http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
310

Miłość z internetu cz. XII - czy to normalne?

  Naprawdę dla dorosłych. Wstyd mi przekazywać to o czym pisaliśmy. Nigdy nie wyobrażałem sobie że mogę mieć takie pragnienia co do kochania się z moją najdroższą. A może miałem ale nie wiedziałem że da się je opisywać i zastosować w realu, że tego się  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W grudniu nagrodą jest książka
Jestem nudziarą
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Miłość z internetu cz. XII - czy to normalne?

Naprawdę dla dorosłych. Wstyd mi przekazywać to o czym pisaliśmy. Nigdy nie wyobrażałem sobie że mogę mieć takie pragnienia co do kochania się z moją najdroższą. A może miałem ale nie wiedziałem że da się je opisywać i zastosować w realu, że tego się

Głupia Sztuka Akt II

Dalsze perypetie wspaniałych bohaterów :)

Miłość z internetu - czytaj części od I do XII

Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr

Miłość z internetu cz. XI - nauka kochania się I

Tylko dla dorosłych. Oryginał przekopiowany z korespondencji przez internet. Liczne błędy powstałe jak to bywa w wyniku szybkiego pisania i emocji powstałych podczas opisów marzeń miłosnych

Glupia Sztuka Akt I

Uwaga! Tego tekstu nie należy traktować poważnie.

Władcy Kosmosu

Humorystyczne opowiadanie, którego bohater doznaje niezwykłych halucynacji.

Demoralizacja

Ciągle przed oczami – Ty. Cały świat to Twoje oczy. To nie Bóg patrzy na mnie z Nieba. Niebem jest Twoja piękna twarz.

Przywilej Świata Paraleli

Krótkie opowiadanie fanfiction, które zostało zainspirowane światem gry komputerowej o nazwie Universe na PC. http://www.gry-online.p l/S016.asp?ID=3306

Epitafium dla przydrożnego ścierwa

krótki opis

Przemiana

"Coś we mnie narastało, coś nieuchronnego i groźnego, przekraczającego wszelkie znane ludzkości stany, coś nieporównanie większego niż pan Aleksander i jego szkaradne postępowanie."

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1042
użytkowników.

Gości:
1042
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 80674

80674

Ze zwichniętym skrzydłem - cz.VII

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
17-08-07

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Medycyna/Przyjaźń/Opowiadania.pl
Rozmiar
15 kb
Czytane
763
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
17-10-31

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: jolsokolowska079sok Podpis: Jolka
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Poranna mgła otula Paryż, podnosi z ziemi nawet ranne ptaki

Opublikowany w:

Ze zwichniętym skrzydłem - cz.VII

– Wróciłaś, Księżniczko!

Nie mogę z siebie wydobyć dźwięku. Drgnięcie dłoni, unoszę się i padam na wznak. Co jest? Przepełnia mnie lęk, zaciskam powieki. Nie, nie śnię. Słowa wdzierają się i pulsują w głowie... Nie mogę uwierzyć, że tak mocno może boleć...

****

Jest noc, której nadal się boję. Sen uleciał wraz z narastającym dźwiękiem aparatury wiszącej za wezgłowiem łóżka. Cyferki migają na wyświetlaczu niczym godzina i temperatura na jakimś biurowcu, rzucają drobinki światła na ściany pokoju, to moja codzienna kołysanka. Zza uchylonego okna dochodzi szum miasta. Ulice Paryża istnieją tylko na papierze listowym i w mojej pamięci. Znalazłam się na jednej z nich w niewłaściwej chwili, nie zdążyłam jej uciec. Chciałabym cofnąć wskazówki i przytulić mojego kota.

Jesień dawno zawinęła się w szarobury koc. Już pięć tygodni odkąd leżę w pokoju numer sto dwadzieścia cztery oddziału chirurgii urazowej szpitala Salpêtrière. Jak narysować upływ czasu? Nie wiążą się z nim najprzyjemniejsze wspomnienia, to trudny, ale wartościowy czas z powodu miliona rzeczy. Jedno miesza się z drugim, przenika zmęczone ciało i umysł. Wiem, że to ja, a jednocześnie - jakkolwiek zabrzmi to paradoksalnie - nie jestem osobą, którą znałam. Wszystko wokół mnie jest inne, oszołamia i onieśmiela. Dlaczego? Może dam radę wejść po schodach, dotąd nie próbowałam. To nie jest pytanie, nie chcę pomocy. Przed wypadkiem też byłam zbuntowanym bachorem. Prawa ręka przypomina drewniany wieszak, z trudem układam ją na poduszce. Lekarstwa są niezbędne, żeby kontrolować skurcze mięśni. Nie mogę ukryć się przed bólem, nie ronię łez, bo i brak miejsca. Radość i śmiech nie licują z powagą życia w szpitalu. Szczerze mówiąc gubię się w tym wszystkim. Moje życie, tu i teraz, jest pełne historii, które już nie chcą być opowiedziane. Wiele mnie nauczyły. Nikt nie pyta kim jestem. To wszystko, wystarczy słów, leczę myśli. Karoline, odrzuć negatywne, pytaj albo szukaj w sobie mocy. Uwierz, że możesz, wyzdrowiejesz, nie poddawaj się czarnym scenariuszom. Mam świadomość, że wiara to dopiero połowa drogi, najgorsze przede mną.
Słyszę jękliwy dzwonek dochodzący z korytarza, podnoszę głowę.

– Bonjour.

– Entrez!

Otwierają się drzwi do pokoju, wjeżdża wózek ze śniadaniem. Podtacza go do łóżka speszona madame o wielkich piegach na zgrabnym nosku, w butach o gumowych podeszwach i oddechu pachnącym truskawkową gumą do żucia. Sądząc po kolorze identyfikatora z nazwiskiem, jest tu nowa. W niekonwencjonalny sposób każe mi usiąść, jej uśmiech robi się coraz szerszy. Dziewczyna szybko się uczy. Cholera, działa mi na nerwy! Tutaj nikt nie może być głodny. – Mam to w głowie. Klimatyzacja chwilowo nie działa, siadam wyprostowana, jakby to było coś ważnego. Z wysiłku zrasza mnie pot, koszulę mam przesiąkniętą potem, to nie łatwe. - Dobry Boże! - wzdycham. Madame szykuje dwa suche tosty francuskie z pomarańczową marmoladą, z namaszczeniem nalewa do filiżanki kawę, dodaje spienione mleko i śniadanie gotowe. Toleruję laktozę, więc dostaję jeszcze ser. Delikatnie daje mi do zrozumienia, że jest dobry.

– Merci.

To jakieś niezmienne prawo tutejszej kuchni. Przynajmniej nie muszę się bać, że przytyję. Jem oparta o poduszki. Z ostentacyjną cierpliwością czeka, aż skończę. Zabiera naczynia, wychodząc macha ręką na pożegnanie i znów się uśmiecha. To Francja. Kocham ten kraj.

Dzwoni Antonina, pojawi się za dobry kwadrans. Tym razem może nie spóźni się, a zresztą cierpliwie poczekam. Mam chwilę czasu, odwracam się niezdarnie na bok, oczywiście boli. Patrzę w stronę okna, wyciągam szyję i zamieram. Jest! Tańczy na parapecie, kręcąc szarym łepkiem, grucha, przygląda się - pewnie chce pogadać.

– Hej mała, mam na imię Karoline! Nie odpowiada.

Obserwuję ptaki od dziecka, tak jakoś wyszło. W pobliżu Sekwany widziałam zimorodki, drozdy śpiewaki i mewy srebrzyste. Wśród ptaków na paryskim niebie najbardziej spektakularny jest chyba sokół pustułka, mający gniazda na wieżach katedry Notre Dame, na Wieży Eiffla i bazylice Sacre Coeur. Paryż upodobał sobie również krogulec, czyli jastrząb wróblarz. Od kilku lat w paryskich parkach spotyka się pary tego drapieżnika. Nie omija on również budowli Montmartre'u ani przeszklonych ścian Wielkiej Biblioteki. Na szczycie Wieży Eiffla mieszka też sokół wędrowny – wbrew nazwie ten ptak w Europie prowadzi osiadły tryb życia. Najbardziej pospolitymi ciągle są gołębie, pasą się dosłownie gdziekolwiek spojrzeć. Nie wiem czy to jest ozdoba czy zmora miasta. Na dziedzińcu Luwru zauważyłam ich nieco mniej, kilka lat temu magistrat rozpoczął walkę, zakazując dokarmiania. Uważaj na siebie, jesteś tu najbardziej atrakcyjnym towarzystwem. No leć, rozprostuj skrzydła.
Niemalże w tej samej chwili Antonina podchodzi, by mnie uściskać. Ma na sobie prostą bluzkę, włosy ściągnięte na karku w paradny kucyk, makijaż nie maskuje sińców pod oczami. Pachnie pudrem i roztacza woń dobrych perfum, ściągnięte brwi, poważny wzrok. Wyraźnie jest czymś zdenerwowana, zdradza to ton jej głosu. Nie lubi jak ją wypytuję, daję spokój.


– Był znowu twój niezwykły gość? - pyta załamującym się głosem.

– Przylatuje codziennie. To rasowa gołębica.

– Jasne!

– Nie kpij! Uwierz, samiec stroszy pióra inaczej, jest większy i ładniej ubarwiony.

Tracę pewność siebie, czuję, że nie traktuje mnie serio. Z trudem siadam na łóżku, nieporadnie obciągając brzeg szlafroka i przyglądam się. Antonina siada naprzeciwko na krześle, nerwowo przeszukuje przepastną torbę. Zamilkła na chwilę. Nie pytam dlaczego, to nieodpowiedni moment.

– Wszystko w porządku. Oto czek i książka, o którą prosiłaś. Unosi obie rzeczy jak trofea.

– Podziękuj Markowi, zresztą zrobię to sama. Dzięki, że znalazłaś dla mnie czas.

Widzę, że jej umysł pracuje na najwyższych obrotach.

– Mam wolną godzinę. Mogę cię o coś spytać?

– Wal!

– Gdzie w tej chwili jest Victor?

– Chyba w Nowym Jorku, już za nim nie nadążam. Chyba nie miał nic lepszego do roboty, zresztą dowiem się wszystkiego po jego powrocie.

Powiedziałam to ze ściśniętym gardłem, zamykam oczy, kryję twarz w dłoniach. Mam wrażenie, że ciężkie, stojące powietrze opada na moje ciało i opatula jak gruby koc. Chyba zorientowała się, że kłamię, zmienia się kompletnie na twarzy.

– Poznałam samochód Victora. Ciekawa byłam dokąd się wybiera, pojechałam za nim dowiedzieć się, co w trawie piszczy. Patrzę, a on nie jedzie do pracy, tylko zatrzymuje się przed tym nowym jasnoróżowym biurowcem, przypominającym do złudzenia butelkę Pepto- Bismolu. Sprawdzam, co tam się mieści. Same kancelarie adwokackie, facet...? Oczywiście to nic nie znaczy, poza tym, że jest w Paryżu, nigdzie nie wyjechał. Karoline, powiedz, lubisz go?

– Lubię? Dobrze wiesz, że zakochałam się w nim natychmiast i bezwarunkowo. Spędziliśmy z sobą prawie dwa lata. Byliśmy tak bardzo razem. Przejął się moim wypadkiem, ale przed wyjazdem nawet się nie pożegnał. Mam takie chwile, że chcę do niego zadzwonić, ale po namyśle tego nie robię. To nie ja odbieram pocztę. Gdybym dostała list, to bym zapamiętała. Tak liczyłam na jego pomoc i wsparcie.

– Przykro ci?

– Mam to gdzieś! Mężczyźni są inni. Włażą na strych lub do garażu i udają, że to ich jaskinia, musimy to zrozumieć.

Antonina pociera wierzchem dłoni włosy. Wydaje mi się zmieszana moją szczerością, łagodny wyraz znika z jej twarzy. Czuję, że poczerwieniałam. Ostatnio między mną i Victorem sporo się zmieniło na gorsze. Nie mam oporów, żeby mówić o swoich porażkach.

– Tylko tak gadam, to boli, jeszcze z niejednym zmierzę się w życiu. Chyba na dzisiaj mam dosyć – dodaję zniechęcona.

Zza okna słońce spogląda z ukosa, z lekka mnie oślepiając. Przysłaniam lewą ręką oczy, prawa ciągle przypomina przetrącony kij wbity w białą pościel. Odkąd skończyłam osiemnaście lat w moim życiu zawsze był jakiś mężczyzna, zastępując mi całą rodzinę. Z Victorem czułam się naprawdę zakotwiczona w życiu i chciałam, żeby ten stan trwał. Victor dawał mi uczucie bezpieczeństwa i to się liczyło. Dziś miłość brzmi w moich ustach banalnie. Słowo, piękne i prawdziwe, używane tak często, ostatnio staje się powierzchowne, traci treść, to prawie jak sen o przeszłości. U Victora widzę strach przed cierpieniem, zagubił się, opada z sił, wydawał silniejszy. Poraził go ogrom nieszczęść, które na nas niechcący sprowadziłam.
Nie ma reguł gry, żadna miłość nie jest łatwa, trzeba się natrudzić. To najprawdziwsza prawda. Nieprawdaż? Chcę tak myśleć i nic na to nie poradzę. Patrzę w jeden punkt na ścianie, rozmowa z Antoniną daje do myślenia, wywołała burzę emocji. Chyba zadaję sobie niewłaściwe pytanie. Powinno ono brzmieć - Czy jestem pogodzona z sobą? Jednak nie. Wiedzieć, że jestem zdolna do miłości to wystarczająco dużo. Nie będę trzymać się na dystans, obserwować z dali rozwój wypadków. Nie będę czekać, zrobię jakiś krok. Spróbuję walczyć, chyba, że życie postawi mnie przed koniecznością wyboru. Nie widzę, żadnego powodu, dla którego nie mielibyśmy spróbować od nowa.

Antonina patrząc na moją minę, przystawia mi palec do ust.

– Karoline, wiem, co mi chcesz powiedzieć.

Tym spojrzeniem i urodą przypomina do złudzenia dziewczynę z baru z obrazu Edouarda Moneta. Delikatność nie wyklucza siły. Mądra, czuła i umie słuchać podobnie jak mój Mark. Tydzień nie odchodził od mojego łóżka. To on zdawał mi pytania, gdy wychodziłam ze śpiączki, trwał dzień i noc, obok, tu na fotelu niczym skała. Nie wiem jak to sobie załatwił, we francuskich szpitalach to nie jest do pomyślenia. Dla personelu to kolejna osoba, na której pytania trzeba odpowiadać i którą trzeba się zajmować. Wprowadził się ze swoją walizeczką i pledem - co za niezwykła umiejętność nawiązywania relacji. Pomimo wielu słabości, w godzinach próby jest nieoceniony. Powrócił do Florencji, ale wiem, że przyleci bez wezwania. Zabrał ze sobą Kubę, a kiedyś nie tak lubił kotów.

– Antonino, pomódl się za mnie. Jutro czeka mnie operacja ręki, jestem ogłupiała z radości. Dam radę, cuda się zdarzają, przecież ktoś do cholery musi namalować ten świat.

W duchu wydaje mi się to nierzeczywiste. Jest pierwszą osobą, której to wyznaję. Przygląda się uważnie, sceptycznie kręci głową, po minucie odwraca się, widocznie coś wyczytała z mojej twarzy. Mam prawie pewność, o czym pomyślała. Pędzel w mojej dłoni? To niemożliwe, nierealne! W głowie wiruje od natrętnych myśli. Antonina delikatnie ściska moją dłoń i dodaje:

– Wiesz, że nie chodzę do kościoła, wolę jogę. A poza tym w niebie zrobiliby ze mnie wspólniczkę, nie chcę ryzykować. Mówiąc, wydaje z siebie dziwne parsknięcie, jest zmieszana.

Przyłączam się, próbuję twarz pokryć uśmiechem, kolejne niechciane pytanie ginie pomiędzy materią. Nagle czyjś długi cień pada na pościel. W drzwiach pokoju widzę dziewczynę o szczerym wyrazie twarzy. Podchodzi z małą białą tacką w ręku. Dobrze ją znam, spoglądam w jej oczy z rezygnacją.

– Czy może pani nas zostawić same?

Antonina unosi dłoń, dając mi do zrozumienia, że wróci. Opadam na poduszkę, przymykam oczy.

– Karoline, proszę nie ruszaj się. Zrobię zastrzyk, to ból minie.

– Przez moje zastrzyki i leki ta klinika zbankrutuje, a ziemia pokryje się tonami szklanych, niezutylizowanych odpadów.

– Co powiedziałaś?

– Nic ważnego. Myślę o świecie, tym za oknem, znudzi się oczekiwaniem.

Uśmiecha się i ściska mi stopę przez prześcieradło. Po minucie mierzy tętno.

– No, dobrze - rzuca i zapisuje coś w karcie.

Ann, bo tak ma na imię, jest kimś dla mnie ważnym. Prowadzi zwykłe, ostrożne życie, nie nosi w sobie gniewu. Nic po niej nie widać, a przecież nosi na barkach masę smutku, wyznała to w podsłuchiwanej przeze mnie rozmowie z drugą pielęgniarką. Wcześniej tego nie zauważyłam, bo dużo się uśmiecha, widocznie dobrze zarządza swoimi emocjami. Jej mąż podobno był miłym człowiekiem, zdążył zrobić jej dziecko, zaraz potem zginął w katastrofie lotniczej nad Koreą. Przynajmniej zostawił po sobie ślad. Nikt nie ma władzy nad godziną śmierci. Nie wiem jak Ann sobie z tym wszystkim radzi, jej córeczka ma niespełna cztery lata. Kiedyś mi ją przedstawiła. Śliczny dzieciak. Ann próbuje być dzielna, mówi małej, to, co należy.- Twój ojciec jest jak statek, który znikł za horyzontem. To nie znaczy, że nie istnieje. Wczoraj, gdy o małą zapytałam rozjaśniała jak słońce.

– Już idź, Ann. Dziękuję.

– Będę blisko, jakby coś, to wiesz, co robić. Dobranoc.

Zaprzyjaźniłam się z Ann, często o niej myślę. Kiedy wspominam jak inni kroczyli chodnikiem, byli wolni od grozy, dociera do mnie, że nie wiedziałam, jacy są. Tak wiele w życiu wydaje się domysłem? Robię się senna, to dobrze. Wiem wszystko o bezsenności. Za szpitalnym oknem lśni księżyc niczym znak na niebie.


****

Rano do pokoju wchodzi prowadzący mnie lekarz, pojawia się w każdy piątek. Wyrywa mnie ze snu, rozsuwając zamaszyście zasłonę wokół łóżka. Blade światło poranka rozlewa się po łóżku. Cieszę się, że go widzę, jest w porządku.

– Jak się masz?

– Znośnie - odpowiadam, wzdychając.

Na dźwięk swojego głosu otrząsam się z resztek snu. Ma zmęczoną twarz, szczupły, zgarbiony, prawie się nie odzywa. Nie wpada mi do głowy, żeby zapytać, czemu tak wcześnie. Pochyla się nade mną, uchyla prześcieradło, bez pośpiechu ogląda skrupulatnie świeży, wielki siniak na mojej lewej ręce, dotyka. Jęknęłam, patrzę na niego wyczekująco.

- Tak, to możliwe - mruczy do siebie.

Zadaje dwa słuszne pytania. Na żadne nie znam odpowiedzi. Po nich przychodzą następne, względnie niegroźne, niepotrzebnie się bałam. Rozmowa się nie klei. Konsternacja. Może wie coś, czego ja nie wiem! Jak można utrzymywać moją przyszłość w tajemnicy? Dzwoni mi w uszach. Dźgnął mnie strach, ale o nic więcej nie pytam. Zerka na zapisaną kartkę, którą właśnie wyjął z kieszeni wyprasowanego, bielutkiego uniformu. Tonie w myślach, najwyraźniej nie uznaje czczej gadaniny. Bada puls, zawsze to robi. Wychodzi z pokoju, daje do zrozumienia, że wróci. Trwa to wieki. Wraca ... Sącz, do cholery!

Unosi brwi. Spinam się w sobie, nadstawiam uszu, moja twarz płonie oczekiwaniem. Dłużej nie wytrzymam, chcę wiedzieć.

– Posłuchaj, Karoline, dobra nowina - oznajmia chłodno. - Wkrótce wypisujemy cię, operacja powiodła się. Na zdjęciu rentgenowskim wszystko jest dobrze, nie ma żadnych zmian chorobowych. Jestem pod wrażeniem, ordynator także. Słowo.


Uciekam wzrokiem zaskoczona, nie wiem, co powiedzieć. Otwieram usta i poruszam bezgłośnie wargami. Słowa zawisły między nami. Leżę długą bez ruchu, naprawdę długą chwilę, tylko łopocze mi serce. Tylko nie płacz, idiotko! - Ocieram krople potu z czoła. Wychodzi. Biorę z szafki telefon komórkowy...

– Mark? - cedzę i urywam.

– Uhm - odpowiada.

Zrywa połączenie.

On wiedział, co czuję, poznał po tonie głosu. Uspakajam się, przewracam się na bok. Za oknem poranna mgła otula Paryż, podnosi z ziemi nawet ranne ptaki.

Podpis: 

Jolka sierpień 2017
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Głupia Sztuka Akt II Miłość z internetu - czytaj części od I do XII Miłość z internetu cz. XI - nauka kochania się I
Dalsze perypetie wspaniałych bohaterów :) Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr Tylko dla dorosłych. Oryginał przekopiowany z korespondencji przez internet. Liczne błędy powstałe jak to bywa w wyniku szybkiego pisania i emocji powstałych podczas opisów marzeń miłosnych
Sponsorowane: 305Sponsorowane: 303Sponsorowane: 302

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2017 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.