http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
120

Posłannictwo z gwiazd

  Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We wrześniu nagrodą jest książka
Podpalaczka
FStephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Dzień życia dniem śmierci

Z uwagi na pojawiające się wątpliwości-tekst jest od początku do końca fikcją.

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
325
użytkowników.

Gości:
325
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 60927

60927

Drugie Dno cz. 2

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
10-02-19

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantastyka/-/-
Rozmiar
71 kb
Czytane
1432
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
10-02-19

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P18-powyżej 18 lat

Autor: thelinked Podpis: Grzegorz
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Ziemia - świeżo wcielony i młody świat galaktycznej Wspólnoty, a właściwie Imperium; Dalsza część przygód młodej Mei.

Opublikowany w:

thelinked.pl

Drugie Dno cz. 2

"Dostosuj się do rzeki, nie rzekę do siebie."

- Już wychodzisz?
- Tak.
- Coś nie w porządku? Myślałem że Ci się podobało. Rzadko kiedy kobiety są tak wściekłe. W pewnym momencie myślałem że pożresz mnie żywcem, tak wiesz – zarechotał między słowami – naprawdę pożresz.
- Twoje mieszkanie jest obskurne. Sprzątasz tu czasami?
- Wszystkie małolaty w twoim wieku są takie napalone?
- Spieprzaj.
- O, jaka delikatna. Tylko zapytałem, nie obrażaj się słoneczko. Choć tu do mnie, zajmę się twoim złym humorem. No słoneczko?
- Nie mów do mnie słoneczko! - krzyknęła gniewnym głosem - Gdzie są moje majtki?
- Maja nie wychodź, jeszcze wcześnie. Moglibyśmy się zabawić do rana, mam trochę towaru.
- Jesteś żałosny. Nazywam się Mea – powiedziała jakby tłumaczyła coś dziecku.
- Przecież to właśnie powiedziałem.
- Zapytałam gdzie są moje majtki?
- Nie wiem. Co Cię ugryzło? Jeszcze 2 godziny temu zaciągałaś mnie do łóżka a teraz masz jakiś problem!
Czuła się podle. Nawet nie znała tego faceta, który teraz na trzeźwo wydawał się jej strasznym prostakiem i na dodatek śmierdział. Założyła bieliznę i szybkim ruchem wskoczyła w błękitną sukienkę. Siedziała na krawędzi łóżka patrząc tępo w podłogę. Miała ochotę strzelić sobie w głowę. Zabić się i zostać zapomnianą.
- Co ja robię? – wyszeptała do siebie.
Zastanawiała się po co kolejny piątek z rzędu spędziła noc w dyskotece pijąc, ćpając i szukając następnego mężczyzny na którym może wyładować swoje frustracje. Czasem czuła się dziwnie. Miała wrażenie że poluje, szuka swojej zdobyczy, która w ogniu pożądania jest tak łatwa do kontroli. Nie zastanawiała się jednak nad tym zbyt długo. Co tak naprawdę miała innego do roboty? Co mogła robić dziewczyna, której egzystencja według niej samej pozbawiona była jakiegokolwiek sensu i celu? Tonęła w swoim smutku, sama...
- Ej, królewno – trącił ją w ramię – odpływasz czy co? Mówię do Ciebie a ty nic.
- Wychodzę.
- Nie no poczekaj chwilkę. Gdzie będziesz szła jak leje? Późno już, może zostaniesz do rana?
- Nie zostanę w tym chlewie. Rozejrzyj się! Jak ty możesz tu mieszkać? Sprzątałeś tu kiedyś? I kiedy w ogóle się myłeś?
- Zejdź ze mnie smarku. Sama wchodzisz ludziom do łóżka żeby prawić im później higieniczne kazania? Kim Ty w ogóle jesteś do cholery?
- Nikim...
Wstała i skierowała się do drzwi, zabierając po drodze butelkę Samby stojącą na szafce koło łóżka.
- Ej, to mi zostaw. Nie rozdają tego na ulicy – krzyczał za nią mężczyzna.
- Mnie przyda się bardziej – powiedziała pod nosem bardziej do siebie samej niż do niego.
Wyszła na zewnątrz. Korytarz wydawał się o wiele bardziej przerażający niż wtedy gdy tu wchodziła. Zjechała windą na dół.
Padał rzęsisty deszcz ale nie przejmowała się tym zbytnio. Błąkała się po mieście jak duch, przemykając między trawnikami, parkami i budynkami. Całkiem przemoczona w końcu usiadła koło wielkiego dębu w okolicznym parku. Wyłożyła się tak jakby miała zamiar się zdrzemnąć w środku letniego dnia. Odkręciła butelkę i zaczęła pić. Choć samba była syntetykiem, jak większość powszechnie dostępnych alkoholi, była najmocniejsza. Pół litrowa butelka 20% alkoholu w zupełności wystarczyła młodej dziewczynie aby szybko odejść od zmysłów. I choć syntetyki miały do siebie to że szybko wypłukiwały się z organizmu, to nadal był to alkohol, który w zbyt dużych ilościach sprawia że ludzie przestają być ludźmi...
W pół żywa siedziała skulona i kompletnie pijana w strugach deszczu. Rozglądała się ogłupiona po okolicy, kiedy nagle coś przykuło jej uwagę. Mocne, migające niebieskie światło, któremu towarzyszył charakterystyczny dźwięk, przeleciało nad parkiem po czym wylądowało na jego skraju.
Z początku pijana dziewczyna nie była w stanie usłyszeć żadnej swojej myśli, jednak po chwili zorientowała się kto to był. „Strażnicy!” pomyślała przerażona. Po kilku żałosnych próbach podniesienia się z ziemi w końcu się udało. Nie zastanawiając się długo pobiegła co sił w nogach, na tyle na ile pijany człowiek jest w stanie biec, brodząc w błocie i mokrej trawie. Nie ważne jak, nie ważne gdzie - byle w przeciwnym kierunku. Co jakiś czas oglądała się wystraszona za siebie. Tak naprawdę nie wiedziała gdzie biegnie. To nie było ważne. Obraz wirował a serce waliło z wysiłku i przerażenia. Jeśli złapią ją strażnicy, będzie mogła zapomnieć o wyjściach z koloni przez najbliższy miesiąc. Pewnie zablokują jej również wszystkie pieniądze! Jej umysł zalały scenariusze możliwej przyszłości. Wszystko zależało od wyniku wyścigu, więc biegła.
Kiedy dotarła do upragnionego końca trawnika i rogu pobliskiego budynku, nieszczęśliwie potknęła się o krawężnik uderzając z impetem o chodnik. Ból był silny ale czuła go jak przez mgłę. Szybko wstała napompowana adrenaliną, która walczyła z alkoholem buszującym we krwi. Strach był wystarczająco silny żeby chwilowo znieczulić potłuczone i rozcięte miejsca. Biegła przed siebie wysilając się go granic możliwości. Było ciemno i cicho. Jedynie deszcz grał swoją nocną melodię uderzając o twarde chodniki porastające miasto. Przebiegłą kilka przecznic chwiejnym krokiem kiedy adrenalina przestawała działać. Bieg zamienił się w chód, który z kolei ustąpił miejsca wolnemu człapaniu. Dłonie i kolana bolały coraz bardziej.
Zatrzymała się i rozejrzała po okolicy. Była na miejskim placu centralnym. Musiała się ukryć więc rozejrzała się badawczo po okolicy. Nie chciała zostać zauważona przez strażników, choć tak naprawdę nie wiedziała czy w ogóle ją widzieli. Kulejąc podeszła do nieczynnej fontanny, weszła do środka i skuliła się w kłębek.
Chciała być już trzeźwa. Chciała być już w ciepłym łóżku i zapomnieć o wszystkim co się stało. Trzęsła się z zimna. Czarne, mokre włosy przykleiły się do gołych ramion i jeszcze bardziej potęgowały uczucie chłodu.
Siedziała tak z dobrą godzinę zanim całkiem wytrzeźwiała. Nawet nie chciała myśleć co by było jeśli butelka, którą zabrała temu facetowi była by wypełniona naturalnym alkoholem.
„Myśl, myśl!” zdawała się mówić do siebie szukając motywacji. Nie wiedziała co ma robić. Nie mogła wrócić do kolonii, przecież powiedziała że idzie do rodziców swojego przyjaciela na noc. Był ktoś kto mógł jej pomóc – Marek. Czym prędzej musiała do niego zadzwonić. Chwyciła nadgarstek jednak i tu czekała ją przykra niespodzianka. Kiedy się rozebrała zdjęła z ręki chipkom. Nie założyła go później tylko wsadziła do torebki, której teraz nie mogła znaleźć. Zła na siebie uświadomiła sobie że kiedy przewróciła się musiała ją zostawić.
- Budka, budka. Gdzie do cholery są budki!
Wyszła z fontanny i skierowała się na róg skweru. Po drodze minęła jakąś śmiejącą się w najlepsze parę. Kiedy tylko ją zobaczyli natychmiast skierowali się ku drugiej stronie chodnika. Doskonale wiedziała czemu – wyglądała okropnie. W innych okolicznościach sama przestraszyła by się takiej postaci.
- Jest – mruknęła do siebie zbliżając się do budki. Przysunęła rękę do czytnika po czym powietrze przed nią rozświetliło się na niebiesko. Po jakiejś sekundzie świetlista mgiełka ułożyła się w trójwymiarowy obraz przedstawiający tabelkę z jej podstawowymi danymi, zdjęciem oraz kwotą pieniędzy zakodowaną na chipie. Mea wcisnęła „ostatnie numery” po czym automat wyświetlił numery, do których telefonowała z bransoletki chipkomu. Tak naprawdę cały interfejs oraz wszystkie dane takie jak numery czy nazwy kontaktów kodowane były na podskórnym chipie. Automaty w budkach telefonicznych czy bransoletki chipkom służyły jedynie za swego rodzaju wyświetlacze oraz anteny.
Wybrała drugi kontakt z listy a automat rozpoczął wybieranie. Długo nikt nie odbierał jednak po kilku próbach w końcu udało się.
- Halo, Mea to ty? – odezwał się zaspany głos po drugiej stronie.
- Tak. Przyjedziesz po mnie?
- Gdzie ty jesteś? Jest trzecia w nocy!
- Strasznie i zimno. Proszę przyjedź – wyjąkała ledwo powstrzymując się od płaczu.
- No dobrze, zaraz będę. Tylko gdzie Ty w ogóle jesteś?
- Przy Placu Centralnym.
- Będę za 10 minut. Czekaj na parkingu C.
- Dobra, już idę.
- Uważaj na siebie…i na Straż.
- Byli w parku ale chyba im uciekłam.
- Rany! Co ci strzeliło do głowy! Znów byłaś w klubie?
- Proszę nie teraz. Po prostu przyjedź.
- Już jadę, nie ruszaj się stamtąd!
- Czekam.
Wylogowała aparat i szybko poszła szukać wejścia do parkingu C. Zbiegła schodami w dół i przeskoczyła nad bramką rejestrującą. Znalazła ciemny zaułek koło jakiś pojemników i czekała skulona w rogu. Patrzyła przed siebie na przemykające bezszelestnie samochody, które było widać w oddali przez wjazd. Po jakiś 15 minutach jeden skręcił i wjechał na parking. Podjechał do miejsca gdzie siedziała Mea. Silnik zgasł a samochód powoli osiadł na podłożu. Ktoś wysiadł ze środka.
- Mea to ty? – odezwał się męski głos.
- Tu jestem – powiedziała dziewczyna wychodząc powoli z cienia.
- Co się stało?!
Marek zobaczył zmarzniętą i przemoczoną dziewczynę w brudnej i poszarpanej sukience. Cała drżała z zimna.
- Coś ty znów nawyprawiała? – mówił jednocześnie wyciągając koc z bagażnika samochodu.
- Możemy porozmawiać o tym jutro? Nie mam teraz ochoty – po chwili dodała - Mogę u ciebie przenocować?
- Tak, jakoś to wyjaśnię rodzicom…mam nadzieje.
Obydwoje wsiedli do samochodu. Marek przyłożył prawy nadgarstek do kierownicy po czym silnik zapalił i pojazd lekko uniósł się w górę. Wjechali na główną drogę, był mały ruch. Po wjeździe na główną arterię sterowanie pojazdem przejął komputer, który przyśpieszył szybko do kilkuset kilometrów na godzinę. Mea patrzyła tępo na regularnie przemykające światła w tunelu. Marzyła o tym aby zasnąć owinięta kocem i już nigdy się nie obudzić. Aby zostawić to szare i beznadziejne życie, uwolnić się od niego raz na zawsze. Czuła rękę Marka głaskającą ją po głowie. Było ciepło i spokojnie, bezpiecznie.
Odwróciła głowę w stronę szyby. Światła rozbłyskały i gasły w równych odstępach czasu. Stawały się coraz ciemniejsze i rozmyte. W końcu zgasły całkowicie i nie było już nic prócz ciemności.

***

Pościel była miękka i czysta. Było ciepło i sucho. Powoli skuliła się w kłębek. Każdy zmęczony i potłuczony mięsień dawał o sobie znać. Czuła że jest w łóżku, pod miękką pościelą. Pamiętała dokładnie co wydarzyło się poprzedniej nocy ale zachowywała się jak dziecko, które zamykając oczy chce aby coś strasznego po prostu zniknęło, lecz to nie było takie proste. Wcisnęła twarz w poduszkę a łzy płynęły same. Po raz kolejny scenariusz się powtarzał a ona tkwiła w tej diabelskiej karuzeli własnych demonów nie potrafiąc w żaden sposób jej zatrzymać.
Otworzyła w końcu oczy. Znała to miejsce. Była u Marka. Pamiętała ten pokój. Kiedyś ich rodzice się przyjaźnili ale to były dawne czasy, których Mea nie chciała wspominać.
Powoli, z wielkim trudem wygramoliła się z łóżka i skierowała w stronę łazienki, do której prowadziło przejście bezpośrednio z pokoju. Kiedy przełożyła nogę przez próg zapaliło się światło.
- Ciemniej! – światło osłabło. Jej oczy unikały lustra błądząc wszędzie dokoła. Czym prędzej wskoczyła pod prysznic.
– Z góry, średnio ciepła – lecz po chwili namysłu poprawiła – z góry, zimna – i tak też się stało. Oblał ją strumień lodowatej wody, który wywołał głębszy i szybszy oddech oraz gwałtowne bicie serca. Było coraz chłodniej. Tak, ta kara wydawała jej się w tej chwili odpowiednia.
Po wyjściu zauważyła swoją sukienkę wiszącą na wieszaku. Była czysta i nie uszkodzona. Zapewne Marek wsadził ją do maszyny regenerującej. Włożyła ją i wyszła z łazienki kierując się przez wielkie otwarte drzwi, wprost na taras. Uwielbiała to miejsce, od małego tu przesiadywała. Słońce zawsze zalewało wszystko dokoła ciepłą falą. Kiedy spojrzało się przez barierkę, ogród obdarowywał boską zielenią w szum morza, oddalonego zaledwie o kilkaset metrów, uspokajał skołatane nerwy.
Dziś było ciepło, wręcz gorąco. Mewy latały nad plażą a gdzieś daleko widać było frachtowce lecące w stronę portu. O dziwno, jakoś samoczynnie szaleńczy pęd jej myśli, wyrzutów i wewnętrznej kłótni zatrzymał się. Przez chwilę poczuła się taka czysta i niczym nieskalana. Wąchała północny wiatr niosący zapach wybrzeża. Do pokoju wszedł Marek.
- Cześć M. Byłem w kuchni i zauważyłem że już wstałaś – po czym pocałował ją w czoło.
- Co? A, cały czas zapominam. Mówiłeś że nie używasz 4. wymiaru w domu?
- Nie, nie. Mówiłem że powiedzieli nam żebyśmy nie używali a nie że nie używam – zaśmiał się pod nosem.
- Jak teraz wyglądają ćwiczenia Nowych?
- Tak jak dawniej, przecież wiesz. Też nim jesteś.
- Już nie – spuściła głowę gapiąc się w poręcz.
- To że zostałaś przesunęli Cię do Akademii Marynarki, zresztą na własne życzenie, nie znaczy że nim nie jesteś. Urodziłaś się jako Nowy – po czym rozglądnął się w poszukiwaniu leżaka – Nie widziałaś tego starego leżaka?
- Jest w środku. Masz z tego jakieś korzyści?
- Wiesz że nie można używać tych zdolności dla korzyści przeciw innym mieszkańcom. Wszystko rozbija się o ćwiczenia zręcznościowe i taktyczne. Poza Akademią zero zabawy.
- Nie pytam Cię o reguły kodeksu tylko o to co robisz.
- Nie używam ich. Tylko w moim osobistym życiu. Skoro mózg ewoluuje i wszyscy od dawna rodzimy się z tymi zdolnościami to chce je wykorzystać ale na pewno nie po to żeby kogoś wyrolować. Poza tym sama wiesz że to nie takie proste. Nawet Ci co nie trenują mają większe czy mniejsze wyczucie 4. wymiaru. Jakby mnie ktoś przyłapał to tylko same problemy…
- Ja nie mam.
- Czego?
- Wyczucia 4. wymiaru.
- Każdy ma. Albo zepchnęłaś to głęboko w niepamięć albo przyzwyczaiłaś się tak że już tego nie zauważasz.
- Może.
- Wiesz którędy minie Cię przechodzień? Którędy przejedzie samochód? Wiesz co do sekundy kiedy przyjedzie kolej na stacje albo przeleci statek?
- Czasami, ale jakoś nie przywiązuje do tego wagi. Czasem widuje jakieś dziwne cienie czy mgły, nie wiem jak to określić. Kiedy byłam mała i jeździłam z rodzicami za miasto to widziałam je nawet bardzo często. Niedawno na wycieczce również. Tylko w mieście jakoś ich nie widzę.
- To ciekawe, nigdy o tym nie wspominałaś. Pytałaś się o to trenerów?
- Nie, po co – wzruszyła ramionami.
Zapanowała chwila ciszy. Obydwoje wpatrywali się w morze i słuchali ptaków. Marek o czymś rozmyślał, ona chyba o niczym. Chwilę spokoju przerwała przelatująca nisko nad domem kanonierka Straży.
- Cholera, zawsze muszą tak nisko latać?
- Mea może teraz opowiesz mi co się stało? – zapytał jakby nie zwracając uwagi na to co powiedziała wcześniej.
- Co tu do opowiadania.
- Myślę że dużo. Wyciągasz mnie w środku nocy z łóżka to teraz chciałbym chociaż wiedzieć czemu. Co się stało?
- Poszłam do Czarnej Dziury żeby się trochę zabawić – odpowiedziała szybko i zamilkła.
- I już?
- Byłam sama więc dosiadłam się do jakiś facetów... zresztą nie będę się tłumaczyć. Dosiadłam się do nich bo taką miałam ochotę. Mieli jakiś towar, wzięłam trochę.
- I po co? Chodzisz tam żeby walczyć ze swoim życiem zamiast je zaakceptować. Zapędzisz się do grobu, mówię Ci.
- Przynajmniej.
- Przestań pleść takie głupoty. To…
- Mogę skończyć?
- Jeśli chcesz. Szczerze mówiąc domyślam się reszty.
- Chcę dokończyć – przerwała stanowczo.
- Jeśli spowiedź Ci pomoże to proszę bardzo. Ale tylko siebie teraz krzywdzisz.
- Poszłam potańczyć. Dostawiał się do mnie jakiś facet, chyba jeden z tamtych. Nie protestowałam, więc co się dziwić że godzinę później pieprzyłam się z nim w jego mieszkaniu – łzy napłynęły jej do oczy – nawet nie wiesz jaki był obleśny.
Marek nic nie mówił. Po części wiedział co się stało a po części się tego domyślał. Doskonale wiedział że Mea tak naprawdę nie jemu opowiada to co się działo, tylko sobie samej.
- Po wszystkim – ciągnęła dalej – po prostu wyszłam. Zabrałam mu butelkę Samby i poszłam do parku. Znalazłam dość duże drzewo żeby mogło pomieścić wszystkie moje smutki i się wyżaliłam.
- I tak jakoś się stało że się ubrudziłaś i potargałaś sukienkę?
- Straż. Jakiś patrol wylądował w parku więc zaczęłam uciekać. Padało, było błoto. Zgubiłam torebkę.
- Coś tam miałaś?
- Nie, ale to była ładna torebka – pomyślała kiwając głową jakby to było jej największe zmartwienie.
Nie odezwał się. Wyglądał jakby jej wcale nie słuchał. Wpatrywał się gdzieś w niebo leżąc na leżaku i trzymając ręce pod głową. Zaczął nucić jakąś piosenkę.
- Ty mnie w ogóle słuchałeś? – zapytała z zarzutem Mea.
- Po co? I tak opowiadałasz to sobie, mnie to nie było do niczego potrzebne, przynajmniej nie w takich szczegółach. Lubisz się maltretować?
- Co?! Nie przesadzaj.
- Coś Ci opowiem – odezwał się bardzo mądrym ale przyjacielskim tonem – Mogę?
Mea skinęła głową.
- To bardzo stara przypowieść z ksiąg niejakiego Chuang-tse.

W wąwozie Lu był wielki wodospad wysoki na kilka tysięcy stóp. Rozpyloną wodę widać było na setki metrów wokoło. We wzburzonej wodzie u jego podnóży nie mogła przetrwać żadna żywa istota.
Pewnego dnia K’ung Fu-tse, być może znany Ci jako Konfucjusz, przechadzał się brzegiem owego jeziora, do którego wpadał wodospad. W pewnym momencie ujrzał starca wchodzącego pod nawałnicę wody i porywanego przez rwący prąd. Myśląc że biedak się utopi, nakazał jednemu ze swych uczniów pobiec razem z nim aby pomóc nieszczęśnikowi. Kiedy podbiegli do brzegu okazało się że starzec dawno wyszedł z wody i idzie spacerkiem podśpiewując coś pod nosem.
K’ung Fu-tse podszedł do niego.
- Musiałbyś być duchem aby przetrwać coś takiego ale widzę przed sobą człowieka z krwi i kości. Jaką magiczną moc posiadasz, że zdolny jesteś przetrwać taką siłę natury? – powiedział zdumiony.
- Żadnej – odrzekł spokojnie starzec – zanurzam się w wir i razem z nim wynurzam. Dostosowuję się do wody, a nie wodę do siebie. Taki oto mam sposób aby przetrwać.

Mea uśmiechnęła się delikatnie na znak że zrozumiała aluzję a Marek mówił dalej.
- Rodzice kupili mi kiedyś książkę o Taoizmie i stąd to znam – wyjaśnił przerywając samemu sobie – Robisz coś całkiem odwrotnego niż ten starzec. Ten wodospad i woda to życie M. Dobrowolnie do niej wchodzimy. Zanurzamy się w tej twórczej ale i niszczycielskiej potędze, sądząc że możemy ją nagiąć do swoich zachcianek. Wiem że to brzmi brutalnie, ale twoje pragnienie szczęścia jest zachcianką. Nie dostaniesz go dochodząc siłą swoich praw. Masz za złe wszystkiemu dokoła za to jak wygląda twoja egzystencja a najbardziej sobie samej. Nie lubisz tego więc chcesz to zabić. Chcesz to wypocić w seksie z byle kim, albo utopić w hektolitrach alkoholu czy innych specyfików ale Ci się nie uda. Im silniej będziesz uderzać, tym życie silniej Ci odda.
- To co mam zrobić?! Łatwo się mówi komuś kto ma dom, rodzinę, która zawsze mu pomoże. Ja nie mam nikogo i niczego. Może życie to pomyłka w czyichś kalkulacjach?
- Płyń M. Po prostu płyń. Poddaj się życiu bo inaczej sfiksujesz. Wejdź do wody, połóż się na plecach i przyjmuj wszystko co jest możliwe. To ty interpretujesz pewne zdarzenia jako problemy. W naturze nie ma czegoś takiego jak problem. One pojawiają się wtedy, kiedy jakiś kawałek całości, czyli ty, nie potrafi zaakceptować pewnych rzeczy po prostu takim jakimi się dzieją.
- Brawo. Może zostaniesz psychologiem? – obydwoje zaśmiali się do siebie. Jednak w pewnej chwili coś zaświtało jej w głowie. Coś pobudziło skrawek pamięci i nagle pewien obraz stanął jej przed oczyma.
- Czekaj, czekaj – rzuciła podpierając czoło – ktoś mi już coś takiego mówił. Może nieco zwięźlej ale sens był ten sam. Wiem! To był ten imperialny.
- Ten z wycieczki?
- Tak, ten o którym Ci opowiadałam. Niewiarygodne! To było miesiąc temu a prawie całkiem o tym zapomniałam.
- Mówiłaś że chciałaś przejść się tam jeszcze raz porozmawiać z tym Edmundem?
- Aaa, tak sobie tylko gdybałam. I tak tam nie pójdę.
- Dlaczego? Czuję że mogło by to być pożyteczne w twoim obecnym stanie.
- I co powiem? „Cześć, przyszłam odwiedzić Edmunda?”
- Dokładnie tak.
- Chyba oszalałeś!
- Czasem najprostsze rozwiązania są najlepsze.
- Pomyślę. Może to nie jest głupi pomysł. I tak nie mam co robić przez cały dzień. Pracę napiszę jutro więc wyrobię się na poniedziałek.
Pomysł wydał się całkiem dobry, choć jak dla niej dość banalny i nie wierzyła że pozwolą zobaczyć się jej z Edmundem. Co innego wycieczka a co innego byle przechodzień. Była przekonana że jej nie wpuszczą ale nie miała nic lepszego do roboty. Najwyżej zaliczy przyjemny sobotni spacer.
- O której przychodzi Amikus?
- Za godzinę – odparł Marek z wyraźnym zadowoleniem że udało mu się ja namówić na coś pożytecznego.
- To będę się już zbierać.
- Może zostaniesz na śniadanie?
- Mam tabletki, dzięki.
- Nie miałabyś ochoty na jajecznicę? – po czym kusząco uniósł brwi. Spojrzała na niego z uśmiechem.
- Ale z grzankami?
- Jak sobie życzysz!
Obydwoje zaśmiali się z siebie i po chwili zeszli na dół zjeść ostatnio tak rzadkie w jej życiu normalne śniadanie.

***

Było piękne południe. Mea siedziała na plaży pozwalając by fale podmywały jej stopy. Odpoczywając po śniadaniu, zastanawiała się cały czas nad tym co ma robić dziś popołudniu. Czy faktycznie wybrać się do Edmunda? Czy ma to w ogóle jakiś sens? Długo myślała co mu powie jak już go zobaczy. Tak naprawdę wcale go nie zna. „Cześć przyszłam pogadać”? Wydawało się jej to strasznie głupie.
Wolno wstała i skierowała się na wschód, w kierunku ośrodka gdzie mieszkał Edmund, jednak po przejściu kilku kroków zatrzymała się. Daleko na horyzoncie pojawił się wielki frachtowiec startujący z portu w Dool. Okręty były jej pasją, co nie powinno dziwić kiedy chodzi się do akademii lotniczej. Starała się nawet odgadnąć klasę statku jednak był za daleko.
Nagle w jej głowie zrodził się pewien pomysł, którego już dawno nie miała. Kiedyś regularnie jeździła do portu przemysłowego oglądać startujące statki. Kładła się na plaży i podziwiała wielkie cielska wzbijające się w przestworza, marząc o tym aby kiedyś samemu pilotować coś tak ogromnego. Choć plaża przy porcie była niedostępna i odgrodzona, studentów akademii lotniczej bez problemu wpuszczano na teren zamknięty. Wystarczyło powiedzieć że piszę się jakąś pracę i sprawa była załatwiona. Problemem było co innego: jak dostać się 15 kilometrów na wchód?
Było po dwunastej. Akurat pora kiedy największe statki przemysłowe startowały na orbitę po całonocnym załadunku. Gdyby pojechała zwykłą kolejką była by tam za późno, a jeszcze chciała odwiedzić Edmunda. Po dłuższym główkowaniu miała już odpuścić gdy przypomniała sobie coś bardzo przydatnego – mogła pojechać towarowym Kretem.
Był to powszechnie stosowany na różnych planetach Imperium superszybki środek transportu, przypominający gigantyczną dżdżownicę wsuniętą do elektromagnetycznego tunelu. Jakiś czas temu wyparły nawet transport powietrzny, oferując znacznie szybsze dotarcie do celu. Zamiast oblatywać Ziemię jak statki, przemieszczały się tunelami po jak najprostszych liniach oporu, często kilka kilometrów pod powierzchnią planety. Najszybsze Krety poruszały się z kilkukrotną prędkością dźwięku, dzięki czemu można było dotrzeć na drugą stronę Ziemi w kilka godzin.
Lat temu wiele Mea miała wuja, już nieboszczyka, który był zarządcą jednej starej linii towarowej kursującej gdzieś na zachód kontynentu. Zajmowali się wydobyciem jakiegoś kruszcu i transportowaniem go do portu orbitalnego, do którego właśnie chciała się dostać. Często Kret zatrzymywał się pod miastem zabierając kilku znajomych robotników do portu.
Jako mała dziewczynka Mea zawsze spędzała wakacje towarzysząc wujkowi kiedy ten kręcił się po stacjach, portach czy różnych fabrykach. Teraz mogła to wykorzystać, licząc na to że personel będzie ją pamiętał i załapie się na szybką przejażdżkę. Prawdopodobieństwo było duże zważając na fakt że większość robotników to technicy z Układu Debis mający nieco inne poczucie czasu, więc powinni pamiętać tamte czasy jakby to było wczoraj.
Kiedy dotarła na stacje towarową mocno się rozczarowała. Okazało się że linia została przekierowana do innego, większego portu i nie kursuje tędy od dawna. Musiała dać za wygraną, dziś tam nie dotrze.
- Na co ja liczyłam? Że akurat będzie tędy jechać akurat teraz? – burknęła do siebie zdenerwowana. Krzątała się po placu rozdrażniona, jednocześnie zdając sobie sprawę że przecież i tak jest już za późno żeby się tam dostać.
Pewnie dąsała by się jeszcze jakąś chwilę gdyby jej uwagi nie przykuł mały potoczek wody płynący po brudnym placu koło stacji towarowej. Przykucnęła i zaczęła mu się przyglądać. Wygina się, omija przeszkody i dopasowuje do terenu po jakim się przemieszcza. Jeśli drogę do celu coś zastawiło, znajdywał inną…lub inny cel.
- Nic nie robię. Dopasowuje się do wody, nie wodę do siebie – szepnęła do siebie z lekkim uśmiechem – tak musiało być. Widać nie miałam tam dziś dojechać choć wydawało mi się że bardzo tego chce – dodała po krótkim namyśle i po chwili zerwała się na równe nogi przypominając sobie po co w ogóle zawędrowała na plażę.
Miała przecież odwiedzić Edmunda a zbliżała się już 13. Nie zastanawiając się chwili dłużej pomaszerowała w stronę ośrodka. Miała przed sobą godzinę drogi.

***

Kiedy była już prawie na miejscu zorientowała się że podróż zajęła jej nieco więcej czasu niż myślała. Skręciła z ciągnącej się wybrzeżem promenady w prawo po czym znalazła się w małym lasku, który okrywał cieniem całą kamienistą ścieżkę. Jeszcze kilka zakrętów i dotarła do głównej bramy. Tak samo jak za pierwszym razem dziwiło ją że jest to ośrodek zamknięty a nikogo tu nie ma. Z drugiej strony wiedziała że teren nadzorują Imperialni więc sprawa wygląda trochę inaczej, jednak uważała że mimo wszystko powinien ktoś stać na straży – dla samej choćby formalności.
Ogrodzenie z pięknej, zdobionej stali ciągnęło się w prawo i w lewo. Bluszcz i inne rośliny oplatały je miejscami sprawiając że wyglądało jak wielki żywopłot chroniący wejścia do zaczarowanego ogrodu. Panowała absolutna cisza, nikt się tu nie zapuszczał.
Mea stała przed wielką bramą wykonaną z taką samą precyzją jak ogrodzenie całego terenu. Jedno skrzydło było uchylone więc weszła powoli do środka. Po przejściu kilku kroków znalazła się na tej samej polance, na którą trafili z wycieczką kiedy była tu ostatni raz. Powietrze było świeże i rześkie jak po przejściu burzy. Skierowała się w stronę domu, tym razem przyglądając się uważniej okolicy. Dom stał na lekkim wzniesieniu otoczony jedynie trawą i kilkoma krzakami róż. Dokoła rozciągały się lasy. Mea nie miała zielonego pojęcia jak wielki jest teren ośrodka. W rzeczywistości obejmował on wiele hektarów lasów, pól i nawet kilka małych jezior schowanych za niewielkimi wzgórzami na południe od miejsca, w którym stała.
Wolnym krokiem podeszła na dziedziniec. Przed głównym wejściem stała jakaś wysoka blond kobieta w kombinezonie, nie Ziemianka, zapewne jeden z pracowników ośrodka. Mea była jeszcze na tyle daleko że póki co oglądała bogato zdobioną ścianę frontową. Kiedy znów skierowała wzrok na wejście okazało się że kobieta stoi tuż przed nią. Odskoczyła z zaskoczenia.
- Rany! Przepraszam, trochę mnie Pani wystraszyła.
- Mogę w czymś pomóc? – zapytała kobieta z nijakim wyrazem twarzy.
- Chciałam spotkać się z jednym z pacjentów i nie wiem z kim mogę...
- Zdaje sobie Pani sprawę że jest to ośrodek zamknięty. Proszę natychmiast... – nagle przestała i spojrzała w dół jakby czegoś nasłuchiwała – Proszę tu chwilkę zaczekać – odezwała się po chwili już całkiem innym tonem.
Mea lekko zbita z tropu przytaknęła jedynie głową i stała w milczeniu. W jej głowie kotłowała się jedna myśl: „Po cholerę ja tu przyszłam?!”.
Dziwna kobieta stała metr od niej patrząc jej w oczy. Czuła się dość niezręcznie i nie wiedząc za bardzo co robić odwróciła na chwilę głowę, starając się wyglądać jakby naprawdę oglądała piękne kwiaty róż na dziedzińcu, lecz nie wychodziło jej to zbytnio. Kiedy znów spojrzała przed siebie...
- Matko! – krzyknęła i cofnęła się gwałtownie o dwa kroki – Oszaleliście?! Chcecie mnie wystraszyć na śmierć?!
Teraz oprócz kobiety, stał przed nią mężczyzna, jednak jego przynajmniej znała. Był to ten sam Imperialny, który rozmawiał z nią ostatnio mniej więcej w tym samym miejscu – Doctus.
- Teraz jest was dwoje? Pączkujecie czy co?! – po chwili jednak przypomniało jej się że nie znajduje się na pozycji, z której może pozwolić sobie na jakiekolwiek pretensje.
- Gwarantuje że męczymy się tak samo jak wy – odpowiedział znajomy, przyjacielski i delikatny głos.
- Co?
- Spytałaś czy rozmnażamy się przez pączkowanie. Gwarantuję Ci że też musimy się napocić – poczym jego twarz rozpromienił szeroki uśmiech.
- Aaa – zaśmiała się pod nosem rozumiejąc aluzję.
- Witaj Mea.
- Cześć. Przyszłam...
- Odwiedzić Edmunda, wiem – wtrącił spokojnie – zaraz Cię do niego zaprowadzę.
- Czyli mogę zostać? – spytała zaskoczona.
- Tak.
W tym momencie podeszła do niej kobieta z dziwną rękawicą na dłoni, którą wystawiła w jej kierunku.
- Mogę prosić o twój nadgarstek?
Mea już miała wysunąć rękę, ale w tym momencie Doctus spojrzał na kobietę a ta kiwnęła do niego głową, obróciła się i odeszła. Kiedy byli już sami odezwał się.
- To nie będzie potrzebne.
- Nie rozumiem – powiedziała zdziwiona. Skanowanie chipa było dla niej czymś normalnym.
- Nie chcesz być wprowadzona do rejestru gości.
- Nie chce?
- Myślę że powinnaś mi zaufać.
- Skoro tak mówisz to nie będę się kłócić – i uśmiechnęła się do niego z taką sympatią z jaką tylko potrafiła.
- Choć ze mną – ruszyli powolnym krokiem na około budynku - Edmund jest z tyłu domu, siedzi na ławce. I przepraszam że się wystraszyłaś.
- Nie możesz podchodzić normalnie? Po prostu przejść przez drzwi i podejść? – spytała zaciekawiona.
- A myślisz że jak to robię? Sądzisz, moja młoda przyjaciółko że pojawiam się znikąd? – po czym zaśmiał się głośno a brzmiało to jak melodia czy szum wiatru.
Mea była nieco zaskoczona. Nigdy nie widziała tak naturalnie zachowującego się Imperialnego. Od jakiegoś czasu gotowa była sądzić że Ci ludzie w ogóle nie mają poczucia humoru i się nie śmieją.
Mówił dalej.
- Zawsze poruszam się w normalny sposób – tłumaczył bardzo dokładnie ale jakby bez wysiłku, a jego słowa zdawały się wchodzić do głowy i rozumieć same przez się – przynajmniej dla nas ten sposób jest normalny. Nie jesteśmy magikami i nie potrafimy pojawiać się nagle w jakiś miejscach, choć dla was tak może to wyglądać. Używamy w całości przestrzeni 4. wymiarowej i to zazwyczaj stąd wychodzą pewne nieporozumienia oraz niekompatybilności w postrzeganiu jednego zdarzenia, które inaczej może wyglądać dla mnie a inaczej dla Ciebie. Możesz mieć wrażenie że nie potrzebuję czasu aby przemieścić się w przestrzeni.
- Więc wtedy, w łazience na dole też przeszedłeś przed drzwi?
- Oczywiście że tak. Może nie identycznie jak Ty to zrobiłaś ale tak. Wam tylko wydawało się że pojawiłem się nagle. Wiedziałaś kiedyś żeby ktoś z nas pojawił się nagle przed tobą?
- Tak, przed chwilą...
- Rozumiem że patrzyłaś przed siebie i nagle po prostu się pojawiłem?
- No nie do końca... Aha! – powiedziała głośniej nagle olśniona – To się dzieje zawsze kiedy zamykam oczy albo odwracam wzrok!
- To takie specyficznie, nazwijmy to złudzenie. Gdybyś intensywniej rozwijała swoje zdolności to nie było by takich śmiesznych niekompatybilności.
Mea zaczęła czuć się dziwnie. Szli przed siebie i rozmawiali. Czuła że wcale nie muszą patrzeć sobie w oczy żeby czuć się w rozmowie tak uważnie jakby to robili. To było jak wsadzanie swoich słów bezpośrednio do głowy, a raczej rozumu drugiej osoby, choć nadal używało się słowa mówionego.
Nie do końca pojmująca „specyficznie złudzenie” Mea ciągnęła dalej temat.
- Rozumiem że tak to może wyglądać dla mojego wzroku. Tak jakbyś skradał się za moimi plecami. Jednak nie zmienia to faktu, że na przykład przed chwila staliśmy dobre 20 metrów od drzwi. Skoro to złudzenie występuje kiedy nie patrzę, to jeśli bym patrzyła cały czas, nie mrugając oczami, to widziałabym jak wychodzisz z drzwi i idziesz do mnie?
- Mniej więcej.
- Ale jeśli bym zamknęła oczy i otworzyła je za sekundę to stałbyś już przy mnie?
- Jeśli bym tego chciał.
- No i wszystko pięknie, ale tu mój mózg się przegrzewa. A co z czasem? Przecież jeśli bym patrzyła to szedłbyś załóżmy 20 sekund a jeśli bym zamknęła oczy to zajęło by Ci to sekundę?
- Rozumiesz czas interpretując go w perspektywie 3. wymiarów. Chyba nie uważałaś na zajęciach w akademii – powiedział wyraźnie rozbawiony sytuacją Doctus.
- Cóż...
Byli już z tyłu domu. Mea była oszołomiona widokiem jaki ją przywitał. Po lewej i prawej stronie były lasy a między nimi wielkie trawiaste pole ciągnące się kilkaset metrów za domem, aż do zielonych wzgórz daleko w oddali. Pośrodku pola stała pojedyncza ławka na której ktoś leżał.
- Jesteśmy. Tam jest Edmund – wskazał palcem ławkę i zatrzymał się.
- Mam iść sama?
- Oczywiście moja przyjaciółko, mam dużo pracy. Miłego popołudnia – i odwrócił się odchodząc powoli po czym zatrzymał się na chwilę i odezwał – To nieprawda.
- Co nieprawda?
- To nieprawda że nie mamy poczucia humoru. Jesteśmy do siebie bardziej podobni niż Ci się wydaje.
- Na pewno.
Ale Doctus nie odezwał się już tylko szedł dalej. Mea stanęła nieruchomo, otworzyła szeroko oczy i patrzyła się jak odchodzi. Kiedy schował się za rogiem, a ją zaczęły już piec oczy, w końcu zamrugała i powiedziała do siebie: „Faktycznie, po prostu poszedł.”
Stała chwilę rozmyślając, jednak zaraz ruszyła w stronę ławki. Szła kilka minut rozmyślając kto stawia ławkę tak daleko od domu. Kiedy dotarła na miejsce zobaczyła leżącego staruszka wygrzewającego się w słońcu niczym wąż na kamieniu. Momentalnie przypomniała sobie incydent dzięki któremu poznali się i mimowolnie zaśmiała się.
Edmund otworzył oczy po czym znów je zamknął.
- Cześć Cielaku. Widzę że już jesteś – rzucił wyglądając jakby wcale się nie dziwił obecnością dziewczyny.
- Już?
- Miałaś przyjść w niedziele... A może w sobotę? Co za różnica! – skrzywił twarz w zamyśleniu – Już wiem! Miałaś przyjść jakoś w tym tygodniu, ale widzę że już jesteś.
- Kto...
- Choć tak naprawdę to kiedy zaczyna się tydzień jest kwestią względną - mówił do siebie i zdawał się zapomnieć że nie jest sam.
- Nie rozumiem. Kto Ci powiedział że miałam przyjść? Nikomu nic nie mówiłam. Poza tym wpadłam na to dziś rano.
- Doctus przyszedł do mnie wczoraj i powiedział że przyjdziesz.
- Jak mógł Ci to powiedzieć wczoraj skoro wpadłam na to dzisiaj?! – i przewróciła oczami z niedowierzaniem.
- Teraz masz mnie za wariata? Miejsce sprzyjające ale jeszcze nie zwariowałem! Mówię tylko jak było. Przyszedł i powiedział że mogę się Ciebie spodziewać jakoś w tym tygodniu.
- Dobra już dobra. Nie zaczynajmy znów od kłótni...
- Różnica pokoleń, haha! – zaśmiał się szaleńczo.
- Po prostu pewnych rzeczy nie rozumiem – przewróciła oczami i pokiwała głową - Mogę usiąść?
- Nie.
- Dlaczego?!
- Bo nie będziemy tu siedzieć. Choć, chcę Ci coś pokazać – i zerwał się na równe nogi.
Staruszek wyjął z kieszeni gumkę i spiął swoje długie, siwe włosy po czym ruszył w stronę lasu na zachód. Mea szła za nim w milczeniu obserwując okolicę. Po kilku minutach weszli między drzewa. Prowadziła ich szeroka ścieżka poprzecinana tu i ówdzie korzeniami starych drzew. Droga zaczęła piąć się lekko ku górze. Z ziemi wystawały białe, wytarte kamienie. Wiatr lekko poruszał drzewami a ptaki śpiewały głośno. Z czasem było je słuchać coraz rzadziej.
Szli już dobre 20 minut nie odzywając się do siebie ani słowem. Mea zauważyła że zapuścili się głęboko w las i trochę zaniepokojona głuchą ciszą oraz celem podróży zapytała w końcu.
- Edmund?
- Co?
- Dokąd idziemy? Trochę dziwnie się czuję nie wiedząc dokąd idę.
- Boisz się lasu? A może boisz się mnie?! – powiedział stanowczo odwracając się nagle i unosząc kilkukrotnie brwi.
- Zachowujesz się jak dziecko! No idź – znów ruszyli - Wiesz, rzadko chodzę do lasu. Tu jest tak... cicho. W mieście też jest cicho ale tutaj jest tak spokojnie. Wszystko jest takie stabilne.
- Jak to w lesie – wzruszył ramionami – galaktyki nie odkryłaś. Tego się boisz?
- Już sama nie wiem – odparła niepewnie.
Po kilku krokach znów odezwał się Edmund.
- Rodzice nie mają nic przeciwko temu że chodzisz sama w takie miejsca?
Przez chwilę nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie chciała po raz kolejny opowiadać swojej nieciekawej historii. W końcu jednak odezwała się.
- Nie mam rodziców. Mieszkam w Kolonii Wychowawczej.
- To te masowe sierocińce? – spytał mechanicznie, bez żadnych emocji.
- No, coś takiego. Wypuszczą mnie jak będę miała 21 lat, choć Akademię muszę skończyć.
- A oni nie mają nic przeciwko temu że tu jesteś?
- Nie wiedzą. Skłamałam że na weekend idę do rodziców przyjaciela. Napisał mi oświadczenie i podpisał chipem rodziców. Zawsze tak robimy. Do tej pory mnie nie złapali.
- Skoro tak twierdzisz – i w milczeniu szedł dalej.
- Nie zapytasz co się stało z moimi rodzicami? – zapytała zdziwiona.
- Po co? Nie lubię wymuszać takich historyjek od ludzi. Chcesz to mówisz, nie chcesz to nie mówisz– po czym uśmiechnął się szyderczo i żartobliwie.
Przeskoczyli mały strumyczek w niewielkim wąwozie, po czym ścieżka znów pięła się w górę.
- Nie pamiętam mamy. Zmarła jak miałam rok. Podobno pochodziła z Alfy C. Przyleciała na Ziemie z kontyngentem edukacyjnym Imperium. Była misjonarzem w kampanii na rzecz zmniejszania populacji planetarnych. Ironia chciała że zakochała się w Ziemianinie, którego matkę uczyła. Potem urodziłam się ja…
- Co dokładnie robiła twoja matka?
- Kontrolowane zapłodnienia. No wiesz, standardowy program edukacyjny młodych dziewczyn. Uczą nas jak kontrolować umysłowo zapłodnienia. Kobieta ma dziecko kiedy tego chce.
- Wiem, wiem. I ona tego uczyła?
- No.
- Skoro była z Alfy to żyła w 4. fazie?
- No. Oni żyją trochę dłużej od nas. Kiedy się urodziłam miała 31 cykli – Mea podrapała się po głowie – to będzie mniej więcej 150 naszych lat. Znam ją tylko z opowiadań ojca. Ponoć bardzo się kochali, choć ona wiedziała że związek z ziemianinem będzie oznaczał to że cała jej rodzina umrze wcześniej niż ona. Myliła się...
- W takim razie…
- Zginęła w zamachu. Brała udział w Świecie Systemów Przyłączonych. Była tam z polecenia służbowego. Nie należała do patriotów, w przeciwieństwie do taty. Poszła bo musiała i za to zginęła. Podczas uroczystości w Audytorium jacyś terroryści z Wolnej Ziemi zdetonowali ładunki zabijając ponad pięciuset Imperialnych.
- Wolna Ziemia hę? Władza ma z nimi dużo kłopotów. Ci skubańce już dawno załapali 4. wymiar i wykorzystują to przeciwko Imperialnym – obrócił się za siebie – co się dzieje Cielaku?
Podszedł do niej powoli.
- Zmęczyłaś się?
- Nie. Tak się zastanawiałam. Gdyby ona nie zginęła to tata nie poleciałby na misję. Miałabym normalną rodzinę. A tak? - rzuciła patykiem w pobliskie drzewo.
- Trudno, tak bywa. Nie staraj się płynąć pod prąd zdarzeń, których już nie zmienisz.
- Ojca obchodziła tylko ona. Kiedy zginęła ogarnęła go żądza zemsty. Po dwój latach zgłosił się na ochotnika do jakiejś kampanii, gdzieś w światach Rdzenia. Żołnierzyk... Mnie podrzucił do Akademii Lotniczej i zostawił pieniądze na koncie. Fascynujące...
- Zależy od punktu widzenia. Coś bym Ci powiedział ale i tak nie zrozumiesz, jest na to za wcześnie. Podoba Ci się w Akademii? – wtrącił zmieniając temat.
- To jedyna trafiona rzecz w moim życiu. Ojciec wiedział że mam predyspozycje… Przynajmniej tak wynikało z prognozy urodzeniowej. Jakoś w wieku 5 lat przeszłam selekcje i dostałam się. Wiedzieli kim była moja matka więc wsadzili mnie nawet do drużyny szkoleniowej dla Nowych, ale szybko stamtąd zwiałam. Nie mam cierpliwości do medytowania. Chcę być pilotem.
- Czyli zgorzkniała młoda staruszka ma jakieś marzenia. Proszę, proszę. Chcesz służyć w wojsku? – spytał choć już chwilę później się poprawił mówiąc pod nosem – Zresztą, nie ma znaczenia czego chcesz...
- Coś ty. Marzę żeby mieć własny frachtowiec, najlepiej jakiegoś starego behemota albo dromadera. Widziałeś jakie są wielkie?
- Nie znam się na statkach. Dla mnie to tylko fruwające kawałki blachy – przyznał wzruszając ramionami.
- Chciałabym latać po kruszec do najodleglejszych kolonii, do światów Granicznych.
- Nietypowe marzenia jak na nastolatkę – przyznał zdziwiony.
- Masz tyle czasu na przemyślenia, zwiedzasz tyle kultur i światów.
- Raczej kopalń i portów.
- Oj, nie bądź zrzędą Edi.
- W końcu jestem stary, chyba mi wolno?
- A Ty? Nie opowiedziałeś jeszcze nic o sobie. To nie fair, dawaj! – po czym trąciła go w plecy.
- Ej spokojnie jeszcze mnie zabijesz Cielaku, w końcu jestem stary. Więc nazywam się Edmund, mieszkam nieopodal szczęśliwej „trzynastki”, mam 165 centymetrów wzrostu…
- Przestań! Pytałam poważnie.
- Co chcesz wiedzieć?
- Co robiłeś zanim przyjechałeś do miasta?
- To i owo.
- Rozwiniesz ten bogaty zwrot?
- Tamto i owamto – rzucił szaleńcze spojrzenie na Meę po czym zaśmiał się złowieszczo – Dobra już mówię. Mieszkałem na wsi więc śmiało mogę zostać nazwany Wieśniakiem przez duże W. Tam też się urodziłem i wychowałem. Tato był farmerem i działaczem partyjnym a mama była moją mamą i żoną taty – znów zerknął na nią z jeszcze głupszym uśmiechem na twarzy – Zajmowała się domem. Zmarła jak byłem nastolatkiem, chyba na raka płuc.
- Na raka?! Przecież GSO…
- Nie braliśmy GSO. Od małego jedliśmy tylko normalne jedzenie. Choć wielokrotnie tłumaczono nam że nie musimy przestawać jeść, to tata był nieustępliwy. Bał się wszystkiego co było pomysłem Wspólnoty i zemściło się to na nim. Nie pomogła nawet terapia kontroli umysłowej. Wiem że rak jest łatwo wyleczalny, ale moja mama nie mogła sobie jakoś z tym poradzić. Takie było jej przeznaczenie i widać nic nie mogło go zmienić.
Razem z tatą i braćmi dalej uprawialiśmy rolę. Ja zacząłem pisać pierwsze opowiadania do lokalnych gazet. Byłem wychowany w duchu nieufności do Imperium, nie bez przyczyny. Tata przekazywał nam opowieści mojego dziadka i pradziadka o tym jak wyglądały wcześniejsze czasy i jak Imperium majstrowało Ziemią na długo przed Wcieleniem. Dał nam coś jeszcze ale o tym może później…
Gospodarstwo upadało bo nie uzyskaliśmy atestu jakości i nikt nie chciał od nas kupować. Najstarszy z rodzeństwa przeprowadził się gdzieś do Afryki żeby pracować w kopalniach a mały Dodi, zafascynowany wojskiem postanowił zapisać się do Akademii. To był dopiero cios dla ojca. Po kilku latach, kiedy wracałem z pola, znalazłem go martwego w kuchni. Lekarze powiedzieli że miał zawał.
- Co to takiego? – zapytała ze zdziwieniem Mea.
- Zatrzymało mu się serce.
- Samo?
- Widzisz, człowiek jest słabym tworem. Technika pozwala wykorzystywać nam więcej swoich możliwości Cielaku. Zrozumiałem to wiele lat później kiedy sprzedałem ziemię i przeprowadziłem się do miasta. W wielu kwestiach ojciec miał rację, ale w wielu się mylił. Żyjąc w wiecznym zacofaniu wiele traciliśmy. Egzystencja w zgodzie z naturą jest wspaniała, jednak nie można popadać w skrajności pamiętaj o tym! Po to otrzymaliśmy małe mięśnie a wielki mózg żeby z niego korzystać. To złego mieć naprawione zęby czy nową nogę. Pewne rzeczy same się nie zrobią a patrząc na to z innej strony to wszystko jest naturalne nie?
- Nie rozumiem.
- Kiedy ślimak tworzy swoją skorupę to jest to naturalne, bo wykorzystuje swoje możliwości. Kiedy pająk rozplata swoją sieć to jest to naturalne. Sieć to twór jego zdolności. A człowiek? Dlaczego broń, protezy, badania genetyczne czy betonowy schron nie mają być naturalne? Przecież stworzyliśmy je za pomocą naszych umysłów, które są darem natury a nie jakimś tak bublem. Wynikiem skomplikowanej ewolucji w nie mniejszym stopniu niż mięśnie drapieżnika czy owoce drzewa. A, zanudzam – machnął dłonią widząc że daje się ponieść emocjom.
Mea uśmiechała się słuchając szczerych zwierzeń tego staruszka. Czuła się swobodnie i po prostu wesoło, pomimo tematów dużego kalibru. Edmund natomiast kontynuował.
- Po wielu zmaganiach ze samym sobą i swoim wychowaniem, w końcu przyznałem że Imperium...Wspólnota zrobiła wiele dobrego dla tej planety i dla ludzi, choć ich intencje nadal pozostają niejasne.
Szli tak i rozmawiali a ścieżka zostawiała za nimi coraz więcej zakrętów, spadów i wzniesień. Nagle Edmund zatrzymał się.
- O, jesteśmy.
Stali na malutkiej, leśnej polance schowanej pod drzewami. Pośrodku tego zacisznego zagajnika stała leśniczówka z małym tarasem, na którym stały dwa fotele bujane. Domek był niewielki i w całości wykonany z drewna co bardzo zaskoczyło Meę. Miał dwuspadowy dach i duże okno z zasłoną w środku, znajdujące się obok drzwi wejściowych. Obok, pomiędzy dwoma drzewami rozciągnięty był hamak, a przed tarasem stał stolik z czterema drewnianymi pniami służącymi za siedziska. Na stoliku rozłożone były szachy.
- Znów nie skończyłem partyjki z Doctusem – wskazał palcem stolik kiedy przechodzili obok.
- Grasz z nim w szachy?! – spytała wyraźnie zaskoczona Mea.
- Lutarian też człowiek, grać musi. Ostatnio wygrałem dwa wielkie obrazy z jego pracowni.
- On maluje?
- Widziałaś obrazy w budynku?
- Te kolorowe wzorki?
- Tak. Lutarianie to urodzeni artyści. Żebyś słyszała jak śpiewają! – zachwycał się staruszek – Wracając do tych obrazów. On je wszystkie namalował. Mówi że kiedy zagłębia się w swoją naturę ta zaczyna sama malować i powstają takie właśnie dzieła. Nie wiem co w nich jest, ale faktycznie wywołują pożądany przez autora efekt. Na przykład uspokajają Cię albo nawet usypiają! Doctus opowiadał mi że na planecie z której pochodzi wszystko ma swoją symbolikę i działa w konkretny sposób.
- Też słyszałam o systemie Lutaria. Nie wiedziałam że Doctus jest jednym z nich. Ponoć są bardzo wpływowi i szanowani we Wspólnocie – odpowiedziała dziewczyna rozglądając się po okolicy – Co to za miejsce? Gdzie my w ogóle jesteśmy?
- To moja działeczka.
- Zbudowałeś to miejsce?
- To był jeden z moich warunków kiedy decydowałem się tu przeprowadzić. Opowiadałem Ci o tym, pamiętasz?
- Tak, tak.
- Dawno temu poprosiłem Doctusa o skrawek ziemi w lesie i kilku ludzi do pomocy. Oczywiście wszystko chciałem zbudować tradycyjnymi narzędziami. Żebyś widziała imperialnych piłujących deski piłą, ha! Ubaw po pachy! Sami świetnie się bawili, choć są nieco słabi – Mea spojrzała na niego pytająco – No wiesz, fizycznie. Nie nadają się do porządnej roboty. Wszystko robią za nich maszyny a tu figa! Mieli przyjść bez tych swoich fajerwerków i pracować. Oj było śmiesznie.
- Dziwie się że tak bardzo idą ci na rękę – kręciła głową dotykając porozrzucane po okolicy, dziwne przedmioty - Nie stanowisz dla nich większego zagrożenia, nie trzymasz ich w szachu. Ludzie już nawet o tobie nie pamiętają.
Edmund nic nie odpowiedział. Wzruszył tylko ramionami jakby go nie interesowało dlaczego tak jest. Być może nie chciał odpowiadać na to pytanie...
- Trzymam tu moje różne klamoty – zmienił temat - Tak naprawdę spędzam tu większość czasu. Rzadko siedzę w moim pokoju w kompleksie. Choć do środka!
Weszli na ganek a Edmund wyciągnął z kieszeni metalowy klucz.
- Co to takiego – spytała Mea zdziwiona.
- Co? To?! – zdziwił się jeszcze bardziej starzec.
- Co to jest?
- Jak to co? Klucze.
- I jak się nim otwiera drzwi?
- No tak.
I wsadził klucz w zamek po czym przekręcił dwa razy. Wcisnął klamkę i drzwi zaskrzypiały.
- Wszystko trzeba robić samemu – szepnęła do siebie Mea po czym weszła do środka – Światło! – powiedziała głośno chcąc sprawdzić czy coś się stanie.
- Haha, zapomnij mała. Tu nie ma energii przynajmniej takiej która napędza jakiekolwiek urządzenia. Chcesz światło? Tam są świece – odpowiedział wskazując palcami półkę w kredensie pod ścianą.
- Świecisz świecami? – uśmiechnęła się pod nosem chwytając jedną w dłoń.
- A no. Wiem, może dziwić Cię to miejsce ale chciałem mieć swoje królestwo, niczym nie przypominające zewnętrznego świata. To wnętrze mnie nie rozprasza. Królestwo Edmunda! Witaj moja królewno.
- Witaj, witaj. Podoba mi się tutaj. Wszystko jest takie – kręciła dłonią szukając słowa – stare? Tak tu spokojnie.
- Tutaj medytuje i czytam stare książki. Ale nie przyprowadziłem Ci tutaj żeby chwalić się starą oborą. Siadaj Cielaku – pokazał palcem na zakurzony tapczan, który stał pod ścianą obok prawdziwego kominka na drewno.
Mea usiadła podwijając sukienkę z przyzwyczajenia i czekała ciekawa o co też może chodzić Edmundowi. Rozglądnęła się dokoła. Na ścianach wisiało wiele obrazów i różnych suszonych roślin. Za nią znajdowała się biblioteczka z wieloma papierowymi książkami, które jak dotąd widywała jedynie w bibliotece muzealnej. Całe pomieszczenie śmierdziało trochę stęchlizną, wilgocią i starością. Obok drzwi wejściowych, pod oknem stał stolik z dwoma krzesłami a koło kominka dwa fotele zdawały się debatować między sobą o przyszłych losach tego miejsca.
Dziadek tymczasem klęknął na jedno kolano i grzebał ręką pod sofą naprzeciwko. Przeklął kilka razy pod nosem, coś do siebie powiedział i po chwili wytargał coś siłą spod sofy. Była to paczka zawinięta w szary papier i zawiązana sznurkiem. Cała zakurzona i brudna.
Edmund podciągnął do niej jeden z foteli i usiadł na nim. Po chwili jednak wstał i sięgnął po świeczkę, której zapomniał zabrać ze stolika. Pomimo że było popołudnie, mało światła dostawało się do wnętrza chatki przez jedno frontowe okno i otwarte drzwi. Dodatkowy mrok fundowały drzewa pod którymi znajdowała się polanka. Zapanowała chwila ciszy. Nie było słychać nic prócz śpiewu ptaka, gdzieś w oddali. Moment był wręcz magiczny, niczym wyjęty z bajki. Mea miała wrażenie że czas się zatrzymał. Urzekł ją płomień świecy, który wesoło migotał i kołysał się na wszystkie strony. Nigdzie wcześniej nie czuła się tak przytulnie jak tu. Pierwszy raz była w takim miejscu, w takich okolicznościach. No i jeszcze ta tajemnicza paczka…
Edmund zaczął rozwiązywać sznurek i szeleścić papierem, który ściągał z paczki. Kiedy mu się udało i trochę pokaszlał przez latający wszędzie kurz, trzymał na kolanach kartonowe pudełko. Powoli chwycił za pokrywkę, uniósł i potrząsnął kilka razy żeby odpadła od reszty.
Mea siedziała w milczeniu przyglądając się cierpliwie temu co robił. W końcu wyciągnął z pudełka dwa grube pliki równych kartek, złączone osobno klamrami magnetycznymi. Pierwszy z plików położył na podłodze, natomiast drugi przetarł ręką i uśmiechnął się do siebie. Jedną ręką chwycił za metalowy grzbiet, który tworzyła trzymająca kartki w kupie klamra, a drugą luźny koniec pliku. Pooglądał ze w wszystkich stron, powąchał po czym pochwycił arkusze między kciuk i cztery pozostałe palce prawej dłoni, wygiął je i przepuścił powoli kartki pod kciukiem, jakby oglądając czy są wszystkie.
Kiedy skończył odezwał się w końcu.
- No i jest.
- Co to takiego? – odparła błyskawicznie Mea, którą żywcem pożerała ciekawość.
- To po co Cię tu sprowadziłem. Kiedy wpadliśmy na siebie pierwszy raz, podkreślam wpadliśmy! – wykrztusił mocniejszym tonem - rozmawialiśmy później w łazience. Opowiedziałem Ci kilka zalążków historyjek. Widziałem że jesteś zainteresowana tymi tematami. Poza tym Doctus dał mi do zrozumienia żebym Ci To pokazał.
- Co on ma do tego?
- Przyszedł do mnie po tym jak powiedział że mnie odwiedzisz i zasugerował że może powinienem Ci pokazać skarby jakie trzymam w swojej chacie i że pewnie Ci się spodobają.
- Nie rozumiem go. Jakie motywy nim kierują? – spojrzała pytająco na Edmunda.
- Ciężko powiedzieć. Już dawno przestałem się nad tym zastanawiać. Często działa w sposób pozbawiony logiki. Choć ja uważam że logika jest wszędzie, tylko nie wszędzie taka sama. To że go nie rozumiemy nie znaczy że nie działa według jakiegoś planu. Wszystko co się dzieje jest potrzebne.
- A co to jest? – wskazała na gruby plik, który trzymał na kolanach.
- A właśnie. Chciałem Ci to pożyczyć – po czym podał jej arkusze.
Mea chwyciła je obydwoma rękoma ale mimo wszystko, kiedy puścił je Edmund lekko opadły w dół.
- Matko jakie to ciężkie, tu będzie z 500 stron. Kto używa jeszcze papieru do przechowywania takiej ilości informacji?
- Są bardzo stare, zaczynają już żółknąć. Gdzieniegdzie blaknie też druk.
Dziewczyna oglądała okładkę, której rolę pełniła grubsza kartka z kompletnie złuszczonymi narożnikami. Nie było na niej nic prócz małego obrazka przedstawiającego jakby płatki czy łezki ułożone w spiralę. Nieco przypominało to muszlę. Obok był napis jak sądziła Mea, będący częścią tego obrazka.
- Nie potrafię tego odczytać, nie znam tego języka. Co tu jest napisane?
- ”Projekt Asystent”. To w jakimś starym języku ale ojciec mi powiedział. Treść natomiast przetłumaczono na tak zwany „angielski”, bardzo podobny do ziemskiego. Na tyle że powinnaś wszystko zrozumieć.
- Co to znaczy? Czym jest ten projekt?
- Mogę ci jedynie opowiedzieć to co przekazał mi ojciec. Chcesz wersję ze szczegółami czy ogólną?
- Środkową.
- Dobra. Dostałem to od niego a on znów od swojego, czyli mojego dziadka. Nie mam pojęcia skąd to wziął. Nie znałem go a ojciec nigdy mi nie opowiedział.
- Co ci powiedział o tym? – wtrąciła niczym niecierpliwe dziecko.
- No przecież chciałem właśnie mówić.
- A, przepraszam.
- Tata mówił że ponad 200 lat temu, przed przybyciem Imperium życie wyglądało całkiem inaczej. Ludzi było bardzo dużo ale byli manipulowani na każdym kroku. Oj dużo by mówić o społeczeństwie, pogadamy o tym kiedy indziej. W każdym razie blisko początku nowego kalendarza, wielu ludzi zaczynało podejrzewać że coś na świecie jest nie tak. Dociekali, szukali i węszyli. Tak naprawdę jedynym wolnym środkiem komunikacji był Internet. Taka okrojona wersja dzisiejszego Spacecomu, tyle że działająca oczywiście tylko na obszarze Ziemi.
Podobno poznała się jakaś grupka ludzi i zaczęli używać hipnozy żeby badać siebie nawzajem.
- Tak po prostu?
- No wygląda na to że chyba tak. Wtedy nie trzeba było mieć pozwolenia na hipnotyzowanie. Z tego co mówił ojciec, to hipnoza uznawana wtedy była za taki dziwny środek zabiegowy. Niby się ją stosowało w leczeniu, ale z drugiej strony wiele ludzi w to nie wierzyło.
- Dziwne.
- Takie czasy – wzruszył ramionami - W każdym razie dużo ludzi miało wtedy tak zwane channelingi. No po prostu rozmawiali ze swoją podświadomością, choć wielu sądziło że się kontaktują z kimś obcym, no nie ważne. I ta grupa też tak miała. Szybko okazało się że podświadomość jednego z nich ma dostęp do świadomości tej no…
- Archetypowej?
- No przecież mówię. W ten sposób uzyskali wiele cennych informacji o tym jak naprawdę wygląda świat, skąd się wzięła rasa Ziemian i jaką w tym wszystkim odgrywa rolę Imperium.
- To wszystko jest tutaj? – zapytała Mea wskazując palcem na plik kartek.
- Tak.
- I nikt Ci tego nie zabrał? Teraz za niekontrolowany kontakt z podświadomością są surowe kary a ty masz tu masę zapisku takich kontaktów!
- Przecież jestem wariatem, nie pamiętasz? Poza tym Doctus pozwolił mi to zatrzymać.
- Nie rozumiem go coraz bardziej – pokiwała na boki głową po czym mówiła dalej – To stąd czerpałeś inspirację do swoich niewygodnych artykułów?
- Po części. Do dziś dziwię się że nikt wtedy tego nie znalazł. Oczywiście mam kilkanaście kopii pochowanych tu i ówdzie, ale to jest oryginał – wskazał z dumą egzemplarz trzymany przez dziewczynę.
- Dlaczego mi to dajesz? Po co? Co ja mam z tym zrobić?
- Poczytaj sobie. Od razu było widać że interesujesz się czymś więcej niż tą sieczką mentalną, którą teraz was karmią.
- A jak to znajdą?
- Spokojnie. To zwykły papier spięty kawałkiem metalu. Nie ma tu żadnych czujników ani nadajników. Nikt tego nawet nie zauważy. Ich ufność w technikę kiedyś ich zgubi. Nie zapisałbym Ci tego na chipie.
- Mam po prostu czytać?
- Masz to czego chciałaś. Być może jest w tym ziarno prawdy, której szukasz.
- Dzięki ale nie wiem czy mogę…
Rozmowę przerwało pukanie dobiegające od strony wejścia. Obydwoje obrócili się szybko. Przed drzwiami stała jakaś wysoka postać. Z początku nie mogli jej rozpoznać w półmroku jednak chwilę później odezwał się Edmund.
- Doctus? Co Ty tutaj robisz? – spytał zaskoczony – Myślałem że macie teraz...
- Obawiam się że nasza przyjaciółka będzie musiała pójść ze mną – odpowiedział, lecz tym razem jego głos nie brzmiał już tak przyjemnie jak poprzednio.
- Dopiero przyszliśmy, nawet nie zdążyliśmy sobie dobrze porozmawiać.
- I zdaje się że na tym dziś poprzestaniecie – odwrócił się w stronę Mei – zdaje się że masz kłopoty.
- Ja?! Co się dzieje? - skurcz ścisnął jej żołądek.
- Lecą tu strażnicy.
- Co?! Po mnie? Po co?
- Myślę że Ty wiesz to najlepiej – odpowiedział Lutarian.
- Powiedziałeś im że tu jestem! – krzyknęła w jego kierunku Mea, czując że strach gwałtownie zamienia się w gniew.
- Mylisz się – odpowiedział spokojnie Doctus.
- Kłamiesz! - zerwała się z tapczanu i cofnęła w kąt - Wiedziałam że coś jest z tobą nie tak. Wraaa! Specjalnie mnie podpuszczałeś co?!
Dziewczyna krzyczała i zdawała się coraz bardziej denerwować. Nawet sam Edmund był zaskoczony jak szybko wpadła w furię. Przypominała zaszczute zwierze, które nie panuje nad własnymi odruchami. Tymczasem Mea czuła się oszukana. Po raz pierwszy od wielu lat poczuła dreszczyk emocji i wolności. Była już gotowa uwierzyć że ten imperialny jest inny lecz teraz miała ochotę rozerwać go na strzępy.
- Cielaku uspokój się, coś musiało być nie tak, Doctus nie zrobiłby...
- Zamknij się! - wrzasnęła na staruszka nie kontrolując się.
Edmund cofnął się spoglądając na Doctusa. Atmosfera była coraz bardziej napięta. Wystarczył jeden nieostrożny ruch żeby doszło do sprzeczki. Lutarian nie reagował. Stał przed drzwiami spoglądając na dziewczynę w milczeniu. Po kilku minutach Mea zaczęła powoli uspokajać się. Spojrzała na swoje dłonie, które zacisnęły się w pięści. Wyraz twarzy złagodniał a mięśnie rozluźniły się. Powoli powracało racjonalne myślenie.
- Co się ze mną dzieje?! - szepnęła do siebie zdziwiona.
Podniosła wzrok i rozejrzała się po pomieszczeniu szukając Edmunda. Kiedy w końcu napotkała jego wzrok nie mogła z siebie nic wykrztusić.
- Przepraszam. Ja...ja nie wiem co się ze mną stało.
- Nie masz mnie za co przepraszać Cielaku. Troszkę mnie tylko zaskoczyłaś, nie wiedziałem że taka z ciebie wojownicza księżniczka. Ale uwierz mi, Doctus na pewno nie poinformował tych strażników.
Dziewczyna odwróciła głowę żeby spojrzeć na Lutarianina stojącego przed wejściem. On natomiast patrzył na nią przenikliwym wzrokiem, bardziej zaciekawiony niż zaskoczony tym co się wydarzyło. Wyglądał jakby wcale nie dziwiło go jej wybuchowe zachowanie, jakby coś wiedział, choć nie dawał tego po sobie znać. Obserwował badawczo po czym odwrócił się i odszedł kilka kroków od domku. Mea wybiegła za nim.
- Naprawdę przepraszam, nie chciałam! Nie wiem co się ze mną stało tam w środku, nigdy się tak nie denerwowałam.
- Mało o sobie wiesz – odezwał się bardzo cichym i spokojnym głosem - Przyjdzie moment kiedy wszystko zrozumiesz ale jeszcze nie teraz, jeszcze jest za wcześnie – po czym odwrócił się przodem do niej.
- Myślisz że jeśli chciałbym im o Tobie powiedzieć to odwołałbym skanowanie twojego chipa? Prawda jest taka że nie powinni wiedzieć że tu jesteś. Nie istotne jak, ważne jest to że Cię znaleźli.
- Ale jak?! – rozłożyła bezradnie ręce.
- Musiałaś przechodzić koło jakiegoś automatycznego punktu rejestracyjnego idąc tutaj wybrzeżem. Całe miasto i okolice są nimi naszpikowane.
- Nie przechodziłam przez żadną bramkę!
- Nie mówię o bramce tylko o punkcie rejestrującym. Są schowane pod powierzchnią gruntu. Wystarczy że zbliżysz się na 10 metrów i już zostajesz zapisana.
- Co?! Pierwszy raz o tym słyszę. Dlaczego nikt o tym nic nie wie?
- Nie wiecie o wielu rzeczach ale nie mamy teraz czasu na taką rozmowę moja przyjaciółko. Chwilę temu dostaliśmy informację że numer twojego chipa był ostatnio rejestrowany w tym rejonie. Otrzymaliśmy również pytanie czy ktoś cię nie widział.
- Powiedziałeś im że tu jestem?
- Nie ja. Zarządzam tym miejscem ale nie mogę kontrolować całkowicie moich podwładnych ani tym bardziej zakazywać im postępowania zgodnego z procedurą. Ktoś z personelu po prostu zgłosił że widziano Cię tutaj i poprosił o ich przybycie.
- Świetnie! Mam przechlapane – powiedziała do samej siebie.
- No, no. Nieźle narozrabiałaś Cielaku – wtrącił Edmund wychodząc na zewnątrz – Weź sobie plecak na swoje rzeczy, jest pod stołem.
Mea szybko zerwała się i schowała plik kartek do starego plecaka. Doctus ponaglał ich.
- Myślę że powinniśmy już iść. Lepiej dla Ciebie jeśli po prostu na nich zaczekasz. Nie ma sensu znów uciekać.
- Wiem, chodźmy już – powiedziała zasmucona po czym obróciła się do staruszka – Przepraszam, nie chciałam narobić problemów, naprawdę.
- Mnie ich nie narobiłaś, tylko sobie Cielaku.
- Idziesz?
- Myślę że zostanę tutaj. Mam trochę do posprzątania. Idź mała, pogadamy innym razem.
- Jeśli jeszcze w ogóle kiedykolwiek mnie wypuszczą… Do zobaczenia.
Edmund machnął tylko ręką po czym wszedł z powrotem do chaty. Doctus nic nie mówił tylko wskazał jej palcem ścieżkę chcąc najwyraźniej aby tamtędy poszła. Ruszyła więc szybkim krokiem kierując się z powrotem do ośrodka.
Nie rozmawiali wcale. Co jakiś czas spoglądała do tyłu czy jest za nią ale za każdym razem gdy patrzyła wydawał się być w innej odległości, tak jakby oglądać różne urywki jakiegoś filmu. Nie fascynowało jej to jednak teraz ani trochę. Cały czas myślała tylko o tym jak się dowiedzieli i co ważniejsze dlaczego akurat teraz, w tak ważnym momencie. W pewnej chwili dobiegł jej uszu znajomy i przyjemny głos.
- Tak miało być – odezwał się Nordyk.
- Co?
- Tak miało być. Mieli cię znaleźć akurat teraz.
- Znów szperasz mi po głowie? – odpowiedziała lekko rozdrażniona brakiem prywatności.
- Mylisz się sądząc że czytam w twoich myślach. Rzucasz nimi na lewo i prawo więc po prostu je słyszę.
- Wielkie dzięki. Może lepiej przestanę w ogóle myśleć?
- Myślę że tak będzie najlepiej – i uśmiechnął się do niej.
Szli już spory kawałek i zbliżali się do ośrodka. W pewnym momencie Mea usłyszała charakterystyczny dźwięk lądującej w oddali strażniczej kanonierki, przypominający mocne dmuchanie wiatru przeplatane cichym gwizdaniem. „Są już” pomyślała.
- Tak jest – odpowiedział na głos Doctus - Pośpieszmy się.
Po chwili wyszli z lasu na tą samą wielką łąkę, z której jakąś godzinę temu wyruszyła razem z Edmundem do jego leśniczówki. Niedaleko ławki stał duży, ciemny pojazd przypominający helikopter bez śmigła, z małymi skrzydłami po bokach i charakterystyczną sporą kulą w jego dolnej, tylnej części, będącą pokrywą silnika. Dalej w tył wystawał statecznik, wyglądający jak jaskółczy ogon. Spod skrzydeł błyskały szybko i naprzemiennie niebieskie światła. Był to standardowy pojazd patrolowy Straży, napędzany silnikiem antygrawitacyjnym.
Koło maszyny stało dwóch funkcjonariuszy. Doctus skierował się w ich stronę a Mea poszła za nim. Kiedy zbliżali się do miejsca lądowania, strażnicy zobaczyli ich po czym ruszyli powolutku aby wyjść im na spotkanie.
Mea znała aż za dobrze tych typów, już wiele razy miała z nimi do czynienia.
Jakieś sto lat temu Straż zastąpiła całkowicie różne organizacje pilnujące porządku, takie jak policja. Imperium nakazało ujednolicić organizacje porządkowe na całej planecie, aby łatwiej było je kontrolować.
W końcu się spotkali koło ławki na której wcześniej leżał Edmund.
- Witaj Panie – powiedział jeden ze strażników, po czym ukłonił się.
- Witajcie Panowie – z uśmiechem odrzekł Doctus.
Stało przed nimi dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn, w czarno-niebieskich kombinezonach mechanicznych. Mieli zdjęte hełmy a ich głowy były jedyną częścią ciała, która miała bezpośredni kontakt ze światem zewnętrznym. W końcu nie bez powodu nazywano ich potocznie „słoikami”. Kombinezony całkowicie okrywały ciała strażników, wzmacniając mechanicznie siłę ich mięśni. W całej Straży obowiązywało podobne umundurowanie, choć bardziej pasuje tu słowo opancerzenie.
Większość społeczeństwa niechętnie podchodziła do pomysłu aż tak mocnego wyposażania funkcjonariuszy służb, które miały pełnić funkcje typowo policyjne, jednak Imperium było nieugięte. Wielu ironizowało że teraz zamiast pilnowania porządku przez służby porządkowe, Ziemia doczekała się paramilitarnej organizacji szybkiego uciszania problemów. Jednak nie da się zadowolić wszystkich, jak zwykł mawiać Cesarz.
- Mea L’ark Numer Personalny 224567? – zapytał jeden z funkcjonariuszy.
- Tak – cicho odpowiedziała wysuwając jednocześnie prawą rękę.
Strażnik przyłożył rękę do jej nadgarstka po czym na wyświetlaczu pancerza, na jego prawym przedramieniu ukazały się pełne dane osobowe Mei.
- Pójdzie Pani z nami – po czym odwrócił się w kierunku Doctusa i lekko pokłonił – Panie, mamy rozkaz odeskortować tą kobietę do Koloni Wychowawczej numer 7.
- Czyńcie co do Was należy – powiedział z niewzruszonym uśmiechem i lekko popchnął Meę przyjacielsko przesuwając palcem po jej placach.
Odwróciła się do niego i uniosła brwi ze zdziwienia. Nagle drugi ze strażników wyrwał jej plecak, który trzymała w rękach.
- Musimy zrewidować Pani rzeczy. Ma Pani przy sobie coś oprócz tego? – zapytał wyciągając plik kartek z plecaka.
- Oddajcie mi to, to moje! – krzyknęła nagle Mea.
- Oddamy kiedy sprawdzimy zawartość – odparł surowo drugi z funkcjonariuszy.
- Nie macie prawa, to moje prywatne notatki – wrzeszczała wściekła na strażników, jednocześnie obawiając się tego co mogą tam znaleźć.
- Od kiedy ktoś notuje tyle informacji na papierze? – zapytał zdziwiony strażnik.
- Mogę sobie notować nawet na własnej dupie, to nie wasza sprawa. Oddawaj! – i machnęła ręką starając się dosięgnąć pliku trzymanego przez strażnika.
- Albo się uspokoisz młoda damo, albo będziesz miała poważne problemy…
Widząc coraz bardziej napięta sytuację, w końcu odezwał się Doctus.
- Panowie, proszę o przekazanie tych dokumentów. Zdaje się że to zapiski jednego z naszych pacjentów. Ta młoda dziewczyna musiała je ukraść – zabrzmiał spokojnie a jego głos sprawił że wszyscy poczuli się bardziej opanowani.
- Musimy wpisać to do protokołu zatrzymania, Panie – wyjaśnił funkcjonariusz.
- Proszę pominąć ten przedmiot – powtórzył nadal spokojnie ale już bez uśmiechu na twarzy.
- Ale to wbrew regulaminowi – wykręcał się strażnik i najwyraźniej bojąc się konsekwencji musiał się upewnić – Panie, będę musiał poprosić o autoryzację aby pominąć czynności regulaminowe – wybełkotał z wyraźnie dającą się słyszeć niepewnością w głosie.
Dla wielu Imperialnych sprawdzanie ich przez Ziemian uchodziło za hańbę i brak szacunku, przez co ziemskie służby bały się nawet o to pytać.
- Proszę bardzo – odrzekł neutralnie Doctus - Wysłannik dyplomatyczny z polecenia Wspólnoty. Rozkaz numer 22. Zarządca misji usuwania błędów w procesie ujednolicania cywilizacyjnego systemów przyłączonych. Numer autoryzacji 67-alfa-12.
Strażnik powoli zbliżył się. Kiedy stanął naprzeciw Doctusa widać było narastającą niepewność i przerażenie w jego zachowaniu. Mea przyglądała się tej scenie z niemałą satysfakcją. Funkcjonariusz nawet w pancerzu był o głowę niższy Doctusa. Uniósł rękę.
- Mogę? – spytał potulnie?
- Proszę – odparł spokojnie imperialny, po czym strażnik niepewnie przybliżył swoją prawą rękę do jego czoła.
Po sekundzie wyświetlacz zapłonął na niebiesko i wyświetlił numer: 67-A-12. Strażnik momentalnie cofnął się o krok, ukłonił i kazał swojemu koledze oddać plik.
- Bardzo przepraszam Panie ale… - próbował usprawiedliwiać się młody funkcjonariusz.
- Nie tłumacz mi się, wykonywałeś swoje obowiązki – odpowiedział znów uśmiechając się Doctus po czym odebrał od strażników plik arkuszy – To chyba tyle Panowie. Zabierzcie dziewczynę.
- Tak Panie.
Obydwoje ukłonili się, zrobili dwa kroki w tył po czym odwrócili się i ruszyli w stronę kanonierki prowadząc Meę przed sobą. Kiedy wchodziła do pojazdu obróciła się żeby spojrzeć na Doctusa ale już go tam nie było. Strażnik popchnął ją lekko i wskazał miejsce na pryczy pod ścianą. Usiadła i zaciągnęła uprząż zabezpieczającą.
Właz zamknął się i trochę zatrzęsło. Kanonierka powoli wzniosła się w powietrze wydając z siebie jedynie ciche specyficznie szumienie i nagle ruszyła z dużą szybkością w stronę miasta.
Mea miała sobie za złe że nie pomyślała i nie zostawiła kartek u Edmunda. Wtedy nie doszło by do tej głupiej sceny. „A jak teraz będą mieć przeze mnie problemy?” pomyślała. I pewnie pluła by sobie tak w brodę cały czas gdyby w pewnym momencie nie poczuła czegoś dziwnego, choć znajomego. To było to samo uczucie, co za pierwszym razem kiedy rozmawiała z Doctusem. Znów czuła że patrzą sobie w oczy pomimo że tak nie jest. Czuła że jest w niej, choć była już daleko. Jakiś czas zastanawiała się co Lutarian stara się jej przekazać i dopiero po dłuższej chwili rozszyfrowała swoje uczucia, a raczej to co do niej mówił: „Spokojnie. Wszystko jest takie jak miało być. Nie rób nic a wszystko się wyjaśni. Dostosuj się do wody, nie wodę do siebie – pamiętaj o tym!” Dalej nie słyszała już nic.
Po tych słowach przypomniała sobie opowieść o starcu i wodospadzie. Jej twarz rozpromieniła się. Uśmiechnęła się szczerze do strażnika, który siedział na drugiej pryczy i nieco zdziwiony zerknął na kolegę. Wyciągnęła przed siebie nogi jednocześnie wsadzając ręce za głowę i odprężyła się na tyle na ile pozwalały jej okoliczności.
- Płyń z prądem – wyszeptała cicho i zamknęła oczy.

Podpis: 

Grzegorz sierpień 2009
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Dzień życia dniem śmierci Krzyż Noc polarna
Z uwagi na pojawiające się wątpliwości-tekst jest od początku do końca fikcją. Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Na północy Norwegii.
Sponsorowane: 100
Auto płaci: 50
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 10
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.