http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
90

Posłannictwo z gwiazd

  Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We październiku nagrodą jest książka
Powtórka z morderstwa
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

Nie :-( Święta!

Obok Johna McClane'a, łysawego gościa bez butów, w brudnych spodniach i podartym podkoszulku, usiadł Czerwony Kapturek... Z "życzeniami". ..

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
368
użytkowników.

Gości:
368
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 76310

76310

Keep on Singing - Rozdział 8

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
14-01-20

Typ
P
-powieść
Kategoria
Biografia/Muzyka/Opowiadania.pl
Rozmiar
18 kb
Czytane
1409
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
14-01-20

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Sheena Podpis: Sheena
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Następna banalna opowieść o rodzinie, przyjaźni i miłości. W części rzeczywista, oparta na życiorysach znanych niektórym z Was ludzi, w części zmyślona, tworząca linearną czasoprzestrzeń, gdzie słodycz fantazji zespala się z goryczą dzisiejszości.

Opublikowany w:

http://keep-on-singing.blog.pl/

Keep on Singing - Rozdział 8

Jedyną osobą, która przykładała się do prób tego wieczora, była naturalnie Kathy. Siedziała z tyłu autobusu, przy prowadzących na dół schodach, na swoim i Patricii łóżku. Układając palce na klawiszach akordeonu, przypominała sobie z trudem, na ile liczone są takty „Wonderful World”, granego przez nich rzadko, raczej od święta, a wystarczająco znanego, by wprowadzić go na stałe do repertuaru zespołu. Im bardziej jednak starała się skupić na tym, co robi, tym bardziej jej nie wychodziło, i w końcu, wyprowadzona z równowagi, huknęła na resztę, nie przebierając już w słowach, że każdy bez wyjątku ma się natychmiast zamknąć. Posłuch był bezzwłoczny. Wszyscy momentalnie zamilkli. Siedem par oczu taksowało ją teraz z przestrachem lub zdziwieniem, kompletnie nie rozumiejąc, czemu przerwała im tak ekscytującą dyskusję.
- Słuchajcie. – Zaczęła. – Mną też to wszystko wstrząsnęło i też mam mętlik w głowie, ale paplaniem o tym, co ciotka chciała zrobić, a czego nie, i dokąd uciekła oraz czy wróci, nie zarobimy ani na ciuchy, ani na jedzenie, ani tym bardziej na paliwo do Niemiec, które – miejcie na uwadze – będzie nam niedługo potrzebne!
Westchnienie Joey’a, siedzącego naprzeciw pod oknem, położyło się mgiełką na szybie.
- Papa jeszcze nie dał ostatecznej odpowiedzi – oznajmił zaraz później. – Póki co, to gada z Paddy’m, a więc też nasz czas marnuje. – Odwrócił się do siostry i brwi zaczepnie uniósł.
Usta brunetki zacisnęły się w wąziutką kreseczkę, gdy brat, osunąwszy się w poprzek własnego łóżka, wyciągnął nogi tak daleko, że buty oparł o jej czystą i wykrochmaloną pościel. Rozbestwiony, z założonymi na piersiach rękoma, świdrował ją kpiącym wzrokiem, aż…
- Przeginasz! – John go zrugał. Przeszedł przez prawie całe piętro, żeby zepchnąć z łóżka siostry nogi zadziornego dwunastolatka.
Zbuntowana natura Joey’a odebrała to za najdotkliwiej wymierzony policzek i chłopiec, chwili nie zwlekając, dźwignął się do pionu, pierś naprężył bojowo i zbliżył do Johna, dysząc ciężko, demonstracyjnie, niby w przejawie ledwo już tłumionej ofensywy, na odległość kilku wątłych, zelektryzowanych napięciem centymetrów. Choć był niższy i młodszy, poradziłby z nim sobie bez problemu. I tylko ta nieustępliwość i opanowanie w oczach brata, tylko szacunek, jakim zawsze, a skrycie go darzył, sprawiły, że zaniechał uderzenia i opadł z powrotem na łóżko, mląc wkrótce pod nosem bujną kwintesencję przekleństw. John to zignorował. Dawno już nauczył się pobłażliwości. Skinął głową i obrócił się do niego plecami.
- Papa nie dał jeszcze odpowiedzi, bo nie miał tak naprawdę kiedy, ale wątpię, by odmówił temu facetowi. Taka okazja, rozumiecie chyba, nie zdarza się przecież na co dzień! – Podjął przerwany wątek. – Tego chyba chcieliśmy. Pracowaliśmy na to ciężko przez kilka ostatnich miesięcy! – perorował z pasją. – Jeśli mamy szansę wystąpić w tym programie, to musimy się pokazać z jak najlepszej strony! – motywował. – Bo nie sądzicie chyba, że jeszcze jakiś producent telewizyjny trafi nam się w publiczności na ulicy i że zachwycimy go na tyle, by zaproponował nam koncert?! – Wykrzywił usta w ociekającym ironią uśmiechu. – No! – skomentował ciszę. – Więc zepnijcie pośladki, bo do Niemiec został nam miesiąc!
- Który zleci szybciej, niż się obejrzymy – Kathy wtrąciła z przekąsem.
- A ja z ręką w nocniku na pewno nie chcę się obudzić! – zakończył triumfalnie i oprowadził spojrzenie po wszystkich wytrzeszczonych w niego oczach, szukając w nich zgody i poparcia, a znajdując jedynie nic nie wnoszące zażenowanie. – To jak? Jak będzie? – dopytał niecierpliwie. – Kto chce żyć na kółkach, a komu marzy się własny, normalny pokój?
- Ja marzę o toaletce – pierwsza odezwała się Patricia.
Stojąc w kącie, daleko od wszystkich, przebierała się właśnie w piżamę. Gdy zauważyła szyderczy uśmieszek Joey’a, złapała za poduszkę Maite, nie zważając na to, że wyciąga ją dosłownie spod jej małej główki, i cisnęła nią z siłą przez całą długość wąskiego, a tasiemcowego pomieszczenia, celując doskonale, prosto w głowę brata.
- Garderoba też by się przydała – wybełkotała z poirytowaniem, gdy Joey w następstwie po prostu się bezczelnie rozrechotał. – Są wśród nas obleśni, podglądający starsze siostry gówniarze!
- A wiecie, czego ja bym chciała? – Barby do śmiechu nie było. Leżała z tamburynem na brzuchu, raz na jakiś czas nim grzechocząc. – Chciałabym mieć manekina. Takiego jak na wystawach w tych prawdziwych butikach, do których nigdy nie chodzimy. – Policzki dziewięciolatki oblewały się z wolna płomiennym rumieńcem krępującej ją fantazji. – Postawiłabym go sobie przy łóżku, kupiła kilogram… nie… całe kilogramy tiulu!… i szyłabym sukienki dla baletnic; takie sztywne, rozkloszowane…
- Dla lalek chyba, nie baletnic! Takich szmacianych w dodatku! – Joey znów dał do wiwatu, czego John tym razem nie mógł już mu darować. – Czemu znowu w głowę?! I czemu z otwartej?! – fuknął rozwścieczony.
- W głowę po to, żeby echem się upewnić, że nie myślisz! – Cierpliwość John’a właśnie się wyczerpała. – A z otwartej dla przedsmaku, bo jeszcze raz coś palniesz i zasłużysz na zamkniętą! – zbeształ brata i spojrzał mimochodem na nieobecnego myślami Jima. – A ty, Jimmy? – zagaił naprędce. – Nie masz żadnych marzeń?
Jim stał tyłem do Patricii. Ze skrzyżowanymi w kostkach nogami i biodrem opartym o łóżko, na którym Maite leżała, oderwał spojrzenie od nader interesującej podłogi i wbił je natarczywie w Johnny’ego.
- Mnie tak generalnie wszystko zwisa. – Złapał się za krocze i wymownie nim potrząsnął.
- Nie, no, kochani! – Kathy odłożyła akordeon i zerwała się z łóżka, ręce tylko załamując. – W ten sposób daleko nie zajdziemy! – zgromiła wszystkich, jakby każdy był jednako winny.
W chwili, gdy chciała coś jeszcze dopowiedzieć, zjawił się na górze papa z Paddy’m. Obaj podnieceni, rozgorączkowani. Obaj w kompletnie innych od ich nastrojach.
- Dobrze, że jeszcze nie śpicie! – Dan oznajmił z ulgą i zadyszką zarazem. – John, potrzebuję cię na dole. Reszta też schodzi i pasy zapina – komenderował w ożywieniu. – Natychmiast jedziemy do szpitala!
- Dramatów familii de Chantal ciąg dalszy…? – Jim, choć nie bez kąśliwości, zgadł od razu. Pozostali, gapiąc się na starca, czekali na jakieś potwierdzenie.
- Jim… – Jęknięcie papy przetoczyło się przez piętro i wszyscy prócz Jimmy’ego głowy solidarnie spuścili. – Naprawdę, Jim, nie ma teraz na to czasu…
- A mówiłem: nie obiecuj? – Jim był tak bezduszny i zhardziały, przytaczając ich poranną awanturę, że w Paddy’m zawrzało i nie mógł nie zareagować:
- Jeśli tam nie pojedziemy i nie odwiedziemy wujka od oddania Bianci, będzie tak, jakbyśmy to my zniszczyli jej życie, a nie ciotka! – wyjaśnił na wdechu, ze spurpurowiałą z nerwów twarzą.
- To nie kochasz się już w Maddie? – Joey spytał z jadem. – Bo, wiesz, w jej ciele nie ma chyba ani jednej siostrzanej kości, więc ta – odchrząknął – przysługa – zrobił znak cudzysłowu w powietrzu – może odbić się na twojej poetyckiej twórczości. – Zadrwił.
- Żeby tobie coś się znowu wewnątrz czaszki nie poodbijało! – John zagrzmiał, a Kathy, przeczuwając, co chce zrobić, złapała go szybko za nadgarstek.

***

Źrenice Johnny’ego już dawno zasłoniły tęczówki. Palce wbijał w uda, nie mając w zasięgu niczego, czego mógłby się złapać i przytrzymać. Siedział na fotelu obok ojca, nie nadążając już śledzić drogi, mijanych znaków, sygnalizatorów świetlnych i przechodniów czy tym bardziej pojazdów, zdrętwiały z przerażenia. Jego rozsądny i opanowany zazwyczaj ojciec gnał do szpitala jak narkoman na głodzie po receptę. Brawura, z jaką wszedł w ostatni zakręt, wyrzuciła ich na drugi pas ruchu, prosto pod koła nadjeżdżającej z naprzeciw furgonetki. Ci, którzy siedzieli z tyłu, nie wiedzieli, jak blisko było do zderzenia. John wiedział. I w tej jednej, a krótkiej chwili całe życie stanęło mu przed oczami. Cudem tylko uniknęli tragicznego wypadku. Następnym cudem znaleźli na szpitalnym dziedzińcu wystarczająco dużo miejsca, by zaparkować tam obszerny bądź co bądź autobus. Kiedy wbiegli do wielkiego, zalanego jaskrawym światłem holu, wyrosła przed nimi postawna sylwetka ochroniarza. Zaalarmowany tak burzliwym wtargnięciem, zlustrował ich bacznym wzrokiem. Hałastra rozkrzyczanych, ubranych częściowo w piżamy dzieci i ekscentryczny starzec z ogorzałą od słońca twarzą, którą na domiar przysłaniała długa i zaniedbana broda, nie wyglądała najwyraźniej na tyle przyzwoicie, by można było ich wpuścić, wszystkich naraz w dodatku. John dawno już przywykł do myśli, że nie zawsze byli, są i będą dobrze odbierani, ale takie momenty jak ten, gdy na niego i jego rodzeństwo patrzono jak na zgraję łachmytów i odszczepieńców, bolały go niezmiennie aż do dzisiaj. I choć przełykał to upokorzenie z godnością i zęby zaciskał pod wymuszonym, wystudiowanym przez lata uśmiechem, to nie hartował się, nie uodparniał; z każdym kolejnym wyrazem zniesmaczenia czy wręcz odrazy czuł się coraz podlej. Czuł, że nigdy już do niczego nie będą pasować lepiej, jak właśnie do tego autobusu, zdezelowanego pomnika przestarzałej myśli technicznej, skarżącego się stukotem każdego ze swoich elementów i zasapanego przebiegiem. Wypytywał dziś rodzeństwo o marzenia i karmił ich wizją koncertu w błyszczącym, naszprycowanym nowoczesnością studio telewizyjnym, ale wiedział, że nie da się włożyć smokingu czy sukni balowej, wybierając jednocześnie ziarna soczewicy z całej sterty osypującego się popiołu. I nie można zarzucić, że wstydził się swojej rodziny. On po prostu chciał od życia czegoś więcej.

***

Louis stał na samym końcu korytarza. Podpierając ścianę ramieniem, przytykał do szyby rozgrzany od wątpliwości policzek. W dniu, w którym się urodziła, spodobało mu się imię zaproponowane przez żonę. Dzisiaj nie nazywał jej już Biancą, a bękartem. Nie widział w niej cudu, ani spoiwa, nie widział w niej ani swojej potencjalnej córki, ani nawet niemowlęcia. Niemowlę nie mówi, a ona wyraźnie krzyczała. Nie, nie ustami. Wyglądem. Skórą zdjętą z ojca, kimkolwiek ten był, i tym, że się tak mało i rzadko ruszała, zupełnie niepodobnie do swej energicznej, niecierpiącej stagnacji matki. Nie mógłby, nie umiałby jej nigdy pokochać. Całym sobą, każdą jedną komórką swojego chudego, wymizerowanego ciała, obwiniał ją za to, że Jolene odeszła.
- O, jesteś! – Usłyszał z oddali i oderwał się od szyby jak złapany na gorącym uczynku. Z naprzeciwległego końca korytarza, od strony wind, szedł Dan z Paddy’m i Kathy. – Zdążyłem? Zdążyłem?! Och, powiedz, że zdążyliśmy! – Starzec pytał gorączkowo. – Ten przeklęty ochroniarz nie chciał nas nawet wpuścić! Dzieciaki zostały na dole.
- To zależy, przed czym chciałeś zdążyć – wymamrotał bezbarwnie i obrzucił porozumiewawczym spojrzeniem siedzące za nim córki. – Czekam na kogoś, jakiegoś pieprzonego biurokratę. Ma przyjść tu do mnie z papierami.
- Z takimi, o jakich myślę? – Dan stanął tuż przed nim, pochylony lekko do przodu, łapał żarłocznie powietrze. Podczas gdy Kathy przysiadła się do Chloe i Maddie, zajmując je natychmiast jakąś błahą, odwracającą ich uwagę rozmową, Paddy podszedł do szyby i przyłożył do niej swoje drobne, rozczapierzone szeroko paluszki.
- Dan, uparty pryku… – Louis, widząc to, rozpostarł bezradnie ręce. – Przyjechałeś na próżno. I dobrze o tym wiesz!
- Ty też coś musisz wiedzieć – starzec obwieścił z powagą, po czym tak się wyprostował, że aż napuchł. – Moja oferta wciąż jest aktualna. Zatrzymaj dziewczynkę, a o nic nie będziesz się martwił. Wesprę cię w każdym związanym z nią aspekcie.
- Od dna się już odbiłeś i chwała ci za to, ale, stary, nadal klepiecie biedę! Nie licytuj się na coś, czym nie dysponujesz, bo ani szmalu nie masz, ani czasu dla własnych, a co dopiero cudzych dzieciaków, i nie wiem, Dan, naprawdę nie wiem, co musiałoby się zdarzyć, żeby wasze i nasze życie zmieniło się w tę mrzonkę z twojej wyobraźni! – Głos podniósł i oczy wybałuszył. Dan zaczynał go już drażnić, szczerze irytować. Nie rozumiał ponadto, czemu aż tak nachalnie ingeruje w jego, w JEGO życie. – I co ci, Dan… Co ci właściwie do tego? – spytał już spokojniej, choć nadal roztrzęsiony od środka. – Czemu aż tak ci zależy?
- Który z panów to Louis de Chantal?
Wzrok obu przyjaciół przeniósł się na obcego, przybyłego w pośpiechu mężczyznę. Ubrany w gustowny, zbyt kosztowny jak na pracownika socjalnego garnitur, wyszczerzył zęby w nobliwym uśmiechu.
- To ja – Louis odparł półgębkiem, niezręcznie, wybity nieco z równowagi. – Ja jestem Louis de Chantal.
- Augustin Sartre, koordynator oddziału preadopcyjnego szpitala. – Mężczyzna podał rękę Louisowi i obaj wymienili uścisk. – Czy mógłbym zaprosić pana do gabinetu obok, tak żebyśmy mogli porozmawiać w spokoju?
- Czy ja również mógłbym…? – Dan wtrącił szybko.
- A… pan… jest…?
- Przepraszam najmocniej. – Starzec swobodnie odchrząknął. – Daniel Kelly. – Podczas gdy jedną rękę, zgiętą lekko w łokciu, położył u nasady pleców, drugą wysunął pewnie, choć niezbyt szybko, w kierunku pana Sartre. Zależało mu na tym, aby zrobić na nim jak najlepsze wrażenie, a tak dystyngowane, salonowe wręcz przywitanie powinno automatycznie spotkać się z przychylnością. – Jestem bliskim przyjacielem pana de Chantal i jego małżonki – oznajmił po chwili, ciesząc się miną zbitego z tropu dygnitarza. – Rozumiemy chyba, że jest to sytuacja bezprecedensowa dla mojego przyjaciela, szalenie trudna. Rodzinę de Chantal wspieram od samego początku i pragnąłbym, by tak już pozostało.
- Ale…
- Tak, oczywiście. Nie mam nic przeciwko. – Augustin Sartre wszedł Louisowi w zdanie. – Zapraszam panów.
W gabinecie, do którego weszli, stało biurko i tylko dwa krzesła. Na jednym usiadł pracownik szpitala, na drugim Louis, zmuszony do tego przez Dana. Starzec z kolei wypuścił się marszem po dusznym i niewielkim pomieszczeniu, by raz jeszcze przeanalizować wszystkie za i przeciw.
- Na początek może potwierdźmy kilka kwestii. – Elegant, wyjąwszy z aktówki jakiś kilkustronicowy formularz, odłożył teczkę na podłogę. – Dnia dwudziestego trzeciego maja Pańska żona, pani Jolene de Chantal, poza terenem szpitala urodziła córkę.
- Zgadza się.
- Do naszego szpitala przywiozła je obie wezwana na miejsce karetka.
- Która, swoją drogą, strasznie się ślimaczyła – spuentował markotnie Louis.
Mężczyzna odjął długopis od papieru i zerknął na niego z bezgłośnym, a znaczącym upomnieniem.
- Dziecko jest wcześniakiem, zdiagnozowano niską wagę urodzeniową i nieznaczne niedotlenienie – ciągnął już wkrótce, po głębokim i pełnym zrezygnowania westchnięciu.
- Ja bym je przebadał pod wszystkimi możliwymi kątami, bo jego ojciec, biologiczny ojciec, mógł mieć AIDS i jeszcze jakieś inne weneryki, i nie wiadomo tak do końca, ile z tego syfu przekazał potomstwu w nasieniu.
Dan wrósł w ziemię, a koordynator, odchyliwszy się na krześle, popatrzył na Louisa z ostrzejszą od poprzedniej reprymendą.
- Czy byłby pan łaskaw ograniczyć się do krótkich, oszczędzających nasz czas odpowiedzi? – spytał podenerwowany. – „Tak” lub „nie” by wystarczyło.
- Tak! – Louis, nie mniej napuszony, przyjął na krześle tak nonszalancką i lekceważącą pozycję, że Dan, podszedłszy bliżej, wymierzył mu otrzeźwiającego kuksańca.
- Czy pańskiej żonie zdarzyło się już wcześniej pozostawić swoje dzieci bez opieki?
- Zdarzyło się, nawet na kilka lat, ale nie bez opieki, bo ze mną.
- Czyli „tak”?
- Tak!
- Czy wie pan, gdzie przebywa teraz pana żona?
- A myśli pan, że byłbym tutaj, gdybym wiedział?!
- Czyli „nie”… – Mężczyzna znów go poprawił i Louis, doprowadzony do granic wytrzymałości, zerwał się dziko z krzesła.
- Zamiast zawracać mi głowę jakimiś bzdurnymi formułkami, proszę sobie zanotować coś takiego: Pan Louis de Chantal nie miał, nie ma i nie chce mieć nic wspólnego z urodzonym i porzuconym przez jego żonę dzieckiem! Zrzeka się opieki nad nim i w żadnym wypadku nie daje mu swojego nazwiska!
Dan z odgłosem przełknął ślinę. Mężczyzna za biurkiem, zaskoczony gwałtownością Louisa, dłoń miał na słuchawce telefonu, gotową, by wezwać ochronę.
- Nie jest pan z dzieckiem spokrewniony, więc nie może pan nawet zrzec się nad nim opieki – wykrztusił w końcu, z wahaniem, i także podniósł się z miejsca. – Noworodki jednak, zgodnie ze statystykami, mają największe szanse na szybką i pomyślną adopcję. Wystarczy mi podpis matki lub ojca dziewczynki, żeby nie umieszczać jej w sierocińcu, a na oddziale preadopcyjnym, który osobiście już od kilku lat prowadzę – mówił powoli, elokwentnie, ze zniżoną i łagodną intonacją. – I proszę mi wybaczyć, rozumiem, że to może być dla pana trudne, ale chodzi o niewinne dziecko, które ma możliwość znalezienia domu – tłumaczył. – Jeśli nie wie pan, gdzie jest żona, może zna pan tożsamość ojca tej dziewczynki? Kogoś, kto w bliższym lub dalszym stopniu jest z nią spokrewniony?
- Za kogo pan mnie ma, co?! – Louis wrzasnął. – Gdybym tylko znał tę gnidę…
- Zna… – Dan zażył ich obu. – Tak się składa, że pan Louis de Chantal zna tożsamość ojca tej dziewczynki – uzupełnił. – Dopóki Jolene jej nie zostawiła, a Louis nie odtrącił, miała być Biancą de Chantal.
- Dan…? – Louis zastygł w wszechogarniającym go zdumieniu. – Dan, do diabła… – wydusił w kompletnym bezdechu. – Co ty mi tu w ogóle insynuujesz?!
- W zaistniałych okolicznościach nie zostaje mi już nic innego. – Dan nie wiedział, gdzie ma oczy podziać. – Moja córka będzie nosić moje nazwisko… czyli Kelly… Będzie się nazywać Bianca Kelly.

Podpis: 

Sheena 17.01.2014
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Krzyż Noc polarna Podstęp
Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Na północy Norwegii. Historia trudnej miłości, która powraca po latach.
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 10
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 50

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.