http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
120

Posłannictwo z gwiazd

  Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We wrześniu nagrodą jest książka
Podpalaczka
FStephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Dzień życia dniem śmierci

Z uwagi na pojawiające się wątpliwości-tekst jest od początku do końca fikcją.

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
620
użytkowników.

Gości:
620
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 57687

57687

Jonaszek

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
09-11-06

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Biografia/Przyjaźń/-
Rozmiar
17 kb
Czytane
4710
Głosy
12
Ocena
4.58

Zmiany
11-02-20

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: majkel30005 Podpis: majkel30005@wp.pl
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
wygrany konkurs miesięczny
Młodość przemija, niektóre sprawy czas lekko przykrywa zapomnieniem - nigdy jednak ich nie zabija. Po latach potrafią wrócić nieoczekiwanie.

Opublikowany w:

Jonaszek

Było upalne sierpniowe popołudnie. Ciężkie powietrze skutecznie zniechęcało do jakiegokolwiek wysiłku. Czarny dachowiec od niechcenia spojrzał na brązowego, hałaśliwego kundla goniącego zaciekle okularnika na rowerze, przeciągnął się i znów zasnął. Wszystko dookoła wyglądało jak wymarła osada. Popołudniowy marazm rozbił cichy pomruk silnika. Na parking szarego blokowiska wjechał nieznany samochód. Kierowca rozglądał się chwilę za miejscem, po czym zwinnie wcisnął się między granatowego poloneza i czerwonego, lekko obdrapanego volkswagena. Z samochodu wysiadł postawny człowiek, w dobrze skrojonym garniturze. Stał skupiony, rozglądał się na wszystkie strony a jego łysina połyskiwała w słońcu. Trzasnął drzwiami, obszedł z prawej strony rząd samochodów, wszedł na chodnik i energicznie ruszył w stronę dwudziestu garaży, poustawianych jeden obok drugiego, które tworzyły coś na wzór podkowy, gdy patrzyło się na nie z góry.
Kątem oka zobaczył, że minął już garaż numer 11. Przystanął, spojrzał na zegarek, wyłączył telefon by nikt mu nie przeszkadzał. Tylko on zdawał sobie sprawę z tego jak bardzo był w tym momencie podniecony. Po tylu latach, po tylu przejechanych kilometrach stał nareszcie w miejscu, gdzie się urodził i gdzie ukształtowała się osobowość Janka Szarzyckiego. Jako jedenastoletni chłopak wyjechał z rodzicami za zachodnią granicę. Było to w tamtym momencie jedyne wyjście. Jego ojciec został złapany przez bezpiekę za działalność opozycyjną. Dostał od opiekunów „słuszną propozycję”: musiał opuścić kraj, ściskając w ręku bilet w jedną stronę. Wybrał zachód. Nie chciał by jego syn został sierotą. Janek do dziś pamięta dzień, w którym dowiedział się od matki o wyjeździe. Był wściekły, targały nim sprzeczne emocje, chciał walczyć z nieosiągalnym dla niego przeciwnikiem. Nie rozumiał jak ojczyzna może pozbywać się od tak swoich obywateli, nie mógł pogodzić się z myślą, że zapomni jak smakują jabłka, gruszki i polskie mleko. Taka rewolucja w tym wieku to rzecz, która przerastała możliwości percepcyjne młodego chłopaka.

Dorosły już Szarzycki klęknął, nabrał w garść trochę ziemi, przysunął sobie dłonie do ust by ją pocałować i na nowo odkryć jej zapach. Czuł jak coś w nim pęka. Fala wspomnień uderzała w niego z siłą wodospadu. Wstał, rozrzucił ziemię i odruchowo strzepnął pył z kolan. Uświadomił sobie, że mimo powrotu na stare śmieci to tak naprawdę znajduje się w zupełnie nowym miejscu. Tam gdzie stoją teraz śmietniki, rosły wysokie krzaki gdzie z chłopakami mieli kryjówkę, tam gdzie teraz stoi jego samochód - uganiał się za piłką, a na miejscu trzepaka stało kilka ławeczek gdzie spotykały się ich matki. Po chwili roześmiał się głośno kiedy zrozumiał, że na miejscu garaży był jego rodzinny dom. Stał teraz na skrawku ziemi zarośniętym chaotycznie trawą, który kiedyś był jego kuchnią. Drzwi do jego pokoju były na wysokości garażu numer 12, na którym widniała informacja, że za prąd i wodę należy płacić w kasie spółdzielni do ostatniego każdego miesiąca. Wspominał. Odpływał myślami w stronę wszystkiego, co kiedyś tu przeżył. Nie miał do nikogo pretensji, rozumiał, co znaczy słowo postęp, tłumaczył sobie nawet, że to życie na zachodzie nauczyło go bycia niesentymentalnym mięczakiem – jak na siebie ironicznie mawiał.
Przyłapał samego siebie na tym, że od dłuższego przygląda się wchodzącym i wychodzącym z małego osiedlowego sklepiku. Nie umiał sobie tego wytłumaczyć, ale jakiś głos podpowiadał, że ma uważnie obserwować to miejsce. Czuł, że bezczynność wwierca się w jego ciało. Ruszył przed siebie. Postanowił zagłuszyć ten niespokojny dźwięk spacerem po osiedlu. Wędrując miedzy blokami, przyglądając się obliczom ludzkiej egzystencji zapomniał na chwilę o dziwnie oddziaływującym na niego miejscu.
Przed odjazdem do hotelu postanowił jeszcze raz stanąć między garażami by poczuć nierzeczywistą namiastkę domowego ogniska. Stojąc opartym o ścianę jednego z nich, wpatrywał się w niebo, które wściekłym granatem zapowiadało deszcz. Mimowolnie spojrzał znów na sklepik.
Zrozumiał. Doszło do niego, co takiego chciano mu powiedzieć. Poczuł w sobie, to samo, co tamtego dnia. Dziwny strach wymieszany z adrenaliną, czuł jak jakaś dziwna moc zadaje mu niewidzialne ciosy, czuł jak jego ciało ogarnia smutek ścierający się z radością promieniującą od żołądka na wszystkie strony. W miejscu gdzie prężył się teraz dumnie osiedlowy sklepik „Poziomka”, za jego czasów stał maleńki domek, w którym mieszkał Jonaszek. Ten Jonaszek, niepozorny blondyn, którego los nie pozwoli mu nigdy zapomnieć.

Janek zamknął oczy a w myślach ciągle kołatało mu imię przyjaciela.

Jonaszek był dzieckiem innym niż rówieśnicy. Spokojny. Wyciszony. Ci, co go nie znali mogli odnieść wrażenie, że był jakby na siłę wepchniętym owocem żywota pomiędzy ludzi. W szkole siadał zawsze sam by zamiast na tablicę spoglądać spokojnie za szybę na przebiegającą tuż przy szkole drogę. Niepozornego chłopaczka z tłumu nie wyróżniał ani wzrost ani tym bardziej jego postura. Jedyni jego jasne włoski zwracały uwagę, przypominał młodego, niewinnego cherubinka. Połowę swojego dotychczasowego życia poświęcił osobliwej pasji. Ulubionym zajęciem Jonaszka było wpatrywanie się w samochody przemierzające czarną przestrzeń asfaltowej dali. Mógł tak siedzieć godzinami. Nic więcej nie było mu potrzebne. Powtarzał zawsze: Mamcia jak tylko dorosnę zrobię prawo jazdy, kupię Warszawę i zabiorę cię w podróż dookoła świata!
Jego ojciec żył swoim życiem, obracając się w błędnym kole słabości ludzkiej natury. Lubił szukać szczęścia na szklanym dnie kieliszka, przez co miał problemy z wątrobą. Gdy ta zaczynała mu wysyłać bolesne sygnały, że coraz to gorzej z nią, ten w odwecie pił jeszcze więcej żeby ból stawał się bardziej znośny i tak przez całe lata toczyły się koleje jego losu. Codzienne libacje doprowadziły do tego, że zmarł, kiedy chłopiec skończył trochę ponad dwa lata.
Matka wysoka, z dumni oczami, zmęczona życiem, była kobietą cichą i spokojną. Nigdy nie zwracała się do nikogo po pomoc. Pracowała w sklepie i zawsze starała się zrobić wszystko by jej kochanemu jedynakowi było w życiu jak najlepiej.

Tamtego dnia była środa. Jedna z wielu mijających obok nas. Chmury wisiały nisko nad miastem. Jonaszek po szkole zaszedł jeszcze do babci by zobaczyć czy czegoś jej nie pomóc, czy zakupów nie trzeba zrobić. Wypili herbatę, zjedli kilka herbatników z cukrem i pogawędzili. Kiedy wrócił do domu było parę minut po 17.
Mamcia już wróciłem! – krzyknął od progu – Zjem trochę zupy i biegnę na dwór do chłopaków, bo w sobotę gramy mecz z tymi z Obrońców i musimy być w formie, ma się rozumieć! – matka uśmiechnęła się z dziwnym błyskiem w oku jak gdyby jakiś niepokój dobijał się do bram matczynej duszy. Intuicja?
Umyj ręce i siadaj do stołu – powiedziała odwracając się w jego stronę, podała mu talerz gorącej pomidorówki z ryżem. Popatrzyła chwilę na syna i wróciła do pieczenia szarlotki, którą tak bardzo lubił. Chłopak wlał w siebie szybko kilka łyżek czerwonego kremu, wstawił talerz do obdrapanego zlewu, ucałował matkę w policzek i wybiegł na podwórko. Matka nie zdążyła nic odpowiedzieć, a drzwi wejściowe zamknęły się za nim z hukiem. Szarlotka rumieniła się.
Kiedy dobiegł na boisko, składy były już wybrane. Trafił do jednej drużyny z Bolusiem, Makiem, Tomkiem i Kamieniem. Przeciwko nim grała drużyna Janka a z nim o sile ekipy stanowić mieli: brat Maka – Robert, Olek, Radzio i Paweł. Jonaszek stanął na bramce, choć nie wzbudzał swoją postawą w szeregach rywali strachu, nadrabiał jednak szybkością i zwinnością swoich ruchów. Od początku narzucili tempo dla wytrwałych. Po 20 minut było 5:5. Chłopcy zalewali się potem, łapały ich pierwsze kolki, ale walczyli na całego, ciągle mieli świadomość tego, że to ich ostatni sprawdzian przed meczem o prymat na dzielnicy. Chcieli udowodnić, że są prawdziwymi mężczyznami i żaden z nich nie odstawiał nogi tylko twardo walczył o szmaciany balon. Po kolejnym strzale któregoś z chłopaków piłka wyleciała z impetem za boisko. Niewiele myśląc w pościg za piłką zerwał się Jonaszek, który do tego momentu zachował najwięcej sił ze wszystkich. Napijemy się czegoś panowie – krzyknął Olek. Chwila przerwy była dobra do tego, aby się zregenerować i przepłukać gardło, bo unoszący się w powietrzu kurz sklejał w gardle ślinę w ciężką do połknięcia zawiesinę. Kamień wzniósł wysoko butelkę z wodą, - w sobotę w tych rękach będę trzymał szampana! – wznosił toasty a reszta chłopaków śmiała się wesoło.
Nikt nie spodziewał się, że dzień pożegna ich krwistą łuną na niebie.

Piłka wtoczyła się wprost pod nadjeżdżający samochód. Za nią pod kołami białej Warszawy znalazł się drobniutki Jonasz. Huk, tłuczona szyba, pisk opon i było już po wszystkim. Jonasz leżał nieprzytomnie na jezdni z podkurczonymi nogami i prawą ręką pod głową. Jego koledzy, gdy zobaczyli, co się dzieje pędzli ile sił mieli w nogach. Cieniutka strużka krwi sączyła się z ust chłopaka tworząc ze śliną drobną, czerwona rzekę na czarnej tafli jezdni, która po drodze wysychała jak teraz wysychało w nim życiodajne źródełko. Stali nieprzytomnie ze łzami w oczach. Nie umieli, nie byli w stanie pomóc własnemu koledze. Strach skutecznie blokował ich percepcyjne możliwości. Ktoś próbował coś zrobić. Bezskutecznie. Po kilku minutach przez tłum przedarła się jego matka, przytuliła go do piersi, domknęła jego powieki i zalewając się łzami powtarzała: Kocham cię synku, kocham cię synku, kocham cię… Tłum wpatrywał się bezradnie w milczeniu i skupieniu. Słychać było gdzieniegdzie przygaszone pomruki gapiów.

Kondukt pogrzebowy miarowym krokiem przesuwał się po nagrzanej kostce miejskiego cmentarza. W niewielkiej odległości od trumny, na czele szła samotnie, ubrana w czarną długą suknię matka chłopaka. Wpatrywała się w trumnę jak gdyby chciała sobie wyobrazić, co teraz dzieje się z jej małym aniołeczkiem. Czy łódź jego przeznaczenia dotarła już do wyspy zwanej rajem, i co najważniejsze czy dobrze mu tam gdziekolwiek jest. Tuż za nią szła babcia Jonaszka, wspierając się na długiej lasce. Jak lawina jej wszelkie myśli zmiatało z powierzchni jedno pytanie: dlaczego akurat on? dlaczego nie ona? stara schorowana kobieta, która już nic dla tego świata nie jest warta… tylko on! - jej ukochany wnuk, przed którym otwierała się brama labiryntu: labiryntu radości, nieszczęść, decyzji – labiryntu zwanego ludzkim życiem. Dalej w ciszy, jak w transie przesuwali się kolejno członkowie rodziny zmarłego tragicznie młokosa, koledzy z podwórka, szkolna delegacja, sąsiedzi i znajomi matki. Wszyscy nieśli w ręku znicze i kwiaty z wymownie wypisanymi szarfami.
Zgromadzeni otoczyli miejsce pochówku czarnym półksiężycem. Wpatrywali się to na księdza to na matkę Jonasza. Ta jak zawsze stała w zamyśleniu, oderwana od tego, co ją otaczało. W dłoniach ściskała różaniec, który kupiła synowi, gdy szedł do pierwszej komunii. Głos księdza przełamywał ciszę wirując w powietrzu między obecnymi. Trumna spoczęła w ziemi pod grubą warstwą piachu. Jako pierwsza na grobie wiązankę z białych róż złożyła matka, tuż po niej babcia, ciotki i wujkowie, znajomi ze szkoły i podwórka, a w imieniu grona pedagogicznego wychowawczyni chłopców. Łamiącym się głosem ksiądz podziękował wszystkim za przybycie.

Nim jednak ksiądz doszedł do głosu miało miejsca zdarzenie wyjątkowe. Urodziny Jonaszka wypadały dokładnie w dniu pogrzebu. Chłopcy wiedząc o tym postanowili uczcić pamięć swojego kolegi. Gdy wszyscy składali kwiaty na grobie, oni złapali się za ręce i głośno zaczęli śpiewać swojemu przyjacielowi: STO LAT! Łzy napływały im do oczu, smutek i żal blokowały dźwięki w ich krtaniach, ale mimo wszystko śpiewali coraz to głośniej i głośniej. Głosy wędrowały między drzewami, brzmiały jak pieśń bojowa. Jak gdyby szykowali się do ostatecznego starcia ze śmiercią, która nieodwracalnie wyrwała im ich Jonaszka. Nie było w tym momencie nikogo, kto umiałby zagłuszyć swoje emocje. Dorośli stali i płakali nad grobem młodziutkiego chłopaczka, który jeszcze tyle mógł zrobić. Matka stała z głową pochyloną a po jej policzkach spływały wielkie jak groch krople łez, które roztrzaskiwały się o ziemię z siłą równą tej, z jaką szyba białej Warszawy łamała kręgosłup jej ukochanego syna. Chłopcy śpiewali daj, w dziwnej, niekończącej się euforii. Nauczycielka wycierała drobniutkie łzy w jedwabną chusteczkę, ciotki wtulone w ramiona swych mężów nie ukrywały wzruszenia, nawet ksiądz odwrócił na chwilę głowę by dłonią zebrać łzawą rosę leciutko osiadającą na jego rzęsach.
Zebrani opuszczali cmentarz. Niema rzeka ludzkich głów spływała rozlewiskiem alejek by dalej za cmentarną bramą znaleźć ujście w stronę przystanku autobusowego, parkingu i postoju taksówek. Przy grobie pozostała jedynie matka. W samotności przyglądała się drobniutkim listkom poruszanym przez wiatr. W jednym z nich widziała tego, którego już nigdy nie ujrzy. Pomyślała nawet, że to jakieś dziwne przeznaczenie. Jej syn tak bardzo kochał Warszawy i jak na złość biała – czysta i anielska utuliła go do wiecznego snu. Przeznaczenie?

Kilka alejek dalej jeszcze jedna postać patrzyła w stronę świeżego grobu, z rękawami koszuli mokrymi od wycieranych łez. Postać jak posąg bez ruchu wpatrywała się we wściekle tańczące w szklanych kulach zniczy ogniste języki.

Klakson samochodu wytrącił Szarzyckiego z zamyślenia. Andrzej Michalski próbował się dostać swoim 6 letnim Audi do garażu, ale jakiś dziwnie wyglądający człowiek skutecznie blokował mu przejazd. Janek spojrzał na niego nieobecnym wzrokiem, podniósł prawą dłoń w geście porozumiewawczego gestu i ruszył lekko oszołomiony w stronę swojego samochodu. Czuł, że ostatnim przystankiem jego sentymentalnej podróży do krainy dzieciństwa będzie cmentarz. Przed głównym wejściem kupił dwa duże czerwone znicze, wiązankę białych róż i ruszył długą, brukową aleją przed siebie. Uzbrojony w cały cmentarny komplet szedł prowadzony jakąś dziwną mocą jak po kłębku w to konkretne miejsce. Bez problemu odnalazł alejkę XI a w niej miejsce dwudzieste piąte. Grób Jonaszka znajdował się po prawej stronie. Zachodzące słońce skrywało w cieniu nagrobek z czarnego marmuru. Jak na tyle lat to ma się w dobrej formie, widocznie ktoś z rodziny musi go doglądać - pomyślał i usiadł na ławce. Chwilę wpatrywał się w datę śmierci swojego przyjaciela, po czym wstawił do wazonu kwiaty. Wyciągnął z siatki znicze, odpalił je i ustawił koło siebie. Usiadł ponownie na ławce. Siedział jakiś czas w zupełniej ciszy, po czym wstał. Zaczął się modlić. Z każdą sekundą jego modlitwa stawała się coraz to bardziej żarliwa. Wartki strumień słów wypływał z jego ust. Po jakimś czasie słowa modlitwy zaczęły się gubić w nieładzie. Szarzycki mówił i mówił w coraz to większym tempie, gubiąc sens, urywając wyrazy, zjadając pojedyncze literki. Wreszcie słowa modlitwy zaczęło wypierać słowo jedno jedyne: PRZEPRASZAM!. Wirowało coraz szybciej, coraz głośniej w powietrzu, biegało po jego ustach. Gestykulował, ślina kleiła kąciki jego ust. Zabrakło mu tchu. Zamknął oczy, upadł na kolana.

Szarzycki przez całe życie obwiniał się o śmierć swojego kolegi. Tamtego popołudnia piłka po jego strzale wytoczyła się na ulicę. Nie mógł pojąć, dlaczego nie odwrócił się, gdy Jonaszek biegł za piłką. Był pewien, że gdyby widział, krzyknąłby, zrobiłby cokolwiek żeby powstrzymać swojego przyjaciela. Nie umiał sobie wybaczyć. Czuł się winny tej śmierci. Mógł nie strzelać, nie ważne, zrobić cokolwiek. Ci, którzy z nim wtedy grali wiedzieli, że się o wszystko obwinia, ale nie umieli go przekonać, że to nie jego wina. Na pogrzebie nie szedł ze wszystkimi. Stał z boku i bezradnie przyglądał się ostatniej drodze swojego przyjaciela. To on patrzył kilka alejek dalej na matkę Jonasza. Przez cały czas ciekły mu łzy. Chciał podejść, wziąć to na siebie, chciał ją przeprosić. Nie umiał. Stał. Nie mógł zrobić nawet najmniejszego kroku. Cierpiał.

Po tylu latach stanął ponownie na grobie Jonaszka, by przeprosić za tamto popołudnie. Wstał znowu. Chciał się jeszcze pomodlić. Patrzył ponad siebie. Ciężarne niebo wydało na świat swoje deszczowe potomstwo. Błotnista maź zaczęła kleić się do jego czarnych, lakierowanych butów. Szarzycki zaczął się śmiać tak głośno, że jego śmiech niósł się po całym cmentarzu. Odbijał się od nagrobków i wędrował dalej. Zaczął płakać. Jego łzy mieszały się z deszczem a śmiech z płaczem. Zrozumiał, że ten deszcz to sygnał od Jonaszka. Czuł, że te krople zmywają z niego piętno młodości. Czuł się nareszcie wolny i oczyszczony! Świat zaczął wirować mu dookoła. Nie mógł złapać tchu, dusił się coraz to mocniej, chwiał się, nogi miał jak z waty. Resztkami sił opadł na ławce. Złapał się prawą ręka za serce. Krople łez spływały mu po policzkach, następnie po brodzie, kończąc żywot na fioletowej koszuli.
Podbiegła do niego młoda kobieta. Nie rozumiał, co mówi. Jej słowa tępo odbijały się od grubego muru, jakim przed światem otoczyła się jego świadomość. Po chwili usłyszał w oddali zbliżającą się karetkę. Zamknął spokojnie oczy.
Zobaczył gdzieś za mgłą siebie jak rozmawia, z Jonaszkiem, w parku na ich ulubionej ławce.

Podpis: 

majkel30005@wp.pl 2007
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Dzień życia dniem śmierci Krzyż Noc polarna
Z uwagi na pojawiające się wątpliwości-tekst jest od początku do końca fikcją. Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Na północy Norwegii.
Sponsorowane: 100
Auto płaci: 50
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 10
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.