http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
90

Posłannictwo z gwiazd

  Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We październiku nagrodą jest książka
Powtórka z morderstwa
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

Nie :-( Święta!

Obok Johna McClane'a, łysawego gościa bez butów, w brudnych spodniach i podartym podkoszulku, usiadł Czerwony Kapturek... Z "życzeniami". ..

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
430
użytkowników.

Gości:
430
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 80302

80302

Prezent

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
17-01-10

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Romans/Wakacje/Przygoda
Rozmiar
104 kb
Czytane
1018
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
17-01-10

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: manini Podpis: żyli długo i szczęśliwie
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
historia egzystencjonalnego romansu

Opublikowany w:

Prezent

Prezent
Filip Szarliński

















Warszawa 2016 





























Dla L.


Metaliczny dźwięk dzwonka przeszył gmach od kotłowni po dach i budząc z sennego letargu ospałe głowy, otworzył drzwi do klas, z których prosto na rozgrzany czerwcowym słońcem korytarz wylała się fala radosnego krzyku, przybrana w białe koszule i granatowe spódnice. Dzieci powoli wychodziły ze szkoły, prowadząc ożywione rozmowy dotyczące nadchodzących dni wolności i odpoczynku, pozostawiając w niepamięci cały miniony rok, a także zawieszając gdzieś w nieokreślonej przestrzeni myśl, że za kilka tygodni, w tym samym składzie i w tych samych odświętnych strojach stawią się tu z poczuciem odmienienia na skutek wakacyjnych przeżyć i przystąpią do nauki w kolejnej klasie, czując na spalonych karkach zimny oddech dojrzałości. Myśl o dwóch miesiącach odpoczynku zajmowała także, a może zwłaszcza głowy ciała pedagogicznego, które wycieńczone całorocznymi staraniami wychowania i wyedukowania młodzieży wedle ogólnie przyjętych zasad programowych, miało wyciągnąć swoje stare kości i w tak rzadkiej dla tej profesji ciszy, przeczekać do września, by na nowo rozpocząć niekończący się cykl ich życia. Myśl ta nie była tak przysłaniająca dla ich świadomości, jak dla rozbieganych dzieci, jednakże rozpływała się delikatną mgłą po ich planach i problemach przysłaniając je uczuciem dobrze wykonanego obowiązku, podsycanego kwiatami i czekoladą, które pakowali teraz do toreb i kartonów, planując komu przekażą nadmiar daniny wdzięczności.
W ostatniej sali, znajdującej się w końcu korytarza na pierwszym piętrze, podobnie jak inni, młoda nauczycielka języka polskiego pakowała do torby prezenty od swoich uczniów. Roznamiętniona ich wdzięcznością, zupełnie nie zauważyła, że torba nie będzie w stanie pomieścić już choćby tabliczki czekolady więcej, a nie zapakowała jeszcze nawet połowy darów, nie licząc przy tym kwiatów, których kolorowy dywan zajmował pierwsze trzy ławki środkowego rzędu, a soczysty zapach, który wypełniał całe pomieszczenie, budził zazdrość wśród uschniętych doniczkowych roślin stojących na parapecie. Nauczycielka odstawiła torbę na bok, i opadając na swój fotel przebiegła błękitnymi oczami po pustej sali. W przeciwieństwie do swoich starszych kolegów, czuła teraz smutek i ukłucie nostalgii na myśl o tak długiej rozłące ze swoimi wychowankami, których roześmiane twarze nadal tkwiły przed nią w pomieszczeniu gdzie każde krzesło miało swoje imię a każdy przedmiot epatował wspomnieniem jej pierwszego roku wychowawstwa. Oparła twarz na smukłej dłoni, i podnosząc owalne okulary w cienkich oprawkach, przetarła oczy dłonią. Czuła jak powraca do niej uczucie pustki, które markowane przez zajęcia z dziećmi siedziało ukryte gdzieś we wnętrzu jej ciała, a teraz z nową siłą wraca do dawnego panowania na jej myślami, rozlewając się z głowy do zaciśniętego przełyku, skąd kropla po kropli wypełniało ją całą drętwym uczuciem bezsilności. Ścisnęła oczy mocniej i ciemność wypełniły białe, migoczące fraktale, które układając się w finezyjne wzory tworzyły prawdziwy świetlny pokaz gdzieś na styku świata i jej wyobraźni. Robiła to zawsze, gdy nachodziły ją ciemne myśli; po prostu rozświetlała głowę teatrem imaginacji z którym powracała dziecięca radość i prostota.
- Przepraszam, Pani Lulu…
Z pokazu wywołał ją cienki głosik dochodzący od progu sali.
- Oh Igor, proszę – uradowała się na jego widok – wejdź, wejdź, w czym mogę Ci pomóc mój drogi?
Chłopiec nieśmiało wszedł do klasy. Jego pyzata buzia na którą spadały jasne, niemal białe loki kryła napięcie zwarte pod młodą skórą. Igor był jej ulubionym uczniem. Ciekawy, elokwentny, zawsze przygotowany do zajęć, a przy tym wygadany i radosny wyróżniał się na tle swoich rówieśników niezwykle świadomą postawą, która w uroczy sposób kontrastowała z jego dziesięcioletnim ciałem.
- Ja, ja… - ściągnął wąskie usta i zmarszczył czoło przypominając sobie słowa, które ułożył wcześniej w głowie – chciałem Pani bardzo podziękować za ten rok i… i za to, że jest Pani taka fajna proszę Pani i… i chciałem…
Patrzyła na niego z niekrytą przyjemnością. Uśmiechnęła się i złapała go za drobną dłoń, spoglądając w zielone oczy. Z jego twarzy zniknął grymas zdenerwowania; swoim uśmiechem potrafiła zdziałać naprawdę wiele.
- Co byś chciał Igor?
- Chciałem się zapytać, czy mogłaby Pani polecić mi jakąś ciekawą książkę na wakacje, coś, co Pani lubi czytać – głos miał spokojny, i jedynie czerwone uszy zdradzały powagę tego pytania
- Oh z wielką przyjemnością! Pomyślmy, co by tu… oh! Może „Przygody Tomka Sawyera” Twaina, znasz?
- O! Tata mówił mi kiedyś o tej książce
- To dosyć znana pozycja, ale uważam, że każdy młody chłopak powinien ją przeczytać. Twain ma świetny styl i potrafi powiedzieć wiele rzeczy między słowami
- Świetnie! Wypożyczę ją i zabiorę ze sobą na Mazury. Będziemy pływać z tatą żaglówką – powiedział z dumą
- Myślę więc, że przygody Tomka będą w sam raz
Pożegnali się drugi raz w ciągu tego dnia i mimo iż znów została sama poczuła chęć do działania, którą w sztuczny sposób podsyciła niespodziewana wizyta. Zapakowała resztę prezentów i obejmując tyle kwiatów ile tylko zdołała zmieścić w łańcuchu jednej ręki wyszła z sali. Nie chciała się odwracać przy pożegnaniu, wolała do końca widzieć klasę swoimi podskórnymi oczami, ukrytymi pod gładką linią czoła, których nieuchwytne kształty miotały się gdzieś pomiędzy słowem a obrazem. Przeszła spokojnym krokiem przez korytarz i zatrzymała się na chwilę przy pokoju nauczycielskim. W środku, mimo iż po szkole kręciło się jeszcze trochę dzieci, panowała jublowa atmosfera, której duszne opary pachnące potem i mdławą wonią alkoholu gryzły już od drzwi wejściowych.
- Pani Lauro! – wykrzyknął niski i łysiejący nauczyciel geografii, którego okrągła twarz zawsze obdarzała Laurę ciepłym słowem – zapraszamy do nas!
Obdarowała ich jedynie uśmiechem i spojrzeniem spod wąskich, zaciśniętych powiek i niejako wykręcając się poszła dalej. Zupełnie nie miała ochoty na sztuczną celebrację w rozgrzanym pokoju, z ludźmi którzy, jak sądziła nie pałali do niej specjalną sympatią, była bowiem młoda i ambitna; nauczycielka z powołania i misji, jak się mawia, a takie są zawsze podejrzane. Jej odmowa nie wywołała wielkiego poruszenia wśród zgromadzonych, może poza nieco zawiedzionym nauczycielem geografii oraz wysokim i barczystym brunetem który prowadził zajęcia wychowania fizycznego a który przez cały rok starał się zbliżyć do Laury, ku czemu zaczął nawet czytywać poezję w wolnych chwilach oraz układać włosy na żel, zaczesując je nieco do góry, lekko w bok, niby niedbale, wedle mody obowiązującej wszystkich amantów na przestrzeni wieków. Spoglądał na nią ukradkowo, starając się nie zdradzić myśli kołatających się po jego głowie i by pokazać, że jej obecność lub nie, jest mu zupełnie obojętna. Laura widziała to wszystko. Życie obdarzyło ją niezwykle wyczulonym zmysłem obserwacji, który połączony z latami nauki i ciężkiej pracy, sprawiał, że wystarczało jej jedno spojrzenie w oczy, by wiedzieć o czym dana osoba myśli, co czuje i kim jest. Teraz jednak, zupełnie zaaferowana myślami o nadchodzących szybkimi krokami planach puściła wszystko bokiem i wyszła na pachnącą latem ulicę. Mocne, czerwcowe słońce zaczynało palić miasto, dając przedsmak nadchodzących upałów, które męczyć będą stęsknionych za odrobiną orzeźwienia mieszkańców wetkniętych w miękki i topliwy asfalt. Teraz jednak grzało przyjemnie i Laura wyciągnęła swoją smukłą szyję kierując twarz w stronę promieni, niczym słonecznik łapczywie chwytający każde spojrzenie dnia. Pozwoliła by sytuacja wywołała na jej twarzy uśmiech, mimowolny i naturalny, zupełnie nie podszyty myślą, po czym skierowała kroki w stronę domu. Szła powoli, wąskim chodnikiem, poprzecinanym skośnymi cieniami drzew układających się w świetlaną mozaikę, która tańczyła u jej stóp wybijających rytm podróży ciemnymi sandałami na jasnym, sznurkowanym koturnie. Filigranowe kostki łączyły je z mocnymi i kształtnymi nogami, które tańczyły lekko pod jasną, zwiewną sukienką ozdobioną delikatnym kwiatowym ornamentem. Proste plecy i uniesiona do góry głowa, spoczywająca na długiej szyi z miejsca zdradzały jej profesję, a spięte w kok płowe, blond włosy w kolorze przepalonej, sierpniowej pszenicy przywodziły na myśl obraz pani Czechowskiej z płótna Modiglianina. Droga do domu upłynęła niezwykle szybko, i już po paru chwilach znalazła się w chłodnych objęciach ciemnego korytarza, którego strome schody prowadziły ją do mieszkania na trzecim piętrze starej kamienicy. Przekręciła klucz w zamku i znalazła się w niewielkiej, ciemnej kawalerce, której jedyne okno wychodziło na ceglany mur przeciwległego budynku. Zostawiła torbę przy drzwiach i przeszła do pokoju, w którym znajdowało się jedynie łóżko, szafa i ustawione przy oknie biurko. Przebiegła wzrokiem po swoich sprawach, które już za chwilę zostaną pozostawione same sobie na nadchodzące miesiące, po czym rzuciła na biurko kwiaty, a sama usiadła na skraju łóżka. Pokój wypełniony był przeróżnymi obrazami i ozdobami, którymi starała się zamarkować jego posępny nastrój. Biurko, które teraz tonęło w zieleni usłane było najróżniejszymi bibelotami, od muszli po obrazy świętych, przez biżuterię po przedmioty do pisania, aż do guzików i innych pozornie bezużytecznych drobnostek, które zbierała skrupulatnie jako trofea swoich wspomnień. Rozebrała się, odwiesiła sukienkę do szafy, po czym przeszła do łazienki i zamknęła się w półokrągłej kabinie prysznicowej. Odkręciła kurek i poczuła na miękkiej skórze ostre igiełki zimnej wody, które uderzały w ciało wywołując przyjemny dreszcz przeszywający ją wzdłuż pleców. Stała tak chwilę z zamkniętymi oczami, po czym zamknęła strumień, owinęła się białym, puchatym ręcznikiem i czym prędzej wyszła z ciasnej, białobłękitnej łazienki, której szczerze nie znosiła. Wysuszyła włosy i ubrała się w zwiewne, błękitne spodnie, białą koszulkę z długim rękawem podzieloną ciemnymi, poziomymi paskami; na stopy wsunęła białe espadryle. Uporządkowała pokój po czym podeszła do stojącego przy oknie wysokiego, chudego drzewka z kilkoma rozłożystymi liśćmi przywodzącego na myśl miniaturową wersję palmy. Pogłaskała go po liściach, po czym nalała do doniczki solidną porcję wody z butelki po winie stojącej na parapecie. Była już w zasadzie gotowa. Wyciągnęła z torby kilka czekolad i dużą, wystawną bombonierkę, chwyciła je dłonią, po czym pod ramię zapakowała ścięte kwiaty. Doniczkę z palmą objęła czule drugą ręką, po czym wyszła z mieszkania i zapukała do drzwi naprzeciwko. Otworzyła jej niewielka, przygarbiona staruszka o siwych, krótkich włosach i pomarszczonej, szarej twarzy, której życzliwe spojrzenie mieszało się ze zdziwieniem i pewną nieufnością, taksującą Laurę zza grubych okularów, w oprawkach nieproporcjonalnie dużych do jej niewielkiej twarzy
- O, o… witam pani Lolu, witam – zaskrzeczała bardziej niż powiedziała
- Lula, nie Lola pani Basiu – powiedziała spokojnie – przyniosłam moją pachirę, pamięta Pani? – dodała nieco głośniej
- A pamiętam, pamiętam, co mam nie pamiętać… a co to za kwiaty?
- Dla pani, i czekolada
- Czekolada mmm… a co to za kwiatek?
- To jest właśnie pachira, trzeba jej dużo wody pani Basiu
- Wody, wody… napijesz się Złotko?
- To dla kwiatka, nie dla mnie
- Mmm mhm… a ty gdzieś wyjeżdżasz tak?
- Tak pani Basiu, nad morze
- Może, może… wy młodzi to nigdy nic pewnego, ciągłe zmiany aj jajaj
Lula weszła do mieszkania i zostawiła pachirę na niewielkim stołku w otoczeniu innych kwiatów; prezenty pozostawiła w kuchni. Wiedziała, że choć pani Basia zapomni o pochodzeniu nowego gościa, to na pewno będzie miał zapewnioną godziwą opiekę w towarzystwie innych roślin. Wyszła z mieszkania i pożegnały się w progu. Wróciła do siebie i spojrzała na zegarek. Do odjazdu pociągu została już tylko godzina, uznała więc, że spokojnie można już wychodzić. Wolała spędzić więcej czasu na dworcu, niż w mieszkaniu, od którego tak bardzo chciała się uwolnić. Duża walizka i podróżny plecak już od wczoraj stały przy drzwiach w oczekiwaniu podróży i teraz, gdy przyszedł czas, dumnym krokiem wyszły razem z Laurą na korytarz, gdzie stukając radośnie kółeczkami i z podnieceniem szeleszcząc paskami poczuły się znów potrzebne i niezwykle ważne w swojej roli. Zamknęła mieszkanie, schowała klucz do torebki i właśnie wtedy poczuła błogie uczucie spokoju, które ogarnęło ją na widok zamkniętych drzwi i poczuła, jak zostawia swoje miejskie wcielenie w środku mieszkania, a sama staje się kimś zupełnie innym, i choć nie mogła jeszcze dokładnie określić na czym ta zmiana polega, to czuła ją kiełkującą w głębi swego ciała i ogarniał ją głód na myśl soczystych owoców, które zbierze z jej drzewa.
*
Granatowe ramiona mroku objęły już niemal cały widnokrąg i jedynie majacząca w oddali pomarańczowa smuga świtała przechodząca w zielonkawobłękitny pasek rozciągający się na bezchmurnym niebie niosła wspomnienie minionego dnia. Wieczór był ciepły a powietrze stało w smętnym zawieszeniu, aż do chwili, gdy przeszyła je drżąca wibracja wtaczającego się powoli na stację pociągu. Ciężkie, żeliwne koła zakłóciły ciszę miasteczka przeciągłym metalicznym piskiem, kiedy skład zatrzymywał się przy burcie peronu. Z sykiem otworzyły się drzwi a rześkie nadmorskie powietrze wdarło się do wnętrza wagonów niczym pasażer bez biletu i rozeszło się po korytarzu, zaglądając do wszystkich przedziałów, budząc przy tym pasażerów z letargu długiej podróży.
Wyszła na peron i rozejrzała się wokoło. Była jedyną osobą wysiadającą na tej stacji, co w żadnym wypadku jej nie dziwiło, bowiem miejscowość, choć umieszczona na głównym szlaku turystycznym, słynęła ze spokoju i małej ilości odwiedzających. Spojrzała przed siebie i przebiegła powoli wzrokiem po białej tablicy na której litery namalowane niebieską farbą układały się w nazwę „Kuźnica”. Dreszcz radości przebiegł przez zastałe po podróży ciało, przywracając mu ożywczą świeżość, tak charakterystyczną dla odwiedzin w dobrze znanym miejscu. Ciszę przeszył gwizdek konduktora, po czym pociąg sapiąc ociężale wytoczył się ze stacji, pozostawiając za sobą jedynie czerwone światło reflektorów niknące miarowo w mroku dalszej podróży. Stała tam jeszcze chwilę pozwalając by subtelny, niemal bezsilny dotyk wiatru gładził ją po twarzy i smakowała gamy zapachowe które niósł ze sobą, a w których rozpoznawała mulisty zapach zatoki, zimną, wieczorną rosę i słony zapach ryb, przyrządzanych w pobliskiej smażalni. Ruszyła powoli w stronę wyjścia przy akompaniamencie grzechoczących o brukową kostkę kółek od walizki. Przechodząc obok budynku stacji spostrzegła brodatego starca siedzącego na krzesełku pod ścianą. Spojrzała w jego czerwoną twarz, chcąc obdarzyć ją uśmiechem, jednak pusty wzrok mężczyzny wlepiony w szarą przestrzeń nie zarejestrował jej obecności. Minęła stację i zeskoczyła na torowisko. Przeszła gładko po nasypie i znalazła się na ciemnej drodze prowadzącej w głąb lasu. Zimne wyziewy nocy niosły ze sobą szum załamujących się za linią drzew morskich fal, a ona, na przekór sobie zagłębiła się w ścieżkę. Choć doskonale znała drogę, i nie raz chadzała tędy nocą, to ciemny, pusty las zawsze napełniał ją trwogą, budząc w jej dziecięcej wyobraźni mary, których kształty i demoniczne zachcianki mógł uchwycić jedynie uwięziony w swym szaleństwie Goia. Po kilkunastu minutach wytężonej wędrówki w końcu dotarła do upragnionego celu podróży. Na niewielkiej polanie, otoczonej sosnowym lasem stała drewniana chatka, osadzona na ceglanej podmurówce. Dwuspadowy dach, pokryty ciemną, opatuloną przez mech dachówką wyciągał swe ramiona ponad dwie werandy, które zagarniając pobliską przestrzeń starały się rozszerzyć panowanie domu nadając mu bardziej doniosłej formy. Otworzyła drewniana furtkę i znalazła się na porośniętej drzewami i wysoką trawą posesji, której stan zdradzał, że dom stoi zupełnie pusty. Przeszła kamiennym chodnikiem do drzwi i wchodząc po skrzypiących, drewnianych schodach na ganek odetchnęła z ulgą, kiedy po przekręceniu klucza drzwi wpuściły ją do środka.
Znalazła się w ciemnym, pachnącym kurzem i zatęchłym powietrzem wnętrzu, po czym niejako po omacku wymuskała kształt murowanego kominka, nad którym w równym rządzie stały ustawione świece. Zapaliła je leżącymi obok zapałkami i w drgającej poświacie migocących płomyczków rozejrzała się po wnętrzu. Wszystko wyglądało tak, jak wtedy, kiedy opuszczała swoje letnie schronienie rok temu. Boże, już rok minął od mojej ostatniej wizyty, pomyślała, kontemplując przez chwile ulotność czasu i jego przyspieszającego wraz z jej wiekiem biegu. Do Kuźnicy przyjeżdżała od najmłodszych lat, najpierw w odwiedziny do starego wujka, który siedząc z fajką przy kominku zabawiał ją morskimi opowieściami i legendami a później, po jego śmieci, kiedy odziedziczyła domek w spadku, sama, aby znaleźć wytchnienie i znów poczuć słodką atmosferę młodości, która przesiąkała stare ściany i unosiła się bezwiednie czekając na jej kolejną wizytę. W wystroju domu nic się nie zmieniło od tamtych czasów, czego bardzo skrupulatnie pilnowała, mimo, iż zgodnie ze swoją manierą dobierała do wnętrza coraz to nowe ozdoby i upiększacze. Gorąco pragnęła, aby dom stanowił ostoję dawnych lat i swoisty pomnik pamięci ukochanego wuja. Na ciemnej, drewnianej podłodze, w rogu izby stał niewielki, czteroosobowy stolik ozdobiony białymi serwetami w kaszubskie wzory. Po prawej znajdowała się rozkładana wersalka z szorstkiej, czerwonej plecionki a obok niej regał z książkami i stara, nieco chybotliwa witrynka z której dumnie spoglądała porcelanowa zastawa i kryształowe kieliszki. Za izbą, w przejściu obok kominka mieściła się niewielka kuchnia, której puste pułki ziały smutnym przypomnieniem głodu. Na piętrze znajdowała się sypialnia, jednakże Laura wolała sypiać na wersalce, w kojącym towarzystwie kominka, który odpalała nawet w najcieplejsze sierpniowe noce. Dziś jednak musiała obejść się bez ognia jak i bez prądu, bowiem zarówno po drewno, jak i do skrzynki z korkami należało udać się przez właz w podłodze, do chłodnej, murowanej piwnicy znajdującej się pod kuchnią, a na to zupełnie nie miała odwagi. Pierwsza noc zawsze stanowiła dla niej ogromne wyzwanie, bowiem dręczona chłodem i ciemnością, długo nie mogła zasnąć, nasłuchując za oknem najmniejszych szmerów i z trwogą tłumacząc sobie ich błahe znaczenia, które rozrastały się po jej głowie gęstym, gryzącym bluszczem zasnuwającym jasność myśli. Pościeliła wersalkę i ułożyła się do snu tak jak stała, było jej cieplej, a ubranie dawało odrobinę złudnego uczucia bezpieczeństwa. Wtuliła różowy policzek w poduszkę i zamknęła oczy. Wiatr smętnie wył w kominku, wnosząc do wnętrza zapach nocy i starej sadzy. Szum drzew mieszał się z regularnymi tąpnięciami morskich fal, a dom skrzypiał jak łajba bujana z burty na burtę leniwymi ramionami wody. Zasypiała i przebudzała się na zmianę, aż w końcu zupełnie zatraciła granice pomiędzy jednym światem a drugim, miotając się bezsilnie we wnętrzu własnej głowy starała się wypłynąć na powierzchnię, by zaczerpnąć ożywczy oddech spokoju, jednakże ktoś silną ręką o skostniałych, lodowatych palcach ściągał ją w dół, prosto w ciemną otchłań. Wyrwała się i stojąc na jasnej polanie otoczonej gęstym, mrocznym lasem wsłuchiwała się w głosy dobiegające ją z każdej strony, ludzkie głosy, jednakże brzmiące tak obco, tak sykliwie i niemal zwierzęco, że nie sposób było rozszyfrować choćby słowa. Szmery narastały, stawały się głośne, osaczały ją jak rój komarów pragnących ciepłej, słodkiej krwi, aż usłyszała głośny trzask pękającej gałęzi i ciche kroki za swoimi plecami. Odwróciła się machinalnie i dostrzegła żółtą, niemal świecącą parę oczu, które szybko rozmyły się w ciemności. Ruszyła powoli w ich stronę, nogi z trudem przesuwały się po kłującej, suchej trawie, aż dotarła na skraj lasu. Szmery ucichły, a ziejąca otchłań napełniała uszy gęstą ciszą, zrobiła krok, gdy nagle poczuła na swoim ramieniu mocny uścisk lodowatej dłoni, który z prędkością swobodnego lotu rzucił nią do tyłu. Obudziła się, łapczywie chwytając powietrze przez otwarte usta. Wilgotne od potu ubrania nieprzyjemnie oblepiały ciało a jasna kołdra leżała stulona na podłodze. W pierwszej chwili nie poznała wnętrza domu, wodząc półprzytomnie oczami po drewnianych ścianach, jednakże widok ostrych, słonecznych promieni wpadających przez okno rozświetlił jej głowę i puścił w niepamięć katusze minionej nocy.
Zaparzyła kawę w małym, włoskim ekspresie, po czym wyszła na skąpaną porankiem werandę. Usiadła przy okrągłym stoliczku, stojącym przy drewnianej balustradzie i pociągając głęboki, ożywczy łyk gorącego napoju przymknęła oczy. Kawa przyjemnie rozgrzewała jej pusty żołądek, unosząc się rozbudzającym dreszczykiem wprost do głowy, gdzie z każdym uderzeniem serca czuła coraz bardziej błogi smak wakacyjnych dni. Rozciągnęła się w fotelu i pozwoliła by krzywe, nieco pokraczne promienie, zaglądające nieśmiało do jej przybytku musnęły jej ciało swoimi palcami. Ciepło było subtelne, może nawet zbyt delikatne, i rozgrzewało ją powoli, jak lekka kołdra. Twarz ukryta w cieniu pozostawała niejako poza wydarzeniami dnia i niczym sufler mogła doglądać wydarzeń, by w ciszy śledzić ich bieg. Otworzyła oczy i jej uwagę z miejsca przykuła drewniana furtka do posesji, która stała otwarta na swoich chybotliwych zawiasach. Wąskie brwi zbiegły się w nerwowym grymasie i łypiąc spod nich na przejście w płocie szukała w głowie sensownego wyjaśnienia. Istniała oczywiście możliwość, że wczoraj, obarczona bagażami i zmęczona podróżą nie domknęła drzwi, którymi później bawił się wiatr, ale znała swoje skrupulatne podejście do prywatności i mogła przysiąc, że zawsze zamyka drzwi, nierzadko upewniając się przy tym dwa razy. Może stary zamek słabo trzyma i wystarczyło muśnięcie wiatru by je otworzyć? A może kot w poszukiwaniu nocnej ofiary pchnął je łapą, albo nawet nacisnął klamkę przechodząc górą i przestraszony swoim czynem uciekł w krzaki chowając się przed żałosny jękiem zawiasów. Szukała w głowie wszelkich wyjaśnień, trzymając gdzieś daleko na końcu swojej świadomości możliwość, że furtkę mógł otworzyć jakiś człowiek, który z niewiadomym zamiarem chciał dostać się na jej posesję. Dopiła kawę i starając się zapomnieć o otwartej furtce wróciła do domu. Założyła kostium kąpielowy, który okryła zwiewną, letnią sukienką, po czym spakowawszy do dużej, plażowej torby w paski niezbędne rzeczy wyszła na zewnątrz. Wychodząc z posesji sprawdziła, czy wszystko działa jak należy. Zamek trzymał. Silnym szarpnięciem upewniła się, że furtka jest zamknięta, po czym wolnym krokiem wyszła na zieloną, leśną ścieżkę prowadząca nad morze.
*
Nigdzie w Polsce, a może i na całym świecie nie ma tak urokliwych i charakterystycznych plaż jak na półwyspie. Długi, wąski pas białego lądu ciągnął się niczym mleczna droga wzdłuż ciemnozielonej wody zimnego Bałtyku, a okalany chmurami lasu od strony lądu chował się przed wiatrem i w dostojnej ciszy czekał na odwiedzających. Zdjęła espadryle i pozwoliła stopą zatopić się w ciepłym, miałkim piasku, który niezmącony śladem ludzkiej stopy rozlewał się przed nią gładką taflą. Rozejrzała się w około i ku swojej uciesze nie dostrzegła nikogo, poza kilkoma mewami siedzącymi na porośniętych glonami palach falochronów wgryzających się w głąb morza. Ruszyła w stronę wody wsłuchując się w swoje kroki, których ciche skrzypienie przywodziło na myśl spacer po świeżo spadłym śniegu.
Już nie ma dzikich plaż…
Zaintonowała w głowie dawny przebój Ireny Santor i rozglądając się po pustym horyzoncie roześmiała się na głos. Stanęła na ciemnym pasku wilgotnego piasku i pozwoliła, by fala polizała jej stopy. Woda była zimna, niemal przeszywająca, ale jej dotyk sprawił Laurze przyjemność. Wiedziała, że z tygodnia na tydzień morze będzie stawać się cieplejsze, ale na razie północne pływy skutecznie odstraszały amatorów kąpieli. Odwróciła się i skierowała w górę plaży, na wydmy. Taką już miała manierę, że zawsze rozkładała się na wydmach, najlepiej w przyjemnym dołku, do którego nie zaglądał wiatr ani wścibskie oczy postronnych. Teraz, choć plaża była pusta, przyzwyczajenie wzięło górę i już po chwili leżała wyciągnięta na czerwonym ręczniku plażowym w miejscu, gdzie tylko słońce mogło ją zobaczyć. Nieskrępowana niczyją obecnością, zrzuciła z siebie sukienkę i wyciągnęła się na swoim legowisku, prężąc ciało niczym kot. Długie promienie rozłożyły się na jej jasnej, delikatnej skórze, kłując nieco nachalnie, ale przyjemnie, tak jak robi to pierwszy, letni upał. Miała ze sobą książkę, jednak leniwy nastrój zamknął jej oczy i czuła, jak powoli odpływają myśli i zmartwienia. Wyciągnęła ręce za głowę i pozwoliła niebu spoglądać na swoje malowane delikatnymi, miękkimi ruchami ciało. Spływające w dół barki przechodziły płynną linią we wklęsłą talię, nie szerszą niż u jednej z jej uczennic, by następnie rozszerzyć się na biodrach, z których niczym dwie kolumny wychodziły silne i pełne nogi zwieńczone drobnymi, wąskimi stopami. Cały jej kształt, obły i płynny, pełen krągłości i detali godnych barokowych budowli był tak dostojny w swej filigranowej prostocie, że jedynie słońce, niebo i morze mogły spoglądać na nią bez krępującej pożądliwości. Robiło się coraz goręcej, a ona z każdą minutą czuła, jak przeszywające ciepło kumuluje się w jej organizmie. To było więcej niż sama słoneczna kąpiel. Przechodzące przez skórę promienie utykały gdzieś w środku, odkładały się na wysokości brzucha, skąd emanowały życiem po całym jej ciele. Czuła się jak obserwator, jak ktoś stojący z boku wydarzeń, które teraz z tak niepohamowaną siłą działy się we wnętrzu jej istnienia, i nie mogąc pojąć stanu który przejmował nad nią kontrolę, oddała mu się, puściła za nim i popłynęła na falach gorącej ekstazy prosto w świetliste ramiona niewytłumaczalnych przyjemności.
Obudziły ją chłodne cieniste dłonie, które łaskocząc ją swoimi długimi palcami przypominały o upływającym dniu. Wstała i pozbierała wszystkie rzeczy do torby, po czym ruszyła ciężkim i zmęczonym krokiem w stronę domu. Przepalona słońcem głowa bujała się miękko na szyi, a przymknięte oczy rozmywały kontury drogi nadając jej nierzeczywistych kształtów. Czuła, że przesadziła z pierwszym słonecznym kontaktem, ale czuła także inną przyczynę swojego stanu – głód. Ściśnięty żołądek uporczywie dopominał się zwrócenia na niego uwagi, męcząc i jęcząc żałośnie. Szła skupiona na drodze, starając się nie dać instynktom władzy na swoim życiem, ale nim spostrzegła, minęła dom, i prowadzona dalej nogami, które teraz wędrowały własnym życiem dotarła do miasta. Usiadła w ogródku niedużej restauracji znajdującej się w pobliżu portu i złożyła zamówienie. Ku zdziwieniu obsługi, nie była to ryba, a zwykły dwudaniowy obiad, który stanowił prawdziwą rzadkość wyboru w przybytku starego Dawida, który słynął na całych Kaszubach ze swojej niezwykle delikatnej flądry gotowanej na parze. Trzeba jednak było znać Laurę, by wiedzieć, że ta poukładana i twardo stąpająca po ziemi kobieta pełna była sprzeczności i paradoksów, a jedną z nich była wrodzona niechęć do ryb, zarówno żywych jak i tych podanych na talerzu, przy całej miłości do wody, morza i fal. Siedziała w cieniu, czując jak ciepło wychodzi przez jej lekko zaczerwienioną skórę. Statki bujały się leniwie na smętnej wodzie zatoki, idealnie wpisując się w nastrój sennego oczekiwania na posiłek. Wodziła oczami po brzegu, kiedy jej uwagę przykuła kolorowa plama odcinająca się na szarym tle betonu. Plamą ów była staromodna, pasiasta koszula wisząca na grzbiecie chudego chłopaka, który siedząc przygarbiony na krawędzi kei starał się swoimi cienkimi rękami zawiązać węzeł na grubych linach cum. Wpatrywała się w niego półprzytomnie, trochę jak we śnie, czując jak każdy ruch jego dłoni na cumie przenosi ją w inny świat, jakby zaraz miała odpłynąć w daleki rejs, a on jest sprawcą, odrzuca liny i uwalnia statek puszczając go na dalekie wody. Siedziała dość daleko, ukryta w restauracyjnym ogródku, a jednak wydawało jej się, że i on śledzi ją wzrokiem, mimo iż oczy ukryte miał za ciemnymi okularami.
- Zupa pomidorowa dla pani
Biała koszula kelnera mignęła jej przed oczami, jak pierwszy promień poranka i już po chwili, aromatyczna mgiełka zupy połaskotała ją po nosie. Odwróciła się w stronę portu, ale pasiata plama zniknęła, zupełnie jakby była majakiem, chwilą rozrywki w oczekiwaniu na posiłek. Dobrze, pomyślała. Dawno już straciła chęci na ukradkowe spojrzenia na mężczyzn i ciężkie westchnienia zza białej chusteczki. Jako niezwykle atrakcyjna kobieta mogłaby mieć każdego, mogłaby w nich przebierać i odrzucać, ale zupełnie straciła ochotę. Chłodny umysł zaciekle strzegł jej przed jakąkolwiek uczuciową relacją, widząc w nich jedynie zaspokojenie zwierzęcych instynktów i późniejsze kłopoty. Pochyliła się nad talerzem i wyciszając myśli kołatające się po głowie, pociągnęła pierwszy, kojący łyk.
Szary wieczór osadzał się kropelkami rosy na wysokiej trawie okalającej dom, kiedy podłożyła ogień w kominku, pozwalając, by ciepło rozlało się po wnętrzu. Teraz, kiedy ogniki tańczyły na suchym drewnie, poczuła się prawdziwie jak u siebie, poczuła ten sam błogi stan, jak wtedy, gdy po całym dniu zabaw, siadała z wujkiem przy ogniu i popijając gorące kakao, przygotowane ze świeżego mleka, które dostawał od zaprzyjaźnionej sąsiadki, mogła przenieść się w dalekie zamorskie krainy razem z mieszkańcami tropikalnych wysp, lub smagana zimnym wiatrem podążać żaglowcem w nieznane. Od kiedy tylko pamiętała miała niezwykle bujną i obrazową wyobraźnię, która po zamknięciu oczu pozwalała jej znaleźć się w dowolnym miejscu, gdzie nie tylko widziała, ale również czuła, słyszała każdy detal i przeżywała historię na własnej skórze, nierzadko prosząc wujka by przerwał opowieść w najbardziej dramatycznym momencie, w którym przeczucie podpowiadało jej, że może stać się coś złego; jakby krzywda wyrządzona w głowie, miała przenieść się na żywe ciało spoczywające na puchatym dywanie przy kominku. Tęskniła za tymi podróżami. Tęskniła tym bardziej, że teraz stonowana głowa rzadko pozwalała jej na takie malownicze wyprawy, a wyobraźnia, choć silna jak przed laty budziła się zazwyczaj w chwilach strachu i kryzysów, pozostawiając swoje radosne oblicze na półce, obok sterty przeczytanych i przykurzonych książek. Wpatrywała się w ogień, widząc w nim jedynie płonące drewno, efekt gwałtownego utleniania materiału na skutek wysokiej temperatury i nagle, cały nastrój radosnych wspomnień uleciał z dymem, pozostawiając ją samą, w pustym domu z kieliszkiem wina w dłoni. To uczucie pustki, nawiedzało ją często, może nawet zbyt często. Walczyła z nim chwytając się pracy, nauki i przeróżnych zajęć, bowiem tylko wtedy, gdy działanie wypełniało jej głowę, mogła przez chwilę poczuć się wolna od ciernistych myśli. Wypełniła usta winem i odstawiła pusty kieliszek na blat. Rozebrała się i zakopała głęboko w chłodnej pościeli. Ogień grzał ją w stopy, a kołdra powoli wypełniała się ciepłem. Leżała zwinięta w kłębek, jak jeż kulący łapy do miękkiego brzucha i wsłuchiwała się w trzask płonących polan. Dźwięk był miękki, usypiający, i choć przez chwilę wydawało jej się, że słyszy czyjeś kroki na werandzie, nawet nie podniosła głowy, pozwalając by sen ukrócił jej troski.
*
Przyszedł lipiec, a wraz z nim pierwsze załamanie pogody, tak charakterystyczne dla letnich miesięcy nad Bałtykiem. Stalowe chmury snuły się po niebie i dopiero teraz Kuźnica ukazywała swoje najpiękniejsze oblicze. Długa ulica okalana niskimi akacjami przecinała miasto na pół, dzieląc je na część morską i tą starszą, nad zatoką. Strzelisty neogotycki kościół o nieproporcjonalnie wysokiej wierzy górował nad główną częścią miasta porośniętą starymi, ceglanymi chatami, które pocięte wąskimi uliczkami sprawiały wrażenie porozrzucanych niechlujnie na wąskim pasie ziemi. Dalej w stronę Jastarni, pojawiały się nowsze domy, nierzadko przekształcone na pensjonaty, jednak żaden szanujący się mieszkaniec nie zapuszczał się w tamte strony.
Nie robiła tego również Laura, która korzystając z braku pogody spacerowała nieznanymi przejściami, zaglądając w bielone wapnem okna i rozmawiając z podwórkowymi kotami, które krążyły między portem a swoimi przybytkami napełniając wiecznie puste brzuchy to mlekiem to rybami. Jeden kot, czarny, z białym krawatem szczególnie ją intrygował swoim miałczeniem i przenikliwym, rozumnym spojrzeniem i gdy tylko miała okazję, chadzała z nim na spacery, a on, niczym przewodnik, dumnie prowadził ją przez miasto, co chwile oglądając się czy za nim podąża. I tak, idąc za futrzanym kolegą doszła do portu. Weszła na długie, betonowe nabrzeże i wolnym krokiem zmierzała do końca cypla, kiedy spostrzegła, że znajdująca się na krawędzi kotwica zachwiała się, po czym z pluskiem runęła do wody, ciągnąc za sobą długi sznur. Niewiele myśląc chwyciła za linę, jednak grube, konopne więzy spadały zbyt szybko, i nim zdążyła zwolnić uścisk jej smukłe dłonie żarzyły się piekącą czerwienią.
- Aj głupia! – usłyszała za plecami – jak widzisz w porcie, że coś leci to sama leć w drugą stronę, nigdy na odwrót
Miał na sobie długi, marynarski płaszcz i biały golf, które sprawiały, że wyglądał jak postać z hemingwayowskiego opowiadania. Poplamione jeansy podwinięte do połowy łydek odsłaniały bose stopy, których przepalony słońcem kolor ostro kontrastował z szarym betonem kei. Choć nie miał na sobie kolorowej koszuli to z miejsca go poznała, i nie po włosach, twarzy czy posturze, ale po przenikliwym spojrzeniu sączącym się zza ciemnych okularów.
- Chciałam pomóc – wydukała jeszcze w szoku, po czym dodała ostrzej – powinieneś uważać co robisz, a nie stać z papierosem i gapić się w chmury
- O proszę, jaka zadziora! A skąd wiesz, że nie chciałem wrzucić tam tej kotwicy? Mogłaś najpierw zapytać, sznur jest długi, a nie, ty się rwiesz od razu do pomocy! Wiesz czym wybrukowane jest piekło? Spójrz na ten dom, tam po lewej. Mieszkał tam kiedyś stary listonosz wraz z żoną, człowiek trunkowy jak się to mówi. Poszedł kiedyś w cug z niejakim Kowalewskim, tęgi chłop, syn masarza. Pili trzy, może cztery dni, oczywiście listy w tym czasie nie przychodziły, ale, małe miasteczko, ludzie wiedzieli co i jak, zresztą, jakie tu można dostawać listy? No i listonosz się budzi po tej całej kolędzie, rozgląda się po mieszkaniu, leży Kowalewski, stoją butelki, ale nigdzie nie ma jego torby, torby wypełnionej listami, ale co ważniejsze pieniędzmi, sporą ilością gotówki dla emerytów i rencistów. Chłop się przeraził, małe miasteczko jak to już mówiłem, wszystko się rozniesie i co miał zrobić? Wziął sznur, poszedł za dom i się powiesił
- A gdzie tu dobre chęci? – spytała zdumiona
- Ano, że tą torbę to ukryła żona, żeby jej nie przepił czy zgubił… - spojrzał się na nią przechylając głowę, po czym wyciągnął dłoń – jestem Korba
Stała przed nim z piekącymi dłońmi i wyrazem kompletnego zdziwienia na twarzy, jednak ręka machinalnie wysunęła się w geście powitania
- Lula
Odwzajemniła się przezwiskiem, czego zwykle nie czyniła, jednak kuriozalność sytuacji sama rzuciła jej słowo na usta. Wziął jej dłoń, po czym obrócił spodem do siebie i spojrzeniem ocenił pulsujące na jej jasnej dłoni obtarcia
- Cóż, zawsze mogło być gorzej… ostatecznie nie widać kości
Zaśmiał się z własnego dowcipu, po czym niespodziewanie zeskoczył na przycumowany poniżej nich niewielki jacht i zniknął w kajucie. Wyłonił się po chwili, żując coś intensywnie w ustach i trzymając ledwie widoczną szarą mgiełkę w dłoni. Podszedł do niej i wypluł zawartość na swoją dłoń, po czym drugą ręką przygniótł wszystko, tak jak robi się śnieżną kulę
- Chleb z pajęczyną, najlepszy sposób na rany – oznajmił radośnie – proszę, przyłóż sobie i zobaczysz, że z miejsca przestanie piec
Spoglądała to na roześmianą twarz ukrytą za okularami to na mokry, przeżuty chleb leżący w jego dłoni i choć wiedziała, że zupełny absurd tej sytuacji powinien trzymać ją dalej w oparach szoku, maskującego uczucia i myślenie, to jednak poczuła, jak zimne sople wściekłości zaczynają rozchodzić się po jej ciele przywracając trzeźwy ogląd sprawy
- Zabierz tą obrzydliwą papkę, niedobrze na jej widok – skrzywiła twarz, a jej brwi zwęziły się w groźnym grymasie – co ty sobie wyobrażasz? Stoisz tu, sprawy lecą ci z rąk, opowiadasz niestworzone historie, kim ty w ogóle jesteś?
- Już mówiłem, Korba – nadal się uśmiechał, jakby jej wybuch zupełnie nie zmienił atmosfery – jestem bosmanem
Rzucił mokrą kule w kierunku mew, które z wrzaskiem zaczęły wyrywać jej kawałki
- Cóż, przynajmniej one skorzystają – wzruszył ramionami, po czym dodał przymilnie – chciałem tylko pomóc
- Pomóc? Chyba wiesz czym wybrukowane jest piekło…
Odwróciła się i ruszyła w kierunku miasta. Stawiała długie i ciężkie kroki, nadal marszcząc brwi. Kiedy się denerwowała jej ciało momentalnie zmieniało swój obraz ze zwiewnej, falistej strużki dymu a przyjmowało formę przysadzistej, grubej chmury, która sunąc blisko ziemi odstraszała postronnych skłębionymi we wnętrzu piorunami. Wróciła do domu i z trzaskiem zamknęła drzwi. Chodziła w kółko po ciemnym wnętrzu nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca, a złość pulsowała jej w policzkach, czerwonych jak poparzone dłonie. Czuła coś jeszcze, coś czego jeszcze nigdy nie czuła w swoim ciele, a rozlewało się przyjemnie, budząc zamieszanie w jej chłodnej głowie. Dziwne mrowienie w karku, przypominające odrętwienie, jednak bardziej łaskoczące, jakby niecierpliwie proszące ją o uwolnienie. Nie wiedzieć czemu chwyciła za zeszyt leżący na stole i wyrwała z niego kartkę. Usiadła na podłodze, i długopisem zaczęła wytyczać ostre, szybkie linie z których powoli zaczął wyłaniać się kształt portowego nabrzeża. Obok wyrósł wysoki, trójmasztowy żaglowiec, z którego rej zwisał długi, gruby sznur na którego końcu, za nogi powieszona była postać w długim, marynarskim płaszczu, którego poły rozlewały się na pokład niczym woda chluśnięta z wiadra. Kompozycja była ostra, dynamiczna, a cienkie linie czarnego tuszu nadawały jej dramatycznego charakteru. Spojrzała na obraz i dreszcz strachu przebiegł jej po twarzy. Wrzuciła kartkę do kominka i podpaliła. Pomarańczowe płomienie powoli zjadały suchy papier, a ona wpatrując się w ich ucztę czuła, jak zdenerwowanie powoli ustępuje miejsca ciepłej satysfakcji bijącej z rozluźnionego karku. Wiedziała, że złość jeszcze nie ustąpiła, że czai się w jej wnętrzu by znów zapłonąć, ale to nie było teraz ważne. Wizja bosmana pokutującego za swoje zachowanie przełożona z głowy na papier była dobra i Laura doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
*
Powoli otworzyła oczy i mrużąc je walczyła ze słoną, ciemnozieloną kurtyną, która szczypiąc w gałki zacierała jej obraz. Po chwili jednak przywykła i zanurkowała głębiej. Ukazało jej się pofałdowane, lekko rozmyte piaszczyste dno. Zbliżyła się do niego, i wykonując delfinowe ruchy biodrami i nogami płynęła dalej, czując w uszach jak zagłębia się coraz niżej, niżej, aż w końcu gniotące ciśnienie i brak powietrza zmusiły ją do wypłynięcia na powierzchnię. Piekące słońce stało wysoko na niebie, jednak chłodna morska osłona skutecznie blokowała jego natarczywe popędy rozpraszając je bezsilnie po ledwie pofalowanej powierzchni. Leżała bezwiednie na niewidzialnym materacu i uśmiechała się szeroko, nie wiadomo czy do wody, nieba czy samej siebie, po czym wzięła głęboki oddech i z hockney’owskim pluskiem zanurzyła się w otchłań. Było cicho. W głuchej przestrzeni czuła jedynie bicie własnego serca pulsujące rytmicznie w środku głowy. Spłynęła niżej i znów, niczym syrena, poczęła przyglądać się równym piaszczystym wzorom, gdy wtem dno na wysokości jej oczu poruszyło się gwałtownie, a z kłębów piasku wyłoniła się niewielka flądra, która z przerażeniem uciekła kilka metrów dalej. Z identycznym przerażeniem Laura wyskoczyła do góry i łapiąc powietrze otrząsnęła się z niesmakiem. Przeklęte ryby. Nawet tu, tak blisko brzegu nie można było uwolnić się od ich obecności. Zmieniła styl na nieco szybszy kraul i z gracją zawodowego pływaka powróciła na brzeg.
Sezon rozkwitł w pełni i na jasnej, niegdyś pustej plaży wyrosły czerwone, opalone torsy i kolorowe kapelusze. Laura szła powoli spoglądając na pasiaste parawany, którymi nieliczni wczasowicze odgradzali się od wiatru, zawłaszczając dla siebie kawałek ziemi. Małe osiedle mieszkaniowe, pomyślała mijając otoczoną tekstylnym murem rodzinę z dwójką dzieci i rozszczekanym dalmatyńczykiem, który starał się oczyścić pysk z piasku, trąc go niemiłosiernie brudnymi łapami. Doszła na szczyt plaży, po czym lekko przeskakując palisadę oddzielającą wybrzeże od wydm umiejscowiła się w swoim legowisku. Ostre promienie momentalnie rozłożyły się na jej ciele zlizując resztki słonej wody, jednak ciemna, opalona skóra pozostawała niewzruszona na kłujące zaczepki i Laura mogła teraz godzinami leżeć na plaży rozkoszując się szumem fal i czystym uczuciem wolności. Położyła się na piersiach i rozpinając stanik uwolniła plecy, pozwalając słońcu wyrównać cienkie niedostatki opalenizny. Kiedyś nie potrafiła usiedzieć na ręczniku nawet minuty, gnana coraz to nowymi pomysłami i bodźcami miotającymi nią po całej plaży. Raz nawet, w pogoni za motylem, przeszła sześć wejść wzdłuż wybrzeża, i kiedy w końcu zmęczona postanowiła opuścić małego towarzysza, z trwogą zorientowała się, że nigdzie nie widać wujka, ani jej ulubionego, kraciastego koca. Wracała brzegiem, a spięta twarz z trudem hamowała płacz cisnący się przez wąskie, przymrużone oczy, kiedy spostrzegła wujka wypatrującego jej z groźnie założonymi rękami. Jego gęste brwi marszczyły się w srogim wyrazie, jednak zelżał, gdy tylko przytuliła się do jego nogi a ciepłe łzy popłynęły po jej pyzatych, dziecięcych policzkach. Nie potrafił się na nią gniewać, nawet wtedy, gdy stłukła jego pamiątkowy statek w butelce, schowawszy resztki w starej puszcze po kawie, bardziej przejęty był niewielkim skaleczeniem na jej drobnym kciuku niż utratą bezcennej pamiątki swoich morskich wojaży. Teraz jednak, wtulona w piasek mogła leżeć bez ruchu cały dzień, robiąc jedynie orzeźwiające przerwy na wodne spacery po morskim dnie. Zacisnęła oczy i z ciemności przywołała migocące kształty, rozlewające się przed jej oczami jak szachownica Vasarely’ego po czym wtuliła się mocniej w puchaty ręcznik. Skwar palił ją w głowę i przypomniała sobie radę wujka, który powtarzał zawsze
- Załóż jakiś kapelusz, bo przyjdzie południca i cie zabierze
Podniosła głowę i spostrzegła nad sobą ciemną, uśmiechniętą postać w pasiastej koszuli i nieodłącznych okularach
- Co ty… - wyjąkała machinalnie, nie kończąc
- A tak, tak, południca. Przychodzi zawsze po nierozważne dziewczęta, które zapominają o bożym świecie i godzinami leżą na słońcu. Ma jasną suknie i długie, cienkie palce, wredna babka – poruszył brwiami, po czym dodał – dziś mówią na nią udar, ale to jakoś mało romantyczne
- Ehh to znowu ty… daj mi spokój – powiedziała nie podnosząc się z ręcznika
- Oj jakie znowu? Widzieliśmy się raptem raz, choć fakt, może w nie do końca sprzyjających okolicznościach, ale czy jest sens nadal się gniewać? Przyznaję, kiedy ktoś chce wypluć na twoją rękę przeżute jedzenie robi to nienajlepsze wrażenie, ale akurat nie miałem gazy pod ręką, poza tym ostatecznie nie zrobiłem nic złego, pamiętasz? Chcieliśmy sobie jedynie pomóc, a to, że nam nie wyszło to już zupełnie inna sprawa
Usiadł na piasku naprzeciwko jej twarzy, a uśmiech, jakby przyklejony na stałe rozciągał się pod ciemnymi okularami. Poprawiła kostium i podnosząc się uciekła w dalszy narożnik ręcznika
- Myślisz, że możesz tak nachodzić ludzi i męczyć ich tymi swoimi potokami słów? – zrobiła pauzę i poczuła, jak gorzki jad zaczyna spływać jej na język – i skąd wiedziałeś gdzie jestem? Chodzisz za mną?
- Oh taaak – powiedział przeciągle – nie mam nic lepszego do roboty tylko skradać się za tobą po krzakach… Kuźnica jest mała. Szansa, że spotkam cię na plaży w taką pogodę była dość duża, nie uważasz? Sądząc po kolorze twojej skóry nawet bardzo duża. Chciałem wyjaśnić poprzednią sytuację… poza tym od tamtej pory nie widziałem cię w porcie. Bardzo bym nie chciał stać się powodem ograniczenia twojej spacerowej wolności
Faktycznie, od tamtego incydentu unikała wizyt w porcie, co przy tak ograniczonej przestrzeni było istotnym brakiem. Spojrzała na niego. W za dużej, pasiastej koszuli i z rozczochranymi, jaśniejącymi od słońca włosami wyglądał dość sympatycznie i choć z początku jego paplanina wydawała się irytująca, to było w niej coś przyjemnie świeżego.
- Korba, tak? Co to za dziwne przezwisko?
- Mówią, że strasznie kręcę, ale doprawdy nie wiem o co chodzi
- Masz jakieś imię?
- Każdy jakieś ma, ale… czy Korba i Lula nie brzmi lepiej?
Uśmiechnęła się lekko przypomniawszy sobie, że i ona nie przedstawiła mu swego imienia
- Robi się późno, a ja jeszcze nic nie jadłem. Czy w ramach zawarcia nowej znajomości zechcesz zjeść ze mną obiad? Ja zapraszam
Był prosty i nonszalancki, ale jednocześnie ciepły i było w nim coś, co wzbudzało jej zaufanie, a nawet lekkie przebłyski sympatii. Godzina faktycznie była już obiadowa, o czym skutecznie informował ją zniecierpliwiony żołądek. Zgodziła się, po czym wstała i spakowała rzeczy do plażowej torby.
Szli przez las, rozkoszując się chłodem soczystej zieleni, która dawała przyjemne wytchnienie po przepalonym słońcem piasku. Rozmowę zastępowały im szeleszczące szepty drzew i migotliwe skrawki światła tańczące na srebrzystych pajęczynach rozsianych gęsto pomiędzy gołymi sosnowymi pniami. Suche igliwie, którym usiana była ścieżka, wydzielało przy każdym kroku słodki, żywiczny zapach, który mieszając się z wilgotną wonią młodych krzaków wpadał do nozdrzy, skąd orzeźwiającą falą rozchodził się po całym ciele. Ich oczom ukazały się tory kolejowe, a za nimi fragment peronu, kiedy Korba spojrzał w lewo i skinął głową w geście przywitania
- Co? Ktoś tam jest? – spytała Lula rozglądając się po pustym lesie
- Ah nie… tam mieszkam – wskazał ręką na wąski przesmyk pomiędzy drzewami – taka maniera
Była to dla niej zupełnie niezrozumiała maniera, jednakże wszystko co czynił ten dziwny chłopak wydawało się jej zupełnie abstrakcyjne i puściła to bez komentarza. Przeszli przez torowisko i znaleźli się na peronie. Był pusty, nie licząc starego mężczyzny siedzącego na krzesełku w cieniu pod ścianą. Miał długie, białe włosy i taką samą brodę, która porastała posępną, przeoraną zmarszczkami i osmaganą wiatrem czerwoną twarz. Mimo upału miał na sobie biały, powyciągany sweter i zielone, drelichowe spodnie. Szare, nieobecne oczy wlepione były daleko w przestrzeń i jedynie młynki kręcone kciukami nad zaplecionymi dłońmi zdradzały, że mężczyzna żyje. Laura przystanęła wpatrując się w żywy posąg, jednak oczy starca nawet nie drgnęły, przyjmując jej obecność jak fragment niezmiennego krajobrazu.
- To kapitan Rybicki – zaczął Korba – a w zasadzie były kapitan, bo ostatni raz na wodzie był wieki temu… Kiedyś dobrze mu się powodziło, miał swój kuter, a z czasem dorobił się małej floty. Specjalizował się w połowie dorsza, ale w jego sieci wpadało wszystko co żywe, miał szczęśliwą rękę do połowów. Kiedyś, to chyba było zimę ’64, ubił siedem fok, niesamowity wyczyn! Miał piękną żonę, Jagienkę. Mieszkali w dużej, murowanej chacie na obrzeżach miasta i spodziewali się dziecka, kiedy niespodziewanie Jagienka zachorowała. W zasadzie słowo choroba jest tu na wyrost, ona po prostu zmarła z dnia na dzień, zostawiając go samego na tym padole. Pochodziła z Wejherowa i tam też pochowali jej ciało, a po tym wszystko potoczyło się klasyczną ścieżką… Rybicki się rozpił, utracił flotę, kuter, dom a z czasem doprowadził się do szaleństwa. Zaczął przychodzić na dworzec i wypytywać się o żonę. Uroił sobie, że wyjechała razem z dzieckiem i niedługo wrócą… później przestał się odzywać i w milczeniu siedzi tu wypatrując jej powrotu, ale biedaczek nie wie, że aby ją zobaczyć będzie musiał na zawsze opuścić swoją ukochaną Kuźnicę
Wpatrywała się w niego drgającymi, błękitnymi oczami, które jak zahipnotyzowane nie mogły oderwać się od tego kłębka smutku zwiniętego na niewielkim krzesełku. Jej wzrok przeszywał go na wylot, zaglądał w najciemniejsze zakamarki jego duszy i z impetem powracał do jej głowy, uderzając emocjonalnym zgiełkiem zebranym za siwą kurtyną. Nie czuła żalu, ani nawet smutku. Nie był to jedyny pijak z tragiczną historią, który pałętał się po tym świecie, jednak intensywne spotkanie przelewało się w niej, to w górę to w dół, budząc niepokój. Przymknęła oczy i odetchnęła głęboko, gdy nagle to poczuła. Wszystkie uczucia, myśli i otaczające ją bodźce zbiegły się jak na zawołanie w karku, tuż pod linią spiętych włosów, by przemienić się w wibrującą falę, która niczym mrówki zaczęła rozchodzić się łaskotliwym uczuciem po jej ciele, aż cała spłynęła do smukłej dłoni, która drżąc nieznacznie poczęła ją strasznie swędzieć. Korba stał cicho, zupełnie jakby zdawał sobie sprawę, z ogromu zdarzeń przeżywanych w tej chwili we wnętrzu Laury, i dopiero gdy spoglądając ukradkiem na dłoń wyrwała się ze swojego wnętrza, skinął głową by poszli dalej. Przeszli ulicę i wąskim chodnikiem otoczonym poszarpanymi cieniami akcji dotarli do zielonego szyldu na którym żółty napis obwieszczał, że znaleźli się „U Emila”. Korba przestąpił próg, odwracając się w stronę Luli, która stała dalej na ulicy wpatrując się w niego z grymasem.
- Nie – powiedziała krótko
- Co, nie?
- Nie wejdę tam, nie będę jadła ryby, zapomnij
- Chyba nie chcesz powiedzieć mi, że przyjeżdżasz nad morze i nie jadasz ryb…
- Właśnie to chcę ci powiedzieć
- Dobrze, Emil podaje również inne dania, znamy się od dawna, na pewno wybierzemy coś, co będzie ci odpowiadać
Uśmiechnął się błogo, po czym weszli do środka. Lokal był nieduży, zastawiony ciężkimi, drewnianymi stołami i ławkami. Białe ściany z chlapanego tynku ozdobione były starymi zdjęciami rybaków, łodzi, mapami oraz przeróżnymi przyrządami rybackimi z dawnych lat, które zwisając z sufitu przywodziły na myśl wnętrze starego kutra.
- Czy możemy zjeść na zewnątrz? – zapytała – tu nie dam rady nic przełknąć
- Jasne, zajmij stolik, a ja zajmę się jedzeniem
Wyszła do ogródka i wtopiła się w lakierowaną, drewnianą ławkę otoczoną begoniami. Pszczoły latały leniwie kręcą się miedzy kwiatami, a solniczką, której błyszcząca nakrętka wabiła je swoim blaskiem. Korba przyszedł po kilku minutach, niosąc dwie butelki piwa i talerz, na który leżał nieduży omlet okraszony cebulą.
- Mała przystawka – skinął głową stawiając talerz przed Laurą
Dopiero przy pierwszym kęsie poczuła, jak bardzo była głodna. Ciepłe danie rozpływało się po podniebieniu, zostawiając przyjemny, nieznany posmak na języku.
- Ten omlet jest świetny! Ale to chyba nie są kurze jaja, co?
- To wcale nie jest omlet – uśmiechnął się – to smażona ikro turbota
Jego słowa zadziałały jak łyżka gorzkiej, oleistej rycyny i Laura momentalnie wypluła zawartość ust do serwetki
- Mówiłam przecież, że nie jadam ryb! Fu! – krzywiła się, groźnie marszcząc brwi
- Dziwne… przecież mówiłaś, że jest świetne
W jej wnętrzu toczyła się zacięta walka, pomiędzy utartymi przez lata zasadami, a komitywą układu pokarmowego, który szeptał „jeszcze, jeszcze”. Nałożyła trochę na widelec i z pełną świadomością włożyła ikro do ust. Była delikatna. W formie jak luźny omlet, w smaku podobna, choć z delikatną morską nutą na końcu.
- Nie lubisz ryb, czy po prostu nigdy ich nie jadłaś – zapytał Korba
Spuściła wzrok na talerz, a spod lekko rumieniących się policzków wyłonił się nieśmiały uśmiech.
- Tak właśnie czułem… zajmij się ikro, a ja opowiem ci co nieco o przybytku Emila – rozparł się wygodnie w ławce, rozkładając nonszalancko ręce – Emil jest młodszym bratem Dawida, tego Dawida, który prowadzi świetnie prosperująca restaurację przy porcie, pewnie ją znasz? Emil tam zaczynał. Był kuchcikiem, a później kucharzem u swojego brata, który jak to u starszego rodzeństwa bywa zawsze przeświadczony był o swojej racji. Miał własne przepisy i pomysł na prowadzenie restauracji, które nie zawsze odpowiadały Emilowi, ale cóż mógł zrobić? Był jedynie pracownikiem. Dawid słynie ze swojej flądry na parze, ale tak między nami, to rozgotowane ścierwo wcale nie przypomina ryby, ja to wiem i Emil też doskonale to wiedział. Po cichu eksperymentował z nowymi przepisami, inspirując się tradycją kaszubską, kuchnią swojej mamy i swym świetnym kulinarnym wyczuciem, które niczym ukryty zmysł zawsze radziło mu co i jak z czym połączyć, aby nadać daniu niepowtarzalny wyraz. Pewnego razu, Dawid dostał zlecenie na organizację dużego, wystawnego przyjęcia, wiesz, masa gości, dużo pieniędzy, Dawid jest łasy na takie sprawy. Przyjęcie trwało w najlepsze, goście się bawią, Dawid cały w pąsach, kiedy na stoły wjeżdża główne danie. Wszyscy byli zachwyceni! Z sali co rusz przychodziły głosy uznania dla wyśmienitej ryby, kiedy szef zorientował się, że nie są to jego dania, a zupełnie inne, lepsze! Tak być nie mogło… Urażony bezczelnością i talentem brata wyrzucił go ze swojej kuchni i od tamtej pory się do niego nie odezwał… Co do Emila, szczęście w nieszczęściu! Zatrudnił się jako kuchcik u jakiegoś starca, w podupadającej restauracji. Oczywiście swoim talentem odratował podłą smażalnię, która po śmierci właściciela przeszła w jego ręce. Jak widzisz interes ma się dobrze, choć jest raczej mało znany, jednak każdy stały bywalec Kuźnicy wie, że jeśli ryba, to tylko u Emila
W tym momencie pojawił się grubszy, niewysoki mężczyzna o poczciwej twarzy, niosąc na tacy dwa talerze. Ukłonił się grzecznie, po czym życząc smacznego pozostawił świeżo przyrządzone ryby na stole i zniknął w cienistym wnętrzu restauracji. Patrzyła podejrzliwie na ogon i płetwy złączone ciemnym ciałem, którego ciepły, maślano czosnkowy zapach unosił się lekką mgiełką, przyjemnie łechcząc ją po nosie.
- Smacznego
Powiedział kurtuazyjnie Korba, po czym zręcznie począł oprawiać rybę dwoma widelcami. Odkroiła kawałek i powoli wsunęła do ust. Mięso było wyraziste, choć nie raziło swoim rybnym smakiem. Rozpływało się na języku, pozostawiając przyprawową nutę na końcu. Było jej nieco wstyd, że przez tyle lat unikała tego smaku, tak naprawdę go nie znając, kiedy nagle cienka ość ukłuła ją w dziąsło. Zniesmaczona powtórzyła manewr z serwetką
- Ości! Fu! Przepraszam, nie mogę
Korba pokiwał głową, po czym bez pytania zabrał jej talerz i dwoma widelcami oprawił danie, oddzielając białe mięso od ciemnej skóry i wrogich ości. Podsunął jej rybę, która utraciwszy swój nieprzyjazny kształt, stała się teraz wyborną ucztą, delikatnymi mięsnymi kąskami ustawionymi w kolejce do jej ust.
Siedzieli w stłumionym, pomarańczowym blasku popołudnia, dopełniając najedzone brzuchy zimnym piwem. Każdy łyk, chłodny, lekko gazowany, pozostawiający cierpki posmak na języku rozmywał jej świadomość, lecz nie za sprawą alkoholu skrytego w butelce z brązowego szkła, a nostalgicznego smaku przeszłości. Ostatni raz piwo piła po obronie pracy magisterskiej, ze znajomymi z roku, z którymi czuła, że to pewnie ich ostanie spotkanie, że nowe wyzwania i prawdziwe życie, czekające gdzieś na zewnątrz rozrzuci ich po własnych sprawach i zakątkach świata. Śmiali się i rozmawiali, podsycani kolejnymi kuflami, a ona siedziała cicho, czując kiełkujące w jej świadomości zmiany, które będzie musiała dopuścić do głosu, by po raz kolejny zmienić swoje życie, by znów od początku kreować otaczającą ją rzeczywistość i nie gubić się w kolejnych pokojach, za których drzwiami, gdzieś zapewne ukryte było szczęście.
- Pójdę zapłacić
Wstał, zabierając puste butelki, a ona znów została sama przy błyszczącym stole.
Kiedy wrócił, siedziała pochylona nad serwetką kreśląc nerwowo kreski czarnym cienkopisem.
- No proszę! Lula jest artystką… tak coś czułem
Dopiero gdy się odezwał zauważyła jego powrót; rysowanie pochłaniało ją jak letarg, w którym istniała tylko kartka i jej dłoń.
- Co? Ja… nie, to tak jakoś samo… - była lekko nieprzytomna, zupełnie, jakby pytaniem wyrwano ją z długiego snu – to dla mnie zupełna nowość, jakoś wypływa to ze mnie i nic nie mogę zrobić, jakby jakaś siła kierowała moją ręką – lekki rumieniec przebiegł po jej policzkach – to zaczęło się po naszym spotkaniu w porcie, czuje to w sobie, kiedy coś opowiadasz
- W takim razie, będę mówił jeszcze więcej – zaśmiał się głośno, po czym spytał poważnie – czy mógłbym zobaczyć?
Powoli podsunęła serwetkę w jego stronę. Na białym, cienkim papierze, ostre Beckmann’owskie linie układały długi kształt pustego dworca kolejowego. W rogu, na niewielkim krześle spoczywał szkielet ubrany w powyciągany, dziurawy sweter. Nie był to zwykły ludzki szkielet, a pokraczna hybryda mężczyzny i ryby, którego ostre kości rozrywały ubranie, a wygięta postura zastygnięta w oczekiwaniu przywodziła na myśl śmietnikowy odpadek porzucony bezwładnie obok kosza. Z oddali, gdzie tory zbiegały się w ostry trójkąt, kłębiła się ciemna chmura, z której nieprzejednanego oblicza wychodziła stara lokomotywa, tak ciężka i posępna, że licha kartka zaczynała drżeć w dłoniach, gdy tylko oczy napotykały jej zmęczone oblicze.
- Zaskakujesz mnie – rzekł z uznaniem – to jest ciemne, brudne i posępne, zupełnie w moim guście. Gdyby nie to, że byłem świadkiem jak wychodzi spod twojej ręki, nigdy bym nie uwierzył, że taka pogodna dziewczyna, ma takie pochmurne wnętrze
- Ej – wyrwała kartkę z jego dłoni – nie mam pochmurnego wnętrza… już mówiłam, że to samo się wyrywa
- Może przez ten czarny cienkopis? Kolorowe prace są pogodniejsze?
- Nie mam kolorowych…
- To pewnie jak z tymi rybami, co? Nie robisz kolorowych bo nie
Wyszczerzył zęby w przymilnym uśmiechu, nadając wypowiedzi ton żartu, po czym lekko skinął głową na znak wyjścia. Zachowywał się luźno, jakby poza otaczającą ich rzeczywistością, ale Laura czuła jak jego intensywne spojrzenie sączące się zza ciemnych okularów bada z uwagą każdy jej ruch.
Rozstali się w lesie. Przemknął przez niskie zarośla, nie budząc przy tym szmeru żadnego liścia, a Laura ruszyła dalej, wyciągając nogi, by zdążyć do domu pod opieką ostatnich promieni słońca. Kiedy ogień zapłonął w kominku poczuła spokój, i siedząc na podłodze przy palenisku wyczekiwała, aż ciepło rozejdzie się po wnętrzu, nadając mu miękkiego, sennego klimatu, który tak bardzo ceniła. Już połowa wakacji; jeszcze chwila, a będę musiała wrócić do domu, pomyślała z lekką trwogą. Wyobraziła sobie skute mrozem miasto i jej mieszkanie, ogrzewane lichym kaloryferem, który choćby dwoił się i troił nie był w stanie zapewnić cienia komfortu, niezbędnego do prawidłowego funkcjonowania jej organizmu. Teraz jednak pławiła się ognistą ucztą, której ciepłe dłonie masowały jej rozłożone na dywanie ciało. Każdy mięsień, staw, każda komórka jej ciała przesiąknięta była ciepłem, które kumulowane za dnia ze słonecznych promieni podsycane było w nocy przez grube, sosnowe polana trzaskające iskrami na jej widok. Zamknęła oczy i wsłuchała się w ciche szepty kominka, kiedy zza okna dobiegł ją skrzypiący dźwięk otwieranej furtki. Zastygła w bezruchu i nasłuchując dalej wyczuła kroki w wysokiej trawie okalającej dom. Dźwięki były stłumione, niemal niesłyszalne i wydawało jej się, że kroki stąpają po wnętrzu jej głowy a nie ogrodzie. Podeszła do okna i uchyliła kawałek grubej zasłony. Na zewnątrz było ciemno, jednak w białej poświacie księżyca, niedaleko płotu dostrzegła poruszający się kształt. Osunęła się na podłogę i poczuła, jak krew spływa z jej twarzy, nadając jej bladych barw nocy. Choć kształt był niewyraźny, choć nie miała pewności czy to człowiek, zwierz czy jedynie jej wyobraźnia, czuła, że nie może być więźniem własnego domu. Założyła buty i powoli, na miękkich nogach wyszła na ganek. Noc była gęsta, wilgotna i bezwietrzna. Pełna twarz księżyca wyglądała ukradkowo zza grubych chmur, które chowały gwiazdy za swoim spienionym obliczem. Włączyła latarkę w telefonie której białe, rozproszone światło rozlało się bezładnie po ogrodzie. Zeszła po drewnianych schodach i rzucając pytania w mrok wyczekiwała odpowiedzi. Furtka stała otwarta. Podeszła do niej i zamknęła ją na klucz, kiedy zza pleców usłyszała szmer trawy i chrzęst łamanych gałązek. Silne uderzenie gorąca rozpaliło jej twarz, rozszerzając źrenice tak, że niemal całe jej oczy stały się teraz czarne. Bezwładne przed chwilą mięśnie stwardniały, prężąc pod skórą gotowość do skoku, niczym puma polująca na pochłoniętego śpiewem drozda. Stąpała powoli, torując drogę małą lampką z telefonu, kiedy zbliżyła się do miejsca, gdzie widziała ów dziwny kształt.
- To prywatna posesja, proszę stąd natychmiast iść
Jej głos brzmiał obco, jakby dochodził z oddali i szybko rozmył się pośród wysokich traw. Krzaki stały nieruchomo a złowieszcza cisza, ku jej zdziwieniu, nieznacznie ją uspokoiła. Odwróciła się, gdy kilka metrów przed sobą spostrzegła parę żółtych, świecących oczu. Ostry dreszcz przebiegł po jej plecach, jednak po chwili rozpoznała swojego czarnego przyjaciela w wyjściowym, białym krawacie.
- Więc to ty mnie odwiedzasz, co?
Odezwała się serdecznie, po czym zrobiła krok w kierunku kota. Ten jednak zjeżył grzbiet i ukazując białe zęby zawył przeraźliwie. Nigdy dotąd nie słyszała, żeby kot wydawał tak przeciągłe i zawodzące dźwięki, których ostre brzmienie cięło noc jak szpony wyrywające się z samego piekła. Żółte oczy płonęły niezrozumiałym blaskiem, który świdrował jej wnętrze, pulsując mocnymi uderzeniami w głowie, tuż pod linią czoła. Nim się spostrzegła, nim zdążyła cokolwiek pomyśleć, przekręcała klucz stojąc w ciepłej osłonie drewnianych ścian.
*
Kiedy znów otworzyła drzwi ciepły poranek wesoło tańczył po ogrodzie, który buchając soczystą zielenią utracił zupełnie swój posępny kształt minionej nocy. Usiadła przy stoliku i wzięła mały, ożywczy łyk aromatycznej kawy. Była zmęczona. Niemal nie zmrużyła oka, nasłuchując godzinami głuchej ciszy sączącej się zza ścian i tylko ciemny napar był w stanie przywołać jej skołatana głowę do względnego porządku. Podniosła wzrok znad filiżanki i przy płocie spostrzegła Korbę machającego w geście powitania.
- Otworzysz mi bramę?
Wstała i podeszła do furtki
- Co ty tu robisz?
- Ah, to się nazywa szczęśliwy przypadek! Spacerowałem sobie, myśląc o tobie i proszę, akurat wyszłaś na taras. Widać przywołałem cię myślami, ale to się świetnie składa… co powiesz na małą wycieczkę?
- Nie, raczej nie… nie najlepiej się czuje
- To tym lepiej, jeśli mogę tak rzec – poprawił okulary – ta wycieczka na pewno poprawi ci nastrój
- Czy ja wiem… dobrze czuję się tutaj, w zasadzie nigdy nie opuszczam Kuźnicy
Położył rękę na jej dłoni która spoczywała oparta o płot i spojrzał głęboko w oczy
- Miejsce Pocałunku – powiedział szeptem wyraźnie intonując słowa
Szybko zabrała rękę i zmierzyła go wzrokiem spod ściągniętych brwi
- Co proszę?
Zarechotał cicho, wypuszczając powietrze nosem, po czym lekko przechylił głowę
- Kusfeld – wycyzelował nazwę całą twarzą – to kaszubska nazwa Kuźnicy, miejsce pocałunku morza i zatoki – wytłumaczył spokojnie – w tym miejscu półwysep jest najwęższy, stąd taki dobry klimat, niemal jakby mieszkało się na wodzie – spojrzał na nią przymilnie – to jak z wycieczką? Obiecuje, że się nie zawiedziesz
Kilka minut później szli wąską leśną ścieżką w kierunku drogi. Laura miała na sobie błękitne spodnie z lekkiej dzianiny, białą bluzkę i narzuconą na ramiona chustę w złoto błękitne wzory. Zmęczone oczy ukryła za ciemnymi okularami i wreszcie mogła mierzyć spojrzenia z Korbą na równych zasadach. Doszli na skraj usypanego żwirem placu, który służył za parking, po czym Korba wskazał niewielkie, białe auto stojące w cieniu drzew. Było kanciaste, ze zmatowiałym lakierem i na wąskich kółkach prezentowało się raczej mizernie. Był to najprawdopodobniej stary, francuski hatchback, ale swoje lata świetności przejeździł tak dawno temu, że Laura nie była w stanie określić modelu. Wsiedli do środka. Korba zapuścił klekoczący silnik, który z pewnym trudem ruszył pojazd z miejsca, by skierować go na długą asfaltową aortę biegnącą wzdłuż półwyspu, łącząc go z bijącym sercem stałego lądu.
Gdy wjechali do Władysławowa poczuła się nieco nieswojo. Już od dawna nie widziała takiej masy ludzi, która przelewała się kolorową falą wzdłuż długiego chodnika okalającego główną ulicę z obu stron. Było to miejsce specyficzne. Jak większość nadmorskich miejscowości żyło jedynie w sezonie, jednak odwiedzający Władysławowo turyści stanowili najbrzydszy wycinek polskiej rzeczywistości. Grube brzuchy wylewały się spod rozpiętych, wypłowiałych koszul; przesadnie umalowane kobiety, przypominające ludzkie karykatury wykonane z wosku świeciły z dala brokatowymi koszulkami i przyżółkłymi od papierosów zębami, które eksponowały nad wyraz często, przywołując do porządku swoje otyłe dzieci o świńskich buziach, umazanych lodami i bitą śmietaną z gofrów, które można było kupić tu na każdym kroku. Władysławowo miało jeden zasadniczy plus. Stanowiło coś w rodzaju zlewowego sita, które zatrzymując największy brud napływający z kraju przepuszczało na półwysep jedynie czyste i przejrzyste krople społeczeństwa, będącego w stanie docenić wartość zacisznego, wyspiarskiego klimatu tego nikłego skrawka ziemi. Zaparkowali przy głównej ulicy i w końcu uwolnili się od głośnego warkotu silnika. Szyld na białym budynku znajdującym się przed autem obwieszczał, że przybyli do „Sklepu dla plastyków”.
- Cóż, nie możesz wiecznie malować na czarno - powiedział Korba wyciągając z kieszeni paczkę tytoniu - poczekam tu, a ty zaopatrz się jak na artystkę przystało
Uśmiechnął się, po czym wyciągając filtry i bibułki zaczął przygotowywać papierosa. Laura wysiadła z auta i odetchnęła głęboko zapachem gorącego ciasta i waty cukrowej, po czym zniknęła w chłodnym wnętrzu sklepu.
Kiedy wyszła, blask radości bijący z jej roześmianej twarzy był tak silny, że słońce musiało na chwilę schować się za chmury, gdyż porażone jej wdziękiem poczerwieniało z zazdrości. Szła swobodnie, wymachując dwiema wypełnionymi po brzegi torbami.
- Było tam wszystko! – mówiła z przejęciem – kompletnie nie mogłam się zdecydować, więc postanowiłam zaopatrzyć się na zaś, zobacz – zaczęła wyciągać rzeczy, rozkładając je na masce auta – mam miękkie ołówki, od 2B do 8, a tu pędzle z końskiego włosia, trzy grubości! farby akrylowe i plakatówki, dwa rodzaje papieru… o! wzięłam nawet brokat, choć zupełnie nie wiem po co
Szczebiotała jak mała dziewczynka, która przeżywała gwiazdkę i urodziny jednocześnie. Korba dopalał papierosa, patrząc z uznaniem na świeże nabytki, które wysypywały się z siatek, zdających się nie mieć końca, po czym pomógł jej wszystko zapakować do bagażnika i zamknął auto
- Idziemy gdzieś jeszcze? – zapytała z niecierpliwą nutą dziecka, które przed odpakowaniem nowej zabawki musi spełnić jeszcze pewne przyziemne obowiązki
- Tak – oznajmił – to miało być miejsce techniczne, a dopiero następne było pomyślane pod względem rozrywkowym, ale widzę, że moje plany zaskakują nawet mnie
Zmieszali się z tłumem i ruszyli w kierunku dworca. W połowie drogi, zeszli z chodnika i stąpając po żwirowej ścieżce, stanęli przed ogromnym, białym namiotem pachnącym starą gumą.
- Ten sklep chyba nie ma nazwy, ale zwykłem pieszczotliwie mówić na niego Świat Fajansu – wskazał na namiot pociągłym ruchem ręki, niczym asystent magika prezentujący swojego mistrza – jeśli masz wolne 10 minut i 10 złotych możesz zdobyć tu prawdziwe cuda
Weszli do środka i stąpając po gołych, przykurzonych deskach zagłębili się w ciasnym labiryncie uformowanym z białych, drucianych koszy sięgających wysokości pasa. Było tu praktycznie wszystko; od perfum i lakierów do paznokci, po węże ogrodowe, karafki, obrazy, przeciwdeszczowe spodnie, kolorowe żarówki, nakręcane zabawki, wzorzyste pinezki, nakrętki, wycieraczki, łopaty, kwieciste girlandy oraz cała masa piłek, groszków, baloników, rzutek, kubków a nawet ubrań, kołnierzy ortopedycznych czy stoperów do drzwi, imitujących sztabki złota. Zmysł zbieracza zapłonął w Luli niczym surówka w chińskiej hucie i zaślepiając jej oczy białym blaskiem syczał do ucha podpowiedzi dotyczące kolejnych przedmiotów dokładanych do koszyka. Nim spostrzegła, jej filigranowa ręka drżała od ciężaru fajansowych skarbów wygrzebanych z drucianych kufrów, przyciągając ją do rzeczywistości.
- Trzydzieści siedem złotych
Oznajmiła blondynka stojąca przy kasie, a Laura wprost nie mogła uwierzyć, że płaci takie grosze za skarby, których żadna sroka nie byłby w stanie zebrać w ciągu całego swego żywota.
Klekoczący silnik znów zacharczał z trudem i ruszyli w kierunku Kuźnicy. Uchyliła okno i pozwoliła by ciepły wiatr zmierzwił jej rozpuszczone włosy. Zakupy są zawsze dobrą metodą na chandrę, jednak czuła, że rzeczy które dziś zdobyła są czymś więcej niż zwykłym zapełnieniem pustki, a raczej dopełnieniem psyche, artefaktami niosącymi zmianę i spełnienie. Rozparła się wygodnie w fotelu i lekko mrużąc oczy oglądała zielony tunel który okalał ciasno drogę i rozmywał się pod wpływem jazdy, nadając drzewom płynnych, miękkich linii
- Lepiej, prawda? – zapytał Korba
Przytaknęła głową nie odrywając wzroku od drogi
- Cieszy mnie to – zwrócił twarz w jej kierunku – jeśli wolno zapytać, co było przyczyną złego nastroju? Rano wyglądałaś jak siedem nieszczęść – nadał twarzy lekkiego grymasu
Opowiedziała mu o dziwnych dźwiękach, o furtce i przeraźliwym kocie. Obawiała się przy tym, że uzna ją za wariatkę; za miejską dziewuchę, która pozostawiona na wsi boi się każdego odgłosu natury. On jednak słuchał z powagą, wyłapując każdy fragment opowieści i dopytując się o szczegóły
- Może nawiedziła cię mara?
- Oh tak, i co jeszcze?
- Nie śmiej się – obruszył się – to stare kaszubskie wierzenie. Mara jest zjawą, demonem, który nawiedza ludzi i zwierzęta. Jest wiele możliwych przypadków jej zrodzenia, kaszubi byli dosyć elastyczni w tej materii, tak więc marą mogła zostać najmłodsza siostra z siedmiorga rodzeństwa, grzesznica, zdradzona kochanka bądź dziewczynka której imię przekręcono w czasie chrztu… mora pojawia się w księżycowe noce, tak by blada łuna oświetlała jej drogę. Pierwotnie przychodzi pod postacią kobiety, ale potrafi zmieniać się w koty, kuny, myszy czy nawet liście bądź źdźbła trawy… Najgorsze jest to, że dana osoba nie wie, że jest morą, za dnia żyje jako człowiek, a w nocy jej dusza przeistacza się w upiora, który spija krew z…
- Przestań! – przerwała Laura, czując jak miniona noc powraca wzbogacona o nowe obrazy
- Dobra, dobra… ja tylko szukam możliwych rozwiązań
- Duch jest możliwym rozwiązaniem? Daj spokój… pewnie jakiś pijak kręci się po lesie, a moja wyobraźnia dopełnia wszystko paskudnymi obrazami…
- Skoro tak mówi ci twe szkiełko i oko, to skąd taka trwoga?
- Głupie pytanie… jestem sama w domu, w środku lasu a ktoś kręci się po ogrodzie… nie ma w tym nic przyjemnego, zwłaszcza, jeśli nie wie się co tak naprawdę dzieje się za oknem… no i nie mogłam spać, a niewiele cenię sobie bardziej niż porządny sen
Rozstali się na parkingu. Korba poszedł w kierunku portu, a Laura, obarczona torbami pełnymi skarbów prosto do swego domu, gdzie zamknąwszy drzwi na klucz postanowiła z miejsca zatopić się w białych odmętach papieru. Rozłożyła wszystkie przedmioty na podłodze i obgryzając końcówkę ołówka zaczęła rozmyślać co ma pojawić się na czystej stronie. Nic, pusta kartka ziała bezradnością. Nakreśliła linię, potem drugą. Nie, to zupełnie nie to. Wrzuciła kartkę do kominka. Obracała ołówek w dłoni przywołując do głowy rozmaite myśli i obrazy, jednak nic nie zawierało w sobie sensu, nic z twórczej ekstazy spływającej do jej dłoni. Pomasowała kark. O, a może… cienkie linie zaczęły wytyczać kształt pomieszczenia, okno, ławki… nie! Kolejna kartka powędrowała do kominka. Kawa, kawa na pewno mnie rozbudzi, w końcu jestem niedospana, pomyślała, po czym udała się do kuchni. Parzyła napar przy otwartym ekspresie, patrząc jak srebrne wnętrze wypełnia się płynem. Pierwsze krople zapełniły dno ciemną, karminową czerwienią która powoli przeistaczała się w głęboką czerń, zwieńczoną blado pomarańczową pianką, której sykliwe bąbelki ogłaszały koniec procesu. Usiadła przy stole i spoglądając na rozłożone przedmioty szybko opróżniła filiżankę, a po niej następną. Znów usiadła na podłodze. Niebieska kredka miękką linią przecięła kartkę na pół, pokruszyła trochę suchej pasteli i białym spodem palca roztarła jej okruszki po szorstkim papierze, chwyciła żółtą kredkę i bezradnie zawiesiła ją nad niebieską plamą kreśląc kształty w powietrzu. Odsunęła kartkę i rozejrzała się po pokoju. Co by tu… oh! Fajansowe skarby! Wysypała zawartość złotej torby na kanapę. Przeglądała zakupy, znajdując dla nich miejsce w przestrzeni. Ten obrazek postawie tu, kieliszek do kuchni, to schowam na później, o! to powieszę tam… Kiedy rozlokowała pstrokaciznę po wnętrzu nieco się uspokoiła i z dumą na policzkach usiadła przed rysunkowym blokiem. Może farby? Poszła do kuchni i po chwili wróciła z kubkiem wody. Zmoczyła pędzel i miękkimi liniami podzieliła kartkę na części. Papier namókł marszcząc się niezgrabnie. Za dużo wody. Przewróciła się na plecy i ślepo spojrzała w sufit. Przygryzła wargi i głęboko odetchnęła nosem. Powietrze. Wyszła na zewnątrz i oparła się o rzeźbioną balustradę. Wsłuchała się w śpiew ptaków po czym zeszła do ogrodu. Ostre źdźbła trawy łaskotały jej bose stopy, kiedy spacerowała wokół domu. Chyba wystarczy. Wróciła do środka i obiegła wzrokiem podłogę. Nie mogę rysować jak dziecko w przedszkolu. Oczyściła stół, skrupulatnie wyszukując nowych miejsc dla serwet, świeczników i wazonu, po czym przeniosła pracownie na blat. Nowe miejsce nic nie zmieniło a puste kartki nadal drwiły z jej bezradności. Schowała twarz w dłoniach a z jej wnętrza wydobył się cichy jęk. Czuła, jak niemoc powoli przekształca się w złość. Gorąca krew napłynęła do jej twarzy, a myśli skołatały się niezgrabnie tańcząc pod włosami. Zacisnęła dłoń w pięść i uderzyła w stół. Zabarwiona farbą woda rozlała się na kartkę, tworząc nieforemną, błękitną plamę. Dość! Szalona ręka roztarła plamę, a dalej posuwistym ruchem zrzuciła kredki i pędzle na podłogę, chwyciła stojącą przy krześle butelkę wody i z impetem cisnęła ją przed siebie. Butelka uderzyła w stojącą naprzeciwko szafkę, tłukąc wazon i zrzucając grube tomiszcze oprawione granatowym materiałem. Opamiętała się i podeszła do miejsca zniszczeń. Pozbierała kwieciste kawałki wazonu, po czym podniosła starą księgę, która upadając rozwarła przed nią swoje pożółkłe strony. Chciała ją odłożyć, jednak wzrok mimowolnie przeleciał po starym druku
… a bosman krzyknął w trwodze by zwijać żagle, gdy spostrzegli na drzewcach zieloną łunę, jakby sam Anioł Pański przyszedł obwieścić ich śmierć. Stali jak słupy wpatrując się w cud, gdy potężna fala…
Czytała dalej, nie mogąc oderwać wzroku od słów, które przyciągając ją potężną siłą przelewały się prosto do jej głowy. Poczuła swędzenie. Kiełkujące uczucie rozrastające się obrazami pod gładką skórą czoła, gdzie nagle pojawili się marynarze, fale i zielona łuna. Tekst w głowie przybierał męski ton, było w nim coś z bajdurzenia wuja i lekki zaśpiew swobodnych wypowiedzi Korby. Historia biegła swoim rytmem wypełniając czaszkę, skąd przelała się wezbraną falą do karku, gdzie zawrzała ciepłem i przyjemnym uciskiem, jakby niewidzialne dłonie rozpoczęły masaż spiętych pod skórą mięśni. Czytała dalej, aż poczuła jak stara księga zaczyna drżeć w jej dłoniach. Odłożyła ją na stół i ze spokojem usiadła przy ogarniętym chaosem warsztacie. Mokra, niebieska plama wyglądała nad wyraz kusząco i nim spostrzegła, jej ręka kreśliła płynne linie wtapiające się w białą przestrzeń.
Na zewnątrz było już ciemno, kiedy odrętwiałe z bólu palce rozwarły się wypuszczając kredkę na stół. Wnętrze domu było ciche i chłodne, gdyż pochłonięta obrazem zupełnie zapomniała o podłożeniu ognia do kominka. Zapomniała też o jedzeniu i teraz, wyrwana z szału tworzenia poczuła kleszcze głodu zaciskające się na żołądku. Ale to nie miało żadnego znaczenia. Wstała od stołu i z góry spojrzała na malunek, zupełnie tak, jakby przez ostanie godziny nie wiedziała co powstanie na papierze. Z miękkich, wielobarwnych plam biła siła morza i wpatrując się, można było usłyszeć ducie zimnego wiatru, krzyki marynarzy i łopotanie poszarpanych żagli. Blada, zielona poświata okalająca statek, którą bardziej się czuło niż widziało, powodowała ostre dreszcze na skórze, które podsycane były smutnym zawodzeniem syreny ściągającej nieszczęśników na dno. Choć wyszło to z niej, choć nakreśliła to wszystko jej ręka, czuła głębie emocji bijącą z płaskiej kartki, która nie tak dawno temu martwa, żyła teraz siłą całej nieszczęsnej załogi. Po omacku wyszukała kształt łóżka i opadła bezwładnie na pościel. Była wykończona. Jedyne czego teraz pragnęła to długi, kojący sen. Okryła się pościelą i wtopiła twarz w chłodną poduszkę. Czuła jak powoli odpływa, jak z każdym oddechem jej ciało staje się coraz cięższe, ale czuła także, gdzieś z głębi, słodki zapach kwitnącej satysfakcji.
*
Przyszedł sierpień. Przepalona słońcem i zmęczoną zielenią Kuźnica zaczynała na nowo łapać spokojny oddech, wraz z opuszczającymi ją turystami. Dni ciągnęły się leniwym pasmem kotów wygrzewających ciała na rozgrzanym betonie i starych marynarzy błąkających się bez celu po wąskich brukowanych ścieżkach.
Dla Laury był to jednak okres niezwykle intensywny, i gdyby ktoś powiedział jej, że w czasie corocznych wakacji spędzanych niezmiennie w tym samym miejscu, będzie tak zajęta, że nie znajdzie czasu by zaczerpnąć słoneczniej kąpieli, z miejsca wzięłaby go za osobę niepoważną i odwracając się na pięcie odeszłaby śmiejąc się po nosem. A jednak. Wyjścia na plażę ograniczyła do minimum potrzebnego dla utrzymania hebanowej opalenizny, a i tak czuła wtedy, że traci czas i niespokojnie przewracając się z boku na bok czym prędzej wracała do domu, gdzie pochłonięta pracą spędzała teraz większość czasu. Obrazy wychodziły z niej jeden za drugim, powoli zapełniając wnętrze domu swymi różnorakimi obliczami. Dni zlewały się jej w długi, nieokreślony ciąg w którym działała zgodnie z wytyczonym na nowo planem, a którego starannie zaplanowane punkty nakierowane były na jak najlepsze wykorzystanie czasu i energii na spełnianie woli twórczej. Po luźno wiszących ubraniach odczuła że schudła, bowiem nie chcąc tracić sił na trawienie ograniczyła posiłki do minimum, karmiąc się książkami, wspomnieniami i opowieściami Korby, którego zazwyczaj spotykała przypadkiem, akurat wtedy, gdy czuła, że ogień inspiracji zaczyna przygasać. Spacerowali po plaży, smakując kaszubskich legend wyrzucanych na brzeg razem z morską pianą czy po mieście, gdzie wyskrobywali ze starych murów historie, których nie znali nawet ich mieszkańcy. Dziecięca wyobraźnia, uśpiona przez lata, powróciła silniejsza niż kiedykolwiek i wypełniała jej głowę synestetycznymi tworami, które ożywając przed jej wewnętrznymi oczami otwierały świat na nowo, wydobywając z jego szarej prozy barwne treści, ukryte w najmniejszych przedmiotach i doznaniach. Twory te, wytyczyły drożny kanał w jej ciele i z łatwością wędrowały do permanentnie rozluźnionego karku, gdzie kompensując swój kształt opadały do smukłej dłoni, której wprawne i wyćwiczone ruchy z lekkością materializowały nieuchwytne wizje, zatrzymując je w czasie i przestrzeni. Czuła się pełniejsza. Jakby po latach przesiedzianych w jaskini, gdzie światło i zdarzenia były jedynie niewyraźnymi kształtami majaczącymi się na porowatej, kamiennej ścianie w końcu wstała i na własne oczy dostrzegła bezmiar zielonych pól rozłożonych pod niebieskim sklepieniem.
Stado białych koni, o czarnych, szalonych oczach i skłębionych grzywach wybijało przeraźliwy tętent, który niczym grzmot niósł się od morza w kierunku plaży, zwiastując uderzenie ich skłębionych w pianie kopyt, kiedy usłyszała ciche pukanie do drzwi. Otworzyła, wpuszczając mrok do środka i w wąskim pasie światła wydobywającego się zza jej pleców zobaczyła gładką twarz Korby.
- Dobry wieczór – powiedział, opierając rękę o framugę
- Cześć, zupełnie się ciebie nie spodziewałam… wejdziesz?
- Chyba nigdy się mnie nie spodziewasz – rzekł z nutą satysfakcji w głosie – w zasadzie to liczyłem, że cię stąd wyciągnę
- Teraz? W nocy?
- Teraz, w nocy
*
Pienisty dźwięk małego dwusuwu marszczył bezwietrzną noc, rozchodząc się drgającą falą po czarnej tafli zatoki. Przed chwilą uśpiona, a teraz, przebudzona ostrym cięciem smukłego dziobu małej żaglówki woda, niosła po sobie stłumione głosy dwójki pasażerów.
- Co za noc… - wyszeptała Laura siedząca na dziobie – w końcu jest ciepło… i te gwiazdy - wyciągnęła się do tyłu, wlepiając plecy w chłodne poszycie statku
Korba wstał od steru i pewnym krokiem pochłonął dzielącą ich przestrzeń
- Spójrz – wskazał wycinek nieba na lewo od statku – to gwiazdozbiór Malarza, do niego płyniemy
- No pewnie… a gwiazdozbiór Korby to ten na prawo?
- Odkrył go w XVIII wieku pewien francuski opat, Nicholas Louis de ktoś, wyglądem przypominał mu sztalugę – wymuskał kształt z bezwiednie rozrzuconych plamek – widzisz?
- Nie – zaśmiała się – wybacz, ale poza wielkim wozem nie rozróżniam żadnej konstelacji… Korba?
- Tak?
- Dlaczego zawsze nosisz te okulary? Nawet teraz, w nocy
- Cóż… mówią, że oczy to okna duszy, a ja nie lubię jak się mnie podgląda
- Czcze frazesy – rzekła przewracając oczami – życie to nie film, nie możesz wiecznie uciekać w fantasmagoryjne opowieści i enigmatyczne sentencje, czym ty się w ogóle zajmujesz?
- Uciekaniem w fantasmagoryjne opowieści i snuciem enigmatycznych sentencji – wyczuła w powietrzu jak się uśmiecha – życie to tylko zbiór przypadków rozrzuconych po kalendarzu, to czy będzie filmem czy zimną breją zależy od roli jaką sobie wymyślimy
- A jaką rolę ma w nim Joanna?
- Joanna?
Przekręciła twarz w jego stronę
- Tak nazywa się statek
- Ahh tak… to była moja pierwsza miłość, wiesz, ta gorąca i żarliwa, która wypala ślad na resztę życia – zrobił pauzę – Joanna pochodziła z rodziny o wiekowej tradycji żeglarskiej, odpłynęła z mojego życia, pozostawiając jedynie imię na burcie, cóż… lepsze to niż tatuaż
Podniósł się i chichocząc usiadł przy sterze. Po kilku minutach silnik zamilkł a pokład zanurzył się w cichym blasku nocy. Korba zarzucił kotwicę, której omszałe ramiona połączyły łajbę z zatoką i ze spokojem wrócił na dziób, by usiąść obok Luli.
- Zobacz
Przed nimi majaczył się niewyraźny, cylindryczny kształt wyrastający z sennej wody.
- Co to? Jakaś boja?
- To Kujawiak – oparł się ramionami o poszycie – stara łódź podwodna, którą dostaliśmy w schedzie po kacapach. Służył w marynarce kilka lat, a później ktoś wpadł na pomysł, żeby go tu ze złomować – zamyślił się, po czym ściszył głos – zabawne, za życia pozostawał w ukryciu, a gdy odszedł, wypłynął na powierzchnię odsłaniając swoje piękno dla wszystkich
- Może gdyby czasem się pokazał też by go docenili – powiedziała cicho – nie trzeba odchodzić aby się na tobie poznali, czasem wystarczy być
- A jeśli nie można? Jeśli sytuacja wymusza na nas inne rozwiązanie? Łódź podwodna nie może pływać po powierzchni, taki już jej los
Łajba bujała się delikatnie, poruszając trójmiejskim horyzontem, którego czerwone błyski przypominały im o istniejącym gdzieś w oddali świecie.
- Chciałabym zostać tu na zawsze – wyszeptała do nieba – ale woda i gwiazdy to chyba za mało do życia
- To czemu nie zostaniesz? Nie mówię o statku, ale o Kuźnicy… nie myślałaś, żeby zamieszkać tu na stałe?
- Myślałam… ale boję się, że proza codziennego życia zabije to miejsce, że znienawidzę ten dom, do którego tęsknie cały rok… poza tym mam pracę, obowiązki, dzieci które mnie potrzebują, pamiętasz?
- One ciebie czy może ty ich?
- One mnie, ja ich… to nadal powód by wrócić
- A gdybyś ich już nie potrzebowała? Gdyby okazało się, że wszystko co robisz, to jedynie namiastka twoich prawdziwych pragnień, że szczęśliwsza będziesz gdzie indziej, to skąd będziesz o tym wiedzieć, skąd?
- Nie można wiecznie poszukiwać Korba… smak nieznanego jest pociągający, ale z czasem powszednieje i znów porzucasz i znów ruszasz, a wszystko co masz, to jedynie garść nadziei i worek pełen wspomnień
Dotknął jej dłoni, po czym zamknął ją w swoich zimnych palcach.
- To jedyne co mam
Zamilkli, oddając uwagę tanecznym występom gwiazd, na błyszczącym parkiecie zatoki. Biała loża bujała się bezwiednie, to w górę to w dół, zupełnie jak zmęczone powieki Laury.
- Chodźmy spać – wyszeptała
- Pewnie – podniósł się rozłączając dłonie – pod pokładem jest łóżko, już ci je przygotowałem
- A ty?
- Ja zostanę na zewnątrz, lubię spać w chłodzie
Zeszła do wąskiej kajuty i w ubraniu padła na pościeloną koję. Słone powietrze, które czuła na swojej kurtce głaskało ją po twarzy i nim zdążyła okryć się śpiworem, kołyszącym się krokiem przyszedł sen ukrywając ją w swoich ramionach.
*
Kiedy otworzyła oczy, przez chwilę czujnie badała obce miejsce skąpane w miękkim półmroku, jednak gdy tylko się uniosła i dostrzegła ostry słup światła w którym tonęły jej stopy wszystko powróciło na swoje miejsce. Pomyślała, o kąpieli w chłodnej wodzie. O wspaniałym poranku niczym w Saint Tropez, gdzie piękni i bogaci budzą się na jachcie, otoczonym falistym lazurem i pierwsze co robią to weń wskakują, zmywając z siebie resztki nocy. Wyszła na pokład a wnet jej marzenie rozbiło się o szorstki beton nabrzeża. Łódź stała zacumowana w porcie.
Czekała na Korbę może z dziesięć minut, ale raczej dla proformy, aby nie uciekać w popłochu z jachtu i jeszcze chwilę po sycić się zielonkawym powietrzem, bowiem wiedziała, że jeśli zniknął, to na następne spotkanie będzie musiała poczekać aż do chwili, kiedy przyśnie jej czujność. Lekkim krokiem wróciła do domu, a wyspana w słonej kołysce głowa pełna była energii i swym pogodnym nastrojem zwiastowała udany dzień. Wypiła kawę na tarasie po czym, zamykając drzwi swej pracowni, usiadła nad pustą kartką. Linie powoli zaczęły wypełniać przestrzeń, przenosząc z głowy czas minionej nocy. Stała na rufie, widząc przed sobą długą, gładką taflę łodzi i majaczący się niewyraźnie omszały kiosk dalekiego kuzyna Nautiliusa, uziemionego w swym płytkim grobie. Ruszyła w stronę dziobu, kiedy nagle stanęła w pół kroku, jak sparaliżowana, nie mogąc choćby mrugnąć. Przed nią siedziała ciemna postać. Czuła, że ją zna, wiedziała to gdzieś w głębi, ale zupełnie nie mogła określić kim jest ów mężczyzna w granatowym płaszczu, który posyła jej uśmiechy. Rozmawiała z nim przecież, widzieli się nie raz, a jednak jego imię ciągle pozostawało nieznane, zupełnie jak zamiary i wiecznie ukryte oczy, których ciche szepty sączyły się niczym łzy, zza ciemnej kurtyny. Chciała narysować jego ręce, ale zupełnie straciła myśl, jak je ułożyć, aby oddać to, co działo się pod zmierzwioną czupryną. Opiera się lekko, patrząc w dal, czy może napięte mięśnie skrywają słowa których boi się wypowiedzieć? Spogląda jej w oczy, czy może wyławia z gwiazd kolejną postać do swoich opowieści? Jak oddać dotyk jego dłoni, zimnych i kościstych, ale pewnych i czułych? Odsunęła kartkę opierając twarz na dłoni i wisiała tak bezwładnie, aż do chwili, gdy spostrzegła, że końcówka ołówka trzymanego w drugiej ręce wygryziona jest do drzazg. Zaśmiała się na głos, by ukryć roztargnienie, po czym podeszła do półki i zabierając z niej przeciwsłoneczne okulary wyszła na zewnątrz. Sierpniowe słońce paliło resztką sił, rosząc jej czoło kropelkami zmęczenia, kiedy przycinała zdrowe gałęzie i wyrywała zielone liście młodych drzew. Zmęczona opadła na krzesło i przecierając twarz chusteczką zdjęła okulary. Siedziała na werandzie, przy białej serwecie, na której ciemną plamą odrysowywała się para zielonkawych szkieł. Złożyła dłonie na chłodnym blacie, po czym oparła na nich swoją rozgrzaną twarz. W ciemnych lustrach widziała odbicie własnych oczu, które zaczarowane refleksem rozmnożyły się i utkwiły w jej twarzy nowym życiem. Siedziała z gościem, bez kawy czy rozmowy, wpatrując się w niewyraźną twarz majaczącą się gdzieś pod jej czołem, gładkimi jak brzuch zaskrońca, który pochłonięty swoimi sprawami przemykał wśród wysokich traw.
*
Końcówka sierpnia przyszła wraz z zachodnim wiatrem, którego zmęczone podmuchy niosły ze sobą suchy zapach żniw i złoty kurz zbierany spod kół tłumnie odjeżdżających turystów, którzy pozostawiwszy stres i pieniądze wracali do swoich spraw.
Ostatni dzień w Kuźnicy chciała spędzić Laura jak dawniej, oddając się błogiemu lenistwu i najprostszym przyjemnością, których słodki smak, tak nieuchwytny w mieście, pragnęła odstawić w pamięci by wraz z szarą słotą móc zaglądać do niego, niczym do słoika konfitur i łyżeczką wyjadać zasypane cukrem kawałki lata. Jadła śniadanie na werandzie, tłumacząc swędzącej dłoni, że dziś poddadzą się otaczającym wydarzeniom, zamiast kreować je na nowo w ciemnych, drewnianych ścianach. Pogoda sprzyjała planom i chwilę później słońce suszyło jej słoną skórę, która w chłodnym drżeniu zapisała ostatni dotyk morza. Piasek był biały, jej ciało ciemne, a czas pędził razem z wiatrem po plaży, której pusty obraz aż prosił się o wypełnienie go myślami. Od nocy na jachcie minęły niemal dwa tygodnie, a Korba wciąż się nie pojawił. Rozpłynął się, niczym senna myśl, której wyraźny kształt malujący się w ciemności, przepada wraz z pierwszymi promieniami dnia, pozostawiając jedynie cierpki kolec bezradności uwierający swym wspomnieniem. Ale to nic, pomyślała. Chciała powiedzieć jedynie do widzenia, może podziękować za wspólny czas i rozmowy, ale nic więcej, zwykła grzeczność. Wyjechał? A może jest tu cały czas i kryje się przed nią? Ale czemu? Przez te dwa tygodnie często wracała myślami na zatokę, starając się ułożyć w głowie ich czyny i słowa, myśląc, że znajdzie w ten sposób punkt, ten kluczowy moment, który sprawił, że odszedł. Był to jednak daremny trud, bowiem przy każdej projekcji, słowa zmieniały się, podporządkowując się nowej myśli, która niczym artystyczny opiekun, dbała o zachowanie ustalonej konwencji. Z czasem różne wersje zatarły pierwotny obraz, i choć zdawała sobie z tego sprawę, tworzyła nowe opowieści, których przebieg uzależniony był od jej nastroju. Pozbierała rzeczy do torby i po raz ostatni w tym sezonie opuściła swe piaskowe legowisko drążąc w piasku wyrwy swymi bosymi stopami. Choć nigdy by w to nie uwierzyła, na ostatni obiad zjadła smażonego turbota i siedząc pod cienistą werandą smażalni u Emila zapragnęła, ostatni raz przejść się po porcie. Szary beton, niezależny od chwiejnych nastrojów pogody, tkwił niezmiennie w swym miejscu, wytyczając szlak statkom i podróżnym. Szła powoli, wzdłuż wysokiego muru falochronu, kiedy na znajomej łajbie dostrzegła zaokrąglony kształt pasiastej koszuli. A więc jednak się pojawiłeś. Skierowała krok w stronę żaglówki, układając w głowie słowa które za chwilę rozniosą się wśród mewiego krzyku. Stanęła na koji, ponad znajomą łódką i przyglądała się kolorowym plecom zanurzonym połowicznie w kajucie.
- Tym razem to ja znalazłam ciebie – powiedziała z przekąsem
Koszula wynurzyła się z kajuty, wyciągając za sobą łysiejącego mężczyznę o brzuchu okrągłym jak jego przepalona słońcem twarz
- Słucham? – zapytał, bowiem niedosłyszał jej słów
- Oh ja… to pańska łódź?
- To nie łódź, tylko jacht droga pani – powiedział trzęsąc wiszącym podbródkiem – i tak, jest moja, a o co chodzi?
Z kajuty odezwał się kobiecy, nosowy głos
- O co chodzi Leosiu?
- Nic, nic Joasiu, to nie do ciebie – po czym zwrócił się do Laury – więc? O co chodzi?
Stała przed nim szukając jakiegoś sensownego wyjaśnienia, po czym uśmiechnęła się serdecznie i odeszła. Myślała przez chwilę, że może pomyliła łodzie, że w portowym zgiełku i roztargnieniu podeszła do pierwszej lepszej osoby w pasiastej koszuli, ale nie, była to ta sama „Joanna” na której spędziła noc i była o tym przekonana. Ale czy naprawdę spędziłam na niej noc? Zeszła z szorstkiej kei i nie myśląc, a raczej poddając się nogą weszła do kanciastego budynku portowego bosmanatu. Beżowa lamperia błyszcząca w białym świetle jarzeniówek z miejsca przywodziła na myśl długie, szpitalne korytarze, i gdyby nie ciepły zapach rozpuszczalnej kawy unoszący się w powietrzu z pewnością uciekłaby stamtąd, stukając sandałami o lastrykową podłogę. Stanęła przed wiórowymi drzwiami powleczonymi ciemną okleiną, na której złote litery obwieszczały tytuł „Bosmana portu” po czym zastukała trzy razy.
- Wejść – rozkazał tubalny głos zmiękczony drewnianą zasłoną
Znalazła się w niewielkim pokoju, którego ciemnozielona wykładzina kontrastowała ostro z jasnymi, biurowymi meblami. Za biurkiem, stojącym naprzeciwko drzwi siedział potężny mężczyzna o siwych włosach zaczesanych do tyłu i bordowej szyi rozlewającej się na białym kołnierzyku służbowej koszuli
- Pani w jakiej sprawie?
- Ja… chciałam zapytać się o jednego z bosmanów w waszym porcie, mam do niego sprawę
- Co? Coś przeskrobał?
- Nie – przeciągnęła wdzięcznie – nic z tych rzeczy
- Niech będzie, wie pani jak ma na imię?
- Cóż… - spojrzała w okno łapiąc otuchy w falującej zatoce – przedstawił się jako Korba
- Korba! A to dobre! – mężczyzna zatrząsł się śmiechem, niczym wielkanocna galareta – mamy tu kilku wałów, ale o korbie nie słyszałem – stonował głos, widząc jej zakłopotanie – no dobrze, jak wyglądał? Wysoki i wąsaty, czy niski i siwy?
- Ani jeden, ani drugi
- Przykro mi, ale poza Mirkiem i Andrzejkiem nie mamy tu innych bosmanów, może pomyliła pani stopnie?
- Nie, ja… do widzenia
Wyszła za drzwi, puszczając bokiem słowa wychodzące za nią na korytarz, po czym znów znalazła się na rozgrzanym betonie. Białe mewy wirowały na niebie zastępując nieobecne obłoki, a ona stała w równo wyciętym cieniu budynku, czując jak w uszach wzbiera jej krew. Kłamał. Wszystko co wyszło z jego ust było nic nie znaczącą plątaniną dźwięków, przechodnią wibracją powietrza, która niepoparta ciałem, rodziła się dopiero w jej głowie. Czuła się podle wykorzystana. Jak zgwałcona słowami surogatka, której bez wiedzy zapłodniono wyobraźnię, a którą dokarmiano i pilnowano, by zrodzone myśli miały wszystkie palce. Fuknęła nosem i ciężkim krokiem skierowała się w stronę domu. Nie był głupi, może w porę zorientował się, jak daleko zapuszcza się w swe kłamstwa i uciekł ze wstydu? A może był zwykłym szaleńcem i otarłam się o śmierć? Ciarki przeszły po jej brązowym karku. Koniec. Zostało mi raptem kilka godzin do odjazdu i nie mogę zepsuć wieczoru jakimś chłystkiem. Schodząc na leśną ścieżkę zwolniła krok i oddech. Szmer słońca na dojrzałych liściach opadał na nią świetlistym konfetti, kiedy usłyszała ciche miauknięcie. Odwróciła twarz i spostrzegła parę żółtych oczu, świecących ponad nieodłącznym krawatem. Kot wpatrywał się w nią jak dawniej, zapraszając do spaceru.
- Idź stąd, już cię nie lubię
Zbliżył się o dwa kroki, i miaucząc nie przyjmował odmowy.
- Oh dobrze, dobrze… ale tylko dlatego, że to ostatni dzień
Zeszli z głównego szlaku, puszczając się w porośniętą, wąską odnogę. Zapach lasu zmieniał się z każdym krokiem, gdzie zielona świeżość ustępowała ciężkiej, torfowej wilgoci. Myślała, że za chwilę znajdą się w ciemnym i niedostępnym sercu lasu, jednakże krzaki poczęły się rozrzedzać, otwierając przed nimi jasną polanę, po środku której stała nieduża kempingowa przyczepa. Był to bardzo stary model, którego białe poszycie zmieniło się przez lata na żółto beżowe, a kolorowe kropki, którymi była przyozdobiona wypłowiały i powoli znikały pod zielonym nalotem. Na bezwietrznych oponach prezentowała się dosyć żałośnie, niczym pozostawione na pastwę czasu marzenie wakacji 1978. Kot jęknął, po czym w kilku zgrabnych susach pokonał przestrzeń dzielącą go od przyczepy i zniknął pod jej podłogą.
- Ejjjj
Syknęła mając mu za złe ucieczkę, po czym podeszła do przyczepy. Wyglądała na opuszczoną, choć drzwi były szczelnie zamknięte. Zajrzała przez okno, przedzierając się spojrzeniem poprzez nalot pokrywający szybę i duszną ciemność panującą w środku. Na wąskim stoliku umiejscowionym tuż pod oknem stała stara maszyna do pisania, z wkręconą w rolkę stroną. Cały stół, jak i reszta pomieszczenia tonął w nawale zapisanych stron, których białe twarze śmiały się ze ścian i podłogi. Było tam również pełno butelek po piwie, winie, obrazków, kolorowych materiałów, figurek, książek i przeróżnych bibelotów, wyglądających jak wygrzebane ze śmietnika. Paskudna nora; zapisana jak u Prousta, zapuszczona jak u Bukowskiego. Wlepiła twarz w rzadszą pokrywę nalotu, starając się odczytać słowa zapisane na niedokończonej stronie, kiedy usłyszała zza pleców głos
- Czego tu szuka?
Tuż za nią, w czarnej spódnicy i swetrze stała przygarbiona staruszka, z włosami ukrytymi pod kaszubską chustą. Miała pomarszczoną, ogorzałą twarz, na której ciemne wątrobowe plamy kontrastowały z mglistym bielmem pokrywającym oczy. Wspierała się na drewnianej lasce, z rzeźbionym uchwytem imitującym pysk nieznanego zwierza. Laura milczała, zastanawiając się, jak kobiecie udało się tak cicho przejść przez suchą trawę
- Ah, tak tylko spaceruje – odpowiedziała w końcu
Kobieta zbliżyła się, stając tuż przed Lulą
- Szuka i szuka hi hi… a już nie musi
- Niczego nie szukam, co też pani… ej!
Kobieta złapała ją za dłonie, wlepiając ślepe spojrzenie w jej twarz
- Piękne dłonie, piękne… - mówiła jakby do siebie – szkoda je bielić kredą, szkoda… ty już znalazłaś, już nie szukaj
Oswobodziła dłonie i odskoczyła w bok. Staruszka pozostała nieruchoma
- Kim pani jest? Proszę dać mi spokój
- Pyta a wie, szuka a znalazła… - zaśmiała się cicho – no już dobrze, dobrze… idź z bogiem
Nim Laura zdążyła odpowiedzieć, staruszka obróciła się i nucąc cicho pod nosem, zniknęła w gęstej plątaninie liści. Stała tam, zapominając zupełnie o niedopisanej stronie i wpatrywała się w las, którego chłodne zawodzenie zwiastowało nadchodzący wieczór.
*
Ogień w kominku leniwie dojadał miałkie resztki sosnowych polan, kiedy skończyła pakować swoje prace do czarnej teczki. Ustawiła ją przy drzwiach, obok walizki i plecaka, które w gotowości wyczekiwały poranka, po czym sama opadła na łóżko. Położyła dłoń na biodrze i wypychając je stanowczo do przodu wywołała w nim lekki trzask, który niósł za sobą przyjemne rozluźnienie. Tak więc kończą się kolejne wakacje. Poczuła na języku mdławy smak rozstania, lekko słony, który rozchodzi się nostalgiczną falą w końcowych momentach kolejnych życiowych rozdziałów. Dom pachniał tak samo, jak w dniu kiedy do niego przyjechała, zdawałoby się kilka stronic temu, a już doczytuje ostatnie strony opowiadania i będzie musiała pozostawić je na półce. Pachniał zresztą tak samo, kiedy będąc małą dziewczynką przyjeżdżała do niego na letnie miesiące, a zapach ten nierozerwalnie kojarzył jej się z morzem i wakacjami, i choć bywała później w wielu starych domach czy mieszkaniach, które zdawały się pachnieć tak samo, to żadne z nich nie mierzwiło jej włosów morską bryzą. Zagrzebała się w pościeli i złożyła twarz na poduszce, spoglądając na czarną teczkę przy drzwiach. Coś ze mną pozostanie. Kiedy malowała była inną osobą, zupełnie, jakby w miękkich liniach jej ciała mieszkały dwie postaci, dzielące się obowiązkami, jednak przez różnicę charakterów trzymające się z daleka, nie wchodząc sobie w drogę dla własnej wygody. Ogień w kominku dogasał, powoli ustępując miejsca nocy, a ona wierciła się niespokojnie z boku na bok. Było jej żal opuszczać wakacyjną ostoję, jednak myśl o ponownym spotkaniu dzieci i zanurzeniu się w młodzieńczym wirze codzienności podtrzymywała ją na duchu. Lektury, zebrania, klasówki… czy naprawdę do tego tęsknię? Muszę przecież coś robić, a wychowywanie dzieci to… czy na pewno? Po głowie rozlała się kolorowa plama fantazji, naniesiona pędzlem na szare płótno codzienności. Nie, to bzdura. Wtuliła twarz w poduszkę i zamknęła oczy. Myśli tańczyły jeszcze chwilę kolorowymi powidokami pod ciężkimi powiekami, wtapiając się powoli w senną ciemność, która przyszła razem z ostatnią iskrą w kominku.
Soczyste niebo, rozchodzące się niezmąconym błękitem zalewało przestrzeń ogrodu, przynosząc ze sobą promieniste ciepło słońca. Zielone trawy falowały na wietrze, kładąc się, to podnosząc, i zatracone w swym tańcu zupełnie zapomniały o dźwięcznym szumie, który winien towarzyszyć ich lekkim ruchom. Widziała to wszystko z góry. Przez chwilę myślała, że siedzi na tarasie, którego widok rozkłada się po ogrodzie, jednak gdy tylko zapragnęła się poruszyć, poczuła krępującą niemoc trzymającą ją za głowę. Wisiała na drzewie, na samym koniuszku cienkiej gałęzi i czuła, jak wezbrane w niej soki, tak słodkie i soczyste kipią swoją żywotnością spiętą pod cienką skórką. Każdy ruch, myśl czy chęć oderwania się od drzewa spajały ją coraz bardziej ze zdrewniałą końcówką, aż w końcu odpuściła, poddając się rozkoszy płynącej z jej wnętrza i wnet ogonek puścił, rzucając ją w ramiona ziemi. Uderzyła z pluskiem o granatową taflę i odzyskawszy ręce poczęła spływać coraz niżej. Światło nie niknęło, a jedynie zmieniało swoje widma, rozpraszając się tęczową siatką po gęstej przestrzeni. Postawiła stopy na pomarszczonym dnie i stąpając przed siebie poczuła ukłucie spojrzenia na plecach. Odwróciła się, a przed nią, w błękitnej melasie, wisiała ogromna ryba o żółtych oczach. Wpatrywały się w siebie, kiedy stwór machnął ogonem i niespodziewanie uderzył w Laurę otwartą paszczą, pochłaniając ją do środka. Przebiła się przez ułamek ciemności, by w otworzyć oczy w białym pokoju bez okien. Wstała powoli z łóżka i wyszła na korytarz, którego niekończący się ciąg drzwi rozbrzmiewał roześmianym głosem dzieci. Otworzyła jedne z nich i wchodząc do klasy spostrzegła siebie siedzącą za biurkiem, ona zaś była znów małą dziewczynką. Dorosłe wcielenie, to obce, siedzące z boku zaprosiło ją do tablicy, a ona stojąc bezradnie przed zieloną taflą chwyciła kawałek kredy, którego ostre końce raniły jej delikatne dłonie. Przycisnęła białą kostkę do tablicy, a ona rozłożyła się miękką plamą, kapiąc złotymi kroplami prosto pod jej bose stopy, które zatopione w piasku za nic nie chciały ruszyć się z miejsca. Próbowała je wyciągnąć, jednak piasek trzymał mocno, powoli pochłaniając jej łydki, zabierał się do pełnych ud. Szamotała się w pustej przestrzeni, jednakże miałkie usta za nic miały jej trudy, spokojnie pochłaniając resztę ciała. Piach uporczywie wdzierał się do nosa, kradnąc powietrzu jego przestrzeń, kiedy poczuła w dłoni mocne szarpniecie, oswobadzające ją z ciepłych uścisków. Słońce biło rażącą bielą, rozmywając kształty i obrazy, a ona usilnie mrużyła oczy, by dostrzec stojącą przed nią postać. Osoba ta, ledwie widoczna w bolesnym blasku stała nad nią, i zdawało się jej, że sięga ręką do własnej twarzy, jakby coś z niej zdejmując, a chwilę później dostrzegła przez rażącą biel, dwa ciemne szkła zbliżające się w kierunku jej twarzy, i gdy tylko spoczęły na jej nosie poskramiając uporczywy blask, otworzyła oczy i spostrzegła bagaże, które stojąc w jasnym pasie poranka niecierpliwie wyczekiwały podróży.


*
Śniadanie zjadła w domu, zerkając ukradkiem na zegarek, którego ciężkie wskazówki wyznaczyły godzinę rozstania. Poukładała ostatnie rzeczy na półkach, wyłączyła prąd i rozejrzała się po wnętrzu. Wszystko było jak dawniej, nie licząc kilku nowych ozdóbek, których pstrokate kształty w pewien radosny sposób komponowały się z resztą otoczenia. Przymknęła oczy i po raz ostatni zaciągnęła się głęboko przytulnym zapachem drewnianych ścian. Nacisnęła klamkę, i puszczając torbę przodem wyszła na werandę. Musiała ją przepchnąć, jakby coś blokowało ruch malutkich kółek, kiedy spostrzegła leżącą na wycieraczce brązową, papierową kopertę
Dla L.
Głosiła dedykacja nakreślona czarnym flamastrem. Podniosła kopertę; była dosyć ciężka, i czuła pod palcami rozwarstwiającą się tafle stron. W tej chwili nie miała jednak na nią czasu i wrzuciwszy ją szybko do plecaka, zamknęła drzwi do domu. Wpatrywała się chwilę w drewniane okucie, którego żłobione kształty, tak radosne kilka tygodni temu, biły teraz chłodnym smutkiem, po czym odwróciła się szybko i wtopiła stopy w leśną ścieżkę. Przeszła przez torowisko i znalazła się na gładkim betonie peronu. Do przyjazdu pociągu pozostało jeszcze kilka minut, więc korzystając z pustej przestrzeni pozostawiła torby, by przespacerować się w stronę szarego budynku dworca. Kiedy zbliżyła się do chropowatej ściany, uwagę jej przykuło puste krzesełko stojące w cieniu.
- Przepraszam – odezwała się do konduktora – co się stało z mężczyzną, który zawsze tu siedział?
- Stary Rybicki? Zmarł wczoraj wieczorem – mężczyzna zawiesił głos – pewno to i lepiej dla niego, w końcu biedaczyna zazna trochę spokoju…
Nim wróciła do swych bagaży pociąg wtoczył się na stację, sapiąc ciężko, niczym starzec idący po schodach, a przecież pokonał dopiero jedno piętro ze swej długiej drogi. Wsiadła do środka i ulokowała się w pustym przedziale. Torba powędrowała na półkę, a plecak spoczął u jej stóp. Wtopiła się w zielony fotel, zmęczony setkami kilometrów podróżnych, po czym wygodnie rozparła nogi na przeciwległym siedzisku. Ostatni raz spojrzała na znajomą okolicę i gdy tylko gwizdek konduktora obwieścił koniec przygody, pociąg ruszył, a ona spoglądała na białą tablicę, której niebieskie litery niknęły teraz w srebrnej ramie okna. Stukot kół rozpędził się do swego podróżnego rytmu, wybijając regularnym werblem dźwięk zbliżającego się domu, kiedy sięgnęła do plecaka, wyciągając z niego brązową kopertę. Odpieczętowała ją, wydobywając ze środka białą, poplamioną teczkę wypełnioną czarnym maszynopisem, po czym zatopiła spojrzenie w pierwszym zdaniu

Metaliczny dźwięk dzwonka przeszył gmach od kotłowni po dach i budząc z sennego letargu ospałe głowy, otworzył drzwi…

Podpis: 

żyli długo i szczęśliwie 10.2016
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Krzyż Noc polarna Podstęp
Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Na północy Norwegii. Historia trudnej miłości, która powraca po latach.
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 10
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 50

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.