http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
210

Flow

Autor płaci:
100

  Lato w śródziemnomorskim kraju.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W kwietniu nagrodą jest książka
Franny i Zooey
J. D. Salinger
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Flow

Lato w śródziemnomorskim kraju.

Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw

Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania

Droga w szkle

Krótki wiersz

Miłość z internetu - czytaj do części XV

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Zapach deszczu.

Takie moje wspomnienia.

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Czerwony Kapturek

Czerwony Kapturek, każdy zna tę bajkę. Zawsze jednak warto sprawdzić, czy się ją dobrze zapamiętało.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Złodziej dusz

Nie ma w tym opowiadaniu nawet jednego słowa dialogowego, mimo wszystko jednak zachęcam do czytania :) A tekst niech będzie niespodzianką.

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
1055
użytkowników.

Gości:
1055
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81132

81132

HortensiaTravel

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
19-01-14

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantastyka/Przygoda/Podróże
Rozmiar
43 kb
Czytane
933
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
19-01-22

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Silvermmer Podpis: Karol
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Kosmiczna przygoda międzygwiezdnej pilotki turystycznej i jej zmagania z grupą podopiecznych.

Opublikowany w:

HortensiaTravel

Wbiła się wygodnie w skórzane obicie fotela pasażerskiego i wydała z siebie przeciągły ciężki oddech. Pomasowała opuszkami palców skronie i przymknęła oczy, oddalając się od skumulowanej kuli dźwięków. Lecz kula nie dawała wytchnienia, doganiając ją kolejnymi susłami wołając „Kuku! Tutaj jestem, paskudo!”. Zrezygnowana otworzyła oczy, opuściła głowę na zagłówek i zapatrzyła w bezkres czerni. Odbicie Księżyca rysowało się na szybie. Z tej odległości wydawał się ogromny, jak podstawiony duplikat. Zerknęła na zegar. Czekali sześć długich godzin, a sytuacja zdawała się nie mieć końca ani początku, zlewając w bezkształtną masę.
- Pani przewodnik, długo jeszcze tutaj tak sobie postoimy? - Kolejny imbecyl, który nie potrafi rozróżnić prostych stanowisk. Ile razy miała powtarzać, że nie jest pieprzoną przewodniczką, tylko pilotką? Czy tak trudno odróżnić dwie definicje? Miała serdecznie dosyć ciągle kogoś poprawiać. Przybrała klasyczny promienisty uśmiech niestrudzonej opiekunki, który miała wytrenowany od lat i przygotowany na każdą okazję, a uwierzcie, było tych okazji niezliczona ilość.
- Jak na moje doświadczenie to myślę, że jeszcze poczekamy tu z pięć, sześć godzin. Widzi pan, przed nami jeszcze sześć wojażerów i dwie duże kursówki. Za duży przemiał, za mało Srażników Egzosferycznych i dlatego tyle to trwa. Odkąd pracuję zauważyłam, że z tygodnia na tydzień sytuacja na egzogranicy sukcesywnie się pogarsza, ale niestety nie mamy na to wpływu.
- A nie można by jakoś tego przyspieszyć? No wie pani, jakaś drobna gratyfikacja dla Strażnika. Pogadałbym z resztą i coś byśmy uzbierali.
Uśmiech numer dwa – grzeczne politowanie.
- Proszę pana, to nie te czasy gdzie można bezkarnie przekupić pracowników miąższem z Jakuru, nasionami protomaku, czy pyłem kryształowym. Teraz są dodatki służbowe, premie weekendowe, a poza tym u nas panuje przepych, bo wszystko można sobie zamówić przez GalacticExpress. Szkoda nawet próbować, bo nie dość, że narazi się pan na wysokie kary, to jeszcze naprzykrzy Strażnikom, co znacznie odbije się na postoju.
Mężczyzna wyglądał jakby chciał coś jeszcze dodać, ale tylko wydął usta, ukłonił się grzecznie i odszedł na swoje miejsce. Ludzie kompletnie nie rozumieją z czym mają do czynienia, każdy chciałby wszystko na już i teraz. A przecież uprzedzała ich, że tak wygląda rzeczywistość i nie unikną kolejek. Jeżeli tego nie akceptują, to po jaką cholerę decydowali się na wycieczkę? Jak tak dalej pójdzie, będzie musiała znaleźć inną pracę. Tylko kto zatrudni w galaktycznej turystyce ledwie znającą dialekt Mokutański przeciętną Ziemankę?
Mokutan, Tauran, Nowy Mars (który już dawno powinien zmienić nazwę na Stary, ale upartym Marsjanom ciągle wydaje się, że są w centrum galaktycznego zainteresowania) – zacofane światy, do których podróżują już przede wszystkim Ziemianie. Dlaczego tam? Wiadomo, jeśli jest jakieś miejsce, do którego chcą się dostać błękitne małpy to w grę muszą wchodzić pieniądze. Jakie ma znaczenie dokąd podróżują, jeśli wydają małe koszty?
Coraz bardziej gardziła robotą. Wyobraziła sobie, że jest rezydentką na wiecznie gorącym i słonecznym Auranium, gdzie turyści z całej galaktyki zażywali cudownych kąpieli w leczniczych wodach źródlanych planety, która swoją nazwę zawdzięcza właśnie przez substancję przypominająca płynne złoto. Fantastyczne źródła w połączeniu z białymi kredowymi górami nie bez podstaw zasłynęły mianem krainy mlekiem i miodem płynącej. Każdy chciał tam pracować, każdy chciał tam wypoczywać. Ale nie każdy mógł. Praca na Auranium to zaszczyt i przywilej jakim mogli się szczycić tylko najwybitniejsi.
Był taki czas, kiedy zdawało jej się, że mogła być jedną z nich, zanim zaczęła jeszcze pracować dla obecnego biura podróży. Poszła na rozmowę o pracę do jedynego Ziemskiego oddziału AuraniumTour i bezbłędnie przeszła proces rekrutacyjny. Jednak coś poszło nie tak na finalnej rozmowie kwalifikacyjnej, nie spodobała się lub powiedziała o słowo za dużo, a rekruter odpowiedział tylko „Skontaktujemy się z panią za pomocą AuraniumNET”, na co ona, lekko skonsternowana, odpowiedziała „przecież ja nie korzystam z AuraniumNET”. „Ślicznie dziękujemy i prosimy oczekiwać odpowiedzi!”. Pomyślała wtedy, że pieprzonemu droidowi musiały się synapsy przepalić, ale żadne dodatkowe wyjaśnienia nie zdały sprawdzianu, a odpowiedź, oczywiście, nigdy nie nadeszła. Po jakimś czasie Aurański tour operator zamknął oddział, tym samym ograniczając możliwość pracy Ziemianom w turystycznym El Dorado, nie wspominając o możliwości spędzenia tam wakacji.
Naturalnie na rynku otworzyła się nowa nisza, bo choć prawdziwych bogaczy, w skali galaktycznej, na Ziemi szukać jak na lekarstwo, tak znaleźli się tacy, którzy oddaliby trzy czwarte swojego majątku za kilka dni relaksu w złotych źródłach. Więc kilka mądrzejszych głów stworzyło firmy pośredniczące, które zajmowały się lotami na planety przyjaznym i sympatycznym Ziemianom (a jeszcze bardziej ich sympatycznym portfelom) z oddziałami AuraniumTour, wypełniały wszelakie formalności i oddawały zadowolonego klienta w ręce potentata turystycznego. Prosty zabieg generujący miliardy GalactiCoinów.
Z zamyślenia wyrwał ją subtelny ruch wojażera, kolejka przesunęła się o oczko. Pora na ogłoszenia parafialne. Wstała, odwróciła się do pasażerów i przekręciła bransoletkę na przegubie w tryb głośnomówiący.
- Moi drodzy, przed nami jeszcze jeden wojażer i zaraz zadokujemy na Stacji po stronie Mokutańskiej. Wtedy spokojnie wyjdziemy, rozprostujemy nogi, pójdziemy za potrzebą i ewentualnie coś zjemy. Bar znajduje się po państwa lewej stronie. Proszę pamiętać, aby przez cały czas mieć wgrane swoje GalactiPassy i nie oddalać się od wojażera.
Zmęczeni, ale sążnistym krokiem przeszli przez portal statku. Kątem oka zobaczyła w ruchu przepiękną torebkę ze srebrnymi cekinami. Za kolejną wypłatę koniecznie musi kupić do kolekcji identyczną lub bardzo podobną.
W środku zostały dwie osoby, jedna podeszła do niej. To był ten sam gość sprzed kilku chwil. Jak mu było na imię? Lata pracy całkowicie pozbawiły ją jakiejkolwiek zdolności zapamiętywania imion, a nie lepiej miało się z twarzami.
- Pani Anette, czy mogłaby nam pani pomóc? Mam mały problem z teściową. Sama sobie nie poradzi, egzoszkielet też powoli odmawia posłuszeństwa. Pomogłaby nam pani dojść do toalety?
Uśmiech numer trzy – służalcza uprzejmość.
- Jasne, proszę za mną. A ile mama ma lat, jeśli to nie sekret?
- Sto czterdzieści dwa, ale wszyscy mówią, że wygląda na dwadzieścia mniej.
Anette przyjrzała się twarzy kobiety pooranej przez piaski czasu. Rzeczywiście, pomimo wspomagaczy wyglądała całkiem zgrabnie. Trochę przykurczona, rzadkie mleczne włosy na okrągłej głowie, lecz z promiennym uśmiechem niedostępującym jej na krok.
Przekładnie w jej głowie zatrybiły. Dwa dni wcześniej, w czasie pierwszego dnia wycieczki, podczas zwiedzania Mokutańskiego Mauzoleum Pradawnych, facet zapytał ją czy wycieczka mogłaby trochę zwolnić ze względu na starszą panią. Rzecz jasna, nie mogła tego uczynić, wycieczka to przecież bestia o wielu głowach, do tempa której trzeba się przystosować i nie można jej modyfikować z powodu jednostki. Z drugiej strony zachodziła w głowę dlaczego ktoś zdecydował się wziąć pod swoje skrzydła osobę niepełnosprawną, jeśli wiadomo, że nie będzie w stanie zaliczyć programu wycieczki.
Przekroczyli automatyczny portal wojażera i przed ich oczami rozpostarł się ogromny świetlisty tunel, którego początkiem była jedna magnetyczna bariera, a końcem druga. Pomiędzy bramami rozciągały się cztery statki oczekujące na wlot do egzogranicy Ziemskiej. Dziewczyna wskazała najbliższy szalet i poprowadziła dwójkę pod same drzwi. Koło miniaturowego bunkru stał paskudny drab o poszarzałej skórze. Coś było nie tak. Anette podeszła z wyciągniętą ku niemu bransoletą na znak zapłaty, ale humanoid tupnął nogą.
- Przecież chcemy mu zapłacić – powiedział gość.
- To nie tak, Mokutańczycy tupią kiedy się z czymś nie zgadzają – odpowiedziała. - Daje nam znak, że nie da się zapłacić GalactiCoinami.
- Nie da się, czy nie chce?
Anette wzruszyła ramionami. Dobrze znała grę Mokutańczyków. Wzbraniali się przed GalactiCoinami, bo była dla nich bezwartościową walutą. Liczył się tylko towar. Zbyt często zdarzała się sytuacja, że na którejś stacji „terminal wysiadł” czy „zabrakło połączenia”. Oficjalnie Porozumienie Intergalaktyczne nie pozwalało na takie procedery, ale kto udowodni, że sprzęt naprawdę nie uległ awarii? Na pewno nie Ziemianie, którzy o tamtejszej technologii nie mieli bladego pojęcia.
- Mają państwo coś na wymianę?
Gość spojrzał porozumiewawczo na teściową i na Anette. Pokręcił głową. Anette o mało nie wyszła z siebie, ale nie dała tego po sobie poznać. „A te pokaźne torby pod siedzeniami to puszki z powietrzem?” pomyślała. Ołowiane powietrze zeszło z jej płuc i powiedziała, że zobaczy co da się zrobić. Niech to szlag by jasny nagły wszystkich trafił! Akurat teraz gdy nie wzięła w podróż powrotną nic poza jej ukochanym skarbem. Może nie licząc przepysznego Jakurowca, ale mówimy o p r a w d z i w y c h skarbach. Ale „nasz klient, nasz pan” psia wasza mać! Zacisnęła szczękę i wyjęła z kieszeni małą fiolkę, której zawartość mieniła się tęczowym spektrum. Sproszkowany róg jednorożca, tak przynajmniej zwany w tych okolicach kosmosu (tak naprawdę to tylko na Ziemi i tak szczerze to tylko przez nią). Legendarna przyprawa, która dodana do każdego dania, słodkiego, kwaśnego czy słonego, uwydatnia i wzmacnia jego smaki do tego stopnia, że inne dodatki stają się zbędne. Jedna szczypta i voila! Wykwintne danie z najlepszych restauracji prosto w twoim domu.
To jedyna rzecz, którą uważała za warte uganiania się na Mokutanie, ale trzeba wiedzieć do kogo podejść, w jakim czasie i jaki towar wymienny przygotować. Nie każda podróż na planetę kończy się zakończonym sukcesem zakupem, tym większa ogarniała ją wściekłość, że musiała rozstać się z przyprawą za tak błahą usługę. Dała znak, że można wchodzić do toalety, obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę palarni. Upłynęło trochę czasu od ostatniego dymka jakim zaszczyciła nieskazitelnie zdrowy układ nerwowy, więc organizm wił się i błagał o następną dawkę, nie biorąc odmowy za opcję i grożąc buntem poszczególnych organów odpowiedzialnych za motorykę.
Zbliżyła się do dystrybutora cyfrotytoniu i popieściła go bransoletką. Maszyna wyrzuciła na ekran rodzaje dostępnych tytoniów, lecz dziewczyna bez zastanowienia wybrała miętę i system ściągnął wymaganą ilość GalactiCoinów. Skierowała się w przyciemniony kącik Stacji, z dala od wścibskich oczu i nad wyraz wrażliwych Mokutańczyków. Przekręciła bransoletkę wybierając opcje palenia. Cyfrozbiorniczek był w pełni naładowany i wystarczał na trzydzieści minut rozkosznego grzechu. Ustawiła sesję na trzy minuty i pozwoliła, aby nikotynowa substancja, powoli i subtelnie, została wprowadzana do organizmu. Naprawdę, dziwne czasy, pomyślała. Człowiek już dawno zrezygnował z przestarzałych e-papierosów, a ukrywa się jakby go przyłapali w szkolnej szatni. Ciekawe dlaczego? Może czuła na nich swój wzrok, który jednoznacznie mówił „widzimy co robisz”? Bzdurne dywagacje.
A mogła być już w swoim mieszkaniu, pustym i zimnym, ale jednak własnym. No ale nie, bo po co! Lepiej siedzieć ponad normę pięć godzin w kolejce, prawda? Zawsze się znajdą tacy, co to muszą się wybić z grupy, choćby tylko po to, aby utwierdzić się w przekonaniu, że są lepsi. Dlaczego ludzie uważają, że inność oznacza bycie ponad gwiazdami?
A wszystko sprowadzało się do jednego momentu, w którym zebrała grupę i przedstawiła, jak jej się ówcześnie wydawało, prosty wybór. Wybawienie ze szponów czasowstrzymywacza-rozciągacza.
- Moi mili, mam dla was propozycję – zaproponowała. - Istnieje pewna możliwość, aby dyskretnie przyspieszyć czas i znaleźć się w domu wcześniej niż zakładamy. Pewna furtka, jeśli pozwolicie, która zagwarantuje rychły powrót. Zanim przekroczymy pierwszy etap odprawy granicznej możemy zdecydować się na porzucenie wojażera i przeprowadzenie przez awaryjny pas pieszy. Pokrótce oznacza to, że na pasie również zostaje dokonana odprawa, ale jak możecie zauważyć, po państwa prawej – tu wskazała niedługi sznur czekających – kolejka jest o wiele mniejsza od tej przed nami. Myślę, że przeszlibyśmy w około czterdzieści minut. Następnie skierowalibyśmy się do kapsuł ewakuacyjnych i każdy z nas poleciałby do punktu zbiorczego na Antarktydzie. Stamtąd kursują międzykontynentalne bulletplainy, więc bezproblemowo wrócilibyśmy do hotelu.
Odchrząknęła.
- Na czym polega haczyk? Przy wylocie z Ziemi zadeklarowaliśmy tak zwany zamknięty portal, co oznacza, że ilość osób opuszczających planetę musi się zgadzać przy powrocie. Jeżeli zabraknie choć jednej osoby pilot wojażera zmuszony będzie do ogromnej kary pieniężnej podyktowanej surowymi przepisami Mokutańskmi. Jeśli zdecydowalibyśmy się na ten wariant, musielibyśmy zrobić zrzutkę na mandat. Jest nas sporo, więc myślę, że kwota nie przekroczyłaby dwudziestu tysięcy GalactiCoinów od osoby. Decyzja musi być jednogłośna. Albo wszyscy idziemy, albo zostajemy. Natomiast widzę, że nie zebraliśmy się tutaj wszyscy, dlatego prosiłabym o odszukanie reszty, wtedy zrobimy małe zebranie w wojażerze i zagłosujemy.
Anette policzyła obecnych, odjęła ich od manifestu transportowego i w wyniku brakowało sześciu osób. Pięcioro z nich znajdowało się nieopodal statku, natomiast przepadła gdzieś rudowłosa kobieta z szyją wystrzeliwującą w kosmos. Łysy mężczyzna, pan Baldini, ochoczo zadeklarował, iż znajdzie tyczkonogą piękność i migiem sprowadzi ją z powrotem. Dodał, że podjął już decyzję i w razie gdyby rudowłosa wróciła, a on nie, żona zagłosuje za niego na rzecz pójścia na pieszy.
Czas ponownie uciekał, a raczej powłóczył niemiłosiernie wydając świst marnowania życia. Tik-tok, zaraz zapadnie zmrok. Tik-tak, życia ci brak. Pilotka zastanawiała się jak można zgubić kobietę, która zasadniczo mogłaby podawać się za kuzynkę żyrafy. Szczęśliwie nie musiała spędzać na jednostronną debatę kolejnej puli minut i Baldini wrócił okraszony promiennym uśmiechem zwycięzcy, niczym myśliwy ze zdobyczą. Więc pani pilot mogła na spokojnie wyjaśnić nowo zainteresowanym na czym polega trik i zaczęli głosować. Na moment przed podniesieniem rąk, Baldini, tchnięty boskim oświeceniem, ni stąd ni zowąd zapytał Anette czy będą ze sobą musieli tachać bagaże.
- Oczywiście – odpowiedziała. Przecież statek będzie nadal musiał tutaj czekać, co doprowadzało do szewskiej pasji Valdera, kapitana tego cudownego kosmolotu, więc podręczne manatki wypadałoby wziąć ze sobą.
Mężczyzna zmarkotniał i wyszeptał coś do małżonki.
Głosowanie za i głosowanie przeciw. Dwadzieścia cztery głosy na tak i jeden na nie. Zastanówcie się kto się wyłamał. Rozpętał się chaos przekrzykiwania. Informacje fruwały w powietrzu atakując ośrodek słuchu postronnych pasażerów. Dezinformacyjne piekiełko. Jedni nie rozumieli drugich, drudzy przekręcali słowa pierwszych. W rezultacie kolejne trzy osoby również zmieniły głos na nie. I w ten sposób skazali się na tortury. Ale to minęło, odpłynęło z nurtem w otchłań przeszłości.
Bransoletka zawibrowała oznajmiając koniec trzyminutowej dawki. Anette wstała na pół zrezygnowana, acz pchnięta poczuciem obowiązku. Drażniący ból szarpnął nerwy jej brzucha; trzy pieprzone tygodnie i znowu to samo, kobiety nie mają lekko. Powróciła na łono wojażera i zupełnie oddała się dźwiękom kojącej muzyki Guradians of the Universe, The Star Trekkers i The Interstellars. Klasyki, których czar pochłonęło zapomnienie, jak gwiezdny pył Drogi Mlecznej.

The stars are bright and the Io is big,
but your love is like a rose's prick.
Blow me away, take me high,
Before the relentless end is nigh.

Nikt nie potrafił pisać tak pięknie o nieuchwytnej miłości jak Cormac „The Milky Man” Jones. W rytmie new space wave dało się wyczuć każdą cząsteczkę pustki i pełni, a wszystko zdawało się banalne i pozbawione ciężaru dylematów codzienności. A gdyby tak się zakochać?
Do kosmolotu wpadł pospiesznie Valder, uruchomił maszynę i przesunął do przodu, a kobieta spostrzegła przed nimi ostatnią kursówkę. Zebrała turystów, tym razem wszystkich, i skierowała do środka. Zielony sygnał na bransoletce wskazywał poprawną liczebność zasiadłych, więc mogli spokojnie czekali na wlot na pas neutralny. Anette przypomniała o GalactiPassach bransolet, zapewniając, że nie ugrzęzną na długo i Mokutański Strażnik zaraz podejdzie sczytać Passy. Po kilku minutach kosmita zjawił się uprzejmie potwierdzając tożsamość, w jego mniemaniu Obcych, a uprzejmie znaczy tyle co nie uradzając nikogo barbarzyńskim gestem. To tyle jeśli chodzi o Mokutańską gościnność.
Bezproblemowo znaleźli się na pasie neutralnym, który rzecz jasna miał ich przygotować na kolejne godziny męczarni. Przed przelotem na strefę Ziemską, uczestnicy wycieczki znów mogli oddać się rozrywkom Stacji, a Anette i Valder zajęli się typową papierologią i przygotowaniem na końcowy etap przeprawy przez Egzosferę. Anette zastanawiała się jak poradził sobie Yaro, wyruszający nieco wcześniej i przekraczający zamiast Stację Mokutan – Europa Wschodnia, jak to było w ich przypadku, wybrał Stację Mokutan – Azja Zachodnia, gdzie panował nieco mniejszy ruch i przy odpowiednich wiatrach kosmicznych skracali przeprawę do maksymalnie trzech godzin. Niestety Biuro HortensiaTravel nie posiadało licencji na Wschodni Pas, toteż Anette musiała wciąż i na nowo godzić się z losem.
To był długi tydzień i zasługiwała na odpoczynek. Wpierw, na dobry początek tygodnia, została wysłana na jednodniówkę na Tauran, gdzie Ziemianie mają zwyczaj zwiedzać Kolebkę Praojców, uważaną za miejsce spoczynku pierwszej cywilizacji zamieszkałej nasz wszechświat. Na drugim miejscu biuro zaplanowało wizytę w przeogromnym zoo, które szczyciło się najpokaźniejszymi gatunkami z całego znanego i zbadanego kosmosu. Wielbiciele fauny mieli nie lada gratkę obserwować przedstawicieli spektroidów, dalmoidów, frazerów, a wzrok najbardziej przykuwały zwierzęta zagrożonego, bądź praktycznie wyginiętego gatunku. Tego drugiego reprezentowały dwa cudowne leopigstery, starszy i młodszy, które ze względu na prawdopodobne wyginięcie samic, nie miały szansy na rozmnożenie. Każdy chciał spojrzeć w te przepiękne, upstrzone jasnymi kropeczkami oczęta. Ostatnia przeczytała, że kosmobiolodzy do końca nie znają dokładnego pochodzenia sympatycznych futrzaków, choć większość teorii nadal wskazuje na odległe zakątki przestrzeni kosmicznej, na świat poskąpiony przez jasne i ciepłe promienie jakiejkolwiek gwiazdy.
Następnie zorganizowano godzinny czas wolny na zakup pamiątek, po czym przygotowywali się na wylot. Wrócili o niezłej godzinie, klientela była zadowolona, więc i szefowa odpaliła nieco większy bonus niż zazwyczaj. Wtedy też po raz pierwszy w swojej karierze dostała napiwek od turystów, którym do gustu przypadła jej towarzyska osobowość, bądź smak i efekt wysokoprocentowej Taurańskiej malakówki.
Wtorek przypadł na pracę w biurze, co wiązało się z odpowiedzią na tysiące pytań klientów, mozolną i długotrwałą rezerwacją noclegów, przygotowywaniem jadłospisów, zatrudnianiem miejscowych przewodników, przedpłatą wejściówek do atrakcji i tak dalej. I jeszcze wszystko by zniosła gdyby nie trzydziestopięciogodzinna doba Tauranu, czy dwudziestodziewięcio i półgodzinna Mokutanu. I jak tu się wpasować w przestarzałe systemy, gdzie niekiedy trzeba potwierdzać rezerwację głosowo! Ziemia nawet nie zbliża się do setki najprężniej rozwijających się, pod względem technologicznym planet, ale to co dzieje się na wspomnianych światów potrafi rozszarpać nerwy niejednego flegmatyka. A Anette do takowych zdecydowanie nie należała.
W środę jednodniówka na Mokutan – nieudana z powodu dwukrotnej awarii systemu podtrzymywania artyfikalnej grawitacji wojażera, co finalnie skutkowało kilkugodzinnym oczekiwaniem na podstawienie drugiej maszyny i pretensjami podróżnych. Wielokrotnie namawiała szefową do wymiany przestarzałych i coraz częściej awaryjnych gruchotów, ale Anna Maria del Hortensia należała do tradycjonalistek, którym nie w smak było podążanie ze trendami pozaziemskich technologii.
Czwartek ponownie biuro, a w piątek z rana kończąca się właśnie trzydniówka, znów obejmująca Tauran i Mokutan. Każdy przędzie jak może i Hortensia słynęła przede wszystkim z organizowania wycieczek w tamte okolice, co było kolejnym minusem dla spragnionej przygód pani pilot, nie znoszącej zawodowej rutyny i mającej serdecznie dość lotów w te same miejsca. Oczywiście zdarzały się drobne odstępstwa od programu, ba, czasem i nawet organizowali wycieczki Ziemskie, ale Anette jeszcze bardziej frustrowały takie zlecenia. Głównie ze względu na brak obeznania z niektórymi miejscami i krótkim okresem przygotowawczym.
Obecny kurs od początku szedł nie po jej myśli, chociażby przy samym wylocie z Ziemi sterczeli ponad trzy godziny na przeprawie. Takie sytuacje dotąd nigdy się nie zdarzały, a czas oczekiwania, nadal długi, ale nie przekraczał półtorej godziny. Skutki przyprawiały ją o skurcze żołądka i palpitację serca, a głowa dymiła od przeliczeń i ściskania całego planu pierwszego dnia, byle wyrobić się z programem. Zawsze można było wprowadzić drobne korekty, tu przyjść wcześniej, tam zmienić z soboty na niedzielę (na obczyźnie łatwiej było posługiwać się Ziemską nomenklaturą), gdzie indziej wyjść troszkę wcześniej, czy skrócić czas wolny o godzinkę. Jednak absolutnie nie istniała opcja pominięcia najdrobniejszego punkciku, gdyż biuro musiałoby oddać część pieniędzy za braki w programie, a to odbiłoby się po kieszeni Anette. Szczęśliwie wieloletnie doświadczenie i orientacja w terenie – a także spory zapas energii w nogach – pozwoliły jej zmieścić się w czasie ze wszystkim, jak zawsze. Kosztowało ją to mnóstwo zdrowia, ale była profesjonalistką. Pozwalała sobie narzekać, jednak tylko w ściśle kontrolowanych warunkach, poza biurem, przy braku członków grupy w polu widzenia i słuchu.
Jedyną nieprzyjemnością – nie wliczając godzin wyczekiwania – na który natrafili zwiedzając w wolnym czasie centrum stolicy planetarnej – Lauranum – grupa Mokutańczyków zorganizowała małą manifestację i obrała targetem wszystkich Ziemian, gestykulując w swoim paskudnym języku „Mokutan dla Mokutańczyków” obrzucając przy tym przybyszów malakiem, który po odpowiedniej obróbce nadawał się na przepyszną nalewkę, lecz w stanie surowym działał niczym kwas na związki hydrobawełniane, z których tworzona była, zgodnie z najnowszymi trendami mody, większość Ziemskiej odzieży. Owoc nie wyrządzał żadnej krzywdy ludzkiemu organizmowi, lecz spróbujcie wyjaśnić to komuś widzącemu jak obca substancja przepala ubranie do samej skóry. Przykra sytuacja nie spotkała nikogo z grupy Anette, lecz byli świadkami obrzucenia wycieczki prowadzonej przez Yara, która w tragikomicznej pląsawicy tańcowała pośród zdezorientowanych kosmitów. Anette wyjaśniła naprędce czym jest malak i uspokoiła podopiecznych, a nacjonalistów rozgoniły grupy porządkowe ogromnego Kosmodromu. Yaro długo jeszcze musiał uspokajać przerażonych Ziemian.
Rozmyślania pomogły jej przebrnąć nieco przez nurt rzeki zwanej Czasem i czekała na ostatnią stację kosmicznej drogi krzyżowej. Powrót na rodzinna planetę oznaczał skrupulatne przeszukanie wojażera, a także, najprawdopodobniej, wybiórczą rewizję osobistą.
Wstała i przypomniała o zasadach przewożenia substancji aktywnych.
- Proszę państwa, serdecznie przypominam o restrykcjach przewozu wybranych substancji aktywnych. Na jedną osobę przypadają dwa litry związków wysokosynapsowych, takich jak bardzo popularny wyciąg z Jakuru. Zamiennikiem są cztery litry substancji niskosynapsowych, których siła synaptoidów nie przekracza czterech stopni w skali Faulknera. Jeśli macie problemy z identyfikacją, wystarczy zeskanować go bransoletką w dowolnym miejscu. Specjalny moduł zainstalowany przez nasze biuro zajmie się resztą i poinformuje o stężeniu synaptoidów. Jeśli okaże się, że ktoś przekracza powyższą ilość, proszę mi to niezwłocznie zgłosić.
- Pani przewodnik, a jeśli ktoś zostanie przyłapany na przewożeniu wyższej ilości, jaka kara go czeka? - przerwał jeden z turystów, którego głosu nie mogła zidentyfikować.
„Pani przewodnik”. Uśmiech numer cztery - bazyliszkowy wzrok.
- Powiem tak. Jeśli są to drobne ilości, Strażnicy są skorzy przymknąć oko. Natomiast jeśli chodzi o pył diamentowy, który jest kolejnym punktem na naszej liście, absolutnie nie można przekroczyć posiadania więcej jak standardowej fiolki, czyli około dziesięciu gram, jak większość z was już o tym wie. O czym nie wie każdy to działania władz Mokutańskich bardzo chętnie pozbywających się pyłu, który napędza ich gospodarkę, a z kolei jest cierpko traktowana przez władze Ziemskie. Tani pył zalewa naszą gospodarkę, a Ziemski cyfrotytoń z akcyzą nie chce się sprzedawać. Nie wiem czy państwo zauważyliście, ale pył diamentowy można kupić w atrakcyjnych cenach po Mokutańskiej stronie Stacji, obfitującej w różnorakie jej odmiany, a także ilości, bo nawet w powiększonych, pięćdziesięciogramowych fiolkach. Nieświadomi turyści kupują je, myśląc, że każda pojedyncza fiolka przejdzie bezproblemowo przez cło, zderzając się z okrutną rzeczywistością przy wlocie na Ziemię. Konfiskatą zakupu oraz wysokimi mandatami.
- Czy to nie jest w rezultacie strata dla Mokutańskich sprzedawców? Przecież tracąc towar, który sprzedali, tracą również zadowolenie klienta i szansę na jego powrót – odparł mężczyzna.
- Cóż, dla nich nie ma to żadnego znaczenia, liczy się tylko zysk, który nota bene jest ogromny. A klient wróci, ten czy inny, tego jestem pewna. W takich sprawach rolę nie gra rozsądek, a głód nałogu, chciwość pieniądza, czasem jedyna alternatywa utrzymania rodziny. Wystarczy przejść się przez centrum większego miasta i skupić na pylarzach sprzedających na czarno towar chętnym palaczom.
Ucichła i odczekała kilka sekund na dalsze pytania. Wszyscy wydawali się być usatysfakcjonowani, więc podziękowała za uwagę i zasiadła ponownie na swoim miejscu. Nie upłynęła nawet minuta gdy pod portalem wojażera zjawił się Ziemski Strażnik. Wszedł do środka i jednym ruchem hełmu sczytał GalactiPassy, a następnie poprosił o opuszczenie statku. Wszystkich.
- Czy to naprawdę konieczne? - zapytała Anette.
- Proszę pani, jeśli o nas chodzi to my byśmy państwa wszystkich zostawili - odpowiedział Strażnik. - Ale my swoje, a Celnicy swoje. Proszę wziąć wszystkie bagaże, również te w bagażniku wojażera i wejść do pomieszczenia przez zielony portal. Ustawią się państwo w kolejce i poczekają na dalsze instrukcje.
Anette westchnęła, ale ukłoniła się grzecznie i poinstruowała podopiecznych. Skierowali się do zielonego portalu, który rozszczelnił się ze świstem i szczelnie zamknął gdy wszyscy, poza Valderem obecnym przy przeszukiwaniu wojażera, znaleźli się w środku. Usadowili się przed laserowymi kratami odgradzającymi ich od przeszukiwanej właśnie wycieczki. Szpaler turystów i dwóch Celników ręcznie przeszukujących najmniejszą torbę i najciaśniejszą kieszeń kombinezonu. Wielki skaner bagażowy zdawał się być wyłączony. Być może jakaś awaria, a być może chodziło o coś innego, coś co nie dawało spokój Anette.
Ludzie jak to ludzie, umęczeni i zniecierpliwieni zaczęli stopniowo porzucać maskę konwenansów i dobrych manier, pragnąc jedynie jak najszybciej powrócić do miejsca wyposażonego w miękkie łóżko. Anette, przyglądając się ich marsowym minom nawet nie kwapiła się na wmuszone i najzwyczajniej w świecie niegrzeczne pocieszenia. Ileż w końcu można okłamywać ludzi, że „jeszcze tylko troszkę cierpliwości”? Każdy ma swoje granice, bez względu na czyjej granicy się znajduje.
Wreszcie trybiki machiny celniczej ruszyły, jakaś konsternacja pobudziła masę ludzi za kratami i zawrzało. Grupa Anette podeszła nieco bliżej, uważając na wywołujące chwilowy paraliż lasery, by przyjrzeć się Celnikom. Ten z lewej wyłowił z walizki sześć półtoralitrowych butelek Jakurówki i dwie fiolki pyłu diamentowego, a drugi poszczycił się pokaźniejszą zdobyczą w postaci dziesięciu fiolek pyłu i czterech butelek jakiegoś innego wysokosynapsowego trunku. Ziemianki, które zdobyły się na szaleńczy przekręt oblały się rzęsistym rumieńcem.
- No, to wiemy o co poszło i zaraz nasza kolej. – Baldini odetchnął z ulgą.
Anette westchnęła. Brak uśmiechu.
- Myli się pan, postoimy tu jeszcze dłużej. Celnicy muszą teraz przeszukać każdy dodatkowy cal statku, przeprowadzić dodatkową rewizję osobistą przemytniczek, a cała papierologia i utylizacja skonfiskowanej kontrabandy szybko rozciągnie się dłużej niż horyzont zdarzeń czarnej dziury.
Baldini wbił wzrok w podłogę i odszedł zrezygnowany do żony. Anette brakowało empatii, bo kto miał w tym momencie pocieszyć ją?
Zaczepiła ją czarnowłosa kobieta w średnim wieku, blada jak trup.
- Mogę z panią na chwilę na stronę?
Anette odeszła od grupy, na tyle ile się dało, i dała znak kobiecie, że może mówić. Denerwowała się i mówiła nieskładnie.
- Ja sama nie wiem jak to się stało, jakoś tak samo z siebie i ja na prawdę nikomu nie chciałam kłopotu przecież robić, bo skąd ja miałam wiedzieć, że to tak będzie wyglądało, że oni tu tak wszystko i wszystkich, ja sama nie wiem jak to się stało.
- Ale c o się stało?
- Niech mnie pani ratuje, to głupie było, ale przecież za głupotę nie zamykają człowieka, prawda? To nie miało tak wyglądać, oni będą teraz u wszystkich szukać, a ja sama nie wiem jak to się stało, tak jakoś.
Pilotka ścisnęła pewnie, acz bezboleśnie barki czarnowłosej turystki. Mówiła cicho i spokojnie, tak, aby zrozumiała sens słów.
- Proszę się w tej chwili uspokoić i oddychać głęboko. Niech pani jeszcze raz powie o co chodzi, inaczej nie będę w stanie pomóc. Co pani zrobiła?
Czarnowłosa zrobiła minę jakby chciała odpowiedzieć, ale zrezygnowała i sięgnęła do swojej podręcznej srebrnej torebki. Z pozoru zwyczajny i przydatny dodatek do garderoby okazał się nie lada gratką technologiczną, gdyż samo otwarcie odbywało zdalnie za pomocą bransoletki. Niezgrabnie rozchylając ścianki wyciągnęła pod twarz pilotki. Z bezdennej ciemności buchał siarczysty powiew i zapach Jakurowca. Zmrużyła oczy i wbrew naturalnych odruchom bezwarunkowym, zbliżyła się, badając rozmazaną sylwetkę przedmiotu wyłaniającego się z dna mroku.
- Chyba sobie ze mnie jaja robicie. - Wyrwało jej się. Nawet profesjonalistka traci w takich chwilach rezon. - Czyś ty zwariowała? Podróże międzygwiezdne zlasowały ci mózg? Zdajesz sobie sprawę co cię czeka przy przeszukaniu? - Musiała powstrzymywać wrzask i nie zwrócić uwagi pozostałych.
- Sama nie wiem jak to się stało – Paniczne otępienie odebrało zdolność konstruowania innych zdań.
Anette porzuciła bezproduktywną rozmowę na temat planowania kobiety, która wyraźnie wiedziała j a k to się stało. Topowy model lodówki klimatycznej nie znalazł się w jej rękach przypadkiem, prawda? Będąc blisko finiszu los znów zrzucił ciężar życia na jej barki. Zmusiła się do ostudzenia emocji, co zważywszy na okoliczności nie było zadaniem łatwym, ale musiała wymyślić rozwiązanie w ekspresowym tempie, w przeciwnym wypadku czekałyby ją poważne reperkusje. Z oddali jawiło jej się widmo płonącej furii szefowej i elektroniczne wypowiedzenie pracy.
Ponownie zganiła się za bujanie w obłokach i skupiła na problemie. Gdyby tak mogła zapalić i ukoić zszargane nerwy. Rzuciła okiem w stronę wyjścia, które było rzecz jasna solidnie zapieczętowane, więc mogli kierować się tylko w kierunku odprawy. Gdyby głupie babiszcze przyznało się choć trochę wcześniej, mogłaby spróbować pozbyć się paczuszki w jakimś luku próżniowym, co wbrew pozorom też nie byłoby proste z uwagi na liczne czujniki, monitoring i kręcących się Strażników. Ale zawsze to większa szansa niż ugrzęźnięcie w paszczy lwa. Odpadały też jakiekolwiek symulacje utraty przytomności, na co personel Stacji był szczególnie wyczulony. Owszem, udzieliliby pierwszej, drugiej, a nawet trzeciej pomocy, ale nie spuściliby oka z bagażu potrzebującego, który w ich oczach wypadałby podwójnie podejrzanie.
Myśl, Anette, myśl! Działaj, módl się, zrób cokolwiek by wydostać się spod ruchomego gruntu, masz lata doświadczenia w tej branży, dasz radę.
Mogłaby zastosować atak wyprzedzający i zagadać do Celnika, przyznać się od razu i liczyć na minimalną karę, ale po pierwsze urzędnicy nie byli tacy łaskawi i zdawali sobie sprawę, że skruszony akt to czysta gra w obawie przed konsekwencjami, a po drugie, nawet gdyby dzisiaj stanął przed nimi najsympatyczniejszy oficer w całej galaktyce i tak musiałby przyznać maksymalną karę. Prawo surowo traktuje przypadki szmuglerstwa pokroju towaru ukrytego w torebce.
Przemknęła jej desperacka myśl o próbie spuszczenia ładunku w toalecie, do której jeszcze mieli dostęp, ale szybko przypomniało jej się, że wylot próżniowy jest za wąski. Rozważała też pozostawienie torebki gdzieś w kącie, w nadziei, że nikt jej nie znajdzie, ale szczególnie tu czujniki działały znakomicie, a bagaż chipowany jest do właściciela i w przeciągu minut cała sprawa pękłaby w szwach.
Gdyby rewizja nie dotyczyła absolutnie wszystkich, trzeba by było zaryzykować przelot w nadziei, że prześliźnie się niezauważona, co zapewne było oryginalnym pomysłem roztrzepanej turystki, ale nie warto zastanawiać się na tym co mogło być, a czego nie będzie. A może jednak? Pomysł tak idiotyczny, że mógłby się udać. Ale trzeba było działać szybko i pewnie. Nie było miejsca na wahania.
- Niech pani natychmiast idzie ze mną – odrzekła wreszcie i skierowała się w stronę toalety. Rzuciła tylko przelotem do grupy, że jej towarzyszka – której imienia jak zwykle nie pamiętała – źle się poczuła i potrzebuje chwili na regenerację. Zauważyła też, że jeden z Celników, tylko na moment, ale jednak, przyjrzał się i zarejestrował bladą brunetkę. Nic nie szkodzi, pomyślała Anette, nawet lepiej jeśli skupi się na niej.
Po kilku minutach wyszły i czarnowłosa wyglądała rzeczywiście nieco lepiej, a jej lico zdawało się nabierać kolorytu. Procedury mandatowe dobiegały końca i Strażnicy zachęcali już do ustawiania się w dwie kolejki, aby dłużej nie zwlekać. Gdy Celnicy dali znać by podchodzić i układać bagaże na prowizoryczne stoliki do przeszukiwania, za grupą rozbłysły lasery i rozległ się furkot spuszczanych metalowych rolet odgradzających od poczekalni i wzroku następnych podróżujących.
- Fantastycznie, dopiero teraz ogarnęli, że nie każdy ma ochotę oglądać żenujący spektakl obmacywania i grzebania w czyichś śmierdzących manatkach – sarknął Baldini.
Pilotka przyjrzała się dwóm celnikom i wybrała tego z lewej, dużo młodszego i przez to prawdopodobnie mniej doświadczonego. Jeśli wczuje się w rolę, obejdzie się bez dramatów. Usadowiła przed sobą szmuglerkę, by mieć na oku jej zachowanie i w ostateczności jakoś dopomóc.
Kolejka dłużyła się niemiłosiernie i rozciągała w czasoprzestrzeni. Anette czuła, że jej serce chce się wyrwać z klatki piersiowej, a czoło momentalnie zrosi się potem. Oddychała głęboko i powoli, by nie dać po sobie znaku paniki, starając się nie myśleć o konsekwencjach zbyt długiego oczekiwania, które w skutkach okazałoby się fatalne nie tylko dla samej grupy, ale też dla niej. Nie chciała zostać posądzona o współudział w procederze.
Czarna podeszła wreszcie do stolika i wyładowała potężną torbę podróżniczą, otwierając wszystkie kieszenie i otwory. Celnik rozkoszował się i dokładnie przetrącił każdy zakamarek. Zapamiętał ją. Nie znalazł żadnej kontrabandy, lecz nie pozwolił odejść. Zmierzył wzrokiem srebrną torebkę.
- Na stół. - Wystawił przed siebie zuchwale dłoń, czekając na jej ruch.
- To tylko podręczna torebka. Kobiece bibeloty i te sprawy – odparła i nawet nie drgnęła. Anette podziwiała ją za odzyskanie równowagi. Nie był to zapewne jej pierwszy raz w tym biznesie. Pierwszy, jak dotąd tak nerwowy, ale biła z niej delikatna aura doświadczenia.
Celnik nie ustępował, więc kobieta z pełnym wdziękiem zsunęła ramiączko torebki i postawiła subtelnie na blat. Młodzieniec otwierał pewny swego, z podekscytowaniem dziecka pieszczącego w swoich rękach bożonarodzeniowy prezent.
- Zwykła torebka, pani mówi – powiedział. - A kiedy to zwykła torebka ma tak zaawansowany system ciemni i chłodni, hm?
Czarnowłosa nic nie robiła sobie z jego docinek.
- Samotna kobieta musi sobie jakoś radzić, w ten czy inny sposób. - Uśmiechnęła się. On odwzajemnił gest, ale był to paskudny, krzywy grymas urzędasa.
- Jesteśmy już trochę wszyscy zmęczeni czekaniem. Mógłby mi pan powiedzieć co takiego nietaktownego i nieodpowiedniego jest w mojej garderobie?
- A zaraz się przekonamy – odpowiedział i wywalił torebkę do góry nogami nie spuszczając wzroku z kobiety.
Coś z plaskiem wyleciało na stoliczek i wszyscy spojrzeli w dół. Młodzieniec zamarł i zajarzył się buraczanym światłem. Miał przed oczami mniej więcej dziesięciocentymetrowego fioletowego Jakurowca. Popatrzył to na kobietę, to znów na owoc. Obejrzał się mimowolnie za siebie, szukając wzrokiem rady starszego kolegi, lecz tamten był zbyt zajęty swoimi sprawami. Młodszy przekręcił bransoletkę na przegubie i skontaktował się z obsługą Stacji rozkazując by sprawdzili czy czujniki nie wykryły czasem jakiejś anomalii, zwłaszcza w rejonie toalety. Ochroniarze odpowiedzieli mu, że ostatnie godziny nie wykazały nieprawidłowości. Młody nie miał argumentów. Przepuścił kobietę.
Anette w duchu odetchnęła z ulgą, choć wiedziała, że za nią zaledwie jedna trzecia sukcesu. Teraz ona musiała wykazać się nie lada stoicyzmem, by nie zrazić niedoświadczonego urzędnika głodnego uznania i rozgłosu, chociażby wśród samych kolegów po fachu. Jeśli przyczepi się do niej i choćby padnie cień podejrzenia, że w toalecie wymieniły się zawartością torebek, straci głowę. A szczerze, widząc jego nietęgą minę, zaczęła żałować, że nie usadowiła się w kolejce trochę dalej, obawiając się opryskliwości i chęci emocjonalnej zemsty.
- Na stół – rozkazał, tym razem bez teatralnych gestów.
Usłuchała go i grzecznie ułożyła manatki. Chciała wysilić się na uśmiech numer pięć, ale w pewnych chwilach rozsądniej jest zachować neutralną twarz, niż sztucznie odwracać od siebie uwagę. Pokazała zawartość torebki, a następnie otworzyła zamek wielgachnej torby (jaką miała w zwyczaju zabierać nawet na krótkie wycieczki) i w skupieniu czekała na werdykt. Między nią a chłopakiem utworzył się tunel odgradzający pozostałe dźwięki, zapachy i widoki. Sylwetka mundurowego niespiesznie przyglądała się różnorakim klamotom, a jego ruchy wydawały się niespokojnie spowolnione, jak na filmie w zwolnionym tempie. Dudnienie jej serca zakłócało nieskazitelną ciszę. Wreszcie dosięgnął całkiem pokaźnej półprzezroczystej plastikowej reklamówki związanej na gruby supeł, wypełnionej kolorowymi szmatami.
- Co to jest? - zapytał.
- Brudy – odparła.
- Proszę to rozwiązać i pokazać co jest w środku.
- Będzie mi pan grzebał w praniu?
- Niech pani nie dyskutuje i otworzy reklamówkę.
- Proszę bardzo – prychnęła. To był ten moment. Nie kwapiła się nawet z rozwiązywaniem supła, tylko rozdarła nieznacznie górną część i podsunęła w jego stronę. - Niech się pan obsłuży.
Mężczyzna spojrzał w dół i zwątpił nieco.
- Na tym czymś jest jakaś obleśna plama – wypalił.
Anette sięgnęła dłonią do wierzchu pakunku i wyciągnęła czerwono biały, zmięty kawałek bawełny o skrzydełkowatym kształcie. Bezczelnie podsunęła go pod sam nos Celnika.
- Proszę, niech pan sobie obejrzy dokładnie z każdej strony.
Celnik cofnął się mimowolnie z obrzydzeniem na widok pokrwawionej podpaski.
- Co to tutaj robi? - zapytał.
- Kisi się, a co pan myśli? Mama pana nie nauczyła, że dziewczynki raz na miesiąc krwawią? Musiałam zmienić bieliznę, tak? Miałam ją zostawić usyfioną w toalecie, jak jakiś dzikus? Musi pan zdawać sobie sprawę, że takich rzeczy się nie spuszcza do kanału próżniowego, bo może zatkać rury! Czy może tego też nie nauczyli? - Rzuciła podpaską na stolik, chwyciła reklamówkę i znów pod samą twarz urzędnika. - No dalej, niech pan wkłada rękę i grzebie dalej, bo widzę, że rajcuje pana poniżanie kobiet w obecności kolegów. No niech pan przyzna, że pana to jara, do jasnej cholery, mamy przecież sporo czasu!
„Boże, jeśli istniejesz, zrzuć na tego głąba zasłonę ciemnoty i spraw, by nie zapytał dlaczego po prostu nie wyrzuciłam podpaski do kosza”, pomodliła się.
- Dobrze już! Dobrze...
Chłopak westchnął i złapał się za głowę. Anette mogłaby przysiąc, że widziała jak para bucha z jego uszu.
- Proszę to schować. Może pani przejść.
Słowa zabrzmiały jak słodkie lekarstwo. Pilotka włożyła z powrotem reklamówkę do torby i nie obracając się za siebie wyszła przez portal, gdzie na zewnątrz czekał na nią wojażer, ale co ważniejsze, obok wejścia, strefa palenia. Po tak stresującym dniu należało jej się aż sześć minut sesji, a niech inni niech się gapią. W czasie relaksu kierowała wychodzącą resztkę grupy ku statkowi i czekała na ostatniego turystę.
Po dziesięciu minutach było absolutnie po wszystkim i dostali zezwolenie na wlot w atmosferę Ziemską. Zanim zdążyli wystartować, Anette przeliczyła obecnych, a po chwili, pod pozorem jakiejś głupoty, podeszła do czarnowłosej, która bezsłownie oddała jej swoją srebrną torebkę. Wedle wcześniejszego układu, kiedy wymieniały się w toalecie. Anette zaryzykuje swoją pracą, a właściwie reputacją, ale w zamian zatrzyma towar. Potrzebowała jednak do tego lodówki, bez której nie było mowy o bezpiecznym powrocie. Czarna musiała się zgodzić, nie miała innej opcji, a i tak miała szczęście, że raz, ktoś nadstawił za nią karku, a dwa, nie musiała obawiać się konsekwencji, jako że Anette stała się winna współudziału, toteż nie mogła pisnąć słówkiem. Przyrzekła jedynie, że dopóki będzie pracowała, dopóty noga tamtej nie postanie na pokładzie wojażera HortensiaTravel.
Wycieczka nie dobiegła jeszcze końca, musieli przebrnąć przez półgodzinne lądowanie, wypakowywanie rzeczy i powrót do hotelu, ale formalności w tym miejscu praktycznie były zakończone. Należało jeszcze, wedle tradycji, pożegnać wszystkich w imieniu biura podróży, przeprosić za niedogodności, polecić się na przyszłość i zakomenderować ważkie wiwaty dla pilota Valdera, za jego nienaganność i smukłe manewry starego, acz poczciwego wojażera. Wszyscy gromko i radośnie zaklaskali. Gdy Anette miała już spocząć w wygodnym fotelu, ktoś jeszcze, mężczyzna podróżujący z żoną i teściową (Lucjusz, finalnie przypomniała sobie jego imię) wykrzyczał:
- I jeszcze brawa dla najlepszej przewodniczki!
Uśmiech prawdziwej Anette – szczery i piękny. Pod wpływem pozytywnego rozgardiaszu nie miało dla niej znaczenia, czy nazywali ją tak czy siak. Ukłoniła się i usiadła.
Światła przygasły, wyjęła reklamówkę z brudami i wsypała dyskretnie zawartość do srebrnej torebki.
- Przepraszam – powiedziała bezgłośnie. W myślach dodała tylko, że będzie musiał poradzić sobie przez chwilę w spartańskich warunkach. Nie mogła się jednak oprzeć i ponownie na niego spojrzeć. Wsadziła dłonie do ciemnej aparatury, chwyciła futrzaną kulkę i nieznacznie ją podniosła, tak aby nie wychylić ją poza ramy torebki, ale by blade światło pasażerskich lampek wojażera oświetliło słodki pyszczek. Potworek, nie większy jak dwie ludzkie pięści o lśniącym miedzianym futerku, długich szpiczastych uszach i przesłodkim prosięcym nosku. Jego czarne oczka zdawały się odbijać ocean bezkresnego kosmosu. Był czarujący i idealny. Nie mogła pojąć jak jeszcze kilkadziesiąt minut temu rozważała jakąkolwiek możliwość porzucenia go, czy co gorsza, wyrzucenia.
Wpatrując się w niego naszło ją ostatnie sentymentalne wspomnienie. Gdy była dzieckiem, widziała bardzo stary płaski film. Baśń o dzieciach z drewnianymi gałązkami, które strzelały różnymi kolorami. Wyraźnie pamiętała, że towarzyszyło im dziwne stworzątko, którego imię brzęczało jak echo z oddali.
- Mój kochany Zgredek. Będzie ci u mnie jak w raju, obiecuję – uśmiechnęła się.
On, bezcenny reprezentant skazanego na wyginięcie gatunku, ona, pragnąca obdarzyć kogoś swoją bezgraniczną miłością. Wspólnie wracali do miejsca, którego wreszcie mogli nazwać domem.

Przemyśl, 30 sierpnia 2018

Podpis: 

Karol 30 sierpnia 2018
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu cz. XIV - możliwości zabaw Droga w szkle Miłość z internetu - czytaj do części XV
Nie wiem co z tego będzie, jeszcze tyle czasu przed nami. Tym czasem pogubiliśmy się, czy to o czym piszemy jest zdrowe. Większość ludzi i to ta, która o miłości myśli prosto i bez entuzjazmu z pewnością w przyszłości spotka na swojej drodze wyzwania Krótki wiersz XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez
Sponsorowane: 202Sponsorowane: 201Sponsorowane: 150

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.