http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
190

Koń na biegunach o napędzie nuklearnym

Autor płaci:
1000

  Krótka historia o chorym na demencję farmerze i jego krowach.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W lipcu nagrodą jest książka
Gra anioła
Carlos Ruiz Zafon
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Koń na biegunach o napędzie nuklearnym

Krótka historia o chorym na demencję farmerze i jego krowach.

Tarot i koronkowe serwetki - Kwiecień cz. II

Ciąg dalszy historii przypadkowej znajomości dwóch kobiet. Przyjaźń, miłość, kłopoty i wspomnienia a może już czas na marzenia.

Tarot i koronkowe serwetki - Marzec

Raczej dla kobiet, które wierzą w zmiany na lepsze. W to, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda. Opowieść o niespodziewanej przyjaźni i tym co w życiu może się wydarzyć.

Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIII cz.

Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr

Miłość z internetu cz VII- coś podniecającego

A może by sobie tak pomarzyć, mój kochany: piękny dzień, lecz słoneczko jakby za chmurkami. Wiaterek za oknem sprawia, że dreszczyk przechodzi przez moje ciało.

Złodziej dusz

Nie ma w tym opowiadaniu nawet jednego słowa dialogowego, mimo wszystko jednak zachęcam do czytania :) A tekst niech będzie niespodzianką.

Miłość z internetu cz VIII- pierwsze nasze święta

Przymykam oczka i mam Twój języczek w swoich ustach który się panoszy rozpychając moje policzka, to znowu przesuwa się po moich ząbkach, to znowu walczy z moim języczkiem.

DOM NA WZGÓRZU

Opowiadanie powstało na zamówienie, ale zamawiający nie zgłosił się po nie.Fantastyka oparta na istniejących technologiach, czasem zapomnianych, czasem jeszcze nie dopracowanych, właściwie dopiero początek czegoś co miało sukcesywnie powstawać. Jeste

Pół słowa

o uczuciach

Miłość z internetu cz V -opis zdjęć Niki

wakacje. Promienie słońca padają na Twoje jednolicie opalone ciało prawego boku odkrytego i widzę poza Twoim ramieniem wystający sutek cycusia

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
546
użytkowników.

Gości:
546
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81005

81005

Wyspa Spichrzów

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
18-06-24

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Przyjaźń/Przygoda/Akcja
Rozmiar
24 kb
Czytane
120
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
18-06-24

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Gomez Podpis: Gomez Golowacz
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Przyjaźń chłopca z psem

Opublikowany w:

Wyspa Spichrzów

Wyspa Spichrzów
Małżeństwo Jankowskich zajmowało mieszkanie na parterze naszego budynku. Pokój, przedpokój, kuchnia, łazienka. Oboje mieli już ponad czterdzieści lat. Przyjechali do Gdańska w 1956 roku, ze Wschodu, z miejscowości leżącej przy dawnej granicy polsko-łotewskiej. Życie powoli układało im się na nowym miejscu, czasy wojenne i powojenne odchodziły w przeszłość, pozostawały wspomnienia, niekiedy nieprzyjemne, wręcz ponure, które odżywały podczas obchodzenia tragicznych rocznic, świąt, Zaduszek. Dzień powszedni jednak zwyciężał – praca, codzienne troski, zabieganie. Wydawali się ze sobą szczęśliwi. On był bardzo miły i uprzejmy wobec żony. Nie słyszeliśmy nigdy krzyków i odgłosów awantur, tak jak to się często zdarzało u innych rodzin na naszym podwórku. Brakowało im tylko jednego. Już długo byli małżeństwem, jednak z jakiegoś powodu nie mieli dzieci. Mieszkania przy ulicy Mariackiej zajmowały przeważnie rodziny wielodzietne. Teodor miał sześcioro rodzeństwa, Boguś siedmioro, a Zenek pięcioro, więc średnia na podwórku była wysoka, cały czas rodziły się następne dzieci i podwyższały tę średnią. Gruby miał tylko jedną siostrę, zazdrościł kolegom otoczonym mniejszymi lub większymi braćmi i siostrami.
Jankowscy nie mieli żadnego dziecka. Czuli, że ludzie, choć tego nie mówią, przyglądają im się lekceważąco, nawet ze współczuciem.
Dlatego z zainteresowaniem spoglądaliśmy jak pewnego dnia przynieśli w koszyku małe zawiniątko, które z dumą nam prezentowali. Z zawiniątka wystawała owłosiona, ruda łepetynka małego pieska. Dla wszystkich była to sensacja, ponieważ nikt z podwórka nie miał psa. Mieszkania były ciasne, rodzice z dziećmi z trudem się w nich mieścili, rozpychając do granic możliwości niewielkie pokoje. Gdzie tu znaleźć miejsce dla jakiegoś zwierzaka? Co prawda, w środkowym budynku, tata Teodora hodował w piwnicy małą świnię i karmił ją codziennie, mówiąc: „Byle do świąt”, ale tak ją ukrył, że gdyby nie smród, jaki wydobywał się przez piwniczne okienko, nikt by o tym nie wiedział.
Piesek był śliczny – rudy kłębek wyglądał jak bryłka bursztynu.
– Dlatego nazwaliśmy go Jantar – powiedziała pani Jankowska.
– Rasowy. Owczarek belgijski – podkreślił z dumą jej mąż.
Opiekowali się nim troskliwie. Zawsze czyściutki, pachnący wychodził na spacer na smyczy – rano z panią, wieczorem z panem. Pozwalano nam go pogłaskać, potargać za uszy, nawet potrzymać smycz i pobiegać z nim, choć nie trwało to długo, bo zniecierpliwiona właścicielka zaraz nam go odbierała.
Jantar był mądrym i posłusznym psem. Wieczorem czekał na swojego pana w przedpokoju, cichutko skamląc, dopóki pan Jankowski nie wrócił z pracy i nie zabrał go na spacer. Piesek witał go radośnie, skacząc i liżąc go po twarzy. Jankowski drapał jego skórę, wtulał głowę w gęste kudły.
– Mój Jantarek. Kochany Jantarek.
Po roku zwierzak nie przypominał już małej rudej kulki. Już nie piszczał, nie skamlał żałośnie, wydawał dźwięki rozważnie i tylko w istotnych momentach. Nie szczekał z byle powodu.
Przyzwyczailiśmy się do sytuacji, że Jankowscy z parteru zamiast dzieci mają psa. Aż pewnego wiosennego dnia mama Grubego powiedziała, że Jankowska spodziewa się dziecka i już niedługo urodzi. Zaskoczyła nas ta wiadomość. Jankowska była tęga, dlatego nikt nie zauważył ciąży. Pewnego majowego wieczoru pod naszą klatkę podjechało pogotowie i zabrało ją do szpitala przy ulicy Klinicznej, gdzie rodziły się wszystkie dzieci z Gdańska, również my, oprócz Teodora, którego mama nie zdążyła tam dojechać, więc urodził się na lastrykowym podeście swojej klatki schodowej.
Przez te kilka dni, gdy nie było pani Jankowskiej, jej mąż pozwalał nam zajmować się Jantarem. Wtedy mogliśmy zobaczyć, jaki to mądry pies. Znosił nam zaginione kluski podczas gry w palanta. Gdy graliśmy w piłkę na podwórku, często wpadała nam ona do Motławy i odpływała w kierunku Wyspy Spichrzów, co zmuszało nas do długiej wędrówki przez most przy Bramie Zielonej, wtedy Jantar wskakiwał do wody i wyławiał ją nam w ekspresowym tempie. Towarzyszył nam w grach i zabawach, traktowaliśmy go jak kolegę z naszego podwórka. Z niepokojem myśleliśmy o powrocie pani Jankowskiej ze szpitala.
W końcu nadszedł ten moment. Tak jak przed kilkunastu miesiącami, tak i teraz małżeństwo Jankowskich pojawiło się na podwórku z małym zawiniątkiem na rękach. Wystawała z niego mała owłosiona główka z łypiącymi bystro oczkami. Dziecko było śliczne i wydawało się mądre. Obiema rączkami wskazywało na górującą nad dachami domów monumentalną wieżę kościoła Mariackiego.
– Dlatego nazwaliśmy go Benedykt – powiedziała szczęśliwa matka.
– Wyrośnie z niego mądry i prawy człowiek – powiedział z dumą jej mąż.
Jantar, gdy tylko zobaczył pana i panią, podbiegł, radośnie merdając ogonem. Ocierał się o ich nogi, spoglądał swoimi mądrymi ślepiami w ich oczy, lecz oni, zajęci Benedyktem, nawet nie zwrócili na niego uwagi.
Benio, bo tak nazwaliśmy Benedykta rósł jak na drożdżach. W wieku kilku miesięcy umiał chodzić i miał już komplet mlecznych zębów, a nawet – co dla wszystkich było wielkim zaskoczeniem – szybko wyrosły mu cztery zęby mądrości. Taki mądrala z naszego podwórka jak Gruby w jego wieku ledwie raczkował, a żaden z zębów mądrości nie wyrósł mu jeszcze do tej pory.
Po roku Benedykt umiał już mówić pełnymi zdaniami i od tego czasu stał się uczestnikiem naszych zabaw w piaskownicy i na podwórku.
Pani Jankowska nie pracowała. Starała się nie spuszczać oka z Benedykta i zostawiała go pod naszą opieką tylko wtedy, kiedy wychodziła na zakupy. Po pracy Jankowski zabierał syna na spacer po ulicy Długiej i Długim Targu, kupował mu wodę mineralną i lody. Zajęci Benedyktem całkowicie zaniedbali Jantara. Początkowo przypominał im, że też należy do rodziny, szorstkim jęzorem próbował lizać małego Benia, ale Jankowscy go odsuwali.
– Odejdź, Jantar. Zostaw dziecko w spokoju. Jeszcze mu zrobisz krzywdę.
Jantar smutniał, lecz posłusznie odchodził. Pewnego wieczoru zamknęli przed nim drzwi i nie wpuścili go do mieszkania. Przespał całą noc pod drzwiami, na wycieraczce. I tak już zostało. Jankowscy go nie głaskali, nie czesali. Gdyby nie Gruby, nie miałby co jeść. To głównie on zajmował się zwierzakiem – sklecił mu przytulną budę, którą postawił przy śmietniku, i znosił do miski resztki jedzenia z domu. Jantarowi spodobało się nowe miejsce zamieszkania, choć siedząc czy też leżąc przy budzie, pysk zawsze miał skierowany w stronę mieszkania Jankowskich. Gdy tylko drzwi się tam otwierały, podbiegał, merdał ogonem i wspierając się na tylnych nogach, próbował dotknął pyskiem panią lub pana.
– Dobrze, dobrze Jantar. Już wystarczy – odpowiadali zniecierpliwieni i odpychali go od siebie.
Kiedy Benio zostawał z nami w piaskownicy, Jantar cały czas go pilnował i nie pozwalał się do niego zbliżyć nikomu obcemu. Instynktownie wyczuwał niebezpieczeństwo. Gdy pewnego razu, podczas gry w cztery rogi, Teodor niechcący odepchnął Benia, tak że chłopczyk upadł na deskę piaskownicy, pies natychmiast powalił napastnika na ziemię i tak go przydusił, że musieliśmy użyć siły i perswazji, by wytłumaczyć mu, że Teodor nie chciał zrobić nic złego. Dopiero wtedy udało się go odciągnąć.
Ponieważ pani Jankowska nie pracowała i zajmowała się synem, Benio nie chodził do przedszkola. Od małego zaskakiwał nas jednak mądrością i pomysłowością. Zadziwił nas, gdy graliśmy z dziewczynami w państwa i miasta zapisując na kartkach znane i nieznane nam nazwy obcych państw.
– Państwo na literę o… – Teodor się zastanawiał. – Nie ma takiego – powiedział po chwili i zaczął liczyć do dziesięciu, by zakończyć kolejkę.
– Oman – usłyszeliśmy głos Benia tuż przed liczbą dziesięć.
Zdziwiliśmy się. Skąd zna to państwo? Prawidłowe podpowiedzi powtarzały się jednak podczas następnych gier. Benio znał nie tylko nazwy państw, miast, ale i rzek, gór, mórz i oceanów.
– Skąd on ma te wiadomości? – Byliśmy zdumieni.
Wieczorem Gruby odprowadził Benia do domu, gdy dziecko zmęczone zabawą przysnęło na desce piaskownicy. Zauważył, że w pokoju Jankowskich przy łóżeczku Benia znajdowało się kilka globusów, a na ścianach zamiast obrazów wisiały mapy. Jedna z nich, kolorowa, zawisła tuż obok poduszki chłopczyka. Przedstawiała cały świat, z wgłębieniami w miejscach oceanów i wybrzuszeniami w miejscach wysokich gór. Zasypiając, mrużąc oczy, widział przed sobą bezmiar mórz i ogrom szczytów górskich a pomiędzy nimi leżące państwa i miasta świata. Wędrował niestrudzenie po zaśnieżonych szczytach Kordylierów, dryfował łodzią po skutej lodem cieśninie Beringa, nurkował do samego dna Rowu Mariańskiego. A później, wyczerpany wysiłkiem, zmęczony, kładł się i wypoczywał na bezludnych plażach Namibii. Nad ranem wracał do Gdańska, do pokoiku wypełnionym kartami odległych, obcych krain i budził się w swoim łóżeczku.
Jankowski pracował na ulicy Szerokiej w Cezasie – sklepie zaopatrującym wszystkie gdańskie szkoły w pomoce szkolne. Z powodu małych magazynów nadmiar globusów i map przechowywał u siebie w mieszkaniu.
Benio stał się kiedyś pośrednim sprawcą pewnego zdarzenia, które sprowadziło na nasze podwórko stróżów prawa w błękitnych mundurach. Po wysłuchaniu bajki – którą jego mama miała w zwyczaju czytać mu co wieczór – a był to Pinokio, na drugi dzień Benio przekopał grządki tuż przy budzie Jantara i w każdy wykopany dołek wrzucił aluminiową dziesięciogroszową monetę.
– Co ty? Pieniądze marnujesz? – Teodor się zdenerwował i próbował zabrać mu monety.
Wystarczyło, by Jantar podniósł łeb, i wystraszony Teodor zostawił Benia w spokoju.
Po tygodniu rozkopał grządki i naszym oczom ukazał się stos dziesięciogroszowych monet. Szybko obliczyliśmy, że z każdej zasadzonej rozmnożyło się kilka nowych. Benio zbierał je do wypchanej sakiewki, z której później wyjmował je do gry w banczek.
– Niesamowite – jęknął Teodor. – Jak ziemniaki. Nawet jedna dwudziestka wyrosła. Trzeba było dłużej poczekać. – Podniósł większą monetę.
Jantar spojrzał na niego niespokojnie.
Następnego dnia Teodor wyciągnął z komody zapakowany w celofan rulon dziesięciozłotówek z wizerunkiem Kopernika, które rodzice przechowywali na czarną godzinę, i zakopał w grządkach na trawniku przy ulicy Świętego Ducha. Gdy mama wróciła z pracy i w komodzie nie znalazła swoich ciężko zarobionych pieniędzy, rozpętała się awantura. Wytargała syna za uszy i w nocy przy świetle latarek zaczęli przekopywać trawniki, w poszukiwaniu koperników. Zaraz zjawiło się dwóch milicjantów, którzy autorytatywnie stwierdzili, że wszystko, co każdy obywatel znajdzie w ziemi, należy oddać miastu. Mama Teodora zwymyślała ich.
– Ja wam dam! Moje ciężko zapracowane pieniądze. Moje koperniki. Już ja je oddam miastu! – Zamierzyła się na nich szmacianą torbą. – Chcielibyście wszystko mieć za darmo.
– Kościuszko też pani? – Jeden z milicjantów pokazywał mosiężną dziesięciozłotówkę wykopaną przez Teodora.
– Nie, Kościuszko nie mój. Tylko koperniki.
– To musimy go zarekwirować.
– On jest mój! Urósł! – krzyknął Teodor. – Mogliśmy poczekać, na pewno byłoby ich więcej. – Złościł się, że mama przerwała tak dobrze zapowiadającą się uprawę.
Po tym zdarzeniu nie prowadziliśmy już żadnej pieniężnej plantacji.
Pewnego dnia Gruby zawołał.
– Trabant sam jedzie.
Trabant należał do małżeństwa Malarzy mieszkającego na czwartym piętrze, na samej górze kamienicy, gdzie znajdowała się również ich pracownia malarska. Tylko oni z naszych sąsiadów mieli samochód. Parkowali go w garażu – w piwnicy tuż przy Motławie.
Teraz spoglądaliśmy osłupiali. Brama garażu była otwarta, a stromym podjazdem sunął trabant. Wjechał w uliczkę przylegającą do podwórka i już skręcał w Świętego Ducha. A jednak ktoś w nim siedział – przy kierownicy zauważyliśmy płową czuprynę.
– Niemożliwe! Czy to Benio? – jęknął Gruby i pobiegł.
Pobiegł i tuż przy Kaplicy Królewskiej otworzył drzwi i zatrzymał samochód. Trabant stanął przy krawężniku, zdziwiony Gruby ujrzał zafrasowanego Benia siedzącego na kilku poduszkach i próbującego sięgać krótkimi nóżkami do pedałów gazu i hamulca.
Pomysłowość i mądrość Benia zaskakiwały nas wszystkich, ale to, co się stało na koniec roku szkolnego, przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Na zakończenie szkoły jeden z nauczycieli, Bąbel, (chociaż był nauczycielem prac ręcznych ale matematyka była jego pasją) rokrocznie przyznawał nagrodę za rozwiązanie zadania matematycznego, które sam wymyślił. Tego roku skomplikowane zadanie trygonometryczne przygotował bardzo starannie, posiłkując się fachowymi zagranicznymi czasopismami, i szczycił się, że uczniowie o najtęższych umysłach matematycznych z „Liceum Ogólnokształcącego numer 1” przy Wałach Jagiellońskich, zamierzający studiować na Wydziale Matematyki Uniwersytetu Toruńskiego, też go nie rozwiązali.
Jako jedyny z naszej szkoły zadanie to bardzo szybko rozwiązał Teodor i na drugi dzień z dumą przedstawił Bąblowi. Bąbel sprawiał wrażenie zaskoczonego, gdyż Teodor do tej pory nie przejawił jakichkolwiek zdolności matematycznych.
– Ty, ty…? Ty to sam zrobiłeś? – Nauczyciel nie mógł się nadziwić.
– Sam – odpowiedział bez zająknięcia Teodor. – Trochę pomagał mi Benio.
– Jaki Benio? – dopytywał z niedowierzaniem.
– A taki tam. Nie zna go pan. Powinien chodzić do przedszkola, ale tylko przesiaduje na podwórku, w piaskownicy. Pilnujemy go i bawimy się z nim, kiedy jego mama wychodzi na zakupy.
– No dobrze, już dobrze – mruczał Bąbel, nie wiedząc, co odpowiedzieć. W końcu wręczył Teodorowi nagrodę.
Cukierkami i czekoladkami z nagrody Bąbla objadaliśmy się cały tydzień. Oczywiście, największą część dostał Benio, nawet Jantar skorzystał.
Taka idylla na naszym podwórku mogła trwać latami – odpowiadało nam to: państwo Jankowscy, Benio, Jantar i my.
Jednak pewnego dnia zjawiła się na podwórku jakaś ważna komisja czy inspekcja. Oglądali, wąchali, mierzyli. Na koniec stwierdzili, że z uwagi na warunki sanitarne nikt nie ma prawa trzymać zwierząt na podwórkach. Zagrozili karami finansowymi. Tato Teodora, chociaż do świąt było daleko, zrezygnowany obuchem siekiery ogłuszył swoją świnię i od tej pory nie słyszeliśmy codziennych charakterystycznych chrząknięć i nie czuliśmy już więcej żadnego zapachu wydobywającego się z piwnicznego okienka.
Jankowscy nie chcieli wziąć Jantara z powrotem do domu. Tłumaczyli, że dziecko jest uczulone na zwierzęcą sierść, a w mieszkaniu musi być czystość i porządek.
Jantar siedział przed budą, łypiąc na nas swoimi mądrymi oczami.
Nie chcieliśmy, by Jantar gdziekolwiek odchodził. Gruby i Teodor zadeklarowali, że zabiorą go do siebie i zaopiekują się nim. Skończyło się tylko na zamiarach – rodzice żadnego z nich nie wyrazili zgody.
Komisja znów przyszła po kilku dniach. Zagrozili, że jeśli nie usuniemy z podwórka budy z psem, to zrobią to za nas i obciążą finansowo. Właścicieli psa, Jankowskich, ukarali mandatem w wysokości tysiąca złotych. To była bardzo duża suma – chyba właśnie tyle zarabiał co miesiąc pan Jankowski. Dla nas to była ogromna kwota, zważywszy na to, że maksymalna wygrana jaka zdarzyła się na podwórku podczas gry w banczek wynosiła cztery złote i osiemdziesiąt groszy.
Jankowscy postanowili, że oddadzą Jantara do schroniska znajdującego się po drugiej stronie Motławy, na Wyspie Spichrzów, naprzeciwko naszego podwórka. Rolę gospodarza w schronisku pełnił hycel Kosmaty, którego nie lubiliśmy, dlatego rzadko zapuszczaliśmy się na wyspę. Póki nie było Jantara, musieliśmy tam chodzić, gdy piłka wpadała nam do rzeki, bo mogliśmy ją wyciągnąć tylko z tamtej strony.
Na Wyspie Spichrzów śmierdziało, ponieważ Kosmaty oprócz schroniska dla bezdomnych psów i kotów prowadził dodatkowo hodowlę lisów. Był chamowatym, brzuchatym typem, obrośniętym i bezczelnym. Właściwie nie wiadomo, czy karmił swoje lisy padniętymi kotami i psami, czy odwrotnie. Piski i żałosne skomlenia dochodziły do nas codziennie, budząc litość i rozpacz.
W poniedziałki i czwartki – dni, kiedy na Wyspie Spichrzów odbywał się targ, po jego zakończeniu Kosmatego często widywano w piwnicy na Chłodnej, położonej w Dolnym Mieście, w Kotwicy, barze o podejrzanej reputacji, gdzie lubił przesiadywać i gdzie finalizował swoje ciemne interesy. Jego gardłowe pokrzykiwania mieszały się z odgłosami podobnych do niego obrośniętych typów.
Wyspa Spichrzów była najbardziej tajemniczą spośród wszystkich gdańskich wysp, a zwłaszcza jej północna część.
Oprócz Kosmatego zamieszkiwało ją grono dziwnych osobników, kobiet i mężczyzn. Ukryci w kleconych naprędce drewnianych budach, rozmieszczonych pomiędzy ruinami ceglanych spichrzów, przybyli nie wiadomo skąd i trudnili się nie wiadomo jaką profesją. W dzień wyspa wydawał się niezamieszkała, życie kwitło tam późnym wieczorem i nocą. Wtedy dochodziły stamtąd dźwięki rozmów, krzyków i śpiewów. Tylko rozwieszone na sznurach damskie spódnice, męskie spodnie i koszule świadczyły o tym, że mieszkańcy toczą zwykłe, codzienne życie.
Jankowscy zostawili Benia pod opieką mamy Teodora i poszli z Jantarem na postronku na Wyspę Spichrzów. Nie wiadomo, dlaczego nie wybrali najkrótszej drogi, przez Zielony Most. Czy dlatego, że był w remoncie, chociaż piesi mogli nim przejść? Dlaczego nie przeszli przez pobliski Krowi Most? Zdecydowali się na najdłuższą z możliwych tras, by Jantar nie zapamiętał drogi powrotnej? Czyżby aż tak nie doceniali jego mądrości? Przecież dobrze wiedzieli, że nie był zwykłym psem i dla niego nie było rzeczy niemożliwych.
Poszli w przeciwną stronę, szli Długim Pobrzeżem, minęli prom na Ołowiankę, ruiny Bramy Świętojańskiej, rozpartej nad ulicą prowadzącą do naszego przedszkola, wieżę Smentochy, gdzie wszyscy zanosiliśmy do wypieku ciasta wielkanocne, knajpę Kubickiego i mostem przeszli nad kanałem Raduni wpadającej do naszej Motławy. Kilkadziesiąt metrów dalej wsiedli na prom, który przewoził pracowników do znajdujących się po drugiej stronie zakładów rybnych. Podobno wtedy, jak mówił nam później wędkujący tam chłopak, Jantar się zaparł, zaczął szczekać i skamleć, nie chciał się ruszyć z miejsca. Jankowski się zdenerwował, okładał go postronkiem i razem z Jankowską siłą wprowadzili go na prom. Płynęli spokojnie, już prawie dopływali do drugiego brzegu, niedosłyszący i niedowidzący promowy przygotowywał już swój wehikuł do cumowania. Jantar wiercił się, strzygł niespokojnie uszami.
Tego samego dnia, kilkanaście minut wcześniej z Westerplatte wyruszył wycieczkowiec „Maryla”, statek wiozący pełnych wrażeń turystów. Minął Zakręt Pięciu Gwizdków, leniwie poruszał się po kanale portowym, kapitan by zaspokoić ciekawość turystów podpływał do portowych i stoczniowych nabrzeży. Później chcąc nadrobić czas gwałtownie przyśpieszył. Wynurzył się zza niskich zabudowań Polskiego Haka. Linę łączącą prom z brzegiem zauważył w ostatniej chwili. Było już za późno na jakikolwiek manewr. Płynący z pełną prędkością statek wcisnął linę wraz z promem na samo dno rzeki. Uratowali się tylko ci, którzy stali na przeciwległej krawędzi promu i do tego jeszcze umieli pływać. Jankowscy ukryci pod brezentem, by pies nic nie widział, nie mieli najmniejszych szans wydostać się ze śmiertelnej pułapki. Jantar nurkował raz za razem, zachłystywał się wodą, lecz nie rezygnował z prób ratowania swoich właścicieli. Nie udało się. Ekipy ratunkowe już dawno odjechały, ale on został – warował przy wyciągniętym wraku promu. Leżał tam do rana następnego dnia, po czym wrócił na podwórko, na trawnik, do budy.
Beniem zaopiekowała się mama Teodora. Przygotowała mu specjalne łóżeczko, obok łóżek swoich dzieci składanych na dzień. Benio, do tej pory raczej małomówny, teraz całkiem zaniemówił. Posmutniał, do nikogo się nie odzywał. Większość czasu spędzał nie w pokoju Teodora, lecz w budzie Jantara. Przytuleni do siebie mogli tak leżeć bez ruchu cały dzień.
Po kilku dniach od katastrofy na podwórku zjawiła się kontrola z opieki społecznej. Bezwzględna i oschła komisja zawzięcie przeszukiwała teren.
– Gdzie ta sierota? – zapytał mamę Teodora starszy, siwy pan w garniturze i krawacie.
– W budzie, z psem. – Wskazała na trawnik obok śmietnika.
Starszy pan nakrzyczał na mamę Teodora, że jeśli trzyma wychowanków w psiej budzie, to nie umie się opiekować dziećmi, a przecież wychowała ich siedmioro. Podszedł do budy i próbował wyciągnąć z niej Benia, natrafił jednak na kły Jantara, który chapnął go za rękę i podarł mu garnitur. Dziadek wrzasnął przeraźliwie i zaklął.
Komisja odeszła w pośpiechu, ale zjawiła się ponownie na drugi dzień, już w asyście milicji. Jantara uspokojono środkami usypiającymi, a przeraźliwie krzyczącego Benia wyciągnięto z budy i zawieziono do Wrzeszcza, do domu dziecka.
Po kilku miesiącach pobytu chłopczyk dostał się do rodziny zastępczej. Wzięła go pani Eryka, potężna kobieta z ciemnym wąsem na górnej wardze, mieszkająca dwie ulice od nas, na Szerokiej. Zapisała go do naszego przedszkola na Świętojańskiej, do grupy starszaków, więc niektórzy z nas spotykali się z nim codziennie.
Jantara po ocuceniu zawieziono na Wyspę Spichrzów i oddano pod opiekę hyclowi Kosmatemu. O dziwo, pies zaprzyjaźnił się z nim. Przez Motławę słyszeliśmy jego łagodne szczekanie.
Myśleliśmy, że tak już zostanie na dłuższy czas, aż tu na podwórko zawitała wiadomość, że Benio uciekł z przedszkola i że wąsata pani Eryka szuka go po całym Gdańsku. Zapadł się, jak kamień w wodę. Eryka co noc czatowała przy śmietniku na naszym podwórku, myśląc, że ukrył się gdzieś wśród nas. Niestety, u nas go nie było. Nigdzie go nie znalazła. Zgłosiła zaginięcie Benia do komisji społecznej, która rozwiesiła w mieście plakaty z jego zdjęciem. Bez rezultatu.
Pewnego wieczoru Gruby powiedział do nas tajemniczo:
– Zaczekajcie, aż się ściemni.
W ukryciu przeczekaliśmy na trawniku aż do północy. Wtedy pośród dźwięków dochodzących z Wyspy Spichrzów usłyszeliśmy radosne szczekanie Jantara. Zaraz też zauważyliśmy jak ktoś latarką nadaje sygnały świetlne. Gruby, zaangażowany harcerz bez trudu odcyfrowywał alfabet Morse’a.
„Jestem na Wyspie Spichrzów. Nie martwcie się. Opiekuję się Jantarem, a on mną. Kosmaty jest w porządku. Benio”.
Bardzo się ucieszyliśmy. Uspokoiła nas wiadomość, że Benio jest razem z Jantarem. Wiedzieliśmy, że nic mu nie grozi, że jest pod dobrą opieką.
Po pewnym czasie do Gdańska zawitali Cyganie, miasto zaroiło się od barwnych postaci, mama Teodora nie zdjęła z jego szyi klucza, który dyndał mu, stale zawieszony na sznurku.
Gdzie Cyganie mogli rozbić swój tabor? Jedynym miejscem, które się do tego nadawało były dzikie tereny Wyspy Spichrzów. Teraz oprócz stałych odgłosów poprzez taflę lustra Motławy dochodziły do nas dźwięki instrumentów i melodii cygańskich, ogniska paliły się od wieczora aż do rana.
Tak jak niespodziewanie przyjechali, tak też odjechali pewnego ranka. Pozostawili po sobie tlące się ogniska i kilka połamanych wiklinowych krzeseł.
Gruby oznajmił smutnym głosem:
– Wczoraj odczytałem szyfrogram Benia: „Odjeżdżam z Cyganami. Zabieram Jantara. Nie martwcie się. Kiedyś się odezwę”.
Czekaliśmy na ten odzew latami, ale żadna wiadomość nie nadchodziła. Gdy tylko w Gdańsku pojawiali się jacyś Cyganie, zaraz o niego rozpytywaliśmy. Kręcili przecząco głowami – o białym dziecku zabranym z Wyspy Spichrzów nikt nic nie wiedział.
Dopiero po wielu, wielu latach Teodor, który wykształcił się na inżyniera i pracując na przeróżnych budowach, zjeździł całą Polskę wzdłuż i wszerz, opowiedział nam historię, jaką usłyszał od mieszkańców Mielca, gdzie osiedliła się duża kolonia cygańska.
Przed laty Cyganie przywieźli ze swych podróży małego chłopczyka i owczarka o lśniącej bursztynowej sierści, który nie odstępował dziecka na krok. Chłopczyk, chociaż nie uczęszczał do żadnych szkół, był bardzo mądry. Wyrósł wśród cygańskiej braci na silnego mężczyznę. Gdy rzeczywiście mógł już samodzielnie sprostać życiowym przeciwnościom, jego stary przyjaciel pies, dożywając spokojnie ostatnich dni, zamknął oczy na zawsze.
Biały mężczyzna przewodził kilku rodom cygańskim, miał nawet zostać cygańskim królem. Starszyzna postanowiła jednak inaczej. Cała społeczność cygańska zebrała pieniądze i wysłała go na nauki do Ameryki. Tam po skończeniu uniwersytetów został wielkim uczonym. Wśród tamtejszych naukowców nie było mądrzejszego od niego. Odkrywając własną, rewolucyjną „teorię względnej względności” zaprzeczył nauce samego Einsteina, pozostawiając daleko w tyle jego stwierdzenia. Otrzymał za to odkrycie corocznie przyznawaną Nagrodę Bąbla. O! Przepraszam, oczywiście, to była nagroda Nobla. Tak twierdził Teodor. A imię jego brzmiało: Benedykt.

Podpis: 

Gomez Golowacz 2008
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Tarot i koronkowe serwetki - Kwiecień cz. II Tarot i koronkowe serwetki - Marzec Miłość z internetu - czytaj wszystko do XIII cz.
Ciąg dalszy historii przypadkowej znajomości dwóch kobiet. Przyjaźń, miłość, kłopoty i wspomnienia a może już czas na marzenia. Raczej dla kobiet, które wierzą w zmiany na lepsze. W to, że nie wszystko jest takie na jakie wygląda. Opowieść o niespodziewanej przyjaźni i tym co w życiu może się wydarzyć. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez długie miesiące mające na celu poznanie się. Realne kopie, nawet z błędami. Opisy różnych marzeń związanych ze wspólnym życiem. On student systematycznie przekazuje jej pr
Sponsorowane: 170
Auto płaci: 210
Sponsorowane: 150
Auto płaci: 150
Sponsorowane: 120

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2018 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.