http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
202

Miłość z internetu - czytaj wszystkie części do XI

  Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W sierpniu nagrodą jest książka
Bractwo Pierścienia
J.R.R. Tolkien
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Miłość z internetu - czytaj wszystkie części do XI

Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr

Artefakt

Polska odpowiedź na Stalowego Szczura (druk w Science Fiction cz1. 2002, cz2. 2003) wkrótce powróci z dwoma nowymi opowiadaniami!

Ze zwichniętym skrzydłem - cz.VII

Poranna mgła otula Paryż, podnosi z ziemi nawet ranne ptaki

Niewiara

„Będzie niezły ubaw, gdy się przekonasz, że Bóg jednak istnieje” Pilipiuk

Przywilej Świata Paraleli

Krótkie opowiadanie, które zostało zainspirowane światem gry komputerowej o nazwie Universe na PC.

Korporacja Deilusion X

Młody mechanik Roy Harold Drake, wyrusza w poszukiwaniu pracy na planetę Ceres A w układzie Gwiazdy Bernarda.

IN VINO VERITAS

Taka sobie historia. W pewnym sensie prawdziwa...

Władcy Kosmosu

Humorystyczne opowiadanie, którego bohater doznaje niezwykłych halucynacji.

FITNES STUDIO

Może już warto założyć taką firmę?.

Śmiech nieboszczyka

Niestety, jak to się mówi, znaleźli się w złym czasie, w złym miejscu, ale tylko z ich punktu widzenia, bowiem w lasach Golcowitz byli ludzie, dla których Jan i Franciszek znaleźli się dobrym czasie, w dobrym miejscu.

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
754
użytkowników.

Gości:
751
Zalogowanych:
3
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 80512

80512

Korporacja Deilusion X

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
17-04-19

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantastyka/Przygoda/Komputery
Rozmiar
36 kb
Czytane
536
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
17-08-05

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Highoctane23 Podpis: Michał H. Rabsztyn
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Młody mechanik Roy Harold Drake, wyrusza w poszukiwaniu pracy na planetę Ceres A w układzie Gwiazdy Bernarda.

Opublikowany w:

www.opowiadania.pl

Korporacja Deilusion X

Dzisiejszy dzień był mocno deszczowy. Od samego rana padało i nie zanosiło się na przejaśnienie ale dla mnie mogłoby tak pozostać. Lubię gdy krople opadają na szyby i spokojnie snują się na sam dół. Nienawidzę silnego wiatru. Znana mi dobrze sprzątaczka, która pracowała w naszym ośrodku wychowawczym, posprzątała już pokoje, przygotowując je dla nowych wychowanków, po czym przeszła do swojego biura, łypiąc spod oka to tu, to tam. Idąc przed siebie wąskim korytarzem, próbowałem zapamiętywać szare ściany tej budowli. Przypominałem sobie bolesne chwile, kiedy tydzień temu zbiegałem po mokrych schodach i stłukłem kolano, a dzisiaj już prawie wcale go nie czułem. Jest to mój ostatni dzień w tej placówce, jutro odbędzie się odprawa pożegnalna i upragniony wylot w szeroki świat. Wstałem wcześnie rano, ubrany i spakowany, poczłapałem do dyrektorki ośrodka, z którą znałem się przecież nie od dzisiaj. Siedziała jak zwykle zamyślona nad stosem papierów zalegających jej biurko. Obok stał stary komputer z płaskim monitorem, duży kubek wypełniony kawą i pusty papierowy talerzyk po rogaliku. Nad jej głową, wisiał obraz z twarzą jakiegoś ważnego imbecyla.
– Dzień dobry, pani. Chciałem się tylko pożegnać. – starałem się zadowolić jej skrywane pieczołowicie rodzicielskie nastawienie, wobec każdego ze swych podopiecznych.
– Więc wyjeżdżasz Roy`u Haroldzie Drake`u? Już teraz… Zaraz, bez słowa do widzenia? - spochmurniała pani dyrektor. – Usiądź i posłuchaj, co mam ci do przekazania.
Usadowiłem się wygodnie na fotelu, lekko zaciskając usta i jednocześnie nie dając poznać, że kropelka potu wypłynęła na moje czoło.
– Jak widzisz, twoja edukacja dobiegła końca. Według przepisów, możesz starać się o przedłużenie swojego pobytu o dwa lata dłużej. Musisz w tym czasie znaleźć pracę i odkładać część zarobków na swoje nowe mieszkanie.
– Postanowiłem stąd odejść, pani dyrektor.
– Ukończyłeś szkołę zawodową, wraz z praktykami w zakresie naprawy maszyn i urządzeń. Za dobre zachowanie oraz postawę w stosunku do swoich kolegów, placówka zdecydowała przekazać na twoje konto tysiąc kredytów. A oto dyplom honorowy, który otrzymują wszyscy wychowankowie, rozpoczynając dorosłe życie. Gratuluję, Roy!
– Dziękuję... Była pani jedyną osobą, która mogłaby zostać moją prawdziwą matką. Jednak teraz zaczyna się czas zmian, zabawa skończona i trzeba spojrzeć w twarz przyszłości.
– Znam cię od małego i sugeruję, abyś udał się do Richarda, zapytując o szczegóły dalszej współpracy.
Zebrałem ze sobą potrzebne dokumenty oraz karty ID, udając się poza mury ośrodka wychowawczego. Tysiąc kredytów to całkiem niezła sumka, jak na początek. Starczyłoby na dwa albo trzy tygodnie życia. Dobrze wiedziałem, co trzeba było teraz zrobić ale najpierw wybrałem się do portu kosmicznego, gdzie często przesiadywałem topiąc swoje myśli w energetycznych dopalaczach. Bez obawy, żaden z nich nie zrobił nikomu większej krzywdy, ponieważ ich zawartość stanowiła tylko tysięczny procent dawniej stosowanych substancji chemicznych. Przychodziłem tutaj zawsze wtedy, gdy chciałem być sam. Kosmiczny port, był ogromną aglomeracją w wielkim mieście, którym było Nowe Chicago. Zatrudniano tu nawet do pięćdziesięciu tysięcy pracowników. Wszedłem po schodach na górny punkt widokowy, gdzie znajdował się obszerny bar. Za ladą stał łysiejący Andrew, zadowalający swoich gości puszczaniem różnych stacji telewizyjnych na dużym ekranie LCD. Richard, o którym wspominała dyrektorka, siedział przy ladzie i popijał piwo. Słabo płacił swoim pracownikom, a wizja pracy w jego magazynie, nie była szczytem pragnień, które chciałem osiągnąć w życiu. Musiałem to w całości szybko poukładać, w najgorszym razie wyjadę gdzieś na zachód.
– Czego sobie życzysz Roy? – odburknął Andy.
– Podaj dwie mocne kawy, duży akcelerator ze słomką i dwanaście tabletek glukozy.
– Już się robi, przyjacielu.
Napój energetyczny dawał spore zadowolenie. Siadłem jak zwykle, przy ogromnym ekranie, który przekazywał nowe informacje ze skolonizowanych systemów. Skierowałem wzrok na otaczających mnie ludzi i oceniłem, że dzisiaj było tu tylko kilka osób. Młoda para siedząca niedaleko, uśmiechała się w kierunku jakiegoś plazmowego ekranu. Zamyśliłem się przez chwilę, dochodząc do wniosku, że jeszcze nie nadszedł na mnie odpowiedni czas, aby być gotowym do związku z inną osobą. Oczywiście były różne próby, jedne mniej, a drugie bardziej udane, tylko prawdę mówiąc, nie było kogo poderwać i za kim się uganiać. Nie chciałem chodzić za tą obrzydliwą Larą, którą wszyscy nazywali wesołą stalówką, bo maszerowała z ufarbowaną na srebrno fryzurą. Z kolei Mimi już wcale nie wchodziła w rachubę, jednak trzeba przyznać, że dobrze się prezentowała. Patrząc na szklany sufit, często obserwowałem nadlatujące frachtowce z odległych układów – zwłaszcza ten, wracający z Alpha Centauri robił wielkie wrażenie. Ogromne silniki, przygotowywały się właśnie do lądowania, a z dużej odległości, można było dostrzec halogen-trapy, czyli podświetlane platformy wyładunkowe.
– Hej, nieznajomy! Możemy się do ciebie przyłączyć? – zagadnął ktoś stojący przy twoim stoliku.
Lekko przestraszony, spojrzałem na kobietę, którą przed chwilą widziałem siedzącą, obok swojego partnera.
– Właściwie to chciałem pobyć tu trochę sam.
– Zajmiemy ci tylko chwilę.
– Proszę bardzo. – powiedziałem łagodnym tonem, wkładając do ust słomkę.
Zdenerwowany odwróciłem głowę w stronę wejścia do baru. Stała tam Mimi i rozmawiała z jakimś grubym megalomanem. Ciekawe, co taka dupeczka jak ona, robiła w tym miejscu. Jej oczy, non stop biegły w moją stronę, dając do zrozumienia, że będzie niezła zabawa i jest wreszcie ofiara do obrobienia.
– Chcielibyśmy zadać ci pytanie… Czy lubisz podróże kosmiczne?
– Lubię. – stwierdziłem lakonicznie, znowu zwracając uwagę na Mimi.
– Czy słyszałeś o naborze do nowej kolonii w układzie Gwiazdy Bernarda?
– Chyba słyszałem.
Przez krótki moment, patrzyłem w twarz przystojnej kobiety, będąc niewzruszony jej urokliwym spojrzeniem.
– Czy myślałeś, aby polecieć tam jako nowy kolonista? – Rzeczowo zapytał spokojny mężczyzna.
– W tym układzie rozpoczęła się akcja rozbudowy kompleksu mieszkalnego. Po planowanym zakończeniu terraformowania, który jak zwykle nie został ukończony, korporacja “Deilusion X”, postanowiła wskrzesić dawne budowle ale już na innej planecie. Kilka spraw wymaga od nas większej uwagi.
– I stąd biorą się nasze żale, gdyby było nas więcej, wzrosłoby zainteresowanie kolonizacją.
– Po pierwsze, chcę wiedzieć czy nie robicie sobie ze mnie żartów, a po drugie co nas będzie czekać, gdy dotrzemy na miejsce? – Z wątpiącym uśmiechem spojrzałem na dwójkę nieznajomych.
– Oczywiście… Zacznijmy wszystko od początku ale najpierw powinniśmy się przedstawić. Mam na imię Melania, a mój partner nazywa się Jerrek. Wyglądasz na zdolnego młodego człowieka, z którym prosto nawiązać ludzki kontakt. Masz w sobie coś z wolnego strzelca, a to zdecydowanie nam się podoba. Razem moglibyśmy otrzymać do pięciu tysięcy kredytów, po przylocie i tysiąc dwieście stałej pensji – dodatkowo otrzymujemy mieszkanie, które jest co prawda małe ale nie musisz ponosić za nie żadnych opłat.
Przez chwilę odniosłem wrażenie, jakby ludzie, próbujący mnie teraz do czegoś namówić, mieli już dawno – w jakiś dziwny sposób – przygotowaną przemowę, o tym jak widzą twoją przyszłość. Popijając swój napój, poczułem nagle narastającą chęć zrobienia tego, o co cię proszą.
– Przepraszam na chwileczkę… Zaraz wrócę. – Szybko wstałem i podszedłem do swojej dawnej koleżanki z ośrodka wychowawczego.
– Cześć, Mimi! – zagadnąłem z ukrytą nadzieją w głosie.
Ogromnie niezadowolona, odwróciła głowę, patrząc na ciebie z wściekłym wyrazem twarzy.
– Nie widzisz, że w tej chwili rozmawiam? – zapytała głośno.
Tego było już za wiele. Najpierw dawała ci znaki, aby do niej podejść, a teraz drwiąco obrażała.
– Chciałem ci oznajmić Mimi, abyś przestała mnie podsłuchiwać w pracowni ośrodka i donosić na mnie dyrektorce! Już mnie więcej nie zobaczysz, a na koniec powiem ci tyle, że nigdy nie dostaniesz pieniędzy, które zarobiłem na szkoleniach… Chyba, że po moim trupie.
Zbladła, słysząc postawione przez ciebie oskarżenia, lecz od razu przeszła do kontrofensywy groźnie odpowiadając.
– Ty gnojku, zaraz pokaże ci, gdzie możesz sobie wsadzić te swoje pieniądze! Precz z moich oczu!
Krzyczała tak jeszcze chwilę, po czym odeszła ze swoim grubym palantem, starszym o co najmniej piętnaście lat. Po tym spotkaniu, poszedłem ponownie do swojego stolika.
– Stara znajoma? – spytała cię patrząca z powagą Melania.
– Mimi to umierający gatunek galerianek, które myślą że swoim talentem, mogą oszukać każdego, napotkanego osobnika płci męskiej. Co do tej kolonizacji to zdecydowałem, że chcę z wami lecieć.
Kobieta uśmiechała się do ciebie, jeszcze bardziej cudownie, niż dotychczas.
 

* * *


Planeta CERES-A w układzie Gwiazdy Bernarda, na której już wylądowaliśmy, była nie do końca przyjazna dla kolonistów. Częste burze, nie pozwalały na rozwinięcie się mocno zaawansowanej na Ziemi hodowli zwierząt lub upraw roślinnych. Jednak nie było, aż tak źle. Poza tym, nie różniła się specjalnie niczym szczególnym, może oprócz olbrzymich pól uprawnych do zagospodarowania w przyszłości.

Jeśli chodzi o religie to w naszej społeczności znajdowało się około tysiąca pięciuset chrześcijan oraz czterysta dwudziestu buddystów. Dla nich, przeznaczone zostały olbrzymie kaplice. Kilka osób, należało do innej wiary. Rozmiar kolonizacji tej planety, budził we mnie ogromny podziw. Co miesiąc, przylatywały tutaj olbrzymie frachtowce z nowym narybkiem, który zapełniał wolne kwatery. Zdołałem wywnioskować, że tak naprawdę, dominującą religią, nie są te głównego nurtu ale jakaś sekta, zbierająca się często w miejscu, określanym mianem Audytorium Czasu. Wyglądało ono, jak sala uniwersytecka, w której środku, znajdował się ich główny guru, nazwany Przewodnikiem Wiary. Niestety moje wykształcenie, nie pozwalało mi na głębsze rozeznanie się, co do naczelnych przesłanek ich działalności. Były to trudne, filozoficzne zagadnienia, z którymi nieczęsto miałem styczność. Przewodnik, miał bardzo duży autorytet u nadzorcy i razem często widywałem ich podczas dyskusji w audytorium – zwłaszcza bezpośrednio po moim przylocie.

Pierwsze miesiące w kolonii, rozpoczynały się od szkolenia naukowego. Zostałem wyznaczony do pracy w warsztacie. Jest tutaj o wiele lepiej, niż u Richarda, przynajmniej tak mi się wydaje. Otrzymaliśmy swoje pierwsze mieszkania. Właściwie wygląda to jak kawałek przedziału, w którym znajduje się kuchnia, łazienka oraz pokój gościnny z sypialnianym włącznie. Idąc korytarzem na prawo, dwa mieszkania dalej, wprowadziło się młode małżeństwo. Co drugi dzień, zaczynają swoje przedstawienia, nie dając mi spać i hałasując po nocy. Dobrze, że często chadzam na nocną zmianę w warsztacie. Melania i Jerrek nie kłamali co do zaliczek, które wspólnie otrzymaliśmy. Zaczynało się robić ciekawie, co wpływało pozytywnie na moje materialistyczne nastawienie do życia. Pierwsze zakupy "na poważnie", rozpocząłem w trzy miesiące później. Odłożyłem trochę pieniędzy i wyszło na to, że starczy na nowy aparat psioniczny z komputerową konsolą zarządzania. Jest to tańsza wersja aparatów molekularnych, produkowanych dzisiaj na Ziemi. Dzięki nim, możliwe jest połączenie z globalną siecią PSI, mając wrażenie bycia w jej centrum, jednocześnie zapominając o otaczającej rzeczywistości. Ich moc obliczeniowa jest o wiele mniejsza, niż tych na Ziemi, co w pewien sposób, źle rokuje na przyszłość. Na zakupienie patentu łącza psionicznego, musiałem niestety czekać, aż dziesięć miesięcy. Dopiero teraz, mogę uruchomić mój sprzęt.

Witaj użytkowniku! Proszę wybrać usługę sieci.
>Połącz z transmiterem nadawczym.
>.. Wykonano.
>Uruchom czytnik danych.
>.. Wykonano.
>Uruchom proces ładowania.
>.. Wykonano.

Kiedy leżałem samotnie na łóżku, myśląc o mojej sytuacji, niespodziewanie zadzwonił video-telefon.

– Wezwanie do nadzorcy – pan Roy Drake. Numer mieszkania 2431-01, kampus wschodni. Numer identyfikacyjny 34885002. Dziękuję. – odpowiedział automat.

Zdecydowałem, że muszę się tam szybko udać. Poruszając się w tempie, którym natura wyposażyła głodnego tygrysa, znalazłem się przed dużymi drzwiami z napisem “Sala Centrum Zarządzania Kolonią”. Nie licząc ubywającego czasu, stwierdziłem że nadal cieszę się świetnym zdrowiem – nie wiem tylko ile tego zdrowia, jeszcze mi pozostało. Stuknąłem palcem w czerwony czytnik linii papilarnych, czekając na odzew. O dziwo drzwi otworzyły się samoczynnie. Wewnątrz olbrzymiego pomieszczenia, stało tylko jedno stanowisko sekretarza, a właściwie sekretarki. Podszedłem bliżej do osoby siedzącej przy terminalu.
– Witaj, Roy! Zostałeś poproszony do biura, aby otrzymać ważne informacje. Nadeszły od niejakiego Georga Packarda. Proszę nie krępuj się i mów nam po imieniu. Ja nazywam się Cynthia. Drzwi na wprost, prowadzą do siedziby nadzorcy.
– Dzięki. Nie wiesz może, o co mu chodzi? – zapytałem ją grzecznie.
– Nie trać zbyt wiele czasu na pogaduszki.
Poszedłem wolnym krokiem w kierunku wąskich drzwi, nad którymi znajdował się znak Unii Planetarnej. Obok niego, widniał symbol ziemskiej autonomii. Drzwi otworzyły się natychmiastowo. Podszedłem bliżej, patrząc prosto w oczy nadzorcy.
– Jak zapewne wiesz, mamy tutaj wizytę namiestnika z układ Słonecznego. Chcemy, abyś zajął się naszymi komputerami, podczas powitania. Jesteś zainteresowany, takim wyróżnieniem?
– Urodziłem się w ośrodku wychowawczym na Ziemi. Nie znam nikogo ważnego, poza tym nie lubię politycznych pajaców.
Na chwilę zaległa cisza, która dała mi trochę do myślenia.
– Nie chodzi czy kogoś lubisz, czy też nie. Jutro, po przylocie, masz spotkanie z niejakim Georgem Packardem w galerii północnego kampusu. Możesz odejść.
– To wszystko?
– Tak, tak.
Siedząc później w sieci PSI, zastanawiałem się kim jest ta osoba. Dawne czasy, przypomniały mi prostą oczywistość, że moje życie jest tylko puszczonym bąkiem na tle tych wytrawnych ciosów, które otrzymywałem od losu oraz żeby nigdy nie wplątywać się w polityczne pajacowanie. Nazajutrz, będąc w sali montażowej, nadzorca bez zbędnych ceregieli podszedł do mojego stolika i przedstawił nam faceta po czterdziestce z lekką siwiejącą fryzurą. Ubrany był w czarny wyjściowy garnitur. Na twarzy miał zarost, przypominający świńską szczecinę.
– Witam! Poszukujemy do pracy, zdolnych młodych informatyków, którzy mogą podnieść swoje kwalifikacje. – powiedział uśmiechnięty George Packard.
– Wiele o mnie wiesz ale chyba nie to, że jestem prostym mechanikiem.
– Należę do zamożnego rodu. Posiadamy spore kontakty z władzą. Przylot tutaj, był tylko drobną zagrywką, jednakże twoje zainteresowanie siecią, zwróciło naszą uwagę.
– Powiedz lepiej, co cię pchnęło do przylotu na sam koniec wszechświata?
– Wasza kolonia... Wcale nie jest taka bez znaczenia. Nadzorca zauważył, że zrobiliście ogromne postępy w produkcji materiałów zamiennych, potrzebnych na Ziemi oraz na innych koloniach. Przy dwudziestotysięcznej społeczności to wręcz nieprawdopodobne. Nie macie przecież nowoczesnych maszyn, które byłyby zdolne przyspieszyć działania wytwórcze.
– Teraz jest nas o wiele mniej, niż na początku. Chrześcijanie podnieśli weto, wespół z Buddystami i postanowili porzucić swoje przydziały. Niedawno, około tysiąca osób opuściło kolonie. Wszystko z powodu nowej sekty.
– Mniejsza z tym. – powiedział George. – Będziesz monitorował przylot namiestnika z układu Słonecznego.
– Wiem, wiem... Ale czy to nie jest za dużo, jak na moje skromne umiejętności?
– Nauczymy cię wszystkiego, łącznie z hakowaniem systemu. Nikomu nie udało się rozkodować wersji beta, a co dopiero mówiąc o finalnej. Wiem też, co nieco o sposobie produkcji jej patentu, jednak jest to informacja tajna. Musisz wiedzieć, że wynalazek dla sieci psionicznej, czyli aparat PSI, miał połączyć w całość globalną sieć kolonii ziemskich.
W trudnych warunkach pracy, takich jak budowa stacji orbitalnych, miał służyć jako środek uspokajający oraz demaskator urojeń spowodowanych przeciążeniem. Jego produkcja była nieunikniona, a oprogramowanie tworzyły super komputery, oparte na tysiącach procesorów.
– Wiem teraz dużo więcej o samej sieci… Staję się mądrzejszy, a to niesamowite uczucie.
– Więc powinno cię to cieszyć.
 
* * *

Fred Rainer od niepamiętnych czasów pełnił funkcję ziemskiego namiestnika. Porządek, który udało się wytworzyć na planecie Ceres A, nie stanowił niczego specjalnego, parę tysięcy kolonistów, z zapędami swojej własnej urojonej potęgi, tym niemniej zdziwiła go sytuacja, związana z produkcją części, a dokładnie mówiąc z nadmiarem produkcji. Już od dawna zastanawiał się, jakim cudem odsyłane na Ziemię i wolne planety części zamienne, pokrywały zleconą ilość. Nadzorca był sztandarowym przykładem osoby, bezgranicznie ufającej w prawa rządzące światami należącymi do Unii Planetarnej. Nie stawiał nigdy żadnych specjalnych żądań, prosił jednak o zapewnienie większego bezpieczeństwa, a z tym akurat nie było żadnych problemów. Na Ziemi w tle polityczno-ekonomicznych przepychanek, dało się bardzo dobrze wyróżnić, jedną główną zasadę łączącą wszystkie postulaty, a mianowicie była to właśnie unifikacja bezpieczeństwa. Z kolei w unifikacji rządów tego Baltazara, kryła się jakaś tajemnica, co zawsze z lubością wyłapywał, będąc jeszcze na paru innych podobnych do tej koloniach. Dzięki załatwieniu pilnych spraw na planecie Ceres A, będzie mógł łatwiej wykorzystać zaufanie, dane mu przez wysokie rody na Ziemi, co z kolei ułatwi przebicie się o jeden szczebel w górę jego rodzinie oraz oczywiście jemu samemu. Pozostawał tylko mały problem…

Urządzenie DAC-3221, połącz pilnie z dokumentacją na temat nadzorcy na planecie Ceres A. –
wydał polecenie namiestnik.

Witam, Sir Rainer.
>Prywatne dane są ładowane do pamięci…
>Czy mam przejść w tryb zapisu?

- Uruchom zgodnie z procedurą bezpieczeństwa i sprawdź moje pomieszczenie pod względem nasłuchu.

>Brak zagrożeń... Zapisywanie.

"Tak więc, znajduję się w swoim pokoju na frachtowcu o numerze kodowym J2JY-4 i oczekuję przylotu na Ziemię. Po trzech dniach podróży jestem już troszeczkę zmęczony ale ciągle nie przestaję myśleć o swoim domu. Ostatnio prześladują mnie pewne wątpliwości, sny związane z opuszczoną kolonią na Ceres A. W tych snach, widzę siebie, pracującego razem z naukowcami nad dziwnymi odkryciami. Znajdujemy się razem w naukowym skrzydle i dyskutujemy o wydobyciu złóż, z jakichś księżyców układu Gwiazdy Bernarda. Są to prości ludzie – no może oprócz tego nadzorcy Baltazara oraz pewnego guru sekty o dziwnej nazwie Dwa Księżyce Ceres. Jednak część z nich, dzielnie podejmuje się trudnych zagadnień, które stawia przed nimi nauka. Coraz bardziej odczuwam pragnienie powrotu do tego miejsca. Być może nic to nie znaczy ale jestem zbyt stary, aby pozostawiać takie rzeczy samotnie. Pozostaje też sprawa tego Drake`a i jego związku z Georgem Packardem. Ten drugi jest ściśle manipulowany przez swoich lekarzy i gdyby nie to, że jest nieprzyzwoicie bogaty, dawno leżałby w zakładzie dla psychicznie chorych. Będę musiał zawiadomić odpowiednie organy bezpieczeństwa. Zostało jeszcze sześć dni adaptacyjnych oraz jeden miesiąc hibernacji. – Cicho powtarzałem do siebie słowa kapitana. Koniec zapisu…".

– Proszę zawracać do kolonii. Wykonać rozkaz.
– Tak jest.
 
* * *

"Centrala Rządów Unii Planetarnych”
 
Do olbrzymiej sali plenarnej, wszedł średnich rozmiarów człowiek. Miał nieogoloną brodę i lekko rozmierzwione rude włosy. Ukłonił się umundurowanej osobie, siedzącej przy biurku.
– Witam, generale! Jak sprawy z bezpieczeństwem naszych planet?
– Wszystko w porządku… Hmmm. Sprawy toczą się tu i tam, rozumie pan delegat, że sytuacja będzie jak zwykle trudniejsza, niż dotychczas. – Z szerokim uśmiechem zawyrokował wojskowy.
– A tak, właśnie… Jestem tu w sprawie namiestnika Freda Rainera. Od dwóch lat, nie powrócił do służby, co więcej wiemy, że zakończył inspekcje kolonii, po czym miał udać się na urlop. Nie otrzymaliśmy żadnego sygnału o jego aktualnym pobycie. Czy wywiad ma jakieś wiadomości, co się z nim teraz dzieje?
– Owszem. Wasz Rainer – sarkastycznie powiedział generał – znajduje się na założonej ostatnio kolonii w układzie Gwiazdy Bernarda, gdzie spisywał raport o stanie technologicznym i wydobyciu złóż planety Ceres A. Po złożeniu raportu, zrobił sobie wakacje.
– Ale to bardzo systematyczny człowiek, poza tym ma dużą rodzinę, która jest bardzo zaniepokojona. Nie ma takiej możliwości, aby sam zgodził się na pozostanie w oddaleniu od nich, nie podając żadnej przyczyny.
– Owszem. – powtórzył się umundurowany olbrzym. – Dlatego poleci pan na Ceres A i dowie się wszystkiego samodzielnie. To rozkaz panie delegacie. Nie robilibyśmy tego dla byle kogo ale ten osobnik, sprawiał wrażenie bardzo pracowitej – jak to mówią – mróweczki. Cóż, zrobimy wyjątek od tej reguły i zorganizujemy panu podróż.
– Tak jest. Kiedy odlatuje frachtowiec?
– Nie poleci pan frachtowcem ale statkiem transportowym. Będzie trochę dłużej… Ale wy tam w centrali, musicie mieć trochę więcej ruchu, a nie tylko praca siedząca i czytanie dokumentów.
– Rozumiem. – Niepewnie skwitował wypowiedź generała, starszy delegat Robert Wachowski.
– Bon voyage i niech wszystko się wyjaśni. A teraz żegnam pana.
– Do widzenia generale.

Dwadzieścia osiem dni później, Robert Wachowski dotarł do koloni.
– Witamy! Jest nam niezmiernie miło, że ktoś tak wysokiego rodu, zechciał do nas przybyć osobiście. Nadzorca prosi do swoich gabinetów.
– Spokojnie… Jestem tu wyłącznie prywatnie. Proszę się nie denerwować.
Sektor biurowy, był ściśle strzeżony przez ochronę. Każdy kto chciał wejść, musiał dysponować identyfikatorem kolonisty. Zauważył sporo osób, oczekujących wejścia na teren strzeżony, niektórzy z ludzi byli obładowani walizkami i prawdopodobnie czekali na zakwaterowania. Wnętrze centrum, należące do nadzorcy, nie było skromnym portem kosmicznym, z którym zetknął się po przylocie. Królował tutaj marmur oraz granit, zewsząd widać było dzieła sztuki o przeciętnej jego zdaniem wartości. Zauważył dość dziwny styl wykonania kolumn, podtrzymujących salę powitalną. Pokrywał je tak zwany "carski szlif" widywany na dawnych dworach Carów i to zdecydowanie było najbogatszym zdobieniem, które napotkał w tym miejscu. Przez chwilę było mu naprawdę miło, że znalazł się w tym gronie.
– Pan delegat Robert Wachowski? Od razu przejdę do rzeczy, bo to była długa podróż, niech pan trochę odpocznie w sektorze kwater dla gości. Później porozmawiamy o celu wizyty, która chyba nie ma oficjalnego statusu, nieprawdaż?
– Zgadza się. Może mówmy sobie na ty. Jestem Robert. Spodziewaj się mnie, po krótkim odpoczynku.
Był zdziwiony standardem kwater, które mu przydzielono. Wysoki kunszt wykonania i przepych włożony w wystrój pomieszczeń, budziłby respekt nawet wśród osób zamożnych. Łączyły się one bezpośrednio z salą powitalną, mieszczącą się przed gabinetem nadzorcy. Ogółem kolonia zbudowana była z czterech kompleksów o sporych rozmiarach. Maksymalnie zamieszkiwało tutaj dwadzieścia jeden tysięcy osób. Wybudowanie tak rozległego ośrodka, kosztowało miliardy kredytów. Z raportu o stanie technologicznym kolonii wynikało, że jej zasilanie opierało się na atomowych rdzeniach budowanych w podziemnych schronach. Takie coś kosztowało zdecydowanie więcej, niż było stać przeciętną kolonię, produkującą części zamienne. Postanowił nieco odpocząć, a po paru godzinach, wstał i rozluźnił obolałe plecy. Będzie trzeba zaspokoić ciekawość i udać się w końcu po ważne odpowiedzi.
– Gdy na ciebie patrzę Robercie, od razu czuję się lepiej. Taka podróż była pewnie sporym wysiłkiem dla kogoś takiego jak ty?
– To świetnie, że zauważyłeś moje zadowolenie z pobytu tutaj. Powinieneś zdawać sobie sprawę z celu mojego przybycia.
– Niestety, niezupełnie wiem o co chodzi. Czy jest to coś związanego z moją przeszłością?
– Prawie… Nie zmieniajmy jednak głównego tematu. Chce wiedzieć, co zrobiliście z namiestnikiem Fredem Rainerem. Żądam natychmiastowej odpowiedzi. – delegat wyraźnie zmienił ton swojego głosu.
– Jakby to ująć prostymi słowami… Fred nie zamierza kontaktować się już z Unią Planetarną. Postanowił rozpocząć badania naukowe, związane ze swoim pierwotnym wykształceniem. Nie komunikuje się z nikim, oprócz swoich podwładnych. Prosiłem, aby załatwił swoje interesy na planecie Ziemia, jednak on odmawia. Muszę przyznać, że od dwóch lat, nieco się zmienił.
– Mam uwierzyć w te bzdury? Znam tego człowieka od dawien dawna i nie spotkałem nikogo, kto miałby tyle samozaparcia i odwagi co Fred Rainer… Natychmiast chcę go widzieć w twoim biurze!
– Oczywiście. Cynthia poproś do nas Freda Rainera i jego całą rodzinę.
– Co ty opowiadasz do cholery… Jaką rodzinę?
– Fred od dwóch lat jest pełnoprawnym mieszkańcem koloni i wszedł w związek, z jedną z kolonistek, która przebywała w laboratoriach naukowych. Jest nią doktor Waleria Montgomery. Poza tym, pół roku temu urodziła im się córka. – Z uśmiechem odpowiedział nadzorca.
– Niemożliwe… On już ma własną żonę i dzieci.
– Niestety, po trzech miesiącach pobytu, przeszedł na wiarę, która jest tutaj głównym wyznaniem.
Rainer, nigdy nie pozwoliłby na zniszczenie swojego statusu w centrali, zwłaszcza że miał o co walczyć. Nagle do biura koloni weszło kilka osób, spoglądając spokojnym wzrokiem na przybyłego delegata Roberta Wachowskiego.
– Co ty wyrabiasz Rainer? Wiesz, że pół resortu szuka cię po różnych kurortach, a ty sobie wymyśliłeś pracę jako fizyk jądrowy… Zabieraj się stąd natychmiast. – zasyczał nerwowo Wachowski.
– Po pierwsze… Poznaj moją żonę – doktor Waleria Montgomery.
– Gówno mnie obchodzi, kim jest ta osoba. Twoja żona i dzieci są śmiertelnie przerażone sprawą twojego zaginięcia a ty…
– Moja rodzina na Ziemi ma zapewniony byt do trzeciego pokolenia. Nie potrzebują mnie już więcej, a jeśli chodzi o moje dawne stanowisko to wysłałem rezygnację generałowi resortu bezpieczeństwa. Nie wiesz o tym?
– Jak to wysłałeś rezygnację?
– Półtora roku temu, zdecydowałem się pozostać tutaj na stałe. Dzięki przewodnikowi, zrozumiałem więcej, niż mogłem pragnąć.
– Co takiego sprawiło, że zostawiłeś swój dorobek całego życia na takim zadupiu, jak ta kolonia. To nie w porządku, byliśmy przyjaciółmi…
– Drogi panie, Wachowski. – Niespodziewanie, do rozmowy wtrąciła się Waleria Montgomery. - Nie proszę o jakikolwiek szacunek z pana strony ale musi pan wiedzieć, że jestem matką.
– Co ona chrzani?
– Symbolizuje powagę tej sytuacji. Otóż pracujemy nad pewnym projektem, który oprócz podstawowych założeń postawionych przed nami na tej planecie, wydaje się być przełomowym odkryciem, a nie tylko niewartym śmieciem, względem upływającego czasu.
– Głupie babsko.
– Proszę się uspokoić delegacie! Nie pozwolę, aby obrażał pan moich najlepszych naukowców.
Rozumiemy pana zdenerwowanie ale w tej sytuacji, muszę pana prosić o opuszczenie naszej koloni, chyba że jest pan zainteresowany badaniami i będzie pan od teraz mówić nieco bardziej spokojnie. – powiedział Baltazar.
– Mniejsza z tym, wszystko można jeszcze zatuszować… Wybieraj, albo twoja prawdziwa rodzina albo ta dziwka!
– Przeproś mnie Wachowski! – Groźnie odpowiedział Fred Rainer.
– Skoro nie można z wami po dobroci, to mówcie, z czym mamy do czynienia?

„Aby wytłumaczyć, na czym polega specjalny projekt naukowy, mówiący o przenikaniu materii bytów chaotycznych, trzeba by cofnąć się do początku powstania kosmosu. Aby cała ta zagadka chaotyczności miała sens, musimy rozpocząć od założenia, iż wszechświat powstawał wielokrotnie, co implikuje fakt wielokrotnego stworzenia naszego świata. Bóg istniał w przestrzeni od niepamiętnych czasów. Jego bytowanie nie było jednak osamotnione, ponieważ wraz z nim, istniała pustka. Nie było żadnego świata, występował natomiast element nieograniczonej losowości, którą to można było wykorzystać. Natomiast powstanie chaosu było czystym przypadkiem.”

– Czy rozumiesz Wachowski?
– Nie mów do mnie takim impertynenckim tonem Fred. Znamy się przecież od dawna.
– Obraziłeś mnie i bardzo obraziłeś moją żonę. Masz szczęście, że ona nie żywi do ciebie za to urazy.
– Ta kobieta, nie jest twoją prawdziwą żoną. Wbij to sobie do swojego pustego łba. To że masz z nią dziecko, o niczym jeszcze nie świadczy.
– Już to przeanalizowałem.
– Takie związki można łatwo anulować. Wiem, że powtarzam to w kółko ale pomyśl logicznie. Masz doskonałe kwalifikacje do tego, żeby zostać kimś ważny w Centrali Unii Planetarnych. Pomyśl o tym co możesz zyskać.
– Czy możemy kontynuować?
– Z wielką przykrością odpowiem, że możesz.

„Waleria Montgomery odkryła to, że mamy do czynienia z bytem, którego jeszcze nie zdołaliśmy w żaden sposób zakwalifikować. Założyliśmy, że byty chaotyczne posiadają pewne umiejętności, które zostały dziedziczone. Możemy wyróżnić przenikanie oraz przemieszczenie się. Przyczyna poruszania się bytu w kosmosie polega na szukaniu drugiej, podobnej do siebie istoty, z którą mogłaby wymienić swoje odziedziczone umiejętności, jest to jednak założenie. Pierwsza cecha, czyli przenikanie jest o wiele bardziej złożona, a mianowicie korzysta z kanałów przenikania. Wysnuliśmy założenie, iż byt chaotyczny, który podróżował przez kanał, posiadł również cechę przenikliwości. Punkty zaistniałe na kanale są prawdopodobnie bramą do innego wymiaru… Istnieje ryzyko spotkania podobnej do siebie istoty, po drugiej stronie bramy. W ten sposób dziedziczone umiejętności są implikowane poprzez ich wymianę. Mamy tu do czynienia z efektem rozszerzania bytu chaotycznego. Być może zadowolę cię stwierdzeniem, że nie jest on w stanie w żaden sposób zagrozić jakiemukolwiek organizmowi. Szansa, że spotka się z organizmem żywym wynosi jak 1:100000000, a nawet gdyby do tego doszło, nie jest możliwa komunikacja na drodze falowej. Istnieje natomiast ryzyko odrębnego zachowania, podczas połączeń dwóch bytów chaotycznych, zwłaszcza z różnych wymiarów.

Dochodzimy tutaj do głównego pytania – w jaki sposób możemy na tym zyskać? I tutaj przyjacielu, otwiera się najważniejsze zastosowanie tego zjawiska. Otwarta brama między wymiarowa, pozwala założyć iż długość trwania takiej struktury, uzależniony jest od znalezienia podobnego do siebie bytu oraz być może dziedziczenia cech chaotyczności. Co jednak, gdy poprzez otwartą bramę zdołalibyśmy przekroczyć granice wymiarowości.

Prawdopodobnie jej zamknięcie, spowodowałoby to iż nigdy nie powrócilibyśmy z powrotem, co ma związek z teorią o nieskończonej ilości wymiarów. Jeśli jednak czas trwania takiej bramy, wynosiłby dla nas tysiąc lub więcej lat? Bylibyśmy w stanie wykorzystać tego rodzaju światy do własnych celów, co więcej dzięki poznaniu jej ostatecznej struktury, moglibyśmy spróbować sami tworzyć własną wizję wymiarów. Bylibyśmy więc kreatorami światów ale niekoniecznie doskonałych – takich jak nasz świat, stworzony przez Boga.
– Dość ciekawe ale jaka jest szansa na odkrycie takiego bytu, zwłaszcza w momencie jego przenikania? – zapytał Robert.
– Mówiłem już, że dla chaosu nie istnieje żaden czas, a tym samym jego obecność jest nieunikniona. Kanały poruszania są tego przykładem. Najważniejsze jest jednak to, że każdy kanał ma swój początek oraz koniec, a to daje następną szansę również ludzkości.
– Czyli coś na bazie teleportacji?
– Właśnie. Najbardziej istotne jest to, że możemy tym się dowolnie bawić… Nie ma zmiłuj się, przyjacielu.
– To bardzo istotne. Gdy wrócę na Ziemię, spiszę raport dotyczący twojej pracy. Oczekuj pilnego kontaktu z przewodniczącym Unii Planetarnej. Co do twojej nowej żony to rób jak chcesz.
– Widzę, że wreszcie się rozumiemy Robercie…
Na lądowisku koloni, stał przygotowany unijny frachtowiec, wynajęty specjalnie dla delegata Roberta Wachowskiego. Był otoczony grupką ludzi, czekających na załatwienie formalności związanych z podróżą. Po jego lewej stronie, stał nadzorca Baltazar, Fred z żoną Walerią oraz sekretarka Cynthia. Robert z dziwnym uczuciem niedosytu, opuszczał to miejsce i miał wrażenie, jakby czegoś nie dopełnił. Była to jednak wizyta prywatna i nie miała nic wspólnego ze sprawami bieżącymi.
- Czas, abym się z wami pożegnał. Była to najkrótsza wizyta w mojej karierze delegata centrali. – ze śmiechem stwierdził Robert.
– Teraz wszystko zależy od twoich posunięć Robercie, pamiętaj że gdybyś chciał tutaj powrócić to mamy dla ciebie sporo pracy.
– Jeśli tylko zdołam udźwignąć ten ciężar. Szczerze?
– Ależ oczywiście.
– Więc będę was odwiedzał ale jedynie w trybie formalnym. Będę wtedy bardziej autorytatywny, niż jestem teraz. Skoro to wszystko to pozdrowienia dla doktor Montgomery i jej córki.

* * * 

Miesiąc później zapowiadał się świetny dzień na odpoczynek, zwłaszcza że był wolny od pracy. Leżałem na łóżku, marząc o spotkaniu z pewną dziewczyną, która pracowała w punkcie handlowym niedaleko mojego mieszkania. Nie wiedząc kiedy, zadzwonił dzwonek informujący o połączeniu video.
– Tak, słucham! – wykrzyknąłem nieco nerwowo.
– Z tej strony, Marta. Wczoraj nie było cię w galerii i tak naprawdę nie miałam z kim porozmawiać. Co robisz dzisiaj wieczorem?
– Chyba nic takiego. Miałem zamiar obijać się cały czas, konsumując swoje ulubione prażone orzeszki.
– Pytam, bo nie wiem czy nie czas już na bardziej bliskie odwiedziny. Czy mogę do ciebie wpaść?
– Pewnie, sporo o tobie myślałem przez ten miesiąc. Bliska znajomość z ładną dziewczyną taką jak ty… Przez trzy lata trwałem w przekonaniu, że jestem starym kawalerem.
– Więc czekaj na mnie o szóstej. – powiedziała krótko i rozłączyła połączenie.

Marta Różycka... Trafiło mi się duże wyzwanie, któremu podjąłem się stawić czoła. Poszedłem do kuchni po napój kawowy, gdy zadzwonił dzwonek przy drzwiach wejściowych.
- Cześć, Roy. Chyba nici z wolnego dnia. – uśmiechnęła się trochę krzywo.
- Szybka jesteś! Nie zdążyłem nawet wciągnąć spodni.
- Pojawiło się sporo pracy w magazynie.
– Nie musisz się tak bardzo starać. Wystarczy że będziesz o mnie myślała.
– Do zobaczenia.
Nie wiedząc co robić, uruchomiłem sieć.

Sieć lokalna. Proszę o wprowadzenie komendy.
>Połącz mnie z klientem sieci.
>.. Wykonuję.
>Zwolnij zapis danych z serwerów.
>..Chwileczkę… Nie posiadasz odpowiedniego kodu dostępu.
>Wprowadź kod awaryjny 0233.
>.. Wprowadzam kod. Potrzeba autoryzacji.
>Użyj identyfikatora profilu.
>.. Wykonuję. Zapis odblokowany.

Powolnym ruchem ręki, wprowadziłem do serwera dekoder pola molekularnego. Po kilku sekundach, dioda nadal pozostała wygaszona.

Sieć lokalna. Proszę o wprowadzenie komendy.
>Ładuj dane z nośnika.
>.. Wykonuję. Zapis odblokowany. Procedura wykonana.
 
Nagle stałem się bardzo groźnym hakerem. Posiadłem sporą kontrolę nad różnymi miejscami w koloni i prawie każdy znajomy przekazywał mi jakieś prezenty, a pani dyrektor mówiła, żeby nie przyjmować prezentów od nieznajomych. W jednym przypadku nie potrafiłem odmówić. Pewien człowiek pochodzący z planety Ziemia był na tyle miły, że za wykonane zadania wysłał dla mnie patent technologii wydobycia złóż na asteroidach. Za to co otrzymałem, zostanę prawdopodobnie odznaczony przez nadzorcę i będę uprzywilejowanym mieszkańcem. Może nawet otrzymam lepsze mieszkanie ale przecież wszyscy jesteśmy do czegoś powołani.

Podpis: 

Michał H. Rabsztyn 19-04-2017
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

Autor płaci 560 poscredy(ów) za komentarz (tylko pierwszy) powyżej 300 znaków.

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Artefakt Ze zwichniętym skrzydłem - cz.VII Niewiara
Polska odpowiedź na Stalowego Szczura (druk w Science Fiction cz1. 2002, cz2. 2003) wkrótce powróci z dwoma nowymi opowiadaniami! Poranna mgła otula Paryż, podnosi z ziemi nawet ranne ptaki „Będzie niezły ubaw, gdy się przekonasz, że Bóg jednak istnieje” Pilipiuk
Sponsorowane: 200
Auto płaci: 1000
Sponsorowane: 160Sponsorowane: 150

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2017 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.