http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
150

Kwiat w butonierce

  Spotkanie w tramwaju - co może z tego wyniknąć?  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W marcu nagrodą jest książka
Regulatorzy
Stephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Kwiat w butonierce

Spotkanie w tramwaju - co może z tego wyniknąć?

Labirynt

Krótka podróż po labiryncie

The Ciuchcia

Letnia duszna noc w pociągu pospiesznym relacji....

Napoleoni Poplątaniec

Jeden dzień z życia władcy.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

Marzyciele

Opowiadanko fantasy, które dzieje się w tym samym świecie co "Klęska czarnego władcy", ale poza tym nie ma z nim nic wspólnego. Uwaga, dość długie i nudne! Coś o szansie spełnienia marzeń przez dwóch, wprost sobie przeciwnych, marzycieli.

Świt Nowej Ery

Pewien podróżnik w czasie przybył do roku 2010... Kogo szuka i czy uda mu się wykonać zadanie? Moja wprawka w SF - swego rodzaju.

2078

Jest rok 2078. Powszechna urbanizacja i spisy produktów zakazanych przez tzw. Zdrową Europę. Dziennikarz wikłający się w związek z tajemniczą kobietą i zadanie służbowe oznaczające bolesną konfrontację z przeszłością.

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1047
użytkowników.

Gości:
1045
Zalogowanych:
2
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 67190

67190

Widok na szczyt

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
11-02-17

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Przygoda/Podróże/Przyjaźń
Rozmiar
18 kb
Czytane
9256
Głosy
12
Ocena
5.00

Zmiany
12-05-16

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: herold Podpis: herold
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
wygrany konkurs miesięczny
Historia pewnej zimowej ekspedycji. Zapraszam do komentowania.

Opublikowany w:

tutaj

Widok na szczyt

Zawsze kiedy patrzę na góry wzbiera we mnie wiele uczuć i wspomnień. Wśród nich są te dobre i te złe. Te pożądane i takie, o których chciałbym zapomnieć że istnieją. Radość zdobywcy przeplata się z goryczą porażki i smutkiem... straty. Zawsze kiedy patrzę na góry widzę w nich wyzwanie, przeciwnika którego nie można nigdy lekceważyć. Wiele razy musiałem uznać jego wyższość nade mną. Wiele razy musiałem ukorzyć się pokonany i czekać na następną szansę. Walka z górą nigdy nie jest walką wyrównaną. Powiadają że góry są dla rozważnych i wytrwałych. Kiedyś myślałem o sobie, że jestem i rozważny i wytrwały. Teraz nie wiem czy dalej mógłbym tak sądzić.


28 listopad.
obóz dolny 5670 m. n.p.m.

Pogoda zmienia się dziś nieustannie. Już sam nie wiem czego mam się spodziewać. Wczoraj wydawało się, że dziś będziemy mogli kontynuować pierwsze podejście i uda nam się przenieść obóz nieco wyżej. Niestety przy tak silnym wietrze musimy to odłożyć do jutra...o ile pogada zmieni się na lepszą. Wspólne przebywanie w obozie chyba nie służy naszej grupie.


29 listopad
obóz dolny 6050 m. n.p.m.

Dziś udało nam się, z niemałym wysiłkiem, przenieść obóz wyżej. Pogoda poprawiła się na tyle, że możemy z nadzieją patrzeć na jutrzejszy dzień i dalej kontynuować wspinaczkę. Wiatr osłabł znacznie, a to znaczy że być może uda nam się podejść do granicy 7000 metrów i spróbować założyć pierwszy obóz górny. Niestety temperatura znacznie się obniżyła. Dzisiejszy dzień dał nam wszystkim w kość, ale wydaje mi się że był dla nas udany. Być może wzmocni to morale grupy i poprawi atmosferę.

1 grudzień
pierwszy obóz górny 7570 m. n.p.m.

Udało nam się założyć pierwszy obóz górny. Ale dotarcie tutaj zajęło nam aż dwa dni. Pogoda znów się popsuła. Wiatr jest wręcz huraganowy, a temperatura... Cholera jest coraz zimniej. Fakt byliśmy na to przygotowani i zdawaliśmy sobie sprawę, że zimowe wejście będzie zdecydowanie trudniejsze, ale mam wrażenie że ta góra chyba nie chce byśmy ją zdobyli. Jeśli takie warunki atmosferyczne utrzymają się dłużej, to nawet nie chce myśleć jak ta wyprawa się zakończy.

2 grudzień
pierwszy obóz górny 7570 m. n.p.m.

Dziś nie ruszymy się z obozu ani na krok. Poza huraganowym wiatrem mamy jeszcze obfite opady śniegu, a właściwe to zawieje śnieżne. Dobrze że udało nam się rozbić obóz w dobrym miejscu, od północy osłoniętym granią dzięki czemu nie jest aż tak zimno. Nie wiem czy dobrze zrobiliśmy, decydując się na styl oblężniczy. W obecnych warunkach chyba nie zdaje on egzaminu w naszej ekipie. Zresztą teraz jest już po ptakach i nie warto się nad tym zastanawiać. Te wymuszone przestoje źle działają na naszą grupę. Najgorzej jest między Kaśką a Bartkiem. Chyba źle zrobiłem że zgodziłem się by jechali razem. Dzięki Bogu nikt nie ma choroby wysokościowej. Oby pogoda jutro się poprawiła...


3 grudzień
pierwszy obóz górny 7570 m. n.p.m.

Warunki pogodowe zmieniają się jak w kalejdoskopie, tyle tylko że tym razem po naszej myśli. Śnieg przestał padać, a wiatr osłabł na tyle byśmy mogli podjąć wspinaczkę. Musimy to wykorzystać jak najlepiej i spróbować osiągnąć 7900 metrów. Jeśli się uda i założymy drugi obóz, będziemy mogli myśleć o ataku. Niebo jest zasnute gęstymi chmurami od kilku ostatnich dni, przez co nie widać jeszcze szczytu. Nastroje w ekipie poprawiły się znacznie na myśl o zbliżającym się ataku. Mam nadzieję że taka atmosfera utrzyma się do końca wyprawy... lub chociaż do czasu kiedy powiem kto będzie musiał zostać w obozie podczas ataku szczytowego.
****

- Zbierajcie się. I tak za długo tu zabawiliśmy. Góra na nas nie poczeka! No dalej, ruszamy!

Ponaglałem drużynę, zupełnie niepotrzebnie gdyż i tak wszyscy byli już gotowi. Myśl o zbliżającym się ataku i poprawie pogody zadziałała na nich mobilizująco. Mimo to samemu czując podniecenie i radość, że wreszcie możemy kontynuować wspinaczkę, musiałem to zrobić. Ponadto jako najbardziej doświadczony ze wszystkich, wiedziałem że jeśli chcemy zakończyć tę wyprawę sukcesem to musimy koniecznie założyć dziś obóz końcowy. Odcinek który musieliśmy przejść nie należał do najprostszych. Kilka ścian, ostre granie i oblodzone skały. Dodatkowo przeszkadzał nam wiatr, który choć osłabł na tyle by podjąć dalszą wspinaczkę, to jednak nadal był zdradziecki.

Pięliśmy się powoli, wzdłuż kamienistej grani kiedy przed nami „wyrosła”, potężna ściana. Miała może ze 30 metrów. Grań opadała lekko na kamieniste wypłaszczenie, składające się z wielu ostrokrawędzistych skał magmowych. Niewiele było tu śniegu, widać teren tworzył tu swoisty układ, który uniemożliwiał nawianie jego większej ilości. Podeszliśmy bliżej i stanęliśmy u podnóża ściany. Trzeba było podjąć decyzję jak ją pokonamy:

- Paskudna franca co nie Krzysiu? – zagadnął mnie Bartek, ale zamiast mu odpowiedzieć nadal wpatrywałem się w ścianę.
- Kto idzie pierwszy? – padło pytanie z ust Marka.
- Ja, Karol i ty. Reszta za nami.
- A jednak franca. – odpowiedział sam sobie Bartek.
- Dobra ludzie ruszamy!

Po chwili namysłu rozpoczęliśmy powolną wspinaczkę. Ściana wydawała się niemal pionowa, a dodatkowo była bardzo oblodzona. Chociaż nie była zbyt wysoka to i tak wszyscy wiedzieliśmy że przysporzy nam sporo trudności.

Pierwsze kilka metrów poszło całkiem sprawnie, ale mniej więcej około 20 metra pojawiły się pierwsze problemy. Marek który wspinał się po mojej prawej stronie, nagle zwolnił tempo, po czym zatrzymał się jakieś 3-4 metry poniżej mnie:
- Wszystko gra?!
- Chyba jest coś nie tak z moją liną. Słabo trzyma – odpowiedział Marek.
- Poczekaj zaraz zejdę do ciebie.
- Nie spoko, nie trzeba. Sam sobie poradzę, chyba zaczep się poluz....

W tej samej sekundzie, lina oberwała się a Marek odpadł ze ściany. Usłyszeliśmy głuchy, jakby stłumiony odgłos upadku. Spadł na naszych oczach wprost na ostre bloki skalne u podnóża ściany.

Po upadku Marka, minęło kilka głuchych ułamków sekund w czasie których wszyscy, wisząc na linach w cieniu ściany, zastygli niemal w bezruchu. Kiedy dotarło do mnie co się stało, ruszyłem szaleńczo w dół zjeżdżając na linie. Zupełnie zapomniałem o tym że mogę popełnić błąd i również oderwać się od skały. Wszystko co zaprzątało mi teraz głowę sprowadzało się tylko do tego by jak najszybciej dostać się do Marka. Podejrzewałem że upadek z tej wysokości go nie zabił. Niestety, na dole okazało się że miałem rację. Marek żył, ale był straszliwie pogruchotany. Plecak zamortyzował w nikłym stopniu upadek, niemniej jak się później okazało w obozie, rozległe obrażenia wewnętrzne jakich doznał, nie dawały mu żadnych szans, na więcej niż dwie doby życia i strasznego bólu.

Kiedy znieśliśmy rannego Marka do obozu wszyscy odetchnęliśmy, bowiem droga powrotna była bardzo wyczerpująca. Nieśliśmy go po dwie osoby, na zmianę to znaczy ja niosłem Marka przez cały czas. Chociaż był bardzo ciężki, a ja padałem z wyczerpania i zmęczenia, nie pozwalałem nikomu się zmienić. Po prostu jako szef ekspedycji i jego kolega czułem że jestem mu to winny. W obozie lekarz ekspedycji dokładnie zbadał Marka. Niestety wieści nie były optymistyczne:

- Przeżyje na tyle byśmy mogli przetransportować go do szpitala? - spytałem chłodnym, zdecydowanym głosem.
- Niestety nie. Myślę że nie przeżyje nawet drogi na dół. Przykro mi. – odpowiedź którą usłyszałem zabrała mi w jednej sekundzie resztki nadziei jakie miałem.
- Jakie rokowania? Ile mamy czasu? – spytałem.
- Obrażenia wewnętrzne są bardzo rozległe. Myślę że...
- Ile mamy czasu? – przerywając lekarzowi, ponowiłem pytanie z nieskrywaną goryczą.
- Maksymalnie 3 dni.
- Ktoś z nim już rozmawiał? – zapytałem. Odpowiedziała mi głucha cisza.
- Dobrze. Ja to zrobię. Dziękuję jesteście wolni.

Kiedy znalazłem się sam w swoim namiocie, emocje które do tej pory próbowałem w sobie dusić, eksplodowały z wielką siłą. Usiadłem w rogu i zacząłem płakać. Łkałem jak dziecko i choć zdawałem sobie sprawę, że moje zachowanie było niezbyt odpowiednie dla szefa ekspedycji to jednak nie mogłem przestać. Marek był jednym z moich najlepszych przyjaciół. Razem wspięliśmy się na wiele gór, zdobyliśmy tak wiele szczytów. A teraz musiałem powiedzieć mu że nie dożyje nawet do końca wyprawy. Niby jak miałem to zrobić?

Gdy ochłonąłem na tyle by powstrzymać łzy, postanowiłem zebrać w sobie resztki tego czegoś co ludzie nazywają opanowaniem i pójść do namiotu medycznego. Nogi miałem jak z waty i cały dygotałem, nie z zimna ale ze strachu przed czekającą mnie rozmową z przyjacielem. Marek leżał w rogu największego ze wszystkich namiotów. Opatulony termoizolacyjnymi kocami, pod stała obserwacją naszego lekarza. Kiedy pojawiłem się w środku namiotu poprosiłem lekarza by zostawił nas na chwilę samych. Nie chciałem by przy tej rozmowie był ktoś trzeci. W chwilę później w namiocie byliśmy już tylko my dwaj. Zapadła głucha, grobowa cisza. Jedyne oznaki życia to para wydobywająca się z naszych nozdrzy. W końcu milczenie przerwał Marek:

- Chyba rzeczywiście niedobrze ze mną skoro przysyłają ciebie? – próbował zażartować, po czym kilkakrotnie kaszlnął. Widać było że nawet mówienie jest dla niego sporym wysiłkiem.
- Spokojnie nie jest tak źle. Spróbuj jak najmniej się odzywać. Pozwól że ja będę mówił a ty słuchaj. Może tak być? – spytałem, na co w odpowiedzi otrzymałem jedynie lekkie skinienie głowy.
- Dobra. Marek jesteś moich najlepszym kumplem, niejedno razem przeszliśmy, sam wiesz. Dlatego nie będę owijał w bawełnę ani cię oszukiwał. Jest bardzo źle. Twój stan jest ciężki. Lekarz twierdzi że nie przeżyjesz więcej niż trzy dni.

Sposób w jaki przekazałem mu tą wiadomość przeraził mnie bardzo. Wszystko to brzmiało tak, jakbym chciał zrzucić z siebie ten ciężar, całą odpowiedzialność na Marka. W namiocie zapadła znów przenikliwa cisza. Przerwał ją głos mojego przyjaciela:

- Mogę mieć do ciebie jeszcze jedną prośbę? – zapytał nieśmiało Marek.
- Jasne stary, co tylko chcesz? Jeśli będziemy mogli to zrobić to zrobimy. Jaka to prośba? – w tej chwili byłem skłonny spełnić niemal każdą rzecz o jaką by poprosił.
- Zabierzcie mnie na szczyt.

Jego słowa były jak uderzenie ciężkim młotem w głowę. Prośba Marka była precyzyjna i przejrzysta jak tylko mogłaby być w takiej chwili. Nawet przez sekundę nie pomyślałem że mógł żartować. Ale czy naprawdę myślał że to jest możliwe? Że mogę się na to zgodzić?

- Ale to szaleństwo! Marek wiesz że to szaleństwo! Nie mogę ryzykować twojego życia i życia reszty ekipy. Wiesz że to niemożliwe. Nie wiadomo czy w ogóle weszlibyśmy na szczyt gdyby nie wypadek, ale teraz? W tej sytuacji, wyprawa nie ma szansy powodzenia.
- Nie mów tak! Obaj wiemy że jest to możliwe. Jeśli tylko tak zadecydujesz. Pogoda bardzo się poprawiła. Wiesz że jesteśmy już blisko. Poza tym możemy zrezygnować z zakładania obozu szczytowego i podejść od razu do ataku. I tak szlag trafił cały plan!

Marek mówił teraz mocnym zdecydowanym głosem. Pełnym determinacji, gniewu i rozpaczy. Nie wiem czy przemyślał to co powiedział, ale z pewnością był świadom naszego położenia.

- Marek wiesz że nie mogę podjąć takiej decyzji! Nie mogę narażać innych członków grupy.
- Zwołaj zebranie. Niech oni zdecydują. – Marek wyraźnie nie odpuszczał.
- Ale doskonale wiesz, że jako szef ekspedycji decyzję będę musiał podjąć sam, na własną odpowiedzialność! Dlaczego to robisz? Czemu chcesz za wszelką cenę wejść na ten cholerny szczyt?! – krzyczałem na niego, ale on nic sobie z tego nie robił. Jego twarz nadal była pełna determinacji a oczy iskrzyły się w półmroku namiotu, odbijając światło lampy.
- Krzysiek posłuchaj mnie teraz uważnie. Obaj wiemy że nie przeżyję drogi powrotnej, a na szczyt jest bliżej niż na dół. Pytasz dlaczego chcę wejść na ten cholerny szczyt? Powiem ci dlaczego. Bo nic innego mi już nie zostało jak spełnić to ostatnie marzenie.

W tym momencie coś we mnie pękło. Siedziałem chwilę w ciszy po czym podniosłem się energicznie, zamierzając opuścić namiot medyczny, kiedy za plecami usłyszałem głos Marka:
- Dokąd idziesz? – spytał
- Zwołać zebranie grupy. Za półgodziny powinniśmy być tu z powrotem. – odpowiedziałem patrząc przyjacielowi w twarz, na której pojawił się szczery uśmiech wdzięczności.

****

Nie minęło jeszcze umówione pół godzinny, a namiot medyczny zdążył się już cały wypełnić. Wszyscy przyszli przed czasem, zresztą powiedzmy sobie szczerze co można robić będąc na wysokości ponad siedmiu tysięcy metrów, podczas wspinaczki na jedną z najwyższych gór świata. Gdy już wszyscy znaleźli dla siebie jakieś mniej lub bardziej wygodne miejsce, zapadła głucha cisza. Oczy wszystkich zebranych zwrócone były teraz na mnie. Chwilę zbierałem myśli, ale zdawało mi się że trwało to całe wieki. W końcu zacząłem mówić, starając się niczego nie uronić, żadnej myśli, żadnego słowa:

- Jak wszyscy wiecie, zdarzył się dziś koszmarny wypadek. Nasz kolega Marek odpadł ze ściany, zresztą nie muszę wam tego opowiadać, wszyscy to widzieliśmy. Jego stan lekarz ocenił jako bardzo ciężki. Marek jak sami widzicie jest tu pośród nas, jest przytomny i świadomy swojego położenia. – wstrzymałem na moment oddech i przestałem mówić.

W całym namiocie panowała przenikliwa, głucha cisza. Jedynie wiatr świszczał na zewnątrz. Spojrzałem na Marka. Jego spojrzenie było pełne determinacji, a oczy skrzyły się w wątłym blasku lampy. Twarz przybrała wyraz jak gdyby chciał mi powiedzieć „No dalej śmiało powiedz im!”. Całą ekipa patrzyła teraz na mnie. Wszyscy czekali:

- Jak już wspomniałem Marek jest świadom swojego...
- Daj już spokój Krzysiek, to koniec wyprawy. Wszyscy to wiemy. – przerwał mi w pół zdania Bartek – Nie musisz już dłużej nas tu trzymać. Powiedz tylko kiedy ruszamy w dół?
- No i jak przetransportujemy Marka do szpitala? – Kaśka włączyła się do rozmowy – Powiadomiliście kogoś w bazie? Już wiedzą?



Wszyscy w namiocie zaczęli pytać się nawzajem, jedni przez drugich. Podniósł się szmer, który w ułamku zamienił się we wrzawę. Tego obawiałem się najbardziej:

- Cisza! Uspokójcie się! – krzyknąłem - Dajcie mi skończyć. Odpowiem na wszystkie pytania, ale po kolei. Nie, nie zawiadomiłem nikogo w bazie o naszym położeniu i wypadku Marka. Sprawa transportu do szpitala jest nieaktualna. Stan naszego kolegi jest tak ciężki, że prawdopodobnie nie przeżyje drogi w dół. Użycie śmigłowca w takich warunkach jest niemożliwe, wszyscy wiemy że nikt na to nie wyda zgody. Zanim was tu poprosiłem, odbyłem z Markiem krótką rozmowę. Zaproponował mi pewne, że tak powiem, nietypowe rozwiązanie. – wstrzymałem głos. W namiocie znów zapadła grobowa cisza, która zaczynała mnie powoli denerwować. – Marek poprosił mnie żebyś kontynuowali wspinaczkę. Chce żebyśmy zabrali go na szczyt. – z chwilą gdy kończyłem wypowiadać ostanie słowo wybuchł istny harmider.

Pośród niezliczonej ilości pytań, wrzasków i oskarżeń wypowiadanych w przestrzeń, szczególnie jedno słowo powtarzało się często „Szaleniec”. W końcu gdy wrzawa nieco ucichła przemówił Bartek. Patrząc mi prosto w twarz, pytał i jednocześnie oskarżał:

- Myślisz że to się uda?! Co ja mówię przecież to szaleństwo! Jesteś chorym człowiekiem Krzysiek jeśli myślisz że ekipa się zgodzi na twój pomysł. – nagle okazało się że pomysł Marka jest moim pomysłem, a za całe zło łącznie z wypadkiem odpowiadam sam we własnej osobie.

- Chcesz ryzykować nasze życie? Krzysiek czy ty jesteś normalny. Zastanów się człowieku.
- Naprawdę chcesz to zrobić? – spytała Kaśka. - Chcesz wspinać się w zimie na tego potwora, wnosząc ze sobą rannego kolegę? To się nie może udać.
- Marek tego nie wytrzyma umrze z wychłodzenia podczas wspinaczki. Nie, nie jako lekarz ekspedycji nie mogę się na to zgodzić. To wariactwo!

Niemal każdy obecny w namiocie członek ekipy, pytał oskarżając, lub oskarżał nie pytając. Niestety podejrzewałem że tak to się skończy. Wtedy zdarzyło się coś czego chyba nikt z nas się nie spodziewał:

- Cisza! Zamknijcie się wszyscy! – krzyknął Marek, po czym odkaszlnął głośno - Dajcie mi pięć minut. Słuchajcie wieszacie psy i obarczacie za wszystko Krzyśka a to przecież nie jego wina i nie jego pomysł. To ja poprosiłem go, żeby wziął mnie na szczyt, żebyśmy wspinali się dalej. Nie zgodził się. Tak samo jak wy mówił że to szaleństwo. Ale kiedy poprosiłem go jako przyjaciel zgodził się, żeby to grupa zadecydowała. Więc proszę was, bądźcie tak łaskawi, stulcie gęby na chwilę i pozwólcie mu skończyć. Dzięki.

Zapadła cisza. Przez moment nikt się nie odzywał. Widać posłuchali Marka. W końcu zabrałem głos:

- Sprawa wygląda tak. Grupa liczy osiem osób. Każdy ma prawo głosu. Jeśli większość będzie za, wspinamy się dalej. Jeśli większość będzie na nie, schodzimy w dół. Ani jedno ani drugie rozwiązanie nie poprawi stanu zdrowia naszego kolegi. Wszystko jasne. – spojrzałem szybko po twarzach zebranych. – Dobra głosujmy. Kto jest za...

- Myślisz że możesz tak po prostu, zrzucić odpowiedzialność na grupę? – po raz kolejny przerwał mi Bartek. – Mylisz się i to bardzo. Sam podejmij tą decyzję. Ty jesteś kierownikiem ekspedycji, podporządkujemy się do twoich poleceń, jakkolwiek byłyby głupie. Ja nie będę brał udziału w tym śmiesznym głosowaniu. Decyduj sam!

Kiedy skończył mówić, spojrzał jeszcze na wszystkich zebranych i wyszedł z namiotu. W ślad za nim powoli ruszyli inni. Najpierw Maciek, później Artur, Damian, Andrzej a na końcu Kaśka. Po chwili w namiocie zostaliśmy tylko ja, Marek i przenikliwa, grobowa cisza. Wiedziałem że muszę podjąć decyzję. Czekała mnie nieprzespana noc, jedna z najgorszych w moim życiu.

****



6 grudzień
szczyt 8156 m n.p.m.

Nie byliśmy pierwszą grupą himalaistów, którzy zdobyli Manaslu zimą. Przed nami stanęło tu kilka ekip. Choć wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę w tamtej chwili nie miało to dla nas żadnego znaczenia. Radość którą ciężko opisać przepełniała nasze serca. Wszystkie trudy i niedogodności wyprawy zniknęły w tej chwili kiedy ze szczytu obserwowaliśmy morze chmur, z którego tafli co jakiś czas wystawały nieśmiało szczyty okolicznych gór. Byliśmy na dachu świata, tam gdzie człowiek staje się jeszcze bardziej człowiekiem. Kaśka, Maciek, ja i Marek, który leżąc na noszach pomiędzy nami z lekko podniesioną głową podziwiał otaczający go krajobraz. Jego ostatnie marzenie właśnie się spełniło.

Podpis: 

herold zima 2010/2011
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Labirynt The Ciuchcia Napoleoni Poplątaniec
Krótka podróż po labiryncie Letnia duszna noc w pociągu pospiesznym relacji.... Jeden dzień z życia władcy.
Sponsorowane: 149Sponsorowane: 148Sponsorowane: 147

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.