zapominał imiona swoich ofiar zanim jeszcze ktoś zdążył zamknąć im powieki. Ale imię tamtej wiedźmy zapamiętał. Miękki, pieszczący ucho dźwięk. Imię kobiety i imię kwiatu. Jej jednej udało się spojrzeć mu w twarz. I zdążyła oddać Zahrze znak. Talizman, który odtąd posiadał jego tajemnicę. Nie mógł nic na to poradzić. Kwiat pochodził z innego świata, ze świata, który dawno, dawno temu odrzucił jego władzę.
Nie mógł jednak czekać z założonymi rękami. Musiał nasycić czymś swoją wściekłość, nakarmić swój gniew. Postanowił zniszczyć rękopis. Nie było to trudne, odkąd od ciągłego odczytywania straciła wzrok, Zahre niewiele dbała o martwy pergamin. Tekst żył w niej, cały, nienaruszony, w jej krwi, w powietrzu, którym oddychała. Nie potrafił jej skrzywdzić. Tym okrutniej traktował inne wiedźmy, w których ręce wpadł choćby fragment tej przeklętej skóry. Krążyły nad nią jak muchy nad kawałkiem surowego mięsa. Nienawidził ich. I zabijał jak muchy, jedną po drugiej. Bez współczucia, bez litości.
Wiedział, że została pochwycona i osądzona za jego zbrodnie. Niewidoczny dla nikogo patrzył z okna swojego pałacu, z serca puszczy. Nie próbował jej ocalić, choć byłby to dla niego drobiazg, wystarczyłoby żeby wypowiedział słowo albo uniósł nieco dłoń. Wystarczyłaby jedna myśl. Nie próbował nawet dodać jej otuchy, kiedy oddawała strażniczce kwiat, kiedy z jej ramiom spełzł wąż i stała tam, samotna i stara wśród tych starych, pamiętających odległe epoki, a może nawet światy drzew, trzęsąc się ze strachu i z zimna. To był już koniec tej żałosnej historii.
Kiedy wszyscy odeszli nie zrobiła kroku. Usiadła tylko, a raczej bezsilnie osunęła się na ziemię, opierając plecy o pień drzewa, na wpół spróchniałego, kalekiego jak ona sama. Odchyliła głowę. Wyglądała trochę jakby spała, ale tak naprawdę umierała, na jego oczach, czuł to przecież. Jeszcze tylko chwila i będzie po wszystkim. Wreszcie. I znów nie potrafił się powstrzymać, nie potrafił nie patrzeć.
Hipnotyzowała go, stara, wynędzniała, ślepa. Pozbawiona mocy. A pomimo to na dnie jej niewidzących oczu płonął wciąż ten sam, dobrze mu znany ciemny ogień. Nagle poczuł coś dziwnego, niepokój. Przemykające pomiędzy gałęziami ciało węża. Zdrętwiał. Spomiędzy liści wyłonił się płaski łeb gada z olbrzymim, czerwonym jabłkiem w pysku. Pełzł po jej starczym ramieniu. Miękkim ruchem spłynął do jej bioder.
Nie wierzył własnym oczom. Nie rozumiał. Pierwszy raz widział tego węża. A przecież znał wszystkie istoty, zamieszkujące wszystkie kraje, na wszystkich wyspach. Ponad ślepiami gada tkwił głęboko wrośnięty w skórę górski kryształ. Czy może był to jakiś inny kamień, chciał mu się dokładniej przyjrzeć, ale, nagle oślepiony, odwrócił na chwilę wzrok. Przez chwilę wydało mu się, że być może jest silniejsza niż on, i ku własnemu zdziwieniu poczuł ulgę.
Znowu widział jak się błąka, czuł jej głód i samotność, jakby cierpiało jego, nie jej ciało. Ale tym razem tylko pozornie błądziła bez celu. Zbliżała się. Powoli. Nieuchronnie. Pewnego dnia stanęła przed drzwiami jego zamku. To był pierwszy człowiek, jaki kiedykolwiek stanął naprzeciw niego. Twarzą w twarz. Zahre nie wiedziała o nim nic. On wiedział o niej wszystko. Zahre była śmiertelna, on był mordercą. Patrzył jak przesuwa swoje ślepe palce po szorstkiej framudze nieużywanych nigdy drzwi. Przez moment zapragnął je zatrzasnąć.
Latami żyli obok siebie. Odzyskała młodość i siłę. Wąż nie opuszczał jej nawet na moment. Alla nie pytał o nic. Nie musiał. Ona również o nic nie pytała, choć przecież nie mogła nic o nim wiedzieć. Pewnego dnia poprosiła, by zmył z jej czoła piętno mordercy. Odmówił, zdziwiony że jest coś, co mógłby dla niej zrobić. Po raz pierwszy przeszła mu przez głowę myśl, że ona może odejść.
Zabrał ją do swojego tajemnego ogrodu, skarbu, którego zazdrośnie strzegł przed śmiertelnymi, na łąkę w głębi lasu gdzie rosły amarantowe kwiaty. Stał obok, kiedy pochyliła się i podniosła talizman, ten sam, który przed śmiercią zdążyła oddać jej tamta. Wtedy po raz pierwszy zobaczył jak się uśmiecha. Przez całe jej ciało przeszła fala ciepła. Przez jedną krótką chwilę poczuła na skórze uzdrawiające dłonie przyjaciółki. Ale to wystarczyło.
Przyszło mu wówczas do głowy że ją kocha, że zawsze ją kochał, że to tylko miłość jest czymś zupełnie innym, niż sobie dotąd wyobrażał. Chciał jej o tym opowiedzieć, ale przecież wówczas musiałby wyznać kim naprawdę jest. Nie odważył się. Patrzył na nią, siedzącą wśród amarantowych kwiatów i słuchał. Powtarzała cicho te same słowa, które niegdyś z szyderstwem szeptał do ucha zdziecinniałego starca, tego jej nieszczęsnego męża, któremu wydawało się, że jest kimś więcej niż tylko zwykłym rzemieślnikiem, ale nie poznawał ich, nie rozumiał. Zwróciła w jego stronę twarz. Zawsze kiedy to robiła, przechodził go dreszcz, choć przecież nie mogła widzieć. Tej samej nocy zmył plamę z jej czoła. Odeszła niemal natychmiast.
Wiedział, że przygarnęła porzucone na skraju puszczy niemowlę, że z dziecka pozostawionego na ofiarę dla niego zrobiła swoją córkę, ale nie czuł złości, tylko się wtedy śmiał, może zresztą naprawdę była to jej własna córka, może mała wilkołaczka, od których aż roiło się wtedy w lesie, nie był pewien, nie interesował się już wtedy tak bardzo jej losem, pozostawił sprawy ich własnemu biegowi. W rybackiej wiosce nad brzegiem morza zbudowała dom dla siebie i dziecka. Potem przeniosła się na bagna, nie wiedział dlaczego, nie wiedział również, co stało się z dziewczynką. Pewnie uczyniła z niej wiedźmę, zresztą jej los przestał go już interesować. Odkąd został sam tkwił pogrążony w pustce, na samym dnie olbrzymiej czarnej studni bez dna, ślepy i nieczuły na wszystko, nawet na swój własny ból.


***


- A Gabril? Co się stało z Gabrilem? – zapytała Toja.
- Gabril – mag zamyślił się. Widać było, że jego pamięć od dawna pozostawała uśpiona, martwa, jak bohaterowie tej smutnej historii.
– Gabril... tak. Starzec, którego długie białe włosy rozwiewał wiatr. Oczywiście skazali go na śmierć, cóż innego mogło go spotkać. W lochu, przykuty do ściany oczekiwał na wykonanie wyroku. Jego ciało cierpiało męki głodu i pragnienia, kiedy tam siedział pośród własnych odchodów, lecz jego umysł był gdzie indziej. Udało mu się przekonać strażników, że nie jest zwyczajnym człowiekiem, lecz Aniołem. Poprosił by zaprowadzili go na najwyższą z wież. Zerwał się wicher. Powiedział, że to znak. Rozłożył ręce. Strażnicy, pewni że za chwilę zobaczą jak rozmawia ze swoim bogiem, klękli po bokach. I wtedy niespodziewanie pochylił się i runął na bruk. Nikt się nigdy nie dowiedział, czy było to samobójstwo czy tylko wypadek. Nikt się nigdy nie zastanawiał. Strażników ukarano śmiercią. Oczywiście.
Kalia sięgnęła do woreczka na piersiach:
- Zostawiła mi go – powiedziała.
Czarne oczy maga spojrzały prosto w niebieskie oczy Kalii. To jedno spojrzenie zrobiło na niej większe wrażenie, niż cała historia jego morderstw. Kiedy wyruszały, jeszcze tej samej nocy, odwróciła się, tak żeby Toja tego nie zauważyła i wyszeptała szybko:
- Wrócę.
Usłyszał, bo lekko skłonił głowę.


***


Przeszłość została rozjaśniona słabym blaskiem opowieści. Ale była to cudza przeszłość. Toja uświadomiła sobie, że ma już dosyć cudzych historii, choćby niewiadomo jak niezwykłych i poruszających. Czas było zająć się własnym życiem, które wciąż wymykało jej się z rąk, przeciekało przez palce. Własnym życiem, które nie było przedmiotem żadnej opowieści, które nikogo nie interesowało. Trzeba było wreszcie po nie sięgnąć, wreszcie się zbuntować. Przeciw nakazom Mariam czy też raczej Zahre, przeciw Kalii, której odkąd przełożyła przez głowę sznurek z talizmanem wydawało się, że wie wszystko najlepiej. Łeb skrzydlatego węża zawirował wokół jej twarzy. Wierny przyjaciel był obok, czuły na każde drgnienie mocy. Już za chwilę siedziała na jego grzbiecie, mknąc poprzez ciemność. Nie obchodziło ją co stanie się za chwilę, czy, jak i przez kogo zostanie ukarana. Wyjęła kamień i ścisnęła go mocno, bardzo mocno, jakby chciała go zmiażdżyć. Albo wycisnąć z niego prawdę. To był jej znak. Jej tajemnica, jej prawda i jej walka. Wyrzuciła z siebie gorycz niczym niepotrzebny balast, nie obchodziło jej już więcej ani odejście Mariam, ani sekrety Kalii, ani jej konszachty z magiem.
Mknęła, jak błyskawica rozżarzając noc bladoniebieskim światłem. Budzące się niej zwierzę mogło wreszcie odetchnąć pełną piersią, przestała się go obawiać. Czuła się potężna, czuła się zdolna wreszcie przerwać krąg, wybiec przez zamknięte drzwi, o których tak często opowiadała zamykana niegdyś samotnie w pokoju Kalia. A jednak znowu Kalia. Poczuła na ramieniu ciepłą dłoń towarzyszki. Włosy dziewczynki rozwiewał wiatr. Wyglądała strasznie, jak w tamtym śnie. Toja poczuła nagle ostry ból, jakby czyjeś metalowe pazury rozdarły jej twarz. Echo snu, zapowiedź przyszłych wydarzeń. Ale nie było już odwrotu. Jeśli na jej drodze czeka śmierć, czas się z nią zmierzyć.


BURZA


Nad małą rybacką osadą położoną tuż nad brzegiem morza szalała nawałnica. Wicher łamał drzewa, zrywał dachy, porywał w powietrze pozostawione na zewnątrz sprzęty i zwierzęta. Ludzie w pośpiechu kryli się po domach, ryglowali drzwi i zatrzaskiwali okiennice. Powietrze rozdarł pisk dziecka, które nie zdążyło na czas dobiec do chaty i wyło teraz ze zgrozy, całym ciałem waląc w zamknięte drzwi.
Kalia szła szybko. Pewnie. Szukała. Mieszkańcy chowali się przed małą wiedźmą gdzie tylko mogli, pod łóżkami, w piwnicach, w starych skrzyniach, na strychach. Odpowiedzią na ich przerażenie był jej głośny śmiech, w którym wyraźnie brzmiało echo dalekiego syreniego śpiewu. Toja też się roześmiała. Cała ta sytuacja przypominała trochę jakąś upiorną zabawę w chowanego. Ruchy dziewczynki były jednak coraz szybsze, coraz bardziej nerwowe. I Toja znowu poczuła, że te poszukiwania są bardzo ważne, że od ich wyniku zależy ich życie. Zawstydziła się własnej bezczynności, ale co właściwie miała robić. Chciała pomóc, ale tylko bezradnie rozglądała się wokół.
Jej wzrok zatrzymał się na jednym z domów. W jej umyśle pękła ostatnia bariera, poczuła, jakby ktoś nagle przywrócił jej zdolność widzenia.
Krzyknęła i pobiegła. I właśnie w tym momencie niebo nagle pociemniało, podniosło się wzburzone morze i w jej uszy uderzył znajomy huk. Odwróciła się na pięcie, gotowa uciekać, na pagórek, jak wtedy, ścieżką pomiędzy wydmami, do swojego bezpiecznego domu. Niespodziewanie poczuła ostry ból. Upadła i zakryła twarz rękami. Usłyszała swój własny głos, wypowiadający wyuczone podczas czarnych nocy wyrazy, przez czrne strugi włosów i zalewającą jej oczy krew zobaczyła jak zaklęcie odrzuca go tył, jeszcze przez chwilę widziała twarz mężczyzny zastygłą w grymasie przerażenia, zanim uniósł go wicher. Widły, którymi próbował zadać jej cios z brzękiem upadły do jej stóp.
Podniosła się i poprzez strugi wody i krwi spojrzała na wzbierające fale. Nie było już czasu. Morze za chwilę miało runąć i na zawsze zatopić wioskę i jej mieszkańców. I ją. I Kalię. I małego, szczupłego chłopca, który tu mieszkał. Wydawało jej się, że znowu na nią patrzy, łowiła ten jego wzrok tak samo jak lata temu, podczas beztroskich zabaw na plaży.
Kalia dotknęła jej twarzy, ale Toja tylko szarpnęła się zniecierpliwiona.
- Pamiętam! – krzyknęła. – Wszystko pamiętam.
Przyjaciółka skinęła głową. Stanęła naprzeciw fal. Królował chaos. Wieśniacy dalej kryli się w domach, niektórzy próbowali uciekać, inni, porwani przez wiatr, machali bezładnie nogami i rękami. Powietrze było pełne grzmotów, wrzasków i głuchych uderzeń piorunów, nad wszystkim tym królował potężny huk wzbierającego wciąż morza. Kalia stała nieruchomo, z rozpostartymi rękami, własnym ciałem próbując odgrodzić tą jedną chatę od podnoszących się fal. I morze, dzikie zwierzę, któremu nareszcie udało się wyrwać ze swojej kryjówki, zatrzymało się w pół skoku.
Talizman płonął na jej piersi, moc żywiołu była w jej zasięgu, ale nie miała wiedzy Zahre, jej spokoju, ciężaru przeżytych przez nią lat. Zamiast uciszyć morze stała więc tylko naprzeciw niego, siłując się z nim jak z wrogiem.
Toja wbiegła do środka. Uderzyła ją pustka. Poprzewracane sprzęty, rozścielone łoże, wgniecenia na poduszkach, wszystko świadczyło o panicznej ucieczce domowników. Kopniakiem roztrzaskała klapę zasłaniającą wejście do piwnicy i skoczyła w otwierającą się przed nią ciemność. Usłyszała cichy jęk. Podniosła się po omacku i ostrożnie poszła w kierunku głosu. Było cicho. Nie dochodziły tu ludzkie krzyki ani wycie burzy. Wyjęła talizman. Pomieszczenie rozjaśniło słabe światło. W rogu stała metalowa klatka. Chłopiec klęczał, zaciskając dłonie na prętach. Jego wychudłe, brunatne od siniaków ciało oblepiał brud i zaschła krew. Jednym szarpnięciem wyrwała kratę. Dziecko drżąc skuliło się i przylgnęło do ziemi, ani na chwilę nie spuszczając z niej wzroku. To był on, ten malec z żółtymi włosami i niebieskimi, spoglądającymi spod długich rzęs oczami.
- Czarownica – wyszeptał cicho.
- To ja – uśmiechnęła się. Chciała mu przypomnieć, jak ją kiedyś ocalił. Jak własnymi małymi i słabymi dłońmi przekopywał się przez na wpół zawalony tunel z małym zawiniątkiem, niemowlęciem, wilczym szczenięciem w ramionach. Nie zabrakło mu wtedy sił by na koniec stanąć naprzeciw wiedźmy. Teraz dopiero widziała jak był wątły, jak bardzo bezbronny. Ale czy by jej uwierzył. Czasy ludzkie, wilcze i magiczne przemieszały się i ona sama czuła się nieswojo pochylając się nad zmaltretowanym ciałem dziecka, które niegdyś ocaliło jej życie.
W oczach chłopca widniał lęk.
Dotknęła jego włosów, chciała go pogłaskać, ale malec znowu jęknął. Pod sklejonymi brudem włosami wyczuła strupy zakrzepłej krwi.
- Zabiorę cię stąd – wyszeptała.
Podniosła go ostrożnie i wyniosła na górę. Znalazła kilka czystych prześcieradeł i owinęła w nie bezwładne, lekkie ciałko.
Na zewnątrz rzuciła okiem na Kalię, wciąż jeszcze mocującą się z żywiołem.
Z chłopcem w ramionach pobiegła na pagórek, do swojej chaty. Ostrożnie ułożyła go na porosłym trawą klepisku. Zupełnie zapomniała o sobie. Nie czuła żadnego bólu, tylko wciąż zalewająca jej oczy świeża krew przypominała, że sama też jest ranna.
Rwała trawę, rozcierała ją w dłoniach i szeptała zaklęcia uzdrowienia. Chłopiec drżał i kulił się, wpijając się oczami w jej twarz.
- Za chwilę przestanie boleć – szepnęła.
Oczyszczone, mokre od roślinnego soku palce zbliżała do każdej rany, siniaka, strupa i blizny i szeptała, monotonnie, nieprzerwanie, z przymkniętymi oczami. Uzdrawianie nigdy nie było jej mocną stroną. Żałowała, że tak mało przykładała się do tej sztuki. Ale teraz jej palce same poruszały się po ciele chłopca, wiedzione własną mądrością.
Tak zastała ich Kalia. Weszła do chaty i powiedziała smutno:
- Nie potrafiłam powstrzymać fal. Byli źli, to prawda, ale nikt nie zasługuje na taki los.
- To nie twoja wina. Nawet Zahre nie była w stanie temu zapobiec – Toja usprawiedliwiająco położyła jej rękę na ramieniu.
Kalia nie odpowiedziała. W milczeniu popatrzyła na chłopca. Odpowiedział jej uśmiechem.
- Toja... – wyszeptała, na jej twarzy nagle odmalował się niepokój. – Toja, a gdzie..., a gdzie drugi?
Toja milczała. Czuła jak budzi się talizman na jej piersi, jak znowu podnosi łeb to dzikie zwierzę gdzieś w środku.
Kalia usiadła obok dziecka.
– Morze nie oszczędziło nikogo. Próbowałam zażegnać sztorm, ale... – bezładnie rozłożyła ręce.
- Kaja nie było w wiosce – odezwał się niespodziewanie słaby głos. – On mieszka w lesie.
Chłopiec był wciąż jeszcze blady, ale z jego drobnej twarzy znikły już opuchlizna i siność.
- Więc jest bezpieczny? – zapytała Kalia.
- Nie musicie się o niego bać - odrzekło dziecko.
Kalia podeszła do Toi. Zbliżyła dłonie do jej poranionej twarzy.
- Powiedz mi, jak mogę ci pomóc – szepnęła.
Toja uśmiechnęła się.
- Nie da się nauczyć uzdrawiania w kilka minut. Po prostu oczyść i opatrz jak potrafisz.
- Nie bądź smutna – dodała, widząc rozczarowaną minę przyjaciółki. – Rany opatrzone ręką czarownicy będą się goić szybciej, nawet jeśli nie znasz uzdrawiających zaklęć.
- Pozostaną blizny.
- To co? – Toja wzruszyła ramionami. – Będą mi zawsze przypominać, że wygrałam, tę walkę. Że ją wygrałyśmy.
Chłopiec podniósł się na łokciach uważnie obserwując pracę Kalii. Toja pomyślała, że nie zna nawet jego imienia, ale powstrzymała to i wiele innych pytań. Na wszystko będzie czas, a to dziecko zasłużyło na odpoczynek, na spokojny, głęboki sen. Łagodnie poruszające się po jej twarzy ręce przyjaciółki nagle zatrzymały się, choć opatrunek nie był jeszcze skończony.
- Skąd wiesz, że jest bezpieczny? To jeszcze dziecko. A w lesie są wilki – zwróciła się do chłopca.
Chłopiec uśmiechnął się, jakby zażenowany ich niewiedzą.
- Kai też jest wilkiem.
Pulsowanie wciąż się nasilało. Kamień przepalał jej skórę, musiała go wyjąć. Rozjarzył się silniej niż kiedykolwiek. Chłopiec patrzył na niego w zachwycie, z tajemniczym, pełnym zrozumienia uśmiechem, jakby już go wcześniej widział.
Odtrącając próbującą ją powstrzymać przyjaciółkę Toja wybiegła z chaty. Nawet nie spojrzawszy w stronę wioski jak oszalała popędziła prosto w las. Biegła najszybciej jak potrafiła, bez zatrzymania, aż do utraty sił. Wreszcie upadła, nie mogąc złapać tchu. Podniosła się z trudem, ciężko opierając ciało na uginających się rękach. Wokół trwał las, stare drzewa, powykręcane gałęzie rozjaśnione słabym księżycowym światłem. Opatrunek nad którym tak pieczołowicie trudziła się Kalia zwisał z jej twarzy w ubłoconych, brudnych strzępach.
Ściągnęła z twarzy pajęczynę. Opierając dłonie o wilgotny mech wygięła szyję, przymknęła oczy i zawyła. Długo, przeciągle.
Zamilkły nocne ptaki, nie było słychać nawet szumu drzew. Jakby wszystko zamarło w oczekiwaniu. I Toja chwilę stała tak, wsłuchując się w ginące gdzieś w oddali echo własnego głosu, oparta na trzęsących się z wysiłku rękach, z opuszczoną głową, a potem jej ciało wygięło się w łuk i powietrze jeszcze raz rozdarło wilcze wycie. Jeszcze bardziej żałosne, bolesne. Była w nim nieludzka samotność, tęsknota, gorycz, których ta z pozoru tak pewna siebie, oddana swojej sztuce czarownica doświadczała w każdym miejscu, na każdym kroku.
I wtedy nadeszła odpowiedź. Podniosła głowę. Czekała, uważnie wpatrując się w ciemność. Po chwili obce wycie odezwało się znowu, bliżej.
Między drzewami mignął znajomy cień. Wiedźma podniosła się i powoli podeszła do zwierzęcia. Jego futro było tak samo czarne i lśniące jak jej włosy. Tak samo czarne i lśniące jak włosy chłopca, którego ujrzała niegdyś w błękitnych płomieniach. Uklękła i wtuliła twarz w tę pachnącą lasem, gęstą sierść. Powoli wsiąkały w nią gorące łzy i krew. Wilk stał bez ruchu.
Toja i Kai przybyli do chaty na pagórku dopiero rano.
Kalia natychmiast założyła jej nowy opatrunek. Rany rzeczywiście goiły się niezwykle szybko, pomimo że Toja nie należała do idealnych pacjentów. Kalia miała niezwykły dar, chociaż nie posiadała jeszcze niezbędnej uzdrowicielce wiedzy. Niebawem obudził się również Avel, poszturchiwany wilgotnym nosem wilka. Ucieszył się z obecności brata i już za chwilę radośnie pieścił jego wielki, kudłaty łeb.
- Czy umiesz sprawić, żeby znowu stał się człowiekiem? – wlepił w Toję swoje olbrzymie, pełne teraz nadziei oczy.
- Nie mogę – odrzekła smutno. – Przemiana jest już zbyt głęboka. Mogę przywrócić mu tylko postać człowieka, ale, wierzcie mi, tak jest lepiej. Za długo błąkał się sam po tym lesie, jest już wilkiem... w środku.
- Ale nie zostawimy go tu, prawda? – spytał chłopiec, uważnie patrząc na wiedźmy.
- Nigdy – odrzekła Toja. – Już nigdy nie będzie sam.
Wyruszyli jeszcze tego samego dnia. Długo wędrowali razem. Najpierw po prostu szli brzegiem morza, nie spiesząc się, rozkoszując każdym spędzonym razem dniem. Gdy nadszedł czas zbudowali łódź by szukać innych wysp, a wkrótce potem każde z nich zaczęło przemyśliwać o znalezieniu własnej drogi.


KONIEC I POCZĄTEK


Kalia zamieszkała w jednym z nadmorskich miast słonecznego Południa i całkowicie poświęciła się studiowaniu sztuki uzdrowicielskiej. Przypuszczenia Toi potwierdziły się w stu procentach, dziewczynka była w tym kierunku niezwykle uzdolniona. Niebagatelną rolę odegrał tu z pewnością jej talizman, którego pierwszą posiadaczką była przecież przed wiekami słynna uzdrowicielka. Z tamtą zamordowaną niegdyś przez Allę kobietą łączył młodą wiedźmę nie tylko znak, jak się okazało, obie nosiły to samo imię. Również Zahre przekazała jej za pomocą talizmanu swoją moc i wiedzę.
Nigdy nie powróciła do miejsca, w którym spędziła dzieciństwo, nigdy o nim nie wspominała. Niepokojące sny również przestały ją nawiedzać.
Uwielbiała zwłaszcza te najbardziej upalne dni, kiedy plaże były puste, a po wyludnionym mieście krążyły karetki, zabierające z ulic porażonych słońcem, nieostrożnych turystów. Powoli przechadzała się wówczas brzegiem morza. Słońce odbijało się od jej złocistych włosów, niebo, woda i piasek zdawały się płonąć od blasku i zlewać w jedną gorącą masę, podczas gdy olbrzymi wąż leniwie zwieszał się z jej ramion lub bioder, przyjemnie chłodząc ciało.
Była szczęśliwa, a jednak z biegiem lat coraz częściej myślała o zimnym, kamiennym zamku pustelnika i o jego pełnych ognia czarnych oczach. Coraz bardziej ciążyła jej złożona przed laty obietnica. Wiedziała jednak, że wciąż jeszcze jest za słaba, by się z nim zmierzyć, by odnaleźć w ponurym labiryncie jego umysłu te właściwe drzwi.

Toja i Kai zamieszkali w ciemnych lasach odludnej Północy, nad nieruchomą, przez większą część roku pokrytą lodem taflą wielkiego jeziora. Ze względu na wilka Toja nie mogła zamieszkać wśród ludzi, ale nie żałowała tego ani przez chwilę. To nie ludzie, tylko właśnie to olbrzymie zwierzę było lekarstwem na jej samotność.
Ona także poświęciła się zgłębianiu dawno zapomnianych sekretów magii. Starożytne pergaminy zajmowały niemal każdy kąt jej kamiennego dworu. Pomiędzy zwojami i księgami zwieszały się szarosrebrne nitki pajęczyn. Na otwartych kartach ksiąg można było spotkać przechadzające się z godnością całe pajęcze rodziny, usłyszeć tupot włochatych odnóży przemykającej ukradkiem tarantuli.
Czasami, zwłaszcza podczas długich zimowych wieczorów i nocy, w miękkim, ciepłym świetle pochodni, pochylonej nad księgami Toi zdawało się że słyszy jak szepczą do niej suche trzaski ognia, szelesty przewracanych stronic, dochodzące gdzieś spośród cienia szmery. W swoich starożytnych językach dawno już nieżyjące autorki magicznych traktatów zdradzały jej tajemnice dużo większe od tych, które odważyły się powierzyć nietrwałym kartom. I Toja posłusznie spisywała wszystkie te trzaski, szepty i szelesty, tak jak spisała również wszystkie opowieści usłyszane od Zahre w tę pamiętną noc, gdy babka uczyniła z niej wiedźmę i tę smutną, tak często przeinaczaną historię, którą w chacie na pagórku opowiedział jej i Kalii Avel.
Ona z kolei najbardziej lubiła długie, wielodniowe czy nawet wielotygodniowe wędrówki przez puszczę – czy to białą od śniegu, czy też intensywnie zieleniejącą krótką wiosną i latem. Wędrowała zawsze w towarzystwie swojego skrzydlatego węża i Kaja, z którymi nie rozstawała się nawet na chwilę.

Avel, który najbardziej z nich trojga pokochał morze, został słynnym podróżnikiem i odkrywcą.
Pewnego dnia, kiedy jego jasne włosy były już prawie białe, sztorm rzucił dowodzony przez niego statek na nieznaną, tajemniczą wyspę. Była to chyba najbardziej bezlitosna burza, z jaką dane mu się było zmierzyć. Kilkudniowe zmagania z żywiołem do tego stopnia pochłonęły siły marynarzy, że po zejściu na ląd wszyscy jak jeden mąż padli i zasnęli. Tylko dzięki nieprzeciętnym zdolnościom kapitana i równie niezwykłemu zbiegowi pomyślnych okoliczności (o ile można o nich mówić podczas sztormu) nikt z załogi nie zginął, sam okręt również nie poniósł poważniejszego uszczerbku.
Chociaż tej wyspy nie było na żadnej mapie, a po wiosce, w której przeżył tyle upokorzeń i bólu nie pozostało nawet śladu, Avel od razu poznał to miejsce. W przeciwieństwie do rybackiej osady, opuszczona chata Toi stała jak dawniej na pagórku, łagodnie oświetlona promieniami zachodzącego słońca, nienaruszona przez czas.
Usiadł na brzegu. A więc to, przed czym zawsze uciekał, co tak usilnie próbował wyrzucić z pamięci jednak odnalazło go i samo do niego przyszło. Teraz, gdy był już stary i bezsilny, szykowała się największa batalia jego życia.
Niegdyś na tym brzegu tętniła życiem rybacka wioska. Jej mieszkańcy opowiadali mu, że w chacie na pagórku mieszka mała czarownica i uczyli go ją nienawidzić. Jakby nie wiedział kim była naprawdę. Jego wzrok z miłością zatrzymywał się na małej, tańczącej na plaży figurce i, w tej samej chwili, niespodziewanie ostry rzemień spadał na jego pokryte łachmanami plecy. Jego starszy brat już dawno uciekł z domu, po jednej z tych strasznych kłótni, kiedy to prawie skoczył ojcu do gardła. Jak dzikie zwierzę. Powstrzymał się jednak, choć akurat w tym jednym jedynym przypadku lepiej by było, gdyby dopuścił do głosu zwierzęcy instynkt. Mieszkańcy wioski od samego początku napomykali, że Kai jest jak zwierzę. Matka próbowała łagodzić konflikty, ale nie miała przecież żadnego autorytetu. Tak naprawdę to Kai zawsze bronił jej i Avla. Dopóki ostatecznie nie przemienił się w wilka. Ale nawet i wtedy o nich nie zapomniał. Przekopał tunel do piwnicznej komórki, gdzie sypiali i czasem, w nocy, przynosił Avlowi mięso i owoce. Matka oczywiście wiedziała o tych wizytach. Nigdy nie tknęła nic z tych darów, ale też nie utrudniała braciom spotkań. Chciała żyć wśród ludzi, uważała, że tu jest jej miejsce. Czy uważała również, że wszystkie te zniewagi i poniżenia, które cierpieli, słusznie im się należą? Czy uważała je za sprawiedliwe? Nie wiedział. Tak bardzo ją kochał. Ale nie zdołał jej ocalić. Gdyby z nim wtedy uciekła. Ale ona poleciła mu tylko wynieść z wioski tę wilkołaczkę, to małe, bezbronne szczenię. Wiedziała co się stanie, wiedziała to od początku, ale on zrozumiał to dopiero teraz. Dopiero kiedy był już stary. Przecież inaczej nie ukrywałaby do ostatniej chwili, że jest w ciąży. Chciała ocalić ich oboje, może nawet ich troje. A jednak wybrała śmierć. Mogła uciec, lecz wolała pozwolić się zabić. Czy naprawdę uważała, że zasłużyła na tę śmierć, czy może było w tym coś jeszcze. Coś, czego nigdy nie rozumiał. Coś, o czym nie chciał pamiętać, nie chciał myśleć. Stos już płonął, kiedy wrócił. To wszystko musiało stać się bardzo szybko. A może to ta wiedźma. Wiedźmy potrafią robić bardzo dziwne rzeczy z czasem. I został sam. Czyżby bali się zabić dziecko? Czy może uznali, że jedna śmierć wystarczy. Dopiero wtedy zrozumiał, jak bardzo jest podobny do matki. Nie potrafił się im przeciwstawić. Została mu tylko ta mała, biegająca po plaży czarnowłosa dziewczynka, była jego słodką tajemnicą, jego cichą zemstą. Jego młodszą siostrą. Pewnego dnia zniknęła. W wiosce powiedzieli, że porwało ją morze. Na wieść o tym poszedł prosto do domu. Tego dnia nie poszedł już do pracy. Został na swoim barłogu, chociaż okładali go rzemieniem z ostrą, metalową końcówką, kopali, grozili, pluli. Leżał kuląc się z poniżenia i bólu. W końcu wyszli. Był pewien, że zaraz wrócą żeby zawlec go na ten stos, na który rano kazali mu zbierać chrust. Sami nie chodzili przecież do lasu. Do tego był im jeszcze potrzebny. Czekał. Bez nadziei i bez lęku. Zamiast tego przynieśli tą klatkę. Nie wiedział, jak długo siedział zamknięty w ciemnej piwnicznej komórce. Czasem wrzucali mu coś do jedzenia, jakieś pomyje, spleśniały chleb, zgniłe owoce. Kaj już wtedy nie przychodził. Tunel dawno się zawalił. Aż w pewnej chwili klapa z trzaskiem uderzyła o ziemię, jakby nadepnęła na nią stopa olbrzyma. Wiedźma, z zionącymi nienawiścią oczami, opadającymi do ziemi strąkami zlepionych krwią czarnych włosów wraz z burzą wtargnęła do piwnicznej komórki i jednym silnym szarpnięciem rozerwała metalowe pręty.
Jego plecy wzdrygiwały się, jakby znowu przecinał je rzemień, ale on wciąż szedł, nie zważając na ten niemy protest ciała. Zatrzymał się dopiero przed chatą. Przez chwilę był znowu tamtym małym chłopcem. I stary, doświadczony żeglarz zadrżał, gdy niebo pociemniało, jakby olbrzymia chmura przesłoniła nagle słońce.
Ale był to tylko cień grozy którą niegdyś przeżył, a słońce już za moment z powrotem rozświetlało las i pagórek, odbijało się od spokojnych morskich fal.
Kalia zeskoczyła na ziemię.
Przez chwilę patrzył na nią zdumiony, zanim uświadomił sobie, że zjawisko, które go tak zaniepokoiło, było tylko cieniem olbrzymich skrzydeł jej węża.
- To ty mnie tu ściągnęłaś! – wykrzyknął w nagłym błysku zrozumienia. – Ten sztorm od początku śmierdział magią!
Kalia uśmiechnęła się, ale nic nie powiedziała. Niemal w tym samym momencie z lasu wystrzeliła czarna, kudłata kula i rzuciła się na niego z takim impetem, że od razu znalazł się na ziemi, bezskutecznie próbując zasłonić twarz przed szorstkim, gorącym jęzorem.
- Zapraszam do środka – uśmiechnęła się Toja, której postać wyrosła przed nimi wysoka, dużo wyższa niż ją pamiętał, z płonącymi czarnymi oczami nad koszem czerwonych jabłek.
- Avel twierdzi, że to ja go tu ściągnęłam tym sztormem – zaśmiała się Kalia.
Kai położył swój wielki łeb na kolanach brata. Toja się roześmiała. Avel patrzył na nie zdziwiony. Nigdy do końca nie rozumiał wiedźm i był już zbyt stary na naiwna nadzieję, że kiedyś je jednak zrozumie.
- Przecież to ty chciałeś się z nami spotkać, braciszku – powiedziała Toja, i Avel poczuł, jak przeszywa go jej przenikliwe spojrzenie. Ta wiecznie młoda, rozorana bliznami twarz zawsze budziła w nim mimowolny lęk. Ale jednocześnie i miłość, i podziw. W końcu była przecież zarówno jego młodszą siostrą jak i potężną wiedźmą. Jego jedyna wnuczka, Ulma, którą kochał ponad wszystko w świecie, była jej tak strasznie podobna.
- Nie było łatwo spełnić twoje życzenie. Kalia musiała się nieźle napracować, zanim wreszcie zboczyłeś z kursu. Nawet tak potężnej czarownicy trudno jest wywieść w pole wytrawnego żeglarza - Toja znowu się zaśmiała. – To powiesz wreszcie dlaczego tak bardzo chciałeś nas zobaczyć?
Avel ze zdziwieniem przenosił wzrok z jednej na drugą. To prawda że ostatnio myślał o nich częściej niż zwykle. Nigdy ich o nic nie prosił, pomimo że doskonale wiedział kim są. Ale teraz było inaczej, teraz, u kresu życia zrozumiał, że ma jedno pragnienie, jedną prośbę, większą niż on sam, niż cokolwiek na świecie. Sam nigdy by się nie odważył do nich zwrócić, tak mu się przynajmniej wydawało, ale nie mógł nic poradzić na to, że usłyszały wołanie jego serca. Patrzył na ich radosne, jakby zadowolone z dobrego żartu twarze. Czyżby wiedziały?
- Skoro tak dobrze czytacie w myślach, nie muszę wam chyba nic mówić – wykrztusił. I wreszcie on też się uśmiechnął.
- Nie, braciszku – odpowiedziała cierpliwie Toja. – Dwóch rzeczy wiedźma nie może robić bezkarnie – czytać cudzych myśli i spoglądać w przyszłość. Wiemy tylko, że twoje myśli bezustannie wokół nas krążą, czujemy intensywność emocji, ale nie wiemy, czego dotyczą. Ty nam powiesz.
Wziął głęboki wdech. Przez chwilę się wahał. Ale same go przecież zapytały.
- Chodzi o moją wnuczkę – powiedział powoli. - Myślałem, czy ona nie mogłaby być... czy nie mogłaby być... taka jak wy. Czy nie mogłaby być czarownicą.
Kobiety przez chwilę popatrzyły na siebie poważnie.
– Widziałam twoją małą wnuczkę, Ulmę, córkę Larki. Toja, kropla w kroplę. Tylko zamiast tego ciemnego ognia w jej oczach błyszczy radość – zaczęła Kalia, a Avel pochylił głowę, bo usłyszał odmowę w tonie jej głosu.
- Tego samego dnia, kiedy Toja uczyniła ze mnie wiedźmę - ciągnęła Kalia – dowiedziałam się, że skrzydlate węże przybywają tylko na wezwanie wyjątkowych osób. I prawdziwa moc i jej zrozumienie są również udziałem nielicznych. Ale za znalezienie się w tej uprzywilejowanej grupie płaci się bardzo wysoką cenę.
Twoja wnuczka jest szczęśliwa. Jest kochana. A to jest warte dużo więcej niż wszelka czarnoksięska moc. To zresztą też jest moc. Równie potężna, tylko inna niż nasza. Nie mogę nic jej ofiarować, nic, czego ona by potrzebowała.
Avel jeszcze bardziej pochylił głowę. Nie odważyłby się dyskutować z wiedźmą. A jednak... tak bardzo kochał Ulmę. Czuł, że dla niej zszedłby na samo dno piekła, że zamordowałby, bez wahania i bez litości, każdego kto ośmieliłby się podnieść na nią rękę, że znienawidziłby każdego, kto śmiałby...
- Mówisz, jakby jej życie było warte więcej niż wasze – powiedział gorzko. - A wasza wieczna młodość, a wasza nieśmiertelność? Ona nie będzie tego miała – podniósł głowę i spojrzał prosto w oczy Toi. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem.
- To prawda, że stuletnia czarownica, jeśli zechce, może wyglądać jak kilkuletnia dziewczynka, ale to wcale nie oznacza, że jest wiecznie młoda – Toja starała się, żeby jej głos brzmiał spokojnie. – Ja i Kalia byłyśmy już właściwie dorosłe, kiedy zostałyśmy wiedźmami, chociaż miałyśmy zaledwie po kilka lat. Tak naprawdę nie było nam dane przeżyć ani dzieciństwa ani młodości. A co do nieśmiertelności... Po pierwsze nasze ciała są tak samo kruche jak ludzkie, mnie czy Kalię zabija się tak samo łatwo, jak ciebie czy twoją wnuczkę. Teksty mówią, że tylko skrzydlate węże są naprawdę nieśmiertelne, ale, choć ich moc jest dużo starsza i potężniejsza od naszej, choć kochają nas i wiernie nam służą, nigdy się nie zdarzyło, by któryś z nich ocalił którąś z nas od śmierci. Może właśnie dlatego, że nigdy nie sprzeciwiają się naszej woli, a może dlatego, że same znają ciężar wiecznego życia. To prawda że, jeśli chcemy i jeśli nikomu nie uda się nas z takiego czy innego powodu uśmiercić, możemy żyć nieskończenie długo. Wydaje się że to wielki dar, a jednak wiadomo, że każda z nas w końcu decyduje się odejść. Sama, z własnej woli. Każda, nawet nasza babka.
Prawda jest taka, że każda z naszych mocy jest ogromnym ciężarem, który można włożyć na barki drugiej osoby tylko pod warunkiem jednoczesnego zdjęcia z niej innego, jeszcze większego ciężaru. A na barkach twojej wnuczki nie spoczywa żaden ciężar. I tak jest lepiej.
Avel nie odezwał się już więcej. Niedługo potem wrócił na statek. Marynarze nie zauważyli oczywiście nic podejrzanego. Po dokonaniu koniecznych napraw ruszyli w dalszą drogę. Wyspa szybko zniknęła z zasięgu ich wzroku i, równie szybko, z ich pamięci.
Kalia patrzyła na Toję ze zdziwieniem. Nie zdawała sobie sprawy że przyjaciółka wie, dlaczego zastały wtedy Mariam martwą. Nigdy nie słyszała żeby o tym wspominała. Znowu ujrzała w myślach płonące, czarne oczy Alli. Czy Toja naprawdę wierzyła, że Mariam odeszła na własne życzenie? Musiała to wiedzieć. I trzeba było wyruszać już, bo potem może być za późno, bo potem zostanie już na zawsze na swojej plaży i będzie wiodła swoje szczęśliwe, choć w jakiś denerwujący sposób niepełne życie, trzeba wyruszyć, pomimo tego, że tak boleśnie zdaje sobie sprawę, że wciąż jeszcze jest za słaba.

Podpis: 

lunatyk styczeń 2009 -lipiec 2010
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Posłannictwo z gwiazd Krzyż Noc polarna
Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Na północy Norwegii.
Sponsorowane: 90Sponsorowane: 20
Auto płaci: 10
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.