http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
90

Posłannictwo z gwiazd

  Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We październiku nagrodą jest książka
Powtórka z morderstwa
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
356
użytkowników.

Gości:
356
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 80735

80735

Ze zwichniętym skrzydłem - cz.XI

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
17-09-21

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Erotyka/Przyjaźń/Opowiadania.pl
Rozmiar
19 kb
Czytane
1475
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
18-03-16

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: jolsokolowska079sok Podpis: Jolka
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Im dłużej żyję, tym bardziej ludzie stają się dla mnie nieprzeniknieni.*

Opublikowany w:

wrzesień 2017

Ze zwichniętym skrzydłem - cz.XI

Wiem coraz więcej i coraz mniej. To wszystko mnie oszałamia. Stoję przed lustrem i przyglądam się swojemu odbiciu. Wyglądam na szczęśliwą, zwyczajną dziewczynę. To czemu w głowie mam tak okropny chaos i z trudem zbieram myśli? Z dnia na dzień stałam się dla siebie zagadką. Napady szaleństwa przeplatają się z napadami zdrowego rozsądku, czuję się tym zawstydzona. Między sercem a rozumem nie ma żadnego związku! Znam tylko skrajności? Nie znoszę niuansów? Co się ze mną stało? Świadomość tego stanu jest równie podniecająca jak nieznośna. Nie wiem, czy powinnam się cieszyć, czy irytować. Ogarnia mnie fala gorąca, coś uskrzydla moją duszę, a jednocześnie mam go pod skórą, jest zanurzony we mnie - to zupełnie nowe doznania. Jedno i drugie jest podwójnie erotyczne. Nastąpiła we mnie jakaś metamorfoza, jakbym zyskała nową osobowość? Mogę dziś przestać myśleć? Tylko dziś. Mój oddech gwałtownie przyspiesza.


- Karoline, spokojnie! Wróć do początku?


****

Był koniec tygodnia. Sala malarstwa Ecole des Beaux-Arts powoli pustoszała. Całkowicie pochłonięta malowaniem "oleju" zapomniałam o bożym świecie. Pragnęłam go skończyć bardziej niż czegokolwiek w życiu. Z dnia na dzień pracowałam coraz intensywniej, nieubłaganie zbliżał się koniec semestru, czas zaliczeń i egzaminów. Nauczyłam się „ciskać” obraz na płótno. Nie jest to prosta technika malarstwa. Mięśnie prawej ręki odmawiały mi posłuszeństwa, dokuczał zniekształcony staw nadgarstka, zaciskałam z bólu zęby i pracowałam dalej. Nie pomagały przerwy. Farby za szybko wysychały, ich zapach przyprawiał mnie o mdłości, może też dlatego, że umierałam z głodu, tego dnia nie jadłam obiadu. Zaimponowała mi szybkość pracy u starych, holenderskich mistrzów, u van Gogha, wcześniej u Vermeera. Mam do ich sztuki bałwochwalczy stosunek. Malowali z trwożnym pośpiechem, niewiele poprawiając, aby nie uronić ani kropli z pierwszego wrażenia, jakim natchnął ich motyw lub model.

Znużona oparłam się o ścianę i zaczęłam zdejmować rękawiczki, ściągając je palec po palcu. W sali panowała cisza, do chwili, gdy usłyszałam powolne kroki, zbliżały się, po minucie ucichły. Zerknęłam zaniepokojona. Blisko mnie, na obitej materiałem drewnianej ławce, siedział profesor Paul Charpentier, mrużąc oczy, wpatrywał się we mnie. W pierwszej chwili pomyślałam, że ze zmęczenia mam omamy wzrokowe. - Logicznie biorąc, powinien być w domu, bo przeszło dwie godziny temu skończył z nami zajęcia - przemknęło mi przez głowę. Nagle zrobiło się dziwnie.

- Dobry wieczór - wykrztusiłam i wbiłam wzrok w profesora.

Nie odpowiedział, więc tkwiliśmy tak przez chwilę wpatrując się w siebie nawzajem,bez słowa. W końcu odezwał się:

– Karoline, teraz zaczynasz naprawdę malować. Minie jeszcze kilka lat i będziesz bardzo dobra.

Potwierdził znaczącym chrząknięciem, jego spojrzenie było uważne, przeszywało na wylot. Westchnęłam głośno, splatając dłonie. W ciągu kilkunastu minut dzień przeobraził się w coś nieoczekiwanego. Nie mogłam się powstrzymać.

- Profesorze, to dla mnie to całe życie. Mam dwadzieścia trzy lata, wkrótce skończę trzydzieści, a czuję się jakbym była na początku mojej drogi. Kiedy, na Boga osiągnę dojrzałość?

- W malarstwie siebie będziesz szukać całe życie, wiem, to nie tylko po sobie. Może, gdy twoja paleta rozjaśni się nieco...

Uśmiechnął się szeroko i przechylił głowę.

- Jasne! Odbieram to, co pan mówi, jako porażkę, jest mi przykro, no cóż…

Zanim zdążyłam dokończyć, klasnął w dłonie, a ja z zaskoczenia zamilkłam.

- Karoline, to nie tak. Wszystko zaraz bierzesz do siebie. Nie dalej jak wczoraj opowiadałem studentom o Vincencie van Goghu. Pracował intensywnie, z niezwykłym uporem, otoczony złośliwościami i totalnym brakiem zrozumienia. Uczył się całe życie, aż do momentu, gdy popadł w obłęd, a ty wyobrażasz sobie, że wszystko możesz osiągnąć w ciągu tygodnia? Może też masz zamiar obciąć sobie ucho? U Vincenta wszystko zaczęło się od młodzieńczego olśnienia, dłużej nie chciał być ograniczonym kaznodzieją, marzył tylko o jednym by zostać malarzem. Zawsze wiedział, że jest ulepiony z innej gliny. Do malarstwa czuł powołanie, odkrył w nim treść życia. Kilka obrazów jednego dnia lub nocy było u niego normą. Gdy malował lub szkicował nie czuł potrzeby snu. Nie sprzedał żadnego obrazu, a przecież wiesz, że od początku stał w kolejce do snów o sławie i dostatku.

Skinęłam głową.

- Tak, to prawda żył dzięki pieniądzom i pomocy młodszego brata Theo, ale umierał sam w nędzy zapomnieniu i poniżeniu. Podziwiam jego słoneczniki. Te popularne, używane zwykle do dekoracji kwiaty przeniesione przez niego na płótna są niezwykłe, czuję w nich tajemniczy rezonans, malował je grubymi pociągnięciami pędzla, jakby od niechcenia. Hipnotyzują mnie rysunkiem płatków. Wszystkie obrazy promienieją wszystkimi możliwymi, odcieniami świetlistych, radosnych żółci, są jak skąpane w słońcu i powietrzu. Dostojnie wyginają łodygi, zamknięte w prostych, glinianych wazonach. Niektóre główki słoneczników leżą zastygłe, jakby ścięte przed chwilą szybkim pociągnięciem noża ogrodnika i niedbale porozrzucane na rozedrganych blatach drewnianych stołów…

Wyrzuciłam z siebie jednym tchem i zamilkłam speszona. Profesor Charpentier, czując moje zauroczenie malarstwem van Gogha zamyślił się. W jego wzroku pojawiło się coś czułego. Po chwili powiedział półgłosem.

- Namalował je wszystkie, w długim oczekiwaniu na Gauguina, w słońcu południa Francji. Miały zawisnąć w jego żółtym domu w Arles. On też miał wątpliwości i liczne chwile załamania.

"Lepiej jest wychowywać dzieci, niż poświęcać swoje życie by malować obrazy. Ale co można zrobić…?

To jego słowa. Dzień w dzień zmagał się z płomienną mocą swoich płócien, one go niszczyły, wysysały życie.

- Jak mu udało się przenieść te wszystkie barwy na płótno? Jego kolory są nieprawdopodobnie soczyste. Nie mogę przestać myśleć o Vincencie, nawet, jeśli próbuję zniszczyć ten niezniszczalny obraz, to i tak powraca, nawet we snach.

Profesor wstał i położył rękę na mojej dłoni. Poczułam dotyk spękanej, delikatnie szorstkiej skóry.

- Karoline, już dobrze, niech to cię nie boli. Kończ pracę! Chodźmy na spacer, porozmawiamy po drodze.

Moje oczy zrobiły się okrągłe jak spodki, ale z ochotą przystałam na propozycję. Człowiek jest złożoną istotą? Miałam za sobą męczący dzień i coraz bardziej dawał mi się we znaki ból kręgosłupa. Tak mam, gdy zbyt długo stoję spięta przy sztaludze, ale z drugiej strony, czemu nie, lubię spacery. Za oknem monotonnie szumiał i podzwaniał w rynnie deszcz.

- Leje? - Zapytałam, gdy byliśmy na schodach.

- Karoline, patrz na rzeczy tak, jak wyglądają naprawdę. Nie leje, tylko mży i zaraz przestanie. Lubię deszcz nawet w czerwcu, zresztą, po co są parasole?

Gdy opuszczaliśmy Ecole des Beaux-Arts już nie padało. Zmierzch dnia opadał na ulice Paryża. Długie rzędy kamienic nurzały się w koralowym, z wolna płowiejącym świetle wieczoru. Była godzina aperitifu. Kawiarnie były nabite rozgadanym tłumem, z ich wnętrz płynęły łagodne dźwięki muzyki odświeżające paryżan po dniu pracy. Zapalono lampy, kelnerzy nakrywali stoły, ekspedienci opuszczali żaluzje i sprzątali towar sprzed sklepów.

Jeśli jestem z czegoś dumna, to z tego, że słyszę muzykę ulicy. W dzielnicy łacińskiej czuję się jak u siebie. Znam ją tak dobrze, że mogłabym po niej oprowadzać niczym wytrawny przewodnik. Trudno mi wyjaśnić jej fenomen. Niespodziewanie nad naszymi głowami pojawiła się mewa. Przerażony, zaplątany w niewidzialne, powietrzne korytarze ptak przeraźliwie skrzeczał. Niewzruszeni hałasem szliśmy chodnikiem Rue Bonaparte, krok za krokiem. Przecięliśmy ruchliwy plac Saint-André des Arts i skręciliśmy w Rue de la Bûcherie. Paul Charpentier był swobodny, wygadany, elegancki, pachnący. Rozmowa była niezwykle ciekawa, przeskakiwaliśmy z tematu na temat. Dyskutowaliśmy o teatrze, jazzie, książkach, o nowościach na rynku wydawniczym, zajrzeliśmy przez szybę do "Shakespeare and Company. Tak naprawdę to szyld dwóch księgarni z różnych epok. Słuchałam z otwartymi ustami o pasjach profesora. Jak udaje mu się łączyć z zawodem? Sposób myślenia, bogactwo zainteresowań, poczucie humoru: byłam urzeczona, mogłam nie spać całą noc tylko słuchać i słuchać. Nie czułam się zmęczona, wręcz przeciwnie. Nie poznawałam go. Czy to ta sama postać twardo stojąca na ziemi? Opowieści profesora pozwalały mi się oderwać od spraw codziennych - szkolnych i domowych. Trudno byłoby mi się mu oprzeć! Rozumiałam, czemu dziewczyny tak lecą na profesora. Jego wiek nie ma nic do rzeczy, jest interesującym, przystojnym mężczyzną. Do czego zmierza rozmowa? Nie zastanawiałam się, nie chciałam. Zamiast „lenistwa” dawał mi „rozmarzenie”. I to było najważniejsze. Żyłam chwilą. Do tematu Vincenta van Gogha wróciliśmy, ale później.

- Karoline, może się czegoś napijemy? Kieliszek dobrego wina dobrze nam zrobi.

- Owszem! Proponuję Café de Flore, to bardzo blisko. Panuje w niej doskonała, swobodna atmosfera, sprawdziłam, ostatnio często tam bywałam.

Starałam się, by mój głos brzmiał spokojnie, lecz zapewne dało się w nim wyczuć delikatną nutę niepewności.

- Jak sobie życzysz!

W oczach profesora pojawiły się wesołe iskierki. Widziałam je już wielokrotnie, ale w zupełnie innych sytuacjach. W szatni kawiarni też dwa razy błysnął pewnym siebie uśmiechem. Kiedy zdejmowałam płaszcz zsunęła mi się na podłogę apaszka. Profesor rzucił się, by ją podnieść.

- Karoline, co za cudowny zapach! Chanel N°5 Eau Première, chyba nie mylę się?

Osłupiałam. Nigdy nie widziałam u niego takiego uśmiechu, ani razu. Mój wzrok utkwił gdzieś w kącie szatni. Miał rację to moja ulubiona woda, używam jej od dawna, to prezent od Marka, ale szybko ugryzłam się w język. W lustrze mignęła mi moja twarz. Nie będę jej opisywać, bo i po co, nie był to budujący obraz. Wieczorne powietrze było wilgotne i lepkie, ani śladu wiatru, wygładzało pióra nawet ptakom. Chwilę mi zajęło zanim się pozbierałam. Zajęliśmy dwuosobowy, wolny stolik tuż pod oknem. Zamówiliśmy dwa kieliszki doskonałego czerwonego wina. Kelner poznał mnie, rzucał żartami, czułam się jak w drugim domu, wesołym i hałaśliwym. Bawiłam się nóżką kieliszka, z jakiegoś bliżej nieznanego powodu byłam ciągle zażenowana, zaczęłam oblizywać wargi. To był nerwowy, zupełnie niekontrolowany odruch. Profesor spoglądał na mnie pytająco, robił przy tym tak śmieszą miny, że nie wytrzymałam i wybuchnęłam głośnym śmiechem. Śmiałam się i śmiałam, nie mogłam przestać, w końcu dostałam okropnej czkawki. To było straszne! Uciekłam spłoszona do toalety i rozryczałam się jak małe dziecko. Było mi tak głupio. W głowie pustka, zero. Makijaż rozpuścił się, znacząc na policzkach dwie, długie, czarne strugi. Po jakimś czasie moja czkawka przeszła bez śladu, pozostał tylko wstyd i opuchnięte, zaczerwienione jak u królika oczy.

– No ładnie! Jak pech to pech? - Pomyślałam, wracając ze spuszczoną głową do stolika.

Profesor Charpentier siedział przy nim nadal, jakby nigdy nic. Na mój widok odstawił kieliszek i poderwał się szarmancko z krzesła, kręcąc głową z widocznym na twarzy rozbawieniem.

- Jakbym widział moją córkę. Jesteś rozbrajającą istotą. Uroda sauté jest taka jak każde naturalne piękno, bez makijażu jest pani jeszcze ładniejsza.

Skinęłam głową i przygryzłam wargę, ale przeszedł mnie słodki dreszcz.

Przez następne godziny byłam jak w zaczarowanym lesie, gdzie drzewa rozmawiają ze sobą tajemnymi poszumami, a w dziuplach mieszkają mądre sowy, które całymi dniami czytają swoje mądre księgi. Piłem wodę z zaczarowanego źródełka, płoszyłam gołębie na dziedzińcu Luwru. Zaglądałam w oczy Rembrandtowi, zamyślałam się jak Mona Lisa, wędrowałam z profesorem po Amsterdamie. Chodnikiem ulicy Paulus Potterstraat pełzła długa kolejka. Mozolnie, krok za krokiem, zmęczona obezwładniającym upałem. Kolorowy tłum falował, pocił się, tęsknił za deszczem, gęstniał jak lawa. Czekał cierpliwie by dotknąć wartych miliony dolarów obrazów wielkiego malarza, zobaczyć sposób, w jaki prowadził pędzel i nakładał farby na płótno. Nieopodal, na brzegu chodnika stał samotny mężczyzna, o wychudłej twarzy, skrytej w cieniu ronda słomkowego kapelusza, patrzył przed siebie pełnym melancholii spojrzeniem, z jego ust wydobył się ledwo słyszalny, nieskładny szept.

" Łatwiej było mi zbudować sobie nieśmiertelność malując, niż porozumieć się z drugim człowiekiem. Nie wierzę, że w moim piekle jest jakaś furtka".

To był sam wielki Vincent van Gogh. Profesor opowiadał, a ja słuchałam rozmarzona.

"Są godziny, które nie są dniami i godziny, które są jak sen".*

Przed północą profesor Paul Charpentier odprowadził mnie do mojej chatki z piernika. Myślę, że to był czas, abyśmy się rozstali.

- Karoline, to był cudowny wieczór. Dobranoc

Wepchnął ręce do kieszeni, odwrócił się i odszedł swoją drogą. Profesor nie był wcale tym, za kogo go miałam. I coś w tym odkryciu powodowało, że czułam się zdezorientowana i podekscytowana. Nie byłam pewna, czy to mi się podoba? To prawda, polubiłam Paula, osiągnęłam przy nim tak potrzebny mi spokój, którego nie mógł mi dłużej dawać.

Im bardziej okazywał się miły, gorliwy, czuły, tym bardziej stawałam się spięta, oszołomiona. To, co powinno usunąć moją frustrację, wzmagało ją. Ależ spadałam z wysoka! Od urodzenia wierzyłam, że jestem wyjątkowa, przy nim odkryłam, jak jestem zwyczajna. Ot, dziewczyna podobna do innych. Byłam onieśmielona, dostałam dreszczy.

W łóżku wtuliłam nos głęboko w poduszkę, zasłaniając uszy, aż zabrakło mi powietrza. Nie pomogło! Ciągle słyszałam jego głos, nie byłam sobą. Podobny był do głosu mojego ojca, może bardziej miękki, nienarzucający swojego zdania. Nie znałam go takim, na zajęciach profesor jest inny, nieosiągalny.


Nie umiałam przestać o nim myśleć. Potrzebowałam ciepła, dotąd miałam go tak mało. Tyle samotnych dróg…

- Karoline, odrzuć pajęczynę ze słów, otwórz furtkę, wejdź do ogrodu, w którym wszystko jest możliwe, zacznij żyć. Wystarczy bardzo chcieć...

Po ciemku gubiłem słowa, za oknem rozgościła się pierwsza letnia burza. Głos profesora był coraz bardziej tajemniczy, jak gdyby dochodził z oddali, spoza zasłony snu, wyciągał mnie z mroku. Zdawał się dochodzić ze wszystkich stron naraz, potem gdzieś z głębi świadomości. Cichł stopniowo, matowiał, roztapiał się w mroku sypialni, aż wydał się mi się podobny do brzmienia własnych myśli.

Jutro wstanie nowy dzień zaparzę świeżej herbaty i będę patrzyć jak paruje i już nic nie będzie takie jak dawniej. Człowiek nigdy nie jawi się, jako byt stały, siebie kontrolujący. Poczułam ukłucie nostalgii, w głowie szary słowik nucił:

- Czego właściwie szukam i jak się w tym wszystkim odnajdę?

Przyszłość wkrótce da mi znać. Otrzymałam prezent od losu. Wróciły wiersze, za którymi tak bardzo tęskniłam, i już nie biegnę przez mgłę, jestem szczęśliwa i mam ku temu miliony powodów…


****

Nazajutrz, gdy resztki snu kurczowo trzymały się moich gwałtownie otwartych powiek, stanęłam, jak co dzień przy sztaludze. Mój pędzel nigdy nie był tak lekki i sprawny, a kolory tak soczyste. Profesor ukłonił mi się z daleka. Tego dnia nie zamieniliśmy ani słowa, nie było czasu. W południe musiałam stawić się w sądzie. Sytuacja wymagała mojej obecności.


****

Podczas pierwszej rozprawy Augustin był oskarżany, atakowany ze wszystkich stron. Przyznał się, że wjechał we mnie na złość rodzicom. Czy to był impuls, czy zrobił to z rozmysłem, trudno powiedzieć? Twierdził, że ojciec i matka zatruwali mu życie. Opowiadał o konflikcie rodzinnym, o zerwaniu więzi rodzinnych, o sytuacjach, w których nie umiał sobie poradzić. Poza tym prawie się nie bronił, spokojnie potwierdził zdanie, jakie mieli o nim ludzie. Co za arogancja?! Chociaż, może jestem niesprawiedliwa? Na słowo ”ojciec” zaczął szlochać. Przykro jest patrzeć na młode ciało z zapadniętym brzuchem wstrząsane płaczem.

- Nienawidzę swojego życia! - Wykrzyczał.

Może w gruncie rzeczy chronił się, uciekał od odpowiedzialności? Byłam pełna wątpliwości, zbita z tropu. Jego dwie siostry zmarły w dzieciństwie na jakąś dziedziczną chorobę, której on uniknął. Został jedynym dzieckiem w rodzinie. Każda rodzina ma swoją tajemnicę, sprawy, o których się nie mówi. I czasem tak jest lepiej. Ale zdarza się też, nawet przez przypadek, że sekrety wychodzą na jaw i wtedy albo zostawi się je w spokoju, albo zaczyna drążyć.

Prawie czterogodzinna, burzliwa wymiana zdań między prawnikami obu stron i wielogodzinne przesłuchania świadków były nie do zniesienia. Paskudne myśli chodziły mi po głowie, czułam się jak w kiepskim teatrze, z trudem opanowywałam się, by nie wyjść. Koszmarny sen na jawie. W przyszłym miesiącu spodziewam się wyroku. Ojciec Augustina, gdy zeznawał nadal budził we mnie wstręt. Odrażający, bezczelny typ i zły ojciec. Złamał synowi serce.


****

W życiu każdego z nas zdarzają się sytuacje, wobec których jesteśmy bezradni. Nie oznacza to jednak, że te momenty definiują nas, jako osoby słabe. Bo nagle dzieje się coś, co sprawia, że odkrywamy w sobie siły i pragnienia, z istnienia, których nie zdawaliśmy sobie sprawy. To przydarzyło się mnie, a może nie tylko. Owszem, mam wspomnienia, ale wspomnień nie można dotknąć, poczuć ani przytulić.

Zakochałam się bez pamięci w swoim profesorze. Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba, nie powiem i uskrzydliło jak nigdy dotąd. Jednocześnie nie wiadomo, dlaczego ubzdurałam sobie, że Paul Charpentier jest dla mnie nieosiągalny, że ta miłość nie ma sensu. Jego portret był niespójny. W sumie niewiele o nim wiedziałam i nie chciałam za bardzo drążyć. To było przedziwne, może się bałam złych wiadomości? Nie interesowało mnie czy ma żonę? Nie nosił obrączki. Wspominał tylko o swojej córce i to z rzadka. Czułam całą sobą, że ta historia ma krótkie nogi i musi się szybko zakończyć. Bałam się kolejnej porażki? Trochę tak i ta cholerna różnica wieku. Dwadzieścia lat to prawie ćwierć wieku.

- To tak jak z chorobą, trzeba szybko działać by się uwolnić.

Podjęłam decyzję. Bolało, no cóż. Posłuchałam rozumu. Chciałam trafić do miejsca, które pozwoli mi zapomnieć i wiedziałam gdzie: w małym, włoskim miasteczku nad Adriatykiem, w którym zatrzymał się czas. To głupie myślenie, bo czas nie zatrzymuje się nigdzie. Pomysł chyba wziął się z miłości do oceanu i słońca.

- Vernazza będzie dobrą kryjówką, to miejsce na ciszę. - Postanowiłam, powstrzymując łzy.


Mój ojciec też tam uciekał, kiedy było mu źle. Pod koniec czerwca spakowałam walizkę i tak jak postanowiłam ruszyłam w drogę. Akurat zaczynały się wakacje, w Paryżu zrobiło się tłoczno od turystów.

- Zobaczę ocean, zanurzę się w jego chłodnych falach, ostudzę ciało, spotkam się z Mario i żadna siła mnie nie powstrzyma. Będę to mieć i jeszcze więcej, ale czy mi to wystarcza? A przecież moglibyśmy być tam oboje, razem...

Głos mi się załamał po ostatnim słowie.






.............................................................................................
..

* z listów Vincenta van Gogha do brata Theo.

Podpis: 

Jolka wrzesień 2017
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Noc polarna Podstęp Topielec
Na północy Norwegii. Historia trudnej miłości, która powraca po latach. - Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 50
Sponsorowane: 16

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.