http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
1550

Abdul (fragment opowiadania

Autor płaci:
150

  Abdul to historia mocno inspirowana światem Lovecrafta zapraszam do czytania  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We październiku nagrodą jest książka
Powtórka z morderstwa
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Abdul (fragment opowiadania

Abdul to historia mocno inspirowana światem Lovecrafta zapraszam do czytania

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
657
użytkowników.

Gości:
657
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 72764

72764

Brewiarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
12-08-01

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Inne/-/-
Rozmiar
31 kb
Czytane
5160
Głosy
11
Ocena
4.95

Zmiany
13-09-15

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: potworyck Podpis: rombus
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
wygrany konkurs miesięczny
Właściwie nie wiem, czy to opowiadanie, może raczej felieton... Kilka przemyśleń powstałych podczas nocy pozbawionych przepustki :)

Opublikowany w:

Brewiarz

BREWIARZ

„Mam nadzieję, że koniec jest radosny i nigdy tu nie wrócę.”
Frida Kahlo

Jutrznia

Jakiś domorosły filozof wydumał, że zasypianie jest formą umierania. To jedna z większych bzdur jakie kiedykolwiek usłyszałem.
Rodzajem umierania i to w ciężkich męczarniach jest codzienne wstawanie o czwartej. Z pewnością są tacy, których to bawi, ale dla mnie to gwałt dokonywany na własnej osobie. Zegar biologiczny nie ma pokrętła do przestawiania wskazówek. Noc to noc, a dzień jest dniem. Czwarta to środek nocy i nieważne, że na zewnątrz jest już jasno.
Coś brzęczy namolnie. Coś… Budzik, cholera jasna!
Udaje mi się uchylić powieki. Każda cząstka jestestwa wyje w proteście. Nogi ciężkie, jak po maratonie, nie chcą się unieść na wysokość dywanu. Oczy z trudem rejestrują przeszkody, a umysł niczym system TAWS w samolocie krzyczy: jest noc, jest noc, jest noc!
Mobilizuję całą siłę woli. Rozważając motyw rzeczy ostatecznych, unoszę się z wyra.
Ciekawe, gdzie podział się prawy kapeć? Szukam go z zaciekłością godną zaiste lepszej sprawy. Oczywiście walę gołym paluchem o kant kanapy. Może to i dobrze. Od razu poprawia mi się percepcja rzeczywistości. Rozcierając go, natychmiast zauważam przeklęty laczek. Jest tam gdzie powinien być. Diabli ogon, czy złośliwe skrzaty? Nic podobnego. Teraz mówi się: efekt DOP (zainteresowanych, albo podirytowanych licznymi skrótami odsyłam do materiałów źródłowych, przypisów nie będzie) .
„Jak dobrze wstać skoro świt”. Cholera, taka poezja powinna być ścigana z urzędu.
Czas udać się do mojej kabiny dehibernatyzacyjnej.
Kontrolny rzut oka w zwierciadło. Głęboki wdech, ściągnięcie przepony. No proszę, całkiem nieźle. Nawet rysuje się cień lekkiego kaloryferka. Słaby bo słaby, ale zawsze…
Zaczyna mi brakować tlenu. Wydech. Taaa… Bojlerek nie kaloryferek, a nad nim wyraźnie kształtują się zaczątki lekkiego biustu. Trzeba zbastować z kurczakami.
Dla odmiany poniżej nic nowego. Nawet nie ma co zerkać.
Ograniczam się do twarzy. Szczerzę zęby niczym rozbawiony szympans. Narzucam na nie warstwę pasty najnowszej generacji. Kosmiczna technologia. Miętowy wash and go, trzy w jednym, z siłą wodospadu opływa mi plomby. Gęba pełna piany. Efekt? Wątpliwy. Rwie mnie coś w prawej, dolnej szóstce. Takie małe preludium, ostatnie ostrzeżenie. Kiedyś budowa zęba w bardzo poważny sposób zachwiała moimi pokładami wiary. To jak to niby jest z tym tworzeniem na własne podobieństwo? Czyżby Wszechmocny był masochistą. Jakoś trudno w to uwierzyć.
Już prędzej sadystą. Ciągle kogoś dociera. Po przykład nie sięgajmy daleko. Kobiety. Postanowił je ukarać tak zwanymi trudnymi dniami z ewentualną zamianą na bóle porodowe. Trochę wrednie. Nawet bardzo. I o co poszło? Wszyscy wiemy. Niedozwolone dokarmianie.
A za co nam się oberwało? Nie mam pojęcia. Idąc tym samym algorytmem, pewnie za łakomstwo. Jeśli tak, to kara jest stanowczo nieadekwatna do stopnia wykroczenia. O co się tak pieklę? Drobiazg. Rzecz mała, a uciążliwa. Czy ktoś zna jakiś logiczny powód, dla którego coś ma na nas rosnąć? Jak nic pokuta. Kudły panoszą się wszędzie, ale oczywiście nie tam, gdzie są mile widziane. Mniejsza z tymi na plecach i tak ich nie zobaczę. Najgorsze są te na mordzie. Rozeźlony na żonę Wańkowicz powiedział, że wolałby raz w roku rodzić, niż codziennie się golić. Trochę facet przegiął, ale coś w tym jest.
Zaatakowałem facjatę sprzętem najwyższej jakości. Trzy ostrza, cztery ostrza, niedługo będą wyglądały jak glebogryzarki. Szczecina powinna sama wyskoczyć ze skóry tylko na widok nazwy producenta (tekst nie będzie zawierał lokowania produktów).
Akurat.
Skrzyp, skrzyp, przeciągam dłonią … Szkoda gadać.
No i jeszcze jedno. Tak, o to mi chodzi. Rzecz niebywale korzystna dla naszego samopoczucia i komfortu. Nie wstydźmy się, mało jest rzeczy równie ludzkich.
Nie wiem dlaczego to temat tabu. Że śmierdzący? Życie rzadko roztacza wokół zapach fiołków. Kiedyś obliczyłem z grubsza, że cudem osiągnąwszy wiek emerytalny mamy za sobą jakieś półtora roku spędzone na porcelanowym dzbanie. I to po warunkiem że omijały nas z daleka bolesne obstrukcje i inne sensacje gastryczne. To więcej niż przeznaczamy, na przykład na tak bardzo ostatnio lansowany, seks. No chyba, że ktoś zajmuje się nim profesjonalnie.
Aha. Wnioskuję by Nagrodę Nobla dać geniuszowi, który wymyślił nacinanie taśmy na kawałki o powierzchni decymetra kwadratowego. Jeszcze inny nowator postanowił je naperfumować. Można wiedzieć po co? Chyba dla jaj (bez podtekstów). Nuta zapachowa bosko zgrywa się ze standardowymi aromatami kloacznymi. Gówno w lesie.
Dość narcyzmu na dziś. Rytuał zakończony. Czas oblec niegodne ciało w jakieś okrycie.
Nie szata zdobi człowieka. Pozwolę sobie nie do końca zgodzić się z tą powszechnie znaną mądrością, a raczej nieco ją sparafrazować. Otóż już dawno przekonałem się, że szata zdobi tylko człowieka zdobnego z natury, a więc w moim przypadku problem konfekcyjnych wyborów jest raczej trzeciorzędny.
Narzucam na siebie byle co i wychodzę.
Dźwięk klucza przekręcanego w zamku brzmi jak odgłos zamykania klasztornej furty, ale wyjście z mieszkania nie oznacza wyrwania się na wolność.

Tercja

O tej porze miasto jest niczym nabrzmiała deszczowa chmura. Tylko kwestią minut jest moment, gdy rzygacze ciemnych klatek schodowych zaczną wypluwać z siebie z początku wątły, a później niepohamowany strumień mieszkańców. Wkrótce potem człowiecze potoki uformują w różnych miejscach większe i mniejsze, szumiące gwarem rozmów, rozlewiska. Szczególnie szeroko rozpłyną się na przystankach i parkingach.
Na razie jest jeszcze pusto. Pojedynczy przechodnie mijają mnie zatopieni w porannych myślach. Nieliczne samochody posuwają się powoli, mrugając zaropiałymi oczami reflektorów. Powietrze jest rześkie, odświeżone nocnym deszczem. Słychać nawet ptaki. Później uliczny tumult zamknie im dzioby.
Idę w kierunku stacji. To niedaleko. Najpierw bankomat. Rzut oka na saldo. Czuję jak otwiera mi się w żołądku nowy, krwawiący wrzód. Podchodzę do zakratowanego okienka w drzwiach nocnego sklepu. Zupełnie jak na widzeniu w pierdlu. Nie ma moich papierosów. Nocne moczymordy wypaliły wszystko. Kupuję jakieś barachło. Przez chwilę zastanawiam się nad nabyciem flakonika chmielowej zupy. Nie. Będę twardy, poczekam do fajrantu. W drogę.
Na rogu ulicy leciwa baba okłada równie starego oberwańca wypchaną puszkami foliową torbą. Widocznie wszedł w jej śmietnikowy rewir. Swoją drogą trzeba było sobie zawczasu jakiś zaklepać. Na emeryturze byłby jak znalazł.
Pod peronem, jak co dzień, spotykam Bogusia Żyrafę. Brakuje mu czterdziestu groszy. Jak co dzień. Kiedyś chciałem mu postawić ulubionego mózgotrzepa. Po prostu, żeby go mieć, choć na tydzień, z głowy. Obraził się. Powiedział, że nie jest żebrakiem, zwyczajnie mu zabrakło. Oczywiście, jak co dzień.
Siadam na peronowej ławce skwapliwie omijając ślady nocnego życia miasta. Syf, kiła, mogiła i przemarsz Hunów. Kilku maruderów jeszcze miota się na drugim końcu stacji. Nawet śpiewają jakieś stepowe pieśni bojowe.
- CWKS-ie, klubie kochany strzelisz trzy bramki, a my pochlamy!!!
Jeśli chodzi o to drugie, to się im udało. Zapalam papierosa otoczony malowniczym dywanem petów, pogniecionych puszek i szkła butelek. Wszędzie walają się opakowania po najnowszej
narodowej potrawie. Jak to, o czym mówię? O kebabie. Miejscowa wariacja tej zakąski to chyba zemsta za osmańskie agresje.
Jak sięgnąć wzrokiem peron pokryty jest malowniczymi meduzami mołojeckich splunięć. Znaczyli teren, czy co? Któryś zrobił to metodą typową raczej dla świata zwierzęcego. Na szczęście siedzę po zawietrznej. W sumie nic nadzwyczajnego. Warsaw by night.
Kończę papierosa. Rozglądam się za koszem. Jest dobrych kilkadziesiąt metrów dalej. Rzucam niedopałek pod nogi.
W końcu też jestem stąd.
Nadjeżdża pociąg. Szybka Kolej Miejska… Urodzeni humoryści. No dobra, nie ma co narzekać, dobrze, że w ogóle przyjechał i to w miarę o czasie. Wsiadam.
Kurwa, Europa.
Monitory, wyświetlacze, kojący głos zapowiadający przystanki, szum klimy. Tylko te twarze pasażerów… Szare, zmęczone, ściągnięte, niektóre złe. Oczy obojętnie skierowane w stronę okien, nieobecne.
„Ludzie! Kochani… Coście smutni tacy? Przecie jedziecie do pracy!”
Nie wszyscy. Część pasażerów jeszcze nie zamknęła poprzedniej doby. Niektórzy drzemią snem sprawiedliwych, dziobiąc powietrze nosami w rytm uderzeń kół na podkładach, inni mniej lub bardziej bełkotliwie komentują wydarzenia minionej nocy. Dwie dziewczyny wybuchają co chwila salwami śmiechu. Są śliczne. Ochoczo prezentują wszystkie te fragmenty swych wdzięków, które jeszcze nie narażają je na zarzut naruszenia moralności publicznej. I można powiedzieć - balansują na granicy. Mnie to nie przeszkadza, nie jestem zbyt praworządny. Trochę psują korzystne wrażenie liczne totemiczne znaki plemienne, wydziargane na ciele. Mało w tym artyzmu, a mnóstwo tandety. Maorysi byliby w siódmym niebie. No i te kawałki metalu powbijane w różne miejsca. Nie mam pojęcia w jaki sposób uroku ma dodać kobiecie wystający, na przykład z brwi, łeb gwoździa.
Słucham co mówią. Bo chwilami mówią. W przerwach między atakami chichotu. Dziwny to język, choć doskonale znany. Jak tak piękne usta mogą emitować tyle ohydnych słów. Przecież właśnie one miały łagodzić obyczaje, hamować zapędy wojowników. To pewnie owo równouprawnienie, nie nadążam już za wszystkim. Dziwne, nie tak wyobrażałem sobie sufrażystki.
Jestem trochę zażenowany. Nie wiem dlaczego. To nie ja powinienem się wstydzić. A może jednak… Może nie jestem (nie jesteśmy), tak zupełnie bez winy.
„…jakie ich młodzieży chowanie.”
Jedna z nich spogląda na mnie z wyzwaniem. No tak, staremu prykowi coś się nie podoba. Odwracam wzrok. Śmieją się. Doświadczenie mi mówi, że tym razem ze mnie. Niech im będzie. Od dawna nie robi to na mnie wrażenia. Spoglądam przez okno.
Już spory ruch na ulicach. Ojczyzna wita nowy dzień.
Pociąg zatrzymuje się. Otwierają się drzwi i wchodzi… KOBIETA… Tak, taka pisana dużą literą, obrazująca prawdziwe znaczenie tego słowa. Nie jakaś roznegliżowana siksa tylko istota dojrzała, zdająca sobie sprawę z atutów, ale i ograniczeń, jakie daje ten fakt. Nienaganna figura, idealna klepsydra. Dyskretny makijaż, perfekcyjnie ułożone włosy. Oby nie było wiatru. Śliczny kostiumik i dobrane dodatki. Idzie na wysokich obcasach bez najmniejszego zachwiania. Stara szkoła. Modelki niech teraz nie próbują wychodzić na wybieg. Mogą popatrzeć zza kotary.
Bogini.
Polki są piękne, a jeśli nawet nie, to przynajmniej efektowne. To dwa odmienne pojęcia. Nawet, gdy nie mają wiele do zaoferowania, potrafią wyeksponować coś oryginalnego, jedynego i niepowtarzalnego.
Obserwuję prawdziwą damę. Sprężyna wyobraźni zaczyna się nakręcać. Trochę jestem zaniepokojony. Podobno mężczyzna myśli o seksie co siedem sekund, a tu dzisiaj dopiero premiera… Widać to prawda, że gorzała wypłukuje testosteron.
Siada naprzeciw mnie. Jej spódnica jest na tyle wąska i krótka, że podsuwa się w górę odsłaniając kolana i…
Nie wierzę własnym oczom…
Tak się nie robi. Sprężyna rozwija się z jękiem. Przecież jest ciepło, a będzie upalnie. Mimo to je założyła. Antygwałtki… Czy boginie nosiły skarpetki?
Dusza zawsze cierpi, gdy jej ideały walę się z cokołów.

Każda droga ma swój koniec. Zbliżam się do firmy. Mój grand już jest. Przy wejściu stoi wypasiony merol cabrio, a ze środka dochodzi podniesiony głos, zaprawdę godny tak dzielnego hidalga. W Japonii na dzień dobry śpiewa się hymn firmy, tu wysłuchuje się porcji bardziej, lub mniej wyrafinowanych inwektyw. Co kraj to obyczaj. Przesłanie tych przemów jest bardzo proste: weitermachen, wy leniwe świnie, albowiem tylko Arbeit macht frei, nieroby nadwiślańskie.
Pocałuj mnie w cztery litery, gościu.
Przystaję obok limuzyny. Nie zamknął dachu. Kalifornijczyk, cholera. Fajnie by było, jakby tak… Szybki taniec deszczu wydreptany w duszy do Manitou, czy jakiegokolwiek innego władnego, nie przynosi oczywiście skutku. Nie proszę o kataklizm. Chodzi jedynie o maleńką, króciutką burzę, z opadem możliwie bliskim kwartalnej średniej. Ileż to znowu fatygi? Nic z tego. Dla bogaczy jest tylko pogoda.
A zatem szef już wrócił… Szkoda. Nic co piękne nie trwa długo. Dobre i to, że tak wiele czasu spędza w swej nowej, bardziej kochanej i piękniejszej ojczyźnie. W sumie mógłby sterować firmą także stamtąd, spod słonecznego nieba Kastylii. Nic tak nie poprawia samopoczucia pracownika jak solidne oddalenie od szefa.
El Comandante wychodzi. Nie zwraca uwagi na moje dość zdawkowe powitanie. Nic dziwnego. Ostatecznie ja też nie odpowiadam na pozdrowienia mijającej mnie mrówki. Owiewa mnie fala mdlącego zapachu perfum. Pewnie wydał na nie równowartość połowy mojej pensji, ale to nie oznacza, że do ich użycia ma stosować ogrodową polewaczkę.
Papierosa. Muszę, inaczej się uduszę.
To się nazywa klasą, albo ktoś ją ma, albo próbuje kupić. O dziwo, szanse na to są nikłe. To pocieszające dla nędzarza. Radziwiłłowie potrzebowali pokoleń, by zapomnieć o niedźwiedzich skórach na barłogach.
„Wielki człowiek” klnie jak szewc próbując wygodnie umieścić się w swojej bajeranckiej gablocie. Nic z tego. Wątroba mu przeszkadza. A nie mówiłem? Nie powinien pić tylu iberyjskich alpag, choćby kosztowały drugą połowę mojej pensji. Organizm Słowianina nie jest do nich przystosowany. Przez chwilę rozmyślam o konstrukcji wyciągu jakiego używali ciężkozbrojni rycerze do wsiadania na konia. Potem skłaniam się raczej ku luksusowej wersji Kamaza.
W końcu El Presidente rusza z piskiem opon, wyrzucając prosto na mnie chmury pyłu i żwiru z podjazdu. Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie menadżera. Od polówki do gotówki.
Takie mamy „elity” na jakie zasłużyliśmy. Na razie wolą wilcze szuby od bisiorowych szali.
Wchodzę do budynku. Wymaga to pewnego samozaparcia. Nawet niemałego. Starozakonni mieli rację. Najgorszy handelek jest lepszy od najlepszej pracy. Nie wiem jak innych, ale mnie Pan nie stworzył do roboty. Dobra, nie mieszajmy go do tego. Gdyby chciał, żebyśmy cały czas zapieprzali, dałaby nam cztery rączki, podwozie gąsienicowe i mały motorek w dupie. To wszystko pewnie przez masonów, albo nawet, co gorsza, postmodernistów!
Zaciskam zęby i wchodzę. Szczęśliwi ci, którzy lubią to czym zarabiają.

Seksta

Einstein miał rację. Czas jest względny. Im częściej spoglądam na zegarek tym wolniej mija. Przerwa śniadaniowa. Wolałbym zjeść sam, ale tu nie Ameryka. Znudzony patrzę na twarze współpracowników. Mężczyźni plotkują z taką samą lubością jak kobiety, używają tylko mniejszej ilości słów i wykrzykników. No i bez katalizatora rzadko poruszają sprawy osobiste.
Czasami się odzywam, częściej nie. Nie bawi mnie to. Chciałbym z kimś zwyczajnie porozmawiać. O CZYMŚ!

Nona

Koniec katorgi. „W życiu piękne są tylko chwile”. Oto jedna z tych nielicznych.
Wsysa mnie szczytowy tłum uliczny. Welcome To The Jungle.
Z pełną mocą wybucha codzienna rójka. Niczym z mrowiska potraktowanego kijem wybiegają kolumny dwunożnych mrówek. Gromady robotnic i trutni wskakują na swoje ścieżki w pozornie bezrozumnej gonitwie. Daję się wciągnąć w dziki nurt. Chyba to lubię. Jestem z miasta. Nie wiem, czy to widać, słychać albo czuć. Wiem za to, że bez tego bałaganu czuję się nieswojo. Cisza i spokój szybko mnie męczą i niepokoją.
Ponownie wsiadam do kolejki. Tu też jak w ulu. Znajduję zaciszny kącik przy drzwiach. Rozglądam się z umiarkowanym zainteresowaniem. Parę rzeczy od razu rzuca się w oczy. Nic nowego zresztą.
O ile dziewczyny są rzeczywiście efektowne, o tyle powiedzieć tak o samcach, byłoby wielkim nadużyciem. Owłosione łydy wystające z przedszkolnych, krótkich majtek (pół biedy, jeśli te mają wkład i nie prezentują światu okolic bikini). Wielkie bańdziochy obciągnięte przykusymi koszulinami, zarośnięte gęby i dla kontrastu wygolone glace (pomyśleć, że za długie włosy chciano mnie zawiesić w szkole). Na deser brudne paluchy majtające radośnie w rozdeptanych sandałkach. Ekstrawaganckie zestawienia stylów i barw. Miejscowe haute couture.
Wszędzie komórki. To już plaga. Zaraza. Dookoła widzę przyrośnięte do uszu lub ściskane kurczowo w spoconych dłoniach kawałki plastiku. Bardziej uzależnieni wtykają w małżowiny słuchawki. Ci fascynują mnie szczególnie, są niczym schizofrenicy rozmawiający z tworami swego umysłu. Cały pojazd wypełniają rzucane bez opamiętania w eter słowa. Czas pomyśleć o jakiejś modyfikacji genetycznej. Może uda się wmontować aparacik na stałe w czaszkach?
Jak żyliśmy bez tych zabawek? Całkiem normalnie. Przecież pamiętam. To z pewnością wymysł szatana, albo rzecz jasna, masonów. Niektórzy twierdzą zresztą, że to to samo.
Naprzeciwko siedzi młoda panienka. Wygląda na licealistkę. Przyjemna aparycja. Gustowne ubranie. Żadnych widocznych oznaczeń plemiennych na skórze. Brakuje też metalowych okuć na twarzy. W długie włosy zatknięte przeciwsłoneczne gogle (zauważyliście, że takie okulary zmieniły ostatnio swoje pierwotne przeznaczenie?).
Lubię długie włosy.
Zerknęła na mnie. Odwróciłem obojętnie wzrok. Rutynowy manewr. Po chwili, niby mimochodem, znów na nią spoglądam. Patrzy się! Ciekawe, ciekawe. Wyobraźnia rusza paląc gumy. Jeszcze jeden rzut oka. Teraz ona szybko opuszcza powieki złapana moim spojrzeniem. No, nie! Zarumieniła się. Bezcenna rzadkość. Trochę cisnę hamulce. Spokojnie.
Co ci właściwie chodzi pod łysiną, grzybie?
No co? Mam jeszcze wiele do zaoferowania takiej dziewczynie… He, he. A ściślej? Cholera, jaki dociekliwy. Dobra niech będzie, wygłupiam się, ale ostatecznie są różne odmienności. Gerontofilia na przykład…
Może akurat na mnie trafiło?
Wysuwam zawadiacko nóżkę wpychając bioderka w przód, jedna ręka ląduje nonszalancko w kieszonce. Prawy półprofil zwrócony w jej stronę prezentuje poetycko zasępiony wyraz twarzy. Jest o`key.
Zezuję kątem oka. Wstała! Podchodzi…
- Może pan usiądzie? Dziwnie pan wygląda. Dobrze się pan czuje?
Siadam. Co mam zrobić. Moja dusza nie wygląda korzystnie po ostrym hamowaniu imaginacji. Nie zapiąłem pasów.

Desperacko pragnę pocieszenia. Czas goi rany, a jeszcze lepiej robi to łyk czegoś konkretnego.
„Są dwie rzeczy, które napełniają duszę podziwem i czcią, niebo gwiaździste nade mną i full light premium we mnie”.
Pora na zwyczajową porcję zimnej piany. Drogą kupna wchodzę w posiadanie oszronionej butelki i udaję się do pobliskiego parku. Mały staw, mnóstwo starych dębów i kasztanowców, ławeczki. Szukam pustej.
Chwilę nieuwagi niemal przypłacam życiem lub ciężkim kalectwem. W ostatniej chwili uskakuję spod kół dwóch spacerowych wózków. Popychającym je dostojnie "Matkom Polkom" nawet na myśl nie przyszło, że ktoś może ośmielić się stanąć na drodze ich nieletniej przyszłości narodu. Dzierżąc w elegancko upozowanych, zwieńczonych tipsowymi szponami dłoniach długie papierosy, z miną męczennic omawiają kolejny dzień katorżniczej opieki nad dziećmi.
Co by na to powiedziała nasza prasłowiańska protoplastka? Ano nic. Pewnie nie wiedziałyby o co chodzi. Zawinęłaby finalizującą pierwszy tuzin przychówku pociechę w powijaki. Powiesiłaby zawiniątko na sęku i chwyciła sierp. Poszłaby kosić proso i orkisz na strawę dla swego smarda. Dziś coś tak naturalnego dla kobiety, jak urodzenie i wychowanie dziecka, jawi się jako największe poświęcenie godne pierwszych męczenników. No cóż, sufrażystki… Jestem męską, szowinistyczną, świnią? Niech będzie. Nie ja tak to urządziłem.
Usuwam się grzecznie z drogi. Jakie by nie były, wejście samicom z młodymi w drogę jest ryzykowne.
Znajduję pustą ławkę i siadam z niekłamaną ulgą.
Central, ani Hyde Park to nie jest, ale przyjemnie tu i zielono. Swojsko. Nie wolno pić, palić, biegać, pływać i ryb łowić. Nie deptać, nie wchodzić w obcasach, nie wyprowadzać psów, nie grać w piłkę, nie śpiewać i nie krzyczeć. Oddychać tylko w wypadku bezwarunkowej konieczności. Wszędzie płotki, parkaniki, a wśród nich emeryci w charakterze cerberów.
Naród reaguje w typowy i jedyny logiczny sposób, parkową wersją nieposłuszeństwa obywatelskiego.
Pod każdą ławeczką bateria trunków. Rybacy namiętnie moczą patyki w mętnej wodzie, dzieciaki wrzeszcząc depczą trawę, a psy srają pod każdym krzaczkiem. Patrolujący renciści pieklą się i klną na czym świat stoi. To nic. W niedzielnym kościółku uzyskają przebaczenie.
Wszyscy bacznie obserwują horyzont w oczekiwaniu na pojawienie się lotnego patrolu. Nie ma strachu. Mundurki żywcem przeniesione z Lehara lub Kalmana widoczne są z daleka. Miejscy. Zabawa w ciuciubabkę i podchody ze zbrojnym ramieniem magistratu, weszła już na stałe do tradycji. Wypisz, wymaluj operetka. Ja również zachowuję daleko posuniętą czujność.
Dobrze znam te sceny. Obserwuję je z pogodnym uśmiechem. Gówno mnie obchodzi, że świątobliwym moralistom mogą się nie podobać. Fakt, że trochę cuchną. Głównie podgniłymi młodymi pędami i zbutwiałym starym listowiem.
Jak to w bagienku.
No i niech sobie cuchną. Może to i bagienko, ale za to MOJE. W tym szlamie znam wszystkie mielizny, bezpieczne szuwary i zakola, w których czatują drapieżcy. W obcym stawie i czyściejszej wodzie łatwo mógłby mnie porwać prąd, albo wciągnąć głębia.
„ Piękna nasza Polska cała…”
Zbliża się Gruba Cela. Nie da się ukryć. Jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Gdy idzie więdną liście, płotki same rzucają się na haczyki i włączają się alarmy samochodów.
Ale jak idzie! Niejedna władczyni chciałaby z takim dostojeństwem i majestatem podchodzić do koronacyjnego ołtarza.
Cela zbiera pety. Zawsze ją częstuję papierosem, choćby dlatego, żeby zobaczyć grację i elegancję, z jaką pozwala go sobie przypalić. W podzięce otrzymuję garść wiadomości parafialnych.
Jednak sadysta. Za tak wielkie oddanie mógłby jej przydzielić choć najbardziej okrojony pakiet powabu.
Obłażą mnie jakieś małe zielone stworki. Wyglądają jak pajęcza młodzież z ADHD. Może i nie użrą, ale nie lubię jak coś się po mnie pęta. Nie wiadomo, gdzie wejdzie. Jak powiedział klasyk: natura zawsze była przeciwko nam.
Słońce też jakby trochę przygasa. Czas do domu. Ta myśl nie wzbudza we mnie wielkiego entuzjazmu, ale żołądek zaczyna z wolna wysyłać przekonywujące argumenty.

Nieszpory

Wita mnie badawczy pocałunek. Nozdrza pracują w skupieniu. Moja piękniejsza połowa węch ma lepszy od bloodhounda. Obywa się bez komentarzy. Mamy podpisany chwilowy pakt o nieagresji. Spojrzenie jednak mówi wszystko. Odpowiadam równie przyjaznym wzrokiem.
„Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”.
Za to z prawdziwym entuzjazmem wciska mi się w ręce wielki kudłaty łeb. Psy są lepsze od ludzi. Rośliny też, tyle, że mniej żywiołowe. Witam się z moim bonsaiem. Na razie z żadnej strony nie przypomina orientalnego cudeńka, ale jeszcze mamy czas. Przynajmniej mam taką nadzieję. Na pewno znacie to porzekadło. Dom, syn, drzewo. Z synem poszło łatwo, nawet nie wiadomo kiedy, a jeśli będę miał wnuczkę to wybuduję jej dom. Dla lalek. Drzewo rośnie sobie w doniczce. Nikt nie powiedział, że ma to być sekwoja.
Dom, syn, drzewo. Oto mężczyzna spełniony. Co za głupota… Powoli zaczynam wątpić w mądrość porzekadeł.
Dostaję michę. Dobrze gotuje bestia, przyznaję to uczciwie. Nie jestem z tych, którzy potrafią przypalić wodę na herbatę, ale brak mi rutyny. Z dwóch jednakowych zestawów składników mogą mi wyjść dwie zupełnie różne potrawy. Nie zawsze jadalne.
Przez żołądek do serca. Bez sensu. Mężczyzna to rodzaj psa Pawłowa na dwóch łapach. I nie chodzi tu o to, że ślini się na widok golonki z chrzanem. Facet ślini się na widok różnych rzeczy. Rzecz w nabytym uwarunkowaniu. Jesteś miły - jesteś najedzony, jesteś chamem – suchy pysk. Co ma tu do rzeczy niepozorny worek mięśniowy?
Chcę się pobyczyć, ale nie ma nic darmo. AGD się sypie. Nic dziwnego, jeśli jedna połowa podzespołów pochodzi znad Rzeki Żółtej, a druga znad Długiej. Istnieją urządzenia na których znam się dobrze, są takie, których działania się domyślam i najwięcej tych, o których konstrukcji nie mam pojęcia. Prąd zawsze mnie niepokoił. Nie widać, a kopie.
Biorę się do roboty. Entuzjazm specjalnie mnie nie rozsadza. Po chwili wbijam sobie śrubokręt w rękę. Siadam cichutko w kąciku i dłuższą chwilę rozmyślam nad istotą bytu. Szczególnie uparcie wraca do mnie myśl o relatywizmie stosunków małżeńskich. Nie, nic z tych rzeczy zboczeńcy…
Przed podpisaniem cyrografu wbicie gwoździa w ścianę wywoływało fale entuzjazmu, teraz nieznajomość budowy Wielkiego Zderzacza Hadronów wywołuje jedynie grymas politowania.
A zresztą, jeśli chcecie… Sferą erotyczną kierują te same reguły.
Swego czasu przypadkowe dotknięcie powodowało atak pornograficznego orgazmu. Teraz można najwyżej usłyszeć kpiące – co, już?, z zamianą na zniecierpliwione – no, długo jeszcze?

W telewizji to co zawsze. Gadające głowy w singlu, deblu i drużynowo. W sieci jeszcze gorzej. Dowiaduję się że jestem rusofilem, albo rusofobem, germanofilem i germanofobem, antysemitą i rasistą. Szowinistą męskim, żeńskim i nijakim, a tak w ogóle faszystą. Nacjonalistą, antyklerykałem, ale też dewotem. Homofobem i pedałem. Masonem lub nawet postmodernistą. Globalistą i anarchistą w jednym, zielonym, czarnym, czerwonym, w prążki i w groszki.
A ja jestem wszystkim po trochu. W końcu żyję miedzy Odrą i Bugiem. Tu nie bardzo da się inaczej. Idealiści umierają młodo i nie mają wysokich notowań. Hołubimy ich w nabożnym podziwie, a gdy się odwrócą kręcimy kółka na czole.
Ja już nie kręcę. Co roku kolejny, narastający słój cynizmu wciska korzenie moich ideałów w ziemię. W błoto. Już nie oglądam, nie uczestniczę, nie wybieram i generalnie mam w dupie.
Może coś z rozrywki? Pewnie. Do dyspozycji imponująca oferta. Na przykład filmowa. Wartka akcja toczy się głównie w szpitalach, na plebaniach, sądach, knajpach i siedzibach wielkich korporacji. Bohaterowie panoszą się po luksusowych lokalach, wspaniałych kurortach i nuworyszowskich pałacach. Prowadzą nieskomplikowane rozmowy wyrafinowanym, literackim językiem. Jakież to życiowe!
Aha, są jeszcze policjanci. Ci przynajmniej mają jakieś ludzkie odruchy. Doją gołdę jak smoki i walą wszystkich po mordach.
Amatorzy śpiewają, tańczą i fikają koziołki. A ja jak na złość tak cenię profesjonalizm. Popkultura pracuje pełną mocą odmóżdżaczy. Wiadomo czyja to robota. Tak, tak, masoni. Może nawet iluminaci!?
Próbuję czytać. Jakoś nie mogę się skupić. Siadam do klawiatury. Lubię pisać, więc folguję sobie bez żenady. W sieci oczywiście. Daje cudowny komfort anonimowości. Wiem, to niezbyt odważne. Chciałbym napisać coś mądrego, czy pięknego, ale wychodzą same bzdety. Trudno żeby było inaczej. Nie jestem filozofem, ani poetą. Dlaczego tak trudno napisać to, co tak łatwo pomyśleć? Spójrzmy prawdzie w oczy, to grafomania.
Dlatego jutro spróbuję znowu.

Zbliża się noc. Koniec następnego rozdziału nudnej historii. Wychodzę na balkon. Latarnie mrugają zalotnie, co i raz przysłaniane przez poruszane wiatrem konary drzew. Światła gasną w kolejnych oknach. Miasto niby zasypia, ale ja wiem, że za tymi ciemnymi szybami ludzie się kochają i kłócą, śmieją i płaczą, piją, albo leżą bez ruchu hipnotyzując sufity.
W moim parku życie nie zamiera ani na chwilę. Młode wilki ruszyły na nocne łowy. Mroczna zieleń pulsuje nerwowo, niczym wzbierający wielki bąbel bagiennego gazu. Co jakiś czas pęcherz pęka w odgłosach bijatyki, zwady, w urwanych krzykach.
To nie Las Vegas, ale chyba żadne miasto na świecie tak naprawdę nie zasypia. Nawet w momentach, wydawałoby się, wyczerpania jego energii do cna, ciszę rozdziera wycie syreny, zgrzyt zdezelowanych hamulców nocnego autobusu i ryk osamotnionego troglodyty, który tylko w ten sposób może dać rozpaczliwy dowód swego istnienia.

Kompleta

Teraz ja też liczę rysy na suficie (hmm, to już gdzieś było). Czekam. Co wieczór dłużej. Jestem już na tym etapie wędrówki, w którym zaczynam uzyskiwać świadomość posiadania ciała (pojęcia ciała nie kojarzymy wyłącznie z seksem). W szczenięcych latach zdawałem sobie sprawę z jego istnienia, gdy spadłem na mordę z roweru, albo dostałem po niej od podwórkowego antagonisty. Teraz wiem, że mam rękę – spuchł mi łokieć, mam coś w środku – rura mnie pali, wiem, że mam oczy – widzę coraz słabiej. Za to o innych częściach ciała myślę jakby mniej. No dobra, będzie o seksie…
Nie wiem o co ten cały rejwach. Temat jest mocno przereklamowany. Kupa zachodu, potu, wysiłku i efekt niekoniecznie satysfakcjonujący.
„…i wtedy uczuł, że ziemia poruszyła się i usunęła spod nich…”
Ernest musiał mieć dostęp do pierwszorzędnego zioła.

Mętny umysł krąży wokół jutra. To z pewnością będzie lepszy dzień. Trzeba się wziąć w garść. Zacznę ograniczać palenie i pomyślę o dodatkowej pracy. Tak, wreszcie trzeba dogadać się z żoną. Istniejąca sytuacja na dłuższą metę jest nie do przyjęcia. Coś trzeba zrobić z naszym związkiem. Może wybrać się gdzieś na urlop? Zawsze chciałem jechać do Egiptu. Zobaczyć piramidy i umrzeć…
Spróbuję naprawić stosunki z synem. Przecież chyba nie wymyślono całej tej męczącej imprezy wyłącznie do gaszenia ciągłych konfliktów.
Jutro zacznę to, tamto i owamto. Jutro…
Śmieję się w duchu z samego siebie. To jak rozdwojenie jaźni. Skąd w mojej głowie wziął się kretyn wymyślający takie bzdury.
„Ważne są tylko te dni których jeszcze nie znamy”
Niby racja. Tyle, że ja nie spodziewam się rewolucji. Przypuszczam, że będą kalką dzisiejszego.

Idiotyczne. Zasypianie umieraniem… Wręcz przeciwnie, to przepustka z czyśćca. Współczuję ciepiącym na bezsenność. Oni są już w piekle.
Odpływam powoli. Drzwi biura przepustek z wolna się uchylają.
Nadciągają mgliste wspomnienia. Te miłe, ale też i inne, smutne. Pastelowo kolorowe i zamglone sepią. Obrazy mieszają się jak w kalejdoskopie. Piękne chwile, tragiczne momenty, sytuacje których się wstydzę i takie, które chciałbym przeżywać bez końca. Odpycham te bardziej przykre echa. Nie chcę w nich ponownie trwać i w dodatku w czasie wolnym.
„ Przecież nie jestem tu za karę”. Oby…

Wbrew pozorom nie narzekam. Życie jest litościwe dla swych marionetek. Szczodrze rozdaje przepustki. Codziennie. Aż kiedyś w końcu udziela im urlopu. Długiego, właściwie bezterminowego. Będzie planowany, albo nieoczekiwany, zaskakujący, albo upragniony. To bez znaczenia, urlopy trzeba wykorzystać. Są ludzie którzy ich nie lubią, nawet się boją. Ja niepokoję się tylko przebiegiem formalności niezbędnych do jego rozpoczęcia. No i tego, że pewnie spędzę go w ciepłych klimatach, a nie znoszę upałów.

Teraz widzę drzwi wyraźnie. Otworzyły się na całą szerokość. Nie mogę pozwolić by się zatrzasnęły. Wychodzę.
Wracam o czwartej…

„Marzenie jest dobrym śniadaniem, lecz kiepską wieczerzą.”
Francis Bacon

Podpis: 

rombus 2012
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Posłannictwo z gwiazd Krzyż Noc polarna
Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Na północy Norwegii.
Sponsorowane: 90Sponsorowane: 20
Auto płaci: 10
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.