http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
331

Człowiek-Wilk

  Wspomnienia wędrowca z lasu, w którym zabłądził  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W styczniu nagrodą jest książka
Franny i Zooey
J. D. Salinger
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Człowiek-Wilk

Wspomnienia wędrowca z lasu, w którym zabłądził

Miłość z internetu cz. XI - nauka kochania się II

Klękła jednym kolanem obok mojego boku i przekroczyła mnie drugą nóżką tak że znalazła się tyłem do mnie siedząc na moich

Miłość z internetu cz. XII - czy to normalne?

Naprawdę dla dorosłych. Wstyd mi przekazywać to o czym pisaliśmy. Nigdy nie wyobrażałem sobie że mogę mieć takie pragnienia co do kochania się z moją najdroższą. A może miałem ale nie wiedziałem że da się je opisywać i zastosować w realu, że tego się

Głupia Sztuka Akt II

Dalsze perypetie wspaniałych bohaterów :)

Miłość z internetu - czytaj części od I do XII

Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr

Glupia Sztuka Akt I

Uwaga! Tego tekstu nie należy traktować poważnie.

Władcy Kosmosu

Humorystyczne opowiadanie, którego bohater doznaje niezwykłych halucynacji.

Zagubiona Jednostka

Ludzie skazani na samotność bardzo często wspominają przeżyte chwile. Osoby chorujące na depresję lub inne choroby psychiczne, robią to sto procent częściej. Chcą wszystko kreować od początku, tym samym dostając kolejną szansę od losu.

Państwo Florek Rozdział VIII-Bankowiec

Kolejny rozdział, w którym ponownie znajdujemy się w szkole. Tym razem przedstawiam proste sposoby manipulowania ludźmi, irracjonalne reakcje w tłumie, konsekwencję działania oraz wpływ autorytetu na innych. Zapraszam to lektury. Zapraszam do świata

Przemiana

"Coś we mnie narastało, coś nieuchronnego i groźnego, przekraczającego wszelkie znane ludzkości stany, coś nieporównanie większego niż pan Aleksander i jego szkaradne postępowanie."

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1050
użytkowników.

Gości:
1047
Zalogowanych:
3
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 80834

80834

Ze zwichniętym skrzydłem - cz.XV

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
17-12-08

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Romans/Przyjaźń/Opowiadania.pl
Rozmiar
15 kb
Czytane
201
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
18-01-13

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: jolsokolowska079sok Podpis: Jolka
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Grudniowy wieczór, upragniony moment. POŻAR OBRAZEM ROKU. Karoline, spójrz na swoje życie, ruszyłaś przed siebie i ...

Opublikowany w:

Ze zwichniętym skrzydłem - cz.XV

"Wierzyłam, że w ramionach zmieszczę cały świat.
Codzienne rozmowy z Bogiem nie przybliżają do prawdy.
Sprzeczamy się o rzeczy nieistotne."



****

Ledwo wystawiłam stopę z samolotu Berlin wziął mnie w posiadanie. Szybko pojęłam, że mam do czynienia z wyjątkowym miastem. Kreuzberg, kultowa dzielnica niemieckich artystów od rana tętniła życiem, na zatłoczonych, kolorowych ulicach wyczuwałam odświętną atmosferę przygotowań do zbliżającego się wielkimi krokami Biennale Sztuki. Podróż jawiła się obietnicą wspólnych uniesień i wzruszeń, ale niestety, od pierwszego dnia, mijaliśmy się w drzwiach. Paul opuszczał hotel po ósmej, a wracał późnym wieczorem. Nie wiedziałam, co myśleć, niebo runęło na głowę. Chciałam pomóc, wysłuchać, ale tym razem nie musiałam odwoływać się do kobiecej intuicji, żeby wyczuć, że mój książę jest zdenerwowany. Wczoraj leżeliśmy już w łóżkach, gdy usłyszałam: nareszcie kończymy, wkrótce okaże się, czy mój wernisaż odniesie sukces. Ostrożnie zapytałam o szczegóły, ale urwał rozmowę, odwracając się do ściany. To była nowość, porażka, zdziwienie. Pozostało tylko czekać, żeby zrozumieć. Zasypiałam, wpatrując się w sufit. Miłość kurczowo trzymała myśli, ale serce się łamało, stuliłam płatki.


Dzisiaj, chyba była dziewiąta, gdy zarzuciłam na ramiona płaszcz i zbiegłam po schodach. Piękne przedpołudnie namawiało na spacer w ciszy pobliskiego parku. Jesień zdążyła pomalować drzewa odcieniami złota. W słońcu wróciłam do rzeczywistości, dylematy rozwiały się niczym poranna mgła. Mijając słup ogłoszeniowy zawiesiłam oko na kolorowym plakacie, krzyczał: Camera Work, słynna, obrosła swoistym klimatem galeria zaprasza na wystawą legend fotografiki artystycznej: Roberta Polidori i Esther Haase. Idealna okazja, może się nie powtórzyć. Nabyłam koszmarnie drogi bilet i rzuciłam się w wir zwiedzania. Wystawa składała się z niewielkiej liczby dzieł, wyselekcjonowanych z bogatej spuścizny twórców, nie wahałam się nazwać ją retrospektywną. Co za precyzyjnie przemyślany wybór, szeptałam zachwycona.Wielkoformatowe kolorowe fotografie przenosiły z miejskiej przestrzeni Berlina do magicznego i barwnego świata Hawany. Uwagę przykuwały kapitalne fotografie apteki „Sarra” oraz sali widowiskowej Alejo Carpantiera Teatru Wielkiego. Utrwalone na zdjęciach spojrzenia przez obiektyw było czymś więcej niż obcowanie fotografa z architekturą wnętrz. Nasycało magią, było opisywaniem piękna detali, świadczyło o niezwykłych umiejętnościach autorów. Prawdziwa, poruszająca wyobraźnię uczta duchowa.


Na Jakuba natknęłam się przez przypadek. Mroczny, prowadzący do toalety przedsionek, a w nim roztrzepana, zamyślona dziewczyna, chwila nieuwagi i ... Potrąciłam, bardzo przepraszam, wydukałam speszona. A on uśmiechając się wyrozumiale, cicho przesunął palcem po wardze:

– Czy dasz się zaprosić na kawę i lampkę wina?

To się nazywa nawiązywanie relacji. Roześmiałam się i przystałam na propozycję. Wkrótce odkryłam, że zawartość skórzanej kurtki i podartych dżinsów jest atrakcyjniejsza niż opakowanie.Wybraliśmy stolik przy oknie. Bar był prawie pusty, tylko cienie zasłon tańczyły po ścianach, poruszane lekkim wietrzykiem. Z głośników sączyła się nastrojowa muzyka. Klimatem wnętrza sprzyjał swobodnej rozmowie.

– To twoja pierwsza wizyta na Biennale? Jak ci się podoba? - zapytał miękkim głosem.

– Bardzo.

Po pierwszym kieliszku Moments Dornfelder Lieblich rozwiązały się języki. Jakub odkleił się od ściany, o którą nonszalancko się opierał i z anielskim uśmiechem, poinformował, że ma narzeczoną.
– A więc remis – rzuciłam. – Bo i ja jestem z kimś związana.

Intrygujący, zabawny osobnik, pomyślałam. Chyba też byłam zagadkę, świadczyło o tym uważne spojrzenie spod przydymionych okularów. Po następnym kieliszku już opowiadał swoją historię. Wychował się w Belgi, ukończył malarstwo, obecnie w Paryżu na Montmartre ma własną galerię. Pytałam o szczegóły: wystawia obrazy, rzeźbę, tkaninę artystyczną, z powodzeniem organizuje wernisaże.

– Paryż potrafi zaskoczyć. Obecnie czuć w nim nowego ducha, czasem nawet za bardzo. Powinnaś wyjść z cienia, nie bać się.

– Wiesz, jestem marnym okruchem, na pewno nie karierowiczką.
Roześmiał się.

– Karoline, to lepiej zacznij być. To cena sławy.

Pokiwałam głową z powątpiewaniem.

– Fantastycznie było poznać dziewczynę z tak wielką pasją. Zostaw swój adres, proszę.

Uścisnął dłoń na pożegnanie. To zapewne jakaś pomyłka, pewnie powtarza to innym tysiące razy... Szybko dogonił mnie w drzwiach. Karoline, nie wypuszczę cię z rąk. Tym żartem rozbawił, uległam, wręczając numer telefonu.
Dzięki boskiej interwencji późnym wieczorem dotarłam do hotelu. Paula jeszcze nie było. Marzeniem było wczołgać się do łóżka i zasnąć. Nazajutrz, nie wspomniałam o Jakubie, kobiety też miewają sekrety.

Zabawne przypadki mogą zmienić życie, otwierając okno w przyszłość. Wtedy o tym nie wiedziałam.


****


Gemäldegalerie okazało się jednym z najbardziej niezwykłych muzeów, jakie znałam. Oddalone od centrum, mieściło się w dzielnicy raczej biznesu niż sztuki. Spotkanie sprawiło, że od razu wiedziałam, iż będę wracać. Niewielka kolejka przy kasach wzbudziła podejrzenie, że pewnie nie ma tu za dużo do oglądania, więc i oglądających brak. Czasami lepiej, gdy zbiory są skromne – łatwiej wtedy znaleźć jakąś perełkę. Niezrażona ruszyłam do pierwszej sali. Nigdy nie zapomnę tego uczucia. Cisza, prawie żywej duszy. W oddali nieruchomo siedział na krześle ochroniarz, robił wrażenie postaci z obrazu, a nie żywej istoty. Żadnego rozproszenia. W takiej ciszy spotkanie z Vermerrem czy Rembrandtem wywoływało dreszcz. Trudno było wyjść z muzeum przed zamknięciem.

Do Vernazzy powróciłam na parę dni, Paul prosto z Berlina poleciał do Paryża. Miasteczko zostawiałam przytłoczona wiadomościami. Moje myśli domagają się uwolnienia, więc przekształcam je w babie lato2. Aż trudno było uwierzyć, że tyle się mogło się zmienić i to w tak krótkim czasie. Życie jeszcze wczoraj pachniało miłością2, spokojem i słońcem, a tu nagle zaczęło uciekać, zapisując jedynie surowe streszczenia3. W jednej chwili poczułam się niczym odłamek szkła przy drodze. Mark, w czasie, gdy biegałam po Berlinie, doznał poważnego złamania nogi. Na szczęście, wkroczył do akcji nasz stary przyjaciel i zaproponował leczenie w swoim ośrodku. Wielka ulga, bo chciałam natychmiast lecieć do Florencji. Mark przyjął pomoc, co samo w sobie mówiło o jego stanie.


****


Paryż, co za miły widok. Po wyjściu z terminalu kroki skierowałam prosto na postój taksówek. Bagaż ciążył niemiłosiernie, paski plecaka wrzynały się w ramiona, kostki nóg obtłukiwałam klatką z Kubą. Taksówkarz patrzył na mnie jak na przybysza z obcej planety. Co za pomysł, taszczyć nieporęczne blejtramy i takie ogromne pudło, mamrotał, upychając rzeczy do bagażnika. Jednym słowem nie miałam powodów, by być w dobrym nastroju.

Nieubłaganie zbliżał się początek roku akademickiego, egzaminy były tuż, tuż, na samą myśl robiło się gorąco. Niby materiał znałam tak dobrze, że mogłam go recytować przez sen, ale martwiła ręka, znowu nasilały się skurcze.
Październik upływał przeważnie na nauce, dla Paula zostawało niewiele czasu. Miłość była na ostatnim miejscu. Zagoniona, zmęczona, ledwo wiązałam koniec z końcem, obowiązki zaczęły uwierać jak gorset. Miałam w duszy dziurę, przez którą wyciekała życiowa energia. Zakochana dziewczyna powinna być szczęśliwa, a tymczasem całkowicie się rozsypałam. Zasypiając, marzyłam o cudzie. Pocieszałam się, że wszystko będzie jak dawniej. W czasie przyjęcia urodzinowego u Paula, nie wpadłam na nic lepszego, jak wyjść na balkon i pocałować go w usta. Paul natychmiast zauważył, że jestem smutna. Miałam wrażenie, że coś podejrzewa. Było mi wstyd, zarumieniłam się od szyi po uszy. Milczenie jest najlepszym tłumaczem...

W czwartek oparta o ścianę korytarza Ecole des Beaux-Arts oczekiwałam na ostateczną decyzję rektora. Co zrobisz i jaką masz alternatywę? Ogarniał niepokój, nie tylko chodziło o stypendium. Paulowi nie śmiałam zawracać głowy, czegoś się domyślał, ale uparcie milczałam, nie dając niczego po sobie poznać. Marka przygniotły wydatki, zmuszony był odkładać na zrealizowanie recept.

Po kwadransie sekretarka wywiesiła w gablotce kartkę. Rozpłakałam się ze szczęścia. Jestem jedyną studentką, która otrzymała dwuletnie stypendium. To niemożliwe, a jednak...
Powinnaś to wiedzieć, usłyszałam głos Paula. Wpatrywał się we mnie z czułością, ale nie podszedł. Spotykając się na uczelni, powtarzaliśmy ten sam rytuał. Sztuką jest rozmawiać o rzeczach nieistotnych, codziennych, błahych. Tak było bezpieczniej, unikaliśmy złych języków. I jak tu być Julią skoro odbierają Romea.


****


Liście opadły z kasztanów, dni mijały niepostrzeżenie. Zajęcia na uczelni i malowanie wypełniały czas, noc często zastawała mnie w pracowni. Rysunków przybywało, kreska była pewniejsza, ale prześladowało nieskonkretyzowane uczucie, że mogę zrobić coś lepiej, dokładniej, ogarniało zwątpienie, palce nie utrzymywały ołówka. Zapalało się czerwone światełko, wstydziłam się przyznać Paulowi, przeszkadzała duma, czasem trudno wycofać się z wieży z kości słoniowej. Zapomniała o terminie badań kontrolnych. Tylko instynkt podpowiadał, walcz.
Jakub odezwał się w końcu października. Nalegał, żebym pokazała ostatnie malarskie dokonania. Pojawił się na uczelni, w przerwie między zajęciami. Dawno wybierałem się do ciebie... Pochwalił akwarelę, ale wygłosił opinię w sposób kategoryczny. Pracuj pilnie i staraj się stanąć jak najszybciej na własnych nogach. Można było go wziąć za fanatycznego terrorystę na usługach własnych myśli. Moja wiedza o Jakubie stawała się elementami jakieś układanki, których nie potrafiłam połączyć. Rozbrajająca radość, otwartość, po chwili gniew i bezceremonialna ciekawość wprawiały w zakłopotanie. Może sama prowokowałam zamęt w głowie, to nie przychodzi zewnątrz...


W pierwszą niedzielę listopada, przyciśnięta do muru, umówiłam się na spotkanie z Jakubem. Świat należy do odważnych... Do ostatniej chwili kończyłam Pożar, poprawiałam kolory, wściekałam się, płakałam, zapominałam o jedzeniu, prawie nie spałam. Mam jeszcze szansę zdążyć… Trud zaowocował, uchwyciłam istotę rzeczy; brązy i szarości pojaśniały, poddały się. Z czystym sumieniem odkładałam pędzel. Czasem trzeba stoczyć walkę, by wiernie oddać prawdę…
Zmierzch wkradał się w okna, gdy dotarłam na miejsce. Galeria Jakuba mieściła się w szarej kamienicy, usytuowanej po środku wąskiej uliczki, tuż przy Bazylice Sacré-Cœur. Weszłam i aż mnie zatkało; od progu urzekała atmosferą i niepowtarzalnym, surowym wystrojem wnętrza. Ogromna, otwarta, pięknie odrestaurowana przestrzeń, ciepłe oświetlenie, wyrafinowana elegancja mebli, czyniły ją wymarzoną dla prezentacji sztuki. Jakub nie podniósł wzroku znad rachunków. Wyjeżdżam na pięć dni do Londynu, robię remanent, usprawiedliwił się. Oj, niedobrze. Remanent to brzydkie słowo we Francji. Przywitał się dziesięć minut później, minę miał dziwnie sceptyczną. Bóg jeden wie czemu? Nie wiedziałam czego się spodziewać.

– Może usiądziesz?

– Jasne.

Zaniepokojona przycupnęłam na kanapie w milczącym oczekiwaniu. Nareszcie skończył liczyć. Wyjęłam obraz z teczki. Oczy mu rozbłysły, oglądał płótno w zagadkowym skupieniu. Zwykle posiadał wyczucie, dar szybkiej orientacji i reakcji, ale tym razem było inaczej, zachowywał się niczym sfinks. Wypiłam duszkiem trzy szklanki zimnej wody, coraz bardziej tracąc wiarę w siebie. Nigdy nie jestem taka, jaką chciałabym być. No, powiedz już, nie trzymaj w napięciu!

– Karoline, zazdroszczę talentu. Najwyższy czas pokazać to płótno światu. Będę pierwszy, a to bardzo lubię... Każdy może odnieść sukces dzięki autentyczności i pasji, a do tego mamy dostęp wszyscy.

Położył rękę na moim ramieniu. Wydawał się szczery, zabrzmiało jak słodka obietnica, rozpaliło nadzieję. Ustaliliśmy wstępną datę wernisażu. Serce zaczęło mocniej bić, myśli przysiadały na ramionach niczym oszalałe ptaki...


****


Grudniowy wieczór, upragniony moment. Co ja tu robię? Miałam wrażenie, że moja dusza opuszcza powoli ciało i oddala się w nieznanym kierunku. Przeszedł zimny dreszcz, gdy dziennikarka zapytała: Kiedy to się zaczęło? Oszołomiona sukcesem, w pierwszej chwili nie usłyszałam pytania. Podniecony tłum gości niemożliwie hałasował, wymieniając wrażenia. Patrzyli na mnie, uśmiechali się, lustrowali wzrokiem. Kobiety oceniały strój i makijaż. Co jakiś czas rozległy się oklaski, okropnie peszyły. Ciągle postrzegałam siebie, jako nowicjuszkę w fazie obiecującej kariery. Ściskało w dołku, nie opuszczało zdziwienie. Oczywiście, cieszyłam się, ale nie potrafiłam tego właściwie okazać. Niezrażona moją miną, dziennikarka chodziła za mną krok w krok, naciskając w nieustępliwej przenikliwości.

– W obrazie zawarty jest przejmujący niepokój, a jednocześnie potrafi pani mówić pędzlem o sprawach tragicznych, bez patosu i rozpaczy. Jak udało się zapisać tak wiele uczuć na jednym płótnie?

Wreszcie, jakimś cudem rozluźniłam się. Słowa same zaczęły cisnąć się na usta, twarz rozpromienił uśmiech.

– Patrząc na płonące wzgórze Vernazzy poznałam Boga. Zrozumiałam, że istnieje wiele rzeczy, które mnie przerastają. Jednocześnie malując, nigdy nie czułam się taka swobodna, wolna jak ptak. Uczuciowość nie niszczy intelektu, świadomie dokonywałam doboru środków wyrazu, ale wcześniej musiałam się przekonać, że jestem kochana...

Chyba ją zaskoczyłam odpowiedzią, zrobiła wielkie oczy i ucichła. Podziękowałam za rozmowę.

– Karoline, jesteś proszona na podium.

Jakubie wiedziałeś, że nie trawię publicznych wystąpień, a mimo to... Dziękując za miłe słowa, szukałam wzrokiem Paula, niepokojąco spóźniał się. Goście gratulowali wystąpienia, cytowali słowa, których nie powiedziałam, a ja czekałam, wszystko inne przestawało być ważne. Zjawił się zdyszany tuż przed oficjalnym zakończeniem wieczoru z wielkim bukietem czerwonych róż. Długo trzymał mnie w objęciach. Nie potrafiłam ukryć wzruszenia. Miłość nie pamięta złego. Księżyc dawno zaglądał w okna, gdy jako ostatni opuszczaliśmy galerię.

– Jakubie, jestem niezmiernie wdzięczna za ten niezwykły, odmieniający życie prezent.

– Karoline, przecież rozmawialiśmy o tym dwie godziny temu! To chyba wystarczy? – spokojnie odpowiedział, żegnając się w głębokim ukłonie.

Na zewnątrz padał, pierwszy tej zimy, śnieg. Szybko przykrywał białym puchem wzgórze Montmartre'u. Z zachwytu rwały się słowa. Byłam szczęśliwa, czułam, że otworzyły się drzwi, których nie mogę zamknąć. Zbudzili miasta białymi szalikami, wracając nad ranem napisanymi ulicami, ze śpiewem na ustach.

Podpis: 

Jolka grudzień 2017
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu cz. XI - nauka kochania się II Miłość z internetu cz. XII - czy to normalne? Głupia Sztuka Akt II
Klękła jednym kolanem obok mojego boku i przekroczyła mnie drugą nóżką tak że znalazła się tyłem do mnie siedząc na moich Naprawdę dla dorosłych. Wstyd mi przekazywać to o czym pisaliśmy. Nigdy nie wyobrażałem sobie że mogę mieć takie pragnienia co do kochania się z moją najdroższą. A może miałem ale nie wiedziałem że da się je opisywać i zastosować w realu, że tego się Dalsze perypetie wspaniałych bohaterów :)
Sponsorowane: 330Sponsorowane: 310Sponsorowane: 305

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2017 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.