http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
251

Kontrakt

Autor płaci:
500

  Dariusz S. Jasiński, autor "Artefaktu" znanego z miesięcznika Science Fiction wraca po 10 latach do pisania! Gdzie wykonać ostatni telefon, gdy jest się na krawędzi?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W lipcu nagrodą jest książka
PROTOKÓŁ
Jean-Marie Gustave Le Clézio
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Kontrakt

Dariusz S. Jasiński, autor "Artefaktu" znanego z miesięcznika Science Fiction wraca po 10 latach do pisania! Gdzie wykonać ostatni telefon, gdy jest się na krawędzi?

Z pamiętnika Słowiańskiej Wiedźmy

Każda z nas może być wiedźmą i nie ma to nic wspólnego z wyglądem.

Miłość z internetu cz. X - szalone pozycje

Ona pisze o kochaniu jak najwspanialsza kochanka, on szkicuje jej pozycje i je opisuje. Zbliża się rok jak się kochają a jeszcze się nie spotkali

absurdałaka

kolejny wiersz

Miłość z internetu cz. XI - nauka kochania się I

Tylko dla dorosłych. Oryginał przekopiowany z korespondencji przez internet. Liczne błędy powstałe jak to bywa w wyniku szybkiego pisania i emocji powstałych podczas opisów marzeń miłosnych

Miłość z internetu cz. XI - nauka kochania się II

Klękła jednym kolanem obok mojego boku i przekroczyła mnie drugą nóżką tak że znalazła się tyłem do mnie siedząc na moich

Miłość z internetu cz I - historia prawdziwa

Trudna miłość. Miłość wymagająca cierpienia związanego z brakiem bliskości drugiego partnera. Prawdziwe opowiadanie o miłości po przez internet

Ze zwichniętym skrzydłem - cz.VIII

Niewypowiedziane słowa grzęzną między niezdarnymi literami.

Miłość z internetu cz VI - kochanie w podróży

Gdybym widziała teraz Twoją twarz na pewno widać by było w twojej minie szczęście wynikające z podniecenia. Pracuję mięśniami, żeby Ci było miło się napalić. W myszce mam ślisko, ale i tak jest Ci przyjemnie. Coraz Ci bardziej błogo i odpływasz do kr

Miłość z internetu cz V -opis zdjęć Niki

wakacje. Promienie słońca padają na Twoje jednolicie opalone ciało prawego boku odkrytego i widzę poza Twoim ramieniem wystający sutek cycusia

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
427
użytkowników.

Gości:
427
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 6199

6199

Norwegia: Miłość w czasach wojny

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
04-04-17

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Wojna/Podróże/-
Rozmiar
27 kb
Czytane
1654
Głosy
15
Ocena
4.53

Zmiany
09-11-15

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Stanior Podpis: Stanior
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
wygrany konkurs miesięczny
Historia przedstawiająca losy kilku norweskich żołnierzy oraz miłosne przeżycia jednego z nich.

Opublikowany w:

Norwegia: Miłość w czasach wojny

Szum fal rozbrzmiewał po całej okolicy. Wśród rozpoczynającego się sztormu wiał silny wiatr, który uginał drzewa. .Słońce ukryło się za chmurami i w najbliższym czasie nie zapowiadało się na to, aby zza nich wyszło. Mewy obsiadły pobliską latarnię i skrzeczały tak, że niejeden poległy w tej wojnie przekręciłby się w trumnie. Na dodatek zaczął lać deszcz. Plusem tego było to, iż Luftwaffe w takich warunkach atmosferycznych nie podejmie się przeprowadzenia akcji lotniczych i wiążących się z tym bombardowań.
Szliśmy ścieżką nie odzywając się do siebie. Tylko Einar coś pogwizdywał. Cholerny dzieciak! Wybrał się na wojnę jak na wycieczkę krajoznawczą! Myśli, że zastrzelenie Niemca będzie równe łatwe jak zamordowanie kaczki na własnym podwórku. Prostolinijny pastuch. Egoizmem i pewnością siebie chcę zawojować świat. Pytanie tylko ,który świat. Spojrzałem na niego. Wyczuł obecność mego wzroku na swej twarzy i odwzajemnił mi się tym samym.
- Co tam przewodniku Ljungberg? Coś nie tak?- wypytywał zgryźliwie uśmiechając się przy tym szyderczo.
- Jestem porucznikiem szeregowcu! Przywołuję cię do porządku!
- Dobra skoro ma być tak oficjalnie- odburknął i zamknął się na dłuższą chwilę.
- Eh, ta norweska hołota- chrząknął najniższy z całej naszej piątki.
- Angliku tutaj jesteś pod moimi rozkazami, więc przestań wygłaszać swoje zafajdane opinie!- krzyknąłem, gdyż słowa tego herbatożłopijcy bardzo mnie oburzyły.
Pozostali nie odzywali się. Anglik spojrzał na mnie z pogardą i splunął na ziemię.
- Jestem Smith poruczniku. John Smith. Nazwisko to wiele znaczy na Wyspach Brytyjskich. Mam gdzieś pańskie rozkazy! Tylko, że beze mnie nawet bezpański kundel by was nastraszył! Pieprzona Skandynawia, pieprzona Norwegia i wy tchórze!
Nie wytrzymałem. Szybko wyjąłem rewolwer z kabury i wycelowałem prosto w gębę tego sukinsyna. Bez żadnych sentymentów mógłbym go teraz zabić. Pieprzona Norwegia? ? Co on może wiedzieć o tym pięknym raju?! Tchórze?! Jest nim on sam.
- No strzelaj jeżeli umiesz się posługiwać tą zabawką!- zakrzyknął ironicznie i rozłożył ręce w oznace bezradności. Zachowywał się jak małe dziecko, które wie że i tak uniknie kary.
- Nie zamierzam do ciebie strzelać Angliku. Jesteś dla mnie gnidą, która przynosi hańbę swojemu krajowi- odparłem, a na mej twarzy pojawił się grymas obrzydzenia. Schowałem pistolet. Wszyscy odetchnęli z ulgą, myśląc, że o tym nie wiem. Zgrywali twardzieli. Ja jednak wiedziałem. Znałem ich lepiej niż oni siebie samych. Młodzi, gniewni żądni wrażeń i ja stary wyjadacz i konserwatysta pośród nich. Co ja tu do cholery robię?

- Mamo! Jacyś żołnierze! Zbliżają się! Tam idą drogą!- krzyczała młoda dziewczyna.
- Czy mają swastykę? Mają? Taki czarny krzyż przypatrz się uważnie wiesz, że matka słabo widzi- starsza kobieta poderwała się z fotela i ruszyła po strzelbę, która leżała naładowana na szafie.
- Mamo nie! To muszą być nasze wojska- krzyczała dalej podniecona.
Swastyki nie miałem. Mogłem czuć się bezpiecznie, mimo strzelby skierowanej w kierunku naszej kompani przez starszą niedowidzącą panią.
Młoda dama rzuciła się nam w szeregi. Wycałowała nas. Przez chwilę poczułem się jakbym przed chwilą wyszedł cało z jakiejś wielkiej bitwy i uwolnił ludność od okupantów. Uczucie to jednak szybko minęło. Patrząc na dziewuszkę przypomniała mi się Maria. Były bardzo podobne. Obie miały długie, złociste włosy. Ale czy naprawdę ta była podobna? Raczej nie. Teraz każda kobieta będzie mi pewnie przypominać ukochaną. Każda.
-Clara jestem, bardzo mi miło panowie żołnierze- powiedziała i roześmiała się. Ekipa byłą zachwycona. Nawet Anglik rozweselił się. Doskonale wiedziałem o czym myśli. Jak bardzo chciałem mu te grzeszki wybić z tego zadufanego łba. Jak bardzo. Jeszcze się z nim policzę. To tylko kwestia czasu.


*
Maria stała przede mną w białej, zwiewnej sukience. Uśmiechała się. Również się uśmiechnąłem. Była dla mnie największym szczęściem. Tutaj, w tym pokoju trzygwiazdkowego hotelu paryskiego, całej Francji, na całym świecie. Ona przynosiła mi radość. Rozmarzyłem się. Widziałem teraz fiordy, statki, morze. Brakowało mi tutaj tego bardzo, jednak ukochana wydawała się być odzwierciedleniem tego wszystkiego.
- Kochanie co ci jest?- spytała wyrywając mnie z zadumy.
- Nie nic naprawdę nic. Zamyśliłem się- odpowiedziałem i puściłem do niej oczko.
- Kochasz mnie?- spytała.
- Cóż to za pytanie. Oczywiście, że tak
- Powiedz to głośno, żebym słyszała. Powiedz
- Tak
- Nie to. Powiedz ?kocham cię?
- Kocham cię
- Naprawdę, przyrzekasz?
- Ta naprawdę
Zaczęło mnie to trochę męczyć, ale kobiety lubią takie rzeczy. Jeszcze na dodatek tutaj, w państwie wielkich miłości.
- Pocałuj mnie skoro mnie kochasz. Proszę?- powiedziała. Podeszła do mnie i usiadła mi a kolanach. Mocno ją do siebie przytuliłem. Pachniała kwiatami. Lubiłem kwiaty tak samo jak i ona. Zaciągałem się tym aromatem. Czułem się jakbym jadł najbardziej egzotyczne owoce świata.
- Ja Ciebie też kocham Erik. Naprawdę kocham- powtarzała w przerwach słodkich pocałunków.
- Wierzę. Wierzę w to?- poszliśmy do sypialni. Wkrótce mieliśmy się rozstać. Dostałem powołanie do armii, a ona mówiła coś o wyjeździe do Polski, do rodziny.
Nie wiedziałem gdzie żyję. Po co. Nie mogłem przewidzieć przeznaczenia. Odsłużę, wrócę do Francji. Kupimy z Marią jakiś mały domek z ogródkiem. Może gdzieś w Langwedocji. Czemu może? Czemu kolejne pytania zostaję bez odpowiedzi?

*

Zaproszona nas do salonu. Przeszliśmy przez hol. Chata była skromna, ale nie można było powiedzieć, że biedna. Starsza pani poleciła, aby strzelby postawić pod drzwiami. Tak też zrobiłem. Nie zamierzałem się sprzeciwiać gospodarzowi domu już na samym początku mej znajomości.
Usiedliśmy. Clara poszło do kuchni, podgrzać nam zupę. Nie mogłem się doczekać posiłku. Byłem bardzo głodny. Smith zapatrzony był w okno. O czym teraz myśli ten drań? Biłem się z myślami, ale dałem sobie spokój. W końcu nas jest czterech, a on jeden, sam. Nie da rady nas wszystkich położyć. Oj nie da. W tym momencie na stole pojawiła się waza. Zrobił się niezły harmider i Svenson dostał ode mnie po łapach. Ja zacząłem dzielić zupą. Każdy dostał pod krążek talerza. Sprawiedliwie. Sprawiedliwość nie zawsze jednak wzbudzała radość. W tym wypadku też nie. Patrick pierwszy wciągnął cały talerz i oglądał się za następnym. Waza jednak byłą już pusta. Mina mu strasznie zrzedła. Śmiałem się z niego w duchu. Zjadłem jaki pozosstali. Jedynie Anglik się guzdrał. Gdyby przyprawić mu smoking można by pomyśleć, że uczestniczy teraz w jakimś ważnym przyjęciu, bankiecie. Opróżniwszy talerz, wytarł usta serwetką i zaczął swoją mowę w podzięce.
- A więc panowie co was sprowadza do Svelkirke, spokojnej wioski rybackiej?- spytała gospodyni.
- Dostaliśmy przydział właśnie tutaj. Przewiduję, że pod Oslo nie byliśmy potrzebni. Niemcy nie mają wystarczających sił, aby opanować półwysep. Zostaną szybko powstrzymani- mówiłem w spokoju i skupieniu.
- Co pan pieprzy panie poruczniku!- poderwał się John. ? każdy dobrze wie, że wysłali tu tylko piątkę, bo armia nie ma więcej żołnierzy. Mówisz, że co? Że Niemcom nie uda się wylądować na plaży? Chyba jak spadnie śnieg! Pewnie już mają Oslo w swych faszystowskich łapach! Jedyna nadzieja w flocie brytyjskiej. Tylko ona jest w stanie powstrzymać tę nawał?- przerwałem mu brutalnie.
- Wasza flota?! Wasza flota jest pod Narwikiem, a my jesteśmy tutaj. Jeśli miałbyś za grosz rozumu wiedziałbyś, że przebycie tak długiej drogi przez te twoje cholerne statki zajmie z kilka dni! Nie wygaduj mi tu głupot Angliku. Ludzi też nie strasz. Tutaj żadnej wojny nie będzie! Żadnej zrozumcie to
- Jak to nie będzie?- dołączył się Patrick. ?Przecież ja i Einar chcemy walczyć! Za swoją ojczyznę! Pan nie chce?
- Czy ja nie chcę? Chcę, ale nie zamierzam walczyć o nią we krwi, w nędzy i w przygnębieniu. Jak dla mnie całej tej wojny mogłoby tutaj nie być!- poderwałem się od stołu. Dziewczyna jak i jej matka siedziały cicho i nie odzywały się. Strach przeleciał wszystkich. Nie wiadomo co może zrobić piątka kłócących się mężczyzn. Z których każdy miał broń.
- Nie powinniśmy się unosić. Jeżeli trzeba będzie będziemy się bić za wolność. Jak na razie taka potrzeba jeszcze nigdy nie zaszła- dorzucił swoje Henning.
Po chwili zgodnie postanowiliśmy, że trzeba odpocząć po tym męczącym i stresującym dniu. Starsza pani znalazła nam pokoje. Mych towarzyszy ułożyła po dwóch każdym, ja zaś miałem naszykowane miejsce na starej sofie w salonie. Było już ciemno, w pokoju zapalono dwie lampy naftowe. Nie zamierzałem jeszcze spać. Tym bardziej, że zaraz koło mnie pojawiła się dziewczyna. Spodobała mi się jak i ja jej. Wyczytałem to z jej oczu.
- Chciałam porozmawiać, ponieważ rzadko bywa u nas ktoś z daleka.
- Ależ proszę bardzo nie jestem jeszcze aż tak bardzo zmęczony, żeby spać- uśmiechnąłem się. Podobała mi się coraz bardziej.
- Skąd przybywacie żołnierzu?
- Tylko nie żołnierzu. Mów mi Erik.
- Dobrze. Ja jestem Clara jak już zapewne wiesz. No więc? skąd przybywasz Eryku?
- Heh- zaśmiałem się- Dobre pytanie. Tak w zasadzie z Francji. Spod same Wieży Eiffla- puściłem do niej oko.
- Z Paryża?!- spytała bardziej zaciekawiona niż zdumiona.
- Tak z Paryża, znad Sekwany. Studiowałem tam filozofię. Dostałem jednak powołanie. Doskonale wiem jaka jest sytuacja w Europie. W Oslo wylądowałem 17 września w dzień, w którym Rosja Radziecka wkroczyła na terytorium Polski. Dostałem przydział na lotnisko, ale niedawno przeniesiono mnie tutaj. No i jestem.
- Dobrze, że jesteś?- Klara pochwyciła moją dłoń. Było to bardzo przyjemne. Tym bardziej, że i Maria lubiła trzymać mnie za rękę. Wręcz uwielbiała. Mawiała, że czuję się wtedy bezpieczna i szczęśliwa. A czy ja byłem teraz szczęśliwy? Nie umiałem sobie na to odpowiedzieć.. Nie był to zapewne dobry znak. Niepewność to najgorsze uczucie, które może dopaść człowieka. Gorsze może nawet od samej śmierci, gdyż tej nie jesteśmy stanie uniknąć i całe życie się na nią przygotowujemy. Co będzie nas tutaj czekać choćby za kilka godzin ?...




*
Księżyc palił się niczym żarówka nad Sekwaną. Bardzo mocna żarówka. Lubiłem na niego patrzeć. Jeszcze bardziej, gdy przy mnie stała najpiękniejsza osoba na świecie. Maria też lubiła takie romantyczne spacery. Nie byliśmy jeszcze parą. Ona określała to jaką bliższą przyjaźń. Cokolwiek miało to znaczyć dla mnie było to o wiele za mało. Jednak nigdy nie miałem odwagi, aby podjąć poważną dyskusję na ten temat. Dziś wszystko miało się odmienić.
Spojrzałem jej prosto w oczy. W te dwa brązowe szmaragdy.
- Mario, wiesz ty? jesteś bardzo piękna?- zacząłem się jąkać. Sytuacja stałą się naprawdę stresująca.
- Ależ Erik o co chodzi? Coś nie tak? Powiedz źle się czujesz? Chcesz iść do domu?- zadawała ciąg pytań, które docierały do mnie z pewnym opóźnieniem.
- Słuchaj nie? to nie to?- wykrztusiłem z siebie i zrobiłem coś czego sam po sobie bym się nigdy nie spodziewał. Padłem przed nią na kolana.
- Mario jesteś najpiękniejszą osobą na świecie. Moją muzą, mym słońcem. Chciałbym abyśmy byli bliżej siebie- wystrzeliłem z siebie jak Spitfire, który wypuszcza serię z pokładowego karabinu maszynowego. Dziewczyna zaczęła się śmiać. Oględniej mówiąc to płakała ze śmiechu. Moja wyobraźnia wykreowała teraz faceta, klęczącego po środku parku w garniturze i płaszczu. Wyglądał bardzo komicznie. Pośpiesznie wstałem i otrzepałem kolana. Spod płaszcza wyjąłem podarek dla niej.
- Proszę?- powiedziałem szeptem o wyciągnąłem do niej dłoń ze słodkim, pięknym pluszowym misiem. Wzięła go. Wtuliła się w moje ramiona i namiętnie pocałowaliśmy się. Chwyciła mnie za rękę.
- Czekałam na to od dawna- oznajmiła po chwili.


*
Zbudziły mnie promienie słoneczne padające przez okno. Clara leżała przy mnie całkiem naga. Delikatnie odchyliłem jej rękę, która obejmowała moją szyję. Wstałem
i szybko się ubrałem. Słusznie zakładałem, że wszyscy jeszcze śpią, dlatego zachowywałem się bardzo cicho.
Wyszedłem na zewnątrz. Rześki, lekki wietrzyk wiał od strony morza prosto w twarz. Małe fale cichutko uderzały o brzeg, jakby nie chciały zbudzić wioski ze snu. Nawet mewy zachowywały się na swój sposób spokojnie. Na niebie wiele postrzępionych chmur staczało boję ze sobą. Wyglądało to na wielką bitwę. Oznaczało to, że sztorm minął. Poczułem się teraz jak na celowniku. Wystawiony przed wrogiem, bezbronny. Zmiana pogody utrudniała sytuację.
Nie wiem ile czasu stałem przed domem i rozmyślałem o wojnie. Minęły minuty? Może godziny? Czas przestał się liczyć. Wszystko stanęło, a tylko mi było dane obserwować się temu zjawisku z boku. Podniecony niczym dwunastolatek, który rozpakowuję prezent urodzinowy rzuciłem się na piasek. W tej chwili moim prezentem był właśnie on. Miliony ziarenek lśniących na słońcu jak góry złota. Nie wiem co się ze mną stało. Chciałem wracać do Francji. Tak właśnie tam. Wojna i walka o naród w jednej chwili stała się dla mnie ohydna. Patrząc na swoją broń myślałem, że zaraz zwymiotuję. W mundurze poczułem się jak morderca, przegrany człowiek. Maria z pewnością zawiodła by się teraz na mnie, gdyby zobaczyła ile jest we mnie w tym momencie nienawiści. Powstałem. Samotna łza spłynęła mi po policzku. Otarłem ją nadgarstkiem.
- Erik co się stało?- z zadumy wyrwał mnie kobiecy głos, który dobiegał zza moich pleców.
- Nie, nic, nic. Musiałem się przewietrzyć. Taka ładna pogoda, aż chcę się żyć!- skłamałem. Nie lubiłem kłamać, ale swoje zmartwienia wolałem trzymać w sobie. Po co zarażać nimi kolejne osoby. Już i tak jest im wystarczając ciężko.
- Reszta jeszcze śpi? Czy już wstali?- spytałem, aby szybko zmienić temat.
- Engelskmann jeszcze śpi. Wstali tylko ci młodzi. O ile wiem siedzą przy stole, piją mleko i jedzą chleb ze smalcem.
- Rozumiem. Muszą się pośpieszyć chciałbym dziś przeprowadzić jakieś manewry- odparłem. Clara popatrzyła na mnie dziwnie po czym widząc, że raczej ze mną dzisiaj nie pogada wróciła do chaty. Po kilku minutach poszedłem w jej ślady, aby pogonić towarzystwo.
Ćwiczenia zaczęliśmy późno, gdyż dyscyplina w oddziale nie była zbyt wielka.
Było już późne popołudnie, gdy wracaliśmy. Einar znowu pogwizdywał jakąś wesołą melodyjkę. Inni jednak szli w całkowitym skupieniu.
- Cisza!- Krzyknął Anglik i wszyscy stanęliśmy jak wryci. Byliśmy już na leśnym skraju.
- Huk myśliwców?- wyszeptał. Również i ja usłyszałem ten warkot. Nie było wątpliwości, że musiały to być siły wroga. Po chwili na niebie pojawiły się trzy czarne plamki. Były jednak tak nisko, że bez trudu mogliśmy dostrzec, że to Messerschmity, które patrolują okolicę. Henning Svenson chciał się kłaść na ziemi, ale wybiłem mu ten pomysł z głowy. Nawet najbystrzejszy pilot nie był w stanie zobaczyć nas tutaj pod koronami drzew.
- Poruczniku? myślę, że nadszedł czas?- powiedział Smith. Jego podłość i chamstwo znikło w oka mgnieniu.
- Chyba macie rację Angliku. Trzeba się przygotować na najgorsze. Musimy umocnić się w rejonie tamtej latarni morskiej- wskazałem ręką na białą wieżą niedaleko od nas..
- A więc będziemy strzelać do Niemców?! Tak?!- krzyczał podniecony Patrick.
- Obyś nie musiał tego robić smarkaczu.. obyś nie musiał- powiedziałem i wszyscy umilkli.
Nikt nie mógł się skupić. W latarni umieściliśmy wszystkie nasze zapasy i dodatkową amunicję, a molo obstawiliśmy drewnianymi beczkami, które udostępniła nam ze schowka starsza kobieta. Wiedziałem, że to tylko marna prowizorka. Nie uchroni nas przed kulami hitlerowców. Na dodatek mieliśmy tylko jeden karabin maszynowy. Anglik zadeklarował się, że zajmie punkt najbardziej narażony na pierwszy atak. Był to niewysoki murek łączący się z opuszczonym domem. Przykucnął tam i umieścił broń maszynową. Einar wpadł na pomysł obsypania jego miejsca workami z piaskiem. Zajęliśmy się tym czym prędzej. Jedno mieliśmy z głowy, ale była to kropla w morzu potrzeb. Natarcie miało nadejść z nad lasu. Przez długi kawałek drogi od niego nie było żadnego schronienia i dopiero zabudowa cywilna nam takowe dawała. Smith miał prowadzić ostrzał, a my w tym czasie mielibyśmy powalić na ziemię jak najwięcej Niemców.
- Poruczniku, a jak tam będą pojazdy pancerne?- odezwał się nieśmiało Svenson. Do tej pory nie wyskoczył z żadną inicjatywą. Teraz miało się to zmienić.
- Masz rację. To jest to załatwienia. Gdy Smith będzie strzelał tutaj z tego murku, Ty wraz ze wszystkimi granatami jakie zdołasz ponieść ukryjesz się w tym ogrodzie za płotem
Nie było to daleko od szosy i planowanego natarcia, ale istotnie dawało niezłe ukrycie grenadierowi. Einar i Patrick mieli siedzieć w chacie z ogrodem przy oknach, ja zaś zająłem miejsca za beczkami przy molo. Wszystko było ustalone. Na zewnątrz pojawiły się kobiety. Miały tylko dwie walizki, a starsza pani niosła na plecach swoją strzelbę. Cara kierowała się w moją stronę. Rzuciliśmy się sobie w objęcia.
- Kocham cię wiesz o tym prawda? Nie zginiesz, nie zostawisz mnie- mówiła przez łzy, które spływały po mojej kurtce.
- Zawsze będę przy Tobie zawsze. Jak mogłaś tak pomyśleć. Weź to ? wepchnąłem jej w kieszeń płaszcza rewolwer.
- Na co mi to ? ? spytała przestraszona Clara.
- Weź to może być ci potrzebne- odparłem po czym pocałowałem. Jej usta smakowały jak kwiaty z nad Sekwaną. Jak usta Marii.
- Idźcie już- dodałem i odwróciłem się. Moje serce przeszył ogromny żal. Po raz drugi najprawdopodobniej traciłem ważną dla mnie osobę. Po raz drugi?
Żaden z żołnierzy nie śmiał teraz zażartować. Wyglądali teraz na dorosłych poważnych ludzi. Nikt już nie cieszył się, że będzie walczy z Niemcami, a oczy szkliły im jak diamenty, gdy odchodziłem od dziewczyny. Kobieta wzięły się pod rękę i podążyły dalej, w głąb wioski. Tam będą z pewnością bardziej bezpiecznie niż tutaj. Niebo było krwiste, a słońce zbliżało się ku wodzie świecąc swym upiornym, miodowym blaskiem. Odbyliśmy swój ostatni posiłek po czym każdy z nas poklepał się po ramieniu życzył wszystkiego najlepszego i po kolei udawał się na swoje stanowisko strzeleckie. Położyłem się za beczkami, jeszcze raz przeładowałem broń i czekałem . Cisza zapadła ogromna. Nawet morze ucichło, a wiatr ustał. Nigdzie nie było słuchać choćby śpiewu jakiegoś ptaka lub plusku wody. Miało się zacząć?
Chwilę niepewności przerwał warkot silników. Svenson miał rację. Słuchać było wozy pancerne pędzące drogą od lasu.. Kompani czekali na mój znak do ataku wiedziałem, że muszę wybrać najkorzystniejszy moment. Po kilku chwilach ujrzałem ciemną stal rekonu niemieckiego. Jechał na rozeznanie. Z każdą chwilą zbliżał się coraz bardziej do zabudowań. Engelskemennowi powiedziałem, żeby nie strzelał i ukrył się pod workami z piaskiem. Posłuchał mnie chyba pierwszy raz w życiu. Maszyna zbliżała się. Między ogrodowymi drzewami dostrzegłem naszego grenadiera. Wyciągnął zawleczkę z granatu. Skinąłem ręką. Ogromny huk przeszył okolicę, a wóz cały stanął w płomieniach. Gwar i harmider rozległ się po okolicy. Dym buchał jak z wielkiego komina i unosił się nad nami. Smith wyłonił się zza worków i skulił gotowy do oddania serii z karabinu maszynowego. Z wozu jednak nikt nie wychodził. Było to mało prawdopodobne, gdyż Einar trafił w sam właz i granat rozerwał pojazd od środka. Wiedziałem, że była to tylko jednostka patrolowa za którą muszą nadejść potężne oddziały przeciwnika. Napięcie było ogromne. Przetarłem krople poty z czoła. I dojrzałem ich. Hitlerowcy nadchodzili do lasu. Biegli i oddawali strzały. Anglik otworzył ogień, który powalił kilku ludzi. Ogień pluł z karabinu maszynowego nieustannie. Wkrótce rozległy się też pojedyncze strzały z okna domu. Ja również wycelowałem i strzeliłem. Nie wiem czy trafiłem czy nie, gdyż wszędzie panował zamęt. Wroga wcale nie ubywało. Wręcz przeciwnie wydawało mi się, że jest go coraz więcej. Wiedziałem że zbyt długo się tak nie utrzymamy. Nagle karabin Anglika ucichł. Skończyła mu się amunicja! Rzuciłem się w bieg. Kilka kul wbiło się w beczki, a jedna świsnęła nad samym uchem. Wpadłem do środku latarni, zgarnąłem ze stołu wszystkie magazynki i popędziłem do Engelskmanna. Droga była ciężka, a i bałem się o własną skórę. Wiedziałem, że umrzemy, ale w tym momencie było to mało opłacalne. W końcu zanurkowałem pośród worki z piaskiem i wręczyłem mu amunicję. Ten uśmiechnął się szyderczo po czym dźwięk maszynowego ognia rozległ się na nowo. Nic nie słyszałem prócz tego cholernego łoskotu. I świszczących kul. Sam zająłem miejsce przy Shmithcie i wspierałem go wystrzałami ze swojej strzelby. Wszystko działo się zbyt szybko. Serce dudniło mi jak oszalała i chciało się wyrwać z klatki piersiowej.. Dym z palącego się pojazdu unosił się dalej. Cała okolica była nim spowita. Kaszlałem, gdy wpadał mi do płuc.
Rozległ się łoskot gąsienic. Zamarłem. Koszmar spełniał się. Z daleka dostrzegłem wynurzającą się lufę potężnego czołgu Trzeciej Rzeszy. Nie mieliśmy nawet działa przeciwpancernego. Teraz potrzebna nam była tylko szybkość i spryt. Tank zaczął jechać w stronę Anglika. Ten nic sobie z tego nie robił i w pewnym momencie usłyszałem jak krzyczy "Jak umrzeć to tylko z honorem sukinsyny!". Wiedziałem, że nie opuści stanowiska. Sam wskoczyłem do pobliskiego budynku. Zdarłem sobie przy tym kolano, z którego zaczęła płynąć krew. Czołg pruł na przód nie zważając na nic. Specjalnie nie oddawał ognia chciał zmiażdżyć Anglika pod gąsienicami, tym samym pokazując okrucieństwo hitlerowców. John powstał i panicznie zaczął strzelać w pancerz, który odbijał kulę. Wyjął z kieszeni granat i rzucił się na ziemię. Kolejny wybuch wstrząsnął okolicą. Żołnierza rozszarpało, ale Tank został zneutralizowany i teraz stał w płomieniach. Nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że człowiek w obliczu śmierci jest w stanie wysadzić samego siebie dla ratowania przyjaciół. Jeśli można było nas nazwać jego przyjaciółmi. Przez wylot w drzwiach dostrzegłem biegnącego Svensona. Widocznie skończyły mu się granaty teraz przemykał w ogrodzie pomiędzy drzewami. Pozostała dwójka cały czas chroniła budynku. Wypełzłem na próg i nacisnąłem na spust. Jeden faszysta padł trupem. Moje myśli krążyły teraz tylko wokół bitwy. Trzeba się jakoś dostać do latarni morskiej, gdyż tam byłby świetny punkt do rażenia zbliżającego się przeciwnika. Jednak w tym momencie bitwy paniczny rajd przez nabrzeże wydawał się samobójstwem. Ale co w tym momencie nim nie było ? Powstałem szybko i cały umorusany i zakrwawiony popędziłem w stronę molo. Dałem również znak Svensonowi, aby biegł za mną.. Jego przeraźliwy krzyk przeszył mnie całego jak strzała. Odwróciłem się. Leżał na ziemi i jęczał z bólu. Nie wiem jakim cudem znalazłem się przy nim. Pluł krwią.
- Svenson cholera przyrzekam ci zabiję tych skurwysynów jak najwięcej! Svenson uwierz mi!
Nie odzywał się już pluł krwią, a jego ciało drgało. Kula przeszyła go na wylot w okolicach podbrzusza. Wreszcie ucichł. Dotknąłem jego powiek i przymknąłem je. Upaprałem swoje ręce krwią. Czułem się okropnie.
- Oddział! Na molo!- Krzyknąłem do Patricka i Einara, gdyż dostrzegłem, że i oni przestali strzelać. Wybiegli z domu. Byli z jakieś dwadzieścia metrów ode mnie. Osłaniałem ich i dotarli do mnie w nienaruszonym stanie.
- Poruczniku! Pan widział jak to było z tym czołgiem - pytał trzęsący się Einar.
- Widziałem do ciężkiej cholery. Anglik wysadził się, abyśmy mogli walczyć dalej. I co jeszcze chcesz wojny tak jak kiedyś?
- Nie mówmy o tym. Chcę do domu, do rodziny. Biegnijmy!
Tak też zrobiliśmy. Co jakiś czas jeden z nas odwracał się i strzelał do Niemców. Przeważnie niecelnie. Dopadliśmy do beczek, które nie dawały jednak nijak schronienia. Kule przestrzeliwały je bez żadnych problemów.
- Patrick mam plan. Będziemy cię osłaniać, a ty biegnij na szczyt latarni i stamtąd zabij kilku pieprzonych faszystów!- krzyknąłem. Zasalutował mi i popędził przed siebie.
Einar prawie się o mnie ocierał i słyszałem jak dyszy z wysiłku. Mi też brakowało już siły. Kolejne przeładowania i kolejne wystrzały. I tak w kółko. Wreszcie dostrzegłem towarzysza na latarni. Kiwnął mi ręką, że jest gotowy i zajął się ostrzałem. Niemcy byli coraz bliżej. Siedzieli już w budynku z którego uciekałem. Zajęli miejsce na popsutym czołgu. Posuwali się cały czas dalej. Nagle pojawił się myśliwiec. Leciał bardzo nisko i kierował się wprost na Patricka. Już wiedziałem jaki będzie jego koniec. Wystrzał z karabinów pokładowych podrzucił go do góry. Chłopak spadł do morza i zapadł w głąb morskich czeluści. Miał pozostać tam już na wieki. Teraz dostrzegłem, że słońce już zaszło. Robiło się coraz ciemniej. Spojrzałem na Einara Dostał jakieś nerwówki, gadał do siebie. Już po nim.. W pewnym momencie podniósł się i zaczął biec w stronę Niemców. Wpadł w bitewny szał, który szybko ostudziły kulę. Długo słaniał się na nogach po czym upadł.. Wychyliłem się, by wycelować, gdy coś szarpnęło mym ramieniem i z powrotem upadłem. Dostałem. Ostatkiem sił doczołgałem się pod starą latarnię. Rana krwawiła coraz bardziej. Byłem już na skraju wyczerpania. Fale uderzały o skarpy z niebywałą siłą, tak, że nie słyszałem własnych myśli. Spojrzałem na morze. Wiele razy widziałem je w swoim życiu i teraz pewnie przyjdzie mi umrzeć z jego widokiem w oczach.
Zdjąłem strzelbę z ramienia i położyłem obok siebie. Oparłem się o mur , ciężko łapiąc do płuc morskie powietrze. Coraz ciężej i ciężej. Myślałem teraz o moich przyjaciołach z oddziału, którzy zginęli broniąc tego wspaniałego zakątka świata- Norwegii. I wszystko na nic Sięgnąłem ręką do kieszeni po chusteczkę aby zatamować płynącą krew, ale zamiast niej wydobyłem stare, zniszczone zdjęcie, na którym jestem wraz z moją ukochaną. Łza spłynęła mi po policzku. Dziewczyna była Żydówką. Poznałem ją, jak byłem we Francji na studiach.



*
Dzień był bardzo słoneczny. Jak zawsze wyszedłem rano kupić gazetę, aby dowiedzieć się trochę o świecie i poczytać opowiastki detektywistyczne drukowane w każdym numerze. Teraz trzeba było znaleźć miejsce, aby usiąść i spokojnie napić się kawy. Cafe Parisiana było najodpowiedniejszym takim miejscem w całym Paryżu. Żeby nie powiedzieć w całej Francji!
Lubiłem tam siedzieć. Wszystko zdawało się wtedy takie proste, bez zawiłości i trudności. Z ciekawością słuchałem Francuzów, którzy najczęściej opowiadali o własnych problemach. Zauważyłem, że kawa od dawna stoi na mym stoliku. Pociągnąłem dwa łyki. Jej smak rozchodził się w mych ustach. I nagle ją zobaczyłem?
Blask tej piękności zalał całą kawiarenkę. Zapomniałem o kawie, zapomniałem o opowiadaniach dla detektywów. Niewiasta niczym łabędź płynęła przez ulicę. Zatkało mnie, tak jak się zatyka wino francuskie korkiem w Szampanii, aby przez długie lata leżakowało i nabierało smaku. Gdy muza zaczęła się kierować do mojego stolika, oniemiałem totalnie. Czy mogę usiąść??- spytała. Mówienie nigdy nie sprawiało
mi trudności, lecz w tym momencie zacząłem się jąkać i miotać. Dziewczyna tylko się uśmiechnęła. Również zamówiła kawę. Po dziesięciu minutach rozmawiało nam się jak staremu, dobremu małżeństwu.

*
Ona już nie żyje. Umarła w komorze gazowej, sama, opuszczona, pozbawiona godności. Nagle spostrzegłem światło płynące cienkim promieniem przez mrok. Przetarłem oczy. Na szczycie latarni stała i śpiewała. Krzyknąłem, ale głos nie wydobył się z mych ust. Spostrzegła mnie i sfrunęła na złotych skrzydłach. Uśmiechnęła się. Ach, ten jej piękny uśmiech! Usłyszałem wystrzał i poczułem zimno. Zobaczyłem jeszcze niemieckiego żołnierze z wycelowanym we mnie karabinem i dymiącą lufą. Ukochana stała się teraz oślepiającą światłością. Dotknęła mych powiek i zamknęła je. Przestałem czuć cokolwiek, ale Maria złapała mnie za rękę i razem powędrowaliśmy hen wysoko ponad gwiazdy. Nie czułem żalu. Przecież znów byłem szczęśliwy, jak dawniej.

Podpis: 

Stanior 30 listopada 2003- 3 kwietnia 2004
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Z pamiętnika Słowiańskiej Wiedźmy Miłość z internetu cz. X - szalone pozycje absurdałaka
Każda z nas może być wiedźmą i nie ma to nic wspólnego z wyglądem. Ona pisze o kochaniu jak najwspanialsza kochanka, on szkicuje jej pozycje i je opisuje. Zbliża się rok jak się kochają a jeszcze się nie spotkali kolejny wiersz
Sponsorowane: 250
Auto płaci: 200
Sponsorowane: 202Sponsorowane: 200
Auto płaci: 100

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2017 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.