http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
310

Róża cz. 1

Autor płaci:
100

  Detektyw Hank Made otrzymuje od członka podupadającego rodu zlecenie odnalezienia pewnego niezwykle cennego przedmiotu.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W październiku nagrodą jest książka
Światła września
Carlos Ruiz Zafon
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Róża cz. 1

Detektyw Hank Made otrzymuje od członka podupadającego rodu zlecenie odnalezienia pewnego niezwykle cennego przedmiotu.

Tarot i koronkowe serwetki - Kwiecień - 4

Co słychać u Krystyny i Mirandy i kim jest Kalina?

Tarot i koronkowe serwetki - Marzec - 3

Krystyna i Miranda różni je pozornie wszystko. Czy na pewno?

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "Jubielusz". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw

Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania

Miłość z internetu cz VII- coś podniecającego

A może by sobie tak pomarzyć, mój kochany: piękny dzień, lecz słoneczko jakby za chmurkami. Wiaterek za oknem sprawia, że dreszczyk przechodzi przez moje ciało.

Miłość z internetu cz VIII- pierwsze nasze święta

Przymykam oczka i mam Twój języczek w swoich ustach który się panoszy rozpychając moje policzka, to znowu przesuwa się po moich ząbkach, to znowu walczy z moim języczkiem.

Marzyciele

Opowiadanko fantasy, które dzieje się w tym samym świecie co "Klęska czarnego władcy", ale poza tym nie ma z nim nic wspólnego. Uwaga, dość długie i nudne! Coś o szansie spełnienia marzeń przez dwóch, wprost sobie przeciwnych, marzycieli.

Tarot i koronkowe serwetki - Początek - 1

Historia dwóch kobiet, którym los pozwala się spotkać. Pozornie różni je wszystko. Czy coś je łączy? Tęsknota, strach, miłość, samotność, marzenia...

Tarot i koronkowe serwetki - Marzec - 2

Historia dwóch kobiet, którym los pozwolił się spotkać. Pozornie różni je wszystko a jednak...

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
747
użytkowników.

Gości:
746
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 77728

77728

Topielec

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
14-12-20

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantasy/Fantastyka/Fantasy
Rozmiar
20 kb
Czytane
4057
Głosy
5
Ocena
4.90

Zmiany
15-09-05

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: brudnopis Podpis: Agnieszka Parzych
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Opublikowany w:

-

Topielec

Ptaki świergotały wesoło, gdy dziewczynka nabierała wody z rzeki. Matka zakazała jej czerpać z tego miejsca, nakazując chodzenie do oddalonego o kilka kilometrów strumienia. Ludzie we wsi straszyli czającymi się w tych wodach potworami, przypominającymi ludzi o lśniących jak złoto łuskach i ostrych jak igły zębach.
Słońce świeciło tak samo jasno, a ptaki śpiewały równie głośno, jak we wszystkich zakątkach wsi, a dziewczynka już nie raz oszukiwała matkę, aby mieć więcej czasu na zabawę.
Za każdym razem się udawało.
Tym razem w wodzie błyszczało coś ciekawego, przypominającego pierścionek.
Napełnione wiadro stanęło twardo na piaszczystym brzegu.
Za każdym razem się udawało.
A gdy nie udało się po raz pierwszy, ptaki nadal świergotały wesoło, a słońce świeciło tak samo jasno.

Topielec

Od chwili, w której wjechała do tej wsi, wiedziała, że stało się w niej coś strasznego. Dobry łowca wyczuwa od razu, gdy do nieszczęścia ludzi przyczyniają się ci, którzy od dawna nie żyją. A jeśli nadal się ruszają … poprawiła się w siodle i uśmiechnęła chytrze. Jeśli się jeszcze ruszają, znaczy, że jeszcze jej nie spotkali. Co to może być? Wilkołak czy wampir? Jeśli grasuje od dawna to nie może być wilkołak. Chłopi od razu zadźgaliby widłami kogoś, kto wyróżnia się zachowaniem. We wsi wilkołakom ciężko. Wstrzymała konia, rzucając mu pod kopyta niedopałek i sięgając po kolejnego papierosa. Słońce przypiekało niemiłosiernie, dopełniając jej uczucie zmęczenia i udręczenia. Podjechała do największej chałupy, zsuwając się z siodła. Zrobiła to bardzo niezgrabnie, ocierając sobie dłonie i zaklęła szpetnie. Poruszała się jak ktoś, kto naprawdę długo podróżował konno.


Z chałupy wybiegł stary, ale krzepki mężczyzna, ściskając w dłoniach czapkę. Zatrzymał się kilka kroków od przybyłej i ukłonił się nisko.
- Ugościcie? – spytała, prostując grzbiet.
- Ugościmy! – odparł ochoczo, spoglądając na jej czarnego, wielkiego ogiera. Taki koń musiał kosztować niemałą fortunę.
- Pan z daleka? – pytał chłop, prowadząc ją do pełnej much, ale przestronnej izby. Słysząc pytanie wyszczerzyła zęby, poprawiając białą, płócienną koszulę. Ludzie prości reagowali na nią różnie – zaślepieni jej ubraniem i sposobem zachowywania się, zauważali w niej wielkiego wojownika lub zdeformowanego pana, ale nigdy – kobietę. W jej pracy nie istniało większe błogosławieństwo.
- Ze stolicy.
- Ach, to rzeczywiście – pokiwał głową, odsuwając jej krzesło, choć mogłaby przysiąc, że nie miał pojęcia, co to stolica, a nawet jeśli, nie wiedział jak daleko się znajduje.
- Niedaleko stąd nasz pan, dzieciak zaprowadzi, jeśli takie życzenie.
Skrzywiła się lekko, na myśl o jakiejkolwiek podróży. Odparła z niechęcią:
- Wolę waszą chałupę.
Chłop ukłonił się ponownie, a jego czapka poddawana była jeszcze mocniejszemu miętoszeniu. Nagle wyszedł do sieni, by krzyknąć na całe gardło:
- Jagna! Jagna!
Nie usłyszawszy odpowiedzi uśmiechnął się przepraszająco:
- To powietrznica. Zamiast wstawiać kartofle siedzi u tej Maciejowej, co jej się dziś rano dzieciak utopił.
Widząc zadziwione spojrzenie wędrowca ukłonił się, mrucząc przepraszająco.
- Nie, nie, to bardzo ciekawe…

Meitner nienawidziła wody. Oczywiście, ciepła woda z mydłem i gąbką była czymś, o czym potrafiła marzyć nieustannie podczas długich tras. Brudna, mętna z topielcami, nie należała jednak do czegoś, co chciałaby spotkać na swojej drodze do domu. Urlop. Podręczniki do wampirologii. Niewidziana od ponad roku rodzina. Cholerny, cholerny topielec… umoczyła usta w zsiadłym mleku, rozkoszując się jego chłodem i prostotą. W zasadzie… lepszy topielec i mleko niż pałace i torciki czekoladowe. Rozejrzała się po chałupie. Obielona na biało wyglądała na solidną i sprawiała wrażenie ciepłej i bezpiecznej.

Jadła ziemniaki ze spokojem, od czasu do czasu żując suche udo kury. Cholerny topielec, których na dodatek nigdy nie umiała łowić. Gdyby nie poczucie obowiązku, gdyby nie przysięga, że zawsze w nocy i we dnie, w zdrowiu i chorobie … mogłaby przespać się i jechać dalej, a może już za tydzień dotrzeć do swoich ziem.
Jak zapolować na topielca, bez odpowiedniego ekwipunku i co tu kryć - wyszkolenia oraz predyspozycji fizycznych? Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu musiała połknąć gorzką pigułkę, prosząc o pomoc. Zeskrobała resztę ziemniaków z patelni, zwracając się do stojącego obok chłopa:
- Zawieziecie wiadomość do najbliższego miasta, do siedziby łowców. Wyszukają nam i przyślą najbliższego łowcę topielców.
- Pan sam…
- Nie, takie są procedury. To nie moja specjalizacja, powinien zjawić się w ciągu kilku tygodni.
Westchnęła ciężko, na myśl o kolejnej, bardzo nieprzyjemnej procedurze.
- Do tego czasu zostanę tutaj, zbierając materiały do raportu.
Zdając sobie sprawę, że mówi do chłopa w obcym mu języku, dodała z uśmiechem:
- Od dawna to u was taka morowa woda?
Chłop odwzajemnił uśmiech, uderzając dłonią w udo:
- A kto to wie… to już moja babka opowiadali…
Omiotła zmęczonym wzrokiem drewniany sufit. A więc to będzie naprawdę długi raport…

- Jak żyje, a mam już, dzięki Bogu sześćdziesiąt lat i jestem najstarsza baba we wsi, najpierw utopił się jeden wojak, a potem wdowa po nim. Potem to już była prawie klątwa rodzinna: w jednym roku poszły w wodę wszystkie ich dzieciaki, a nawet wdowy matka i jej wuj. Potem było kilka lat spokoju, aż się utopił chłop Maryśki…
- Czy ta Maryśka miała jakieś nazwisko? – spytała Meitner zgarbioną postać siedzącą przy kominie, po czym sama odpowiedziała sobie na to pytanie. Przecież oni nie mają nazwisk. Na listę dopisała więc „Maria, kobieta ze wsi”.
- Jakie tam nazwisko, baba zwykła, Maryśka Józkowa. Za swoim chłopem poszła następnej wiosny. Potem to już były ludzie z całej wsi: dzieciaki Staśka kowala, co zmarł tamtej zimy na suchoty, kilka dziewuszek sołtysa i po jednym dzieciaku chyba z każdego domu, tak se teraz myślę, że to będzie z pięćdziesiąt ludzi.
- Pięćdziesiąt osób w ciągu sześćdziesięciu lat to całkiem sporo – myślała na głos, w odpowiedniej rubryce formularza wpisując: „Wyjątkowo żarłoczne”, a w następnej: „Prawdopodobnie obecny topielec pierwotny oraz grupa wtórnych”.
Podrapała się po głowie, po czym umoczyła pióro w kałamarzu i wypytywała dalej, przeklinając w duchu tę biurokrację. Gdyby miała przy sobie jakiegoś ucznia on wykonywałby brudną robotę, a ona wygrzewałaby grzbiet w dworku nieopodal.
- Niech sobie pani teraz przypomni – zaczęła uprzejmie, wywołując u staruchy bezzębny uśmiech – jak najwięcej imion, a jeśli dałoby się to i przybliżonych dat wszystkich utopień.

Zdobycie sieci rybackiej ponad czterysta kilometrów od morza zajęło łowczymi ponad tydzień, był to czas wytężonej pracy biurokratycznej i nudzenia się ponad wszelką miarę. Sierść czarnego Gree lśniła jak na demonie, zresztą wielkie zwierzę zawsze sprawiało wrażenie wierzchowca z nie tego świata. Tak dopieszczony nie był od dawna – pani spędzała z nim mnóstwo czasu, zabawiając wiejskie dzieci sztuczkami. Gree tańczył pięknie, stawał na tylnych nogach, rżał zaciekle, atakował łbem wyimaginowanego przeciwnika, w końcu kłaniał się głęboko widzom i pozwalał ciągnąć się za piękną, gęstą grzywę.
Gdy zapadał zmierzch ćwiczyli dużo trudniejsze układy, podskoki, siady, czy wskakiwanie na konia w biegu.
Gdy po raz czwarty łowczyni nie dała rady złapać za siodło i wskoczyć w nie, spadając na glebę i obijając plecy, zaklęła szpetnie. Gree zahamował kilka metrów dalej, machając ogonem i przyglądając jej się paciorkowatymi oczami.
- Taaa, wiem… nie te lata, co?
Wstała, otrzepując się z kurzu.
- Przejedziemy się nad to jezioro, stary. Trzeba się temu spokojnie przyjrzeć.

Kobieta nie jest istotą, za którą Meitner byłaby skłonna skoczyć do wody. Dlatego, gdy rozsiadła się nad jeziorem piękne, nagie istoty o nienagannych kształtach, odziane jedynie w lśniące fale włosów, znikły w odmętach szybko, a na ich miejscu pojawił się wysoki brunet. Ciemne oczy lśniły dziko, gdy wyciągał do niej umięśnione ramię. Jego muskuły wyglądały cudownie w świetle księżyca w pełni. Od pasa w dół skryty w wodzie uśmiechał się do niej z pożądliwością w oczach.
Łowczyni ogryzła jabłko ze wszystkich stron, po czym rzuciła ogryzkiem w upiora. Gree zarżał wystraszony, nie cofnął się jednak ani o krok.
- Bierze mnie pod włos – wymruczała, uśmiechając się drapieżnie – Dobry jest, skurwiel. Skąd on wie, co ja lubię, co, Gree?
Upiór stał nieruchomo jeszcze chwilę, po czym zniecierpliwiony zniknął w wodzie. Zalśniła ona setkami złotych monet.
- No ale inteligencją to on nie grzeszy – dodała, klepiąc konia po nodze. Człowiek zaczyna rozmawiać z własnym wierzchowcem, jeśli długo przebywa z daleka od ludzi. W lasach, na bagnach... a gdy zwierzę padnie, jeszcze szybciej zaczyna rozmawiać sam ze sobą, a stąd już tylko krok do szaleństwa.
- Jeśli sam upiór pierwotny jest głupi, te które powstały z jego jadu również powinny nie grzeszyć rozumem. A ponad to, skoro polują tak często, to musi ich tam być naprawdę sporo. Może czekał w tych wodach dziesiątki, a może setki lat i gdy wreszcie miał okazję przemienić kogoś, rozsądek zaćmiła mu samotność. Rozmnożył się bardziej, niż powinien, a teraz miał za dużo gąb do wykarmienia. Kobiety, mężczyźni, a głównie dzieci… tak, dzieci.
Topielce są jedynymi z najbardziej stadnych istot na ziemi. Nic dziwnego, że potrafią samoistnie ginąć całymi koloniami, zatracając granicę pomiędzy tym co do jedzenia, a tym co do przemiany w towarzyszy.
Jezioro znajdowało się jednak za blisko wsi, aby zostawić tą sprawę naturalnym kolejom rzeczy.

- Sieć nie jest duża, ale idealna do łowienia na przynętę. Po rozstawieniu wystarczy sprowokować topielce, a można ich ułowić do czterech jednorazowo. Zaplączą się w niej jak śledzie. Podejrzewam, że jest ich tu około dziesięciu, cała upiorna rodzinka. Zrobimy chłopaki tak – ja taplam się w wodzie, pojawia się topielec, ja wyskakuję, a wy szybko ciągniecie za ten sznurek, dobrze? Może nie jest to najbezpieczniejszy i najbardziej inteligentny sposób polowania, ale lepszego nie znam, jestem wampirojadem, a nie łowcą topielców. Nie mogę jednak siedzieć bezczynnie, gdy na sprowadzenie profesjonalisty możemy czekać miesiącami. Rozumiemy się?
- Tak jest!
Chłopi byli rośli i silni, przyglądali jej się zaciekawieni, nie kryjąc jednak obawy. Niektórzy nie mogli powstrzymać się od złośliwych komentarzy, zwłaszcza odkąd Jagna, córka sołtysa rozgadała po wsi, jak wygląda wielki pan, gdy zdejmie on ubranie do kąpieli. Oczywiście nie przyznała się, w jaki to haniebny sposób dowiedziała się o tym, podglądając Meitner przez dziurkę od klucza, ciekawa ciała mężczyzny tak bogatego i bohaterskiego.
W ten sposób Jagna odebrała łowczyni przynajmniej połowę szacunku, druga uchowała się na szczęście dzięki wielkopańskiemu zachowaniu i groźnemu wyrazowi twarzy. Oraz kilku niewinnym sztuczkom, nie wspominając o pokazywaniu publicznie zębów pokonanych wampirów.
Najstarsza kobieta we wsi, wsparta na ramieniu wnuczki uśmiechnęła się drwiąco, żując dziąsła:
- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą.

Meitner wydostała się z wody szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Gdy poczuła na kostce uścisk malutkiej, śliskiej rączki wyskoczyła, wydając z siebie bezwolnie krzyk obrzydzenia. Rączka trzymała ją dalej, próbując wciągnąć w odmęty jeziora nawet wtedy, gdy chłopi pomogli łowczyni wydostać się na brzeg, okładając dłoń łopatami.
- Teraz! – wrzeszczała Meitner, otrzepując się z zimnej wody jak mokry kundel. Liny poszły w ruch, zamykając sieć niczym worek. Po chwili została wyciągnięta z jeziora, niedaleko od drżącej łowczyni. W środku znajdowały się cztery dorosłe topielce i jeden malutki, piszczący i miotający się w sznurkach. Stare, śliskie i obrzydliwe, o twarzach bez nosów i warg, lśniły na niebiesko, gryząc liny ostrymi jak igły zębami. Mały topielec miał jeszcze skórę podobną do ludzkiej. Piszcząc, przypatrywał się Meitner wielkimi, niebieskimi oczami. Czaił się w nich straszliwy smutek, który nie powinien występować u tak podłych istot. Na małej główce kołtuniły się jeszcze resztki rudych włosów.
Topielec pisnął jeszcze raz, wyciągając w stronę Meitner śliską rączkę.
- Na co czekacie? – spytała, nie unikając jego spojrzenia – Odciągnąć jak najdalej od jakiejkolwiek wody i czekać, aż uschną. Potem zakopać.

Jedenaście. Jedenaście to dobra liczba zlikwidowanych potworów w trakcie kilku dni. Czemu więc nie mogła zasnąć, przekręcając się z boku na bok, prześladowana spojrzeniem czegoś, co nie powinno istnieć?
- Nie ma wersji pośredniej pomiędzy człowiekiem a potworem – zacytowała na głos jedną z zasad Wampirojadów. Ponownie obróciła się, patrząc za okno, na światełko rozpraszające mrok. Była to samotna gwiazda, świecąca nad jeziorem. Bezwiednie, jakby coś ją ciągnęło wstała i w samej koszuli podążyła w jego stronę.

Na miejscu spotkała równie samotną dziewczynkę, najwyżej pięcioletnią, o długim do pasa warkoczu lśniących, rudych włosów i niebieskich, wielkich oczach. Mała bawiła się w wodzie. Na brzegu stało pełne wiaderko, które wprawiło Meitner w osłupienie. Wiaderko… znaczy… że dziecko jest prawdziwe?
Z przeładowanym emocjami umysłem, z wyrywającym się z piersi sercem przyśpieszyła kroku.
- Dziecko – chciała krzyknąć, ale z jej ust wydobył się jedynie zduszony jęk.
- Dziewczynko! – krzyknęła, biegnąc w stronę małej, ciągle podskakującej i śmiejącej się w jeziorze. Była tak śliczna… tak drobna i bezbronna, a przy tym wydawała się tak ciepła. Można byłoby pleść jej warkocze…
- Uciekaj stamtąd! – łowczyni prawie dobiegła do brzegu, przewracając wiaderko i nagle zdając sobie sprawę, że nie stawiło ono żadnego oporu, jakby w ogóle go tam nie było. Jakby… nie istniało?
Ktoś szarpnął ją do tyłu w ostatnim momencie, gdy stawiała pierwszy krok w wodzie, którego z rozpędu nie zdołałaby powstrzymać. Powalił ją na ziemię, przeturlali się po piaszczystym brzegu i przywalił ją swoim ciężarem. Był wysoki i tak chudy, że jego kości nawet przez długi, czarny płaszcz wbijały się w jej ciało. Spojrzała na jego połyskującą, łysą czaszkę.
- Życie ci niemiłe, tępa cipo? – zaczął wrzeszczeć na nią, podnosząc się z trudem. Odwróciła głowę, patrząc jak dziecko w powiewającej nocnej koszuli znika w ciemności nad jeziorem. - Topielce i ich iluzje to nie dla was, wbijaczy kołków. A zwłaszcza dla zidiociałych, podstarzałych panien!
- Też miło cię widzieć, Lake – odparła cicho, nie podnosząc się. Leżała, oddychając ciężko, jakby ktoś przed chwilą wyłowił ją z wody.
Zlustrował ją wściekłym spojrzeniem, po czym podał jej dłoń i podniósł ciężko.
- Co z tobą, Meitner? Masz jakiś problem? – spytał, ostygnąwszy nieco.
- Nie. To zmęczenie.
Zagryzła wargę, starając się nie patrzeć mu w oczy. Nigdy się nie lubili. Lake kiedyś mało nie stracił życia przez przyjaciela Meitner i przez to, że miał uprzedzenia co do kobiety chcącej zostać łowcą. Ze wszystkich łowców topielców był ostatnim, którego chciała spotykać.
- Od ponad roku nie miałam chwili wytchnienia. Wiesz chyba jak to jest, gdy każdej nocy polujesz, a każdego dnia piszesz raporty i przemieszczasz się od wioski do wioski. Zanim tu trafiłam, spędziłam dwa tygodnie w siodle.
- Od tego każdy mógłby zwariować – odpowiedział, chcąc poczęstować ją papierosem. Niestety, wszystkie były wilgotne. Zaklął szpetnie.
- Wiesz Meitner, nie mam już do ciebie o nic urazy. Większość z naszego rocznika leży już dawno w piachu. Nie napiszę raportu o dzisiejszej nocy. Nie zająknę się ani o stanie twojego ciała, ani o stanie twojej duszy.
- Nie proszę o to.
- Nie wymagam, abyś prosiła.
Zatrzymał ją, nim znikła w drzwiach chałupy.
- Całą podróż tutaj myślałem o tym, że wezwanie jest akurat od ciebie. Zastanawiałem się co robisz od powrotu z Botonk.
- Ach… od Botonk minęło już tyle czasu! – zaśmiała się niewesoło – wróciłam i miewam się całkiem dobrze.
Pokiwał głową, unikając jej spojrzenia, jakby chciał rozmawiać o czymś więcej. Wyczytała to ze sposobu jego zachowania.
- On, jak ci wiadomo nie wrócił. Z mojej szkolnej paczki żyje już tylko Taeb i Kinwos. Pewnie z Kinwosem tak łatwo się nie przeprosicie?
Lake zaśmiał się, klepiąc ją po plecach.
- Kinwosa jeszcze kiedyś zabiję.

Tym razem nad brzegiem stało wiele kobiet, głównie starych i wdów, którym już nikt nie mówił co wypada, a co nie. Bezwstydnie wygolony i nagi Lake wywoływał chichot i ogólną wesołość. Nie przejmował się tym, ujmując w zęby sztylet.
- Tak się to robi, Mei – mruknął, szykując się do skoku.
Zapatrzona w jego uroczy pieprzyk na ramieniu odpowiedziała lekko nieobecnym głosem:
- Co niby? Poluje na chłopki?
Uśmiechnął się, na ile pozwalało mu w tym narzędzie w ustach. Rękojeść wykonana była z kości topielca pierwotnego, czym chwalił się niezmiennie odkąd upolował go w szóstej klasie, ponad dwanaście lat temu. Było to wielkie dokonanie, zważywszy na to, że kość taką należy pozyskać od żywego jeszcze topielca w wodzie, bowiem wyciągnięty na brzeg pierwotny upiór zmienia się w popiół.
Nie bez powodu Lake był ogólnie nielubiany i uważany za strasznego pozera.
Nabrał powietrza, wskakując do wody. Minęły trzy długie, pełne westchnień i pomruków smutku minut, gdy niektóre kobiety zaczynały już rosić łzy. Po tym czasie z wody wystrzelił zielonołuski potwór, obracając się w pył jeszcze w powietrzu. Słońce przez chwilę zakryła ogromna ilość wchodzącego w oczy i chrzęszczącego w zębach popiołu. Na widok wychodzącego z wody Laka ludzie zakrzyknęli radośnie.
Meitner skrzyżowała dłonie na piersiach, wypuszczając powietrze z irytacją.
Czy na jej widok, powracającej z lasu, z wampirzymi zębami w dłoni kiedykolwiek krzyczano radośnie? Może powinna zacząć robić to nago…
Lake wytarł się dokładnie ręcznikiem, po czym rzucił go łowczyni na głowę i ubrał się szybko. Gdy zrzuciła z siebie materiał napotkała na jego rozbawioną twarz, tuż obok swojej.
- To jak, ślicznotko? Zaprosisz mnie może do siebie, co?
- Nawet gdybyś darował sobie kłamstwo, nie byłoby o tym mowy – odwróciła się, chcąc już odejść. Zatrzymała się na chwilę, podnosząc z ziemi ręcznik.
- Właściwie – dodała, biorąc go w ręce – Ciągle zapominasz, że o ile tam ty jesteś górą, to tu…
Błyskawicznym ruchem zaplątała go w ręcznik jak naleśnik, wrzucając do jeziora. Wszystkie baby zakrzyknęły chóralnie, wybuchając śmiechem.
- Tutaj górą jestem ja. Poszukaj tam jeszcze swoich śliskich przyjaciół, Lake. Może jeszcze jakiś został.

***
Łowca topielców przyglądał się stojącej przed nim w wodzie, niezwykłej postaci z wielkim zainteresowaniem. Nie mógł oderwać od niej oczu, zahipnotyzowany, choć dobrze zdawał sobie sprawę z tego, z jakim upiorem ma do czynienia. Mogąc jednak bez przeszkód przyglądać się niezwykłym, muskularnym kształtom postaci, postanowił rozprawić się z topielcem odrobinę później. Upiór przyglądał się mu ze złośliwym uśmieszkiem, krzyżując dłonie na kształtnych piersiach. Długie, czarne włosy przysłaniały do połowy jego niezwykłą twarz, z wielką blizną biegnącą od ust do ucha.
Lake uśmiechał się nieświadomie, wpatrując w ciemne oczy topielca, przybierającego tak niezwykły kształt. Ten widok zawsze go intrygował. Wiedział że z tą, która tak wygląda, upiór stojący przed nim ma niewiele wspólnego. A może, zaśmiał się do swoich myśli, żując suszone śliwki – Może ma aż za dużo?
Rozejrzał się po otaczającej go, skalistej wysepce.
- Cholera… dobry jest skubaniec – pokiwał głową, pełen uznania – Jak nic bierze mnie pod włos.



Zapraszam do komentowania.
Wszystkich tych, którzy nie mają konta na opowiadania.pl zapraszam na swoją stronę na facebooku: https://www.facebook.com/brudnopiss lub do kontaktu mailowego: brudnopis93@gmail.com

Podpis: 

Agnieszka Parzych 2010
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Tarot i koronkowe serwetki - Kwiecień - 4 Tarot i koronkowe serwetki - Marzec - 3 Sen o Ważnym Dniu
Co słychać u Krystyny i Mirandy i kim jest Kalina? Krystyna i Miranda różni je pozornie wszystko. Czy na pewno? Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "Jubielusz". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).
Sponsorowane: 304
Auto płaci: 300
Sponsorowane: 304
Auto płaci: 300
Sponsorowane: 205
Auto płaci: 200

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2018 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.