http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
300

Glupia Sztuka Akt I

  Uwaga! Tego tekstu nie należy traktować poważnie.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W listopadzie nagrodą jest książka
Nawiedziny
antologia
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Glupia Sztuka Akt I

Uwaga! Tego tekstu nie należy traktować poważnie.

Władcy Kosmosu

Humorystyczne opowiadanie, którego bohater doznaje niezwykłych halucynacji.

Anioł zasługuje na śmierć

Wszyscy posiadali Anioły – tak samo nieznośne jak Pawcio...

Żywot S

miniaturka, alegoria życia

Władcy wydobycia, rozdział 7

Przygody mechanika i obieżyświata Rolfa Kunerskiego w zniszczonym i zdewastowanym świecie. Postapokaliptyczny klimat obejmujący takie miejsca jak Polska, Niemcy czy Białoruś.

Przywilej Świata Paraleli

Krótkie opowiadanie fanfiction, które zostało zainspirowane światem gry komputerowej o nazwie Universe na PC. http://www.gry-online.p l/S016.asp?ID=3306

Przemiana

"Coś we mnie narastało, coś nieuchronnego i groźnego, przekraczającego wszelkie znane ludzkości stany, coś nieporównanie większego niż pan Aleksander i jego szkaradne postępowanie."

Szalony

Dawno nic nie pisałem. Chyba najwyższa już pora wrócić.

Recepta

Na wszystko jest lekarstwo. Nie zawsze jednak je bierzemy...

BIEDRONKA

Króciutka humoreska, wyróżniona w konkursie satyrycznym "Wrzuć na luz".

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1098
użytkowników.

Gości:
1098
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 80724

80724

Władcy wydobycia, rozdział 5

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
17-09-15

Typ
P
-powieść
Kategoria
Fantastyka/Podróże/Akcja
Rozmiar
29 kb
Czytane
274
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
17-11-17

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P18-powyżej 18 lat

Autor: Highoctane23 Podpis: Michał H. Rabsztyn
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Przygody mechanika i obieżyświata Rolfa Kunerskiego w zniszczonym i zdewastowanym świecie. Postapokaliptyczny klimat obejmujący takie miejsca jak Polska, Niemcy czy Białoruś.

Opublikowany w:

www.opowiadania.pl

Władcy wydobycia, rozdział 5

ROZDZIAŁ 5

"MIASTO WŁADCÓW"

Obudziłem się potrząsany przez ochroniarza baru, będącego jednym z lepszych lokali, na drugim poziomie Nowego Arunjoon. Miasto było usytuowane w całości pod ziemią i należało do władców. Od kilku dni, przesiadywałem w barze zalany w trupa, a wszystko z powodu rozłąki z moją żoną, Belindą Brinnger. Widać bez jej wsparcia, powoli popadałem w skrajności, mogące w przyszłości przynieść niechciane skutki. Bez większych problemów, szło tutaj kupić, co tylko dusza zapragnie – od narkotyków, tanich niewolników czy dobrej jakości broni, po kobiety albo różnej maści alkohol. Nikt dokładnie nie wiedział, ile ośrodków tego typu było rozlokowanych na terenie pustynnym. Osobiście w trakcie swoich wycieczek po pustkowiu, słyszałem jedynie o trzech ale nawet "pustynne hieny" nie potrafiły określić tego z odpowiednią precyzją.
– Będzie lepiej, gdy wygodnie położysz się w swoim wyrku. Idź stąd, zanim gospodarz karze wyrzucić cię na ulicę.
Przy stoliku, czekał silnie zbudowany cyborg i cierpliwie przyglądał się twojej osobie. Zazwyczaj nie odwiedzałem tanich spelunek ale restauracja u "Waniliowego Kerna" była aktualnie najlepsza i relatywnie tania.
– Zwinę tylko szmaty… Gdyby ktoś o mnie pytał to znajdziecie mnie w motelu.
– Przyjdź tutaj jak wytrzeźwiejesz. Jeśli chcesz czegoś od szefa to zbierz więcej kasy. A teraz dobranoc.

Powoli wstałem z miejsca i chwiejnym krokiem, skierowałem się do drzwi, prowadzących na zewnątrz. Wcześniej wynajęty pokój nie należał do wyjątkowo ekskluzywnych. Większość przyjezdnych pozostawała na pierwszym poziomie, gdzie przygotowano dla nich sporo atrakcji. Pozwalano oglądać walki gladiatorów, handlować na targowisku czy kupić tanie lokum, za kilka metalowych części. Razem kosztowało to niewiele, zważywszy jak bardzo niebezpiecznie było na skażonym terenie pustynnym. Z trudnością otworzyłem drzwi i nie zwracając na nic uwagi, rzuciłem się na ładnie pościelone łóżko. W mechanizmach trzeźwości, o które dbałem przez całe swoje życie, znów nie było po kolei albo specjalnie traciłem to, na czym zależało mi najbardziej. Tak czy owak, właśnie tego chciałem dzisiejszego dnia – nie mogłem w tym momencie powiedzieć sobie dosyć, bo trudne sprawy handlowe, zdecydowanie wymagały posiadania większych umiejętności związanych z nauką o starej technologii. Przede wszystkim przedwojenne wynalazki, mające duże znaczenie wśród bogatych kupców nie zawsze dało się naprawić zwyczajnymi sposobami. Obniżało to w znaczny sposób ilość klientów, a także zleceń, które mogły przynieść jakiekolwiek zyski.

Niższe poziomy Nowego Arunjoon, posiadały prawdopodobnie ogromne zasoby sprzętu, które zalegały w specjalnych warsztatach czy miejscach służących do regeneracji własnego zdrowia. Postanowiłem sobie, że pewnego dnia spróbuję przedostać się nieco niżej, wykorzystując specjalne możliwości. Wymagało to zdobycia licznych kart dostępu, zaufania strażników oraz na pewno grona elit powiązanych z władcami. Nazajutrz obudziłem się "grubo" po ustawionym czasie pobudki, jak niektórzy podróżnicy ironicznie określali zwyczajnego kaca. Szybko umyłem dłonie, a po przemyciu również twarzy, postanowiłem że spróbuję nawiązać kontakt z osobą, o której wspominał wczorajszy człowiek-cyborg.
– Ach… Idzie nasz najlepszy klient! – zawołała osoba, stojąca przy długiej, staromodnej ladzie.
– Nie żartuj. Nalej mi lepiej cokolwiek masz, Teddy… Muszę dojść do siebie, po wczorajszej popijawie.
Szybko podniosłem kieliszek, wychylając alkohol i po chwili odstawiając szkło na drewniany blat.
– Mam interes do twojego szefa.
Mężczyzna lekko nadstawił ucha, zmieniając siebie w przysłowiową egipską mumię.
– Czy dobrze rozumiem, że chodzi ci o pana Kerna?
– Słyszałeś o generale Louise Archerze? Właśnie z nim przebywa moja żona, która myśli o mnie w samych superlatywach. Gdyby poznała prawdę byłaby bardzo zaskoczona, dlatego pilnie potrzebuję pracy.
– Jeśli przekonasz mnie do swojego punktu widzenia to może spróbuję ci pomóc. Pan Kern to wyjątkowa osoba i niestety zwykle zajęta. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, które przyszło nam doczekać.
– Nalej mi jeszcze kieliszek… Zdecydowanie jest mi teraz dużo lepiej. Wiesz, że nie jestem pierwszym lepszym wędrowcem, bo nie siedziałbym tutaj. Nie mam zamiaru się przechwalać. Umiem o siebie zadbać na pustkowiu, a widziałem już więcej, niż myślisz.
– Musisz jeszcze wytłumaczyć, co twoje wspomnienia z przeszłości, mają wspólnego z panem Kernem i jego interesem.
– Przestań, Teddy! Wszyscy wiedzą, że Kern kręci całym drugim poziomem. Załatwia różne sprawy dla władców, a ja jestem tym, kogo szukacie.
– Możliwe… Przyjdź jutro to spróbujemy coś pomyśleć. – Krzywo uśmiechnął się barman.
– Pamiętaj, że będę na tym poziomie dopóty, dopóki twój szef nie zechce ze mną porozmawiać. Muszę iść jeszcze w jedno miejsce.

Postanowiłem, że szybkim krokiem opuszczę ten lokal i udam się do sklepu znajomego sprzedawcy broni. Przed wyjściem kątem oka zauważyłem, że mój były rozmówca, wyraźnie spoglądał na dokumenty, a następnie rychło wymknął się na zaplecze. Gdy miałem już otworzyć drzwi, dwóch potężnie zbudowanych ochroniarzy, złapało mnie za ramiona, przenosząc do małego pokoju. Na środku znajdował się stół oraz dwa krzesła. Po drugiej stronie stołu, siedział elegancko ubrany właściciel restauracji "U Waniliowego Kerna" – sam Sigmund von Kern.
– Niech pan usiądzie. – powiedział łagodnym tonem. – Z reguły nie konwersuję z ludźmi chwalącymi się swoimi osiągnięciami – zwłaszcza przed Teddym. Przychodzą tutaj różni oszuści, biedacy bez doświadczenia w poruszaniu się po pustkowiu. Pana nazwisko, w pewnych kręgach zostało zapamiętane… Rozmawiałem kiedyś z pewnym Rosjaninem, który chwalił niejakiego Rolfa Kunerskiego za uratowanie El-Grumtech. Stąd postanowiłem poświęcić panu kilka minut. Czego pan ode mnie oczekuje?
– Poszukuję dobrze płatnego zlecenia.
– To wszystko? Powinien pan spróbować na wschodzie, odbudowują tam kilka naprawdę wielkich polskich miast.
– Przecenia pan moje możliwości. Byłem tam i wiem, że zwykły wędrowiec nie na wiele może się przydać.
– Czy aby na pewno? – zapytał się z przekąsem Sigmund von Kern.
– Oferuję swoje umiejętności za odpowiednią zapłatą. Mam również drobne życzenie w sprawie pewnego przedmiotu, który jest moją własnością. Jednak o nim porozmawiamy nieco później. Wiem, jak unikać niebezpieczeństw, kryć się w natłoku kręcących się wrogów czy przeżyć na pustkowiu. Potrafię naprawić zepsuty sprzęt, jeśli tylko pozwala na to jego stan albo założyć prowizoryczny opatrunek… W tym akurat nie jestem perfekcjonistą.
Właściciel lokalu zastanawiał się, nad słowami nieoczekiwanego przybysza.
– Czy jesteś osobą godną zaufania, a może masz ukryty dla innych cel? – Sprytnie zapytał Sigmund.
Przez moment byłem trochę zbity z tropu, bo nie rozumiałem do czego zmierza.
– Oczywiście, że mam swoje cele. Moim ostatecznym i jedynym przesłaniem jest zdobycie metalowych części lub paliwa, za które otrzymam odpowiednią ilość zasobów.
– Typowy materialista? W niektórych sytuacjach to pozytywna cecha. I jak chcesz wydać swoje zarobione środki finansowe, drogi Rolfie?
– Skoro już jesteśmy na ty to powiem ci, że zadajesz za dużo pytań. Co roku widzę, jak ktoś znowu powoli "usycha", zaharowując się na śmierć w warsztacie fortu generała Archera. Generalnie jest to lżejsza praca niż ta, którą wykonywali wcześniej ale to za dużo, jak na ich skromne siły. Panuje tam ostry rygor, niewolnicy muszą pracować, aby nie umrzeć z głodu. Muszę zapewnić im odpowiednie warunki do rozwoju ich pasji. To wzniosły cel. Tylko w taki sposób, mogę cokolwiek tam zmienić. Moja żona Belinda jest naprawdę słabego zdrowia, a gdyby coś jej się stało…
– Rozumiem. Uważasz się za uczciwego człowieka. Postanowiłem, że dam ci pewne zlecenie do wykonania. Są to delikatne sprawy, związane z naszymi sojusznikami, mieszkającymi na południe od szybów naftowych. Na początku nawiążesz kontakt z siedzibą przemytników, która znajduje się na otwartej pustyni. Tylko kilkanaście osób, potrafi dotrzeć w tamto miejsce, bez mapy czy geolokalizatora – tak nazywamy dawne urządzenia GPS. Czy wiesz, kim są przemytnicy?
– Masz na myśli pustynne hieny?
– Oczywiście, że nie… Przemytnicy są dużo bardziej cywilizowaną frakcją, która wbrew pozorom, ma spory bagaż doświadczeń. Jak widzisz większość dzisiejszych ludzi nie poradziła sobie ze skutkami wywołanymi przez wojnę, napromieniowanie czy chemiczną anihilacją społeczeństw. Nie zadawano pytań, skąd pochodzą prawdziwi przywódcy tej organizacji albo jakimi są ludźmi i dlaczego tak wiele osób poświęca swoje życie w ich obronie. Już teraz nie jest możliwa kapitulacja, a ich istnienie przypomina starożytną magię, której nikt nie doznaje w rzeczywistości, a każdy chce wierzyć w jej bytowanie. Przeciwstawienie się woli tych ludzi, może być nieodwracalnym błędem. Właśnie dlatego egzystują tak długo na przestrzeni wieków. Mam nadzieję, że zrozumiałeś co miałem na myśli?
– Domyślam się. Przejdźmy do konkretów… Powiedz dokładnie, co chcesz abym wykonał?
– Przeprowadzisz pewne osoby do głównej siedziby przemytników, o których mówiłem. Pamiętaj, że po wykonaniu zadania, musisz wrócić do Nowego Arunjoon, po odebranie zapłaty – wtedy pomyślimy o dodatkowej nagrodzie.
– Jak się z nimi skontaktuję?
– Będą stali przy wejściu na arenę gladiatorów. Jutro władcy trenują tam swoich najlepszych agentów. Młoda dziewczyna i dojrzały, czarno odziany mężczyzna. Nie musisz się martwić o ich zabezpieczenie, gdyż wszystko mają w swoim ekwipunku. Życzę ci powodzenia Rolf.
– Dziękuję. Niedługo twoi znajomi ujrzą swoje rodzinne strony.
– Lepiej dla ciebie, żeby tak było… Muszę cię przeprosić, gdyż mam spotkanie w szpitalu, który leży na trzecim poziomie. To bardzo ważna operacja, a przede wszystkim nieziemsko kosztowna.
Chwilę później, siedziałem w sklepie z bronią u znajomego sprzedawcy o imieniu Mike Kowalski. Nazywano go tutaj Mike`iem Aniołem, bo jako jedyny z tysięcznej rzeszy mieszkańców drugiego poziomu był prawdziwym chrześcijaninem. Oczywiście nikt tutaj dokładnie nie wiedział, kto był wierzącym, a kto nim nie był. Oferował bardzo dobrą broń, w niezbyt wygórowanej cenie.
– Jak to z tobą naprawdę jest Mike? – zapytałem szczerząc zęby w uśmiechu.
– Co masz konkretnie na myśli?
– Ludzie nazywają cię świętym, a mimo wszystko sprzedajesz innym broń?
– Mój Bóg, Jahwe nie zakazał bronić swojego domu przed wrogiem. Wręcz przeciwnie, wspierał sprawę tych, dla których dobro ogółu, miało jakiekolwiek znaczenie. Czytaj trochę więcej Biblię to zrozumiesz.
– Nieważne. Potrzebuję naprawdę dobrej strzelby, z kilkoma rodzajami amunicji – fosforowa i wzmocniona dodatkowym "kopniakiem".
Właściciel sklepu podrapał się po brodzie, szukając jakiejś specjalnej oferty dla swojego klienta.
– Co powiesz o Raczkującej Kaczce? Przypomina obrzyn ale różni się od niego trwałością na użytkowanie oraz zręcznie działającym repeaterem amunicji.
– Piękna broń… Jednak tym razem, potrzebuję coś większego. Większy dystans ostrzału i moc.
– Wojskowa strzelba przeznaczona dla oddziałów specjalnych komando. Poczwórnie większa ładowność amunicji, gibko działająca pompka, coś dla osoby potrzebującej silnego przyjaciela.
– Świetnie. Wezmę do tego trzy lekkie kamizelki i automatyczną broń ręczną UZI.
– Dzisiaj trudno o dobrych klientów. Wiesz ile to wszystko kosztuje?
– Oddam ci, gdy będę przy forsie.
– Moja firma to nie jest ośrodek charytatywny dla bezdomnych alkoholików… Zważywszy, że dwa lata temu, za swoje pieniądze przysłałeś tutaj dobrego mechanika to chyba zrobię dla ciebie wyjątek.
– Powiedz mi jeszcze, gdzie podział się Władysław?
– Pewnego dnia, postawił wszystkie swoje pieniądze na walki gladiatorów. Wygrał całkiem sporo, a miał chłopak szczęście, bo poznał cudowną dziewczynę z sąsiedztwa o imieniu Anita. Razem wyruszyli do drugiego miasta władców, gdzieś nad samym morzem.
– Nie ma znaczenia, gdzie się udasz… Wszędzie w okolicy jest identycznie. Byłem tam, więc wiem co mówię.
– Może po prostu nie znalazłeś swojego miejsca. – odpowiedział spokojnie sprzedawca.
– Ciągłe promieniowanie, braki w surowcach, niski stan pitnej wody czy inne skrajności? Bardzo niebezpieczne.
– Przede wszystkim to co pozostało nam na co dzień, na pewno nie jest do pogardzenia. Tak mówi Stwórca.
– Dlaczego? Nie mam już czasami siły, żeby to dalej poprawiać.
– Pamiętaj, że jesteś mi winien kupę metalowych części… A potem będziesz sobie poprawiał!
– Wynocha, bo muszę przygotować się do niedzielnego kazania.

Po drobnych korektach byłem gotowy do drogi. Cały sprzęt leżący w motelu był już spakowany i czekał na wydanie go moim nowym towarzyszą. Miałem nieco czasu, aby rzucić okiem na mapy, otrzymane od Sigmunda von Kerna. Szyby naftowe, jak również oazy na pustynnych terenach nie były mi obce. Postawione zadanie, wydawało się banalnie proste, a pułapki grożące podróżnikom, łatwe do ominięcia. Nazajutrz, udałem się w miejsce, które było określone w kontrakcie. Dwoje osób stojących nieopodal areny było wyjątkowymi osobliwościami natury. Młoda kobieta była mocno umalowana i posiadała ogromny irokez ufarbowany na jaskrawe kolory. Z tego co stwierdziłem później, na całym ciele posiadali liczne tatuaże, symbolizujące przynależność do lokalnych gangów oraz zwyczajne dzieła tutejszych artystów. Mężczyzna był dość mocno zbudowany, nosił ogromny nóż i skórzaną ćwiekowaną kurtkę. Podszedłem blisko nich, kładąc na ziemi przygotowany pakunek.
– Przysyła mnie wasz znajomy. Włóżcie na siebie te rzeczy i schowajcie dobrze broń z amunicją.
– Jak cię nazywają? – spytała śmiało dziewczyna.
– Porozmawiamy w wolnej chwili… Róbcie co do was należy. Umiecie posługiwać się bronią automatyczną?
Twoi nowi znajomi, spojrzeli na ciebie jak na idiotę, po czym szybko przeładowali magazynki, chowając resztę do plecaków.
– Pytanie retoryczne… Wszystko załatwiliście w mieście?
– Inaczej by nas tutaj nie było, koleś! Chyba, że masz ochotę wypić następnego kielicha?
– Ruszajmy do windy. Czeka nas długa droga na powierzchnię.
Po opłaceniu standardowego miejsca, wśród wielu opuszczających drugi poziom turystów, mogliśmy spokojnie przyglądać się mijanym wyżej okazałością miasta Nowe Arunjoon. Twarze moich towarzyszy nie zdradzały nic, co mogłoby w jakikolwiek sposób wyjawić ich niepokój. Dopiero po piętnastu minutach jazdy, mężczyzna zapytał cię o sprawy organizacyjne.
– Nie jesteśmy z tobą dla rozrywki najemniku. Zanim wyjedziemy na otwartą pustynię, chciałem cię zapytać o pustkowie?
– Masz na myśli otwarty świat?
– Właśnie. Ten cały, pozostały po wojnie atomowej nuklearny śmietnik.
– Według mnie, wszędzie jest tak samo. Nazywam się Rolf Kunerski i nie jestem najemnikiem.
– A kim jesteś? – zapytała dziewczyna.
– Pracuję przy naprawie urządzeń, w pewnym forcie na południu. Mój zleceniodawca wybrał mnie dla was, ponieważ był pewien sukcesu powierzonej misji.
– Czy jesteś taki dobry jak mówią?
– Przeżyłem już parę trudnych sytuacji bez wyjścia. Zdarzyły się też nieoczekiwane spotkania na szlaku. Macie jakieś imiona?
Mężczyzna cicho chrząknął, pocierając policzek w okolicy oka.
– Nie możemy zdradzić ci naszych prawdziwych imion, ani nazwisk. Mów do mnie Pchełka, a ta ufarbowana czarownica to Czubatka.
– Hej, ośle! Uważaj co mówisz.
– Miło mi was poznać. Mam nadzieję, że dobrze będziemy się dogadywać na pustkowiu. Czy podróżowaliście kiedyś poza podziemną fortecę?
– Pewnie, że tak i to wiele razy. – powiedział Pchełka.
Jego towarzyszka mocno poczerwieniała na twarzy, odwracając głowę na bok.
– Nie kłam…
Oboje spuścili oczy, kładąc się na platformie windy i próbując skupić na śnie. Po pewnym czasie usłyszeliśmy duży metaliczny trzask, co oznaczało, że osiągnęliśmy najwyższy “zerowy” przystanek miasta Nowego Arunjoon. Wszyscy zaczęli wychodzić na pustynny obszar, kierując się starym szlakiem na północ – parę osób ruszyło na południe, gdzie w kilkanaście godzin, mogli odwiedzić federację generała Archera. Początkowo, nadmiarowa ilość promieni słonecznych, oświetlająca otoczenie oraz ogromny upał, mocno dawała się we znaki, jednak po kilku minutowym marszu wszystko wróciło do normy.
– Dlaczego nie jedziemy pustynnym quadem, tylko idziemy piechotą, jak najzwyklejsi biedacy? – zapytał Pchełka.
– Droga w okolicach szybów naftowych jest ekstremalnie niebezpieczna. Na tamtym terenie, znajduje się tylko jedna lub dwie oazy, przy których możemy być bezpieczni. Wszystko inne kontrolują "pustynne hieny" podkradające paliwo korporacji wydobywczej na północy. I jak wam się podoba prawdziwy świat?
Czubatka lekko potarła ramieniem wygoloną na głowie skórę, ścierając obficie spływający pot.
– Może być… Jednak jeśli chodzi o mnie, to jest trochę zbyt gorąco.
– Po to właśnie kupiłem wam pustynne kaftany. Załóżcie je, zawijając wcześniej na głowę turban. A co do ciebie dziewczyno…
– Nie potrzebuję, żadnego nowego ubrania. Czuję się doskonale w swoich ciuchach.
Krok po kroku parliśmy na zachód, powoli zbliżając się do przylegającej blisko widocznych wydm oazy. Do zmierzchu brakowało jeszcze kilka godzin, a my prawie osiągnęliśmy pierwszy punkt obserwacyjny. Na mapie postawiony był wyraźnie krzyżyk, co oznaczało że miejsce jest wyjątkowo niebezpieczne i często odwiedzane przez złodziei.
– Schylcie się i idźcie cały czas w stronę tamtych nierówności. – wskazałem ręką pochylone piaskowe diuny.
Po chwili wyciągnąłem lornetkę, obserwując cały teren wokół oazy.
– Możemy iść… – powiedział Pchełka. – Nikogo tam nie ma.
– Musimy poczekać do wieczora. Wystarczy nam zapasów wody na dwa dni, więc uzbrójcie się w cierpliwość.
Po zachodzie słońca w okolicy zrobiło się wyraźnie chłodniej.
– Straciliśmy trzy godziny przez twoje durne i bezsensowne przestoje. Mogliśmy być już dużo dalej, a teraz robi się jeszcze cholernie chłodno.
W oazie, ni stąd ni zowąd, zapaliły się światła pojazdów. Kilku ludzi brało kanistry, pakując je na tył łazika. Grupa szybko opuszczała oazę, kierując się w inne miejsce na pustyni.
– To gang pustynnych hien.
– Byli tam cały czas? Przecież nic nie widzieliśmy przez lornetkę.
– Czekali na odpowiednią okazję… Snajper gotowy do strzału z odległości dwudziestu metrów i kilku nagrzanych morderców, marzących żeby obedrzeć was ze skóry.
Powoli podchodziliśmy do oazy, która przed chwilą była siedzibą prawdziwych drani. Teren był opuszczony, jednakże dla pewności sprawdziłem przeciwległy punkt obserwacyjny, mogący być spreparowaną pułapką.
– Odpocznijcie nieco… Rozpalę teraz ognisko, a za dwie godziny zmienisz mnie na warcie, Pchełka. Zjedzcie coś gorącego, żeby być gotowym na prawdziwy marsz, który nas będzie czekał. Pamiętaj, że nie wolno ci zasnąć, bo wszyscy możemy zginąć.
– Dlaczego wysyłasz jego, a nie mnie? – zapytała wściekła Czubatka.
– Ponieważ on jest o wiele mocniej zbudowany niż ty i nie odczuje większych strat energii.
– Walczyłam po stronie gangu handlarzy bronią, brałam "twarde" narkotyki i piłam mocną wódę, a ty nazywasz mnie słabizną? Potrafię rozwalić kolesiowi łeb zwykłą łopatą…
– Obiecuję ci, że następnym razem ty będziesz siedziała w "gniazdku" obserwacyjnym. Przy tobie czuję się bezpieczniej. – pochwaliłem swoja towarzyszkę.
– Nie rozumiem twojego podejścia do kobiet. Nadal nie jestem zadowolona z twoich posunięć… Rolfie Kunerski.
– Nad ranem będzie tutaj naprawdę zimno, więc ubierz ten cholerny kaftan i siedź cicho.
– Nie pozwolę, abyś tak do mnie mówił!
– Jeśli będzie trzeba, zwiąże cię za nogi i pociągnę do tej waszej cholernej siedziby. Przemyśl to, co dzisiaj doświadczyłaś na własnej skórze. Zachowujcie się cicho. Za kilka dni wszyscy będziemy szczęśliwi, że jesteśmy ciągle żywi.
Wstałem zmęczony, udając się na pierwszą wachtę. Wiedziałem, że będą mnie obserwować przez cały czas. Półtora godziny słuchałem ich głośnej kłótni. Ognisko powoli dogasało, a moi towarzysze spali w najlepsze. Postanowiłem, że będzie lepiej, gdy szybko wrócę na piaskową diunę i zostanę tam do rana.
– Miałeś nas obudzić! – powiedział rankiem zaspany Pchełka.
– Spałeś tak słodko, że nie mogłem się nie oprzeć. Posłuchajcie… Na pustkowiu nie ma wygranych, ani przegranych – jesteśmy tylko my, czyli ci którzy przeżyli i chcą jeszcze czegoś więcej od losu. Jedni lubią dziwki, drudzy wolą alkohol albo narkotyki… A jeszcze inni, próbują wyjść po prostu na swoje. Trudno to pojąć ale tacy ludzie naprawdę istnieją, bo wielokrotnie ich spotykałem na swojej drodze. Wiem, że w tej chwili nie jest to zbytnio oryginalna mowa ale wiele razy sprawdzała się w praktyce. Będziemy się spierać, czy wyruszamy w dalszą drogę?
– W porządku.
W ten sposób, po raz kolejny udowodniłem, że nie straciłem dawno wyrobionej umiejętności perswazji. Nadchodzące dni nie były już tak bardzo nerwowe, jak na początku. Bez trudności osiągnęliśmy opuszczone bunkry, w których leżał tylko gruz i zbielałe kości.
– Daleko jeszcze? Wyraźnie odczuwam silne bóle mięśni… Powinnam nieco odpocząć.
– Mówiłem ci, że praca nóg jest bardzo ważna na pustyni. Każdy nawet mały odpoczynek, ma bardzo istotne znaczenie w przyszłości.
– Więc, co będzie dalej?
– Na razie mam dla ciebie dwie informacje. Po pierwsze zboczyliśmy z wyznaczonej ścieżki ale dzięki temu nie natkniemy się na pracujących nafciarzy.
– Co to za ludzie? – zapytał Pchełka.
– Z pozoru wydają się przyjaźni ale od jakiegoś czasu, są cały czas wkurwieni na swoich nowych pracodawców. Jeśli nie masz w plecaku czegoś wartościowego, mogą być bardzo niebezpieczni. Prawie na pewno dotrzemy do siedziby przemytników, za dwa – może, za trzy dni.
– A ta druga wiadomość?
– Mam pewne lekarstwo, które pomoże ci w podróży. Wzmocni twój organizm na czas przemarszu i zmniejszy szansę na odwodnienie.
– I to jest takie ważne?
– Więc wolisz cierpieć…
Czubatka skwitowała twoją odpowiedź krzywym uśmiechem.
– Brałam w swoim życiu tyle gówna, że starczyłoby na otworzenie oddziału w przemyśle farmakologii. Z drugiej strony, jeśli tak bardzo go reklamujesz to chętnie spróbuję.
– Grzeczna dziewczynka… Tylko się nie uzależnij.
– A co mi zrobisz?
Nie chciałem już więcej dolewać oliwy do ognia. Tak naprawdę cel podróży był oddalony o kilka godzin stąd. Postanowiłem ją zwodzić przez jakiś czas, aby zbyt szybko o mnie nie zapomniała. Czułem, że jest to bardzo ważna osoba dla frakcji przemytniczej. Nie daleko olbrzymiej bramy, idealnie wpasowanej w skałę, spotkaliśmy pierwszy patrol.
– Czego tu szukacie? – zapytał mężczyzna trzymając w pogotowiu ciężki karabin plazmowy.
– Przepustka od Sigmunda von Kerna… Mam doprowadzić tych ludzi do siedziby przemytników.
– To wielka przyjemność, widzieć dzieci Hieronima Palmera wśród żywych. Bardzo dobrze się spisałeś najemniku, a twoja misja została właśnie ukończona. Możesz wracać, gdzie tylko chcesz.
– Myślałem, że pozwolicie mi trochę odpocząć przed odejściem na otwartą pustynię.
– Niestety. Musisz natychmiast odejść.
Popatrzyłem przez chwilę na wesołe i równocześnie zmęczone twarze moich towarzyszy. Wraz ze strażnikami, powoli odchodzili do swojego nowego domu, którym była siedziba frakcji. Czubatka twardym krokiem kierowała się naprzód, natomiast Pchełka na moment odwrócił głowę, rzucając słowa pożegnania.
– Dziękuję, Rolf… Jeśli będziesz potrzebował pomocy to spytaj o Dawida Palmera. Nasze tajne hasło to "Czarny słoń".
Podróż powrotna do miasta, trwała kilka dni krócej. Udałem się wprost na drugi poziom do restauracji pana Kerna.
– Kern już po operacji? – zapytałem z ciekawości kelnera podającego obiad.
Rozglądający się na różne strony barman Teddy, poszukiwał zbyt pijanych wędrowców. Czasami nasyłał na nich ogromnego cyborga, nazywanego Jimmy Cox. Kelner nie miał czasu, żeby odpowiedzieć na zadane pytanie, gdyż szybko odszedł w swoim kierunku.
– Proszę się nie fatygować panie Kunerski, szef zaraz do pana przyjdzie.
Ktoś zawołał mnie do dużej sali restauracyjnej. Po kilku sekundach, w drzwiach ukazała się jego twarz, a lekki ruch ręki, wskazywał na zaproszenie wyłącznie sam na sam.
– Zlecenie wykonane. Proszę o wywiązanie się z zawartej umowy.
Twój zleceniodawca siadł na prawie nowym fotelu, lekko przy tym wzdychając. Nie byłem pewien, czego właściwie się spodziewać.
– W zasadzie wszystko poszło zgodnie z planem, Adrianna Palmer nie była tak do końca zadowolona ze sposobu, w jaki przeprowadzałeś jej wycieczkę…
– Pani Palmer to młoda i niedoświadczona koza, która swoimi zagrywkami jest zdolna zniszczyć każdy porządnie ułożony plan.
– W gruncie rzeczy było to naprawdę proste zadanie dla kogoś z doświadczeniem. Ostatnio sporo dowiedziałem się o twojej osobie.
– Mniejsza z tym. Pewien traper podarował mi przedmiot, który znalazł podróżując po pustkowiu. Niestety nie potrafił zidentyfikować tego przedmiotu. Zdradził jednak, że w mieście władców zamieszkują ludzie, będący na „ty” z podobnym sprzętem. Czy mógłbyś rzucić na to okiem?
– Jest to zwyczajny przedwojenny lokalizator. Posiada wbudowane mapy oraz ulubione miejsca – głównie we wschodniej części Rusi. A teraz przejdźmy do oficjalnej części i prawdziwej zapłaty. Otrzymasz nagrodę ale przedtem, musisz przejść pewną próbę. – powiedział tajemniczo.
Podniósł się z siedzenia i energicznie zamknął za tobą drzwi. W miejscu spotkania, znajdowało się pełno rupieci, w tym różnego rodzaju starej elektroniki. Po rozsunięciu kotary, z lewej strony pomieszczenia, twoim oczom ukazał się dużych rozmiarów projektor z założoną taśmą.
– Chcę, abyś ocenił, co takiego przedstawia to nagranie…
Ktoś stał koło projektora, uruchamiając taśmę z czarno-białym nagraniem. Na ścianie ukazała się sala konferencyjna, z miejscami dla co najmniej stu pięćdziesięciu osób.
– Nagrywano to dwa lata temu, na zjeździe członków frakcji władców. Widać skomplikowane przedwojenne urządzenia do wyświetlania statystyk matematycznych… Mam na myśli złożone obliczenia.

Sala była wypełniona po brzegi, a zebranie wydawało się toczyć normalnym torem.
– Osoby znajdujące się na tej sali to nie są ludzie.
– Skąd ta pewność… Przecież na filmie nie ma niczego podejrzanego. To spotkanie jest zamknięte i przeznaczone dla wysokich rodów, które rządziły na naszej planecie przed wojną.
– Spójrz na nich. Są bezpośrednią częścią struktury manipulującej ich zachowaniem.
– Wydaje mi się, że spotkałem osoby podobne do ludzi pokazanych na twoim filmie. Nie wiem, czy to pomoże ale na północy znajduje się baza konsorcjum wydobywczego, która zapewnia bezpieczeństwo szybom naftowym. Kiedyś miałem okazję spotkać ich właścicieli, będących łudząco do siebie podobnych. Może oni wiedzą coś więcej na temat władców i ich miast.
Właściciel restauracji przez moment zastanowił się nad twoimi słowami.
– Zdajesz sobie sprawę, jaką siłą dysponują te istoty? Podobno na ostatnim poziomie, widziano liczne warsztaty, tajne laboratoria czy apartamenty o podwyższonym standardzie. Nasi agenci mówili o dziwnej roślinności porastającej duże pomieszczenia. Ten film prezentuje ostatni – ósmy poziom o nazwie Aula Konferencyjna.
– Musisz być szalony Sigmundzie, że pakujesz się w ten chaos. – stwierdziłem, czując duże zmęczenie.
Twój pracodawca sięgnął po pudełko z dobrymi cygarami, zapalając majestatycznie jedno z nich. Po dłuższej chwili, nieustającej ciszy i degustacji, postanowił zabrać wreszcie głos.
– Od dawna należę do przemytników, niewiele osób jest w stanie połączyć mój skromny majątek z tymi ludźmi. Otrzymasz swój własny warsztat oraz wszystko, co będziesz tylko pragnął ale pod jednym warunkiem. Musisz poprzeć naszą frakcję.
– A co, jeśli odpowiem nie?
– Zostaniesz na byle zadupiu świata, gdzie co chwila umierają kolejni niewolnicy. My drogi jesteśmy wolnymi ludźmi i sami decydujemy o własnym losie. Federacja to typowa utopia nie dająca szans na sukces.
– Nie znasz ludzi przebywających w forcie… W większości są to koczownicy, w tym również przestępcy. Przy odrobinie wysiłku można tam zrobić wiele dobrego.
Sigmund von Kern wyraźnie tracił cierpliwość, czego nie dawał po sobie poznać.
– Naprawdę wierzysz w przyszłość trzódki generała Archera? – zapytał z drwiną w głosie.
– Mieszkam tam od dłuższego czasu. Poznałem piękną kobietę, z którą wiąże swoją przyszłość. Nie ma powodu, dla którego miałbym zmieniać swoje plany.
Miałem wrażenie, że Sigmund von Kern rozumiał powody, które sterowały twoim wyborem.
– Twoja pani pojedzie razem z tobą.
Najbardziej pracowity okres swojego życia, miałem już chyba za sobą.
– Jeśli tylko przekonam Belindę do wyruszenia w drogę to będziesz pierwszy na liście odwiedzonych osób.
– Nie musisz nigdzie wyjeżdżać, Rolf. Twoja panią jest obok ciebie i zgodziła się na naszą propozycję.
Zza projektora wyszła jak zwykle uśmiechnięta, wspaniała pani chirurg. Wypadało nagrodzić ją gorącym pocałunkiem i udać się w dalszą drogę.

cdn.

Podpis: 

Michał H. Rabsztyn 15-09-2017
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

Autor płaci 65 poscredy(ów) za komentarz (tylko pierwszy) powyżej 300 znaków.

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Władcy Kosmosu Anioł zasługuje na śmierć Żywot S
Humorystyczne opowiadanie, którego bohater doznaje niezwykłych halucynacji. Wszyscy posiadali Anioły – tak samo nieznośne jak Pawcio... miniaturka, alegoria życia
Sponsorowane: 200Sponsorowane: 140
Auto płaci: 310
Sponsorowane: 100

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2017 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.