http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
300

Glupia Sztuka Akt I

  Uwaga! Tego tekstu nie należy traktować poważnie.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W listopadzie nagrodą jest książka
Nawiedziny
antologia
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Glupia Sztuka Akt I

Uwaga! Tego tekstu nie należy traktować poważnie.

Ty zawsze przy mnie stój

Nie wiedział jak to możliwe, ale miał przed sobą największego wroga i najlepszego przyjaciela w jednym.

Władcy Kosmosu

Humorystyczne opowiadanie, którego bohater doznaje niezwykłych halucynacji.

Anioł zasługuje na śmierć

Wszyscy posiadali Anioły – tak samo nieznośne jak Pawcio...

Władcy wydobycia, rozdział 7

Przygody mechanika i obieżyświata Rolfa Kunerskiego w zniszczonym i zdewastowanym świecie. Postapokaliptyczny klimat obejmujący takie miejsca jak Polska, Niemcy czy Białoruś.

Przywilej Świata Paraleli

Krótkie opowiadanie fanfiction, które zostało zainspirowane światem gry komputerowej o nazwie Universe na PC. http://www.gry-online.p l/S016.asp?ID=3306

Przemiana

"Coś we mnie narastało, coś nieuchronnego i groźnego, przekraczającego wszelkie znane ludzkości stany, coś nieporównanie większego niż pan Aleksander i jego szkaradne postępowanie."

Szalony

Dawno nic nie pisałem. Chyba najwyższa już pora wrócić.

Recepta

Na wszystko jest lekarstwo. Nie zawsze jednak je bierzemy...

BIEDRONKA

Króciutka humoreska, wyróżniona w konkursie satyrycznym "Wrzuć na luz".

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1424
użytkowników.

Gości:
1424
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 80644

80644

Ze zwichniętym skrzydłem - cz.VI

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
17-07-10

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Przyjaźń/Romans/Opowiadania.pl
Rozmiar
19 kb
Czytane
749
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
17-08-18

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: jolsokolowska079sok Podpis: Jolka
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Warto słuchać i przyglądać się innym z uwagą

Opublikowany w:

Ze zwichniętym skrzydłem - cz.VI

Nie miałam pojęcia, że istnieją dwa obrazy, ciągle mam je przed oczami. Moja wyobraźnia i rzeczywistość zlewają się w jedno. Pamiętam każdy szczegół płótna, które wisiało w Vernazzie. Drugi obraz jest inny, tylko w niewielkim stopniu przypomina znaną mi "Dziewczynę z perłą". Tak, to portret mamy. Nie mam najmniejszych wątpliwości. Jest na nim taka daleka i niecielesna. Jej oczy ocienione turbanem, wyrażają smutek, zapraszają do tego, co nieuniknione. To wcale mi się nie wydaje! W gwałtownych pociągnięciach pędzla widać roztargnienie i drżenie rąk ojca. Nie był w stanie się ukryć za postacią na obrazie. Czemu namalował ją tak powściągliwie, bez zwykłej mu troski o szczegóły? Zimne kolory to niema manifestacja. W obrazie brak światła, tylko kolczyki z pereł lśnią nieśmiało. Mimo to jest taki piękny!

Spoglądam jeszcze raz, i jeszcze raz i nie opuszcza mnie to samo nieodparte wrażenie. Ciasno się robi we mnie od wspomnień. Pocieszam się, że to, co teraz czuję z czasem osłabnie, ale teraz...

- Karoline, znalazłem cię. – Słyszę za plecami głos Marka.

Podchodzi bliżej, jeszcze bliżej. Odwracam się. Kładzie swoje zimne dłonie na moich ramionach, z troską zagląda mi w oczy.

- No, tak, musiało się w końcu wydać. Jesteś zaskoczona, nie płacz. Czasem wyobraźnia harcuje, powinienem ci wszystko wyjaśnić. Uwierz, nie jest mi łatwo, to jedno z moich najgorszych wspomnień. Wkrótce po tym jak pożegnaliśmy Ann, byliśmy z Paulem sami w domu w Vernazzie. Ciebie zabrała do siebie ciotka Sally. Paul prawie nie opuszczał pracowni, zamykał się w niej na całe dnie. Popijałem kawę na tarasie. Nagle do moich uszu doszedł jego rozpaczliwy krzyk. Zaalarmowany pognałem do pracowni i stanąłem w progu jak wryty."- Żyłem z nią prawie dwadzieścia lat, to jest opowieść, której nie napiszę już z nikim innym." - Wrzeszczał jak opętany, ciskając tym obrazem o podłogę, deptał go, wyraźnie chciał go zniszczyć. Byłem wstrząśnięty. Pracownia była też zdemolowana. Patrzyłem na twojego ojca jak na szaleńca, czułem się okropnie, nigdy bym nie podejrzewał, dotąd wydawał mi się tak silny. Przez kilka następnych dni nie spuszczałem go z oka. Uciekał nad ocean, godzinami nieruchomo siedział na brzegu. Upłynęło tyle czasu, a ja wciąż mam dreszcze, kiedy o tym pomyślę.

- Mark, długo tak zamierzałeś milczeć, przecież powinnam znać prawdę!

- Tak, ale nie chciałem ci sprawiać przykrości. Przygarnąłem obraz, naprawiłem ramę. Myślę, że Paul bardzo kochał Ann, nie mógł pogodzić się z jej stratą, był przerażony jak dziecko.

- Trudno w to wszystko uwierzyć.

- Nie wątpię.

Zamilkł. Spąsowiałam skonfundowana.

- Traciłem go z oczu czasem na parę miesięcy. - odzywa się znowu. - Akurat kończyłaś czternaście lat, wróciłem z długiej trasy koncertowej, nie miałem żadnej wiadomości, postanowiłem go odwiedzić. Dom był zamknięty. Paul odszedł w krainę, o której Hamlet powiada, że jest milczeniem. Nad Adriatykiem pozostał tylko jego cień. On mieszka w tych obrazach, czuję to. Teraz należą do mnie. Są takie jak ich twórca, mają oczy, serce i duszę. Obrazy i ich malarz często żyją w symbiozie, zrastają się, przedziwna więź. W muzyce jest trochę inaczej. Teraz jedynie musi mi wystarczyć to, jak Paul czasami patrzy mi w oczy, a nie na mój drogi zegarek. Po tym chyba poznaje się przyjaźń. Bez innych – w dobrym i złym – jesteśmy nikim. Nigdy nie orientowałem się zbyt dobrze w malarstwie, dopiero Paul otworzył mi oczy na piękno, robił tak ciekawe rzeczy. Kiedy umarł – Stary - powiedziałem – totalna klapa! Moje życie przestało być sensacją, jest tanim, propagandowym opowiadaniem. I pokiwałem głową. On zawsze potrafił mnie zrozumieć.
Karoline, kobietom jest łatwiej się przyznać do chwili słabości. Gdy jest mi źle, staję pod tą ścianą. Obrazy twojego ojca pobudzają do refleksji. To wszystko, co on namalował ma ukryty sens, przerasta moje wyobrażenia o malarstwie, ale nie mogę o tym mówić ludziom, bo i po co.

Jestem zbyt zmęczona, co tu jeszcze można jeszcze powiedzieć, w głowie mam mętlik. Słońce zaszło, zaczął padać drobny deszczyk. Do środka domu napłynął wieczorny chłód. Wspomnienia związane z ojcem są wciąż żywe, przeszłość rzuca długie cienie. Zarzucam sweter na ramiona, schodzę na dół, przechodzę przez bramkę i biegiem wypadam na ścieżkę prowadzącą ku rzece.


– Dokąd się tak spieszysz, Karoline? – Woła za mną.

- Chcę pobyć chwilę sama! - Odpowiadam, ale chyba mnie nie słyszy.

Mam trochę czasu, by wszystko przemyśleć. Niewinne na pozór kłamstwo lub żart Marka. Zapłaciłam z nie łzami i nieprzespanymi nocami. Dziwne, ale niczego nie żałuję, jest mi lżej. Gniew, pretensje, smutek zostawiam w tyle. Cenna lekcja, wiele wyjaśniła. Czasem warto się zagubić, aby odkryć tyle szczerości.


****

- Karoline, kończ śniadanie, zbieraj się, wychodzimy. Ogrody Boboli zapraszają na ucztę dla zmysłów.

– O, niezły ruch jak na otwarcie dnia – pomyślałam, słysząc rozbawiony głos Marka.

Ogrody Boboli dotąd znałam wyłącznie z przewodników, ale to nie to samo. Nie mogę uwierzyć, że zobaczę ten wspaniały przykład ogrodu włoskiego, rozciągającego się u stóp słynnego Pałacu Pittich. Uśmiecham się, widząc, że Mark włożył na tę okazję marynarkę i odświętne spodnie.

****

Monumentalna budowla pałacu z daleka wydaje mi się atrapą, nakrytą niebem jak wielkim niebieskim sklepieniem. Idziemy w górę szerokim trotuarem, omijamy rozgorączkowaną kolejkę. Stoi po bilety wstępu, poci się i pulsuje. Markowi udało się kupić nasze przez Internet. Okazałe, otwarte na oścież drzwi, a za nimi ogromny dziedziniec. Wchodzimy w oczekiwaną ciszę. Do wnętrza dochodzi bezsłoneczne światło. Echo naszych kroków wspina się po ścianach zabytkowych, oplatających go kamiennych krużganków. Gdy dotykam ich ścian nie sposób nie czuć pod palcami atmosfery minionych stuleci. Niekończąca się litania królów, szlachciców, strojnych kobiet i dostojników Kościoła. Na tle tak starych fresków człowiek musi zachować się godnie. Prostuję się, poprawiam plecak i rozglądam się łapczywie. Już na pierwszy rzut oka to założenie ogrodowe wydają mi się piękniejsze od znanych mi ogrodów Paryża.

- Widzę, że ci się tu podoba?

- Świetny wybór!

Basen Neptuna iskrzy się niczym wielki brylant w południowym słońcu. Słyszę szum wody. Obserwuję grę światła na lustrze wody, widoczną przy podmuchach wiatru. Promienie słońca przebijają powierzchnię wody i cudownie rozpraszają się w jej granatowo - błękitnej toni. Daję się jej ponieść szumowi wody. Mój wzrok zatrzymuje się na uwięzionym w kamieniu Neptunie. Widzę go przez pryzmat zapamiętanych obrazów z literatury. Symbol znikomości i przemijalności ziemskiej wielkości i sławy. Zakres możliwości jest szeroki. " Ten Neptun jest głosem w starym sporze o wyższość sztuk, rozstrzygającym go na korzyść malarstwa". Ten pogląd mi odpowiada.

Na zegarku już druga. Przedzieramy się skrótem przez krzaki. Pachną jesiennym rozkładem. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze usiąść na ławce, gdy słyszę stłumiony głos Marka:

- Dobrzy ludzie czasem muszą robić złe rzeczy.

Zabrzmiało dziwnie i bez sensu. Rozwiązanie zagadki nie byłoby dla Marka pochlebne. Mój romantyczny nastrój diabli biorą.

- Co się dzieje, Mark? Wczorajsza nasza rozmowa była podróżą do prawdy, ale na tym koniec.

Bada mnie spłoszonym wzrokiem.

- Sam nie wiem, co mi przyszło do głowy.

- Mark, to nie fair! Masz problem, to napisz do mnie list.

Nie zdołałam powstrzymać słów cisnących mi się na usta, robi mi się głupio.

- To będzie nie lada przyjemność. Mam pisać w lirycznym nastroju, a może wolisz ironię. Z estetycznego punktu widzenia jest niewątpliwie atrakcyjniejsza. To będzie tylko kwintesencja mojej szuflady z mydłem i powidłem. Tylko dla dorosłych! Nie jestem facetem z działu moralności. - Wybucha śmiechem.

- Kiedy wracasz do Paryża?

Cały Mark, przekornie zmienia temat. Kusi mnie, żeby od razu odpowiedzieć: ironię. Jego ironia przeplatana witalnym dowcipem smakuje wybornie.

- Pytałeś, kiedy wracam do Paryża? Jutro, wieczornym samolotem.

- Zeżre mnie tęsknota i to będzie wyłącznie twoja wina. Czy możemy ruszać dalej?

Ocieniona dorodnymi cyprysami aleja prowadzi nas ku krętym schodom prowadzącym do "Muzeum Starej Porcelany". Przed nami otwiera się nieziemski widok. Mój aparat miarowo szczęka. Wskazówki słonecznego zegara pokazują szóstą, popołudnie przechodzi w wieczór, niedługo zamkną ogrody.

- Wiele słyszałam o florenckiej katedrze. Naprawdę jest taka piękna?

- To jedna z największych świątyni katolickich na świecie. Żaden kłopot, jutro ją sama ocenisz.

Pora na wczesną kolację, kiszki grają mi marsza. Położona nad wodą knajpka zaprasza reklamą dobrej kuchni. Gustowne, żółte parasole drżą na wietrze, fale pluskają leniwie o brzeg. Dopadamy ostatni, wolny stolik. Mark zdejmuje kapelusz, wydaje się rozluźniony, promienny, rozsiada się wygodnie w rattanowym fotelu. Krajobraz ogrodów doskonale koresponduje z naszym, pogodnym nastrojem. Biorę go za rękę.

- A co sobie pomyślałeś, gdy tu przyjechałam?

- Że ty też jesteś szalona.


****

Jest koniec września, lato w Paryżu na dobre odeszło w niepamięć. Spałam niespokojnie, musiałam wstać wcześniej niż zwykle, nawet nie potrzebowałam budzika. Bębnienie ulewnego deszczu o parapet nie poprawia mi humoru. Od godziny snuję się w szlafroku po kuchni. Robię kanapki z twardym serem, na stole stygnie mocna kawa w filiżance. Po powrocie z Florencji porzuciłam lęki i niepewność. Moje obawy nie potwierdziły się. Uśmiecham się na samo ich wspomnienie, najwyraźniej to coś znaczy. Tak, życie z dnia na dzień odcina przeszłość niczym kupony.

- Obudź się, Kuba! Nie rób sobie wstydu!

Tego śpiocha nic nie rusza. Obok rozpoczętej butelki mleka leży list, ma stempel sprzed tygodnia. Wcześniej go nie dostrzegłam. Otwieram pospiesznie kopertę. Rozpoznaję odręczne pismo Maria.

„ Karoline, piszę przy świecy.
Dostałem od majstra Errico kawałek drewna, bumerang.
Rzuca się nim daleko, ale on przylatuje z powrotem. Gdy mocno go ściskam drży
i trzeszczy jak moje skrzydła schowane pod kurtką. Uwierz, to nie zabawka, a prawdziwa broń z Australii.”.
Wszystko u mnie dobrze.
M.”

Niewypowiedziane słowa grzęzną między niezdarnymi literami. Krótka notatka pisana w pośpiechu, na grubym papierze. Nic to, Umberto Eco swoje zapisywał na pudełkach od zapałek. Opublikowane, mimo że pisane na marnym podłożu nikogo nie odstręczały. Umberto Eco pozostanie zawsze Umberto Eco. Chociaż, znam poetę, który pisze na serwetkach, a jeśli nie ma ich pod ręką wykorzystuje do tego własne lub cudze nadgarstki. "Pisać i rysować można na wszystkim".

Mario poddaje się swojej wyobraźni, jego zapiski, choć osadzone w realnym czasie mówią więcej o jego wewnętrznym krajobrazie niż o tym, co wydarzyło się na jawie. Latem widziałam w jego oczach strach, małe usta zaciśnięte w niemym proteście. "Ojciec pije, a matka zaharowuje w pizzerii. Będę zupełnie sam i to będzie moja wina." - zwierzył się, w którymś liście.

- „ Mario, pisz dużo i często, muszę wiedzieć o tobie jak najwięcej…”

Oczy robią się wilgotne, skończę później. Czy kiedyś zrozumiem ten kłębek serca toczący po podłodze domu nad Adriatykiem?

Rok akademicki jeszcze się nie zaczął, a w Ecole des Beaux-Arts trwają zajęcia. Mnie to też nie ominie i to dzisiaj. Moje szkice są bez wyrazu, wciąż je poprawiam, to tak jakbym udoskonalała samą siebie. Efekt krytyki i sugestii profesora, a może zbyt szybko chcę osiągnąć namacalny sukces? Nie wiem czy to zaleta czy wada. Malowanie jest jak o jedno życie więcej. Ojciec w malowaniu też się zatracał, jakby żył podwójnie. Natura wyposażyła go w coś ważnego, gdy namalował słońce, czułam ciepło spływające z jego pędzla.

Rozlega się miauczenie Kuby. O wilku mowa... Chwilę wcześniej, widziałam jak maszerował na koniec łóżka i zeskakiwał na podłogę. Robi to z prawdziwą gracją. Pora na befsztyczek, nie mam wyboru. Pachnie naprawdę pięknie. Jedzenie znika w oczach. Siadam na kanapie. Kuba wciska się obok, słodko pomrukuje. Dochodzę do wniosku, że w moich rozmyślaniach kryje się ziarno prawdy, ale chyba nie ma co przesadzać z ambicjami. Przyszłość pokaże na co mnie stać. Czas zwija się w kłębek, znikam w łazience wziąć prysznic. Brzęczy komórka, nie mogę odebrać, siła wyższa. Cichnie. To zapewne Victor, brakuje mu relacji z rozmowy z Markiem. Zapyta - Czy jestem pół krwi Żydówką? Zupełnie nie mam ochoty na spowiedź.

Jeszcze parasol, zielony płaszcz przeciwdeszczowy, na końcu rysunki pakuję do teczki i w drogę.

- Baw się dobrze, Kuba!

Idę piechotą, moje myśli uparcie krążą wokół Victora. Coś mnie ostatnio niepokoi. Dotychczas odnosiłam wrażenie, że wszystko między nami układa się wspaniale. Mamy sporo do nadrobienia, muszę mu zadać kilka pytań. Może uda się wieczorem, dziś stuka mu okrągła liczba, ma trzydzieste urodziny. Na mijanym słupie ogłoszeniowym reklamuje się "Le Bazar". "Klimatyczne, świeżo otwarte bistro z lustrami i boazerią, położone na lewym brzegu Sekwany. Inne niż wszystkie paryskie bistra, nastrojowe z muzyką z lat trzydziestych." Mnie kojarzy się z romantycznym wyobrażeniem o wielkich artystach, pisarzach i intelektualistach Paryża tego okresu. Wieczorny wypad? Potrzebuję porządnej imprezy. Rozchylam płaszcz, ubrałam się za ciepło. Liście na drzewach przy kościele Saint-Julien le Pauvre szeleszczą poruszane podmuchami wiatru. Odgłos przypomina cichutkie grzechotanie kamyczków w słoiku. Pada mniejszymi kroplami i Paryż zaczyna tętnić normalnym życiem. Na moście St- Michel pojawia się muzyk. We wrześniu w Paryżu na początku sezonu kulturalnego goszczą muzyka i taniec, widok występów ulicznych nikogo nie dziwi. Tłum się śpieszy, pobłyskują białe kołnierzyki i gazety. Przedzieram się przez sznur samochodów, krótki łomot i jestem za bramką metra. Na peronie zauważam Robina. Rusza pędem w moją stronę. Ściska mi dłoń na powitanie.
– O, cześć, Karoline! Daj, poniosę ci teczkę z rysunkami, jedziemy w tym samym kierunku.

Podnoszę rękę w geście kapitulacji. Oczy świecą mu się jak kotu na widok sperki. W metrze panuje niezły tłok. Robin rzuca nonszalancko kapelusz i „Timesa” na półkę nad głowami ludzi, teczkę upycha na siłę tuż przy mojej.

- Popatrz, chyba złamałem paznokieć! - Skarży się, podtykając mi wskazujący palec pod nos.

Mogłabym wprawdzie poprzestać na zdaniu" Robin zachowuje się jak dupek", ale nie. Od dawna jawi mi się jako koszmarny Anglik. Co chwilę pociąga zakatarzonym nosem, a uważa się za cholernie atrakcyjnego, błyskotliwego, pełnego empatii. Czy w ogóle wie co to znaczy? Nasze umysły nie są zbudowane według tego samego planu, dzieli nas tysiące mil. Wrażliwy? A niech mnie! Ma wrażliwość deski klozetowej. Przygląda mi się z krzywym uśmieszkiem, odwracam głowę.

- Biedactwo, oblałaś rysunek?

– Tak, nie byłam dość dobra.

- Dasz radę, spójrz na mnie.

- Dobre sobie. W moim przypadku to raczej preparowanie śmieci.

Robin wytrzeszcza oczy, ale mu walnęłam.

– To tylko kwestia przykładania się.

- Nie jestem tego taka pewna.

Kiwa głową, cokolwiek to znaczy. Na peronie, szczęśliwie tracę go z oczu.

****

Boczny korytarz Ecole des Beaux-Arts jest jak wymarły. Przez wysokie okna wpada mało światła, nie wypogodziło przez co wydaje się bardziej mroczny. Od progu nie opuszcza mnie wrażenie, że duchy sławnych absolwentów szkoły przywarły do ścian. Ależ głupków przyjmują do Ecole des Beaux-Arts! Czyżby rozmawiali o mnie? Z trudem opanowuję chęć roześmiania się. Monumentalne, gipsowe figury niczym z Wysp Wielkanocnych, rozpadają się w abstrakcyjne portrety. Zupełnie odmienny świat. Specyficzny nastrój, aranżacja wnętrza, nie mającą nic wspólnego z napuszonym stylem paryskich galerii, nie przytłaczają tak jak Luwr. Skoro wszyscy tak powtarzają, to chyba tak jest.

Przyspieszam kroku. W holu przed windą nie ma nikogo. Po minucie zjawia się Pauline Castalin, diabelnie zdolna studentka czwartego roku. Marszczy brwi, obrzuca mnie lodowatym spojrzeniem. No, tak, kiedyś zdałam jej kilka głupich pytań. Nie przypuszczałam, że ją urażę, nie miałam takich intencji. Kręcę się, czekając na windę, chcę pogadać, ale nie zwraca na mnie uwagi." Nie rozmawia się z byle kim" - mówi spojrzeniem. A miałam o niej takie dobre zdanie. O ile pamiętam dopiero po roku 1897 dopuszczono do studiów na Ecole des Beaux-Arts kobiety. Być jedną z nich, to do dziś robi wrażenie. Zupełnie tego nie rozumiem, ale żadne roztrząsania nie umniejszają faktu. Winda nareszcie rusza w górę, obcość Pauline napełnia mnie energią, nie umiem ustać w miejscu.

Sala katedry malarstwa stoi otworem. Byłam umówiona, jestem punktualnie. Pachnie farbami, jest zadziwiająco pełno. W czystym świetle lamp, na podium pręży się nagi, muskularny model. To zwykły obrazek, ale miło popatrzeć. Chcę zająć jedno z wolnych miejsc. Grupka studentów otacza wiankiem profesora, skutecznie blokując mi przejście wzdłuż ściany. Wpada mi do ucha kilka potoczystych zdań. Język górnolotny, kwiecisty. To wrażenie mam od momentu, gdy tylko otworzył usta. Profesor jest zjawiskiem, autorytetem, jego opinie są ostre, szczere do bólu, ale trafiają w sedno. Chwilę później z trudem skrywa irytację, omawia rozpięte na sztaludze dokonania malarskie Ann. Przysiadam na krześle w imponującej grupce gapiów, śledząc scenę z zapartym tchem. Bohaterka tkwi jak słup.Trudno mi sobie wyobrazić jej minę. Naprawdę jest mi jej żal. Tłumione, paskudne chichoty dochodzą zza sztalug. Posyłam ich autorom mało przyjemne spojrzenie. Co za ludzie!
Czarna, profesorska broda sterczy niczym rozczochrany pędzel. Moja wyobraźnia harcuje, serce pracuje jak betoniarka. Czemu ludzki umysł jest tak skonstruowany, że mam w sobie ciągle strach i wątpliwości? Na mój widok twarz profesora tężeje, sunie w moim kierunku, za nim podąża spragniony sensacji orszak. - Już po mnie, drzwi są dokładnie naprzeciwko- przemyka mi przez głowę. - O nie, pomyślą, że stchórzyłam. Jeszcze nie z jednym przyjdzie mi się zmierzyć. Ciekawski tłumek gęstnieje za plecami, czekają na kolejne widowisko.

- Karoline, dzień dobry, jak się miewamy tego ranka?- mówi z automatycznym sarkazmem.

Moje imię, wypowiadane przez profesora, zawsze w pełnym, dorosłym brzmieniu, odbija się od ścian i wraca, aż skóra cierpnie na karku. Paul Charpentier bywa bezpośredni i delikatny, tak bardzo, że trzeba milczeć. Pracowitość i talent tylko to go przekonuje. U mnie nie zawsze objawiają się w widocznej postaci.
Nieśmiało rozkładam rysunki. Ogląda z uwagą. Nie jestem w stanie o niczym innym myśleć, na moment nie spuszczam z niego wzroku. Bierze każdy rysunek z osobna do ręki i w skupieniu studiuje. Można zwariować!

- Karoline, szkice są wprawdzie surowe, ale to nie ma znaczenia - zaczyna cedzić przez zęby. - Dobry portret chłopca: zdecydowana kreska, zachowane proporcje głowy, przemyślana kompozycja, robisz postępy. Roślinny motyw w rogu portretu, to twój podpis? Interesujące! Na boga, weź do ręki farby i zacznij malować. No, to co, do roboty?

Skończył. Rumienię się, nie zapominając o dobrych manierach. Ściska mi mocno rękę. Nie mogę uwierzyć! Porozumiewawczy uśmiech asystentki profesora utwierdza mnie w przekonaniu, mile łechcąc moją próżność. Opieram się o sztalugę, wypuszczam powietrze. Stało się! Nie posiadam się z radości. I co teraz? Prawie piąta. Zdążę kupić drobny prezent dla Victora. Wybiegam na ulicę...


****

„ Rozległ się warkot, uruchamianego samochodu. Silnik zawył, gdy kierowca wcisnął gaz do dechy, po czym wóz ostro ruszył prosto na stojącą na chodniku młodą dziewczynę w zielonym płaszczu. Kierowca nie zwolnił. Od rana paryska prasa komentuje ten straszny wypadek…”

Podpis: 

Jolka lipiec 2017
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Ty zawsze przy mnie stój Władcy Kosmosu Anioł zasługuje na śmierć
Nie wiedział jak to możliwe, ale miał przed sobą największego wroga i najlepszego przyjaciela w jednym. Humorystyczne opowiadanie, którego bohater doznaje niezwykłych halucynacji. Wszyscy posiadali Anioły – tak samo nieznośne jak Pawcio...
Sponsorowane: 200Sponsorowane: 200Sponsorowane: 140
Auto płaci: 310

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2017 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.