http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
100

Dzika Małpa

Autor płaci:
100

  Chłopak z dziewczyną nieopatrznie odstają się na posiedzenie Sądu Ostatecznego  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We październiku nagrodą jest książka
Powtórka z morderstwa
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Dzika Małpa

Chłopak z dziewczyną nieopatrznie odstają się na posiedzenie Sądu Ostatecznego

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
452
użytkowników.

Gości:
452
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 79886

79886

RÓŻOWE OKULARY. CZ. 1

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
16-09-07

Typ
P
-powieść
Kategoria
Komedia/Psychologia/Przyjaźń
Rozmiar
21 kb
Czytane
1732
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
16-09-07

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Tomasz1970 Podpis: Tomasz Z.
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Historia Rafa - geja.

Opublikowany w:

RÓŻOWE OKULARY. CZ. 1

Mówią, że jestem młody, ale czuję się staro, podobno przystojny, ale kiedy widzę w lustrze twarz — patrzenie na nią boli, rozrywa gdzieś od środka. Ból psychiczny można zabić jedynie fizycznym – naciąć lekko skórę żyletką, posypać solą — nic tak nie zabije bólu skrajnych emocji, jak właśnie ten ran cielesnych. Zasypiam, płytko, krótko, budząc się często, czuwam gotowy do zrywu. Może gdybym urodził się wcześniej albo później, jak mój brat Damian, może gdybym wiedział, kim jestem, wtedy byłoby łatwiej, może by tak nie bolało...
Mam 21 lat. Nazywam się Rafał Działo. Jedni, kiedy to słyszą, szydzą ze mnie, inni z powagą, acz lekkim niedowierzaniem podają rękę. A przecież ja tego nazwiska nie wybrałem! Nawet imienia, chociaż daje siłę, szczególnie kiedy jest wypowiadane pieszczotliwie z pełnią miłości w głosie, którą powinienem czuć jako szczerą. To od niedawna. Do tego czasu byłem Rafałem, który bał się, nie miał prawa zasnąć, był skazany na czuwanie. Który każdego dnia udowadniał, że jest wartością samą w sobie, jest czymś więcej niż workiem treningowym.
Nie można kochać, a jednocześnie tak nienawidzić! A jeśli to jest możliwe, to zaczynam rozumieć termin „toksyczna relacja”, o którym czytam w pismach psychologicznych, ale czy można być aż tak toksycznym dla własnego dziecka?
Boję się... teraz ja będę toksyczny w swojej relacji partnerskiej. Użyję nabytej w domu destrukcji — nie będę bił, zabiję słowem.
Ja, Rafał, syn Mariana, lat 43 - trep wojskowy w randze pułkownika i Alicji, lat 39 z domu Marczak, z zawodu kura domowa, uległa, całkowicie podporządkowana i posłuszna władzy w mundurze. Ja, w różowych okularach, które od 13 roku życia chronią mnie przed obłędem, dają pozorowaną wolność, ucieczkę przed oprawcą, ale i prowokują oprawcę do bycia większym zbrodniarzem. Iluzja i ucieczka nie są bytem stałym, jedynie emanacją zbrodniarza, który dzierży mój byt w swoich łapskach. Czy mogę być ponadto i czekać na łaskę Pana? Czy to będzie mój własny, wybrany przeze mnie los? Czym będzie owo uwolnienie, śmiercią, czy może życiem pełnym radości i prawdy. Wkurwiają mnie te frazesy o szczęściu, radości i prawdzie.
Maciek namówił mnie do pisania o sobie. Podobno mam zdolności literackie. Serio...? Domyślam się, że tym sposobem wymusza na mnie efekt terapeutyczny, nabazgram parę bzdur, parę nic nieznaczących frazesów, parę zdań, które zakręcą łzę nie jednej piździe w oku, która może, gdzieś to przeczyta na jakimś blogu, litując się: Boże, jaki biedny chłopak. W dupie mam litość, to musi być jasne! Nie ma litości dla takich jak ja, niszczących siebie, ale co gorsza, niszczących to, co z takim trudem zdołali zbudować. A zresztą, co ja takiego zbudowałem. Wszystko, co mam, zawdzięczam Maćkowi. Swoją drogą, facet ma anielską cierpliwość, która powinna być nagrodzona ułaskawieniem. Maćka poznałem, kiedy mieliśmy po 13 lat. Razem w ławie gimnazjalnej, potem w licealnej, ale relacje partnerskie przybrały na znaczeniu intymnym dopiero po kilku latach przyjaźni.
Gimnazjum to czas mojego buntu złości, agresji, targały mną myśli o skończeniu ze sobą. Te fantazje — zakatuje mnie na śmierć, kiedy w nocy wyrywał ze snu, ciągnąc za włosy, wlokąc ciało po podłodze, a potem zaczynał kopać. Nie krzyczałem, nie jęczałem – bez łez, patrzyłem prosto w jego psychopatyczne ślepia. Warczałem głosem demona. - Napierdalaj! Nie żałuj sobie! - wtedy przestawał. Intuicja przetrwania? Kiedy nie ulegasz psychopacie – obnażasz go. Piana leciała mu z ryja. Wyzywał mnie od ciot, pedałów, cwelów i lachociągów. Czy to były jego fantazje, pragnienia? Miałem wrażenie, że woli mnie zabić, niż miałby uświadomić sobie swoje własne potrzeby. Poobijany wracałem do łózka, słysząc z tyłu głowy słowa matki: - „Mam nadzieję synku, że już więcej nie popełnisz tego błędu i nie sprowokujesz taty”. - Sprowokujesz taty... Ja pierdole! Musiałbym przestać oddychać, wtedy z lubością zgasiłby kolejnego peta na mojej dłoni – taki psychopatyczny rodzaj resuscytacji – kiedy serce jest na pograniczu aktywności, lekarze dokonują iniekcji epinefryny, która powoduje natychmiastowe przyspieszenie akcji, wzrost ciśnienia tętniczego, rozszerzenie oskrzeli, a także źrenic – to wszystko powoduje, że wracasz z krawędzi życia i śmierci... do życia. Ten sam efekt osiągał, gasząc peta na mojej dłoni, czasem klatce piersiowej.
Pomimo tak wielu, to wszystkie pamiętam — każdą sekundę, każdy kopniak, policzek, uderzenie, ból, każdy siniak, uczucie stłamszenia, sponiewierania, wyklęcia, przeklęcia. Każdy jego krzyk, zamach nogi do skopania, każdy mars na jego twarzy. Każde przekleństwo, wyzwiska huczą w mojej głowie jak fantazja o rozbijanym talerzu o posadzkę podłogi przez matkę w proteście i obronie poniewieranego syna – „...bękarcie, łachmyto, jebany debilu, koniobijco z małym chujem...” – to tylko fantazja, tylko fantazja – skończyła wycierać talerz ścierą, odłożyła na półkę, wykonywała tę czynność z takim samym namaszczeniem i niewzruszeniem, jak delektowanie się kawą w jadalnym przy czytaniu artykułu o wydarzeniach z Bliskiego Wschodu, które wzbudzają w niej takie samo zainteresowanie, co zeszłoroczny śnieg na trawniku przed blokiem.
Ja jestem śniegiem, który coraz szybciej topnieje, mając świadomość, że tego procesu nie da się zatrzymać. Czuję, że odchodzę, powoli osuwam się w otchłań czerni, a gdy wejdę tam, odwrotu nie będzie i gdyby wtedy, jakimś cudem, obudziła się i rozbiła ten cholerny talerz o posadzkę, to byłoby za późno. Czy to możliwe, że to są moi biologiczni rodzice, biologiczna matka, która nie broniła własnego syna przed mężem psychopatą? Chciałbym, żeby okazali się kimś obcym, wtedy mógłbym to łatwiej zrozumieć, łatwiej poukładać w swojej łepetynie. Poszukać prawdziwych rodziców i dać im szansę pokochania mnie.
Kiedy kocham jest dla mnie Maćko, Maciusiem, Misiem, Niuńkiem, a kiedy nienawidzę, jest lustrem, w którym dostrzegam odbicie swojego oprawcy, ale to ja dzierżę narzędzie zbrodni w głowie. Nie biję, nie kopię, nie wyzywam, ale upokarzam oziębłością, odrzuceniem, fochem, nienawistnym spojrzeniem. Zabijam słowem, które oddala mnie od mojej miłości, tej wymarzonej i wytęsknionej z ławy gimnazjalnej. Jego upór i mądrość zatrzymują mnie w swoistym tańcu z zimnym emocjonalnie tasakiem, którym jest moje ciało, zimne jak trup i nieprzystępne jak jadowity wąż. Każda próba zbliżenia grozi śmiertelnym ukąszeniem. Jestem wtedy nim, swoim ojcem. Odtwarzam to, co znam z autopsji popieprzonego dzieciństwa — tak bardzo kocham, że aż muszę „zabić”.
Maciej wzbudza mój podziw. Gdybym był na jego miejscu, nie udźwignąłbym tej patologii nawet przez jeden tydzień, kiedy on już trwa przy mnie parę dobrych lat — wcześniej jako kumpel i przyjaciel, a teraz jako partner, mimo wszystko kocha i szanuje. A jednak nie potrafię tego docenić. Otrzymałem od losu coś, o czym inni mogą tylko marzyć. O czym mogą czytać w tanich romansidłach za grosze z moherowych dyskontów – Ja... mam to każdego dnia, każdego poranka z zapachem kawy, kiedy Maćko wstaje o siódmej, biegnie do kibelka, włącza ten miałki program informacyjny: „Wstajesz i ssiesz”, wlewa wodę do czajnika, pstryk – 2000 Watów wyżera prąd, jak mój ojciec moją witalną, młodzieńczą radość i siłę – rzuca w przestrzeń budzącego się dnia naszego M-4 beztroskie: Misiek! Kawa? - Tak, kawa... - Odpowiadam z poranną deprechą, ociężale, niewyspanym, zachrypniętym głosem.
Często złoszczę się na to, że nie potrafię docenić piękna budzącego się dnia. Często, przekornie piję czarną herbatę z cytryną. Może dlatego, że nigdy nie pamięta o ich kupieniu, wtedy mam powód do ataku Biedak, wytresowałem go jak psa, który idąc na spacer, pamięta o szacunku dla swojego pana.
Nie jadamy śniadań. Czasem coś mi strzeli do głowy i zrobię owsiankę z mlekiem, brązowym cukrem, latem dorzucam garść świeżych malin lub kilka kawałków brzoskwiń. Pomimo całego swojego spierdolenia — w przeciwieństwie do Maćka, odżywiam się zdrowo. Dbam o lekką kuchnię — na obiad warzywa gotowane na parze, czasem pieczone z chudym indykiem w rękawie, kolacja maksymalnie do 19. Lekkie kanapki z razowym pieczywem posmarowane twarożkiem z jogurtem, a na nim starannie ułożone rzodkiewki, wszystko posypuję siekaną pietruszką lub koperkiem. Maciuś uśmiecha się słodko, udaje, że mu smakuje, ale przecież wiem, że najchętniej zjadłby kawał pizzy pepperoni, tudzież kebaba z pobliskiej budki za rogiem, a jeszcze lepiej kurczaki z KFC... ohyda!
Zwlekam „stare” ciało z wyrka. Muszę wstać. Muszę wziąć prysznic, muszę się ubrać, muszę wyjść z domu, wsiąść do autobusu, spędzić w nim 45 minut, wykorzystując czas na nanoszenie poprawek do tłumaczeń, które wykonuję dla swoich stałych klientów — dzięki nim mam poczucie, że moje bytowanie z Maćkiem nadaje temu wszystkiemu jakiś egzystencjalny sens. Chociaż te parę groszy do wspólnego gara z jedzeniem, najmem mieszkania, rachunkami za wodę, prąd, gaz, kablówkę z Internetem. Rachunki, rachunki, pieprzone rachunki! Taki ma być cel mojego, młodego życia — płacenie rachunków wbrew oczekiwaniom Maćko, który uważa, że nic nie muszę robić! Jako wzorowy partner, ogarnia przecież wszystko – zarabia tyle, że wystarczy na życie, podróże i cokolwiek tam jeszcze. Tylko kim bym wtedy był? Ubogim cherubinkiem z patologicznej rodziny, który leży, pachnie, marudzi, wzniecając histeryczne wojny o byle gówno? Czasem wpadną dwa patole miesięcznie, czasem trzy – opłacam te jebane rachunki. Jestem ogarniętą patologiczną, histeryczną piczą, która zna kilka języków obcych, przecież jakoś musiała chronić się przed ciągłym lękiem na gównianym Targówku, więc nurkowałem w książki, a że podręczniki do języków obcych pochłaniały cały wolny czas, dawało to alibi, chroniło przed biciem — tak poznałem sześć języków: Angielski, niemiecki, francuski, hiszpański, włoski i rosyjski.
Maciej to zorganizowany typ, jego rozkład dnia jest stały. Wybiła 9., pewnie siedzi przy kompie, sprawdza ilość zamówień — ma ich w cholerę, jak zwykle — jest jednym z najlepszych sprzedawców, tym, co to w Internecie wzbudzają zaufanie na pierwszy rzut zielonych komentarzy. Pakuje te chińskie gówna w bąbelkowe koperty, przed obiadem sprint na pocztę, podliczy kwity, a za trzy godziny wyśle „dumnego SMS-a” z informacją o dzisiejszych obrotach. Najmarniej 1500, średnio 2500, szampana będziemy pili przy pięciu tysiącach złotych — zdarzało się, nie rzadko.
Nie przepadam za bąbelkami. Mój osobisty kat świętował awanse tym gównem, a kiedy ojebał parę butelek, urządzał polowanie, dopieprzał się o byle gówno, a ja stałem jak to nieruchome cielę z wielkimi, przerażonymi, niebieskimi oczętami, które wiedziało i czuło, że koniec jest bliski, kat trzyma w ręku narzędzie bólu i jest tylko kwestią czasu, kiedy skończy tyradę werbalną, aby przejść do tej fizycznej, gdzie ból ciała jest tylko przerywnikiem bólu duszy – towarzysz mojego życia odkąd pamiętam.
Podobno ładnie się uśmiecham. Wyuczyłem się tego odruchu jak małpka żonglerki w cyrku. Tak naprawdę moje wnętrze jest smutne, pełne lęku, konfliktów, sprzecznych emocji, z którymi nie potrafię dać sobie rady. Kiedy przybierają masy i podpływają pod sam czubek korka, potrafię wystrzelić jak wulkan — nic mnie nie zatrzyma – wtedy boją się mnie... jak ja, będąc niszczonym pięciolatkiem, którego katowano sznurem od żelazka po całym ciele — za nic, tylko za to, że starał się kochać, zbliżyć, przytulić, poprosić o bajkę na dobranoc.
Maciej zdecydował, że od tego roku nie rozpocznie nauki na uczelni wyższej. Kiedy zamieszkaliśmy razem — a właściwie postawił mnie przed faktem dokonanym — na drugi dzień po rozpakowaniu gratów, książek, powieszeniu jego 55 calowego Samsunga na ścianie sypialni, przy porannej kawie, oświadczył, iż zastanawia się nad odłożeniem edukacji w czasie. Osłupiałem. Nie rozumiałem. Przecież studia są cholernie ważne! Pytam: Dlaczego, skąd taki pomysł? Maciek wzruszył ramionami, mówiąc — A do czego one są mi potrzebne na ten moment? - O rzesz… - No jak do czego!
Czuł i widział, że zaczynam się gotować, że wzbiera we mnie lawa braku akceptacji dla jego decyzji. Próbował mnie uspokoić - Ralfi, posłuchaj, ja jeszcze nie podjąłem decyzji, powiedziałem tylko, że się zastanawiam... - Dostałem wkurwu.
Nie podjąłeś decyzji? – krzyczałem — Ja ciebie znam, ta decyzja już dawno została podjęta i powiem ci więcej, ponownie nie uwzględniłeś mnie w podejmowaniu „swoich” decyzji, a wydawało się, że jesteśmy razem i że takie decyzje powinniśmy podejmować wspólnie! Widzę, że ta dyskusja nie ma sensu! Wychodzę do twojej matki ogarniać tłumaczenia dla Niemców! - Zerwałem się z krzesła, które siłą mojego podrywu straciło stabilizację i pierdolnęło oparciem o parkiet podłogi. Widziałem kątem oka, jak Maciej ruchem głowy to w prawo, to w lewo, ze wzrokiem wbitym w okno wyrażał zrezygnowanie, jakby mówił do siebie — Dlaczego, dlaczego on to robi, dlaczego odpierdala ten teatr. Ruszyłem z prędkością światła z kuchni do przedpokoju, kiedy włożyłem płaszcz, podszedł do mnie, stanął za plecami, próbował się przytulić. Zareagowałem ostro — obruszony, obkurczony, sztywny odrzuciłem go, trzasnąłem drzwiami, rzucając „cześć”. Zbiegałem po schodach tak szybko, żeby nie mógł dogonić, dopaść, próbować przepraszać, tłumaczyć, zjednywać. Kiedy wyskoczyłem jak oparzony przez drzwi klatki schodowej, kierując się do głównej ulicy na przystanek autobusowy, triumfowałem!!! Zostawiłem go – samego, osadziłem tyle winy, ile dało się pomieścić w jego emocjach. Pomimo to, że mam tę świadomość, jak on w tamtym momencie mógł się czuć w przeciwieństwie do moich triumfalnych impulsów, nie było we mnie momentu, kiedy nawet myślą mogłem zawrócić, wejść na górę i przeprosić, bo to przecież ja wiem najlepiej, czy te studia są mu potrzebne, czy powinien jeść owsiankę, a w końcu, co dla niego jest dobre, a co nie jest – on jest… moją ofiarą, a ja jego katem.
Upłynęło kilkanaście godzin, kiedy laur zwycięstwa odpłynął, mój „kat” przygasł, a do mnie dotarło, że Maćko nie do końca takie decyzje podejmuje dla siebie, zapewne chce poświęcić się zarabianiu pieniędzy, czyli de facto utrzymaniu nas obydwu na dobrym poziomie, a może właśnie to mnie wkurwia — oto Maciej — ten zaradny, zarabiający, mający kupę najlepszych pomysłów stawiający siebie na piedestale „głowy rodziny”. A ja? Ogarnięta patologia, zgodna i uległa, bez wyjścia awaryjnego, skazana na łaskę pana.
Dopiero późny wieczór uświadomił, że przecież muszę wrócić do domu, wejść do mieszkania, jakoś z nim rozmawiać. Chwyciłem za telefon.
- Jest dość późno, nie mam bladego pojęcia, o której skończę te tłumaczenia dla twojej mamy, to przyjedź po mnie o drugiej. - I co słyszę w słuchawce?
- A gdzie poproszę? - No kurwa mać...! Ja mam prosić??? Never! Mai! никогда! Moment — czy ja nie reaguje zbyt histerycznie? Przecież nie jestem ciotą! Skoro chce, żebym go poprosił, okey, będzie to miał! Telefon w dłoń — Więc okey, poproszę. - Mówię jasno i dosadnie do słuchawki swojego Note’a.
- Kochanie, więcej czułości, mniej złości, jak będziesz gotowy, to zadzwoń – usłyszałem. What the fuck…!? A może to dobrze? Może trzeba mnie utemperować, jak burą sukę — na jego miejscu dawno bym się spakował, jebnął drzwiami, zostawił kartkę na stole: „Jak się ogarniesz matole, to zadzwoń” i tyle by mnie widzieli, a tutaj facet nie dość, że ma anielską cierpliwość, to jeszcze niewygórowane wymagania – prosi jedynie o zwykłe „proszę” - no, tyle że on prosi o czułe „proszę”... nie potrafię, no przynajmniej na ten moment nie potrafię! Z drugiej strony, wracanie nocnymi do Legionowa? Jego matka nie po to użyczyła Hondę, żeby stała na parkingu pod blokiem i rdzewiała, kiedy naprawdę jest potrzebna!
- To ja bardzo proszę. – Wydusiłem z siebie jak kot srający na deszczu…
- Okey, będę. - Odpowiedział, śmiejąc się do słuchawki. Czyli jednak mnie kocha... no musi mnie kochać, inaczej ciągnąłby tę gierkę w nieskończoność, aż pewnie bym się tak zaperzył i tak mu… Ech. Dobra. Przyjedzie.
Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście… uwielbiam te miejsca jesienią — ciut wcześniej wychodzę z naszego mieszkania w Legionowie — wysiadam dwa przystanki przed uniwerkiem, robiąc poranny spacer. Lubie zimę, wprost uwielbiam oszronione gałęzie drzew, kiedy całe miasto jest takie czyste i białe, wtulam się wtedy w Maćka, nakrywam kołdrą po sam czubek nosa i jest mi zwyczajnie dobrze, bezpiecznie. Walczę z M. o otwarte okno. Nawet zimą uwielbiam, kiedy jest lekko uchylone, tak, aby rześkie powiewy, smagały moje wynurzone stopy spod kołdry. Kiedy byłem dzieckiem, zawsze spałem przy otwartym oknie. Dzisiaj dociera do mnie, że w ten sposób prowokowałem przeziębienia — tylko wtedy mogłem liczyć na jakiekolwiek zainteresowanie z ich strony. Dzisiaj jestem takim trochę małym chłopcem dla mojego Maćko... Czy oby na pewno potrzebuje małego chłopca przy boku? Co będzie, jeśli uzna, że chciałby mieć dojrzałego emocjonalnie partnera? Odejdzie?
Maćko wychował się w pełnej rodzinie. Jego mama to klasyczna polska businesswoman, budowała firmę latami — dzisiaj osiągnęła poziom kiedy, może odpocząć, zarządzać biznesem z każdego zakątka świata. Pani Basia to bardzo czuła i dobra kobieta. Kiedy byliśmy kumplami, często otrzymywałem od niej wsparcie. Mogłem liczyć na pomoc i dobre słowo. Nawet wtedy, kiedy w jej firmie nie było dla mnie pracy, tak ustawiała obowiązki innych, aby jakaś część przypadła mnie w udziale. Dawało to poczucie bezpieczeństwa, zawsze dodatkowe parę groszy w kieszeni.
Od 14 roku życia utrzymuję się sam. Górna półka w lodówce była zarezerwowana dla mojego młodszego brata — Damiana. To tam były najlepsze smakołyki, prawdziwa szynka, wiejskie kiełbasy, jogurty, słodycze. Mnie nie wolno było zapuścić tam żurawia, a co dopiero cokolwiek uszczknąć z tej półki łakoci. Byłoby to pretekstem do następnych rund z katem. Na dolnej, mojej królowało światło, szron i pustka. Czasem pojawiał się kefir, jakaś bułka, a w odruchu dobrego dnia dla zwierząt, kawałek podwawelskiej, tudzież mortadela. Nie znam smaku śniadania. W szkole za zarobione u mamy Maćka pieniądze kupowałem słodką bułkę, a popołudnia i wieczory spędzałem w ich domu, gdzie czekał na mnie obiad, uśmiech, ciepło normalnej rodziny — nigdy nie dano do zrozumienia, że jestem niemile widziany, wręcz przeciwnie.
Tato Maćko jest dość mocno zasadniczym panem, można by rzec, grubo po 40stce dystyngowanym architektem — pan Andrzej. Od kiedy pamiętam, Maciek narzekał na relacje z tatą. Mówił, że to stary zgred, który go nie zrozumie. Czas pokazał, jak bardzo się mylił. Kiedy z miśkiem dokonaliśmy zupełnie przypadkowego wyjścia z szafy, to Pan Andrzej wyciągnął pomocną dłoń. Maciek miał taki podjazdowy, wkurzający styl rozgrywania względem swoich rodziców – uświadamiałem, jak nie szanuje staruszków, uśmiechał się wtedy pod nosem, mówiąc: - Nie mieszkasz tutaj, więc nie wiesz, jak jest naprawdę. - No może i nie mieszkałem, ale spędzałem z nimi tak wiele czasu, że pewien poziom wiedzy na temat funkcjonowania rodziny Woronowiczów miałem dość mocno ugruntowany.
Pamiętam, mieliśmy wtedy po 15 lat. Jak zwykle, wieczorem u Maćka na kwadracie, kiedy jego rodzice w pokoju gościnnym oglądali film dokumentalny o środowiskach homoseksualnych w Skandynawii. Maciek nagle wstał od monitora i jak to było w jego stylu, oświadczył, że idzie się odlać, pytając przy tym, czy przynieść coś z kuchni. Zostawił uchylone drzwi. Rodzice dyskutowali po obejrzanym dokumencie. Mama dość stanowczo wyraziła swoje zdanie – pamiętam, powiedziała coś takiego, co dawało ogromne poczucie empatii dla osób homoseksualnych. Tato nie oponował, potwierdził, że ci ludzie mają prawo do własnego życia przy pełnym wsparciu każdego cywilizowanego państwa. Maciek słysząc dyskusję, wyszedł z kuchni, nieprzerwanie krocząc do swojego pokoju, niczym w biegu, rzucił zdanie: - Świetnie, że tak dobrze to rozumiecie! Ostatecznie macie dwóch synów, zawsze istnieje szansa, że któryś z nich będzie gejem... - Osłupiałem! Dlaczego on to powiedział? Czy Maciek jest gejem? Kurczę — taki promyk nadziei zawitał w mojej głowie. Kiedy zamknął drzwi od pokoju, zapytałem: – Czemu im to powiedziałeś? - Bo wkurwia mnie, kiedy udają takich akceptujących, nowoczesnych, ogarniających, a prawda jest taka, że są starymi zgredami, którzy nie rozumieją moich podstawowych potrzeb!” - Usiadł wkurzony do komputera zanurzając się na następne parę godzin w Counter Strike-a. Odłożyłem podręcznik do włoskiego, położyłem się na jego kanapie — pomyślałem o swoich — przecież oni nawet nie byliby w stanie prowadzić takiej dyskusji, a nawet gdyby, to moja riposta byłaby pretekstem do następnego mega wpierdol. Wlepiając wzrok w plecy Maćko, pomyślałem: - Chłopie, nawet nie wiesz, jakie ty masz szczęście, będąc ich synem, ile bym oddał, aby to oni widnieli w mojej metryce urodzenia. Niestety, wybiła dwudziesta, czas było wracać z przepustki na gówniany Targówek.
Cichutko przekręciłem klucz w zamku, rozglądając się bacznie, przemknąłem do mojego pokoju, tak, aby nie być zauważonym, aby nie zadano żadnego pytania — nie było ani dobrej, ani złej odpowiedzi, każda była celem samym w sobie do zadania bólu.

Podpis: 

Tomasz Z. Maj2015-Czerwiec2016
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Posłannictwo z gwiazd Noc polarna Podstęp
Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji Na północy Norwegii. Historia trudnej miłości, która powraca po latach.
Sponsorowane: 50Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 50

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.