http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Posłannictwo z gwiazd

  Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We październiku nagrodą jest książka
Powtórka z morderstwa
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Mój świat

Zagubienie, zbrodnia, kara.

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
473
użytkowników.

Gości:
473
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 60928

60928

Drugie Dno cz. 3

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
10-02-19

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantastyka/-/-
Rozmiar
74 kb
Czytane
1311
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
10-02-19

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P18-powyżej 18 lat

Autor: thelinked Podpis: Grzegorz
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Ziemia - świeżo wcielony i młody świat galaktycznej Wspólnoty, a właściwie Imperium; Dalsza część przygód młodej Mei.

Opublikowany w:

thelinked.pl

Drugie Dno cz. 3

"W rzeczy samej, nic nie jest złem ani dobrem samo przez się, tylko myśl nasza czyni to i owo takim. "

Raz...dwa...trzy, przerwa. Raz...dwa...trzy, przerwa. Raz...dwa...trzy, przerwa. Patrzyła na czerwone światło migające rytmicznie nad żelazną śluzą. Palec sam z siebie przesuwał się po zimnej i gładkiej powierzchni, a ona była przekonana że bez trudu może go w niej zatopić. Wszystko wyglądało jakoś niewyraźnie i mgliście. Wiedziała gdzie się znajduje, jednak teraz docierały do niej całkiem inne kolory, całkiem inne obrazy i zapachy. To było jakby senne odbicie prawdziwej rzeczywistości, która tutaj wydawała się taka miękka i pozbawiona spójności, tak plastyczna. Uśmiechała się błogo nie czując chłodu drażniącego jej ciało, które zatraciło spójne granice. Światło było tak bardzo hipnotyzujące. Czuła że tam jest lecz zarazem jej nie ma.
Ten dziwny stan przerwały głośne, choć początkowo niezrozumiałe dźwięki docierające gdzieś z dołu. Gwałtownie oderwała palec od ściany jakby ją poparzyła. Zakręciło jej się w głowie. Czuła jak jej ciało zacieśnia się i w pewien sposób zamyka, zasklepia – w przeciwieństwie do tego czego doświadczała jeszcze przed sekundą. Otoczenie również zdawało się stawać twardsze, ściany ciemniały a chłód był coraz bardziej dokuczający.
Niezrozumiałe dźwięki docierające do jej głowy powtarzały się kilkukrotnie. Czuła że jest już tak blisko ich zrozumienia. Przypominało to pojedyncze głoski przelatujące przez jej umysł, jakieś urywane dźwięki. Starała się skleić je w słowa ale sprawiało to wyjątkową trudność. Głos był coraz wyraźniejszy, coraz bliższy. Już prawie zaczynała rozumieć...
- Hej! Jesteś tam młoda damo? – jakiś człowiek zabrzmiał szorstko z kondygnacji poniżej.
- Już do Pani idziemy, proszę poczekać jeszcze sekundę – wtórował mu ktoś drugi.
Przetarła oczy i nerwowo rozglądnęła się wokoło. Ocknęła się z dziwnego stanu w jakim znajdywała się jeszcze przed chwilą. Stała przed zamkniętym włazem, nad którym migały czerwone światła ostrzegawcze, w ciemnym tunelu. Z nią były jedynie schody a pod stopami podłoga z drobnej kraty stalowej, przez którą widziała niższa kondygnację. Usłyszała dźwięk metalu uderzającego o metal, rytmiczny i regularny. Spojrzała w dół przez kratową podłogę. Dwóch strażników wolnymi krokami zmierzało w stronę schodów. Po chwili dwie, ogromne sylwetki wyłoniły się jedna za drugą i stanęły naprzeciwko niej.
- O, słoiki – szepnęła pod nosem patrząc na strażników i chwytając się za bolącą głowę – Witam Panów. Możemy w końcu iść, trochę zmarzłam.
- Proszę się uspokoić, procedury to procedury. No, już idziemy Pani... – zerknął pomocniczo na wyświetlacz na swoim prawym przedramieniu – Meo.
- Pani kolonia wychowawcza została poinformowana o procedurze zatrzymania na posterunku – odpowiedział drugi, stojący nieco z tyłu, po czym odezwał się znów pierwszy.
- Poinformowaliśmy również dyrektora placówki o procedurze odeskortowania Pani do kolonii, którą właśnie wykonamy.
Mea zerknęła na nich z nieco zaskoczonym wyrazem twarzy nie mogąc powstrzymać uśmiechu cisnącego się na usta.
- Moglibyście być komentatorami sportowymi, tak ładnie się uzupełniacie. Może łączy was coś więcej?
- Wystarczy! – powiedział uniesionym głosem strażnik stojący z tyłu, po czym wyszedł na pierwszy plan – Ruszaj! Nie mamy czasu na głupie gadki.
- Okej, okej! Spokojnie, wycięli wam z genów poczucie humoru czy co? – odwróciła się.
Stanęła przed włazem prawie dotykając go nosem. Jeden ze strażników podszedł bliżej, przyłożył nadgarstek a raczej część pancerza osłaniającą go do czytnika. Czerwone, migające światło zmieniło kolor na zielony, mechanizmy zanurzone w ścianach zajęczały leniwie, coś syknęło i właz otworzył się błyskawicznie.
Zimny i przeszywający ale zarazem świeży wiatr uderzył w twarz Mei, rozwiewając jej mokre włosy. Rzęsisty deszcz oblał nogi strumieniem. Spojrzała na niebo, które przypominało jedną czarną plamę, co jakiś czas rozświetlaną błyskawicami.
Był wieczór. Pogoda szybko się zmieniła. Jeszcze 2 godziny temu słońce grzało ciepłymi promieniami, a teraz jej skóra momentalnie pokryła się gęsią skórą a zęby zaczęły cichutko klekotać. Do kanonierki zadokowanej w uchwycie cumowniczym było jakieś 20 metrów. 20 metrów w strugach deszczu, falach lodowatego wiatru, pod burzowym niebem na szczycie Cytadeli Straży.
Nie musiała czekać długo aby poczuć na plecach delikatne pchnięcie stalowej dłoni. Strażnik wskazał palcem na pojazd czekający z otwartym włazem. Dziewczyna zmrużyła oczy, chwyciła łokcie i skulona pobiegła co sił przed siebie by po chwili z upragnieniem wskoczyć do wnętrza kanonierki oświetlonego chłodnym, błękitnym światłem. Usiadła na pryczy, zaciągnęła uprząż i czekała. Strażnicy zdawali się nie śpieszyć, spacerując powolutku w jej kierunku. Kiedy wsiedli właz zamknął się. Z pancerzy ściekały strumienie wody zalewając całą podłogę.
Jeden z nich usiadł zaraz za pilotem tupiąc mocno w podłogę. Pilot spojrzał w tył przez właz oddzielający kokpit od tyłu pojazdu. Strażnik zakręcił palcem w powietrzu i pokazał wyświetlacz na swoim przedramieniu po czym usadowił się wygodnie, jakby do snu. Silnik zadziałał wydając z siebie cichy szum a pojazd poderwał się bardzo szybko, wciskając wnętrzności w stopy.
- Za 5 minut będzie Pani w domu.
- Świetnie, nie mogę się doczekać – odpowiedziała ironicznie Mea.
- Dyrektor placówki już na Panią czeka.
Podciągnęła nogi i skuliła się rozmyślając nad dziwnym stanem w jakimś się znalazła kilka minut wcześniej. Było jej wyjątkowo zimno. Patrzyła w podłogę pojazdu, który bez najmniejszego wstrząsu sunął nad miastem przeszywając powietrze.
Wiele zmieniło się w ziemskiej technice od czasu przybycia Imperium. Napędy antygrawitacyjne wyparły prawie całkowicie silniki odrzutowe, choć jak na razie były zarezerwowane jedynie dla wojska. Pojazdy cywilne oraz maszyny Straży Cywilnej, takie jak kanonierka, używały silnika wykorzystującego w jakimś stopniu antygrawitację, jednak nie całkowicie. Nie przeszkadzało to w nazywaniu ich pospolicie „antygrawitacyjnymi” pomimo że nie do końca tak działały. Wykorzystywały one zjawisko tworzenia własnej „smugi” grawitacyjnej, od której się odpychały. Wpływało to na niewyobrażalnie zwiększenie zwrotności oraz prędkości w stosunku do starych, ziemskich technologii. Jednak prawo imperialne nie pozwalało na montowanie w pojazdach Straży Cywilnej oraz maszynach komercyjnych, silników zdolnych wytworzyć bąble grawitacyjne, wyjmujące pojazdy całkowicie poza nawias praw fizyki. Nowym społeczeństwom pomagać trzeba powoli i tak samo powoli dzielić się z nimi technologią. Bunt na nowo przyłączonych planetach jest zjawiskiem normalnym, z którym trzeba się liczyć a przewaga technologiczna powinna pozostać na bezpiecznym poziomie – przynajmniej do momentu kiedy edukacja społeczna nie wypleni idei buntu całkowicie z głów mieszkańców.
- Jesteśmy. Trzymajcie się, muszę zacumować do meduzy – z głośników odezwał się głos pilota.
Meduzą żartobliwie nazywano dachy różnych budynków administracyjnych, które przez wystające z nich niczym liście palmy doki cumownicze dla pojazdów Straży, przypominały głowę mitycznej Meduzy.
Pojazd gwałtownie zwolnił, co znów spowodowało nieprzyjemne przemieszczenie się wnętrzności. Po chwili zatrzymał się a oczekującą cisze przerwał zgrzyt i lekki wstrząs. Z głośników znów odezwał się pilot:
- Wpiąłem się, możecie ją wypuścić – po czym właz otworzył się. Do wnętrza kanonierki wlał się niczym ściek wilgotny zapach tunelu prowadzącego do budynku.
- No, do następnego razu młoda damo – odezwał się strażnik, opierając się jedną ręką o właz i dżentelmeńskim gestem wskazując wyjście – Pani pozwoli...
Mea bez słów przeszła przez drzwi, które zaraz za nią zamknęły się i zatrzasnęły. Usłyszała zgrzyt i lekkie drgania – kanonierka wypięła się z doku. Marząc już tylko o ciepłym łóżku, szybkim krokiem podeszła do głównych drzwi wejściowych. Zbliżyła rękę do czytnika, który wydał z siebie przyjemne i delikatne piknięcie – właz rozsunął się. Białe światło odbijające się od jasnych, sterylnych ścian oraz posadzki oślepiło ją. Poczuła miłą i świeżą woń przypominającą zapach kwiatów. Wnętrze kolonii tak mocno kontrastowało z tunelem prowadzącym do doku.
Automatycznie skierowała się do windy. Wcisnęła przycisk i czekała. Po kilku sekundach drzwi otworzyły się a Mea weszła i wybrała swoje piętro, jednak przycisk nie podświetlił się. Wcisnęła go ponownie jednak to również nie pomogło. Zamiast tego podświetliło się inne piętro a drzwi zatrzasnęły się same. Winda ruszyła.
Dziewczyna uśmiechnęła się do siebie. Wiedziała co się dzieje. Kiedy opuściła windę podeszła do drzwi klatki schodowej. Podsunęła nadgarstek pod czytnik, który odpowiedział głośnym brzęczeniem. Teraz była pewna – dyrektorka chciała ją widzieć i zablokowała jej numer personalny. Wiedziała że nie otworzy żadnych drzwi, prócz tych prowadzących do gabinetu Matki Koloni.
Wolnym krokiem skierowała się więc w tamtym kierunku. Stanęła przed wejściem, wzięła głęboki wdech i przyłożyła rękę do czytnika. Urządzenie piknęło przyjemnie i właz otworzył się.
W ogromnym pokoju, pod samym oknem na kilkustopniowym podwyższeniu podłogi stało duże biurko za którym siedziała porządkująca coś starsza kobieta.
- No jesteś wreszcie. Wejdź.
- Dzień dobry – odpowiedziała Mea nieco speszona ale uśmiechnięta.
- Usiądź proszę – wskazała na sofę po czym wstała od biurka i sama usiadła obok młodej dziewczyny.
Była w sędziwym wieku, około 90-ki, zważając na średni czas życia człowieka wynoszący 130 lat. Miała na sobie długą, białą szatę okrywającą całe jej ciało. Siwe włosy spięte były w kok na czubku głowy, a oczy wydawały się tak ciepłe i matczyne.
- Mea, drogie dziecko. Wiesz że każdego tutaj traktujemy wyjątkowo i cenimy każdą indywidualność z należytym jej szacunkiem. Mam nadzieję że jesteś tego świadoma?
- Oczywiście Pani – odpowiedziała Mea, zdając sobie jednocześnie sprawę że to kompletne bzdury. Najgorsza była świadomość że tacy ludzie jak dyrektorka matka, szczerze wierzyli w prawdziwość bzdur jakie przekazywali innym ludziom.
- Więc – ciągnęła dalej głosem bardzo powolnym i perfekcyjnie kontrolowanym – powiedz mi moja droga co się dzieje? Wiem że przeżywasz ostatnio burzliwy okres. Staramy się ze wszystkich sił abyś czuła się u nas jak w domu, jednak nie pomagasz nam w tym zadaniu. Rozumiem że chcesz być niezależna, co więcej, chcemy Ci to umożliwić ale – przerwała na moment wpatrując się w okno – jeśli chcemy zbudować silne społeczeństwo, odrodzić się jako ludzie, musimy kierować się pewnymi zasadami. Rozumiesz? Zasadami.
- Tak, oczywiście.
- A ty nam tego nie ułatwiasz moja droga. Okłamałaś nas. Okłamałaś mnie a to naprawdę boli. Jesteś dla mnie jak moje własne dziecko, wszyscy jesteście dla mnie jak dzieci. Czy okłamałabyś swoją własną matkę, która ze wszystkich sił pragnie Ci pomóc?
- Nie...chyba nie – odpowiedziała przerażona tym co słyszy. Wcześniej lekceważyła pracowników kolonii, teraz zaczynała się ich naprawdę bać.
- Powiedziałaś że spędzisz weekend w inny sposób niż to zrobiłaś. Zaufałam Ci przekazując w twoje ręce przepustkę, jak się okazało błędnie. Co więcej zagroziłaś jednemu z głównych programów edukacyjnych, który jest dla nas, ludzi tak ważny.
Sposób w jaki dyrektorka odgrywała emocje był naprawdę perfekcyjny. Nawet oporni i sceptyczni ludzie z czasem musieli ulec tak doskonałej manipulacji.
- Nie rozumiem moja Pani o co chodzi – odpowiedziała Mea czująca coraz większy strach i dezorientację zarazem. Kobieta pokiwała głową podkreślając własne niedowierzanie. Po chwili milczenia kontynuowała.
- Odbyłaś stosunek płciowy z obcym mężczyzną...
- Co?! To nieprawda! Nie widziałam się z żadnym mężczyzną! – starała się protestować przestraszona i zarazem zdziwiona dziewczyna. W jej głowie kotłowały się myśli. „Skąd o nim wiedzieli?”
- Rozumiem twoje wyrzuty sumienia po tym czynie, ale kłamstwo na nic się nie zda. Chcemy ci pomóc, nie musisz się obawiać. Zadbaliśmy już o to ścierwo, tego łotra który Cię wykorzystał moje dziecko.
- Zadbaliście? - spytała cicho czując jak coraz ciężej przełknąć jej ślinę.
- Został aresztowany i skazany za gwałt – odpowiedziała z uśmiechem i spokojem kobieta.
- Co?! On mnie nie zgwałcił – wybuchła Mea nie mogą już dłużej wytrzymać.
- Nie musisz go dłużej bronić, już nic Ci nie zrobi – mówiła spokojnie dyrektorka – Nie możemy pozwolić aby rozniosło się że absolwentki kolonii wychowawczych, które mają być wzorem samokontroli zapłodnień, puszczają się z prymitywami z dyskotek narażając doskonały program Wspólnoty na szwank!
- Ale on jest niewinny. To ja zaproponowałam mu...
- To nie ma kompletnie żadnego znaczenia! - wykrzyczała kobieta zrywając się nagle na równe nogi, po czym jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki znów zmieniła wyraz twarzy na uśmiechnięty i spokojnym głosem kontynuowała – Pomijając fakt picia alkoholu w środku miasta i przeszkadzania swojemu przyjacielowi oraz jego rodzinie, dopuściłaś się kradzieży w ośrodku badawczo naukowym Wspólnoty. Straż złożyła nam dokładny raport z twojego zatrzymania. Nawet nie wiesz jak nam wstyd za ciebie. Masz wielkie szczęście że nie trafiłaś do więzienia tylko z powrotem tutaj. Na dziś skończyłam i cieszę się że czujesz skruchę – spojrzała w milczeniu na deszcz spływający po oknach, stanowiących właściwie szklaną ścianę za biurkiem – możesz odejść do swojego pokoju.
- Rozumiem. To wszystko? – spojrzała na dyrektorkę zaciskając zęby i starając się powstrzymać łzy.
- Tak moja droga. Niestety jestem zmuszona zakazać Ci opuszczania twojego pokoju przez najbliższe dwa tygodnie. W zajęciach szkolnych będziesz uczestniczyć przez sieć.
- Rozumiem – odpowiedziała dziewczyna, w której emocje powoli zaczynały zastygać tworząc grubą skorupę wokół jej wrażliwego wnętrza.
- Wyjątkiem będzie Święto Przyłączenia i Dzień Imperialny. Cała kolonia stawi się na przemówieniu w Audytorium Centralnym.
- Jak sobie Pani życzy.
- I nie miej mi tego za złe. Naprawdę staram się dla Was i chcę jak najlepiej. To dzięki takim jak Ty, Ziemia zmieni się w kwitnący kwiat Wspólnoty. Właśnie dlatego musicie świecić przykładem.
Mea wstała i opuściła gabinet. W ciszy skierowała się do windy a później do własnego pokoju. Na stole leżała torebka, którą zgubiła dwa dni wcześniej. Domyślała się że znalazł ją patrol słoików przed którym uciekała. Zdjęła przemoczoną sukienkę i weszła pod prysznic. Gorąca woda parowała coraz bardziej zmniejszając widoczność w kabinie. Przykucnęła opierając się o ścianę. Rękami podciągnęła kolana. Woda spływająca po jej twarzy mieszała się ze łzami. Nie mogła się uspokoić. Cały czas myślała o facecie, którego zaciągnęła do łóżka. Zniszczyła mu życie, tak po prostu. Przecież nie był niczemu winien.
- Cholera! – wykrzyczała uderzając z całej siły pięścią w brodzik. Rękę przeszedł przeszywający ból ale nie zwróciła na to uwagi. Była zła na siebie. Nie na system lecz na siebie. Dyrektorka dobrze wiedziała co mówi. Meę zżerało poczucie winy przesłaniające wszechobecną inwigilację oraz kontrolę. Była skłonna wyrzec się całej wolności, swobody oraz przeciwstawiania się systemowi byle nie ucierpiał przez nią nikt więcej. Chciała całkowicie podporządkować się zasadom, podporządkować się świetlanej i kochającej Wspólnocie.

***

Lekki wiatr kołysał trawą, która swoją miękkością przypominała jedwabne posłanie łoża. Niebo, tak bardzo błękitne trzymało w swoich objęciach ledwie kilka małych obłoczków, które leniwie przemieszczały się w jednym kierunku. Było ciepło ale nie gorąco – idealnie. Nawet nie wiedziała co tu robi. Nawet nie wiedziała że tu jest. Był tylko ten moment, pozbawiony jej osoby. Kiedy zaczęła się zastanawiać co się właściwie dzieje nagle zerwała się na równe nogi i badawczo rozglądnęła wokoło.
Znajdowała się na małej, idealnie zielonej łące pod przepięknym, czystym niebem. Ciepły wiatr delikatnie muskał jej twarz, mimowolnie wywołując delikatny uśmiech. Przykucnęła by dotknąć trawy o tak kusząco żywym kolorze. Była delikatna jak puch i zarazem na tyle twarda aby bez obaw po niej stąpać.
Ponownie otworzyła oczy. Jej uwagę przykuł dziwny szczegół – łąka z każdej strony otoczona była wysokimi skałami. Podbiegłą do ściany przesuwając po niej dłonią. Coraz szybszymi krokami przemieszczała się wzdłuż naturalnego, kamiennego muru uświadamiając sobie że znajduje się w pułapce bez wyjścia. Oszołomienie przepięknym krajobrazem ustąpiło miejsca uczuciu narastającego niepokoju. Po kilku chwilach wróciła do miejsca, w którym pierwszy raz dotknęła ściany – zatoczyła koło. Nie wiedziała co robić. Ściany były zbyt wysokie aby móc się na nie wspiąć. Z drugiej strony po co to robić skoro tutaj jest wszystko czego potrzebuje? Może po prostu lepiej tu pozostać nie zastanawiając się nad tym czego zrobić się nie da?
Utonęła by w tych niekończących się rozważaniach, gdyby nie dziwny dźwięk jaki dotarł do niej zza pleców. Odwróciła się szybkich ruchem i spojrzała na fragment ściany. Początkowo nic nie różniło go od reszty kamiennego muru otaczającego łąkę lecz już po chwili zaczęło dziać się coś, czego nie potrafiła zrozumieć. Kamienie wydawały się drgać i przemieszczać a jednocześnie wcale nie poruszać. Powietrze zaczęło falować jak gdyby cała ściana była bardzo gorąca a otoczenie jaśniało tracąc kontrast, oślepiając i dezorientując. W uszach zaczęło brzęczeć i dudnieć. Coraz silniej z każdą chwilą. Co ciekawe powoli hipnotyzowało ją, sprawiając że nie mogła się poruszyć ani odwrócić wzroku. Nawet drażniący nozdrza silny zapach przypominający siarkę nie rozproszył jej na tyle aby spojrzała w inną stronę.
W pewnej chwili wiatr ucichł. Włosy opadły delikatnie okrywając jej ramiona. Choć serce biło miarowo, miała wrażenie że czas stanął w miejscu. Falujące powietrze zastygło w bezruchu, trawa przestała się kołysać a obłoczki na niebie znieruchomiały. Nawet brzęczenie w uszach ustało oddając pola głuchej ciszy i rytmicznemu dudnieniu serca. Stała jak zaczarowana patrząc się we fragment ściany jaśniejący nienaturalnie.
Nagle, w wielkiej plamie światła dostrzegła wolno pojawiającą się postać a za nią drugą. Widziała jedynie ciemnie cienie zbliżające się coraz szybciej. Jej goście przechodzili przez „dziurę” w murze bezszelestnie, zdając się nieść jakiś pakunek. Po kilku krokach zatrzymali się. Było to dwóch mężczyzn ubranych w metalowe pancerze, dokładnie takie jakie widziała na lekcjach historii poświęconych epoce zwanej średniowieczem. Byli wysocy, potężnie zbudowani a jednocześnie smukli i w jakiś niewytłumaczalny sposób delikatni. Na głowach mieli wysokie, pociągłe hełmy odbijające intensywnie biel otoczenia.
Mea nie mogła otworzyć ust, choć bardzo chciała dowiedzieć się co jest grane. Czuła że jest we władaniu jakiejś obezwładniającej siły, której w żaden sposób nie może się przeciwstawić. Zafascynowana i jednocześnie przerażona patrzyła na dwóch dziwnych mężczyzn trzymających drewnianą skrzynię. Nim zorientowała się, rycerze stali przed nią na wyciągnięcie ręki, pomimo że ułamek sekundy wcześniej dzieliło ich kilka kroków. W tym miejscu i okolicznościach nie potrafiła racjonalnie odmierzać czasu.
Bez słowa opuścili skrzynię i cofnęli się o krok. Jeden z nich wskazał palcem na tajemniczy pakunek. Kiedy spojrzała na kufer w jej umyśle, niczym fajerwerki rozbłysły uczucia, które już po chwili ubrała w słowa: „Tu znajdziesz wyjście.”
Kiedy znów podniosła wzrok postaci zmierzały do wyjścia. Blokada ciała, która utrzymywała ją na baczność nagle puściła. Upadła na ziemię niczym bezwładna kukła. Zanim straciła przytomność jeszcze raz spojrzała na gości opuszczających jej dziwną krainę – tym razem nie mieli już na sobie zbroi. Tym razem nie przypominali już nawet ludzi...

Dźwięk budzika wyrwał Meę ze snu. Otworzyła oczy zdezorientowana, rozglądając się nerwowo po pokoju. Deszcz uderzał o parapet a zza okna docierały ciche pomruki burzowego nieba. Wszystko było zanurzone w półmroku i spokoju. Chwilę trwało zanim doszła do siebie po tym dziwnym śnie. Przeciągnęła się kilka razy i znów schowała pod pościel. Kolejny dzień w tym pokoju. To już prawie tydzień odkąd dostałą zakaz opuszczania kwatery. Choć doskwierała jej samotność, zdawała sobie sprawę że to i tak niewystarczające zadośćuczynienie za te wszystkie złe czyny jakich się dopuściła. Znów wychyliła głowę spod pościeli patrząc znudzonym wzrokiem w sufit.
Była sobota. Dziś Mea nie miała zajęć, choć bynajmniej nie z powodu dnia tygodnia. Był wyjątkowy dzień, od dawna oczekiwane Święto Systemów Przyłączonych. I choć deszcz za oknem zdawał się niczym nie przejmować i krzyżować plany, ona wiedziała że imperium nie pozwoli aby byle burza zepsuła tą ważną dla nich uroczystość. Z pewnością centrum kontroli pogody zajmie się deszczem a w południe nad miastem zaświeci Słońce, na pięknym i bezchmurnym niebie.
Rozglądnęła się po pokoju jakby czegoś szukając w półmroku.
- Sterowanie głosem – wymamrotała przez sklejone jeszcze usta, po czym znów się przeciągnęła.
- Rozumiem Meo, sterowanie uruchomione – odpowiedział subtelny męski głos komputera mieszkaniowego – życzysz sobie poranną dawkę GSO czy może kilka utworów muzycznych?
- Przecież wyłączyłam program sugestii, dlaczego mi to mówisz? Dlaczego ty w ogóle coś mówisz?
- Wybacz, główna macierz budynku aktualizowała dziś oprogramowanie i niektóre funkcje mogły wrócić do wartości domyślnych.
- Wyłącz sugestie i komunikaty głosowe – tym razem odpowiedziało jej jedynie ciche piknięcie potwierdzające odebranie komunikatu – Uruchom PC – dodała.
Podciągnęła się i oparła o ścianę za łóżkiem. Około metra przed nią powietrze zabarwiło się na błękitny kolor, przypominający kłębiącą mgiełkę, po czym błyskawicznie uformował się trójwymiarowy obraz interfejsu. Ręką chwyciła ikonę dużego pomarańczowego „S” i przeciągnęła ją bliżej siebie po czym uderzyła w nią dwukrotnie. Pomimo że cały obraz zawieszony był w powietrzu, jego poszczególne elementy stawiały delikatny opór na dotyk, aby urealnić doznania z obsługi holograficznych projektorów.
Kilka centymetrów bliżej dziewczyny pojawiło się nowe okno z obracającym się „S” i komunikatem „nawiązywanie połączenia”. Po chwili rozbłysł napis „Witaj w SpaceCom” a poniżej „zaloguj się do sieci”. Mea zbliżyła nadgarstek do kwadratowego obszaru poniżej wyświetlonego komunikatu. Kolor tła z czerwonego zamienił się w zielony po czym w prawym górnym rogu pojawiły się podstawowe dane osobowe korzystającego z sieci. Mea uruchomiła witrynę swojej kolonii wychowawczej aby poznać szczegóły zbiórki przez wyjściem na główną ceremonię Święta Systemów Przyłączonych. Kiedy dowiedziała się co i jak wystarczyło słowo – Wyloguj i zamknij – a cały obraz znikł w ułamku sekundy.
- Rozjaśnij szyby!
Okno stało się bardziej przejrzyste i bezbarwne, wpuszczając do pomieszczenia więcej światła niż poprzednio. Mea podniosła się niechętnie opuszczając nogi na podłogę a pościel zrzucając na bok. Miała właśnie wstawać gdyby nie dziwna powierzchnia jaką wyczuła swoimi palcami. Początkowo wydawało jej się że to dywan jednak było zbyt gładkie. Przesunęła stopą sprawdzając dziwny przedmiot leżący pod jej łóżkiem. Ostre krawędzie, cztery narożniki. W jej głowie pojawiła się myśl co to może być jednak logika zaprzeczała tym podejrzeniom. Zeskoczyła szybko z łóżka i kucnęła. Na podłodze leżał plik papierowych arkuszy połączonych metalowym klipsem. Dokładnie ten sam, który otrzymała od Edmunda.
Delikatnym i powolnym ruchem podniosła go, jak gdyby bojąc się że rozsypie się w pył niczym marzenie senne. Nie potrafiła zrozumieć jakim cudem kartki zabrane przez Doctusa znalazły się w jej pokoju, pomimo faktu że wieczorem pod łóżkiem nic nie było.
- Ktoś tu wchodził? - zapytała sama siebie rozglądając się po pokoju. Wstała szybko aby sprawdzić drzwi wejściowe. Były zamknięte od środka. Położyła plik kartek na półce i odsunęła się od niego na bezpieczną odległość. Przyglądała się ze zdumieniem i nie do końca potrafiła pogodzić to co widzi z tym co ma w głowie. Uczucie zafascynowania zaczęło ustępować lękowi. Mea bała się że w jej życiu, które dopiero postanowiła ustatkować i ułożyć tak jak należy, zaczyna dziać się coś niewytłumaczalnego. Bała się że te kartki mogą zburzyć ten nowy porządek. Choć z jednej strony zawsze pragnęła sięgać poza to, co pozornie nazywa się prawdą, z drugiej jednak wiedziała że takie przygody mogą przyprawić cierpienia jej oraz osobom w jej otoczeniu. A może mogą być nawet niebezpieczne? Co gorsza wygląda na to że wplątany jest w to jeden z imperialnych i to nie byle kto ale sam zarządca jakiejś misji naukowej.
Wpadła w lekką panikę. A co jeśli Doctus podpuszcza ją? Co jeśli Edmund również był podstawionym człowiekiem na służbie Imperium? Wiele razy słyszała opowieści o tym jak ludzie nie zgadzający się z panującymi doktrynami oraz aktualnym stanem politycznym Ziemi znikali bez śladu. Oczywiście wiedziała że to tylko plotki ale przecież w każdej plotce tkwi ziarno prawdy...chyba. A jeśli sprawdzają młodych ludzi? Jeśli chcą dowiedzieć się czy indoktrynacja jest skuteczna? Jak plastyczne są mózgi młodych ziemian? Jak szybko przyjmujemy zasady, których nas uczą? A co jeśli ona będzie pewnego rodzaju podsumowaniem ich misji? Obrazem skuteczności a raczej jej braku? Może podejmą inne środki, bardziej drastyczne. Może ich łagodne podejście się zmieni i zrobią z ziemian niewolników? Czuła że zaczyna wariować. Każda nowa paranoja przerastała poprzednią.
Jakby nigdy nic odwróciła wzrok i wyszła do garderoby po swój uniform. Trochę się za nim stęskniła. Tydzień szlabanu sprawił że nie zakładała go prawie wcale. Teraz, kiedy pierwszy raz od dłuższego czasu miała wyjść na ulicę, chciała się podobać – zwłaszcza w taki dzień jak ten.
Stanęła przed lustrem przyglądają się sobie. Jeszcze niedawno nienawidziła widoku tego pięknego, młodego ciała. Teraz spoglądała na nie bardziej przychylnym okiem. Biały kombinezon idealnie przylegał, podkreślając dokładnie każdy mięsień, kość oraz kobiecą krągłość. Mea nie pamiętała kiedy ostatni raz uśmiechała się do samej siebie. Wyraźnie zadowolona przesuwała palcem po swojej szyi, piersiach i brzuchu. Choć z jednej strony każdy zażywający GSO wyglądał pięknie według ziemskich standardów, to młoda kobieta powoli zaczynała dostrzegać swoją indywidualność, cechy charakterystyczne tylko dla niej. Kiedy ogół staje się podobny trzeba uwrażliwić się na detale.
Czarne włosy spięła w kok odsłaniając uszy, które przyozdobiła kolczykami. Spojrzała w swoje niebieskie oczy, jednocześnie uświadamiając sobie że nigdy nie czuła takiej przyjaźni do samej siebie. Przerwa dobrze wpłynęła na jej samopoczucie. Samotność oczyściła umysł.
Wyszła z garderoby. Spojrzała na półkę na której kilka chwil temu położyła plik kartek. Leżał tam nadal. Uczucie błogości i radości ponownie ustąpiło lękowi i zdenerwowaniu.
- Nie mam teraz na to czasu! - warknęła sama do siebie podchodząc nerwowo do półki, łapiąc kartki i wrzucając je do szuflady, którą zasunęła energicznie. Chwyciła się za czoło jakby to co zrobiła kosztowało ją wiele energii i wysiłku. Czuła się bardzo rozbita ale nie chciała się teraz nad tym zastanawiać. Wiedziała że drzwi są otwarte pierwszy raz od tygodnia. W końcu wyjdzie z tego małego, pięknego więzienia.

Mea przeszła przez bramkę i spojrzała w niebo. Tak jak domyślała się rano – było idealnie czyste a słońce prawie sięgało zenitu. Powietrze po burzy było świeże i orzeźwiające, a promienie ogrzewały błogo twarz. Śpiew ptaków odbijał się echem po ścianach choć coraz silniej zagłuszały go rozmowy i ogólne dźwięki zamieszania przed budynkiem. Całą ulicę zajmowali mieszkańcy kolonii wychowawczej wraz z wychowawcami, powoli formowały się grupki. Mea stanęła z boku nie chcąc zwracać na siebie niczyjej uwagi. Nie miała ochoty na rozmowy i ciekawskie pytania dotyczące jej aresztu domowego. Czekała cierpliwie na jakiś komunikat porządkowy, który ułoży cały ten bałagan w sensowny kształt. No i doczekała się.
Przed wyjściem pojawiła się dyrektorka matka. Używając systemu nagłaśniającego poprosiła tłum zgromadzonych o ciszę...
- Moi kochani, proszę o chwilę ciszy i cierpliwości, musimy sobie objaśnić niezbędne kwestie a później nie będę was już zatrzymywała – wszyscy odwrócili się w kierunku wejścia, szum powoli cichnął aż w końcu tylko kilka wróbli, nieprzejmujących się żadnymi komunikatami, zdobiło ciszę swoimi świergotami. Dyrektorka powoli kontynuowała – Dziś jest wyjątkowy dzień. Jak w każdym imperialnym cyklu, tak i w tym roku świętujemy szczęście jakie spłynęło na nas ponad 200 lat temu. Łaskę, dzięki której nie błądzimy dłużej w ciemności przemocy, podziału i zacofania technologicznego. To święto jest wyrazem szacunku jakim Wspólnota darzy nowe planety wchodzące w jej skład. Wiedzą oni bowiem, że tylko poprzez pomoc słabiej rozwiniętym braciom i siostrom, osiągną szczyty jedności oraz harmonii w naszej galaktyce. Gdyby nie Wspólnota, prawdopodobnie nie było by nas już tutaj. Zniszczylibyśmy się w bratobójczych walkach lub padlibyśmy ofiarą Drapieżcy. Wiecie o kim mówię! To Cesarz wyzwolił nas z koszmaru i to on przemówi dziś do nas w Audytorium Centralnym naszego miasta. Słuchajcie go uważnie, gdyż dzięki jego słowom osiągnąć możecie głębie poznania swego wnętrza. A teraz kochani – zatrzymała na chwilę głos i spojrzała na całą zgromadzoną młodzież – ustawcie się w grupy zgodnie z waszym indeksem klasowym oraz wiekowym. Podróżujcie w tych właśnie grupach. Straż zadbała aby wasza droga do Audytorium była szybka i bezpieczna. Na miejscu spotkacie się ze swoimi opiekunami, którzy zaprowadzą was do odpowiednich sektorów. Ja sama zajmę się najstarszą grupą. Do zobaczenia na miejscu.
Mea skrzywiła nieco usta i odwróciła głowę. To ona była w najstarszej grupie i nie uśmiechało jej się być pod opieką tej kobiety.
- Płyń z prądem – mruknęła do siebie po czym poderwała się z krawężnika otrzepując pupę z piasku. Na ulicy zakotłowało. Przechodnie oraz mieszkańcy okolicznych wieżowców przyglądali się z zaciekawieniem temu przedstawieniu. Kiedy grupki mniej więcej zebrały się, każda z nich kolejno zmierzała do najbliższego skrzyżowania i schodziła do podziemnej stacji kolejki, która zarezerwowana specjalnie dla młodzieży z kolonii czekała na pasażerów.
W wagonach zrobił się niemały tłok, jak podczas każdego Święta Przyłączenia. Jeszcze przez najbliższe kilkadziesiąt ziemskich lat Dni Systemów Przyłączonych będą świętowane na Ziemi. Zanim systemy staną się pełnoprawnymi członkami Wspólnoty dużo musi się zmienić i zazwyczaj trwa to wiele lat, co dla mieszkańców może wydawać się bardzo długim i kosztownym okresem, choć dla Wspólnoty jest zaledwie krótką chwilą. W tym czasie planety dostosowywane są do standardów panujących w całym jej obszarze, tak aby umożliwić ich mieszkańcom optymalne warunki do rozwoju osobistego, a całej reszcie kolejne źródło odnawialnych surowców.
Mea w całym zamieszaniu wcisnęła się między drzwi a pierwszą wolną barierkę, której chwyciła się kurczowo. Całą drogę wpatrywała się nieprzytomnie w okno, za którym rytmicznie przemijały lampy oświetlające tunel kolejki miejskiej. Podróż nie trwała długo.
Kiedy dotarli na miejsce wszyscy kolejno opuścili stacje wychodząc na powierzchnie. Przed wejściem do Audytorium przeznaczonym dla wychowanków kolonii, stały specjalne pojazdy które przywiozły opiekunów oraz dyrektorów poszczególnych placówek. Każdy z pojazdów miał wydzielony własny parking, gdzie grupki mogły odnaleźć własnych opiekunów. Parkingi pilnowane były przez patrole Straży, a niebo co chwila przesłaniały przelatujące kanonierki oraz statki wojskowe przywożące zaopatrzenie. Wszystkie ulice wokół Audytorium były zatłoczone a do wejść ustawiały się ogromne kolejki. Każdy chciał zobaczyć Cesarza na własne oczy oraz wysłuchać jego przemówienia.
Wszystkie Audytoria Centralne wyglądały tak samo, różniąc się jedynie wielkością w zależności od miasta w jakim się mieściły. Z zewnątrz wyglądały na niskie, jedopiętrowe budynki, znajdujące się najczęściej na obrzeżach starych lub w centrum nowych miast. W ich pobliżu nie mogło być żadnych wysokich budowli, które swoim kształtem zasłaniałyby światło słoneczne i przestrzeń powietrzną. W całości wykonane były z białego kamienia, którego pochodzenie było tajemnicą. Wiadomo było jedynie że nie został wydobyty na Ziemi ani pobliskich systemach. Wszystkie ważne budowle Imperialne były z niego budowane. Bardziej zaznajomieni twierdzili że posiadał specjalne właściwości potrzebne najbardziej zaawansowanym gałęziom techniki.
Dyrektorka 7. Kolonii Wychowawczej prowadziła grupę najstarszej młodzieży w stronę najbliższej im bramy. Wyglądała na dumną i zadowoloną kiedy dwóch imperialnych strażników pilnujących bramy, zapraszającym gestem wskazało drogę jej oraz reszcie młodzieży. Mea przed samym wejściem do budynku spojrzała w górę. Na tle błękitnego nieba dostrzegła powiewające ogromne proporce w złotym kolorze ze znakiem brązowego oka wewnątrz trójkąta – symbolem Wspólnoty.
Szli wąskim korytarzem do którego światło doprowadzały jedynie dziury wydrążone w suficie. Nigdzie w budynku nie widać było żadnych urządzeń ani maszyn co dla wielu było nie lada atrakcją. Tak naprawdę nikt nie wiedział dlaczego Audytoria były tak prostymi budowlami, jak gdyby wyciosanymi z jednego kawałka kamienia. Nikt nawet nie widział jak ani kiedy były budowane. Wiele osób twierdziło że zostały w całości dostarczone na Ziemię, co jednak wydawało się absurdem kiedy spojrzało się na ich rozmiary.
W pewnym momencie tunel skończył się, grupa wyszła pod gołe niebo a ich oczom ukazał się widok zapierający dech w piersiach. Znajdowali się na szczycie gigantycznej budowli przypominającej prostokątny amfiteatr, zanurzony głęboko w gruncie, otoczony z każdej strony wysokimi na 100 metrów trybunami, które wypełnione po brzegi ludźmi delikatne spadały niczym górski stok aby na samym dalekim dole sięgnąć płaskiej przestrzeni. To właśnie ta kamienna i pusta płyta o rozmiarach sięgających 100 metrów długości i 50 metrów szerokości była centrum tej tajemniczej budowli. Nie było na niej nic oprócz czterech bardzo wysokich obelisków znajdujących się przy każdym z boków prostokąta, które z miejsca gdzie stała grupa wydawały się ledwie małymi patyczkami.
Mea była zdezorientowana i jednocześnie oszołomiona widokiem tego miejsca. Była tutaj pierwszy raz w życiu, jako że wcześniej zawsze znajdywała wymówki, które pozwalały jej omijać tą uroczystość. Rozmowy oraz oklaski 200 tysięcy ludzi zajmujących każde wolne miejsce na tym ogromnym „stadionie” wprawiały w osłupienie, z którego dopiero wyrwał ją napierający na plecy tłum ludzi, pragnących dostać się do swoich miejsc.
Grupa przeszła krużgankami u samego szczytu widowni, po czym zeszła schodami klika pięter niżej. Mieli już zajmować miejsca w zarezerwowanych rzędach, gdy do dyrektorki podeszły dwie ubrane na biało, wysokie postaci.
- Witamy Alicjo – piękne i dźwięczne głosy zwróciły uwagę wszystkich, którzy byli w pobliżu. Dyrektorka odwróciła się zaskoczona. Stały przed nią dwie, bardzo wysokie kobiety o blond włosach, odziane w białe szaty sięgające samej ziemi.
- Witam Cię Pani, i ciebie Pani – odezwała się zaskoczona kłaniając się każdej z osobna – w czym mogę wam służyć?
- Szukamy Mei Larson, wiemy że jest z Tobą. Musi pójść z nami.
- Mea? Ale... - odwróciła głowę szukając w pobliżu dziewczyny – co znów zrobiła? Cały tydzień była w kolonii, nie mogła przecież nic...
- Alicjo – przerwała jedna z kobiet – nie masz powodów do obaw. Twoją uczennicę pragnie zobaczyć nasz przełożony. Możemy ci powiedzieć że nie dotyczy to żadnej sprawy o negatywnym wydźwięku. Możesz być spokojna.
- Rozumiem, nie mam prawa dopytywać was o powody – wypowiedziała spokojnie dyrektorka, jakby zahipnotyzowana głosem kobiety, która do niej przemawiała.
Spojrzała za siebie szukając w tłumie Mei, jednak nie mogła jej znaleźć. Zawołała kilkukrotnie po imieniu. Po chwili ktoś odezwał się zza pleców:
- Jestem moja Pani, bardzo przepraszam ale zapatrzyłam się i została trochę z tyłu – z oczekiwaniem powiedziała Mea.
- Musisz pójść z tymi Paniami. Nie zadawaj żadnych pytań i słuchaj wszystkiego co mówią. Nie narób nam wstydu!
Mea odwróciła się i badawczo spojrzała na kobiety stojące przed nią. Po chwili odezwała się do nich pytająco:
- Czego ode mnie chcecie?
Dyrektorka zjeżyła się i wyszła szybko przed młodą dziewczynę, kłaniając się nisko.
- Wybaczcie tej młodej damie brak szacunku, jest jeszcze młoda i głupia – wyjęczała nie podnosząc głowy.
- Spokojnie Alicjo, znamy tą dziewczynę. Poza tym nikomu nie każemy się kłaniać, to wasz wybór jak nas traktujecie – następnie druga zwróciła się do Mei – Chodź z nami, ktoś pragnie z Tobą porozmawiać. Nie obawiaj się, już wcześniej go spotkałaś. Po wszystkim odprowadzimy cię z powrotem do grupy.
Spojrzała nadal dość nieufnie w kierunku kobiet lecz po chwili odwróciła się i zaczęła iść w dół, za jedną z nich. Druga odwróciła się w kierunku dyrektorki, lekko skinęła głową i ruszyła za Meą. Cała sytuacja wywołała nie lada zamieszanie w grupie opiekunów, którzy szybko przybiegli do swojej przełożonej aby spytać co się stało, jednak ona sama również nic nie wiedziała. Zbywając pytania wzruszeniem ramion usiadła spokojnie podpierając brodę i patrząc na odchodzącą uczennicę.

Kobiety powadziły Meę w dół widowni nie odzywając się ani słowem, a dziewczyna nie miała najmniejszej ochoty robić im z tego powodu wyrzutów. W milczeniu, krok za krokiem śledziła swoją przewodniczkę, która mniej więcej w środku wysokości trybun skręciła w prawo po czym weszła w korytarz. Mea zatrzymała się i spojrzała niepewnie na drugą kobietę stojącą za nią. Ta uśmiechając się wystawiła dłoń wskazując wejście do tunelu. Młoda dziewczyna uśmiechnęła się ironicznie by po chwili namysłu przejść przez bramę. Korytarz był tak samo surowy jak cała budowla. Promienie słońca wpadające przez kwadratowe lufty z lewej strony oświetlały żółtym światłem podłogę i ścianę. Po kilku metrach skręcili w lewo i wspięli się krętymi schodami, również wykutymi w perfekcyjny sposób z białego, tajemniczego kruszcu, ponad strop.
Uszy Mei znów usłyszały znajomy szum tłumu, niosący się po Audytorium. Znajdowali się w niewielkim pomieszczeniu przypominającym pokój otoczony z trzech stron ścianami a z jednej, frontowej, otwarty wprost na centrum Audytorium. Mea domyśliła się że to coś w rodzaju loży dla specjalnych gości tego miejsca. Nie było tu nic oprócz złotego dywanu oraz dwóch krzeseł – jedno było zajęte.
- Jesteśmy bracie. Przyprowadziłyśmy twoją przyjaciółkę – odezwała się jedna z kobiet po czym zamilkła. Druga podeszła do kogoś siedzącego na jednym z foteli. Stanęła przodem do niego wpatrując się w jego twarz. Stali tak kilka chwil bez słowa, choć Mea zdawała sobie sprawię że zapewne prowadzą konwersację. Przypomniała sobie to co mówił jej Doctus i starała się „usłyszeć” co nieco z rozmowy tych dwojga, jednak zanim skupiła się wystarczająco mocno kobieta stojąca obok niej chwyciła ją delikatnie za ramię.
- To nie będzie... – zatrzymała się w środku zdania patrząc dziewczynie głęboko w oczy. Mea nie mogła oderwać wzroku od błękitu tych magicznych tęczówek. Poczuła jak w głowie kłębią jej się myśli, które po chwili wyklarowały się w przejrzyste słowo „...konieczne.” Zdała sobie sprawę że kobieta zna każdą jej myśl i emocje. Zawstydzona spuściła głowę gapiąc się w podłogę.
- Nie musisz się wstydzić, w końcu sam cię do tego zachęcałem moja przyjaciółko, o ile mogę cię tak nazywać? - odezwał się nieznajomy, który tym razem stał przodem do niej mimo że jeszcze kilka sekund temu siedział na krześle.
- Doctus? - przyjrzała mu się Mea – Co ty tu? Skąd? - potrząsnęła głową i rozłożyła dłonie.
- Nie mógłbym przegapić takiej okazji. W końcu nie na co dzień mamy możliwość spojrzeć na naszego wspaniałego Cesarza – i kiedy wypowiedział ostatnie dwa słowa, w bardzo piękny i powolny sposób, Mea nie mogła odpędzić od siebie myśli że tkwi w nich tak wiele ironii.
Dwie kobiety spojrzały na siebie, po czym bez słowa odeszły zostawiając ich samych.
- Usiądź proszę, chciałbym z tobą porozmawiać.
- Nie sądziłam że jeszcze kiedyś się zobaczymy – powiedziała ze szczerym uśmiechem na twarzy siadając na wolnym fotelu, choć już po chwili euforia ustąpiła miejsca rozsądkowi i podejrzliwości – A właściwie to skąd wiedziałeś że tutaj będę? Choć nie, to raczej głupie pytanie. Po co chcesz ze mną rozmawiać? Nie masz ważniejszych spraw na głowie niż uganianie się za młodą ziemianką?
- Dobrze że jesteś podejrzliwa, to ważna umiejętność w tych czasach – ripostował usadawiając się w fotelu i patrząc przed siebie, na płytę centralną – choć szczerze mówiąc mile mnie zaskoczyłaś tym że jeszcze nie zdobyłem twojego zaufania.
- Trochę mnie to wszystko dziwi więc nie powinieneś być zaskoczony że czuję się lekko nieswojo. Spotykam cię w łazience na wycieczce szkolnej razem z Edim, później okazuje się że jesteś jakimś wysoko postawionym Imperialnym, przed którym Straż o mało co nie narobiła w swoje słoiki a inni ludzie najchętniej wycałowali by ci stopy! – Doctus zaśmiał się głośno szczerze rozbawiony - Oprowadzasz mnie po miejscach jakich nie powinnam widzieć, teraz zapraszasz mnie tutaj, swoją drogą dyrektorka pewnie wyrywa sobie włosy zastanawiając się co znów zrobiłam...
- To fanatyczka, uwierzy we wszystko co jej powiemy. Nie będziesz już mieć z nią problemów. Spójrz na te proporce, czyż nie pięknie tańczą na wietrze?
- Tu nie chodzi o problemy, tylko o całą sytuację. Dlaczego się mną interesujesz? O co chodzi? I jeszcze skrypty tego jakiegoś projektu...
Spojrzał na nią z zainteresowaniem i lekkim uśmiechem na twarzy, po czym znów odwrócił głowę w przód i pytającym głosem rzekł:
- Więc otrzymałaś moją przesyłkę?
- Wiedziałam że to ma jakiś związek z tobą ale to już lekka przesada. Chyba nie...
- Tak moja droga, Szarzy. Musiałem zwrócić ci twoją własność a to był najprostszy sposób.
- Moją własność? Przecież jeszcze niedawno mi ją zabrałeś...
- A wolałabyś aby wpadła w ręce Strażników?
- O co tutaj chodzi?! Mam tego dość. Nie będę waszą zabawką – zerwała się z krzesła i szybkim krokiem skierowała w stronę wyjścia – Nie jestem idiotką, jestem wierna Wspólnocie Panie i żadne prowokacje nie osiągną swego celu w moim wypadku.
Doctus spuścił głowę i wstał powoli z krzesła. Spojrzał na nią tym razem bez uśmiechu na ustach. Mea poczuła coś czego nie umiała opisać. Całe pomieszczenie zdawało się promieniować smutkiem i rozczarowaniem. Wiedziała że to on i po prostu czuła że było to absolutnie szczere, że otworzył przed nią własny umysł. Odezwała się jeszcze raz.
- Po prostu powiedz mi o co chodzi, bo nie jest to normalna sytuacja.
- Zobacz co fanatyczny umysł dyrektorki twojej kolonii potrafił z tobą zrobić. Teraz to widzisz? Zaufaj swoim uczuciom, instynktom. Pomyśl teraz co z ludźmi mogą zrobią takie umysły jak mój? Możemy was zniszczyć lub wskrzesić. Możemy formować was jak glinę. Przelewać z jednego naczynia do drugiego, tak abyście przybrali taki kształt jaki wam nadamy. Jesteście słabi ale jesteście tacy tylko dlatego że nie zdajecie sobie sprawy z własnej siły. Zaufaj pierwotnemu echu Pustki jaka płynie w tobie i podejmij decyzję. Jeśli zejdziesz po tych schodach już nigdy więcej mnie nie zobaczysz, jeśli jednak zostaniesz, wskaże Ci inną drogę, pomogę ci dostrzec drugie dno rzeczywistości w jakiej żyjesz. Wybór jest twój. Dziwne sytuacje w twoim życiu to nie zbiegi okoliczności, jednak musisz być cierpliwa. Wszystko się wyjaśni jeśli podejmiesz odpowiednią decyzję.
Skończywszy kwestię odwrócił się i usiadł na swoim fotelu. Mea stała niczym zamrożona. Nie wiedziała co ma robić. A jeśli to faktycznie prowokacja? Tylko dlaczego prowokować tak mało znaczącą postać. A może to tylko eksperyment? Jeśli chcą sprawdzić system edukacji? Nie, to bez sensu. „Przecież nie mam nic do stracenia” mówiła sama do siebie. Była bliska obłędu kiedy nagle zatrzymała szaleńcze myśli i znikła. Pozostało tylko pomieszczenie, podłoga i nogi. Pozwoliła aby decyzja podjęła się sama, aby wypłynęła z jej najgłębszych pokładów.
Krok zrobił się sam. A za nim kolejny i jeszcze jeden. Nim się zorientowała stała obok fotela, na którym siedziała wcześniej. Bez słowa spoczęła i patrzyła się przed siebie. Jej towarzysz nawet nie drgnął. Zdawał się nie zwracać uwagi na to że postanowiła zostać obok niego.
- Wiesz że w tym roku nasze miasto zaprosiło teatr z Proximy Horragat? Są znani w całym sektorze a ich widowiska zapierają dech w piersiach – odezwał się po chwili Doctus.
- Tak, też o nich słyszałam. Podobno wyglądają całkiem inaczej od nas.
- To prawda. Ich „Taniec chmur” jest niesamowity. Dziś będziesz mogła go zobaczyć...
Jego słowa nagle się urwały. Na fragmencie trybun wydzielonym dla chóru pojawiła się samotna kobieta w karmazynowej szacie oraz twarzą ukrytą w kapturze. Widownia powoli wyciszała się aż w pewnym momencie całkowicie zamilkła. Napięcie było coraz większe, zwłaszcza że wszyscy doskonale wiedzieli kto będzie otwierał dzisiejszą uroczystość.
Kobieta wysunęła dłonie w stronę publiczności a z jej ust wydobył się przepiękny, delikatny i przejmujący sopran, przeszywający powietrze i serca wszystkich zgromadzonych. Głos powoli stawał się coraz donioślejszy, Meę przeszły ciarki. Po kilku chwilach solistce zaakompaniował cały chór, wprowadzając widzów w niesamowity nastrój. Wszyscy w milczeniu oczekiwali dalszej części otwarcia gali.
W pewnym momencie Mea zauważyła że Doctus spogląda w niebo jakby czegoś oczekując. Choć nie wiedziała o co chodzi, również i ona zawiesiła wzrok na niebie ponad audytorium. Nie minęło jednak wiele czasu kiedy jej uwagę przykuło coś innego. Zauważyła przesuwający się wzdłuż publiczności cień, który zdawał się pochłaniać wszystko na swojej drodze. Ziemia zaczęła lekko drżeć. Zdezorientowana zerknęła na Doctusa, który jedynie się uśmiechnął..
Dziewczyna wiedziała że nad miejsce w jakim się znajdowali nadlatuje coś ogromnego, zasłaniającego całe światło słoneczne, jednak nie mogła tego dostrzec ponieważ sufit pokoju zasłaniał większość nieba. Wstała z krzesła aby podejść bliżej otwartej ściany i zerknąć w górę. To co zobaczyła wprowadziło ją w zdumienie. Nad audytorium bardzo wolno nadlatywał ogromny statek, który lekko obniżał się sprawiając wrażenie jakby chciał zastąpić nieobecny strop hali. Choć było południe, cały obiekt ogarnęła ciemność nocy.
Kiedy minęło zdumienie, Mea zaczęła przyglądać się olbrzymiemu statkowi z większą uwagą. Po chwili zaskoczona odezwała się.
- Ten statek...żyje! To nie jest statek.
Kolos przypominał ogromnego żuka, rozmiarami kilkukrotnie przewyższającego całą budowlę w jakiej się znajdowali. Zleciał tak nisko że praktycznie całkowicie zasłonił prześwit między nim a szczytem audytorium. Przez publiczność przetoczył się jęk zachwytu i zdumienia. Ludzie wstali ze swoich miejsc.
Kiedy wszystko ucichło i wydawało się że nic bardziej zdumiewającego nie może się wydarzyć, cały spód statku, a raczej brzuch tego czym zdawał się być, rozbłysł błękitnym światłem, zalewając nim wszystko dokoła. Audytorium przypominało teraz głębię oceanu pogrążoną w granatowej ciemności. W pewnym momencie, w blasku tego światła dało się dostrzec kilka kul opadających wolno ku płycie centralnej. Publiczność ponownie wydała z siebie pomruk zachwytu. Chór odezwał się z całą swoją mocą wprowadzając wszystkich w zachwyt. Ludzie przyglądali się sześciu kulistym kształtom, które osiadły delikatnie niczym spadający liść na dnie budowli. Wszystko łącznie z muzyką ucichło. Jedynie solistka i flet tworzyli delikatne, dźwiękowe tło. Błękitne światło, wcześniej rozproszone, teraz skupiło się bardziej na centrum sceny, widownie pogrążając w absolutnych ciemnościach. Tajemnicze kule leżały nieruchomo.
Mea spojrzała pytająco na swojego towarzysza, który najwyraźniej rozumiał ciekawość dziewczyny.
- Słyną z mocnych wejść – uśmiechnął się nie odrywając wzroku od płyty, która teraz zamieniła się w scenę – Widziałem wiele ich występów i za każdym razem zachwycają na nowo. Usiądź proszę – wskazał ręką fotel obok siebie.
Mea przytaknęła jedynie głową, cofając się i siadając.
Wszyscy wpatrywali się w nieruchome sfery leżące na płycie centralnej. W pewnej chwili kule zaczęły się lekko poruszać i jakby rozwijać. Chór wprowadził nutę dramaturgii. Dopiero teraz wszyscy zrozumieli że to właśnie są gwiazdy teatru, na które czekali. Ich ciała stawały się coraz wyższe, coraz bardziej wyprostowane. Kiedy wszyscy horraganie stali już w swojej całej okazałej postaci, chór zamilkł a muzyka urwała się. Widownia rozbrzmiała gromkimi brawami.
Dziewczyna przyglądała się im z ogromną ciekawością. Nigdy wcześnie nie widziała istot innych niż humanoidy, które z lekkimi różnicami są dominującą większością populacji imperium. To co teraz widziała nie miało z ludźmi nic wspólnego. Choć utrzymywali się w pozycji pionowej, ich ciała pozbawione były nóg oraz wyraźnego podziału jak w przypadku człekokształtnych. Przypominali raczej stojące węże i zapewne poruszali się w podobny jak węże sposób, choć w pionie. Kiedy patrzyło się na nich z boku, przypominali literę „S”, cieńszą we fragmencie ciała na którym stali i potężniejszą oraz szerszą u góry ciała, którą zdobiły kolce oraz ostre łuski, spod których wyrastały potężne ręce. Głowy, nie jak u ludzi wyraźnie oddzielone, u nich były jakby zwieńczeniem długiego ciała, ozdobione u góry grzebieniem z wyrostków i rozciągniętej między nimi błony skórnej. Oczy znajdowały się bardziej po bokach główny, niźli u nas, a usta mieli szerokie i pozbawione warg. Kiedy tak na nich patrzyła, widząc turkusowy kolor ich skóry, nie mogła oprzeć się wrażeniu że rasa ta jest wyraźnie związana z wodnym środowiskiem oraz głębią wielkich oceanów.
Jeden z nich wyszedł przed szereg w jakim się ustawili i odezwał się donośnym głosem, który brzmiał jak bardzo niski bas.
- Witajcie drodzy Ziemianie oraz Wy, drogie siostry i bracia naszej Wielkiej Wspólnoty...
Mea natychmiast odwróciła się do Doctusa, sprawiając wrażenie jakby nie bardzo interesowała ją dalsza część przywitania.
- Oni znają nasz język?
- Jak widać, choć nie łudziłbym się że znali go wcześniej. Zapewne nauczyli się go kiedy zbliżyli się do waszej planety – Mea zerknęła na niego pytająco – Mieszkańcy z układu Proximy Horragat są związani z otaczającym ich środowiskiem w sposób, który dziwi nawet samego Cesarza. Imperium od dawna interesuje się ich zdolnościami i poziomem zrozumienia połączenia z całością ekosystemu. Nie wiem jak Ci to wyjaśnić abyś zrozumiała, ale kiedy ich statek, a raczej zwierzę którym podróżują zbliżyło się do Ziemi, podłączyli się do jej świadomości archetypowej lub jak wy to nazywacie – zbiorowej - poznając całą pamięć gatunkową, w której to również zapisane są prymitywne dźwięki jakich używacie do komunikacji...
Jego wypowiedź przerwały gromkie brawa. Kiedy mowa powitalna skończyła się wszyscy aktorzy złożyli niski ukłon. Choć przed chwilą byli jednakowego koloru, teraz już każdy z nich odróżniał się innym odcieniem skóry, co zapewne było zabiegiem artystycznym. Chór znów się zabrzmiał – spektakl zaczął się. Dwóch z nich stanęło między innymi i lekko pochyliło się. Nagle stało się coś co zachwyciło wszystkich zgromadzonych. Ta dwójka powili uniosła się w górę, powoli lewitując się ponad gruntem. Niektórzy nie wierzyli temu co widzą. Ich długie ciała rozprostowały się niczym wielkie łzy wiszące w powietrzu. Po chwili reszta aktorów zrobiła dokładnie to samo. Nim ktokolwiek się obejrzał już cała szóstka zawisła na wysokości 20 metrów nad ziemią. Dopiero tutaj zaczął się taniec, przypominający wijące i kłębiące się energie.
Aktorzy zbliżyli się do siebie sklejając jakby w jedną kulę, która kręciła się z coraz większą szybkością. Nagle zatrzymała się i każdy z nich energicznie odleciał na bok, w inną stronę. Wyglądało to niczym gigantyczna eksplozja. Publiczność jęknęła z zachwytu.
- Opowiadają historię Wszechświata – cichutko odezwał się Doctus.
- Jak to w ogóle możliwe? - spytała zaskoczona dziewczyna zastanawiając się nad fenomenem, który obserwowała.
- Mówiłem, posiadają tak głębokie zrozumienie zależności rządzących wszechświatem że w wielkim skupieniu potrafią nawet zignorować przyciąganie planetarne, choć z tego co wiemy bardzo ich to wyczerpuje.
Spoglądali w milczeniu na artystyczne widowisko. Po kilku minutach Mea znów odezwała się.
- Nie rozumiem was Doctusie. Mam z tym spory problem.
- Bo myślisz utartymi kategoriami i doszukujesz się we wszystkim jakiejś wyższych idei czy kosmicznych praw.
- Co? O czym ty mówisz – spytała zdziwiona nie rozumiejąc jego wypowiedzi.
- Dlaczego więc nie rozumiesz?
- Mam problem żeby skategoryzować Imperium. Skategoryzować was. Po co przybyliście? Czasem mam wrażenie że macie dobre i szczere zamiary, innym razem uważam was za zło wcielone. Mam problem żeby zrozumieć czy jesteście dobrzy czy źli.
Doctus uśmiechnął się łagodnie po czym spojrzał na Meę.
- Jesteście młodą rasą, choć macie z nami więcej wspólnego niż wam się wydaje ale na razie jest za wcześnie abyś mogła to zrozumieć. Cechuje was to samo co każdego młodego, czyli skłonność do nazywania pewnych naturalnych i prostych zależności, abstrakcyjnymi i wzniosłymi określeniami. Przykładem niech będzie dobro i zło. Jest to naturalne, ponieważ wszechświat dąży do równowagi a wy jesteście świadkami tego spektaklu dualizmu i ciągłego równoważenia. Nazwaliście okoliczności wam korzystne, a raczej emocje z nimi związane dobrymi, a ich przeciwieństwo złymi. Jak zapewne wiesz wprowadzało to w waszych cywilizacjach wiele zamieszania przez milenia. Jednak prawda jest taka że dobro i zło nie istnieją a wszystko jest kwestią priorytetów moja droga. Dla waszego gatunku coś jest niekorzystne i nazywacie to złym, a dla innego będzie korzystne i on nazwie to dobrym. Jeśli sytuacja obróci się o 180 stopni to okoliczności dla was będą dobra a dla nich złe. A tak naprawdę to okoliczności po prostu będą. Liczą się priorytety i to na nich powinnaś się skupić.
- Priorytety?
- Imperium nie jest dobre ani złe. Te pojęcia wprowadzają wiele zamieszania. Imperium ma swoje priorytety, które z kolei są odpowiednikiem priorytetów jednostek zarządzających tą wspólnotą. Tak samo ty masz swoje priorytety. W życiu nie chodzi o to aby być dobrym czy złym, lecz o to aby żyło się zgodnie z tym czego pragniesz – czyli w zgodzie z twoimi priorytetami. Twoim priorytetem może być wybudowanie domu nad jeziorem. Będzie to dla Ciebie nadrzędnym dobrem ale dla kogoś kto chroni wybrzeże jeziora priorytetem będzie nie dopuścić do tego abyś postawiła tam dom i to będzie dla niego nadrzędnym dobrem, choć dla ciebie będzie złym człowiekiem, który przeszkadza twoim marzeniom.
- No a nasze sumienie? Moralność? To że sami uważamy coś za dobre a co innego za złe?
- Sumienie i moralność to wytwór skomplikowanej ewolucji. Dzięki nim mogą tworzyć się wielkie społeczności. I to jest to co mówiłem wcześniej. To co zgodne z waszymi korzyściami czy imperatywem moralnym, nazywacie dobrem. To co sprzeczne, złem, choć ani jedno ani drugie nie istnieje. Natura i wszechświat nie selekcjonuje w takich kategoriach. Czy eksplozja supernowej zabijająca miliardy istnień jest zła?
- No...no nie.
- Ona po prostu jest, jak cała Jedność. To poszczególne elementy jedności, jak Ty czy ja, nadają pewne znaczenia i nazwy zdarzeniom, które po prostu są neutralne, niezmienne. Dla Jedności wszystko jest złe i wszystko jest dobre. Dla Wszechświata to po prostu doświadczenia.
Zamilkli obydwoje. Nie odzywając się ani słowem podziwiali wspaniały taniec aktorów teatralnych. Kilka minut wystarczyło aby ciekawość znów skłoniła Meę do odzewu.
- A ty, jakie masz priorytety? - spojrzała na Doctusa.
Lutarian nic nie odpowiedział. Patrzył przed siebie jak gdyby nie słysząc wcale pytania. Oparł rękę na podłokietniku fotela i poprawił się. Mea nie mogła wytrzymać tej ciszy i kiedy chciała ponowić swoje pytanie Doctus przerwał milczenie.
- Wiem o tym co czułaś na posterunku – szepnął głosem niskim i basowym, jakby bojąc się aby nikt nie usłyszał.
- O czym ty mówisz? - spytała zdezorientowana dziewczyna.
- Doskonale wiesz o czym – pierwszy raz od kilku minut odwrócił głowę i spojrzał jej w oczy – Widziałaś rzeczywistość inaczej, prawda? Brzmi to w całej twojej istocie, nie da się tego nie usłyszeć. Twoja wibracja drży od tego. Wiem to, czuję. Czułem też twój gniew, wtedy w lesie obok ośrodka.
Mea zakłopotana spuściła głowę a Lutarian ciągnął dalej.
- Nie mówię tego żeby robić Ci wyrzuty. Mówię to ponieważ poczułem wtedy to na co czekałem od dawna. Wiem o cieniach jakie widujesz, wiem o tym dlaczego co chwilę szukasz nowego partnera do stosunków seksualnych...
- Co ty wygadujesz do cholery?!
- Jesteś już prawie gotowa. Już tak niewiele potrzeba abyś przejrzała na oczy i dostrzegła prawdziwą głębię siebie.
- Gotowa?! Na co?
Mea całkowicie zapomniała o występie i Audytorium. Pełna pretensji, ciekawości i wyrzutów patrzyła na imperialnego, który mówił rzeczy sięgające najgłębszych pokładów jej prywatności.
- Nie mogę powiedzieć Ci tego teraz. Prawie nie oznacza że już. Musisz być cierpliwa i ćwiczyć. Spytałaś co jest moim priorytetem. Pewnego dnia się dowiesz i wszystko zrozumiesz. Tak jak Ty, nie jestem tym na kogo wyglądam a z drugiej strony jestem tylko tym.
- Możesz...
Jej głos przytłumił gromki aplauz i krzyki publiczności. Występ otwierający Święto skończył się a ludzie wiwatowali na stojąco. Horraganie składali ukłony i wolno oddalali się w stronę wyjścia, choć ich pojazd a raczej zwierzę nadal wisiało nad Audytorium, zalewając je błękitnym światłem. Oklaskom nie było końca i zapewne jeszcze długo nie ucichłyby gdyby nie pojedyncza postać, która pojawiła się na środku sceny. Była to wysoka kobieta o blond włosach, odziana w błękitny kombinezon. Na czole nosiła pewnego rodzaju diadem z osadzonym w jego środku błękitnym kryształem.
Każdy z obecnych rozpoznał kobietę, choć nie dało się ukryć zdumienia widzów. Nikt nie spodziewał się takiej wizyty. Oczy publiczności skupiły się na najwyższej reprezentantce Cesarskiej woli na Ziemi. Oto przed zgromadzonymi stanęła gubernatorka i opiekunka przed którą odpowiada ziemski parlament. Co rok, w Święto Systemów Przyłączonych odwiedzała losowo wybrane miasto aby bezpośrednio przekazywać głos Cesarza – dziś padło na EP13, choć nikt o tym nie wiedział.
- Ona? Tutaj?! - wyjąkała wniebowzięta Mea.
- Jak widać moja droga. Muszę przyznać że zdumiewa i przeraża mnie to z jaką łatwością obdarowujecie kogoś czcią, jak wiele mitów wokół niego tworzycie. Nadal jesteście młodzi i głupi – odparł Doctus spoglądając na swoją towarzyszkę oraz całą publiczność, która wręcz emanowała zachwytem i podziwem dla postaci idącej wolnym krokiem po płycie centralnej.
- Wszyscy wiedzą jak wiele zrobiła dla ludzi, jak często się za nami wstawiała! To ona doprowadziła do pokoju kiedy przybyliście. Dzięki niej poradziliśmy sobie z Drapieżcą! Sam przyznasz że musi darzyć Ziemię i ludzi ogromną sympatią! - po czym odwróciła się w stronę sceny wpatrując się w swoją idolkę niczym naiwne dziecko.
- Nie znacie wszystkich priorytetów... - odparł Doctus, bardziej sam do siebie niż do Mei, która i tak nie zwróciłaby na niego uwagi.
Tajemnicza kobieta stanęła idealnie pośrodku płyty centralnej. Dłonie splecione na wysokości splotu słonecznego oraz szczery i przejmujący uśmiech sprawiały że każdy dostrzegał w niej jakby własną matkę, opiekuńczego anioła, którego piękna i majestatu nie da się opisać.
W Audytorium zapanowała martwa cisza. Wszyscy w napięciu oczekiwali na jakikolwiek ruch największej na Ziemi idolki, określanej mianem zbawcy ludzkości. Królowa, gdyż taki przydomek zaskarbiła sobie wśród ludzi, zdawała się zawsze stawać po ich stronie, nawet w sytuacjach gdy ewidentnie byli winni w sporze. Wielokrotnie dzięki jej wstawiennictwu Ziemia unikała srogich kar i sankcji za stwarzanie problemów w procesie ujednolicania Wspólnoty. Krążyły również plotki że sam Cesarz uległ jej prośbom, kiedy już dawno temu chciał ludzkość zniszczyć, choć to tylko plotki przekazywane z ust do ust.
Jej magiczne spojrzenie dosięgło każdego skrawka publiczności, która oczekiwała w ciszy. Nagle uniosła ręce w geście triumfu i pojednania. Tłum oszalał wstając z miejsc. Wiwat i oklaski zagłuszyły wszystko niespotykaną dotąd mocą. Mea również klaskała i zdzierała gardło, podskakując radośnie. Doctus przyglądał się temu przedstawieniu sprawiając wrażenie wyraźnie zasmuconego. Choć cześć oddawana była jego własnej rasie, coś mocno ściskało go wewnątrz sprawiając że czuł się rozczarowany. To ludzka ufność i łatwowierność tak mocno dawały się we znaki, choć z drugiej strony wiedząc to co wiedział nie mógł jej mieć tego za złe...
Po kilku minutach owacji na stojąco, „Królowa” bez jednego słowa usiadła w siadzie skrzyżnym pomiędzy obeliskami, idealnie na przecięciu hipotetycznych linii łączących je. Publiczność, doskonale zdając sobie sprawę z każdego jej gestu, zamilkła w ułamku sekundy. Wszyscy usiedli na swoich miejscach. Nie słychać było ani jednego słowa, żadnego dźwięku ani szumu. Wszystko zamarło.
„Usiądź koło mnie. Odpręż się. Pora by Pan przemówił!” Mea poczuła odpowiadające tym słowom uczucia w swojej głowie. Wiedziała że to Doctus. Spojrzała na niego. Zapraszającym gestem wskazał jej miejsce. Dobiegła na palcach do swojego fotela i wygodnie usadowiła się w nim. Podniecenie wywołane całą otoczką sięgało zenitu a serce mimowolnie waliło niczym młot. Każdy kto był wtedy w Audytorium czuł się dokładnie tak samo - oczekiwanie i ekscytacja.
- Czy to już? - spytała szeptem Mea.
Zamiast odpowiedzi poczuła jedynie przytaknięcie ze strony swojego towarzysza, który sam pozbawiony jakichkolwiek myśli oczekiwał na rozwój wydarzeń. Gdyby każdy z tych 200 tysięcy ludzi znajdujących się w Audytorium, na co dzień potrafił tak oczyścić swój umysł jak w tej chwili to Ziemia już dawno była by planetą oświeconych.
„Królowa” zdawała się chłonąć energię skupionych na niej ludzi. Oddychała coraz wolniej i systematyczniej, w pewnym momencie sprawiając wrażenie jakby w ogóle przestała wciągać powietrze. Wydawało się jakby czas w Audytorium stanął w miejscu. Każdy kto spoglądał na kogoś siedzącego obok miał wrażenie że ten zamarzł. Każdy człowiek czuł się jakby był tutaj sam, pozbawiony jakichkolwiek towarzyszy, myśli i zmartwień. Był tylko on, uwaga i łącznik siedzący między obeliskami.
W pewnej chwili kurz i kamienie spoczywające na płycie centralnej zaczęły się powolutku unosić ignorując ziemskie przyciąganie. Wszystko nienaturalnie ściemniało pogrążając otoczenie w mroku. Nawet „Królowa” zniknęła gdzieś w ciemnościach. Obeliski zaiskrzyły kryształowo białym światłem sprawiając że powietrze nad płytą centralną zamieniło się w jaskrawą poświatę. Każdy kto patrzył na ten spektakl miał wrażenie że został przygotowany specjalnie dla niego i nikogo innego.
Wielka mglista kula zawisła nad obeliskami powoli rozrzedzając się i układając w obraz. Każdy człowiek widział go idealnie na wprost siebie, obojętne w którym miejscu audytorium się znajdował. Po kilku sekundach, ten wielki holograficzny wyświetlacz, ukazał osobliwą scenę:
Zagajnik porośnięty dziwnym rodzajem trawy i otoczony drzewami. Była noc a na ciemnym niebie świeciły dumnie trzy księżyce. Dwa z nich tak blisko siebie że zdawały się ze sobą lada moment zetknąć a jeden gdzieś daleko na horyzoncie. Wszystko pogrążone było w mroku, rozświetlanym jedynie przez niebiesko-białe fluorescencyjne światło, które zdawało się pochodzić z niektórych liści dziwnego gatunku drzew.
Ta mała nocna polana otwarta była tylko z jednej strony, za którą grunt nagle urywał się sugerując urwisko. Zaraz nad skrajem przepaści, w siadzie skrzyżnym, tyłem do obserwujących spoczywała postać, która zdawała się wpatrywać w lśniące gdzieś w dole przepiękne kamienne miasto ulokowane w dolinie między zielonymi wzgórzami, lśniące niczym diament pośród mroków nocy.
Obraz zbliżył się do postaci, która wolno wstała po czym obróciła się. Był to bardzo wysoki mężczyzna odziany jedynie w białe sukno, spływające po jego białym ciele aż do samej ziemi, której dotykał nagimi stopami. Budowa ciała wskazywała na jedną z najwyżej postawionych we Wspólnocie ras. Smukły, wysoki oraz bardzo delikatny, zdawał się wisieć w powietrzu niesiony lekkim powiewem wiatru. Jego skóra połyskiwała blaskiem podobnym do światła księżyca, przez co obserwującym ciężko było dostrzec tak naprawdę granice jego ciała, które zdawało się być zbudowane z czystego światła.
Obraz przybliżył się jeszcze bardziej, tak że w pewnej chwili cały wypełnił się popiersiem tej anielskiej istoty. Rysy twarzy miał bardzo delikatne, jakby ułożone przez wodę i wiatr, usta delikatne o małych wargach a nos długi i bardziej pociągły, oczy zamknięte. Jego czoło zdobił prosty diadem z osadzonym pośrodku kryształem. Diadem zdawał się przytrzymywać włosy, które za jego sprawą spływały na plecy a kolorem przypominały dojrzałe zborze.
Mea wpatrywała się w osłupieniu w tą postać. Nie mogła oderwać od niej wzroku, nawet jeśli by tego chciała. Jego piękno i ciepło a także coś czego nie dało się opisać, sprawiały że w ludziach znikały wszelkie bariery. Pragnęli być z nim, połączyć się. Wystarczyłoby jedno jego słowo a każdy ze zgromadzonych rzuciłby się w ogień.
Nagle wszyscy coś poczuli, jakby wewnętrzne dotknięcie czyjejś przyjacielskiej dłoni. Jego wielkie oczy otworzyły się. Meę przeszły ciarki a całe jej ciało zesztywniało mimowolnie. Jego tęczówki mieniły się kolorami, których nie dało się opisać, które nie istniały dla ludzkiej świadomości zaś głębia zdawała się wchłaniać każdego obserwującego.
W pewnym momencie przez całe audytorium przetoczyły się słowa, które swoim brzmieniem przypominały najwspanialszą orkiestrę świata. Słowa które brzmiały echem tysiąca istnień zlanych w jeden głos, który wydobywał się jakby z każdego zakamarka audytorium docierając bezpośrednio do świadomości zgromadzonych.
- Witajcie Ziemianie – subtelna wypowiedź była tak delikatna że próżno było doszukiwać się w niej początku i końca. Zdania zdawały zlewać się z całym istnieniem. Uśmiech rozpromienił jaśniejącą twarz – Abyście czuli się bardziej komfortowo będę, korzystając z waszego zwyczaju, otwierał usta przekazując Wam idee, które mam do przekazania – mówił bardzo powoli i bez najmniejszego pośpiechu.
Mea nie mogąc wytrzymać wyrwała swoją uwagę spod magicznego czaru tej postaci i w myślach zadała pytanie Doctusowi. Interesowało ją to dlaczego Cesarz zwrócił się bezpośrednio do ziemian, pomimo iż święto obchodziło jednocześnie kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset planet. Lutarian, błyskawicznie przedstawił swojej towarzyszce całą ideę.
Cesarz jest istotą o tak głębokim stopniu zrozumienia rzeczywistości i poziomie inteligencji oraz wykorzystania własnych możliwości, że wypowiada się do mieszkańców każdej z planet z osobna, czyniąc to jednak jednocześnie. Jego zdolność pojmowania uniwersum multiwymiarowego pozwala mu na podział własnej świadomości, dzięki czemu prowadzi kilkaset przemówień naraz, realnie odczuwając obecność wszystkich słuchaczy do których mówi.
Mea zdumiona odpowiedzią zadała jeszcze jedno nurtujące ją pytanie. Skoro Cesarz przemawia dokładnie w tym momencie to jakim cudem na każdej z planet jest akurat dzień?
Doctus równie szybko jak poprzednio przelał do jej świadomości esencję idei, która rozwiała wątpliwości.
Z punktu widzenia Ziemian nie na wszystkich planetach dominował teraz dzień. Na niektórych Święto już się zakończyło a na innych jeszcze nie zaczęło. Jednak dla Cesarza nie miało to żadnego znaczenia, gdyż jego świadomość wysyłała przesłanie dokładnie do tego punktu w czasoprzestrzeni do którego chciała, co z jego punktu widzenia wyglądało tak jakby specjalnie na jego życzenie rzeczywistość przyjęła taką formę jakiej pragnął. Dla niego, dokładnie w tej chwili wszędzie panował dzień Święta.
Dziewczyna nie potrafiła zrozumieć tej idei, co z uśmiechem przyjął Doctus. Jej uwaga znów skupiła się na pieśni słów, którą zdawał się recytować Cesarz.
- Witajcie w tej wyjątkowej chwili, wy którzy jesteście częścią naszej wspaniałej Całości. Wszyscy jesteśmy dziećmi wszechświata. Wszyscy jesteśmy sobie równi, jednak czasem nasze losy przeplatają się w różnych miejscach tej cudownej układanki – mówił powoli i bardzo spokojnie - Jedni z nas zdają się być tak bardzo posunięci do przodu, podczas gdy inni sprawiają wrażenie jakby tkwili w mrokach pierwotnej ewolucji, która kieruje naszymi losami. Jednak pamiętajcie! To tylko iluzja, mara przesłaniająca wasze umysły, które tak bardzo lubią błądzić. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy tym samym, wszyscy jesteśmy wielkim morzem, którego fale rozbijają się po bezkresach istnienia. Żołnierz przemierzający otchłanie kosmosu w swym stalowym gigancie równy jest źdźbłu trawy, które bez najmniejszego niezadowolenia poddaje się siłom przyrody. Wszyscy jesteśmy jedynie marą zagubionego umysłu Wszechświata.
Jednak nie możecie zapomnieć jednej podstawowej rzeczy – mara jest prawdziwa i jest przy was tu i teraz. Nie możecie się jej wyrzec, nawet jeśli będziecie z nią zawzięcie walczyć. Tak naprawdę z punktu widzenia każdego z nas to właśnie mara, iluzja jest rzeczywistością dla nas prawdziwą, tą w której przyszło nam istnieć. I to właśnie na tej chwili, okolicznościach nas otaczających, powinniśmy zawieszać naszą świadomość, obojętnie na jakim poziomie się ona znajduje. Pamiętajcie że jesteśmy jedynie kroplą przyjmującą na krótki czas formę tych ciał. Po tym czasie wracamy do oceanu wieczności. Jednak w tym czasie, kiedy dane jest nam być kroplą, nie myślmy o morzu. Bądźmy tym małym kawałkiem, który swoimi działaniami wprowadza tyle różnorodności do rzeczywistości innych, bądźmy twórcą naszego świta i naszej własnej iluzji. Sprawmy aby to właśnie ta iluzja, będąca naszym domem który sami zbudowaliśmy, stała się dla nas jak najciekawszym miejscem do życia. A później? Nie istnieje później. Istnieje tylko to co teraz. Cała reszta to jedynie sen, który nigdy się nie spełni. To sen który spełnia się cały czas.
Zastanawiacie się po co istnieje Wspólnota. Jaki jest cel łączenia tylu różnych istnień w jedną całość? Choć pozornie różnimy się od siebie, wszyscy pragniemy tego samego. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, wszakże tak zaprogramowali nas nasi Ojcowie, których pragnienia są naszymi pragnieniami. Tak naprawdę wszyscy chcemy tego samego – znów złączyć się z Jednością, wrócić do źródła, porzucić interpretację i poznać esencję w jej czystej postaci. Chce tego ewolucja, chcemy tego my.
Wspólnota jest swego rodzaju organizmem, jego modelem stworzonym na wzór i podobieństwo nasze. Fraktal jest kodem Jedności i to właśnie fraktal stworzył Wspólnotę. Nadał jej kształt i formę, w której poszczególne układy mają swoje własne zadanie. Serce, płuca, mózg. Wszystko ma swoją określoną i ścisłą rolę, dzięki czemu niczym komórki tworzymy wielkie ciało, zaspokajając jego potrzeby, które są naszymi potrzebami. Dlatego z pokorą i nadzieją na wasze ręce składam moją prośbę, prośbę istoty jaką jest Wspólnota: Przyjmijcie ten dar, przyjmijcie to dziedzictwo i stańcie się częścią tego doskonałego organizmu, który swoją formą dąży do osiągnięcia światłości. A kiedy mu się to uda, każda jego komórka również zostanie oświecona, gdyż będąc jego częścią nie zostanie wszakże pominięta.
Jak w każdym ciele, tak i w naszym komórki pojawiają się i umierają. Wy drodzy Ziemianie, należycie do nowego naskórka, który swoją świeżością i witalnością poruszy nasz organizm nadając mu całkiem nową siłę i moc. Dzięki Wam odnajdziemy więcej takich jak my. Dzięki wam, dzięki waszej roli w naszym ciele, uświadomimy innym co tak naprawdę jest esencją prawdziwej Jedności, jej wolą.
Oddaje Wam pokłon i proszę o waszą pomoc. Jesteście potrzebni Wspólnocie, jesteście potrzebni Jedności!
Po tych słowach zamilkł a jego oczy ponownie zamknęły się. Wszyscy w osłupieniu wpatrywali się w boską twarz już czując do niej wielką tęsknotę i smutek. Każdy wiedział że niedługo rozstanie się z tą namiastką Prawdy, którą był sam Cesarz. Obraz powoli zaczął się rozmywać znów zamieniając się w jaskrawą mgłę. Wszyscy opuścili głowy. Wielki żuk z Proximy Horragat przestał oświetlać widownię a następnie poderwał swoje ogromne ciało wzbijając się wolno w powietrze. Promienie słoneczne wolno wdarły się do wnętrza budowli zalewając ją żółtym i ciepłym światłem. Na twarzach zgromadzonych pojawiły się delikatne uśmiechy, pełne zrozumienia i harmonii a jednocześnie ukrywające gdzieś smutek i pragnienie aby znów zobaczyć wspaniałego Cesarza.
Mea również odczuwała ten smutek, choć nie było to czyste i nieskazitelne uwielbienie o co sama miała do siebie zarzuty. Z jednej strony pragnęła całkowicie oddać się woli Wspólnoty, którą niewątpliwie była istota do nich przemawiająca, z drugiej jednak coś w głębi jej samej powstrzymywało ją od tego. Momentami nie mogła uwierzyć w sprzeczności walczące w głębi jej świadomości. Prócz uwielbienia pojawiła się również wyraźna...nienawiść. Uczucie, którego nie rozumiała w tych okolicznościach. „Dlaczego?” zastanawiała się ginąc we własnych rozterkach. Zsunęła się z fotela na ziemię. Łzy cisnęły się do oczu. Coś czego nie spodziewała się w takiej chwili jak ta, czego kompletnie nie potrafiła wyjaśnić. Nieprzenikniony smutek opanował jej umysł nie pozwalając myśleć o niczym innym. Krople spłynęły po jej policzkach.
Doctus położył dłoń na jej głowie a po chwili sam usiadł obok dziewczyny przytulając ją. Mea rozpłakała się a Lutarian uświadomił sobie że jest już prawie gotowa. Zdawał sobie sprawę że niedługo prawda ujrzy światło dzienne a przeznaczenie dopełni się.

Podpis: 

Grzegorz grudzień 2009
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Podstęp Topielec Mój świat
Historia trudnej miłości, która powraca po latach. - Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad Zagubienie, zbrodnia, kara.
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 50
Sponsorowane: 16Sponsorowane: 14
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.