http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
1550

Abdul (fragment opowiadania

Autor płaci:
150

  Abdul to historia mocno inspirowana światem Lovecrafta zapraszam do czytania  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We październiku nagrodą jest książka
Powtórka z morderstwa
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Abdul (fragment opowiadania

Abdul to historia mocno inspirowana światem Lovecrafta zapraszam do czytania

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
553
użytkowników.

Gości:
553
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81137

81137

Sprawa Brandona Cole’a

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
19-01-24

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Fantastyka/Psychologia/Technologia
Rozmiar
38 kb
Czytane
698
Głosy
2
Ocena
5.00

Zmiany
19-01-27

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
P12-powyżej 12 lat

Autor: Brenin Podpis: Brenin
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Zapraszam do zapoznania się z historią Brandona Cole'a, człowieka żyjącego w bliżej nieokreślonej przyszłości. Za wszelkie uwagi i wytknięte błędy będę dozgonnie wdzięczny.

Opublikowany w:

Sprawa Brandona Cole’a

Sprawa Brandona Cole’a
Skazany za śmierć

Umarłbym. Umarłbym chętnie w zapomnieniu, jak wiele miliardów ludzi przede mną. Umarłbym nie zrobiwszy wcześniej niczego godnego uwagi. Przez lata marzyłbym, by żyć jak ktoś inny, a dożywszy starości pragnąłbym wrócić do lat młodości, by odzyskać stracony czas. To jednak czcze pragnienia...
Dawno straciłem rachubę. Nie wiem, ile czasu spędziłem w tej klitce. Nie wiem nawet, czy dłużej żyłem na wolności czy w zamknięciu. Pamięć tak łatwo się zaciera. Zdaje się, że tym łatwiej im bielsza jest moja cela. A białe jest wszystko, co mnie otacza – ustęp umieszczony w rogu i zlew obok niego, nawet prycza, na której sypiam. Choć ta ostatnia przypomina bardziej półkę obitą niedbale materiałem niż mebel przeznaczony do spania.
Któż jednak martwiłby się wygodą skazańca?
Dziś pozostaje mi jedynie marzyć o tym co zwyczajne, nawet jeśli nie umiem wyjaśnić co to znaczy. I czuję niemal namacalnie jak myśli moje balansują na krawędzi jestestwa. Obawiam się, że wkrótce przestanę być sobą, a wieczność, na którą mnie skazano pochłonie moje istnienie.
Niegdyś wierzyłem, że samotność jest szlachetna i piękna. Urok jej kusi jednak w towarzystwie ludzie, gdy tak naprawdę nie wierzysz, że mógłbyś być sam. Skazany na nią wbrew swej woli tęsknisz za możliwością wyboru.
Nieustannie próbuję sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widziałem ludzką twarz? Kiedy słyszałem ludzki głos?
Czasem tylko, gdy znajduję się w półśnie, balansując na granicy jawy i nie mogąc wyrwać się z oków snu, odnoszę wrażenie, jakby dotykały mnie czyjeś ręce. Nie mogę jednak tego sprawdzić, bo powieki moje są tak ciężkie, że żadna ludzka siła nie byłaby w stanie ich podźwignąć. O tym, że nie były to zwykłe majaki upewniam się jedynie po tym, że włosy moje są nieco krótsze niż wcześniej lub że śmierdzę mniej niż zwykle. W celi tej jednak wszystko jest w pełni zautomatyzowane, nie wiem więc, czy to ludzkie ręce, czy mechaniczne szpony dokonują wszystkich tych zmian.
Nic nie jest pewne. Wszystko wydaje się odległą przeszłością. Nawet twarz mego znienawidzonego przyjaciela – twarz, którą miałem pamiętać na zawsze – straciła na swej wyrazistości i nie potrafię już przywołać jej z odmętów zapomnienia. Imię jego jednak trwa w moim umyśle zupełnie jakby było częścią mnie.
Brandon Cole był młodym człowiekiem, który – jak sam zwykł mawiać – pochodził z południa dawnej Europy.
Dziwię się dziś sobie, że wzmianka ta nie wzbudziła mej podejrzliwości już na początku naszej znajomości. Nazwy kontynentów i krajów nie funkcjonowały bowiem od lat. I gdybym tylko spostrzegł się w porę, moje życie wyglądałoby dziś zupełnie inaczej.
Cole skończył Wyższą Akademię Handlową z wyróżnieniem. Algorytm śledzący jego postępy w nauce, uwzględniający jego mocne i słabe strony, przewidujący potencjalną ścieżkę rozwoju przypisał go, podobnie jak mnie, do pracy w jednej z największych korporacji reklamowych. Z racji tego, że program dostrzegł pewne podobieństwa charakterologiczne między nami zostaliśmy przypisani do jednego mieszkania, gdzie mieliśmy wieść życie do następnego przydziału pracy i towarzysza. W wyjątkowych sytuacjach można było otrzymać przydział partnerki życiowej z poleceniem założenia rodziny i spłodzenia dzieci, jednak ludzi mogących wypełnić podobne zadanie było coraz mniej, więc skazanie na taki los było rzadkością.
Przyznać muszę, że przez długi czas uważałem, że decyzja cyfrowego umysłu była trafna, bo od razu złapaliśmy wspólny język i staliśmy się niemal nierozłączni. Był otwartym człowiekiem, może nawet nieco zbyt otwartym jak na czasy, w których przyszło nam żyć. Po tygodniu wspólnego mieszkania zdawało się, że znamy się całe życie. Nie wiem, czy była to chwilowa fascynacja jaką potrafi wywołać nowy człowiek w naszym życiu, czy był to efekt niezwykłego talentu Cole’a do prowadzenia opowieści.
Cole wychowywany był przez dziadka, który nie do końca akceptował postęp świata. Rozwijająca się cyfryzacja i komputeryzacja codziennego życia, a także ułatwienia, które za sobą niosły martwiły go dużo bardziej niż cieszyły. Przywiązany do swego skrawka ziemi na zboczu wzgórza i położonego na nim niewielkiego domku, żyjąc z dala od prawdziwego świata, otwarcie okazywał niezadowolenie z zanikającej różnorodności.
Cole nazywał go kruchym staruszkiem i dziwakiem, który nie potrafił pogodzić się
z tym, że maszyna wybiera za człowieka ścieżkę jego kariery, że decyduje o miejscu zamieszkania i o całym życiu w ogóle.
- To dobry człowiek – mawiał Cole – ale nie był w stanie podążyć za postępem.
Staruszek podobno nieustannie wspominał czasy swojej młodości. Czasy, gdy ludzie decydowali o sobie. Prawił o tym z takim zapałem i przekonaniem, że zdawać się mogło, iż
w jego mniemaniu przeszłość była obiecanym rajem na ziemi.
- Głuchy był na wszelkie uwagi – tłumaczył Cole, rozpuszczając w szklance wody kapsułkę z obiadem. – Kiedy mówiłem mu, iż wiadomo od dawna, że człowiek w młodym wieku nie posiada dość wiedzy i doświadczenia, by z rozwagą decydować o swoim losie – śmiał się. Gdy tłumaczyłem mu, że miliony ludzi potwierdzą, iż dopiero na starość lub nawet na łożu śmierci dostrzec można jak powinno wyglądać życie – stwierdzał, że on nigdy się z tym nie zgodzi. To człowiek starej daty. Sam powtarzał, że urodził się w złym stuleciu.
Przyznać muszę, że w tamtym czasie całkowicie zgadzałem się z Cole’m.
Błędem minionych wieków było pozwolenie, by niedoświadczone podrostki decydowały o swoim przyszłym życiu. W większości przypadków kończyło się to marnowaniem potencjału i opóźnianiem rozwoju ogółu. W wielu przypadkach rozczarowanie jakie wywoływały nierozważne decyzje prowadziły do samobójstwa lub samookaleczania,
a w najlepszym wypadku do szaleństwa lub załamania nerwowego. Gdy problem nasilił się do tego stopnia, że zyskał miano plagi międzynarodowej kilka szanowanych i uznanych korporacji podjęło się próby rozwiązaniu tego problemu. Efektem ich wielomiesięcznej pracy był Smart-Live, a później Smarter-Live – algorytm analizujący życie człowieka i wskazujący potencjalne przyszłe ścieżki kariery.
Po kilkuset udanych eksperymentach okazało się, że jego efekty przekraczają wszelkie wyobrażenia i oczekiwania. Ludzie z niego korzystający byli szczęśliwsi i bardziej produktywni. Wtedy też algorytm wszedł do powszechnego użytku. Początkowo korzystali z niego jedynie zainteresowani, jednak po kilku latach – za zgodą ogółu – korzystanie z algorytmu stało się obligatoryjne i podlegać zaczęły mu nie tylko służbowe, ale także prywatne sfery życia ludzkiego. Smarter stał się uniwersalnym mózgiem ludzkości. Jego wprowadzenie zaowocowało w końcu unifikacją całej planety. Zniknęły podziały narodowościowe i państwowe. W myśl nowej zasady ludzie mieli być po prostu ludźmi.
Dziadek Cole’a był młodzieńcem, gdy zachodziły owe zmiany. Nie popierał ich jednak ani wtedy, ani później. Nie wierzył w ich powodzenie dlatego właśnie, że ludzie są tylko ludźmi.
- Nie wiem, dlaczego był taki uparty – zastanawiał się Cole, gdy wstawał świt, a my mieliśmy za sobą całą noc rozmowy. – Był człowiekiem przeszłości, było w nim mnóstwo goryczy. Może zawiódł się na ludziach? Może na sobie? – gdybał. – Od zawsze trzymał się na uboczu, od zawsze wpatrzony był w przeszłość. Nie chciał iść wraz z postępem. Na przekór światu każdą wolną chwilę poświęcał książkom, które nie zawierały niczego poza słowami. I zmuszał mnie niekiedy do wysłuchiwania historii w nich zawartych.
Choć Cole nie podzielał opinii dziadka co do obecnego porządku świata, to kochał go ponad wszystko i wpływ starca był w nim bardzo widoczny. W sposobie przedstawiania się, w jego dziwnym zwyczaju podawania ręki na powitanie lub w niezwykłej wręcz lubości prowadzenia rozmów z drugim człowiekiem w jego bezpośrednim towarzystwie, a nie za pomocą transcomu. Były to jednak tak znikome zachowania, że osobiście uważałem je za niegroźne, nic nie znaczące dziwactwa.
To chyba dzięki nim zjednywał sobie ludzi, co pozwalało mu zyskiwać informacje jeszcze zanim trafiły do publicznego obiegu. Niekiedy bywały niekompletne, jednak zazwyczaj sprawdzały się niemal całkowicie.
Pewnego dnia Cole wrócił do domu w tak dobrym nastroju, że jego stan od razu wzbudził moją podejrzliwość i ciekawość.
- Słyszałeś?! – krzyczał od progu. – Słyszałeś najnowsze nowiny?!
Nie lubiłem wychodzić na niedoinformowanego, więc jedynie uśmiechnąłem się niepewnie i odparłem zdawkowo:
- Zależy o czym.
Westchnął ciężko i spojrzał na mnie litościwie.
- W końcu się udało! Teraz wszystko będzie inaczej, zobaczysz!
Wpatrywałem się w niego niczego nie rozumiejąc i wyczekując, aż rozwinie swoją myśl. Ten jednak zdawał się o mnie zapomnieć. Kręcił się bez celu, od czasu do czasu pośpiewując i podskakując, jakby próbował pozbyć się nadmiaru energii.
- Możesz mi wyjaśnić co miałeś na myśli? – zapytałem po dłuższej przerwie, gdy nieco się uspokoił.
- O czym mówisz? – zdziwił się, jakby zapomniał zupełnie, że wcześniej ze mną rozmawiał.
- Powiedziałeś, że w końcu się udało… Co się udało?
Przez chwilę widać było, że szuka właściwej myśli.
- Lepiej usiądź – powiedział, sadzając mnie na ławie.
Sam rozsiadł się na ladzie kuchennej, pomiędzy misą z pigułkami śniadaniowymi
i obiadowymi.
Przez kilka minut patrzył na mnie w milczeniu, a szeroki uśmiech nie schodził mu
z twarzy. Wiedziałem, że celowo przeciąga tę chwilę, próbując wyprowadzić mnie
z równowagi i skłonić do kolejnych pytań. Nie chciałem jednak sprawić mu tej przyjemności
i uparcie milczałem, choć ciekawość zżerała mnie od środka.
- Jesteś gotowy? – rzucił w końcu niedbale.
- Nie wiem, Cole – przyznałem szczerze. – Ocenię to, kiedy w końcu coś z siebie wydusisz.
- Dobrze, już dobrze. – Klasnął w dłonie, pochylił się ku mnie i ściszył głos do konspiracyjnego szeptu. – Kilka dni temu odkryto lek pozwalający przedłużyć życie… Będziemy nieśmiertelni, mój drogi. Nieśmiertelność, rozumiesz? – zaśmiał się głośno.
Przez chwilę czekałem w milczeniu myśląc, że sobie żartuje. Nie chciałem dać się nabrać na coś tak banalnego, by nie rzec absurdalnego.
- Mówisz poważnie? – wykrztusiłem po dłuższej chwili. – Wydaje mi się, że ktoś mógł wprowadzić cię w błąd…
- Nic z tych rzeczy – odparł pewnie.
- Ale przecież uczyli nas, że to niemożliwe. To jedna z tych granic, których nigdy nie uda nam…
- Zapomnij o tym! – zawołał. – Właśnie przekroczyliśmy barierę niemożliwego. Dasz wiarę?!
- Ciężko mi w to uwierzyć – przyznałem szczerze.
- Wiesz co to dla mnie znaczy?!
Zaprzeczyłem, energicznie potrząsając głową.
- Będę mógł pomóc dziadkowi! W końcu przekonam tego starego uparciucha, że nowy świat nie jest taki zły jak mu się wydawało. W końcu będzie miał czas, żeby się o tym przekonać. I w końcu zrozumie, że przyszłość jest lepsza od przeszłości!
Zeskoczył z lady i zaczął kołysać biodrami, poklaskując wesoło.
Wydawał się tak uradowany przekazanymi informacjami, które mnie jawiły się jako zwykłe fantasmagorie, że nawet nie próbowałem drążyć tego tematu. Byłem przekonany, że to co powiedział jest niemożliwe. Postanowiłem wrócić do sprawy, gdy pierwsze emocje opadną, a Cole odzyska dawną równowagę.
Kolejny dzień przyniósł poprawę jakiej się nie spodziewałem. Mój przyjaciel zachowywał się całkowicie normalnie, słowem nie wspominając o wymysłach z poprzedniego wieczora. Zacząłem wierzyć, że stał się ofiarą niewinnego żartu, który przemyślawszy spokojnie, wrzucił między bajki. Tam, gdzie jego miejsce.
I wtedy świat stanął na głowie.
Byliśmy w pracy, gdy pojawił się komunikat nakazujący udać się wszystkim pracownikom do największej sali konferencyjnej w budynku. Mieszcząca się kilkadziesiąt metrów pod ziemią hala była ogromna. W całości wypełniały ją blubimy wyświetlające mównicę i postać Prezesa Stanu – człowieka stojącego na czele rządu światowego, który dla pełnienia swej funkcji zrzekł się dawnego imienia i nazwiska, stając się uosobieniem zajmowanego urzędu. Jeden z najważniejszych ludzi na ziemi rzadko kiedy sam przekazywał jakieś informacje, więc jego widok zawsze budził sporo skrajnych emocji.
Byłem niespokojny. Czułem jak zimny dreszcz przebiega mi po plecach, a serce zaczyna bić szybciej niż zazwyczaj. Kątem oka zerknąłem na Cole’a. Na jego twarzy malował się szeroki uśmiech pewności.
W jednej chwili w sali zapadła absolutna cisza. Sylwetka Prezesa poruszyła się i
wiadomo było, że za chwilę rozpocznie się przemówienie. Nikt nie chciał uronić choć słowa.
- Najdroższa rodzino! – zaczął. – Dziś jako jedność stajemy na progu nowej ery. Ery, w której człowiek zbliża się do Boga na wyciągnięcie ręki. Choć nie mamy jeszcze podobnej mu mocy sprawczej, to od dziś zyskujemy czas, by we właściwym momencie móc ją zdobyć. Po kilku latach intensywnych prac i badań, po niezliczonych sporach i wojnach nękających ludzkość, po wielu pomyłkach i potknięciach przekraczamy granicę, której przekroczenie uważaliśmy za niemożliwe. Dziś z dumą i pokorą na przyszłość, stajemy na progu nieśmiertelności! Mówię wam, że od dziś możemy mierzyć się ze śmiercią! Od dziś stajemy na drodze, by stać się niepokonanymi!
Na krótką chwilę zapadła cisza, a następnie wybuchły tak gromkie brawa i okrzyki radości, że obawiałem się, iż stracę słuch. Ja jednak byłem zbyt zaskoczony, by móc wykonać jakikolwiek ruch. Roztańczone ogniki nadziei w oczach otaczających mnie ludzi wydawały mi się w pewnym stopniu przerażające. Nikt nie wątpił w słowa wypowiedziane przez Prezesa.
- Cudownie, prawda? – zagadnęła mnie kobieta stojąca po mojej lewej stronie.
Przytaknąłem.
Prezes Stanu zniknął z blubimów, a w jego miejsce pojawiło się trzech naukowców ubranych w białe fartuchy. Ich poważne twarze, ściągnięte w nabożnym skupieniu wyrażały najwyższą pogardę dla świata. Ale to miny te właśnie sprawiały, że ludzie wierzyli każdemu ich słowu.
Po kolei zaczęli tłumaczyć, że odnalezione lekarstwo jest zaledwie początkiem drogi dla stworzenia nowej ery ludzkości. Odkryty lek nie zapewniał w gruncie rzeczy nieśmiertelności jako takiej, ale pozwalał człowiekowi na nieustanne wydłużenie życia. Lekarstwo przywracało organizm człowieka do optymalnego stanu fizycznego, cofając proces starzenia oraz lecząc wszelkie choroby. Ciało mogło się regenerować na poziomie komórkowym w nieskończoność. Był jednak jeden warunek: musiało być żywe. Osoba poddana kuracji mogła żyć wiecznie, ale jakakolwiek poważna rana, czy niedoleczona choroba nadal mogły skutkować śmiercią. Jak zapewniali uczeni, prace rozwijające lek wciąż trwały i prawdziwa nieśmiertelność zaczynała być w naszym zasięgu.
- Wkrótce wszystko się zmieni – rzekli na koniec i blubimy zamigotały niebieskimi światełkami oznaczającymi koniec transmisji.
Nie podano dokładnego terminu wprowadzenia medykamentu na rynek, więc najbliższe kilka tygodni były jedną, nieustanną spekulacją dotyczącą wszystkiego co z nim związane. Wieczne życie stało się właściwie jedynym tematem, na który chciano rozmawiać. Prześcigano się w domysłach na temat ceny, dostępności, dawkowania i szkodliwości leku, snuto plany i wizje życia, które pozwoli zrealizować każde, nawet najbardziej błahe pragnienie. Hurraoptymizm stał się wszechobecny.
W całym tym zamieszaniu zaskakiwał mnie jednak spokój mojego przyjaciela Cole’a, który jeszcze niedawno zdawał się najszczęśliwszy na świecie. Gdy zapytałem go o powód tej nagłej zmiany przyznał tylko, że jego dziadek zapowiedział mu, iż nie zamierza skorzystać z nowego wynalazku.
- Chce umrzeć jak normalny człowiek i w gruncie rzeczy nie może się już doczekać, żeby to nastąpiło – skwitował.
Po dłuższym czasie udało mi się jednak przekonać go, że znajdzie sposób, by nakłonić dziadka do zmiany zdania. Rozpogodził się w końcu i przez resztę czasu wspólnie snuliśmy plany na temat wieczności.
Po blisko dwóch miesiącach od pierwszej konferencji zostaliśmy ponownie wezwani do sali konferencyjnej, w której nie zmieniło się nic od ostatniego razu. Ponownie blubimy wyświetlały nieruchomą sylwetkę Prezesa Stanu. Tym razem jednak od początku panowała całkowita cisza. Powietrze zdawało się naelektryzowane.
- Najdroższa rodzino! – Prezes zaczął podobnie jak za pierwszym razem. – Ostatnie odkrycia napawają nas dumą i pozwalają z optymizmem patrzeć w przyszłość. Niewątpliwie świat jaki znamy ulegnie zmianom, bowiem od jutra nowy lek stanie się dostępny dla wszystkich.
Dookoła przelała się fala braw, a ja i Cole byliśmy jednymi z tych, którzy klaskali najgłośniej.
- Przy zmieniającym się świecie i my musimy się zmienić. Nasze życie nie będzie już takiej jak dawniej. Wkraczamy w nieznane jako pionierzy i odkrywcy wieczności. Mając w zanadrzu takie odkrycie, taki przełom, musimy utworzyć nowe społeczeństwo! Społeczeństwo oparte na nowej zasadzie.
Wszyscy wpatrywali się w blubimy w nabożnym skupieniu. Niektórzy poruszali bezgłośnie ustami, jakby słowa, które słyszeli były ich własnymi.
- Od dziś będziemy tworzyć społeczeństwo oparte na nieśmiertelności! Niezliczone analizy przeprowadzone przy użyciu naszego niezawodnego smartera wykazały, że będziemy tworzyć ukształtowaną, stałą rodzinę, której nie trzeba budować nieustannie od podstaw! Rodzinę wykształconą, doświadczoną i rozwiniętą! Odkrycie to rozwiąże nasze problemy z rozmnażaniem i płodnością! Dzięki niemu będziemy mogli zamknąć akademie bazowe i wyższe, a ludzie staną się nowym gatunkiem! Jednakże – podniósł nieco głos i uniósł palec ku górze – jednakże nie osiągniemy tego bez pewnych poświęceń. – Zawiesił na chwilę głos. – Dlatego od dziś, na mocy danego mi prawa, informuję was, że rząd światowy podjął rezolucję znoszącą śmierć! Od dziś każdy, kto wyrzeknie się życia zostanie uznany za wroga ludzkości, a jego rodzina będzie pozbawiona wszelkich dóbr. Człowiek taki zostanie wymazany z historii, a jego własność stanie się własnością ogółu, który rozdysponuje je dla dobra pozostałych przy życiu ludzi! Pamiętajmy, nie możemy pozwolić, by doświadczone i wykształcone jednostki opuściły nas na progu nowego świata!
I wówczas zapadła cisza.
- Od teraz jesteśmy skupieni na życiu! – zakończył i obraz zniknął.
Ostatnie słowa były ledwo słyszalne, bo utonęły w narastającym szmerze budzących się rozmów. Po początkowej euforii nie było śladu. Teraz królowało zdziwienie, zaniepokojenie i podejrzliwość, nikt bowiem nie rozumiał co dokładnie kryło się pod tymi słowami.
Niepewność nie trwała jednak długo. Już nazajutrz, wraz z pojawieniem się
w sklepach pierwszych partii leku przekonano się o dosłowności i prawdziwości przemówienia. Nowe prawo działało zero jedynkowo. Martwy, żywy. Winny, niewinny.
Martwi byli karani za poddanie się śmierci, choć tak naprawdę reperkusje dotykały jedynie pogrążonych w smutku członków ich rodzin. Dość głośno zrobiło się o niejakim Julianie Serafinie, zupełnie nieznanym za życia, który miał stać się symbolem sprzeciwu wobec nowego porządku rzeczy.
Mężczyzna zmarł nagle, w wyniku jednej z nierozpoznanych chorób, które mimo znacznego rozwoju cywilizacyjnego nadal nękały ludzkość. Jego rodzina została pozbawiona wszelkich dóbr materialnych – od mebli, przez drobne pamiątki, po wszelkie urządzenia cyfrowe, które mogły zawierać jakąkolwiek wzmiankę o zmarłym. W geście dobrej woli wypożyczono im z rządowych magazynów materiały pierwszej potrzeby – wedle plotek odebrane innej rodzinie – które miały zostać zwrócone po upływie pół roku. Dodatkowo rodzina została skierowana na terapię zapomnienia, której celem miało być wyzbycie się wspomnień o zmarłym zdrajcy.
W ciągu pierwszych dni podobnych sytuacji było wiele. Wywołały one niemałą konsternację i z pewnością mogłyby zaowocować poważniejszymi konsekwencjami, gdyby nie szybka reakcja rządu i naszej korporacji. Jednej nocy na każdym rogu, w każdym domu, w każdej firmie pojawiły się spoty reklamowe i e-lotki przekonujące o słuszności działania rządu. Uliczne bimy wyświetlały rozmowy najważniejszych oficjeli ziemskich, którzy
w wyjątkowo przekonujących słowach tłumaczyli istotę przyjętych zmian. Po raz kolejny głos kilku stał się głosem wielu.
Tłumaczono, że zdecydowane reakcje rządu są niezbędne z punktu widzenia zmian jakie mają być osiągnięte, że nowe społeczeństwo, nowa cywilizacja musi być zbudowana szybko i bez zbędnej zwłoki. Dostrzegalne „negatywnie oceniane działania” – dokładnie takiego sformułowania użyto – miały przeciwdziałać ociąganiu się w realizacji szlachetnego celu.
Dodatkowo wyjaśniono, że wysokie ceny leku nie są spowodowane chciwością rządu, a tym, że faktyczny twórca leku, którym był globalny koncern MedMed Corp., nie zgodził się na tańsze udostępnienie specyfiku.
- Ceny byłyby jeszcze wyższe, gdyby nie rządowe dofinansowanie – tłumaczył
w jednym z zapętlonych spotów Prezes Stanu, którego twarz miała zatroskany wyraz.
Wystarczyło kilka dni powtarzania owych informacji, by emocje zelżały, a ludzie przeszli nad nowymi zmianami do codzienności.
W tym czasie jednak mało zajmowały mnie wspomniane kwestie. Razem z Cole’m główkowaliśmy bowiem skąd wziąć pieniądze na terapię dla jego dziadka.
Zgodnie z założeniami leczenie miało być dwuetapowe dla ludzi starszych
i jednoetapowe dla tych, którzy postanowili poddać się mu w sile wieku. Najdroższe było to pierwsze z tego względu, że składało się ze stu porcji, przyjmowanych przez sto dni, a ich zwieńczeniem miało być przywrócenie ciała do optymalnej formy – odmłodzonej
i odświeżonej. Cena takiego leczenia wynosiła równowartość naszych rocznych zarobków, co było nie lada wyzwaniem, tym bardziej, że bieżące potrzeby pochłaniały większość zarobionych jednostek. Świat nie przewidywał gromadzenia oszczędności, gdyż spowalniały one rozwój.
Po miesiącu wyrzeczeń, zbiórek i błagań wśród wszystkich znajomych
i nieznajomych nam osób, udało się w końcu zebrać odpowiednią kwotę. Cole kupił upragniony lek i wysłał go dziadkowi z zaleceniem jak najszybszego rozpoczęcia terapii.
Jeszcze nigdy nie widziałem go tak szczęśliwym i dumnym, co było o tyle straszne, że żal w jaki wpadł kilka dni później, był kontrastem jak biel dla czerni.
Dziadek Cole’a zmarł.
Cole był przekonany, że zrobił wszystko co mógł, by zachować ukochaną osobę przy życiu, jednak w jakiś sposób całość jego starań poszła na marne.
Nie czekając na nic udał się do swego dawnego domu. Gdy wrócił po kilku dniach ledwo go poznałem, postarzał się bowiem o kilka lat. Schudł, wypłowiał i mówił niewiele. Jedynie jego oczy zdradzały, że wciąż tkwi w nim życie. Pojawiły się w nich tajemnicze iskierki – rozedrgane, połyskujące ogniki, których nie było nigdy wcześniej, nadające jego fizjonomii obcy, nieco przerażający wygląd.
Choć wydawał się wyczerpany i rozbity z zaskakującym spokojem opisał mi czego dowiedział się na miejscu od jednej z sąsiadek dziadka.
Podobno ulubionym tematem starego Cole’a w ostatnich miesiącach było żartowanie ze śmierci. Kpił z niej w żywe oczy i nawet nocą zostawiał zapalone światło na ganku, by ta wiedziała, gdzie go znaleźć. Pomimo tego cieszył się dobrym zdrowiem i nic nie wskazywało na to, że jego dni są policzone. Sporego bałaganu w jego zdrowiu narobiły wieści o nowym prawie i oficjalnym zakazie umierania. Wściekł się jak nigdy i przez jakiś czas nie pokazywał się światu, próbując uspokoić skołatane nerwy. Otrzymawszy przesyłkę od Cole stwierdził, że nie może zostawić swojego wnuka samego w takim świecie i śmierć będzie musiała na niego poczekać. Czy rozpoczął terapię? Cole nie umiał powiedzieć, bo kobieta, z którą rozmawiał również tego nie wiedziała.
Dziadek został znaleziony na progu własnego domu.
Ani dom, ani okolica nie wydawała się już takie same, jednak Cole nie mógł od razu wyjechać. Przez kilka dni obserwował dom i wyniósł się z niego dopiero, gdy pojawili się tam nowi lokatorzy z rządowym przydziałem.
- Co to znaczy? – głośno myślałem.
- Może ten lek to oszustwo? – rzucił niby od niechcenia.
Zawahałem się przez chwilę.
- Nie okłamaliby nas tak okrutnie. Wszyscy potwierdzają działanie tego leku, sam słyszałeś… A co, jeśli nie zmarł naturalnie? – ostatnie słowa wyrwały mi się przez przypadek i od razu ich pożałowałem, bo odniosłem wrażenie, że Cole zdążył już tak pomyśleć.
Ostatecznie nie odniósł się do tego w żaden sposób, wzruszył tylko ramionami.
- Po prostu tego nie rozumiem – powiedział.
Ja też tego nie rozumiałem, ale nie wierzyłem, by rząd mógł oszukać całe społeczeństwo. Wprowadzenie leku nie było wyłączną decyzją ludzi. Wszystko zostało przecież przeanalizowane przez Smartera, który widział i rozumiał więcej niż jakiekolwiek człowiek będzie w stanie kiedykolwiek pojąć. Czyż nie zaufaliśmy mu już wcześniej? Czyż nie podejmował najlepszych decyzji dla ludzi? Ufaliśmy mu w kwestiach naszego prywatnego życia, więc i w tej, nowej sytuacji winniśmy mu absolutne zaufanie.
Chciałem podzielić się z Cole’m swoimi przemyśleniami, jednak wyraz głębokiego bólu malujący się na jego twarzy, sprawiał, że nie mogłem znaleźć właściwych słów.
Wówczas z wybawieniem przyszedł mi głos komunikatora, który zapowiedział przybycie gości. Dźwięk komunikatu nie zdążył rozejść się po kątach, gdy w mieszkaniu pojawiło się trzech oficjeli porządkowych.
Wciśnięci w szare, obcisłe drelichy z połyskującego materiału taksowali bacznie otoczenie. Ich pozbawione wyrazu twarze sprawiały, że wyglądali bardzo podobnie. Najszczuplejszy i najwyższy z nich podszedł do nas i przerzucając wzrok z Cole na mnie, przemówił głosem właściwym dla jego twarzy:
- Szukamy Brandona Cole…
Cole wstał i przez chwilę bałem się, że zrobi coś głupiego.
- To ja – rzekł jednak tylko.
- W związku ze śmiercią spowinowaconej z Tobą osoby – kontynuował mężczyzna nie siląc się na żaden wstęp – na mocy obowiązujących przepisów musimy sprawdzić czy w tym lokalu nie ostały się żadne przedmioty, które mogłyby mieć jakikolwiek związek ze zmarłym zdrajcą.
Oficjel zwracał się już tylko do Cole'a, ignorując mnie do tego stopnia, że gdy przechodząc potrącił moje ramię, nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.
Obserwowałem, jak krzątają się po pomieszczeniach sprawdzając wszystko
z chirurgiczną dokładnością. W ich ruchach było coś mechanicznego. Przez chwilę przemknęło mi nawet przez myśl, że może to zaawansowane roboty, ale przypomniałem sobie, że podobne oskarżenia wysnuto już jakiś czas temu i okazały się one całkowicie nietrafne. Ktoś nawet zaatakował grupkę oficjeli i zranił ich, zadając kilka ciosów ostrym narzędziem. Krwawili jednak i cierpieli jak zwykli ludzie. Dowód ten uciął dalszą dyskusję.
Cole pozostawił im wolną rękę stwierdzając, że nie ma nic do ukrycia. Tymczasem, gdy oni zaglądali we wszystkie kąty, on ledwie widocznym ruchem ukrył coś pod pazuchą. Zdziwiłem się niezmiernie, ale nie odezwałem ani słowem.
Po kilku dłużących się w nieskończoność godzinach nasi goście zakończyli swoje obowiązki pozostawiając za sobą nie lada bałagan. Ich spojrzenia pełne były frustracji i złości, bo nie znaleźli niczego, co odbiegałoby od normy. Ostatecznie zabrali kilka drobiazgów tłumacząc, że muszą się im bliżej przyjrzeć. Wiedzieliśmy jednak, że nie mogli wrócić z pustymi rękami. Odchodząc przypomnieli jedynie Cole’owi, że w ciągu najbliższych dni musi stawić się na spotkaniu terapeutycznym, by ostatecznie uwolnić się od wspomnień o zdradzieckim staruchu.
Ostatnia uwaga sprawiła, że na ich twarzach pojawiły się fałszywe uśmiechy.
- Wystarczy – rzekł nagle Cole, gdy upewnił się, że zostaliśmy sami. – Wystarczy wziąć dziewięćdziesięcioośmioprocentowy kwas azotowy i wlać go do trzykrotnie większej objętości kwasu siarkowego, doprawić to opiłkami i wszystkie problemy znikną…
Popatrzyłem na niego ze zdziwieniem, ale nie odezwałem się słowem. Cole nadal był w szoku i nie chciałem zadręczać go pytaniami.
- Muszę odpocząć – dodał po chwili i skierował się do swojej ciemni.
Widziałem jak zza pazuchy wyciąga starą, pożółkłą książeczkę. Jedną z tych wypełnionych samymi słowami. Książeczkę, którą opisywał kiedyś, gdy opowiadał o swoim dziadku. Nie wiedziałem, jak wszedł w jej posiadanie, ale ucieszyłem się, że pozostała mu jakaś pamiątka.
Tej nocy nie mogłem spać. Zamartwiałem się coraz bardziej widząc, jak wyraźne piętno odcisnęła na nim poniesiona strata. Obawiałem się czy nie postradał rozumu. Szaleństwo w dzisiejszych czasach było rzadkością, jednak wciąż pozostawało w granicach tego co możliwe.
Dni mijały, a ja i Cole, niegdyś nierozłączni, teraz oddaliliśmy się od siebie. Ściana bólu, za którą utknął Cole była wysoka i gruba. Nie potrafiłem się przez nią przebić żadnym słowem czy gestem. Wszystko zdawało się od niej odbijać.
Cole rzadko bywał w domu, więc okazji do rozmów było coraz mniej. Mijaliśmy się także w pracy. Rozbudowano dział rozwoju, w którym pracowaliśmy i awansowali mnie na wyższe stanowisko, a co za tym idzie zostałem przeniesiony na wyższe piętro.
To nie tak, że nie próbowałem dotrzeć do Cole’a. Nigdy go nie porzuciłem, wiedziałem jednak, że zanim otworzy się przede mną, najpierw musi uporać się z bólem wewnątrz siebie. Obserwowałem go więc w miarę swoich możliwości i czekałem na okazję, która pozwoli wszystko naprawić.
Po jakimś czasie Cole zaczął wyglądać nieco lepiej. Wróciły mu kolory, odzyskał nieco wagi i nawet od czasu do czasu udało nam się wymienić krótkim żartem. Z nieco większym optymizmem patrzyłem w przyszłość. Jedyne co nadal budziło moje obawy, to owa drgająco miarowo w jego oku iskra, której znaczenia nie mogłem pojąć.
W tym czasie nowatorski lek zyskał całkowitą popularność i stał się tak powszechny, że ciężko było sobie wyobrazić, że istniały czasy, w których go nie było. Brali go wszyscy, włącznie ze mną. Czułem się po nim lepszym człowiekiem – zarówno pod względem fizycznym, jak i duchowym. O przypadkach uchybiania się od kuracji nie słyszano już niemal wcale. Od czasu do czasu pojawiały się jakieś plotki o tym, czy innym umierającym zdrajcy, jednak brano je za prowokacje, którymi nie należy się zajmować. Można było odnieść wrażenie, że świat z wolna wraca na właściwy tor.
Pewnego dnia, w siedzibie naszej firmy zwołano nadzwyczajne zebranie wszystkich pracowników w sali bankietowej. Było to o tyle niezwykłe, że sali tej używano raz do roku, gdy organizowano ponaddziałowe spotkanie integracyjne, natomiast przez resztę czasu trzymano tu niepotrzebne graty, dla których gdzie indziej brakowało miejsca. Tym razem sala była jednak przystrojona lepiej niż zawsze. Na jej końcu stały stoły zastawione jedzeniem przygotowanym starym, tradycyjnym sposobem, a ich intensywny i kuszący zapach powodował nagłe skurcze żołądka. Widać było też lodowe rzeźby i fontanny kolorowych napojów. Ponadto w tłumie przechadzali się oficjele porządkowi, którzy z dużą czujnością zaglądali w twarze zgromadzonych osób.
Wchodząc do sali otarłem się o Cole’a, jednak napierający tłum przesunął mnie w głąb pomieszczenia, tak że mogłem go obserwować jedynie kątem oka. Choć szturchnąłem jego ramię nie dostrzegł mnie i nie jestem pewien czy w ogóle to poczuł. Stał oparty o ścianę, ze wzrokiem nieruchomo wbitym w jakiś odległy cel. Podążyłem jego śladem i gdy dotarłem do właściwego punktu nie miałem wątpliwości, że patrzę na tego, którego uważnie obserwował Cole. Na przeszklonej scenie, w otoczeniu potężnych i groźnie wyglądających oficjeli w szarych drelichach, stał Prezes Stanu.
Widok ten wywołał we mnie takie zdziwienie, że nie mogłem odwrócić wzroku. Różne myśli przebiegały mi przez głowę i nie umiem powiedzieć, dlaczego ta jedna banalna uczepiła się mnie z takim uporem – Prezes w rzeczywistości był niższy i drobniejszy niż na bimach.
W jednej chwili przypomniałem sobie o Cole’u i zimny dreszcz złych przeczuć przebiegł mi po plecach. Poczułem, jak dłonie pokrywają mi się kropelkami potu, a nogi mimowolnie uginają. Obróciłem się, by odszukać go wzrokiem, jednak sala była już tak wypełniona, że mogłem dostrzec jedynie ludzi w moim bezpośrednim towarzystwie.
Bałem się, żeby nie zrobił niczego głupiego, ale odetchnąłem nieco spokojniej, kiedy przypomniałem sobie o groźnie wyglądających oficjelach i o tym, że wizyta ta była całkowicie niespodziewana. Tłumaczyłem sobie w myślach, że nic złego nie może się stać. Do całkowitego spokoju brakowało mi jedynie, by dostrzec Cole’a opartego o ścianę. Zajęty własnymi myślami nie mogłem skupić się na przemówieniu.
Wyglądało jednak na to, że wszystko przebiegało zgodnie z planem. Zaczął Prezes Stanu, potem w imieniu pracowników wypowiedział się ktoś kogo widziałem pierwszy raz na oczy, następnie kilka słów wtrącił przedstawiciel Medmed Corp. i głos ponownie zabrał Prezes.
- W ramach wdzięczności – mówił – cały rząd, cała ludzkość i ja także, chcemy uhonorować was wspaniałym pomnikiem. Sukces, do którego tak mocno się przyczyniliście, jest naszym wspólnym osiągnięciem. Pomnik, na który zasłużyliście nie zostawi złudzeń, co do podjętego przez was trudu. Pozwólcie, że zaprezentuję wam przedsmak tego, co wkrótce stanie się rzeczywistością. Dla każdego z was znajdzie się miejsce w tym niezwykłym dziele.
W tym samym momencie na scenę wkroczył jeden z pracowników niosąc w rękach czerwoną poduszeczkę, na której leżał niewielki pilocik.
Byłem przekonany, że po odsłonięciu kurtyny znajdującej się za plecami Prezesa, ten powie jeszcze kilka słów, a później opuści scenę i wyjdzie, by wykonywać obowiązki, które stanowiły dla nas nieodgadnioną zagadkę.
Cały mój spokój pierzchł jednak nagle, gdy uświadomiłem sobie, że pracownikiem wchodzącym na scenę jest Cole. Widmo okrzyku zamarło na moich ustach, jednak z gardła nie wydobył się żaden dźwięk.
Cole zawsze wiedział o wszystkim wcześniej, pomyślałem, zawsze!
Widziałem, jak Prezes uścisnął mu dłoń i niemal sam poczułem ten uścisk. Obdarzył go ciepłym uśmiechem i poklepał po plecach, a Cole pełen spokoju zniknął za kurtyną.
Prezes nie zwlekając dłużej nacisnął guzik.
Pamiętam jedynie krótki, jakby gardłowy pomruk, wydobywający się spod naszych stóp, a następnie zapanowała ciemność.
Gdy zacząłem odzyskiwać świadomość byłem przekonany, że zginąłem. Po chwili jednak pojawił się ból i żałowałem, że to nieprawda.
Nie wiem jak długo byłem nieprzytomny. Obudziłem się w celi umieszczonej na środku ogromnego pokoju, który wypełniony był rozbieganymi i rozkrzyczanymi oficjelami, którzy w ogóle nie zwracali na mnie uwagi. Po chwili bezczynności, gdy świadomość wróciła do mnie w pełni, zauważyłem, że w jednym z końców sali wyświetlany jest ogromny obraz z jednego z bimów. To on absorbował uwagę tych, którzy nie biegali i nie krzyczeli, przykuł więc i moją.
Obraz przedstawiał jednego z oficjeli rządowych, który dość często towarzyszył Prezesowi Stanu w różnych ważnych uroczystościach.
- …niewątpliwie wielka strata – usłyszałem wyrwane z kontekstu słowa. – To zamach nie tylko na ludzkie życie, ale na całą naszą przyszłość. W wybuchu zginęło wielu, którzy mogli stanowić fundament dla naszej przyszłości… To coś z czym musimy się zmierzyć.
Rozmówca oficjela zadał pytanie i ten zamyślił się na chwilę.
- Nie będziemy robili wyjątków. Nie możemy robić wyjątków. Tragedia jest ogromna, ale prawo powinno być respektowane. Prawo uwzględniające wyjątki, to słabe prawo. Śmierć, niezależnie od powodów, nadal jest przestępstwem.
Kolejne pytanie, którego nie usłyszałem.
- Tak, ofiar było wiele, ale Prezes nie był jedną z nich.
Informacja ta sprawiła, że uważniej nadstawiłem uszy.
- Tak, oczywiście! Był w centrum, ale to nadzwyczajny człowiek! To co mogło zaszkodzić normalnym ludziom, jemu nie sprawiło żadnej szkody. Prezes obecnie jest w delegacji służbowej w zaświatach. Chciał osobiście porozmawiać z ofiarami zamachu. Gdy wróci, a wróci wkrótce, wszystko odzyska dawny porządek.
Na chwilę obraz zmienił się i widać było dogasające zgliszcza. Mignęło i ponownie widać było postać oficjela.
- Ależ droga Pani! – krzyknął oburzony. – Prezes nie zginął na pewno. Gdyby tak było widziałaby Pani na mojej twarzy szczery ból i smutek, a czy to właśnie Pani widzi? Skoro Prezes nie zginął, nie możemy respektować wobec niego i jego rodziny prawa, które dotyczy jedynie zmarłych. Sugeruje Pani, że Prezes był zdrajcą?
Pomyślałem nagle o Cole’u. Cokolwiek chciał osiągnąć nie udało mu się. Czy ta osobista wendeta warta była tylu żyć? Dotarło do mnie, że nawet jeśli Prezes zginął, to ludzie zostaną przekonani, że wcale tak się nie stało. Nieustannie powtarzane kłamstwo, w końcu stanie się substytutem prawdy. Tak mogło być ze wszystkim i jakaś część mnie rozumiała to od dawna. Poczułem narastający gniew.
- Widzisz co zrobiłeś, gnoju?! – usłyszałem nagle za swoimi plecami. – Przez ciebie zginął mój brat!
Jeden z oficjeli zbliżył się do mojej klatki i w duchu dziękowałem, że dzielą nas kraty. Wszyscy pozostali spoglądali na mnie wrogo i pogardliwie.
- Ale… - próbowałem się tłumaczyć, choć nic nie przychodziło mi do głowy. – To nie ja! – krzyknąłem w końcu. – Przecież to nie ja! Ja nie mam z tym nic wspólnego! To Cole! Proszę mi wierzyć, to Cole! On to zrobił!
Oficjel spojrzał na mnie z pogardą i odrazą, po czym odszedł na stronę.
W krótki czas potem znowu zasnąłem i nie jestem pewien czy stało się to przy wyłącznym udziale mojej woli, czy ktoś mi w tym pomógł. Gdy ponownie się obudziłem, byłem w celi, w której przebywam do dziś. Nie wiem, czy wtrącono mnie tu tak po prostu, czy odbył się proces, którego nie pamiętam.
Od dawna już nie krzyczę. Nie wołam już Cole’a i nie tłumaczę, że to nie moja wina. Nikt i tak nie słucha.
I jedynie nocą zdaje mi się, że odwiedzają mnie ludzie lub maszyny. I w półśnie czuję, jak strzygą mnie i myją. Czasem wydaje mi się, że słyszę ich głosy, ale nie mogę przypomnieć sobie co mówią. Ostatnio jednak czuję na wargach posmak obcych mi i niezrozumiałych słów:
- Dwubiegunowość – powtarzam szeptem, siedząc w białym kącie. – Dwubiegunowość, to dziś rzadkość. Jedyny udokumentowany przypadek, ostrożnie z nim.
I zastanawiam się, do kogo mogą należeć i kogo mogą dotyczyć.

Podpis: 

Brenin 2019
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Posłannictwo z gwiazd Krzyż Noc polarna
Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Na północy Norwegii.
Sponsorowane: 90Sponsorowane: 20
Auto płaci: 10
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.