http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Autor płaci:
500

  Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W listopadzie nagrodą jest książka
Podpalaczka
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Legenda o Lerharze Smokobójcy

Jego świat legł w gruzach kiedy został obłożony uciążliwą klątwą. Jednak czy to może być, że klątwa kryje w sobie coś więcej niż złośliwość czarownicy?

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Boska J. - (W cztery strony świata)

Powieść jest nie tylko opowieścią o niespełnionej i tragicznej miłości dwóch kobiet, ale podróżą filozoficzną; próbą zrozumienia, umiejscowienia się w świecie i sprostania uczuciom, które nie dają za wygraną, mimo upływającego czasu.

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

Kilka naiwnych słówek o myślach kobiecych

"Błogi spokój, który głupcy mylą z nudą."

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1201
użytkowników.

Gości:
1201
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 56659

56659

SPADEK cz.1

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
09-09-12

Typ
P
-powieść
Kategoria
Thriller/Horror/Duchy
Rozmiar
66 kb
Czytane
5675
Głosy
27
Ocena
4.93

Zmiany
10-07-07

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: ABujak Podpis: ABujak
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
wygrany konkurs miesięczny
Młoda lekarka dostaje w spadku po ciotce starą kamienicę w centrum Krakowa. Niestety budynek ma swoją historię i tajemnice, które wywierają wpływ na jego mieszkańców.

Opublikowany w:

SPADEK cz.1

ROZDZIAŁ I

W Gdańsku dochodziła godzina 6.30 rano, kiedy Małgorzata Jaworska – młoda lekarka z Dziecięcego Szpitala – kończyła właśnie ponad dwunastogodzinny dyżur.
Ściągnęła obcisły biały fartuszek, zarzuciła na krótka sukienkę tylko lekki zielony sweterek i pożegnawszy się z przyjaciółką wyszła na zewnątrz.
Była wspaniała wiosenna pogoda. Pomimo wczesnej pory słońce świeciło już mocnym, rażącym blaskiem. Zapowiadał się kolejny cudownie ciepły dzień, dość typowy dla początku czerwca.
- Megi! Zaczekaj na mnie! – Usłyszała za sobą kobiecy krzyk.
Tak mówili na nią najlepsi przyjaciele.
Obróciła głowę i pomachała ręką.
- Cześć Kaśka. - Powiedziała, gdy koleżanka z lekką zadyszką stanęła obok niej. – Jak leci?
- Padam na ryj. – Westchnęła przyjaciółka. – Mam za sobą kompletnie nieprzespaną noc.
- Ja tak samo. – Ziewnęła Małgorzata. – Mieliśmy dzisiaj dwa wyrostki robaczkowe… w tym jeden pęknięty u ośmiolatki…
- No to rzeczywiście koszmar. Zwłaszcza, że teraz mało chirurgów na dyżurach, bo wszyscy świętują dzień dziecka. – Prychnęła Katarzyna, wyciągając z torebki paczkę Krówek. – Chcesz jedną?
- Nie dzięki. Musze najpierw zaliczyć jakieś śniadanie, bo padnę z głodu.
Kaśka zmierzyła krągłości Małgorzaty i uśmiechnęła się szelmowsko.
- Wiesz… masz trochę zapasów tu i ówdzie….
- Przestań ty chudzielcu! – Pogroziła jej palcem.
Katarzyna była bardzo szczupła i wysoka. Wyglądała jakby chorowała na anoreksję. Swoją kościstą sylwetkę starała się ukryć pod luźnymi, workowatymi ubraniami, wyglądającymi zupełnie, jakby je ukradła z szafy jakiejś opasłej osoby.
Małgorzata natomiast była jej zupełnym przeciwieństwem. Średniego wzrostu, o zaokrąglonych kształtach, oraz z ufarbowanymi na rudo półdługimi włosami, wyglądała bardziej na uczennicę niż lekarkę. Dodatkowo uroku dodawały jej intensywnie zielone, kocie oczy i kilka piegów na bladym nosie. Z upiętych w koczek włosów uciekło kilka niesfornych pasemek, które lekko się kręcąc opadały na ramiona i czoło dziewczyny.
- Będziesz jutro w pracy? – Zapytała Katarzyna szukając w kieszeni kluczyków do swojego samochodu.
- Nie. Mam kilka dni wolnego. Muszę wreszcie odwiedzić rodziców. Ojciec ostatnio oświadczył, że jak nie przyjadę do nich w ciągu najbliższego tygodnia, to nigdy więcej się do mnie nie odezwie.
- Jezu, żeby moi tak się mogli odczepić – westchnęła Katarzyna. – Wskakuj, podwiozę cie do centrum.
Małgorzata bez słowa wsiadła do auta i zatrzasnęła drzwi.
- A co u twojego chłopaka?
Małgorzata uniosła brwi.
- Przecież wiesz, że nie posiadam żadnego…
- No właśnie o tym mówię – Kasia wytknęła ja palcem – babo, czas leci do przodu, my niestety nie będziemy wiecznie młode…
- No i zaczyna się – mruknęła Gosia. – zaczynasz mówić jak moja matka.
- Ponieważ wreszcie ktoś musi ci przemówić do rozsądku.
- Ble, ble, ble – przerwała ze złością. – Kaśka, jak będę potrzebowała faceta, to go sobie znajdę. A na razie nie mam czasu na szwendanie się po knajpach i szukanie potencjalnego samca, który na początku się trochę postara, a potem będzie tylko siedział na kanapie, pił hektolitry piwa, bekał i puszczał bąki, drapiąc się po jajkach…
- Masz skrzywione pojęcie na temat mężczyzn – skwitowała Katarzyna z pobłażliwym uśmiechem – twój ojciec tak się zachowywał?
- Nie – pokręciła głową. – Ale faceci tacy jak mój ojciec nie są niestety do wzięcia. Rasa porządnych gości jest na wyginięciu.
- Nauka uderzyła ci do głowy – stwierdziła przyjaciółka, zatrzymując się niedaleko mieszkania Małgorzaty. – Jak wrócisz z urlopu to daj znak. Zabiorę cię do miejsca, gdzie znajdziemy pani kogoś porządnego.
- Niby gdzie?
- Na przykład do galerii, albo na targi projektowe.
Gośka roześmiała się.
- Błagam, nie potrzebuje swatki.
- Ja wiem lepiej, czego potrzebujesz.
- Do zobaczenia. – Małgorzata otwarła drzwi i wysiadła z samochodu. – Zadzwonię jak wrócę, chociaż nie obiecuje ze będę się z tobą szwendać po jakiś galeriach.
- Już ja znajdę sposób, żeby cię wyciągnąć moja droga. – Odparła, machając jej jeszcze ręką na pożegnanie.

Małgosia miała niewielkie mieszkanie w starej kamienicy, położone praktycznie w centrum miasta. Poprzednim właścicielem była wieloletnia przyjaciółka jej babci, która teraz mieszkała u swojej córki, gdzie pomagała w wychowaniu dwóch kilkuletnich wnuczek.
Mieszkanie składało się z jednego dużego pokoju, maleńkiej sypialni, dość sporej kuchni i bardzo ciasnej łazienki. Rodzice Małgorzaty pomogli jej odnowić to mieszkanie. Ponieśli koszty malowania, wymiany mebli kuchennych, podłóg, okien, oraz wyposażenia w nowe sprzęty. Dzięki tym zabiegom ponure niegdyś mieszkanie, stało się jasne, przytulne i optycznie znacznie większe.
Dziewczyna zrobiła jeszcze po drodze małe zakupy, wspięła się na pierwsze piętro i wreszcie z westchnieniem ulgi stanęła pod drzwiami swojej kwatery.
- Teraz kilka godzin odpoczynku, pakowanie walizki i jazda do rodziców. – Mruknęła wieszając sweterek na ozdobnym haczyku.
Ledwie zdążyła zaparzyć kawę, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.
Zerknęła przez wizjer i zobaczyła listonosza z dużą kopertą w dłoni. Bez wahania odpięła łańcuchy i uchyliła ciężkie drzwi.
- Pani Małgorzata Jaworska? – Zapytał mężczyzna patrząc dziewczynie w oczy.
- Tak to ja.
- Mam dla pani list polecony. – Powiedział, podając jej szarą kopertę. – proszę tutaj pokwitować.
Megi wykaligrafowała swoje nazwisko na kartce i pożegnała się z listonoszem.
Spoglądając na dane adresata zamknęła drzwi i usiadła na fotelu.
Szara koperta była nadana z Krakowa. Wysłaną ja z biura prawnika o nazwisku Mike Stone.
Dziewczyna delikatnie rozcięła kopertę nożem kuchennym i wyciągnęła ze środka złożoną na pół kartkę.
- O do diabła – mruknęła jeszcze raz czytając zawarte w środku informacje.
Zaraz potem porwała do ręki telefon i wykręciła numer do swojej matki.
- Mamo - powiedziała od razu bez przywitania – przyszedł do mnie list od prawnika z Krakowa, że ciocia Aurelia zmarła.
- O kurcze. Nie mieliśmy z nią kontaktu od prawie dwudziestu lat. – Odparła matka.
- Tu jest też napisane, że odziedziczyłam po niej kamienice w centrum Krakowa.
W słuchawce zapadła cisza.
- Mamo jesteś tam?
- Jestem, jestem dziecko – odparła kobieta po chwili. – No cóż. Ciotka nie miała nikogo z bliższej rodziny. Nigdy nie posiadała dzieci…
- Ale dlaczego ja dostałam tę kamienicę, skoro bliżej z nią związany był tata?
- Tego nie wiem – głos w słuchawce zrobił się nieco zdziwiony. – Prawdę mówiąc widziałaś ciotkę tylko kilka razy, kiedy jeszcze tutaj przyjeżdżała. Potem, po śmierci wujka, całkiem odcięła się od świata. Przestała utrzymywać kontakt z rodziną.
- Dziwne to wszystko – westchnęła Megi.
- Wypadałoby pojechać na pogrzeb – dodała matka po chwili zastanowienia.
- Jest jutro o czternastej, na cmentarzu rakowickim – przeczytała informacje z przysłanej kartki.
- W takim razie będziemy musieli zmienić nasze plany. Spotkamy się jutro w Krakowie.
Umówiły się pod cmentarzem i pożegnały nim dziewczyna odłożyła słuchawkę.


ROZDZIAŁ 2


- To zdecydowanie nie jest dobry dzień na pogrzeb. Szkoda być pochowanym w zimnej ziemi w takie piękne, słoneczne popołudnie. – Mówiła Anna Jaworska do swojej córki.
Małgorzata odpięła guziczki od czarnego żakietu.
- Nawet dobrze nie pamiętam jak ta ciotka Aurelia wyglądała.
Matka rozłożyła dłonie.
- Drobna, dość szczupła, siwe pokręcone włosy. W zasadzie zawsze była elegancka, choć ubierała się skromnie. Zanim zdziwaczała na starość…
- Była bardzo sympatyczną kobietą – dokończył za nią ociec chwytając córkę pod rękę. Niestety ludzie z wiekiem trochę wariują jak nie mają bliskiej rodziny.
- Dlaczego nie mieli dzieci?
- Hmmm. Właściwie to nigdy ich o to nie pytałem. – Zastanowił się ojciec. – Słyszałem tylko od mojej matki, że ciotka raz poroniła. Potem zaszła w ciążę ponownie, ale dziecko umarło niedługo po porodzie.
- To straszne – westchnęła Megi.
- Tak to czasami bywa. – Ojciec wzruszył ramionami. – Wiem, że przed śmiercią mój wuj, a mąż Aurelii zaczął chorować na serce. Zmarł jakieś piętnaście lat temu na zawał. Od tego czasu ciotka sama mieszkała w kamienicy.
W ciszy podeszli pod malutki kościółek, gdzie właśnie rozpoczęła się ceremonia pogrzebowa.
Na uroczystość przyszło niewielu ludzi. Małgorzata naliczyła około dwudziestu osób.
Msza trwała dość krótko, a po niej wszyscy ruszyli za niesioną przez grabarzy trumną na miejsce wiecznego spoczynku.
Procesja minęła najpierw kilka rzędów grobów, potem skręciła kilka razy w różne strony, w końcu stanęła przed niewielką kapliczką, zbudowaną na wzór gotyckiego kościółka. Drewniane drzwi były otwarte i w środku dało się zauważyć wybudowane pod ścianą dwa grobowce. Ten po lewej stronie był w tej chwili otwarty, a kamienna płyta, mająca za chwilę przykryć trumnę z doczesnymi szczątkami starszej kobiety, stała oparta o ścianę budynku.
Jaworski pociągnął żonę i córkę bliżej postawionej na katafalku trumny.
- Chodźcie tutaj – szepnął im do ucha. – W końcu jesteśmy jej najbliższą rodziną.
Dziewczyna kątem oka widziała wnętrze kapliczki. Pośrodku przeciwległej ściany wstawiony był sporych rozmiarów witraż, przedstawiający białego anioła. Anioł ten trzymał miecz ku górze, jakby lada moment miał zadać śmiertelny cios niewidocznej na witrażu postaci. Pod jego stopami wił się wąż z rozwartymi szczękami. Nad aniołem widniało czerwono-fioletowe niebo, a w rogu znajdowała się tabliczka z drobnym napisem.
Małgorzata mimochodem wychyliła się bardziej, by przeczytać niewyraźne z jej pozycji litery.
I wtedy zauważyła cień jakiejś postaci.
Zupełnie jakby po drugiej stronie witraża ktoś przeszedł. Zaskoczyło ja to, że postać nie poruszała się płynnie, tak jak przesuwa się cień idącego człowieka.
To coś przeskakiwało. Tak jakby w ujęciu filmu wycinać po kilka klatek.
Megi zaintrygowana dziwnym cieniem wyciągnęła mocno szyję by zobaczyć, co jest za ścianą kapliczki.
- Kochanie! Co ty robisz? – usłyszała nagle zdziwiony głos matki.
Zaskoczona zauważyła, że dłońmi opiera się o postawioną na katafalku trumnę ze szczątkami ciotki. Odprawiający mszę ksiądz patrzył na nią ze zdumieniem.
Małgorzata szybko cofnęła się o kilka kroków, próbując ukryć ciemnoczerwony rumieniec na swojej twarzy.
Przestraszeni rodzice stanęli po jej bokach i przycisnęli córkę do siebie.
Wreszcie ceremonia dobiegła końca. Trumna została złożona w pustym miejscu, i przy smutnym śpiewie zebranych, przykryta kamienną płytą. Na jej wierzchu położono metalową tabliczkę z danymi zmarłej.
Ubrani na czarno grabarze ułożyli jeszcze na płycie kilka wieńców od bliskich, po czym cicho wyszli z kaplicy zostawiając żałobników sam na sam z zamkniętym grobowcem.
Kiedy ludzie powoli zaczęli się rozchodzić do Małgorzaty podszedł wysoki siwowłosy mężczyzna i wyciągnął do niej rękę.
- Pani Małgorzata Jaworska? – Chciał się upewnić ściskając jej rękę.
- Zgadza się.
Dziewczyna poczuła za sobą swoich rodziców.
- To moja mama i tata.
- Bardzo mi miło. Nazywam się Marcin Granicki i jestem prawnikiem. To ja wysłałem do pani kuriera z informacją.
W dłoni trzymał pęk kluczy.
- Od razu przekażę pani klucze do kamienicy oraz do tej kapliczki. Koszty pogrzebu zostały pobrane ze specjalnie przygotowanego na te cele konta pani Aurelii. Oczywiście należy się jeszcze odszkodowanie, ale o tym porozmawiamy później. W każdym razie wolą pani Jaworskiej było przekazać pani klucze tuż po ceremonii. To pani powinna teraz zamknąć drzwi kapliczki. Chyba ten będzie pasował.
Pokazał jej palcem stary, przerdzewiały klucz, pięknie rzeźbiony. Małgorzata mimochodem przyjrzała się trzymanemu w ręce przedmiotowi. Część była rzeźbiona w węże w taki sposób, że gady wzajemnie połykały swoje ogony.
- Dziwny. – Mruknęła pod nosem.
- Zamknij drzwi i chodźmy stąd. – Ponagliła ją matka.
Dziewczyna szybko spełniła jej polecenie i schowała pęk kluczy do torebki.
- Co teraz? – Zapytała zasuwając zamek.
- Teraz, zgodnie z wolą zmarłej, pojedziemy do kamienicy – prawnik rozpiął poły gustownie skrojonej czarnej marynarki.
Bez słowa wszyscy ruszyli za tym wysokim, ciemnowłosym mężczyzną.
Skręcając w wąską uliczkę Małgorzata jeszcze raz odwróciła się do tyłu, by spojrzeć na ukrytą w cieniu lipy kapliczkę.
Wtedy zauważyła jak po kremowej ścianie obiektu przelatuje jakiś cień. Wyglądało to tak, jakby ktoś przeszedł koło drzwi kapliczki, a jego cień przesunął się po zatrzaśniętych drzwiczkach.
Megi zatrzymała się na moment i rozejrzała wokoło.
Nic. Pusto.
W pobliży nie było ani jednej żywej osoby. Jakieś dwadzieścia metrów dalej, przy zniszczonym grobie siedziała starsza kobieta i odmawiała różaniec. Nie było szansy, by kilka sekund wcześniej przemknęła wzdłuż kapliczki Jaworskich.
- Gosia! – Usłyszała za sobą wołanie ojca.
Dziewczyna szybko obróciła się na pięcie i dogoniła rodziców.
- Gdzie ten prawnik? – Zapytała, nie widząc mężczyzny, za którym szli jeszcze kilkanaście sekund wcześniej.
- Zostawił samochód przy drugiej bramie – odparł ojciec pokazując brodą jedno z kilku wyjść. – Mamy spotkać się na miejscu.
Dotarli wreszcie do swoich samochodów. Małgorzata wsiadła do stojącej tuż obok trzydrzwiowej Toyoty, a rodzice zajęli miejsce w nowiutkim Nissanie.
- Jedź za nami – powiedział ojciec zanim zamknął drzwi i zapuścił silnik.
Przebicie się przez centrum Krakowa zawsze jest nie lada wyczynem. Wąskie uliczki, masa samochodów oraz wymuszające pierwszeństwo tramwaje, to zmora tego wspaniałego miasta.
Klnąc w duszy Małgorzata wreszcie wjechała na niewielki parking i z ulgą wyłączyła silnik.
Rodzice stali już przy swoim samochodzie i cierpliwie czekali na córkę.
- Dlatego właśnie nie przepadam za tym miejscem – mruknął kwaśnym tonem ojciec, biorąc córkę pod rękę. – Wiecznie ciasno i tłoczno. Lepiej tutaj jeździć tramwajem albo autobusem…



Kilkanaście minut później stanęli wreszcie pod starą kamienicą przy ulicy Sławkowskiej. Budynek miał trzy kondygnacje, nie licząc nadbudowy z ozdobna attyką. Jego stosunkowo niedawno odnowiona fasada pomalowana została na kolor gołębi, z ciemnoszarymi wykończeniami tu i ówdzie. Wąskie, wysokie okna, zasłonięte zostały szczelnie zwojami firan i kotar. Ogromne, drewniane drzwi wejściowe otoczone były kamiennym portalem i zadaszone niewielkim balkonem, którego spód podpierało dwóch atlasów. Nadzy mężczyźni zostali wykuci z kamienia z tak żarliwą dokładnością, że sprawiali wrażenie żywych. Ich mocno napięte mięśnie i przygarbione sylwetki robiły duże wrażenie.
Głowy kamiennych posągów były zwrócone w taki sposób, że świdrowali niewidzącymi oczyma każdą osobę stająca pod drzwiami.
- To chyba jedyna kamienica w okolicy, gdzie nie ma żadnego sklepu ani knajpki na parterze. – Zauważyła Megi, zapinając guziczki od żakietu.
- To prawda. – Kiwnął głową prawnik. – Wiele lat temu była tutaj jakaś restauracja, jednakże nie mam pojęcia, dlaczego została zamknięta. Dawno temu próbowałem namówić pańską ciotkę do wynajęcia parteru, ale ona nie chciała się zgodzić. A szkoda, mogłaby brać sporo pieniędzy za najem…
Pani Jaworska zobaczyła, że nad ich głowami zbierają się ciemnoszare ciężkie chmury, mogące w każdej chwili zrzucić na ziemię potoki deszczu.
- Może wejdźmy lepiej do środka – zaproponowała. – Lada moment zacznie lać.
Małgorzata wyciągnęła klucze i podeszła do misternie rzeźbionych drzwi. Składały się one z dwóch części. Każda z nich została podzielona na kilka segmentów. Na środku jednej z nich wisiała sporych rozmiarów kołatka wyrzeźbiona na kształt krzyczącej ludzkiej głowy.
- Ależ brzydactwo! – Skomentował ojciec, przyglądając się kołatce z ciekawością.
Akurat, gdy dziewczyna przekręciła klucz, z nieba lunęły pierwsze kaskady deszczu.
- Mieliśmy szczęście. – Powiedziała matka, zatrzaskując drzwi i stając w ciemnym holu. – Dobrze, że pogrzeb nie odbył się godzinę później, bo bylibyśmy cali mokrzy.
Ojciec poszukał włącznika i zapalił światło. Ciemny hol zrobił sie bardziej przytulny, gdy lampki z ozdobnego żyrandola, rozjaśniły go nieco swym światłem. Zobaczyli wtedy drewniane schody, ozdobione pięknymi kutymi poręczami, oraz ogromny witraż na półpiętrze.
Małgorzata od razu zauważyła, że witraż ów przedstawia dokładnie taką samą scenę, jak ten z wnętrza kapliczki – anioła z wyciągniętym przed siebie mieczem.
- Ile ta kamienica ma lat? – Zapytała, dotykając dłonią drewnianych wykończeń poręczy.
- Jest z okresu renesansu. Przynajmniej częściowo – odparł ojciec.
- Czyli szesnasty wiek? – Dziewczyna spojrzała na ojca z niedowierzaniem.
- Przynajmniej część – niski głos prawnika odbijał się echem po pustym holu. – Podobno pod koniec dziewiętnastego wieku większa część kamienicy spłonęła. Z tego co wiem przetrwały piwnice i fragment parteru. Resztę zrekonstruowano i dodano część z attyką.
- I to wszystko ciotka zapisała mnie?
Granicki rozłożył dłonie.
- Ni mniej ni więcej. – Odparł z tajemniczym uśmiechem. – Formalności dopełnimy już w moim biurze.
- Co ja z tym zrobię? – Zastanawiała się na głos.
- Chyba najlepiej będzie ją uporządkować i sprzedać – podsunęła pani Jaworska. – W końcu masz super mieszkanie w Gdańsku.
- No niestety to akurat będzie niemożliwe. – Głos prawnika stał się nagle dziwnie ostry. – Do testamentu jest dołączony aneks.
- Jaki? – Zainteresowała się Anna.
- Kamienica MUSI pozostać w rodzinie. Nie może zostać sprzedana, taki jest warunek.
- Ale dlaczego? – Małgorzata pokręciła głową. – Czy jest obciążony jakąś hipoteką?
- Nic z tych rzeczy. – Granicki zaprzeczył ruchem głowy. – Wszystkie opłaty spłacane były regularnie przez panią Aurelię. Nie ma żadnych obciążeń. Po prostu właścicielka wyraźnie postawiła taki warunek.
- A jeżeli nie spełniłabym tego warunku?
- Cała posesja zostanie przekazana na rzecz jednego z tutejszych zakonów.
- Ale cyrki – wtrącił ojciec uśmiechając się pod wąsem.
- No to mam twardy orzech do zgryzienia – westchnęła Małgorzata.
Mina Granickiego świadczyła o tym, że niespecjalnie jest zainteresowany tym, co stanie się dalej z kamienicą. Potrzebował tylko podpisu pod dokumentami przekazania majątku, oraz zapewnienie na piśmie, że dom nie zostanie sprzedany nikomu spoza rodziny.
- Zawsze możesz go wynająć. – Powiedział ojciec otwierając drzwi do ogromnej kuchni.
- Można wynająć tylko dolna cześć na ewentualny sklep – wtrącił prawnik – pani Aurelia wyraźnie zaznaczyła, że kamienica nie może być wynajmowana do mieszkania.
- To dziwne. I bez sensu – podniosła głos Anna – moja córka ma pracę i mieszkanie w Gdańsku! Nie będzie przecież trzymała tej kamienicy pustej. Przecież to są koszty!
- Kim pani jest z zawodu? – Granicki zwrócił się do Małgorzaty.
- Lekarzem dziecięcym.
- W Krakowie jest spore zapotrzebowanie na młodych pediatrów – jego głos nagle złagodniał - nie ma się czym martwić. Mogę pani pomóc coś znaleźć. Mam dobre układy ze świetnym prywatnym szpitalem.
- Sama nie wiem…
Przez kilkanaście sekund każdy przypatrywał się zadumanej Małgorzacie.
- Dobra – Granicki energicznie zatarł dłonie – na mnie już czas. Mam za godzinę spotkanie z klientem. Bardzo proszę o kontakt ze mną. Musimy jak najszybciej podpisać wszystkie dokumenty.
Megi umówiła się z prawnikiem na najbliższy poniedziałek. Wzięła od niego wizytówkę i uścisnąwszy jego dłoń, zatrzasnęła drzwi.
- To co ja mam teraz zrobić? – zapytała, patrząc na stojących przy schodach rodziców.
- To twoja decyzja serdeńko – Anna rozłożyła dłonie.
- Proponuję najpierw obejrzeć ten dom – powiedział ojciec otwierając wysokie, rzeźbione drzwi po lewej stronie.
Znaleźli się w dość sporym kompletnie pustym pomieszczeniu. W przeciwległym rogu stało kilka starych krzeseł, a okna szczelnie zasłonięte zostały grubymi ciemnobrązowymi kotarami.
- Idealne miejsce na sklep – mruknął ojciec, otwierając drzwiczki do pokoju, który spokojnie mógłby być sklepowym magazynem.
- A co jest po drugiej stronie? – Zainteresowała się Anna.
- Coś w rodzaju kotłowni – odparł Andrzej unosząc nieco brzeg ciężkiej kotary i wpuszczając do pokoju trochę światła dziennego. – Masa kurzu – dodał po chwili, otrzepując ręce.
Za schodami było wyjście na niewielki ogródek, teraz kompletnie zapuszczony.
- Nawet nie wiedziałem, że tutaj jest kawałek trawnika – ojciec dziewczyny pokręcił ze zdumieniem głową – te drzwi zawsze były zamknięte jak tutaj przyjeżdżaliśmy.
Deszcz wciąż padał, więc nikt nie kwapił się by zajrzeć do maleńkiego składziku na narzędzie, wybudowanego w rogu ogródka.
- Zobaczmy co jest na górze. – Powiedziała Małgorzata zamykając drzwi.
Gdy wspinali się po rzeźbionych schodach, niektóre stopnie poskrzypywały cicho. W końcu znaleźli się na pierwszym piętrze kamienicy.
- Ciotka tutaj mieszkała jak widać. – Stwierdził Andrzej otwierając drzwi do przestronnej staroświeckiej kuchni.
Na piętrze były jeszcze dwa pokoje i niewielka łazienka. W największym z pomieszczeń, stało trochę podniszczonych mebli, wytarty dywan i spora kwiecista sofa, obrócona w kierunku okazałego kominka, misternie rzeźbionego w przeróżne gatunki liści i kwiatów. Roślinne girlandy wspinały się po bocznych elementach kominka, nastęnie płynnie zkręcały na poziomą belkę, by w końcu połączyć się ze sobą na samym jej środku, tworząc kwiecisty bukiet. Kwiaty i różnorakie liście były wykute przez rzeźbiarza z fanatyczną wręcz dokładnością.
Małgorzata bez słowa przejechała palcami po kamiennych kwiatach.
- Wygladają jakby były żywe. – Powiedział cicho jej ojciec.
- Nie jest źle córeczko – odezwała się Anna żywym głosem. – Pomożemy ci uporządkować stare rzeczy po ciotce, przemalujemy pomieszczenia i będzie super.
- Przede wszystkim ściągniemy te stare grube kotary, zeżarte przez mole –ojciec delikatnie odsunął zakurzone zasłony, by wpuścić do wnętrza trochę promieni słonecznych.
- Właściwie to nawet podłogi nie trzeba zmieniać – zauważyła matka – tu leżą piękne drewniane deski, wystarczy to tylko przecyklinować.
- Masz racje skarbie. – Zgodził się ojciec, dotykając palcami zniszczonej deski. – Przy okazji pozbędziemy się tego brzydkiego ciemnego koloru.
Małgorzata otwarła jedną ze starych szaf w sypialni. Wewnątrz śmierdziało kulkami na mole i starymi futrami.
- Będzie trzeba to wszystko powynosić – szepnęła Anna do córki siląc się na lekki uśmiech – przejrzymy garderobę. Co się nada, to oddamy do PCK, tam zbierają ubrania dla potrzebujących.
Dziewczyna tylko kiwnęła głową i podeszła do niewielkiego stoliczka w rogu pokoju. Stało tam kilka pożółkłych fotografii oprawionych w różne, bogato rzeźbione ramy.
Megi podniosła jedną z nich. Zdjęcie przedstawiało młodą ciotkę Aurelię w towarzystwie wysokiego mężczyzny. Stali przy ogromnej fontannie i śmiali się od ucha do ucha.
- To wujek Marian. Pewnie słabo go pamiętasz, nie żyje już ponad dwadzieścia lat – powiedział ojciec.
- Byli długo ze sobą? – Zapytała dziewczyna odkładając ramkę i biorąc inną do ręki.
- Praktycznie całe życie. Znali się od dziecka. Wujek był sąsiadem Aurelii.
Kolejna fotografia przedstawiała młodziutką ciocię z tłuściutkim niemowlakiem na kolanach. Grubasek uśmiechał się szeroko, połyskując jedynym górnym zębem jaki posiadał.
- A to ja. – Ojciec roześmiał się. – Był ze mnie kawał chłopa.
- Aż trudno uwierzyć, teraz przecież nie jesteś taki pulchny.
- I całe szczęście.
Przejrzeli jeszcze cztery zdjęcia, w tym dwa ze ślubu Aurelii i Mariana, oraz z różnych ich podróży. Na ostatnim z nich Aurelia trzymała w ręku pięknie rzeźbioną laskę. W tle widać było kram z różnymi starociami. Po lewej stronie pozującej kobiety Małgorzata zauważyła dziwny cień, układając się na kształt krzyczącej dziewczyny.
- To jest prześwietlone. – Mruknął ojciec przyglądając się bliżej fotografii. – pewnie nałożyło się poprzednie zdjęcie.
- Nie wiem czy to jest możliwe.
- Wiesz w tych latach nie było aparatów cyfrowych jak teraz.
- Wyobraź sobie, że się domyślam – odparła z lekkim przekąsem córka, kładąc fotografię na swoje miejsce.
- Idziemy na górę? – Tam chyba są jeszcze ze trzy pokoje. – Matka wycierała ręce ściereczką.
Drugie piętro było nieużywane od wielu lat. Grube pokłady kurzu leżały na podłodze i wszystkich starych meblach poprzykrywanych pożółkłymi prześcieradłami.
Okna szczelnie pozasuwano starymi kotarami, wiec żeby cokolwiek zobaczyć trzeba było zaświecić światło.
- Ależ to siedlisko kurzu – krzyknął ojciec kichając głośno – chyba ściągniemy jakąś ekipę, bo sprzątanie tego wszystkiego zajmie nam wieki!
Kamienica posiadała jeszcze niewielki strych, również kompletnie zawalony starociami.
- Proponuję zejść do kuchni i napić się herbaty – powiedziała matka pierwsza schodząc ze strychu.
- Mam lepszy pomysł – ojciec wycierał nos chusteczką – niedaleko jest super pizzeria na Św. Jana. Możemy tam podskoczyć i zjeść coś ciepłego. Prawdę mówiąc konam z głodu.
Wszyscy chętnie przystali na tę propozycję.
Gdy zeszli do głównego holu i Anna otwarła drzwi okazało się, że akurat przestało padać. Pomiędzy chmurami prześwitywały promienie słoneczne, rzucając przymglone blaski na mokry chodnik.
Małgorzata ostatnia zamykała drzwi, kiedy nagle przypomniała sobie, że zostawiła torebkę zawieszoną na poręczy schodów.
Szybko ponownie przekręcił klucz i z rozmachem otwarła drzwi. Jej buciki na obcasach odbijały się głuchym stukotem po kamiennej posadzce.
Podeszłą do poręczy i wzięła torebkę do ręki. Kiedy zakładała ją na ramię kątem oka spostrzegła jakiś ruch na półpiętrze.
Szybko podniosła głowę i spojrzała na witraż. Oczywiście nikogo nie było, ale Małgorzata odniosła dziwne wrażenie, że anioł na witrażu ma jeszcze bardziej srogą minę, a jego miecz jest uniesiony ciut wyżej.
- Za dużo tego wszystkiego jak na jeden dzień. – Mruknęła zerkając jeszcze raz na kolorowe szybki witrażu.
W końcu zdecydowanie obróciła się na pięcie i z hukiem zatrzasnęła ciężkie drzwi kamienicy.




ROZDZIAŁ 3


- Dwa tygodnie wcześniej nawet nie przyszłoby mi do głowy, że tak się wszystko pozmienia…
Małgorzata stała przy oknie i rozmawiała przez telefon komórkowy z Kasią – koleżanką z pracy.
- Co ty tam będziesz robić bez nas? – Głos przyjaciółki był nieco zasmucony.
- Dostałam pracę w prywatnym szpitalu, byłam też na rozmowie w takiej jednej przychodni. Generalnie nie powinno być źle.
- A jak kamienica?
- Jest w trakcie remontu. Dwa dni sprzątaliśmy rzeczy po ciotce. Trzeba było powynosić wszystkie ciuchy, stare gazety, większość mebli. Teraz kończą równać ściany, jutro zaczynają malarze. W ogóle cud, że udało się załatwić ekipę remontową od ręki.
- Nie nudzisz się jednym zdaniem.
Małgorzata roześmiała się.
- To prawda. Na nudę nie mogę narzekać. Zanim zaczęliśmy cokolwiek robić, musiałam kilka razy spotkać się z konserwatorem zabytków. Chciałam zburzyć kawałek ścianki na pierwszym piętrze, żeby połączyć salon z kuchnią. Cała afera z tym była. W końcu gość zgodził się na wybicie tylko części ściany. Właśnie wczoraj chłopaki skończyli wynosić całe tony gruzu. Te ściany są tak potwornie grube…
- Mieszkasz już tam?
- Nie skąd! – Zaprzeczyła, nalewając równocześnie soku pomarańczowego do szklanki. – Mieszkam na razie w takim małym hoteliku. Udało mi się dogadać z właścicielem na dość korzystną cenę.
- A kiedy się wprowadzisz?
Megi westchnęła głośno.
- Mam nadzieję, że uda się skończyć remont w ostatnim tygodniu czerwca. Tak czy siak od lipca muszę tutaj zamieszkać.
W kamienicy zostało jeszcze sporo do zrobienia. Ogólny stan budynku był całkiem niezły, ale trzeba było wprowadzić kilka zmian, powymieniać część rur i przewody elektryczne. Dotychczas w całym domu była tylko jedna maleńka łazienka, podczas gdy Małgorzata chciała mieć łazienkę na każdym piętrze. Jak na razie prace remontowe szły zgodnie planami, i wszystko wskazywało na to, że rzeczywiście uda się zakończyć remont jeszcze w czerwcu.
Dziewczyna miała za sobą kilka naprawdę pracowitych dni. Po ponad dziesięciu godzinach pracy wpadała do kamienicy by sprawdzić postępy w pracach. W międzyczasie szukała różnych elementów do wykończenia wszystkim pomieszczeń. Potrzebne były nowe płytki do kuchni i łazienki, meble, armatura, trzeba było dobrać kolory farb, zasłon, rolet.
Dzień Małgorzaty kończył się późną nocą, kiedy to padała ze zmęczenia na swoje łóżko i zasypiała niemalże w ciągu kilku sekund.
W weekendy przyjeżdżał ojciec dziewczyny i pomagał jej w doglądaniu prac. On też był obecny przy większych pracach remontowych, które często się odbywały w godzinach pracy Małgorzaty.

W końcu dokładnie dwudziestego dziewiątego czerwca kamienica została odremontowana, a ostatni robotnicy zamknęli za sobą ciężkie drewniane drzwi.
- Nareszcie tato! – Krzyknęła rozradowana Megi rzucając się ojcu na szyję. – Dzięki za pomoc. Nie wiem jakbym dała sobie radę sama z tym wszystkim.
Mężczyzna ucałował czule włosy swego jedynego dziecka.
- Mam nadzieje skarbie, że będzie ci się tutaj dobrze mieszkało.
- Ja też!!! – odparła rozglądając się po jasnym korytarzu.
Trzeba przyznać, że wnętrza prezentowały się fantastycznie. Praktycznie większość pokoi pomalowano w jasny odcieniach, przez co wydawały się jasne i przestronne. Odnowione dębowe deski na podłogach miały przyjemny karmelowy kolor. Większość mebli ciotki po odświeżeniu okazała się bardzo ładna. Dlatego też Małgorzata wykorzystała je do ponownego umeblowania. Jednakże w nowym otoczeniu sprzęty te nabrały zupełnie innego wyrazu.
- Pięknie tutaj – powiedziała Anna nie kryjąc zachwytu – szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że to będzie tak dobrze wyglądać po remoncie.
Andrzej roześmiał się.
- Przecież mówiłem ci kochanie, wystarczy tylko odświeżyć ściany, podłogę i wywalić połowę mebli. Ciotka strasznie zagraciła te kamienicę.
- I ile jest teraz pokoi! – krzyknęła Anna, spoglądając jeszcze do kuchni.
- Na górze są trzy plus łazienka – wyliczała Małgorzata – tutaj jest jeden mały pokoik, łazienka i ogromny salon połączony z dużą kuchnią. A na parterze jest miejsce na dwa sklepy.
- Przy czym każdy sklepik będzie miał własne wejście, aby nikt obcy nie kręcił się po głównym holu i po ogródku – dodał ojciec składając dłonie.
- A co z ogródkiem? – Zapytała matka. – Ciągle o nim zapominam.
- Tym zajmuje się osobna firma. – Małgorzata wzruszyła ramionami. – Trzeba było usunąć stary beton, przygotować odpowiednio ziemię i zakupić trochę roślin. Wczoraj skończyli kłaść płytki wzdłuż ściany domu.
- A dzisiaj kładli rolowany trawnik i sadzili krzewy – dodał ojciec – ogródek będzie dobrze wyglądał dopiero w przyszłym roku, kiedy trawa się wzmocni, a rośliny przyjmą i puszczą nowe liście.
- A tutaj są piwnice?
- I to jakie! – Ojciec pokręcił głową – są chyba pod całym budynkiem. Mają wspaniałe żebrowane stropy, zupełnie jak w kościele. To idealne miejsce na założenie jakiejś restauracji, albo klubu.
- Na razie z grubsza uporządkowaliśmy tylko te piwnice, kiedy były wymieniane przewody.
- Nawet znaleźliśmy kilkanaście starych butelek z winem. – Ojciec uśmiechał się szeroko. – Są stare jak świat. Chyba jeszcze sprzed pożaru.
- To rzeczywiście wiekowe – mruknęła Anna.
- Może któryś z najemców będzie chciał i piwnice – powiedziała Małgorzata. – Mnie tam one nie są na razie potrzebne.
- Słuszna uwaga – zgodził się ojciec – już zamieściłem ogłoszenia w Internecie. Powiesiliśmy też karteczkę z informacją na drzwiach wejściowych. A na razie zapraszam moje kobiety do restauracji na uroczystą kolację. Pierwszej nocy w tej kamienicy nie możemy spędzać na trzeźwo, bo to przyniesie pecha.
- Mówisz jak notoryczny pijak. – Żachnęła się Anna.
- Po prostu cieszę się ze szczęścia mojej jedynej latorośli.
Żartując i śmiejąc się głośno, wyszli z budynku i wsiedli do czekającej na nich taksówki.


Kolacja udała się wspaniale. Dania smakowały wyśmienicie, a do posiłków wypito ponad dwie butelki wspaniałego wina. W końcu Andrzej spojrzał na zegarek i uniósł palec do góry, by uciszyć rozchichotane kobiety.
- Moje panie! Właśnie mija północ.
- Godzina duchów – Zauważyła Anna. – Na zdrowie!
- Komu? Duchom? – Śmiała się Małgorzata.
- Wszystko jedno…
- Zbierajmy się powoli – mruknął ojciec – właśnie podjechała nasza taksówka.
Dziewczyny zebrały swoje torebki i chusty okrywające ramiona.
- Jutro będziemy padać na twarz. – Jęknęła Megi podchodząc chwiejnym krokiem to stojącej tuz przed wejściem restauracji taksówki. – Własna matka i ojciec mnie rozpijają…
- Nie marudź – machnął ręką – niech pan nas zawiezie na Sławkowską.
Podczas gdy on podawał dokładny adres, dziewczyny usadowiły się z tyłu samochodu.
- To była wspaniała parapetówka. – Westchnęła Megi.
- Należała ci się – odparła Anna – powinnaś zrobić imprezę dla znajomych.
- Pomyślę o tym…


W końcu dotarli do kamienicy i Małgorzata z dość dużym trudem otwarła drzwi.
- Uciekamy od razu do spania – powiedziała matka wieszając szal na rzeźbionym stojaku.
- Idźcie się pierwsi wykąpać, a ja zrobię sobie jeszcze trochę gorącej herbaty –Megi rzuciła torebkę na fotel i poszła do kuchni.
Goście zajęli sypialnie dla gości mieszczącą się na najwyższej kondygnacji. Sypialnia Małgorzaty znajdowała się po przeciwnej stronie korytarza.
Gdy rodzice okupywali łazienkę na górze, Megi doszła do wniosku ze nie będzie na nich czekać i postanowiła wziąć prysznic na pierwszym piętrze. Sporych rozmiarów łazienka została wykończona w kamieniu o odcieniu piaskowo-beżowym. Nad umywalką zamontowano duże lustro, a nowoczesny prysznic z funkcją masażu przysłonięto podświetlaną ścianką ze szkła, imitującego witraż. Było tutaj niewielkie prostokątne okienko, wychodzące na ogródek.
Małgorzata podeszła do okna i opuściła białe rolety. Ściągnęła ubranie, odkręciła kran i weszła pod prysznic. Nagle buchnęła na nią lodowata ciemnobrązowa woda. Z krzykiem wyskoczyła poza krawędź brodzika.
- Cholera jasna! – Zaklęła, znowu włączając wodę. Potrzymała chwilę jedną rękę pod strumieniem,. Po chwili woda zrobiła się przejrzysta i przyjemnie ciepła. Widocznie w rurach pozostały jeszcze resztki rdzy, które trzeba było wypłukać.
Dziewczyna ponownie weszła do kabiny i zatrzasnęła drzwiczki. Po umyciu poczuła się świeża i cudownie odprężona. Zarzuciła na siebie krótką koszulkę nocną i podeszła do lustra. Od gorącej wody ponad połowa jego powierzchni zaparowała. Małgorzata wzruszyła ramionami i nałożyła trochę pasty na szczoteczkę.
Kiedy szczotkowała zęby nagle usłyszała jakieś dźwięki. Wyjęła szczoteczkę z ust i zamarła w bezruchu, by lepiej słyszeć.
To była rozmowa.
Jakby kilka osób dyskutowało ze sobą zawzięcie. Męski głos opowiadał coś ostrym tonem. Po chwili włączył się drugi. Głosy były podniesione, jakby dwóch mężczyzn zaczynało kłótnię. Nagle pomiędzy nie wdarła się krótka kobieca wypowiedź, a jej wysoki śpiewny dźwięk szybko zakończył dyskusję.
Megi przysunęła głowę bliżej drzwi, ale po drugiej stronie panowała kompletna cisza, odmierzana jedynie tykaniem starego zegara powieszonego w korytarzu.
Dziewczyna przez chwilę trwałą w takim bezruchu, w końcu doszła do wniosku, że widocznie rodzice jeszcze nie śpią, a ich głosy słychać pomimo grubych ścian. Być może dźwięki niosą się tak przez przewody wentylacyjne.
Nie rozmyślając już nad tym dalej, zarzuciła cienki szlafroczek na ramiona, zgasiła światło i cicho wspięła się na piętro. Kilka drewnianych stopni skrzypnęło pod jej ciężarem, gdy wychodziła na górę.
Na korytarzu świeciło się światło, rzucając łagodne refleksy na kremowe ściany. Drzwi do pokoju rodziców były zamknięte, a za nimi panowała cisza. Być może zdążyli się już położyć i zasnąć.
Dziewczyna weszła do swojej sypialni i lekko uchyliła okno. Akurat minęła pierwsza i łagodny powiew powietrza przyniósł ze sobą dźwięki hejnału z wieży mariackiej. Małgorzata wychyliła się przez okno i spojrzała na widoczny fragment wieżyczki kościoła mariackiego. Blask księżyca odbijał się w jej wąskich okienkach. Spojrzała na okoliczne zabudowania, kamienice i łunę roztaczającą się nad miastem.
Pięknie tu było.
Westchnęła uśmiechając się lekko i nie ściągając rolet położyła się do łóżka. Latarnie i księżyc rzucały tajemnicze refleksy, mieniące się przy każdym poruszeniu firany.
- Ależ jestem zmęczona. – Pomyślała Megi układając głowę na miękkiej poduszce.
Ziewając zamknęła oczy i niemalże natychmiast zasnęła.


ROZDZIAŁ 4

Ze snu wyrwał ją jakiś dziwny szept. Poczuła straszne zimno na karku, zupełnie jakby ktoś przybliżył zmarznięte usta do jej ucha żeby coś powiedzieć. Szybko poderwała głowę i rozejrzała się po pokoju. Ukryte w półmroku pomieszczenie było puste.
Dziewczyna usiadła na łóżku i natychmiast objęła się za odkryte ramiona. W pokoju panował okropny ziąb. Dopiero wtedy zauważyła, że okno jest otwarte na oścież.
To dziwne – pomyślała – przecież przed pójściem do łóżka tylko lekko je uchyliłam.
Poderwała się i podbiegła do okna. Kiedy wychyliła przez nie głowę poczuła, że na zewnątrz jest znacznie cieplej niż w sypialni.
Zawahała się czy zamykać okiennice czy nie.
W końcu przymknęła je, przekręciła zamek i podkręciła klimatyzację. Ze zmarszczonymi brwiami wsunęła się w ciepłą pościel i rozłożyła dodatkowy koc zrolowany w stopach.
Leżąc, zastanawiała się nad tym, dlaczego w pokoju było przez chwilę chłodniej niż na dworze. Może wcześniej na zewnątrz panował większy ziąb, który z jakiegoś powodu utrzymał się w wysokim pomieszczeniu?
Rozmyślając obracała się kilka razy w łóżku, ale nie mogła zasnąć. W końcu kiedy zaczęło świtać, a pod oknami kamienicy krzątali się już pierwsi sprzedawcy, dostawcy i śmieciarze, Małgorzata postanowiła wstawać. Zarzuciła szlafrok na ramiona, wsunęła stopy w puszyste czarne kapcie i na palcach, by nie budzić rodziców, zeszła do kuchni.
Włączyła lampki w szafkach, które rzucały blady blask przez mrożone szybki. Nastawiła ekspres na cappuccino i usiadła za stołem, czekając na kawę. Po kilku minutach na całym piętrze można było poczuć aromat świeżo zaparzonej kawy. Akurat wzięła pierwszy łyczek gorącego napoju, gdy po schodach zszedł ojciec.
- A tu cie mam! – Mruknął całując ją w czoło. – Obudził mnie kuszący zapach kawusi.
- Zrobić ci?
- Ale proszę espresso. Mocne!
- Się robi! – Odparła wyciągając filiżankę. – Jak się spało?
- Bardzo dobrze. Chociaż w nocy słyszałem jakieś głosy. Nie oglądałaś telewizora?
- Skąd. Poszłam spać zaraz po kąpieli.
- Dziwne – wziął swoją kawę i usiadł naprzeciwko Małgorzaty. – Może ściany są dość cienkie. Słyszałem takie rozmowy jakby na dole była impreza.
- Hm. No cóż. Rozgryzłeś mnie. – Zażartowała. – Jak już się was pozbyłam, to wreszcie mogłam wypuścić towarzystwo z piwnicy i zrobić parapetówę z prawdziwego zdarzenia.
Ojciec przez chwile wpatrywał się w jej twarz, jakby rzeczywiście uwierzył w to co usłyszał.
- Noc cóż – zaczął powoli. – W końcu to była twoja wielka noc. Pierwsza w tym domu…
- To był żart! – Przerwała mu, puszczając oko. – A tak poważnie. Za ścianą jest niewielki hotelik. Być może nocowali w nim dzisiaj jacyś głośni goście.
- Hm. To jest bardziej prawdopodobne, niż historyjka o schowanych imprezowiczach w piwnicy.
Posiedzieli sobie przy stole tak ponad dwie godziny, wypijając jeszcze po jednej kawie i pogryzając herbatniki.
- No, już prawie ósma. – Ojciec wstał od stołu i rozprostował kości. – Idę ściągnąć z łóżka tego śpiocha.
- Daj jej jeszcze pospać. Przecież nigdzie się nie śpieszycie.
- Ona mogłaby tak spać cały dzień.
Kiedy ojciec wychodził po schodach na górę, nagle zadzwonił telefon. Megi podbiegła do niego i wzięła słuchawkę do ręki.
- Słucham.
- Dzień dobry. Nazywam się Janek Topolnicki. Przepraszam, że niepokoję w niedzielę o tak wczesnej porze, ale przechodziłem właśnie obok pańskiej kamienicy i zobaczyłem ogłoszenie. Chciałbym zobaczyć te pomieszczenia.
- Oczywiście, nie ma problemu. Kiedy panu odpowiada.
- Najlepiej teraz. Stoję pod drzwiami.
- Eeeee… - Megi się zawahała.
- Albo inaczej. Pewnie pani jest jeszcze w piżamie i w ogóle. Ja w takim razie wyskoczę na jakieś śniadanie, i przyjdę tak za godzinę.
- Tak już lepiej – Megi spodobał się jego mocny, niski głos – wystarczy mi trzydzieści minut.
- W porządku. W takim razie za trzydzieści minut.
Małgorzata odłożyła słuchawkę i krzyknęła do góry.
- Mamy pierwszego klienta!!!
- To znaczy? – Andrzej wychylił sie przez poręcz z golarką w ręce.
- Jakiś facet chce obejrzeć parter. Będzie tutaj za pół godziny.
- No to na co czekasz? Przecież nie wpuścisz go w tej kusej koszulinie!
Małgorzata roześmiała się szeroko.
- Masz rację. Może jeszcze zobaczyć moje wałeczki.
- Ach to kobiety. Wiecznie narzekają – mruknął ojciec nadstawiając policzka swojej żonie – nie przeżyłybyście chyba bez tych wszystkich kuracji odchudzających, kremów antycelullitowych i maści przeciwko zmarszczkom. A przecież właśnie te wszystkie mankamenty w was tak bardzo kochamy.
- Nie gadaj głupot. – Zbeształa go Anna.
Tymczasem Małgorzata szybko rozczesała włosy i upięła w kucyk, wyciągnęła z szafy świeże dżinsy i tuniczkę z krótkimi rękawkami. Gdy założyła ubranie pobiegła do łazienki, by trochę się podmalować. Stanęła przed lustrem i spojrzała na swoje podpuchnięte oczy.
- Muszę jakoś poważniej wyglądać. Mam potworne wory pod oczami od tej wczorajszej balangi.
Schyliła się do stojącej na niewielkiej szafce kosmetyczki i wyciągnęła z niej korektor. Otwarła buteleczkę z beżowym gęstym kremem, nałożyła trochę na policzki i delikatnie wsmarowała. Gdy wycierała ręce zauważyła, że górna część lustra jest zaparowana.
Dziwne, przecież nikt się tutaj teraz nie kąpał.
Para na szybie miała kształt koła. Dziewczyna włożyła korektor do torebki i wyciągnęła tusz do rzęs. Kończąc makijaż spojrzała jeszcze raz na zaparowana część lustra, i ze zdziwienia aż westchnęła.
Para nagle zmieniła kształt na podłużny, zupełnie jakby przed powierzchnią lustra ktoś stał chuchnął na nie ciepłym powietrzem. Dziewczyna w tym samym czasie poczuła na karku gorące dmuchnięcie. Odskoczyła od ściany i spojrzała za siebie.
Łazienka była pusta.
Małgorzata jeszcze raz popatrzyła na lustro, ale na jego szklanej powierzchni nie było żadnego śladu po parze. Tafla odbijała jak zwykle przeciwległą ścianę, fragment wanny i jej własną wystraszoną twarz.
Meg pomału podeszła do lustra, wyciągnęła rękę i przyłożyła ją do szkła. Błyszcząca tafla była chłodna w dotyku. Małgorzata wspięła się na palce i położyła dłoń w miejscu, gdzie jeszcze kilka chwil wcześniej było zaparowane.
Tam powierzchnia była znacznie cieplejsza.
Zaaferowana trzymała przez chwilę dłoń na lustrze, zastanawiając się, co ta różnica temperatur może oznaczać.
Wtem rozległo się głośne pukanie kołatki na parterze.
Wystraszona dziewczyna aż krzyknęła.
- To pewnie ten facet – w drzwiach łazienki zmaterializowała się matka. – Otworzysz?
- Jasne, już idę – bez oglądania się na lustro Megi wybiegła z łazienki i zbiegłą w dół po ciężkich drewnianych schodach.

Za drzwiami stał wysoki mężczyzna, ubrany w biała koszulę i granatowe dżinsy. Ciemnobrązowe, długie do ramion włosy miał lekko poskręcane i ułożone w niedbałą fryzurę. Małgorzata zauważyła, że prawie czarne oczy człowieka są pogodne i wesołe.
Megi zaprosiła gościa do środka i podała mu rękę.
Jego dłoń była wielka i ciepła.
- Nazywam się Janek Topolnicki. Przepraszam, że tak panią nachodzę w niedzielny poranek…
- Nie ma żadnego problemu. – Uśmiechnęła się do niego. – Może od razu pokażę panu pomieszczenia do wynajęcia.
- W porządku.
Małgorzata wzięła klucze i wyszła z Janem na zewnątrz.
- Kawał kamienicy – zauważył, gdy Megi walczyła z kluczem – może pomogę?
- Już otwarłam. Dziękuję bardzo.
Weszli do największego z przeznaczonych do wynajęcia pomieszczeń. Wysoki pokój miał około pięćdziesięciu metrów kwadratowych powierzchni.
- Za tym pomieszczeniem jest miejsce na łazienkę, jeśli to będzie konieczne, oraz duży schowek. Obok jest pokój, który może być magazynem. – Małgorzata przeprowadziła mężczyznę po wszystkich wnętrzach.
- Idealne – stwierdził Jan zacierając dłonie – dokładnie czegoś takiego szukałem.
Małgorzata rozłożyła ręce.
- A można wiedzieć co planuje pan tutaj zrobić?
- Herbaciarnię. Taką z prawdziwego zdarzenia. – Odparł, zerkając przez okno, które idealnie nadawało się na witrynę. – Chciałem żeby to był taki sklep z luksusową herbatą, którą będzie można kupić tylko tutaj. W tym rogu, postawie kilka stolików. – Wskazał ręką cześć dużej Sali. – Po drugiej stronie zrobię ladę i półki. Będzie fantastycznie. Chcę żeby tutaj przychodzili ludzie, którzy będą mieli ochotę napić się dobrej herbaty podczas czytania gazety czy książki. W najbliższej okolicy nie ma czegoś takiego.
- Nie znam Krakowa zbyt dobrze prawdę mówiąc – Małgorzata wzruszyła ramionami.
- Jak to? – Spojrzał na nią ze szczerym zdziwieniem.
- No cóż – założyła ręce. – Dostałam te kamienicę w spadku. Po ciotce. A ja od paru lat mieszkam w Gdańsku. To znaczy mieszkałam. – Dodała po krótkiej chwili. – Sprzedałam tamto mieszkanie i większość pieniędzy poszła w remont tej kamienicy.
- Szczęściara z pani – pokręcił głową. – Taka kamienica w centrum miasta… Zawsze może to pani sprzedać za ciężkie pieniądze.
Małgorzata uśmiechnęła się tylko. Nie chciała opowiadać nieznajomemu człowiekowi o żadnych klauzulach. O tym, że nie wolno jej sprzedać tego domu.
- Może teraz proszę mi powiedzieć ile pani chce za wynajęcie tego dołu?
- Hmm. – Westchnęła. – Dowiadywałam się co do kosztów wynajmu w okolicy. Myślę, że sto złotych za metr będzie rozsądną ceną.
- A ile jest tutaj metrów dokładnie? – Włożył ręce do kieszeni i ze zmarszczonym czołem przyglądał się świeżo wyremontowanemu wnętrzu.
- Ta sala ma prawie sześćdziesiąt, plus zaplecze około trzydziestu.
- Liczmy dziewięćdziesiąt… - mruknął Janek. – Strasznie dużo kasy.
- Zaplecza nie chcę liczyć w takiej cenie.
Nie była w stanie tego określić, ale chciała, żeby ten młody człowiek dobił z nią targu. Może powodem była niechęć, by przebywać w tej kamienicy całkiem samej?
- Jaką cenę pan by zaproponował?
Jan roześmiał się i poprawił opadające na czoło włosy.
- Proszę nie zadawać mi takich pytań. Oczywiście możliwie najniższą.
- Może umówmy się w taki sposób… – Małgorzata rozłożyła ręce. – Do końca roku pięć tysięcy miesięcznie. Potem w zależności od tego jak będzie się panu kręcił interes, zmienimy wysokość czynszu na bardziej zbliżoną do tego w okolicy. W końcu musi pan zainwestować w te pomieszczenia. A chciałabym by był pan zadowolony z tego miejsca.
Topolnicki przez chwilę myślał nad propozycją.
- To rozsądne rozwiązanie – powiedział wreszcie – zgadzam się.
Mocno uścisnął jej dłoń. Małgorzata mimochodem pomyślała o tym, jak jego ręka jest przyjemnie ciepła i miękka w dotyku. Zażenowana tymi myślami cofnęła dłoń i schowała do kieszeni dżinsów.
- W takim razie umówię nas z moim prawnikiem, który od lat czuwa nad kamienicą. – Powiedziała, odprowadzając go do drzwi. – Postaram się spotkać z nim możliwie jak najszybciej.
- Bardzo by mi na tym zależało – stanął przy drzwiach i uśmiechnął się do niej – może… - zawiesił głos.
- Pan już wychodzi? – Na szczycie schodów pojawiła się Anna.
- Dobiliśmy targu – powiedziała Małgorzata – pan Janek zrobi tutaj herbaciarnię.
- To wspaniale! – kobieta powoli zeszła na dół i podała dłoń Topolnickiemu – jestem Anna Jaworska. Matka Gosi. Nie zostanie pan na herbacie?
- Pan musi już iść – mruknęła Megi spoglądając na matkę wymownym wzrokiem – umówiliśmy się na telefon. Musimy spotkać się z Granickim, by podpisać odpowiednie dokumenty.
- Zaparzyłam wspaniałą Earl Grey. Na pewno się pan skusi.
Małgorzata dobrze wiedziała co matka chce zrobić. W końcu od dawna podsuwała jej różnych absztyfikantów. Niestety każdy kolejny zdawał sie gorszy od poprzedniego.
- Mamo! – Widzisz, że pan nie ma czasu. Dlatego zależało mu na spotkaniu się tak wcześnie.
- Niemożliwe! – Anna machnęła niecierpliwe ręką tak, jakby odganiała od twarzy natrętną muchę – zapraszam pana na górę. W końcu trzeba jakoś to uczcić.
- W zasadzie to chętnie napiłbym się dobrej herbaty – Topolnicki wyraźnie miał ochotę zostać.
Małgorzata jęknęła w duchu.
- Oczywiście jeżeli pani Małgosia pozwoli – zwrócił się do Megi.
Dziewczyna bez słowa wskazała mu schody.
- Ależ poproszę za mną – Zachęciła go Anna, ciągnąc mężczyznę za rękaw – kuchnia jest na pierwszym piętrze. Gosia jest taka zaradna, sama wszystko wyremontowała…
- Sama? – Topolnicki z niedowierzaniem obejrzał się do tyłu i spojrzał dziewczynie w oczy – własnymi rękami?
- Bez przesady – Megi musiała się roześmiać – walczyła tutaj duża ekipa remontowa. Ja tylko płaciłam…

Zanim Janek zdążył cokolwiek więcej powiedzieć, został posadzony za dużym wygodnym stołem w kuchni, a przed nim ustawiono imbryk z gorącą herbatą, cukierniczkę, oraz kubek w owieczki.
Małgorzata co raz piorunowała wzrokiem matkę, która z tych min kompletnie nic sobie nie robiła.
- To jakie ma pan plany co do tego lokalu? – Zapytał uprzejmym tonem tata dziewczyny.
- Chcę zrobić tutaj herbaciarnię – odparł krótko Topolnicki, mieszając herbatę. – Będzie można u mnie kupić różne rodzaje herbat, wszystko co jest potrzebne do zaparzania, a także będzie można się napić gorącego wywaru.
- Ciekawy pomysł – zamyślił się przez chwilę Andrzej.
- Może niech nam pan coś opowie o sobie – poprosiła Anna, kładąc na stole tackę z plackiem jabłkowym.
Małgorzata miała ochotę ich zamordować. Ledwie facet przekroczył próg jej mieszkania, a już znalazł się pod krzyżowym ogniem pytań, niczym jakiś absztyfikant. Z rezygnacją schyliła głowę i zapatrzyła się w złoty płyn w swym kubku.
- No cóż – podjął temat młody człowiek – mieszkam całe życie w Krakowie, tutaj chodziłem do podstawówki, liceum, a potem na studia. Skończyłem ASP. Od końca studiów zajmowałem się różnymi rzeczami. Malowaniem obrazów, renowacją, grafiką komputerową. A od jakiegoś czasu szukałem w centrum dobrego lokalu na stworzenie herbaciarni. Chce, żeby to miejsce miało klimat. Może nawet powieszę w nim swoje dzieła…
- Małgosia jest lekarzem – powiedziała Anna, uśmiechając się do córki.
Megi jęknęła.
- To wspaniale – zachwyt Jana był szczery – ciężkie studia.
- Ale ona była jedną z najlepszych studentek – dodał ojciec – zapowiada się z niej fantastyczny pediatra.
A więc machina ruszyła…
- Córcia była taka malutka jak się urodziła. Ledwie dwa kilo – matkę wyraźnie wzięło na wspomnienia – pamiętam jak moja teściowa, kiedy ją zobaczyła kilka dni po urodzeniu, powiedziała: „żeby tylko to dziecko przeżyło”. Strasznie się o nią bałam.
Janek bez słowa uśmiechał się do dziewczyny.
- Możecie go nie zadręczać tym gadaniem? – Meg nie wytrzymała w końcu – może pana Janka to wcale nie interesuje.
- Przeciwnie – zaprzeczył Topolnicki – ja z kolei urodziłem się bardzo duży. Ponad cztery kilo. Mama długo się męczyła zanim udało się mnie urodzić. I od razu miałem kręcone ciemne włosy, chociaż moi rodzice mają jasne. Ale to przez moją babcię. Jest hiszpanką. Mam do niej bardzo podobne rysy twarzy. I charakter chyba też.
- Czytałem gdzieś, że dzieci najwięcej mają właśnie po dziadkach – zadumał się Andrzej – podobno nasze geny tak działają. Co drugie pokolenie.
- Coś w tym jest – Anna wskazała palcem na córkę – w końcu Gosia ma tak wiele wspólnego z moją mamą…
Większość „herbatki” minęła na wspomnieniach. Małgorzata siedziała jak na szpilkach. Była przekonana, że zachowanie rodziców ostatecznie zniechęci młodego człowieka do wszelkich kontaktów z nią i jej rodziną. Żałowała, że nie umówiła się z nim na jutro. Rodzice mieli wyjechać z samego rana.
W końcu Janek podniósł się zza stołu i uścisnął wszystkim dłonie na pożegnanie.
Małgorzata odprowadziła go do drzwi.
- Przepraszam za moich rodziców – westchnęła, sprowadzając go po schodach. – Jak zaczną paplać…
- Moi dziadkowie są dokładnie tacy sami – powiedział z uśmiechem – babcia zazwyczaj jeszcze wyciąga album ze zdjęciami i opowiada różne historie z mojego dzieciństwa. Oczywiście najchętniej te, które mnie najbardziej zawstydzają typu: nasz wnuczuś pięknie wyglądał rozebrany na golaska. Zupełnie jak barokowy aniołek. Kiedy biegał te wszystkie wałeczki tak mu rozkosznie podskakiwały.
- Skądś to znam – mruknęła Megi – moi dopiero się rozkręcali. Nie chce myśleć co by było wieczorem, po winie…
Przez chwilę Janek stał przy drzwiach i wpatrywał sie w twarz dziewczyny.
- Bardzo miło mi było panią poznać – powiedział w końcu.
- Proszę mi mówić po imieniu – wzruszyła ramionami.
- Janek – odparł, ściskając jej rękę.
- Megi.
- Jak zrobimy z jutrem? Dasz mi znać, co z tym prawnikiem?
- Jasne. Zadzwonię do niego koło południa. Gdy tylko ustalę godzinę spotkania, to zadzwonię.
Podał jej karteczkę z numerem telefonu.
- Jeszcze raz wielkie dzięki za herbatę. I… do zobaczenia.
Chwycił ponownie jej dłoń i pocałował.
Dziewczyna poczuła jak na jej policzkach wykwita rumieniec.
Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Janek już wybiegł na chodnik zatrzaskując za sobą ciężkie drzwi.


ROZDZIAŁ 5


Następny dzień minął Małgorzacie bardzo pracowicie. Prawnika udało się umówić dopiero na dwudziestą wieczorem, przez co musiała uprosić przełożoną w pracy by puściła ją godzinę wcześniej. Prosto ze szpitala pojechała do biura Granickiego, gdzie pod drzwiami czekał już na nią Janek.
- Miło cie widzieć – powiedział szczerze, całując ją lekko w policzek.
Dziewczyna kryjąc rumieniec za teczką z dokumentami rzuciła się pierwsza do drzwi.
Spotkanie trwało jakieś pół godziny. Ustalili warunki wynajmu, cenę i okres wypowiedzenia. W końcu Granicki sporządził odpowiedni dokument, skopiował go trzy raz i wręczył po jednej kopii każdemu z zainteresowanych.
- Podpiszcie się na każdym dokumencie. Ja zaraz przyniosę pieczątkę. Zostawię was na momencik.
Gdy tylko zatrzasnął drzwi, Janek spojrzał na Megi.
- Może uczcimy te chwilę?
- Co masz na myśli?
Wzruszył ramionami.
- Kolacją?
Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że ostatni raz jadła kanapkę koło południa.
- A chętnie. Dzisiaj miałam taki szalony dzień.
- No to postanowione – Janek poczuł wyraźna ulgę, że zaproszenie dziewczyny na kolację poszło mu tak łatwo.
Chwile później wrócił prawnik, niosąc podpisane i podbite dokumenty.
- Dla każdego jest taka sama kopia – powiedział, podając Małgorzacie i Jankowi po jednej czarnej teczce – ja także zostawiam sobie jedną sztukę.
- No to sprawa załatwiona – odparła Megi.
- A co planuje pani zrobić z drugą częścią parteru? – Zapytał Granicki chowając teczkę do opasłego segregatora.
- Właśnie się zastanawiam, czy nie urządzić tam swojego gabinetu. Mogłabym przyjmować i leczyć dzieci również prywatnie.
- Jest to bardzo dobre rozwiązanie – przytaknął prawnik - ma tam pani akurat dwa pomieszczenia, idealne na gabinet i poczekalnię. Chyba nawet jest węzeł wodny, dzięki czemu będzie można wyodrębnić małą łazienkę.
- Będę pewnie na to potrzebować jakiejś pożyczki – westchnęła dziewczyna – mimo wszystko trzeba będzie trochę zainwestować w te pokoje. Porozmawiam o tym jeszcze z moimi rodzicami.
- Na pewno cie poprą – wtrącił Janek –im szybciej zaczniesz prywatną praktykę, tym lepiej.
- To prawda – zgodził się Granicki. – Cóż, jeśli będzie trzeba jakoś pomóc, proszę śmiało do mnie dzwonić.


- To gdzie idziemy? – Zapytała Małgorzata, kiedy szli wolnym spacerem przez krakowski rynek.
- Jest tutaj niedaleko świetna restauracja – powiedział Janek. – Lubisz sałatki?
- Uwielbiam!
- No to jest właśnie taki bar sałatkowy. Może nie wygląda zbyt rewelacyjnie, ale jedzenie mają naprawdę świetne. Zawsze jest tam ogromna kolejka. Zarezerwowałem stolik na dziewiątą. Mamy więc jeszcze piętnaście minut.
- Widzę, że pomyślałeś o wszystkim – powiedziała z uznaniem.
- Doszedłem do wniosku, że miejsce się nie zmarnuje. Jakbyś nie miała ochoty mi towarzyszyć, to poszedłbym sam. Mam słabość do ich sałatki z grillowanym kurczakiem.
Małgorzata roześmiała się.
Sałatki rzeczywiście okazały się wyśmienite. Małgorzata wybrała sobie aż dwa rodzaje – słynną z grillowanym kurczakiem, oraz owoce morza.
Pod kamienicę Janek podprowadził ją dopiero koło północy.
- Akurat nadciąga godzina duchów – mruknął, spoglądając na zegarek. – Zaraz usłyszymy hejnał z wieży mariackiej.
- Jest taki piękny wieczór – odparła Megi, zerkając na rozgwieżdżone niebo. – Nie ma ani jednej chmurki. Patrz na te gwiazdy.
- Tutaj niewiele widać – westchnął Jan, zerkając w górę. – Kiedyś zabiorę cię do mojej babci, która mieszka na wsi. Tam jest niebo. Miliony gwiazd, mleczna droga. Uwielbiam wtedy wybierać się na łąkę i patrzeć w górę. Trawa tak pięknie pachnie, słychać pluskanie potoku. No i te gwiazdy…
- Romantyk z ciebie – roześmiała się.
- I to jaki – przyznał. – Aż wstyd.
- prawdę mówiąc nigdy nie byłam na takiej prawdziwej łące.
- Niemożliwe! – oburzył się Janek. – Żartujesz?
- Nie. Moja rodzina żyje od pokoleń w mieście.
Powoli otwierała kluczem drzwi wejściowe. W końcu nacisnęła klamkę i uchyliła drzwi.
- Jezu, co tak śmierdzi? – Powiedziała nagle, odchylając głowę do tyłu.
Istotnie, z holu buchnął na nią potworny smród, przypominający zapach zgniłych jajek.
- Może jakieś problemy z kanalizacją? – podsunął Janek, wchodząc pierwszy do środka.
Dziewczyna zamknęła drzwi i zapaliła wszystkie światła.
- Nie sądzę. – Mruknęła. – Wszystkie rury były wymieniane całkiem niedawno.
- Może śmieci…? – Zastanawiał się na głos.
Małgorzata spojrzała na niego z powątpiewaniem.
- Myślisz, ze zostawiłabym w koszu cos tak cuchnącego?
- Nie sądzę. – Odparł natychmiast. – Od tego smrodu aż oczy mi łzawią.
- Przejdźmy po całym mieszkaniu. Poszukajmy miejsca gdzie najbardziej cuchnie.
Powoli wspięli się na pierwsze piętro. Małgorzata weszła do kuchni.
- Tutaj jakby mniej śmierdzi. – Stwierdziła.
- Tez mi się tak wydaje. Zobaczmy jeszcze salon.
We wszystkich pomieszczeniach zapach był znacznie słabszy. Smród unosił się właściwie tylko w holu.
- Dziwne – powiedziała Megi. – Przecież nie ma tu niczego, co mogłoby śmierdzieć.
Zeszli ponownie na dół.
- A tamte drzwi gdzie prowadzą? – Zapytał wskazując w lewo.
- Do takiego maleńkiego ogródka. Gdzieś tutaj mam kluczyk.
Wyłuskała na obręczy niewielki oprawiony w czerwony plastik kluczyk i otwarła drzwi. Do środka od razu wleciało ciepłe, świeże powietrze.
- Zauważyłaś jak tutaj było zimno? – Szepnął Janek. – Czujesz jakie to powietrze z zewnątrz jest ciepłe?
- Masz rację – pokiwała głową. – Być może to przez te mury. Stare domy mają ściany prawie metrowej grubości.
- A te drzwi są takie niesamowite – patrzył z zachwytem na staroświeckie kute drzwi prowadzące do piwnicy. Otaczał je łukowaty portal z wyrzeźbionymi naokoło pyskami zwierząt i ludzkimi czaszkami. Janek zafascynowany podszedł do portalu i przejechał dłońmi po zimnych twarzach.
- Fantastyczne! – Mruknął, kładąc rękę na ich powierzchni. – Pierwszy raz widzę, żeby obijano drzwi taką miedzią.
- Dlatego właśnie konserwator nie pozwolił ich ruszać. Bo są obite jakąś czerwoną miedzią. Podobno niespotykaną.
- To prawda – przyznał. – A te wzory? Zauważyłaś, że te zawijasy układają się na kształt szkieletów?
- Przestań mnie straszyć.
Małgorzata wyszła na podwórze i podłożyła pod drzwi niewielką doniczkę, żeby się nie zamykały.
- Może zostawię to tutaj na chwilkę, żeby przewietrzyć…
- Cicho! – Szepnął unosząc dłoń.
Natychmiast zamilkła i spojrzała na niego z przerażeniem.
- Słyszysz? – Ledwie poruszył ustami.
Z początku nie bardzo wiedziała, o co mu chodzi, ale po chwili zaskoczona spojrzała w jego twarz.
Stali niedaleko drzwi prowadzących do piwnicy. Zza nich dochodziły przeróżne odgłosy. Zupełnie jakby po drugiej stronie był jakiś bar.
Ktoś się śmiał, było słychać muzykę i śpiew kilku osób. Jakiś męski głos domagał się piwa od barmana.
Dźwięki były bardzo wyraźne.
- Wzywam policję. – Powiedziała Małgorzata stanowczym głosem. – Musieli się tu zakraść jacyś pijani, albo bezdomni.
Janek nie wyglądał na przekonanego.
- Może lepiej zajrzeć do środka? – Powiedział cichym tonem odsuwając się nieco od mosiężnych, staroświeckich drzwi.
Przyjrzał się Małgorzacie jak wybiera numer na policję i czeka na przyjecie zgłoszenia.
- Zaraz tu będą – mruknęła, chowając komórkę do kieszeni.
- Tam na dole prawie zupełnie ucichło. – Szepnął Janek, wskazując ręką drzwi. – Może sobie poszli?
- Którędy? – Rozłożyła ręce. – Przecież z piwnicy jest tylko jedno wyjście.
- Tego nie wiedziałem. – Jan wzruszył ramionami. – Może jest jakieś przejście? Tunel?
- Eee tam! To nie jest gotycki zamek tylko kamienica! Na Boga, po co byłby tutaj jakiś tunel? I gdzie by się kończył? W Kościele Mariackim?
- Rzeczywiście, bez sensu – przyznał w końcu rację.
Stali przez chwile w holu i nasłuchiwali dźwięków w piwnicy.
- Rzeczywiście ucichło – powiedziała po chwili Megi, przysuwając głowę bliżej drzwi. – Sama nie wiem co mam o tym myśleć.
I wtem z dołu doszedł potężny rumor. Coś upadło i kilka osób roześmiało się gromkim śmiechem.
Megi i Janek odskoczyli od drzwi.
- No trafi mnie za chwilę! – oburzyła się dziewczyna. – Oni mają tam świetną imprezkę!
W tym samym czasie ktoś zapukał do drzwi wejściowych. Megi podbiegła by otworzyć. Na zewnątrz stało dwóch policjantów.
- Dostaliśmy zgłoszenie, że tu jakaś libacja jest.
- Żadna libacja. – Mruknęła Megi z przekąsem. – Ktoś zakradł się do mojej piwnicy.
- Skąd pani wie? – Wyższy mundurowy wszedł do środka.
- Proszę chwilę posłuchać – powiedział Janek. – Myślę, że za tymi drzwiami jest kilku bezdomnych.
Wszyscy zamilkli na chwilę, nasłuchując w skupieniu.
- Kilka osób – Szepnął jeden z mundurowych znawczym tonem – prawdopodobnie gwizdnęli trochę wina z jakiegoś sklepu i teraz to chleją.
Małgorzata założyła ręce.
- I co teraz? – Spojrzała na nich pytającym wzrokiem.
- Wejdziemy do środka i sprawdzimy.
Niższy nacisnął klamkę.
- Zamknięte. – Zauważył.
- Tutaj jest klucz. – Małgorzata podała mu pęk kluczy. – Ten rzeźbiony jest do piwnicy.
Policjant przekręcił kluczyk i cicho otwarł drzwiczki.
Na końcu schodów za zakrętem musiało się świecić kilka lampek, bo piwnica tonęła w słabym, chybotliwym blasku.
- Chyba się świeczki palą. – Mruknął policjant. – Schodzimy na dół.
Głosy były bardzo wyraźne. Mężczyźni na dole opowiadali o czymś zawzięcie.
Mundurowi schodzili po schodach pierwsi. Za nimi cicho stąpała Megi, a pochód zamykał Janek. Im niżej schodzili, tym odgłosy robiły się słabsze. Gdy stanęli na ostatnich stopniach, w piwnicy zrobiło się zupełnie cicho.
Policjanci zdecydowanym krokiem wpadli do pierwszego pomieszczenia. Wnętrze było zupełnie puste, nie licząc kilku beczek, starego stołu i palących się na kontuarze kilku świeczek.
- Nie ma nikogo! – Powiedział wyższy mundurowy. – Jest tutaj jakieś inne wyjście?
- Nie. – Odpowiedziała niemal natychmiast.
- Dziwne – mruknął policjant.
Mężczyźni obeszli całą piwnicę, ale nie znaleźli nikogo, ani niczego podejrzanego.
- Co to mogły być za odgłosy? – Zapytała Małgorzata, gdy funkcjonariusze ponownie weszli do holu.
- Trudno mi powiedzieć – odparł jeden z nich. – Być może sąsiedzi urządzili sobie jakąś zabawę.
- Raczej wątpliwie. – W głosie dziewczyny dało się wyczuć nutkę uszczypliwości. – Z jednej strony kamienicy jest hotel, a z drugiej sklepy z odzieżą.
- Nie bawili się państwo może jakimś sprzętem grającym? – Zapytał jeden z nich. – Czasami się zdarza, że przy kilku promilach zapomina się o jakichś drobiazgach, jak wyłączenie odtwarzacza, czy zgaszenie światła.
Megi aż zaniemówiła.
- Koleżanki nie było dzisiaj w mieszkaniu prawie przez cały dzień. Wróciliśmy tutaj jakieś dziesięć minut przed waszym przybyciem. – Janek zaczął też tracić cierpliwość.
- Obeszliście mieszkanie?
- Nie zdążyliśmy. Naszą uwagę przykuły odgłosy z piwnicy. – Małgorzata starała się zachować spokój.
- Jarek przeleć się po piętrach!
Niższy policjant szybko wbiegł na schody.
- Ile państwo dzisiaj wypili?
- Panie a to ma jakieś znaczenie? – Zapytał Janek.
- …cóż, może wam się wydawało…
- Co? – Małgorzata chwyciła się za biodra. – Żarty pan sobie z nas robi? Przecież sami słyszeliście głosy. Co to w ogóle za pytanie?
- Na górze jest czysto. – Wrócił drugi mundurowy. – Zbierajmy się. Nic tu po nas.
- Następnym razem wezwijcie nas do jakiegoś ważniejszego przypadku. Mamy naprawdę kupę rzeczy do roboty.
- Sami słyszeliście te dźwięki! – Megi nie dawała za wygraną.
- Kiedy się powtórzą to wezwijcie egzorcystę – zażartowali złośliwie i wyszli trzaskając drzwiami.
- Co za dupki! – krzyknęła za nimi Małorzata. – przecież sami słyszeli…
- Nie denerwuj się. Nie ma sensu. – Westchnął Janek. W razie czego zamknij piwnicę na klucz.
Dziewczyna bez wahania wykonała jego polecenie.
- Ja muszę się zbierać! – Powiedział Topolnicki patrząc na zegarek.
- Zostań. – Wyrwało się dziewczynie. – Możesz przespać się w pokoju gościnnym. Jakoś nie bardzo chce zostać tutaj sama.
Chłopak przez chwilę zastanawiał sie nad propozycją.
- Dobrze. – Powiedział w końcu. – W sumie do rana pozostało tylko kilka godzin.
Wkrótce Małgorzata położyła się do łóżka. W sąsiednim pokoju Janek właśnie usnął. Dziewczyna zamknęła oczy i wtuliła twarz w poduszkę. Usypiając miała wrażenie, że wciąż słyszy śmiech i rozmowy dochodzące z głównego holu.

Podpis: 

ABujak 3d
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy Miłość z internetu cz. XVI - sex panów Miłość z internetu - czytaj kolejne części
nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz. zabawa pomiędzy dwoma facetami XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez
Sponsorowane: 30Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.