http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
215

Miłość z internetu cz III - wpadka

  Kolejne dni czułych słówek. Kolejne marzenia wspólnego życia. Dni wolno płyną i pojawiają się problemy, jak je pokonujemy czytaj w kolejnych częściach  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W grudniu nagrodą jest książka
W kole stań dziewczyno
Nalo Hopkinson
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Miłość z internetu cz III - wpadka

Kolejne dni czułych słówek. Kolejne marzenia wspólnego życia. Dni wolno płyną i pojawiają się problemy, jak je pokonujemy czytaj w kolejnych częściach

Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIV cz.

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw

Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania

Miłość z internetu cz. XIII - czy tak może być?

na pobliski stoliczek na którym to znajduje się także wazonik z pięknym bukietem, który Nika otrzymała od swojego ukochanego. Znajdują się też tam różne gadżety potrzebne do ich zabawy. Ania przytula mocno do swojego ciała postać Niki, jej buzię trzy

Róża cz. 1

Detektyw Hank Made otrzymuje od członka podupadającego rodu zlecenie odnalezienia pewnego niezwykle cennego przedmiotu.

Szalony

Dawno nic nie pisałem. Chyba najwyższa już pora wrócić.

Recepta

Na wszystko jest lekarstwo. Nie zawsze jednak je bierzemy...

Zapach deszczu.

Takie moje wspomnienia.

Znikająca miłość

Obraz miłości w czasach pozornie takich jak nasze.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
684
użytkowników.

Gości:
684
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 72417

72417

Jutro, które nie nadejdzie

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
12-06-21

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantastyka/Psychologia/Inne
Rozmiar
26 kb
Czytane
2862
Głosy
12
Ocena
4.25

Zmiany
15-03-14

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P12-powyżej 12 lat

Autor: herold Podpis: herold
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
wygrany konkurs miesięczny
Co zrobisz, jeśli jutra już nie będzie?

Opublikowany w:

sieci

Jutro, które nie nadejdzie

Jesteś śmieszny! Ludzie w to nie uwierzą. To zbyt głupie, żeby ktokolwiek to kupił – głos kobiety pełen wyrzutu i niedowierzania, wypełniał róg niewielkiej knajpki.
- A jeśli powiem ci, że to prawda? – spytał mężczyzna ściszając głos, jakby w obawie przed czymś nieokreślonym.
- Ty chyba żartujesz?! Zwariowałeś, prawda? Garick, czy ty coś dzisiaj piłeś?
- Daj spokój. Popatrz na mnie i posłuchaj uważnie – mówiąc to mężczyzna chwycił za rękę siedzącą przed nim kobietę – To się dzisiaj wydarzy! Ten świat przestanie istnieć, rozumiesz? Widziałem to. Widziałem to wszystko!
- Oszalałeś Garick. – Kobieta uwolniła rękę i cofnęła się odruchowo. – Jesteś obłąkany. Powinieneś o tym z kimś porozmawiać.
- Przecież rozmawiam. Z tobą!
- To, co mówisz nie ma najmniejszego sensu. Nie wiem, czy znowu zacząłeś brać, nawet jeśli, to mnie już to nie dotyczy. Uwolniłam się od ciebie Garick. Nie jesteś mi już potrzebny. A teraz wybacz, ale jestem umówiona – mówiąc to kobieta odsunęła krzesło i wstała od stolika. Rzuciła na stół kilka metalowych krążków i już miała wychodzić, kiedy po raz ostatni spojrzała na wpatrzonego w nią mężczyznę – Naprawdę powinieneś pójść z tym do kogoś. To nie jest normalne.

Odwróciła się i wyszła zostawiając go samego przy stoliku. Nie dopiła nawet kawy. Garick wiedział, że tak to się skończy, wiedział to, ale musiał jednak spróbować. Pozostało już tak niewiele czasu.

****

Życie na zewnątrz toczyło się normalnie. Ludzie zakochiwali się i od siebie odchodzili. Rodzili się i umierali. Gonili za marzeniami i rozczarowywali się rzeczywistością. Światowi przywódcy apelowali o pokój w jednych częściach globu, jednocześnie prowadząc wojny w innych. Niektórzy z nich niemal wprost dawali do zrozumienia, że pewne części świata w ogóle ich nie obchodzą. Byli tacy których to oburzało, ale byli też inni którzy mieli to gdzieś. Media jak zwykle rozdmuchiwały wszystko, z nieukrywaną przyjemnością sterując opinią publiczną. Świat finansów topił się w kolejnych weekendowych kryzysach, jednak pomimo tego ludzie nadal grali na giełdach. Wirtualne pieniądze nieustannie krążyły w elektronicznym krwiobiegu rynków. Jednym słowem, wszystko było w normie. Nie gorzej niż zwykle, nie lepiej niż być mogło. Żadnych oznak zbliżającej się globalnej katastrofy. Nawet dyżurni wieszcze końca świata zdawali się milczeć. A tymczasem jutro miało już nie nadejść.

Garick wyszedł z knajpki pozbawiony wszelkich złudzeń. Nie był przybity ani zaskoczony. Przewidział, że to spotkanie tak właśnie się skończy. Sky była jego ostatnią nadzieją na to, że ktoś go w końcu wysłucha i nie potraktuje jak wariata. Niestety skończyło się tak jak zwykle. Uznany za szaleńca, niepoczytalnego mitomana niegodnego jakiegokolwiek zainteresowania. „Powinieneś o tym z kimś porozmawiać” – mówiła. Ale co ona mogła w ogóle wiedzieć! Nikt nie wiedział niczego i nikt niczego nie podejrzewał. Jednak on - Garick zdawał sobie z tego sprawę. Widział to, niemal poczuł na własnej skórze. Miał ich ostrzec, ale oni nie chcieli go nawet wysłuchać do końca. Czuł jakby miał związane ręce i w istocie tak właśnie było. Szedł przez miasto pogrążony w myślach. Nie zwracał uwagi na to, że pogoda piękna, że słońce, że lato i ludzie... szczęśliwi. Ale oni nie wiedzą! Nie zdają sobie sprawy! Nikt nie wie, poza nim.

Gdy dotarł do swojego mieszkania i zamknął za sobą drzwi wejściowe, spojrzał na zegarek. Było już grubo po południu, a czasu coraz mniej. W głowie miał mętlik. Może pójdzie z tym do telewizji? Może oni go wysłuchają, przecież lubią takie historie. Nawet jeśli wezmą go za wariata, to i tak istnieje szansa, że wyemitują chociaż krótki materiał. Ale co to da? Ile osób to uratuje? Tysiąc? Dziesięć tysięcy? To wszystko bez sensu. Poszedł do kuchni. Nalał sobie wody do szklanki, dużo po sam jej brzeg. Podnosząc do ust prawie wylał. Był zupełnie bezradny, wyprany z pomysłów. Pusty w środku. I wtedy, gdy już nic nie przychodziło mu do głowy, niespodziewanie pomyślał o swoich rodzicach. Myśl ta zdziwiła go bardzo. Dużo czasu minęło od dnia, gdy widział ich ostatni raz jednak w tej chwili bardzo pragnął się z nimi spotkać, porozmawiać, wyżalić. Szybko podjął decyzję, że pojedzie do nich póki jeszcze czas. Tak bardzo chciał ich znów zobaczyć. Pytanie tylko, czy oni także tego chcieli?
****

Jadąc swoim starym volkswagenem wciąż pogrążony był w myślach, które krążyły niespokojnie to tu, to tam. Sky i inni nie uwierzyli mu, biorąc go za wariata. Czy gdy powie rodzicom, oni także nie uwierzą? Garickowi ciężko było skupić się na drodze. Włączył radio. Stacja ustawiła się automatycznie, wypluwając z siebie elektroniczny łomot z dodatkiem pojękiwań jakiejś laski. Ściszył odruchowo. Współczesna muzyka była miksowana zdecydowanie za głośno, tak jak gdyby w czyimś interesie leżało ogłuszanie potencjalnych odbiorców. Co za chłam – pomyślał. Garick nie lubił radia, ale teraz gdy starał się usilnie zagłuszyć własne myśli, było jak znalazł. Wyjechał za miasto. Dzień był przepiękny, a pogodna na letni weekend wymarzona. Podążał za sznurem aut ciągnących wylotówką na południe. Widać nie tylko on postanowił wybrać się za miasto. Wyprzedził go samochód, czerwony passat. Gdy go mijał, Garick dostrzegł na tylnym siedzeniu rozbawione dzieci. I one i ich rodzice niczego nie podejrzewali, cieszyli się że jadą by wspólnie spędzić jeden z ostatnich wakacyjnych weekendów. On jednak wiedział. Co więcej, widział to co ma się stać, a przynajmniej część tego. Od kiedy zaczęły pojawiać się wizje, jego życie zmieniło się w nieustający koszmar. Jedną, wielką, samo nakręcającą się spiralę strachu i bezradności. A zaczęło się tak zwyczajnie, niepozornie.

****

Gdy był na skraju przepaści i wydawało się, że lada chwila wpadnie w jej czarną bezdenną otchłań, zebrał resztki sił, podejmując ostatnią próbę walki o swoje życie. Dla większości znajomych był już przegrany, przekreślony. Jako ostatnia postawiła na nim krzyżyk Sky. To zabolało go najbardziej, jednak w tamtym okresie był tak wyniszczony, że nie miał sił by próbować to zmienić. Prochy i dotychczasowe życie zrobiły swoje. Jeden krok i Garick wpadnie do otchłani, a stamtąd nie będzie już powrotu. I wtedy, gdy wydawało się już, że skończy jak większość jemu podobnych, wydarzyła się rzecz niezwykła. Garick zaczął się podnosić. Odwrócił się plecami do otchłani i powoli, krok za krokiem, zaczął wracać do krainy żyjących. Droga którą teraz podążał była długa i trudna, często również bolesna. Zdecydował się podjąć leczenie. Wyprowadził się także ze swojego starego mieszkania. Postanowił całkowicie zmienić otoczenie. Leczenie przynosiło dobre rezultaty i z biegiem czasu Garick zaczął powracać do zdrowia.

Za namową terapeutów z ośrodka w którym przebywał, wytyczył sobie także cel. Postanowił że zawalczy o Sky. Chciał żeby do niego wróciła, była przecież jedyną osobą którą kochał. Zdawał sobie sprawę, że będzie ciężko, był jednak przekonany że mu się uda, że Sky wróci. Musi się udać, przecież jestem teraz innym człowiekiem – myślał. Kiedy wyszedł z ośrodka, postanowił nie wracać już na stare śmieci. Jego plan zakładał odcięcie się od przeszłości, na tyle, na ile było to możliwe. Wynajął mieszkanie w innej części miasta, znalazł także pracę. Powoli zaczął wracać do społeczeństwa, dla którego jeszcze nie tak dawno był jedynie ćpunem. Szło mu całkiem nieźle, a nawet bardzo dobrze, wiadomo powroty bywają bolesne. To właśnie w tamtym czasie zaczęły pojawiać się wizje. Początkowo były to jedynie sny, krótkie i niezrozumiałe zlepki rozmaitych scen. Garick traktował je jak koszmary i nie przywiązywał do nich zbytniej wagi. Naiwnie zakładał, że podobnie jak większość koszmarów z czasem miną.

Niestety nie minęły, co więcej ich częstotliwość nasiliła się. Miewał je teraz niemal co noc. Były także zdecydowanie dłuższe. Zdarzało się, że nie mógł przespać spokojnie całej nocy. Same koszmary stawały się coraz wyraźniejsze i straszniejsze. Obrazy które śniły się Garickowi przerażały go i wstrząsały nim do głębi. Co gorsza nie mógł ich zapomnieć, i chociaż usilnie próbował wymazywać je z pamięci, one niczym upiorny bumerang powracały z jeszcze większą natarczywością. Garick bał się pomyśleć, że stoi na skraju obłędu i jak każdy normalny człowiek w takiej sytuacji próbował się ratować. Powziął zdecydowane kroki. Ze swoim problemem udał się do specjalisty. Lekarz, który najwyraźniej miewał już do czynienia z podobnymi przypadkami, był zupełnie nie wzruszony opowieściami Garicka. W ramach terapii przepisał mu kilka proszków. Według niego miały skutecznie zakończyć sprawę i raz na zawsze uwolnić Garicka od koszmarów.

Początkowo senne tortury ustały. Garick mogąc wreszcie spokojnie spać, z nieukrywaną radością wrócił do lekarza by podziękować za skuteczną pomoc. Wydawało się, że jego problem zniknął na dobre. Jak bardzo był wtedy naiwny. Jak łatwo dał, dosłownie uśpić swoją czujność. Koszmary wróciły nagle, zupełnie niespodziewanie. Na domiar złego jak gdyby ze zdwojoną siłą. Były teraz nie tylko bardziej przerażające, ale co gorsza, stały się niezwykle realistyczne, niemal namacalne. Strach opanował Garicka całkowicie. Przerażenie paraliżowało go nie pozwalając normalnie funkcjonować. Przestał chodzić do pracy. Całymi dniami przesiadywał sam w mieszkaniu. Nie oglądał telewizji, nie odbierał telefonu. Jakiekolwiek próby kontaktu z nim, nie przynosiły żadnego efektu. Jego nowi przyjaciele myśleli że zwariował. Dla niego samego sprawy wyglądały jednak znacznie gorzej. To nie były zwykłe „koszmary”, ale coś o wiele od nich gorszego i Garick o tym wiedział. Każdorazowy strach przed snem, doprowadził go z czasem do głębokiej i wyniszczającej bezsenności. Hektolitry kawy i napojów energetycznych które wypijał, przestały mu wystarczać. Zaczął sięgać po przeróżne farmaceutyki. Chroniczny brak snu w połączeniu z prochami, pustoszył jego organizm prowadząc do wielu zaburzeń. Jak potworne musiały być owe sny, skoro strach przed nimi pozbawiał Garicka życia? Doszło do tego, że z powrotem zaczął myśleć o prochach. Miały być dla niego swoistym lekarstwem. Garick kombinował bardzo prosto. Zakładał, że jazdy wywołane przez dragi zagłuszą straszliwe obrazy, które nie pozwalają mu spać. Ten rozpaczliwy sposób myślenia pokazywał, jak bardzo był wtedy bezradny i osaczony. Zewsząd pozbawiony jakiejkolwiek pomocy.

****

Pusta ulica. Zwykle wypełniona hałasem pojazdów i zgiełkiem ludzi, tym razem zupełnie cicha, dosłownie i przenikliwie. To ta cisza, która powoduje nieznośny pisk w uszach, o którego istnieniu nawet nie zdajesz sobie sprawy. Nie ma wiatru, nie pada deszcz, nie świeci słońce. Powietrze wypłukane z wszelkich zapachów, jałowe, uschłe. Po prawej i po lewej stronie budynki barwy popiołu, niewielkie, czteropiętrowe. Górne kondygnacje zajmują mieszkania, dolne sklepy i przeróżne instytucje. W witrynach i oknach widać światła, ale wewnątrz żadnego człowieka. Gdyby stanąć pośrodku ulicy i rozglądnąć się dookoła, wzrok nie spocznie na nikim żywym. Bo to nie jest ulica żywych, ale umarłych za życia. To tu mieszkają ci, którzy żyjąc zapomnieli o tym, po co właściwie żyją. Umknęło im, że oprócz ciał o które tak bardzo dbali, posiadali także dusze. Ale teraz jest już za późno. Teraz ulica jest pusta.

****

Garick stoi na chodniku, w miejscu gdzie kostka brukowa jest już mocno zniszczona. Wpatruje się w nią z całych sił. Robi wszystko byle tylko nie patrzeć. Ale on właśnie po to tu jest, po to by patrzeć. Krzyki i wrzaski ludzi otaczają go zewsząd, wypełniając każdy możliwy fragment przestrzeni. Jedynie odgłosy eksplozji i huk wyładowań atmosferycznych są w stanie zagłuszyć ten potworny ludzki jazgot. Jęki kobiet, płacz dzieci, krzyki mężczyzn. Lamentowania przemieszane z groźbami, modlitwy z obelgami, przekleństwa z błogosławieństwami, prośby z rozkazami. W tym wszechobecnym chaosie widać jednak dziwną nieuchronność.

Wśród tych nieprzebranych ilości ludzi ogarniętych strachem, których widział Garick, są też tacy, którzy w spokoju i zupełnym milczeniu cierpliwie stoją. Oni czekają. Ale na co? Tym, co odróżnia ich od reszty jazgoczącej masy, jest cichość i pokora. Garick długo walczy z sobą by nie patrzeć na to wszystko, by nie podnosić wzroku. Wystarczy, że słyszy wszystko to, co dzieje się wokół niego. Oczy może zamknąć, wzrok odwrócić, uszy jednak rządzą się innymi prawami. Wie, że w końcu ulegnie i spojrzy. Kiedy to zrobił, potężny trzask jakby grom, rozdziera niebo odsłaniając przedziwne i przerażające rzeczy. Niektórzy widząc to upadają na ziemię, inni mdleją ze strachu, jeszcze inni tracą wszelkie zmysły. Wśród ludzi wzbudził się potworny zgiełk i panika, jeszcze większe niż do tej pory. Wielu ginie stratowanych. Wszyscy ci ludzie w swoim zachowaniu przypominają ryby pływające w akwarium, z którego ktoś wypompowuje właśnie wodę. Każdy chce się teraz ratować nie zważając na innych. Mężowie zapomnieli o swych żonach, matki o dzieciach, krewni o bliskich, przyjaciele o swoich przyjaciołach, brat o bracie, siostra o siostrze. Teraz jest czas gdy tryumfuje egoizm, lecz nastał on na krótko. Po nim przychodzą stokroć gorsze rzeczy. Jednak ci którzy dotąd stali w cierpliwości, zachowują się inaczej. Nie patrzą tylko na siebie, lecz wzrokiem swym szukają innych. Garick wszystko to widzi bardzo dokładnie. Może dostrzec z bliska twarze tych ludzi, a także tych, którzy przepełnieni strachem zatracają resztki swego człowieczeństwa. Tymczasem na niebie dzieją się rzeczy nadzwyczajne, przerażające tym bardziej, że rzeczywiste i nieodwołalne. A to jest dopiero początek.

****

Tamtego dnia pogoda była wyśmienita. Ciepłe majowe słońce, lekki rześki wiatr niosący zapach trawy i drzew, który zewsząd wdzierał się do nozdrzy. Wszystko wokół tętniło życiem, cała przyroda, cały ekosystem, przenikając człowieka w jednej nierzeczywistej symbiozie. Pamiętał to doskonale. To był najpiękniejszy dzień jego życia. Razem ze Sky urwali się wtedy z lekcji. Byli młodzi i przepełniała ich miłość. Wydawało się im, że wszystko należy do nich, że mogą wszystko. Tamtego dnia te ich myśli, choć naiwne i głupie, dla nich samych były całkowicie realne i niemal mogli je dotknąć. Całkowicie w nie wierzyli.
Ruszyli za miasto. Oboje bardzo chcieli wyrwać się z tego bezdusznego i ograniczającego wolność organizmu. Ich serca biły szybciej niż zwykle, a umysły nie mogły pomieścić wszystkich myśli i uczuć. Znaleźli małą łąkę usytuowaną na niewielkim, opadającym łagodnie pagórku. Zrzucili plecaki, balasty wiedzy dla nich niepotrzebnej. Położyli się w trawie, której kolor i zapach były tak intensywne, że niemal nierzeczywiste. Nad nimi niczym nieograniczony błękit nieba, jedynie tu i ówdzie upstrzony puchową watą obłoków. Wszystko tak intensywne, tak wyraźne, tak świeże. Tylko oni, ich miłość i otaczająca ich natura. Nieskazitelna i nierealna synteza człowieka i środowiska. Sięgnął do bocznej kieszeni swojego plecaka. Wyciągną niewielki foliowy woreczek. Wewnątrz białe okruchy, bezwonnej fenyloetyloaminowej wolności totalnej. Odsypał sobie, odsypał jej. Nie było pytań, nie było też i odpowiedzi. Jedna decyzja i jeden ruch. Zachłysnęli się wolnością tak bardzo, że musieli wytrzeć nosy. Teraz już nic nie ograniczy ich miłości, ich doznań i uczuć. Wolność totalna.

Gdy już skończyli, leżeli chwilę łapiąc zachłannie każdy oddech. Sposób w jaki odczuwali otoczenie był bliski doskonałości. Uczucia i wrażenia niedostępne dla wszystkich, ale i nie przez wszystkich pożądane. Przed nimi majaczyła w oddali sylwetka miasta. Urbanistyczny moloch wbity głęboko w pierwotny ekosystem, wciśnięty tu na siłę, nie pasujący wcale. Lazur nieba, szmaragd traw, wszystko skąpane w ciepłym słońcu i gdyby tylko nie ta paskudna skaza na twarzy matki natury. Ale to właśnie ta skaza wypluła ich oboje. Nie mieli o to pretensji, choć wydawało się im że mogą wszystko, tej prawdy zmienić nie mogli. Leżąc i trzymając się za ręce, zaglądali w głębię nieboskłonu, lecz nie szukali tam niczego. Odmienne stany świadomości, tak różne od tych znanych im z codzienności. Ciszę przerwała dziewczyna:

- Popatrz jak tu pięknie. Widzisz to? Czujesz to piękno?
- ...
- Ja to czuję, dotykam tego piękna. Dotykam go a ono mnie pochłania! Przenika mnie.
- ...
- Powiedz mi co teraz czujesz? O czym myślisz Garick?
- ...
- Wydaje mi się, że cała ziemia zbiega się w tym jednym miejscu, że cały świat zaczyna się i kończy tu, tu gdzie teraz jesteśmy. Garick?
- ...
- Ale jest coś jeszcze. Jedna myśl. I ona nie pozwala mi doświadczyć i zrozumieć tego.
- ...
- Garick, a jeśli jutro nie nadejdzie? Co będzie z tym wszystkim? Co z nami?
- Dlaczego jutra miałoby nie być? Przecież nic złego się nie dzieje. To niemożliwie Sky.
- No ale jeśli jutro nie nadejdzie? Co wtedy? Czy to wszystko się skończy, tak po prostu?
- Wszystko kiedyś się skończy Sky.

Chłopak sięgnął ręką do kieszeni plecaka. Odmierzył porcję i podał dziewczynie. Ona jest jeszcze młoda i niedoświadczona, musi nauczyć się oddychać wolnością totalną. Znów zapadła cisza, ale doznania wciąż napływają, mózg je rejestruje, odbiera. A jeśli jutra naprawdę nie będzie? Niechciane pytanie wbiło się w umysł chłopaka, zupełnie jak miasto wbite w ekosystem. Głęboko.

****

Droga ciągnęła się dalej, lecz Garick skręcił w prawo zjeżdżając samochodem na boczny gościniec. Z wiadomych względów jego nawierzchnia była w dużo gorszym stanie niż ta na głównej szosie. Słabo utwardzona, pokryta wybrakowanym żwirem, piaskiem i szarym betonowym pyłem, przywodzącym na myśl powierzchnię księżyca. Volkswagen zakołysał się na wybojach, po czym ruszył mozolnie pod wzniesienie na które prowadziła droga. Ziemia była wyschnięta i spieczona. Samochód wzbijał w powietrze tumany księżycowego prochu, które wpadały przez odsunięte do oporu okno od strony kierowcy. Na zewnątrz musiało być grubo ponad dwadzieścia osiem stopni. Wewnątrz auta panowała paskudna duchota i jeszcze ten pył, wdzierający się do wszelkich zakamarków twarzy Garicka. On sam jednak tonął w myślach o domu i rodzicach, których teraz jechał odwiedzić. Długo ich nie widział. Odcinek czasu, którego wielkości sam nie potrafił nawet oszacować. Myślał o swojej przeszłości, bajkowym dzieciństwie spędzonym w tej okolicy. Tu niemal każdy kamień, każde drzewo było z nim związane. Świat opuszczonych fortec, budowanych w leśnych zagajnikach i domków na drzewach, dla których wraz z kumplami był gotów oddać życie. Polne kryjówki w których trzymali przeróżne fanty, od wyimaginowanych pistoletów z patyków, po podkradane chyłkiem papierosy. To były wspaniałe czasy wolności totalnej, ale tego świata już nie ma i Garick to wie. Nie ma też Sky, są za to sny.

****

Znasz to miejsce, byłeś tu wiele razy. Nie pamiętasz? Ah, już rozumiem droczysz się ze mną. Możesz się droczyć, ale ja wiem że pamiętasz. Bardzo często tu bywałeś. Jakiś stary park, a może opuszczony zaniedbany sad? Znasz to miejsce. To tu z chłopakami trzymaliście swoich jeńców. Torturowaliście ich, a gdy mieli już dosyć puszczaliście wolno wiedząc, że prędzej czy później oni zemszczą się. Niektórych wypuszczaliście od razu. Byli to zwykle ci, którzy wykupywali się ukradzionymi papierosami. Nazywaliście to okupem. Chłopcy którzy nie mieli papierosów, patrzyli na nich jak na zdrajców i wy o tym wiedzieliście. Byliście podli i cwani. Byliście dziećmi. Teraz nie ma tu nikogo. Gdzieś w oddali słychać skrzypienie zardzewiałej furtki. Nie ma wiatru, nie ma deszczu, jest za to zimno, nie jakoś strasznie, jednak wystarczająco by poczuć je na swojej skórze. Wszystko ma poświatę bagiennej zieleni, tylko konary starych, karłowatych drzew przebijają się czernią w tym krajobrazie. Idziesz w głąb. Rośliny przerzedzają się, odsłaniając niewielką polankę. Do pni drzew otaczających ją dookoła przywiązani są ludzie. Nadzy. Nie ma już dzieci-jeńców, w ich miejsce pojawili się jeńcy-dorośli. Ludzie ci mają blade ciała, które niemalże rażą twoje oczy wyodrębniając się na tle ponurej, zielonej poświaty. Chwilę stoisz i patrzysz. W głowie kołacze ci się myśl by stąd uciec. Nie chcesz tu być, ale znasz to miejsce. Nie uciekniesz jednak, nie zostawisz tych ludzi. Podbiegasz do pierwszego człowieka przywiązanego do drzew. Z trudem udaje ci się go uwolnić. Więzy są mocne, a pnie grube. To samo czynisz z pozostałymi. Kiedy uwalniasz ostatniego jeńca, spostrzegasz że wszyscy oni nadal tu są, żaden nie uciekł. Dopiero teraz zauważasz ich twarze, puste i wysuszone. Pozbawione nadziei, pozbawione wiary. I nagle pojawia się ta myśl. Paraliżuje cię, pęta nogi. Chcesz uciekać, zaczynasz biec. Ale im szybciej starasz się to robić, tym bardziej zwalniasz. A może to oni są szybsi? Przedzierasz się oszalały przez ten dziwaczny zagajnik. To jednak nic nie da, w końcu cię dogonią, dopadną. Jeńcy nie byli jeńcami, lecz słusznie uwięzionymi. Miejsce, które niegdyś znałeś, okazało się nieznanym.

****

Kiedyś w ręce wpadła Garickowi pewna książka. Nie pamiętał już za bardzo gdzie ją znalazł, ani też jaki miała tytuł, pamiętał natomiast że był tam pewien wiersz. Jedno jego zdanie szczególnie mocno utkwiło mu w pamięci.

Innego końca świata nie będzie.

Nie pamiętał, co dokładnie pomyślał gdy przeczytał je po raz pierwszy, pamiętał jednak, że zdanie to wydało mu się dziwne, odległe, ale i prawdziwe. Teraz jadąc do rodziców przypomniał je sobie.

Innego końca świata nie będzie.

Podróżując samochodem w to upalne popołudnie znów zatopił się w myślach. Gdy odeszła Sky wydawało mu się, że jego świat właśnie się kończy, rozsypując w drobny mak. To, że go zostawiła było jego winą i dobrze to wiedział. Nie umiał jednak zrozumieć dlaczego akurat wtedy, wtedy gdy upadł tak nisko. A gdy wreszcie przyszła pomoc i udało mu się podźwignąć, Sky już dawno nie było. Uciekła, pozostawiając go samego. Kiedy myślał, że jego świat się skończył stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewał. To, co miało być jego końcem stało się początkiem, początkiem jego lepszej drogi. To, co wydawało się najgorszym z możliwych scenariuszy, zapoczątkowało nowe i lepsze życie. Garick już wiedział, że innego końca świata nie będzie, bo przecież nie miało być.

****

Droga kończyła się w miejscu gdzie zaczynał się podjazd. Wykonany niedbale, utwardzony grubym żwirem, za przerdzewiałą bramą zakręcał lekko w stronę domu. Budynek był parterowy z poddaszem, które odkąd pamiętał było zawsze niezagospodarowane. Ściany domu niegdyś pokrywał biały tynk, który teraz na skutek upływu czasu i rozmaitych czynników atmosferycznych przybrał kolor wyblakłej, przegniłej żółci. Gdzieniegdzie można było dostrzec całkiem spore ubytki w elewacji. Garick zaparkował volkswagena na podjeździe nieopodal starej spróchniałej wiśni, dawno już nie rodzącej. Wysiadł z samochodu i prostując się spojrzał na budynek. Od czasu gdy ostatni raz oglądał swój dom rodzinny upłynęło wiele lat, teraz wydały mu się one całą wiecznością. Stał chwilę wpatrując się w bryłę matecznika, z którego tak szybko uciekł, gnany przez wyimaginowane potrzeby świata swoich dawnych wyobrażeń i potrzeb - świata minionego. Czy Garick się bał? Z pewnością gdzieś tam głęboko, w tym zbiorowisku myśli, drążących jego umysł gdy stał przed domem, był też i strach, lecz nie on nadawał ton, nie on dominował. To wyrzuty sumienia blokowały go, nie pozwalając swobodnie przekroczyć progu. Czy źle zrobił że odszedł stąd nie zważając na łzy matki, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew logice, wbrew... sobie? Czy dobrze postąpił, wtedy gdy rodzice walczyli o jego powrót do świata żyjących, a on lekką ręką odtrącił ich od siebie przekreślając i odrzucając jakiekolwiek ich starania? Bo przecież mógł postąpić inaczej! Mógł, a jednak jego wybory były inne, czy przez to nie miały prawa zaistnieć? Z rozmyślań wybiła go cisza. Zorientował się, że dookoła niego panuje kompletny brak fonii otoczenia. Nie wieje wiatr, nie odzywa się żaden ptak, nie szczeka pies. Cisza jakiej mało na co dzień.

Ruszył w stronę drzwi wejściowych, a kiedy nacisnął klamkę do jego nozdrzy wdarły się z siłą huraganu wszystkie zapachy dzieciństwa, o których myślał że zapomniał je na zawsze. W przedpokoju powitał go ojciec, lecz jego twarz nie sprawiała wrażenia kogoś, kto czekał na kogokolwiek. Stali tak przez ułamki sekund wpatrzeni jeden w drugiego, szukając w pośpiechu słów, które mogły by przerwać niezręczną ciszę. Pierwszy odnalazł je ojciec, ale nie były to słowa skierowane do syna. Ojciec postanowił zawołać matkę Garicka. Widać odciągnął ją od zmywania, bowiem gdy w końcu przyszła trzymała w ręku kraciastą ścierkę, którą wycierała energicznie mokry talerz. Na widok syna stanęła bez słowa, a talerz wypadając z jej zręcznych zwykle dłoni, roztrzaskał się na płytkach przedpokoju. A później...

Nie było ckliwych powitań, nie było łez, ani najmniejszego nawet uścisku. Nie było również gniewu, złorzeczeń, rozpamiętywania, wyrzutów i oskarżeń. Była jedynie miłość i zrozumienie. To one pozwoliły Garickowi wrócić do rodziny, którą kiedyś na własne życzenie utracił. Ale to był dopiero początek, a on miał im tyle do opowiedzenia, przecież tak długo nie miał rodziców, a oni nie mieli syna.

Siedli przy kuchennym stole, jak za dawnych dobrych dni. Przed Garickiem i jego matką stały szklanki z sokiem porzeczkowym, niegdyś jego ulubionym napojem. Ojciec stał przy oknie odwrócony do nich plecami. Na zewnątrz kończył się kolejny letni i upalny dzień. Na horyzoncie widać było majaczącą, ognisto czerwoną tarczę słońca, leniwie chowającą się za okolicznymi pagórkami. Garick pogrążony w rozmowie z matką nie zdawał się tego dostrzegać. Nadrabiał teraz gorączkowo stracone lata. Tymczasem zachód słońca przedłużał się nienaturalnie. Krwista tarcza nabrała jeszcze intensywniejszej barwy, a wszędzie dookoła gwałtownie zaczęła zapadać ciemność. Wkrótce ogarnęła niemal całe niebo, poza wciąż wyraźną tarczą słońca. Nie pojawiły się gwiazdy, choć niebo był bezchmurne. Ciemność coraz głębsza, zdawała się pochłaniać wszystek światła. Ojciec Garicka, który do tej pory brał udział w ich rozmowie, nagle przestał w niej uczestniczyć. Stojąc nieruchomo przez dłuższą chwilę, wpatrywał się w milczeniu w to, co widział za oknem. „Widzieliście kiedyś coś takiego?” Gdy słowa te padły z jego ust, Garick poczuł się jak ktoś wyrwany nagle ze snu. Doskoczył do okna i spojrzał na świat znajdujący się za szkłem. Już się zaczęło, jednak tym razem nie był to sen i choć Garick bardzo pragnął by nim był, łudząc się, że w końcu się wybudzi, wiedział że to wszystko dzieje się naprawdę. Ale przecież...
... innego końca świata nie będzie.



W tekście wykorzystałem fragment wiersza Czesława Miłosza „Piosenka o końcu świata” ze zbioru Ocalenie.

Podpis: 

herold sierpień 2011 – styczeń 2012
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIV cz. Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw Miłość z internetu cz. XIII - czy tak może być?
XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania na pobliski stoliczek na którym to znajduje się także wazonik z pięknym bukietem, który Nika otrzymała od swojego ukochanego. Znajdują się też tam różne gadżety potrzebne do ich zabawy. Ania przytula mocno do swojego ciała postać Niki, jej buzię trzy
Sponsorowane: 110Sponsorowane: 108Sponsorowane: 107

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2018 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.