|
- Czy jest pan najlepszym origamistą? - Nie potrafię powiedzieć. - Mimo, że to Pana dotyczy? - Dotyczy wszystkiego, oprócz mnie. Jeśli zostanę, a cały świat zniknie, to pytanie „czy jestem najlepszym origamistą?” straci sens. Ta kwestia jest więc częścią otoczenia.
Szczęśliwa rodzina leżała w łóżku w ramach poobiedniej drzemki. Po piętnastu minutach obudził się Dominik. Był mężczyzną na tyle zdyscyplinowanym, że nie potrzebował budzika. Złożył kołdrę zgięciem przekątnym, przelotnie wzruszył się na widok dziewczyn i jak zwykle wyszedł do pracowni. Magda przewróciła się na drugi bok i głaskała małą Alicję. Spojrzała na jej, swoje rysy twarzy i delikatne brwi niezdolne do gniewu. W końcu wstała, pomyślała, że dom zatęsknił za zapachem szarlotki i udała sie do kuchni. Chorowita Alicja została w łóżku.
- Dominiku, widziałem, jak pan łączy przedartą kartkę. Pomyślałem, że to nagranie wideo odtworzone w przeciwnym kierunku. Czy potrafi pan to wyjaśnić? - Porównuję to do metalowej rzeźby, która spadła z wysokiej półki na dywan. Można wspiąć się na drabinę i postawić dekorację z powrotem. Ja potrafię podrzucić w taki sposób, że się tam znajdzie. - Ale jest różnica między przestawianiem a sklejaniem! - Jeśli połówki ułożę dokładnie tak, jak przed rozerwaniem, to nie ma powodu, aby były osobno. Zaskakujące jest jedynie, że odnajduję to ułożenie. Że znam sposób podrzucenia rzeźby.
Nadawał kształt małemu słonikowi. Będzie on częścią większej instalacji, przedstawiającej płaski świat położony na piramidzie zwierząt. Dominik posiadał niezwykły talent, z którym mógł pracować w zakładach zbrojeniowych, łączyć bez spoiwa elementy w przemyśle ciężkim lub zupełnie nowych gałęziach gospodarki. Na zawsze jednak pozostał wdzięczny i oddany sztuce origami, z której czerpał kunszt.
Magda wróciła do sypialni. Kilka razy wypowiedziała imię Alicji i dobrotliwie poklepała ją po plecach. Odkryła, że dziecko jest rozpalone gorączką. Przestraszona pobiegła do pracowni, zawahała się przed drzwiami, po czym świadoma konsekwencji chwyciła za klamkę. Chrzęst metalowego zamka zamienił się w myśl, która niczym skała rzucona na powierzchnię stawu, wyrwała Dominika ze stanu głębokiej medytacji. Zachwiane złożenie zrujnowało nieodwracalnie słonika.
- Doktorze, znamy się od dawna, proszę mówić szczerze. - Jej pogorszenie jest gigantyczne. Boję się, że nie da rady. - I nie da się nic zrobić? - Pamiętasz jak złączyłeś fragmenty roślin w nowy szczep? - Tak, ale jakie to ma znaczenie, doktorze. - Wydaje mi się, że pewne określone połączenie może być lekarstwem.
Składanie rozpoczął od nowego kształtu liści. Oderwał dwa listki i podzielił je na części według wcześniejszego planu. Zadawał sobie pytanie, dlaczego to właśnie spotkało jego rodzinę. Powoli zbliżył do siebie dwa fragmenty. Wyobraził sobie cichy dom bez Alicji i poobiednią drzemkę na nieznośnie wygodnym szerokim łóżku. Wstrzymał oddech, ograniczył drżenie rąk, po czym zderzył urywki z siłą porównywalną do tej, która je rozerwała. Z nadzieją cofnął rękę.
- Czy zawsze złączenia się udają. - Tak. Pod pewnymi warunkami. - Mianowicie? - Gdy jestem całkowicie wyciszony. Nie dobiegają do mnie dźwięki, bardziej śnię niż widzę, jestem odrętwiały, niczym się nie cieszę, ani nie martwię. Przeszkadza mi nawet myślenie o tym, co właśnie składam. To się po prostu dzieje, a potem oglądam, co właściwie zrobiłem.
Niezlepiona cząstka koziołkowała w powietrzu i opadła na stół. Dominik z opanowaniem i samodyscypliną odrzucił myśli. Wielki kunszt przejął nad nim kontrolę. Schylił się i powrócił do pracy. Do pracy nad słonikiem-inwalidą, którego ukończył w kilka dni. A następnie uformował płaski świat na grzbietach zwierząt, tak pełnych szczegółów i realistycznych, jak żywe.
|