http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
1550

Abdul (fragment opowiadania

Autor płaci:
150

  Abdul to historia mocno inspirowana światem Lovecrafta zapraszam do czytania  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We październiku nagrodą jest książka
Powtórka z morderstwa
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Abdul (fragment opowiadania

Abdul to historia mocno inspirowana światem Lovecrafta zapraszam do czytania

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
511
użytkowników.

Gości:
511
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 75832

75832

11

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
13-10-22

Typ
D
-dramat
Kategoria
Kariera/Hobby/Sport
Rozmiar
33 kb
Czytane
2962
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
13-10-22

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
R12-powyżej 12 lat pod nadzorem i za zgodą rodziców lub dorosłych

Autor: edekmiszcz Podpis: to mój krzyk
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Tekst przedstawia część historii pewnego mężczyzny, który jest niczym szmaciana lalka rzucana po betonowej celi. Nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co naprawdę się z nim dzieje. W odnajdywaniu siebie pomaga mu jego praca dzięki której jest w u

Opublikowany w:

11

Znowu budzę się na kacu. Ból głowy i te mdłości, Boże odpuść mi, to tylko wódka. Zapachy tylko dodają pikanterii. Śmierdzące ubrania, zepsute jedzenie, rozlana wóda na podłodze, śmieci czekające na wyniesienie do kontenera. Czuje się jak jakiś student, a jeszcze nawet nie otwarłem oczu. Na szczęście mam gdzieś tu fajki. Dym zawsze mnie uspokaja. Otwieram oczy i widzę, całe szczęście. Chociaż nie wiem czy chciałbym na to wszystko patrzeć. Istne pobojowisko, ujmę to inaczej; rozpierdol. W sumie całe moje życie to jeden wielki rozpierdol. Muszę jednak wstać i znaleźć te fajki. Pustych paczek mam tu bez liku, ale gdzieja położyłem tą nową? Znalezienie jej zajęło mi kilka minut, ale było warto. Telefon dzwoni. Dzisiaj niedziela. Mecz. Nie będzie to miła rozmowa.
-Halo?
-Gdzie Ty, do chuja, jesteś?!
-Miło pana słyszeć panie prezesie. Właśnie jem śniadanie.
-Znowu najebany jesteś. Masz pół godziny.
-Zdążę jeszcze zjeść dokładkę.
Nie ma czasu. Znalazłem resztkę ciepłego i wygazowanego piwa, to co tygryski lubią najbardziej i zacząłem się ubierać. Teraz muszę jeszcze znaleźć jakieś czyste ciuchy. Brak. No to zostaje dres, nie widać na nim plam. Buty na rzepy, czasami się zastanawiam czy mam 5, czy 28 lat. No nic, trzeba jakoś żyć. Zamykanie drzwi trwało całe wieki, ale w końcu się udało. Jak zwykle klucz wędruje pod donice i ruszam w trasę. Na szczęście na stadion nie mam daleko, a dzisiaj gramy u siebie. Tylko nie pamiętam z kim i co. Chyba mecz pucharowy, ale nie dam sobie ręki uciąć. Po drodze jeszcze jakiś rumun próbował mi wcisnąć złoty zegarek, rolex. Chciał dwie dychy i jebał gównem. Widzę stadion, to dopiero jest widok. Dwie trybuny, wydeptane boisko, szatnia ledwo stoi, a uroku dodaje szczerbaty ochroniarz.
-Dzień dobry Mietku.
-Dzień dobry panie Witoldzie.-strażnik dotknął czapki. W sumie to nie wiem po co. Chyba kiedyś się tak robiło, chcąc okazać szacunek. Po oczach widziałem, że też wczoraj balował. Głęboki wdech i mogę wchodzić do szatni.
-Witam panowie!- trochę za późno się zorientowałem, że coś jest nie tak. Wmurowało mnie. Zapach perfum, nowych butów,
nowych koszulek zbił mnie z tropu i zanim się otrząsnąłem usłyszałem:
-Coś nie tak?- starszy facet chyba po piędziesiątce uśmiechnął się i czekał na odpowiedź.
-Nie, nie, nie, wszystko w porządku, chyba pomyliłem szatnie.
-Chyba rzeczywiście.
Wyszedłem. Tym razem dobrze trafiłem. Smród dymu papierosowego i potu tylko mnie w tym utwierdził.
-Otwórzcie okna. Z kim gramy dzisiaj?-pytanie skierowałem do wszystkich licząc, że przynajmniej jedna osoba mi odpowie. Cisza, wszyscy patrzą na mnie z wyrzutem, jakbym miał być wszechwiedzącym.
-Odpowiecie mi?-zaczynałem tracić cierpliwość.
-Trenerze, jeśli wolno.-kapitan podniósł się i zaczął mówić.-W imieniu całej drużyny, nie żebym tylko ja miał takie zdanie.-zerknął na mnie, może myślał, że go zdzielę w łeb.
-No mów, mów. Chętnie posłucham co mi macie do powiedzenia.
-To znaczy, chodzi o to, że, my jako cała drużyna..-urwał, znowu spojrzał na mnie
-Tak rozumiem Czesiek, cała drużyna. Ty tylko mówisz. Rozumiem. Mów śmiało, nie ugryzę cię.
-No więc własnie. Już mówię o co chodzi...
-Chyba prędzej wygramy ten puchar niż ty coś powiesz.-Odwróciłem głowę. To był Maciek. Mój ulubieniec, to on powinien być kapitanem, ale za często ma kontuzje i dlatego więcej go nie ma na boisku niż na nim jest.
-Witek, chodzi o to że Cię nie ma. Nigdy nie przychodzisz na czas. Zawsze pijany, albo na kacu. Ogarnij się. Pomóż nam, chcemy cię jako trenera, a nie jako mentora, który ma coś mądrego do powiedzenia, tylko wtedy kiedy ma dobry dzień. Nie wiesz co się dzieje w klubie, z kim gramy ani o co.
-Wiem chłopaki. Wiem, jestem trenerem widmo. No takie życie, ale obiecuje wam, że tych lalusiów z szatni obok rozniesiemy. Czekajcie tylko. Wyszedłem i skierowałem się do pomieszczenia obok. Zapukałem.
-Proszę.- usłyszałęm zanim wszedłem do środka, znów ten zapach bogatego klubu, zaczęło mnie mdlić.
-Witam ponownie, przepraszam że poznaliśmy się w tak niefortunny sposób, Witek.-przedstawiłem się z najpromienniejszym uśmiechem na jaki tylko mogłem się zdobyć w tej szatni pełnej rozkapryszonych panienek i podałem mu rękę.
-Nie szkodzi Witku, Antoni-odwzajemnił uśmiech i uścisnął mi dłoń.-W czym mogę ci pomóc?
-Mam pewien problem. Chodzi o moich piłkarzy. Wie pan jacy są młodzi chłopcy z małych klubów.-spojrzałem na niego wzrokiem ojca rozmawiającego z ojcem uśmiechnął się, a ja kontynuowałem.-Jeden z moich podopiecznych urządził wczoraj wesele, pomimo moich zakazów. Okazali brak profesjonalizmu. Tacy są piłkarze ze wsi. Dla nich najważniejsze jest tu i teraz, nie to o co będą walczyć jutro. Dlatego chciałbym pana poprosić o przełożenie meczu.-Antoni popatrzał na mnie jak patrzy się na bezdomnego. Trochę współczucia, trochę smutku, trochę nienawiści i trochę pogardy.
-Witek, rozumiem, że twoi chłopcy są pijani.
-Niestety tak.-wysiliłem się na minę pełną złości, rozgoryczenia i smutku.
-To jest puchar krajowy, a nie liga podwórkowa.
-Rozumiem pana uzasadnioną złość, ale to nie są profesjonaliści. W porównaniu do pana piłkarzy to... Właściwie nie mogę ich porównywać. Sam pan widzi.
-No dobrze, zgadzam się na przełożenie meczu, ale pod warunkiem, że dzisiaj zrobimy trening u was. Plus przysługa w przyszłości.
-Panie Antoni, nawet nie wie pan jak jestem panu wdzięczny. Z boiska korzystajcie do woli.-na pożegnanie podałem mu rękę i wyszedłem. Teraz jeszcze tylko trzeba się dowiedzieć kto to. Drzwi z szatni zaskrzypiały pod naporem mojego ramienia. Wszystko w tym klubie jest do wymiany. Łącznie ze mną.
-Dobra chłopaki. Mamy jeszcze jeden dzień. Ich trener zgodził się na przełożenie meczu na jutro. Dzisiaj trenują u nas, dlatego Czesiek weźmie kamerę i nakręci ich trening. Aha, i jeszcze nie powiedzieliście mi co to za drużyna.
-Orzeł.-Maciek spuścił głowę.-W pełnym składzie.-Orzeł to drużyna z pierwszej, najmocniejszej ligii. Nie są najlepsi, ale też nie są najgorsi. Miejsce dziesiąte na osiemnaście doskonale to obrazuje.
-Orzeł srorzeł. Dzisiaj zbiórka o osiemnastej.-wyszedłem z szatni i wybrałem numer mojego asystenta, Bartosza.
-Siema Bartek. Żyjesz?
-Czeeeeeść-chyba jeszcze spał.
-Potrzebuje płytę z czterema ostatnimi meczami Orła.
-Trochę na to za późno. Nie wiem czy wiesz, ale możesz właśnie ich obejrzeć na żywo na naszym stadionie.
-Przełożyłem mecz na jutro. A, właśnie, skontaktuj się z sędziami i daj im znać, żeby nie było tak jak ostatnio.
-Jasne, jasne. A tą płytę to skąd mam ci wytrzasnąć?
-Możesz nawet wyczarować, ale ma być u mnie na biurku za piętnaście minut.-rozłączyłem się, chociaż wiedziałem, że będzie jeszcze miał coś do powiedzienia. Bartosz przyniósł płytę po czterdziestu minutach, ale i tak byłem mu wdzięczny.
-Dzięki.-burknąłem biorąc od niego płytę. Włożyłem ją do laptopa. Oglądałem w przyspieszonym tempie, a akcje którym musiałem się przyjrzeć puszczałem kilka razy. Kiedy skończyłem oglądać ostatni mecz spojrzałem w notatki. Całkiem owocne. Zabrałem się do konstruowania taktyki. Wybrałem skład i ktoś zapukał do drzwi.
-Wejść.-krzyknąłem
-Witek, już osiemnasta.-Maciek przyszedł mnie poinformować.
-Okej, już idę.-pozbierałem notatki, rysunki i wyszedłem.

O dwudziestej drugiej podniosłem donicę i wyciągnąłem klucz. Włożyłem go do zamka i przekręciłem. Drzwi ustąpiły. Byłem tak zmęczony, że smród i brud mi nie przeszkadzały. Nie przeszkadzały mi też latające po mieszkaniu muchy. Poczłapałem do łazienki i spojrzałem w lustro. Zobaczyłem znajomą twarz obcej osoby. Facet po trzydziestce, który dawno nie był u fryzjera i na dodatek powinien się ogolić. Przekrwione i opuchnięte niebieskie oczy, czarne, tłuste włosy, trochę odstające uszy, wszystko składało się na wygląd, nieprzeciętny wygląd. Poznane panie często chwaliły moją urodę, ale czymże jest uroda w obliczu upływającego czasu. Facet w lustrze ze smutkiem pokręcił głową i zaczął się golić. Odświeżony wyszedłem z łazienki. Teraz tak naprawdę dotarło do mnie w czym ja żyję. Niepozmywane naczynia walające się po całym domu, resztki jedzenia, nadpalone zasłony w oknach, wypalony dywan, klejąca się podłoga, pęknieta szyba w oknie, obrzygany stół, wszędzie pełno niedopałków i pustych paczek po fajkach. Wszędzie walały się puste butelki po wódce, piwie, spirytusie i winie. Wziąłem śpiwór, dwa piwa i poszedłem na dach. Otwarłem piwo. Lubiłem sobie tak siedzieć na dachu, patrzeć w gwiazdy i myśleć. Otuliłem się szczelniej śpiworem bo zaczynało mi być coraz zimniej. Dokończyłem piwo i zacząłem dumać. Coraz bardziej pogrążałem się w swoich myślach. Ciężko być dobrym człowiekiem. Chciałbym pozostawić jakiś ślad na ziemii po sobie. Nie tylko urodzić się i umrzeć. Nie chciałbym żeby moje życie nie było warte wspomnienia.

Następnego dnia obudził mnie wschód słońca, a przywitało zimno. Pozbierałem puste puszki i poszedłem do mieszkania. Mecz był dopiero o dziewiętnastej. Miałem jeszcze sporo wolnego czasu. Wziąłem się za sprzątanie. O dziesiątej zadzwoniłem do Bartka i powiedziałem co chłopcy mają potrenować przed meczem i zapisać kto spisał się najlepiej. Po piętnastej mieszkanie wyglądało jak mieszkanie a ja w końcu doprowadziłem się do porządku i wyglądałem jak człowiek. Pomyślałem więc o jedzeniu, ale lodówkę miałem pustą, tak samo jak portfel. Znowu wykręciłem numer do Bartka, znam go lepiej niż swój.
-Cześć Bartusiu.-słodycz w moim głosie zachęcała do rzygania.
-Chcesz pożyczyć kasę, czy wpaść na obiad?-takie momenty udowadniają mi, że dobrze wybrałem asystenta.
-Będę za dziesięć minut.
Z uśmiechem na twarzy niemal wybiegłem z mieszkania, a klucz jak zwykle zostawiłem pod donicą.

Razem z Bartkiem o godzinie siedemnastej trzydzieści byliśmy na boisku i dyskutowaliśmy, od obiadu, o tym czy właściwie dobrałem zawodników.
-Mówię ci, Robert się zesra. Nie da rady, kiedy tylko zobaczy tych z Orła to narobi w gacie. Za młody jest.
-Robert będzie dobry. Młody z polotem się przyda. Nie będzie dalej orał tych schematów, bo ich nie zna. Zagra podwórkową piłkę.
-No właśnie! No właśnie! O tym mówię, brałeś coś Witek? Poważnie się pytam, bo się o ciebie boję.
-Bartek, nie musisz się ze mną zgadzać. Wychwyciłem wczoraj kilka słabości Orła i wiem co robię.-widziałem, że Bartek nie ma siły i chęci do prowadzenia dalszej dyskusji. O osiemnastej zaczęli sie schodzić moi zawodnicy. Stałem przy nich w szatni. Rozmawialiśmy o wielkiej piłce, o tym że piłka jest jedna, a bramki są dwie. Nie ma rzeczy niemożliwych.
-Dobra chłopaki! Teraz mnie słuchajcie. Rysiek wyłącz telefon.-spiąłem się w sobie. Dużo mówiłem i gestykulowałem. Odpłynąłem do innego świata. Zatraciłem się w mojej mowie, a kiedy skończyłem zauważyłem u niektórych wilgotne oczy. Uśmiechnąłem się do nich i wyszedłem na boisko. Taktyka okazała się sukcesem. Orły odjechały pokonane. Pierwszy raz od naprawdę długiego czasu mogliśmy świętować zwycięstwo i to całkiem przyzwoite, bo mecz Piechura z Orłem zakończył się wynikiem 4:0. Prezes po meczu przyszedł do szatni.
-No, no, no.... Panowie, nie wiedziałem, że drzemie w was taki potencjał. Kto to widział, żeby drużyna trzecioligowca dosłownie zniszczyła Orła. Brawo! W nagrodę organizuję małe party w remizie. Zapraszam wszystkich!-i wyszedł. Wiedziałem, że będzie to ciężka noc i następny dzień i kolejna noc i tak dalej. Po drodze do domu wstąpiłem do sklepu. Za premię którą otrzymałem zaraz po meczu kupiłem sobie coś do jedzenia i zero siedem. W domu umyłem się i włożyłem na siebie czarne spodnie, białą koszulę i krawat. Uczesałem się i wyszedłem. W drodze do remizy widziałem spojrzenia kobiet, chętnych na drinka ze mną. Wszedłem do remizy. Przywitał mnie ukochany pan prezes.
-Witeeeeeeeeeek!!! Chodź no tu, niech cię uściskam. Pięknie się dziś spisałeś, naprawdę. Nie lubię nikogo chwalić, ale ty wyjątkowo na to zasłużyłeś.
-Dziękuję panie prezesie.-przytulił mnie mocno. Czułem alkohol, musiał już być wstawiony. Nie było czasu do stracenia, chwyciłem za kieliszek i ruszyłem w kolejną pijacką podróż.

Obudziłem się rano, a właściwie to już nie było rano. Spojrzałem na zegarek obok, który wskazywał 12:13. Poczułem ból w nodze. Odwróciłem się i zobaczyłem kobietę w swoim łóżku. Zrobiło mi się niedobrze, ale jakoś powstrzymałem się przed zwymiotowaniem na nią. Miałaby niezapomnianą pobudkę. Nie mogłem ocenić jej wyglądu czy wieku, bo leżała tyłem do mnie. Na szczeście kupiłem wczoraj wódkę. Nalałem sobie i odpaliłem papierosa. To był mój żywioł. Niektórzy lubią jeździć na nartach, inni wolą grać w nogę, a moim sportem było picie. Piłem kiedy się dało; kiedy miałem czas, pieniądze, albo alkohol. Często zastanawiałem się co stałoby się gdybym wziął się za siebie i starał się żyć jak najlepiej. Ale z drugiej strony co to znaczy żyć najlepiej? Jeśli podoba mi się picie i moje życie to chyba można to nazwać życiem jak najlepiej? Czasami gubię się w tym wszystkim, bo też mam marzenia, których nie spełnie żyjąc tak jak żyję. Chciałbym wyjechać na wakację. Gdzieś daleko, jak najdalej. Dziwne jest to co się dzieje, niby należy się cieszyć tym co się ma, ale zawsze człowieka ciągnie do tego czego on sam nie ma. Bo w końcu każdy musi mieć jakiś cel, jeżeli go nie ma to nie ma po co żyć. Filozofia pijacka, która zawsze łapie mnie po imprezie nie daje mi spokoju i często zatracam się w niej na długie godziny razem z moją drugą połówką, czyli w tym wypadku z 0,7. Chyba jakoś o trzynastej nieznajoma się obudziła i spojrzała na mnie z uśmiechem.
-Obudziłaś się...-nic innego nie przyszło mi do głowy. To przez tą wódkę, podobno alkohol szkodzi na mózg.
-Nooo, jak widać.-jak też było widać miała na sobie tylko majtki. Wstała nie zakrywając się kołdrą i zajrzała do lodówki.-Coś tu pusto masz.
-Wczoraj robiłem zakupy, więc proszę kochana nie opowiadaj mi bzdur.-nie zrobiła na mnie najmniejszego wrażenia swoją nagościa, widywałem lepsze.
-Usmażyć ci jajka...?-uśmiechnęła się do mnie wyzywająco i czekała aż jej odpowiem tekstem z filmu. Nie byłem w nastroju.
-Usmaż.
Po śniadaniu chciała zostać, ale powiedziałem, że muszę przeprowadzić trening i poszedłem, a ona razem ze mną. Rozstaliśmy się pod monopolowym, bo poszedłem po sok do wódki. W sklepie wybrałem numer do prezesa.
-Dzień dobry panie prezesie.
-A witam, witam naszego najlepszego trenera. Czym mogę służyć?
-Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze.
-Witek, Witek... Niedawno była wypłata, a wczoraj dostałeś premię.
-Panie prezesie, ostatnio poznałem piękną pannę...
-Aaaaa, już wszystko rozumiem. Wpadnij do mnie za chwilkę.
-Do domu, czy do biura?
-Do biura.
-Dobrze, to do zobaczenia za chwilkę.
-Do zobaczenia.-rozłączył się, a ja kupiłem tabliczkę czekolady i gumy do żucia. Czułem się jak nastolatek, który boi się, że rodzice go nakryją. Pożarłem tabliczkę czekolady w minutę i zacząłem żuć gumę, owocową. Dzień był słoneczny, prawie jak każdy, ale prognoza pogody zapowiadała deszcze. Nie lubiałem jesieni, a ona właśnie nadchodziła. Zadzwonił telefon.
-Halo?
-Halo.
-No halo.
-Haal.. Aha no tak.-to był Czesiek.-Panie trenerze, czy dzisiaj jest trening?
-Nie.
-Ale jak to?
-Nie ma i już.
-Ale..
-Dzisiaj macie wolne po wielkim zwycięstwie. Idźcie i świętujcie.
-Aha. Dziękuję.
-Nie ma za co.-rozłączyłem się. Denerwował mnie ten Czesiek. Siostrzeniec prezesa, najchętniej zdjąłbym mu tą opaskę kapitana i dał komukolwiek innemu. W końcu dotarłem do biura prezesa, byłbym wcześniej gdybym miał auto albo skuter albo chociaż rower. Zapukałem.
-Wejść.-po otwarciu drzwi moim oczom ukazał się imponujący gabinet. Dawno tu nie byłem, może nawet wcale, nie pamiętam. Dywan był miękki i puszysty, zawsze taki chciałem mieć, ale kosztował majątek, dlatego nigdy go sobie nie kupiłem. Wszystkie meble były z ciemnego drewna, pewnie były równie drogie co dywan, okno za biurkiem prezesa wychodziło na plac budowy. Sam prezes siedział na olbrzymim fotelu ze skóry. Cały pokój wyglądał naprawdę przepięknie. Pachniało w nim drewnem, takim kominkowym. Nie mam pojęcia dlaczego, może prezes używał jakiegoś odświeżacza powietrza. Bardziej zainteresował mnie jednak plac budowy.
-Co tam się buduje?
-Nie SIĘ buduje, tylko my budujemy. Nowy stadion.
-Jak to nowy stadion?
-Mamy nowego sponsora.
-Od kiedy?
-Oj Witek... Nie pracujesz tu od wczoraj to chyba powinieneś to wiedzieć.
-Umknęło mi.
-Niestety bardzo wiele rzeczy ci umyka. Nie może tak być.
-Wiem panie prezesie, już się zaczynam poprawiać, od wczoraj.
-Tak, tak. Wczoraj dałeś popis trenerskich umiejętności.
-Dziekuję, jednak niestety nie przyszedłem tu na pogawędkę. Czeka na mnie pewna panna.
-Ah, no tak, zapomniałem. Do tej rozmowy jeszcze wrócimy.
-Tak, oczywiście.
-Ile chcesz?-zanim zdążyłem się zastanowić wcisnął mi do ręki plik banknotów.-Nie należy oszczędzać na kobietach. Nasz nowy sponsor inwestuje w nas naprawde spore pieniądze, Witek. Nie chcemy go stracić, prawda?-Zszokowany spojrzałem na gruby plik.
-Nie chcemy.
-Weź się w garść Witek.
-Oczywiście panie prezesie.
-Trzymaj się.-po wyjściu z biura zacząłem liczyć pieniądze. Nie mogłem uwierzyć. To była równowartość mojej trzymiesięcznej pensji. Jak na skrzydłach popędziłem do monopolowego. Kupiłem trzy butelki dobrego wina, paczkę fajek i zapas jedzenia.

-Masz olbrzymie możliwości. Jesteś niezwykle uzdolniony, nie wiem dlaczego tak się rujnujesz... Weź się w garść. Możesz być świetnym trenerem, selekcjonerem naszej kadry, ale musisz znaleźć czas na naukę...Jak zmądrzejesz będziemy czekać na ciebie, damy ci drugą szansę, ale narazie niestety musimy się pożegnać.-otworzyłem oczy i zobaczyłem kibel.Wczoraj znowu przesadziłem. Moja definicja dobrej imprezy opiera się na wyjęciu co najmniej trzech dni z kalendarza. Poprzedni melanż musiałbyć naprawdę niezły skoro ogarnąłem się dopiero w sobotę. Telefon znalazłem w wannie, na szczęście pustej. Był rozładowany. Ostrożnie podłączyłem kabel do rozpadającego się gniazdka i włączyłem
telefon. Po pięciu minutach, w czasie kiedy parzyłem sobie kawę, zaczęły przychodzić wiadomości o nieodebranych połączeniach. Bartek próbował dodzwonić się
co najmniej dziesięć razy, oprócz tego było jeszcze kilka nieznanych numerów. Postanowiłem zadzwonić do mojego asystenta. Odebrał po czwartym sygnale.
-Witek?
-Dzwoniłeś.
-Dziwniejsze byłoby to gdybym nie dzwonił. Wpadniesz na trening?
-Zajęty jestem.-spojrzałem na niedopitą kawę.
-Musisz przyjść.
-Jutro będę.
-Przyjdź teraz. Pilna sprawa.
-No to mów.
-Musisz zobaczyć co się dzieje.
-Jesteś moimi oczami i uszami w tym klubie, co jest?
-Mamy kilku nowych.
-Nowych kogo?
-Trenerów, członków sztabu medycznego, piłkarzy. Robi się poważnie.
-Ćpałeś?
-Nie mam czasu na takie głupoty. Przychodzisz?
-Mogę zjeść śniadanie?-rozłączył się. Sponsor chyba jednak wziął się do pracy. Nie wróżyło to nic dobrego. A było tak fajnie.

-Panie prezesie, jeśli można wiedzieć co się dzieje.-zaraz po przyjściu udałem się do jego gabinetu.
-Witek, rozmawialiśmy o tym.
-O czym?
-O tym, że masz wziąć się w garść. Zebrać do kupy. Obudzić się w końcu.
-Nie rozumiem panie prezesie.
-Już niedługo nie będę prezesem. A ty nie będziesz pierwszym trenerem. Sponsor wykupił nasz klub i bierze się ostro do roboty. Można by powiedzieć, że ruszył z kopyta.-po tych słowach uśmiechnął się smutno, odwrócił się do mnie plecami w stronę okna.-Wyjeżdżam stąd, przeprowadzam się. W końcu coś mi się w życiu udało.
-Mam rozumieć, że już tu nie pracuję?
-Pracujesz, ale jako pomocnik asystenta. Bartek zachował posadę. Pierwszym trenerem będzie...Nie pamiętam nazwiska, ale wiem, że to ktoś naprawdę poważny. Zna się na fachu. Pracował z najlepszymi w naszym kraju.
-Obieniecki?-zrobiło mi się ciepło na samą myśl o współpracy z kimś tak wykwalifikowanym i skutecznym.
-Nie, nie Obieniecki, ktoś mniejszy, ale równie dobry. Idź do Bartka, on ci powie.-wyszedłem więc i udałem się na boisko. Akurat trafiłem na trening stałych fragmentów. Nie trenowali w mojej idei. Zauważyłem również kilka nowych twarzy. Jerzy Turas, Jacek Piesio, Arek Kilinski, Kacper Kolendowicz. Złapałem się za głowę, do tej pory miałem okazję oglądać ich tylko w telewizji. Co skusiło tych piłkarzy żeby przenieść się tutaj? Okno transferowe przecież było zamknięte. Zupełnie się pogubiłem.
-Widzę, że dotarło do pana co chcemy tu zrobić.-odwróciłem się. Za mną stał wysoki mężczyzna o odpychającej twarzy. Pachniał wiosną i miętową gumą do żucia
-Nazywam się Mirosław Muzaj i od przyszłego tygodnia oficjalnie będę prezesem.-wyciągnął do mnie rękę.-Jeżeli się nie mylę to pan nazywa się Witold Kruszer.-przytaknąłem i ścisnąłem mu dłoń. Rękę miał zimną i lekko spoconą, a uścisk mocny.
-Widzę, że nie tracicie czasu.
-Owszem, dogadaliśmy się z kilkoma zawodnikami.
-Okno transferowe jest przecież zamknięte.
-Zawodnicy, którzy właśnie trenują z naszymi chłopcami są oficjalnie kontuzjowani. A w zimie przechodzą do nas.
-Ale jak...
-Pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Kolendowicz, Turas, Piesio i Kiliński to naprawdę dobrzy zawodnicy. Sprowadziłem jeszcze Ellisa Chanta i Gerarda Hendleya, z angielskiej drugiej ligii.
-Tuszyński powiedział mi, że zostałem zdegradowany do funkcji pomocnika asystenta.
-Wstawiłem się za tobą na posiedzeniu zarządu. Chcieli cię wywalić na zbity pysk.
-Dzięki.
-Aha.-rzucił na odchodne.-Poznaj się z nowym pierwszym trenerem, jest w szatni. Polubicie się.-i oddalił się w stronę boiska.

Filipowicz rzeczywiście okazał się miłym facetem. Powiedział, że mu przykro, ale życie jest jak dżungla; przetrwają tylko najsilniejsi. Moim zdaniem każdy ma swój własny świat i własne idee, a ja zamierzałem wszystkim udowodnić, że mylą się w stosunku do mnie. Pora odstawić wódę i brać się do pracy.

Było koszmarnie. Bez alkoholu, wbrew pozorom, przestałem trzeźwo myśleć. Chyba dopadła mnie jakaś nerwica. Trzęsły mi się ręce, obficie się pociłem. Zdarzyło mi się nawet rzygać bez powodu. Dopadła mnie biegunka, nie byłem głodny, a myśli krążyły wokół alkoholu i piłki. Musiałem się skupić na tym drugim i to na poważnie, bo inaczej chyba umrę. Wybrałem numer Bartka.
-Bartek?
-Haaaloo?-ziewaniem uświadomił mi, że spał, spojrzałem na zegarek, druga dwadzieścia.-Coś się stało?-w jego głosie usłyszałem troskę.
-Nie. To znaczy tak. Mógłbym podskoczyć do ciebie po kilka płyt z meczami?
-A która jee...Na Boga, Witek, jest druga!
-Wiem, przepraszam. Mogę?
-Wpadaj.
Minutę później już chowałem klucz pod donicą. Całkiem fajnie się tak przejść nocą. Wpadłem na pomysł, żeby kupić sobie piwo. Aż mnie skręciło na samą myśl. To byłoby jak powrót do życia. Zmieniłem kierunek marszu w stronę monopolowego. Świeciło się, chyba był to całodobowy, to dobrze. Nagle z bramy wyszedł zapijaczony facet. Chwiejnie stawiał kroki. Noga za nogą, ostrożnie. Kiedy go mijałem złapał mnie za kurtkę.
-Jesteś pewny, że idziesz w dobrym kierunku?-śmierdziało wódą. Już czułem na wargach dotyk zimnej szklanki i zapach wódki. Zacząłem się trząść. Wyszarpnąłem się i mu przywaliłem.
-Nie dotykaj mnie!
-Eeeee...Ja tylko..-zaczął bełkotać opierając się o mur. Złapał się za twarz i spojrzał na mnie.
-Nie gap się!-i uderzyłem go po raz kolejny. Tym razem się przewrócił. Miałem ochotę kopać go po głowie, ale usłyszałem jakieś krzyki za mną. Obejrzałem się i spostrzegłem dwie osoby biegnące w moją stronę. Chciałem iść w ich stronę i im napierdolić. Chciałem ich zatłuc gołymi rękami. Byłem jak w transie, nigdy wcześniej nic takiego mi się nie przytrafiło, na ogół byłem praworządnym obywatelem. Obróciłem się na pięcie i zacząłem uciekać. Było mi przeraźliwie zimno. Przypomniałem sobie o Bartku i pobiegłem w stronę jego mieszkania. Trochę się zasapałem, więc postanowiłem odpocząć. Zauważyłem ciemny zaułek i tam właśnie wbiegłem. Pochyliłem się do przodu, a ręce oparłem na kolanach. Pod stopami zauważyłem pierwszą stronę jakiejś gazety. Była brudna i mokra, ale dało się zauważyć nagłówek: "Piechur zaskakuje". To jest właśnie to. Moja pasja, moje życie. Dlaczego właśnie dopiero teraz sobie to uświadamiam? Nie mogę żyć bez piłki, odkąd pamiętam wolny czas spędzałem na boisku. Nie obchodziło mnie nic innego, tylko piłka. Źle się czułem, chyba złapałem jakąś grype czy coś. Nogi miałem jak z waty i czułem się słaby. Ruszyłem jednak do Bartka.

W domu usiadłem przed laptopem i zacząłem oglądać. Liga angielska, francuska, hiszpańska. Pochłonęło mnie to bez reszty. Nie zauważyłem, że słońce już wzeszło. Nie słyszałem też jak dzwonił telefon. Dopiero kiedy dopadła mnie biegunka oderwałem się od laptopa. Była czternasta. Nie byłem głodny, czułem jedynie suchość w ustach. Kiedy wyszedłem z łazienki i omiotłem wzrokiem mieszkanie zachciało mi się alkoholu. Nie ważne jakiego. Musiałem się wyprowadzić, zmienić lokal, w moim mieszkaniu za dużo kojarzyło mi się z imprezami. Wziąłem telefon do ręki i spojrzałem na nieodebrane. Nieznany numer. Zadzwoniłem.
-Muzaj. Słucham.
-Tu Kruszer.
-Witam.
-No witam.-chwila ciszy. Czas płynął powoli. Czekałem aż powie mi po co dzwonił. Zacząłem się pocić. Denerwował mnie, po co dzwonił? Żeby sobie pomilczeć?
-Słucham pana.-w końcu się odezwał.
-To pan do mnie dzwonił.
-Wiem, czekam na wyjaśnienia.
-Jakie wyjaśnienia?
-Gdzie jesteś?
-W domu.
-A gdzie powinieneś być?-znowu ta cisza. Słyszałem jak kapie woda z kranu w łazience. Sąsiad u góry za głośno oglądał telewizję, chyba leciały wiadomości. Zamknąłem drzwi z łazienki.-Zatkało cię? Nie wiesz już gdzie pracujesz? Skończyło się opierdalanie. Albo za dwadzieścia minut poprowadzisz trening, albo wylatujesz.-rozłączył się. Jeszcze chwile trzymałem telefon przy uchu. Czułem, że się pocę. Gorąco mi było. Rzuciłem telefonem, rozbił się o ścianę. Kiedy ja ostatnio prowadziłem trening? Zapomniałem chyba jak to się robi. Sięgnąłem do lodówki po piwo, a wyciągnąłem marchewkę, paprykę i mleko. Już postanowiłem, że przyłożę się do tej roboty, bo kocham to co robię, nie chciałem pracować w żadnym innym zawodzie, więc nie mogłem sobie pozwolić na utratę pracy. No i poszedłem poprowadzić ten trening.

Podczas treningu zdałem sobie sprawę, że sport całkowicie mnie pochłaniał. Zabierał ze mnie całą energię, ale sprawiał mi olbrzymią satysfakcję. Czułem się całkowicie spełnionym. Mogłem przekazywać swoją ideę gry. Piłkarze byli mi całkowicie posłuszni i podzielali mój entuzjazm. Dopiero na treningu dostrzegłem jaki moja drużyna ma potencjał. Bez kompleksów mogliśmy się mierzyć z drużynami z czołówki pierwszej ligi. Kompletnie zapomniałem o alkoholu, o tym, że nie byłem już pierwszym trenerem, o niespełnionym marzeniu bycia piłkarzem. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że następnego dnia mieliśmy zagrać mecz ligowy. W głowie miałem już ułożony plan. Musiałem go jeszcze skonfrontować z taktyką rywali. Poszedłem więc poszukać Bartka. Znalazłem go rozmawiającego przez telefon, poczekałem więc chwilę.
-Bartek, potrzebuję płytę.
-Jaką znowu płytę?
-No z kim jutro gramy?
-Ze Stalą.
-To potrzebuję płytę z ostatnimi meczami Stali.
-Ale po co ci?
-Przynieś.
-Mam ją przy sobie. Filipowicz mnie o nią prosił.
-Daj ją mnie, zaniosę mu. Mam już pomysł na grę.- dał mi ją ze skwaszoną miną. Czułem się lekko i radośnie pierwszy raz od długiego czasu. Właściwie to nie pamiętam kiedy ostatnio się tak czułem. Zapukałem do biura Filipowicza.
-Proszę wejść.
-Cześć Stefan.- wymieniliśmy uścisk dłoni.
-Cześć Witku. Co cię do mnie sprowadza?
-Mam tu dla ciebie płytę od Bartka.
-Aha, no dzięki.- wziął płytę, trzymał ją jakby chciał sprawdzić ile waży.- Coś jeszcze?
-Nie, to wszystko.- zabierałem się do wyjścia, ale przypomniałem sobie o wódce. Chciałem o niej zapomnieć, a tylko piłka mi w tym pomagała- A właściwie to nie wszystko. Mamy coś do obgadania.- ruszyłem w stronę drzwi i popchnąłem je żeby się zamknęły. Filipowicz z zaciekawieniem słuchał co mu mam do powiedzenia na temat drużyny. Razem obejrzeliśmy płytę i w milczeniu wysłuchał moich wskazówek dotyczących gry.
-Nie wiedziałem, Witku że masz tak olbrzymie pojęcie o piłce. Ile masz lat?- zapytał z powagą.
-Dwadzieścia osiem.- czułem się mile połechtany, tym że Filipowicz mnie docenił. Dlatego wypowiedziałem się równierz na temat zmian jakie powinien wprowadzić. Potakiwał tylko kiedy wyliczałem.
-Dlaczego w tak młodym wieku zdecydowałeś się na trenerkę?
-Chciałem zostać w zawodzie.
-Byłeś piłkarzem?
-Byłem.
-Dlaczego już nie grasz?
-Ciężka kontuzja.
-Współczuję.- powiedział to od niechcenia, tak naprawdę to miał to w dupie.- Ale z drugiej strony to dobrze, że mamy w sztabie trenerskim osobę taką jak ty. Przydasz mi się i to bardzo. Wytypuj skład na jutrzejszy mecz i wybierz też rodzaj treningu przedmeczowego.
-Już się robi.- spojrzałem na niego. Filipowicz przyglądał mi się z zaciekawieniem, być może z podziwem. Siwe włosy nie pasowały do jego młodej twarzy, a śnieżnobiały uśmiech pewnie nie jedną kobietę zwalił z nóg. Stefan był jedną z osób za którą chciało się podążać. Charyzmatyczny, przystojny, miły i cały czas uśmiechnięty. Był idealnym przewodnikiem dla moich piłkarzy, potrzebowali właśnie kogoś takiego, a nie jakiegoś menela ubranego w brudny dres, który cały czas chodzi pijany i śmierdzi wódą. W tym momencie postanowiłem, że Filipowicz będzie tylko figurantem, całą czarną robotę biorę na siebie.

Następny mecz gładko wygraliśmy. Piłkarze byli w świetnych humorach, tak jak i Muzaj, a wszystkie gratulacje zebrał Filipowicz. Nie obchodziło mnie to. Zapomniałem o wódzie, o tym że brakuje mi tego ostrego smaku zapijanego tanim sokiem. Chwilami trząsłem się jakby było mi zimno, miałem napady gorąca. Postanowiłem, że pójdę z tym do lekarza i umówiłem się na wizytę, która przypadała za 2 tygodnie.

Siedziałem nad notatkami kiedy ktoś zapukał. Spojrzałem na zegarek. Piętnasta dwadzieścia dwie. Przez ułamek sekundy wyobraziłem sobie, że za drzwiami stoi oszołamiająco piękna brunetka, która poprosi mnie o filiżankę cukru, bo akurat piecze ciasto. Rozbudziło to mój instynkt przetrwania, wyostrzyły mi się zmysły i serce zaczęło bić szybciej. Odłożyłem notatki na szafkę, idąc w stronę drzwi spojrzałem w lustro i poprawiłem fryzurę. Puściłem do siebie oczko i otwarłem drzwi. Krew zaczęła krążyć tak szybko, że aż ją słyszałem. Bałem się żeby nie usłyszała tego kobieta stojąca przede mną. Nie wiedziałem co mam powiedzieć. Przez chwilę chciałem przeprosić ją za hałas, ale zdałem sobie sprawę, że tylko ja to słyszę. Ćwierć ułamka sekundy później chciałem zaproponować jej drinka. Niesamowicie dużo myśli przebiegało przez moją głowę, nie potrafiłem się skupić na jednej z nich. Było ich tyle, że tysiąc nowych napływało na miejsce jednej. Mineły może trzy sekundy, a ja zdałem sobie sprawę jak głupią muszę mieć minę. Miałem nadzieję, że ślina mi nie ciekła. Trochę miałem ciemno przed oczami, wszystko zaczęło się kręcić, nogi się pode mną ugięły. Zacząłem upadać, zadziwiająco ciekawe było to że w czasie jednej sekundy, kiedy spadałem potrafiłem pomyśleć o tym jak szybko mogę myśleć i przetwarzać informację, postanowiłem że w bardziej odpowiedniej chwili się nad tym głębiej zastanowię, a teraz musiałem się czegoś złapać bo przecież, jakby na to nie patrzeć, upadałem. Wyrzuciłem więc ręce przed siebie, co było całkiem racjonalnym posunięciem, ręce przeszyły powietrze by w końcu złapać się czarującej damy. Znalazłem się w bardzo dziwnej pozycji, trochę dla mnie krępującej. Stałem, a właściwie wisiałem na biednej kobiecie, która teraz też zaczęła tracić równowagę. Trochę ważyłem, a ona była dość drobna. Tak więc upadliśmy oboje. Poczułem dziwną lekkość, a chwilkę później uderzenie w głowę i zgasło światło. Chyba straciłem przytomność.

Czułem jak powoli odzyskiwałem przytomność. Tak jakbym wracał do świata rzeczywistego przez gęstą, mleczną mgłę. Dźwięki i zapachy stawały się coraz to wyraźniejsze. Wracało mi także czucie w ciele, czułem że na czymś leżałem, że byłem przykryty, chyba kocem, który mnie drapał. Kolejnym odczuciem był przeraźliwy ból głowy i towarzysząca mu gorączka. Niesamowicie się pociłem, choć było mi zimno. W całym ciele czułem drgawki, w sumie były to silne skurcze trwające około sekundy. Nie było to najprzyjemniejsze uczucie w moim dotychczasowym życiu. Chciałem umrzeć, albo chociaż zasnąć, ale ból był zbyt słaby na to żeby mnie zemdlić i zbyt mocny na to żebym mógł skupić się na czymś innym. Nagle usłyszałem szelest po prawej stronie. To chyba gdzieś w kuchni, albo łazience. Usiłowałem otworzyć oczy i przechylić się w stronę z której dobiegał hałas, ale nie potrafiłem się przemóc.
-Nie ruszaj się, nie wiem co ci się stało, dzwonie po karetkę.- znienawidziłem ten głos, wywiercił mi dziurę w mózgu. Słowa odbijały się echem po mojej głowie i zrobiło mi się niedobrze.- Wszytko w porządku?- oddychanie zaczęło sprawiać mi ból i zacząłem oddychać jak najmniej. Ból stawał się coraz silniejszy już nie wiedziałem co mnie najbardziej boli. Miałem wrażenie, że rozszczepiłem się na części i musiałem sobie przypominać która część za co odpowiada. Traciłem świadomość bardzo powoli i w cierpieniu. Jakbym musiał przedostać się na drugą stronę przeciskając się bardzo wąskim przejściem z ostrymi, chropowatymi ścianami, podłogą która parzy i padającym z nieba wrzątkiem. Im dalej tym było gorzej. Na domiar złego słowa, które wypowiedziała kobieta cały czas męczyły mój mózg. To było tak jakbym wrzucił kostki lodu do miksera. Słowa się ze sobą mieszały i tworzyły niezrozumiały bełkot i tak w kółko. W końcu udało mi się zemdleć i pochłonęła mnie ciemność.

W końcu zdałem sobie sprawę z tego, że jestem alkoholikiem. Trochę mi to zajęło, ale najważniejsze jest to, że przejrzałem na oczy. Zapisałem się na odwyk, a klub pokrył koszty leczenia. Kosztowało mnie to sporo sił i czasu żeby zdecydować się na terapię. Spakowałem swoje rzeczy i wystawiłem swoje stare mieszkanie na sprzedaż. Po odwyku nie chcę mieszkać sam, przynajmniej na początku, dlatego Bartek zgodził się na to żebym u niego nocował do czasu aż znajdę nowe lokum. Ale najpierw muszę sie nauczyć żyć bez alkoholu. Czas zacząć nowy rozdział w moim życiu.

Podpis: 

to mój krzyk 3 tygodnie
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Posłannictwo z gwiazd Krzyż Noc polarna
Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Na północy Norwegii.
Sponsorowane: 90Sponsorowane: 20
Auto płaci: 10
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.