http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
205

Posłannictwo z gwiazd

  Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W sierpniu nagrodą jest książka
Wielki Gatsby
F. Scott Fitzgerard
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Zapach deszczu.

Takie moje wspomnienia.

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
238
użytkowników.

Gości:
238
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

Książki - wybierz na Ceneo.pl

POZYCJA: 81197

81197

Pomiędzy

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
19-06-25

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Romans/Rodzina/Duchy
Rozmiar
30 kb
Czytane
319
Głosy
2
Ocena
5.00

Zmiany
19-08-02

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: Pestka11k Podpis: Katarzyna B.
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Opowiadam o życiu, miłości i nadziei... O szczęściu i nieszczęściu. Bardzo liczę na Wasze opinie!

Opublikowany w:

-

Pomiędzy

Równo tydzień temu potrącił mnie samochód.

Teraz już nie wystarcza bycie ostrożnym, przechodzenie tylko na zielonym świetle, a jeśli nie ma, to koniecznie po pasach. Człowiek idzie, rozgląda się w każdą stronę (bo przecież mało to wariatów na drogach?!), kilka razy uda mu się w ten sposób ocalić skórę, aż nagle przychodzi taki dzień, gdy nawet rozglądanie się to za mało, bo wyskoczy ci taki dureń znienacka, nie wiadomo skąd, na pełnym gazie, a ty jesteś już w połowie drogi i zanim zastanowisz się, w którą stronę uciekać, urywa Ci się film.

No i właśnie dlatego siedzę teraz tu, gdzie siedzę, a konkretnie na parapecie okna sali numer X, patrząc na moje pokiereszowane ciało przykryte lichym kocem owiniętym w poszewkę, podłączone rurkami do kilku monitorów. Tak patrzę na siebie już od tych kilku dni, obserwuje, i myślę, jak spokojnie wyglądam, zupełnie jakbym spała… Co w sumie jest prawdą, krzywię się w duchu.

Nie bardzo wiem, co się tutaj dzieje. Próbowałam przeczytać moją kartę choroby, wiszącą u wezgłowia łóżka, ale nagle jakbym utraciła zdolność czytania. Patrzyłam na opis, litera po literze, i nic mi to nie mówiło. Jak można zapomnieć liter? Nie lepiej było z rozmowami, które toczyły się przy moim łóżku. Nic nie słyszałam. Mogłam tylko obserwować lekarzy, pielęgniarki i rodzinę, jak stają nade mną i poruszają ustami, z których nie wydobywał się jednak żaden dźwięk. Słyszałam pikanie maszyn, jakieś niewyraźne szumy, szuranie butów o wykładzinę, ale nic więcej. Gdzie ja, do cholery, się znalazłam?

Jak na razie tylko jedna rzecz nie umknęła mojej uwadze.

Przebywałam tu już tydzień.

I cały czas spałam.


*

Pierwszy raz zobaczyłam siebie na sali operacyjnej. Nie od razu zorientowałam się, że patrzę na swoje własne ciało. Chyba byłam w szoku. Nagle znalazłam się w sali pełnej ludzi w zielonych kitlach, czepkach i maseczkach na twarzach, pikających monitorów, i szafek pełnych różnych medykamentów. A pośrodku tego wszystkiego stół z leżącym nań czyimś ciałem, i twarzą dziwnie podobną do mojej własnej, rozkrawanym właśnie przez jednego z lekarzy srebrnym skalpelem. Zanim zdołałam wrzasnąć, inny z lekarzy wskazał coś na monitorze, po czym nastąpiło wielkie poruszenie, jakaś kobieta wbiła strzykawkę w nieruchome ciało, ktoś inny chwycił dwa czarne prostokąty i przyłożył do mojej piersi. Poczułam wstrząs, oderwałam się od podłogi i z powrotem wskoczyłam w swoje ciało.


*


W sali numer X zjawiłam się równo tydzień temu. Patrzyłam jak lekarze wwożą tu moje ciało, przenoszą na łóżko, widziałam matkę, czule otulającą mnie kołdrą (dziwne, bo gdy ostatnio się z nią widziałam, wrzeszczała na mnie jak opętana, że marnuje swoje życie z nieodpowiednim facetem - w czym, teraz to widzę, miała zapewne rację, bo ten sukinsyn nawet mnie nie odwiedził).

Siedziałam więc już tak od tygodnia, koczując przy swoim własnym łóżku, obserwując ludzi, którzy się tu kręcili, nadzwyczaj troskliwą matkę, mrukliwego jak zwykle ojca, zapłakaną siostrę, a nawet księdza modlącego się nad moim ciałem (oj, mamo, naprawdę musiałaś?). Przez pierwsze dwa dni tkwiłam w dziwnym odrętwieniu. Patrzyłam na wszystko obojętnie i siedziałam tylko na tym parapecie, nie odczuwając zimna, głodu, chłodu, bólu, niczego.

Aż w pewnej chwili poczułam narastającą we mnie panikę. Patrzyłam na zgromadzony w sali tłumek lekarzy i stażystów oraz stojących niepewnie w drzwiach ojca i matkę, i ogarnął mnie jakiś szał. Zaczęłam krzyczeć, skakać naokoło nich, próbując zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Bez skutku. Byłam niewidoczna. Raczej nie jestem panikarą, dlatego atak ten nie trwał długo. Po kilku minutach bezsensownej szarpaniny usiadłam z powrotem na parapecie i, zagryzając dolną wargę (co robiłam zawsze, gdy się denerwowałam), zaczęłam szukać wyjaśnienia tej całej popieprzonej sytuacji.

Przede wszystkim dokładnie przypomniałam sobie moment wypadku.


*


Rozejrzałam się uważnie przed przejściem dla pieszych, weszłam na drogę, a gdy już doszłam do połowy, nagle usłyszałam z prawej strony wielki ryk, spojrzałam tam, oślepiło mnie ostre światło, chyba ktoś mnie wołał, ale ja nagle nie wiedziałam, co robić, bo światła zaczęły skakać z jednej strony na drugą, jakby osoba prowadząca auto straciła nad nim panowanie, w końcu zrobiłam krok w tył i to był błąd, zostałam uderzona i wyleciałam w powietrze. Przytomność straciłam dopiero gdy upadłam kilkanaście metrów dalej, uderzając głową w coś twardego.

Wystarczył ułamek sekundy.

Sekunda zawahania kosztowała mnie… Co? Utratę życia? Czy ja jeszcze żyję? Dobrze rozumiem, że moja dusza odłączyła się od ciała? Jednak nie uleciała zbyt daleko… Czyli co? Żyję? Nie żyję? Leżę w szpitalnym łóżku, przynajmniej fizycznie, co sugerowałoby, że owszem, żyję. Inaczej leżałabym, ale w kostnicy… Stąd wniosek, że żyję. Tylko na jakich warunkach? Jakiś czas temu próbowałam wyjść z pokoju, odkryłam jednak, że to niemożliwe. Będąc przy drzwiach, poczułam w sobie opór, nie mogłam wystawić za drzwi nawet stopy. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i musiałam szybko zawrócić, inaczej bym się przewróciła. No dobra, czyli nie mogę stąd wyjść ani oddalić się od swojego ciała. Dlaczego? To ja w końcu żyję czy nie żyję?

Podeszłam do monitorów, do których byłam podpięta. Nie miałam pojęcia, który co oznacza, nie wiedziałam, gdzie jestem i dlaczego, denerwowało mnie, że nie mogę nawet nic przeczytać.

Nie lubiłam się denerwować, może więc lepiej o tym nie myśleć i pozostać obojętną…

Wróciłam na parapet.


*


Nie potrzebuję snu.

Nie odczuwam głodu.

Nie czuję bólu.

Nie mogę przenikać przez meble.

Świadczy o tym już sam fakt, że mogę swobodnie siedzieć na parapecie. Fajny jest. Taki szeroki, wciągam na niego cały tyłek, podkurczam nogi i siadam taka skulona. Lub po turecku. Czasem też kładę się na nim i godzinami gapię w sufit.

Co ja tu robię?

Wczoraj odwiedziła mnie mama. Przyniosła książkę, którą ostatnio zaczęłam czytać, poznałam po okładce. Widziałam, że czyta. Obróciła dwie kartki, po czym się rozpłakała. Myślała, że jej nie widzę.

Po co tu jestem?

Siostrę widziałam jeszcze tylko raz. Na drugi dzień po wypadku. Pewnie wróciła do Warszawy, gdzie ma kupione mieszkanie. Razem z Radkiem, jej mężem, muszą ciężko pracować, żeby jak najszybciej spłacić kredyt, na który go wzięli. Nie winie jej za to. Life is life, jak śpiewał Hernig Rüdisser.

Długo tu będę tkwić?

Jedynym, w miarę rozsądnym, wytłumaczeniem zaistniałej sytuacji było to, że wprowadzono mnie w śpiączkę farmakologiczną. Zostałam niemal rozjechana przez samochód, pewnie nieźle mnie poharatało, w dodatku na sto procent uderzyłam się w głowę. To chyba cud, że nadal żyję. Ale czy na pewno żyję? Co chwilę wraca do mnie to pytanie. I stąd też wniosek o śpiączce. Żywa, choć nieżywa. To by się zgadzało. Lecz wciąż nie tłumaczy, dlaczego moja dusza znajduję się poza ciałem. Jestem na granicy śmierci? Coś mi grozi? Więc czemu nikt z tym nic nie robi?

Nagle wyczuwam w pokoju czyjąś obecność, lecz nie od razu zwracam na to uwagę. Kilkanaście razy dziennie przewijają się tędy lekarze, pielęgniarki, salowe, kilka razy zostałam nawet wywieziona na jakieś badania (nie wiem jakie, i tym razem nie udało mi się opuścić sali). W każdym razie przestałam zwracać uwagę na otoczenie. Po prostu leżałam, ewentualnie siedziałam, obojętna na wszystko, i czekająca… na coś. Nie miałam pojęcia, na co. Po co się nad tym zastanawiać? Jeśli to sami lekarze wprowadzili mnie w śpiączkę, to gdy mój stan się poprawi, na pewno mnie wybudzą. Pewnie mam uszkodzone organy wewnętrzne. Czytałam kiedyś, że wprowadzenie pacjenta w stan śpiączki farmakologicznej sprzyja procesowi gojenia…

Nie wiem, czy sprawdza się to w moim przypadku. Na razie jedyne, co zaczęłam odczuwać, to nieznaczny ból głowy, pewnie od nadmiaru myślenia.

Tymczasem zawisł nade mną jakiś cień. Zamarłam. Uświadomiłam sobie, że to pierwszy raz, odkąd tu jestem, kiedy ktoś zbliżył się do tego okna. Oprócz niego znajdowało się tu jeszcze jedno, nieco mniejsze. Każdy zawsze szedł do tamtego. Na początku trochę mnie to dziwiło, napawało też niejakim optymizmem. A więc oni mnie wyczuwają, wiedzą, że tu jestem! Zaczynałam skakać przez takimi osobami, próbowałam ich dotknąć, chociaż czułam, że to i tak nic nie da. I nie dawało.

A teraz ten cień. Pierwszy raz od tygodnia.

Przekręciłam głowę na bok i ujrzałam flanelową koszulę w czerwono-niebieską kratkę. Spraną i wymiętą. W niewiele lepszym stanie była dżinsowa kurtka, którą miał na sobie facet. Nooo, trafił mi się jakiś facet. Jak w komedii romantycznej. Teraz powinien mnie zobaczyć lub usłyszeć moje myśli. Z początku będzie nie dowierzał, pomyśli, że wariuje, ale ostatecznie ocali mi życie, zakochamy się w sobie po uszy i dorobimy gromadki słodkich dzieciaczków. Będzie bogiem seksu z ogromnym penisem, portfelem i sercem, kaloryferem na brzuchu, pięknie przystrzyżonym zarostem i modną fryzurą, a ja zacznę chodzić do kosmetyczki, ubierać się w najmodniejsze ciuchy oraz nosić szpilki i piękny makijaż, w którym w końcu zacznę wyglądać jak kobieta.

Jakie to życie jest jednak przewrotne!

Facet nie był ani nadmiernie przystojny, ani modnie ubrany, ani nie wyglądał na bogacza. A drugie, co mi się rzuciło w oczy zaraz po ciuchach, to jego nierówno przystrzyżona broda i włosy - rude!

Przez chwilę bałam się nawet głębiej odetchnąć. Nie wiem czemu. Przecież nie mógł mnie widzieć. Ani słyszeć. Prawda?

A jednak stał nade mną ze zmarszczonym czołem, jakby się nad czymś głęboko zastanawiał.

- Wujku! - usłyszałam nagle. Bóg mi świadkiem, że gdybym nie była duchem, zeszłabym na zawał. Facet odwrócił się od okna i podszedł do dziewczynki, która wbiegła do sali i rzuciła się mu na szyję. - Chciałam się pożegnać. Mama dostała pilną wiadomość z kancelarii, musimy wracać do Warszawy. Chciała jechać z hotelu prosto na lotnisko, ale uparłam się, że najpierw chce się pożegnać z tobą i ciocią Alicją…

Nawet nie wiedziałam, kiedy wstałam z parapetu. Objęłam się ramionami i patrzyłam oniemiała na, na oko siedmioletnią, dziewczynkę. Ta w międzyczasie podeszła do łóżka, na którym leżałam i zaczęła opowiadać z prędkością karabinu maszynowego, że strasznie mnie przeprasza, zostałaby dłużej, ale to i tak cud, że mogła tu przyjść, bo mama nie chciała, żeby oglądała mnie w takim stanie, i że ona tego nie rozumie, bo przecież wcale tak strasznie nie wyglądam, a poza tym ona jest już duża i naoglądała się wystarczająco dużo serialu „Szpital”, żeby wiedzieć, jak to wygląda od środka, i że w serialu widywała ludzi gorzej wyglądających ode mnie, bo ona chcę zostać lekarzem, dlatego nie przerażają jej takie rzeczy, więc mama się ostatecznie zgodziła, ale musiała jej obiecać, że wróci na dół najdalej za dziesięć minut…

- Sara? - wydukałam w końcu zaskoczona. Co jest grane? Przecież widziałam ją całkiem niedawno, ale wtedy była dwa razy mniejsza i o wiele mniej rozgadana. Chociaż zaraz… Kiedy ja ostatnio odwiedzałam siostrę? Bo to, że stoi przede mną jej jedyna córka, nie podlega dyskusji. Młoda jest tak podobna do Justyny, że ta się jej nigdy nie wyprze, choćby chciała. Z ukłuciem wstydu uświadomiłam sobie, że faktycznie, nie odwiedzałam siostry już od wielu lat. Gdzie Warszawa, gdzie Kraków… No dobra, odległość może nie jest jakaś tragiczna, ale wiecie jak jest. Praca, mój rozkwitający związek z Konradem, rosnący czynsz za mieszkanie, brak urlopu… Teraz jednak, widząc moją wyrośniętą siostrzenicę, wszystkie wcześniejsze argumenty wydały mi się nic nie wartymi wymówkami.

- Wujku?

Sara rozejrzała się nerwowo po pokoju. Podszedł do niej Rudy (patrząc na niego z dystansu, wydał mi się jakiś dziwnie znajomy i już wiedziałam, kim był - bratem Radka) i coś powiedział.

- Wydawało mi się, że mnie wołasz… - odparła niepewnie dziewczynka. I wtedy coś mnie tknęło.

- Sara! - zawołałam, doskakując do niej.

- Znowu, słyszysz!? - zakryła rękoma uszy i skuliła się w ramionach wujka. - Coś krzyknęło prosto do mojego ucha! - Marek, bo właśnie tak miał na imię, pogłaskał ją uspokajająco po ramionach, tłumacząc coś ze spokojem. Nie słyszałam z tego ani słowa. Słyszałam za to wyraźnie słowa Sary! Serce waliło mi jak młotem. - Chcę stąd wyjść - powiedziała. Zdrętwiałam.

O nie, wystraszyłam ją! Nie, nie, nie! Nie mogę pozwolić jej wyjść! Jest pierwszą i prawdopodobnie jedyną osobą, która mnie słyszy! A ja słyszę ją!

- Proszę, nie wychodź - powiedziałam, starając się powściągnąć emocję. Spokój. Tylko spokój nas uratuje. Sara znieruchomiała, jej oczy spoczęły na moim nieruchomym ciele na łóżku. - Wiem, że to dziwne i się boisz. Ja też. Ale słyszysz mnie, prawda? To ja, ciocia Ala.

- Wujku. Ten głos. On prosi żebym została. To ciocia. - wyszeptała. Niemal poczułam jak Marek cały się spina. Czekałam aż odepchnie od siebie Sarę, wyrzuci ręce w górę i zacznie wrzeszczeć na nią, żeby nie opowiadała głupot. Nic takiego się nie stało. Może dlatego, że w tym momencie do sali weszła Justyna. Z jej twarzy biło niezadowolenie i złość.

To koniec. Zaraz wywlecze stąd córkę i już nigdy nie wrócą. Widziałam wyraźnie, że właśnie to zamierza zrobić. Wtedy jednak podszedł do niej Marek i zaczął coś tłumaczyć. Nic nie złościło mnie teraz bardziej niż to, że nie słyszę, o czym rozmawiają. Poczułam znowu, że zaczyna mnie boleć głowa.

W końcu Justyna podeszła do córki i coś jej długo tłumaczyła. Ludzie, ile to jeszcze potrwa? Zabieraj ją stąd i spadajcie! Nie chcę was widzieć! Chcę mieć święty spokój! Co to w ogóle za głupie wymysły z mojej strony, że mogłaby mi pomóc siedmiolatka? Niby w czym? Chcę wracać na swój parapet!

- Dobrze, mamo - uśmiechnęła się Sara i uściskała ją. Razem z Markiem pomachali oddalającej się Justynie. Otworzyłam szeroko oczy ze zdumienia. Została?

O Boże, została!

- Ciociu, jesteś tu? - spytała, marszcząc brwi, zupełnie jak jej tata. Podeszła do łóżka i pogłaskała mnie po czole. - Słyszysz mnie? - Bałam się odezwać. - Nie, wujku, to bez sensu. Przecież ciocia jest nieprzytomna, nie może ze mną rozmawiać…

- …

- Ale to było co innego, to był sen… Babcia mi się przyśniła. O rany, ale przecież babcia już wtedy nie żyła… - zmartwiła się nagle. Marek cały czas kucał obok niej i coś mówił. Cholera, co to za facet, który wierzy dziecku, gdy to mówi mu, że słyszy jakiś głos z zaświatów? To było mega dziwne. - Ciociu, jeśli mnie słyszysz, mrugnij… No tak, niby jak, skoro jest nieprzytomna - palnęła się w czoło, co z kolei tak skojarzyło mi się z siostrą, że aż parsknęłam śmiechem. Natychmiast znieruchomiała. - Ciociu?

- Tak - wykrztusiłam w końcu.

- Oh, ciociu, a więc jednak mnie słyszysz! I jesteś tu! Zaczęłam już myśleć, że wszystko mi się przyśniło… Sen na jawie, tak się mówi? Dziwnie się czuję gadając do ciebie, gdy leżysz taka nieprzytomna, ale wujek Marek mówi, żebym się nie bała. Twierdzi, że mam dar, który pozwala mi słyszeć rzeczy, których nie słyszą normalni ludzie. Kiedyś próbowaliśmy pogadać z mamą, to znaczy o tym, co myśli na temat duchów, ale zrobiła się trupio blada, po czym oznajmiła, że duchy nie istnieją i nie chce nigdy więcej słyszeć nic na ich temat… Teraz zgodziła się, abym tu została, ale tylko pod warunkiem, że następnego dnia wujek osobiście przywiezie mnie do Warszawy. Oczywiście nic nie mówiliśmy jej o tym, że cię słyszę, poza tym jest sobota, więc mam wolne… Przepraszam, że z początku chciałam stąd uciekać, ale krzyknęłaś tak głośno, że się wystraszyłam. Ale już się nie boję… Co? - przerwała i spojrzała na Marka. - No tak. Prawda. Wujek prosi, żebym opanowała swoje gadulstwo i dała tobie coś powiedzieć. Powiesz coś? - spojrzała wyczekująco w moją nieruchomą twarz.

- Tu jestem - wydukałam.

- Co? Gdzie? - Sara rozejrzała się po pokoju.

- Tu. Po drugiej stronie łóżka.

Wytrzeszczyła oczy.

- Wujku, ciocia siedzi naprzeciwko nas! To znaczy jej duch… Dusza? Jej dusza jest poza ciałem? Ale dlaczego?

- Ja… Trochę o tym myślałam. - Nie byłam pewna, ile i jakimi słowami mogłam powiedzieć siedmiolatce. Jednak ostatecznie tylko ona mnie słyszała… Trudno, najwyżej stwierdzi, że zwariowałam. - Widziałam siebie na sali operacyjnej, tam też byłam poza ciałem, ale lekarzom udało się przywrócić mnie do życia, przynajmniej tak sądzę, i przez jakiś czas byłam znów całością. Potem znowu coś się stało, nie wiem co, ale już od tygodnia tkwię poza ciałem i… strasznie boli mnie głowa… - Sama słyszałam, jak fatalnie to brzmi, ale nic to, słowa już wybrzmiały. Słuchałam jak Sara powtarza wszystko Markowi i myślałam: jakie to ma znaczenie?

- Wujek mówi, że widział nagranie z twojego wypadku, jakiś dzieciak zdążył nagrać go komórką i wrzucił na youtube. Podobno wyglądało to koszmarnie, chociaż twoje obrażenia wcale nie są tak rozległe, jak by się mogło wydawać. Najgorszy okazał się uraz głowy, bo upadłaś prosto na jakiś wielki kamień. Do tego masz pęknięte żebro, nadgarstek i… - zamilkła raptownie, a ja poczułam nieprzyjemne ściskanie w żołądku. Popatrzyłam na Marka, na jego zaciśnięte usta. Najwyraźniej coś przede mną ukrywali. Tylko co? Zanim jednak jakaś nieprzyjemna myśl zakiełkowała w mojej głowie, Sara stwierdziła: - Czyli jesteś duchem.

- Na to wygląda - odparłam, godząc się z tą zmianą tematu.

- Ale przecież ty żyjesz! - wykrzyknęła.

- Jestem w śpiączce. Chyba…

- Ale… Wujku, czy ciocia jest w śpiączce?

- …

- Jesteś. Nie wiedziałam. - Posmutniała.

Nagle zaczęłam mieć dość tej dziwnej rozmowy.

- Saro… Nie wiem, co jest grane. I nie wiem, czemu tu jestem. Ale coś jest nie tak z moją głową. Boli coraz bardziej. Dlatego… może wyjdźcie już, ok.? - Chciałam zostać sama i pomyśleć. Chciałam wrócić na parapet i uciec od myśli, które nagle zaczęły bombardować mój umysł.

Sara zaczęła coś mówić do Marka, który najpierw obrzucił zamyślonym spojrzeniem miejsce, gdzie stałam, a następnie wyszedł z sali. Sara pobiegła za nim, niemal depcząc mu po piętach. Nie wracali przez jakieś piętnaście minut, które dłużyły mi się w nieskończoność, aż w końcu pojawili się w drzwiach, a wraz z nimi pielęgniarka i lekarz. Cofnęłam się spod łóżka pod ścianę, chociaż moja dusza nie mogła nikomu przeszkadzać. Czułam, że puls mi przyspiesza, a głowę ogarnęło jakieś tępe pulsowanie. Zobaczyłam na twarzy lekarza, z trudem maskowane, zniecierpliwienie, jednak jego ruchy i gesty były spokojne, gdy wydawał pielęgniarce polecenia. Sara z Markiem zostali wyproszeni na korytarz, lecz zaraz, gdy tylko przeniesiono mnie na mniejsze łóżko i wywieziono z sali, dziewczynka wślizgnęła się do pustego pokoju.

- Jesteś tu?

- Jestem - odparłam.

- Pojechali prześwietlić ci głowę. Wujek musiał dać w łapę lekarzowi, bo ten stwierdził, że wydziwia… Tato! - wykrzyknęła nagle i zniknęła z mojego pola widzenia. Nie podniosłam oczu, nagle bardzo zainteresowana małym pajączkiem, misternie zaplatającym pajęczynę w lewym, górnym rogu pokoju. - Myślałam, że pojechałeś z mamą, nie mówiła, że zostajesz. Cioci nie ma, zawieźli ją na badania. Ale ty przecież za nią nie przepadasz, nie było cię tu ani razu…

- To nie tak, że za nią nie przepadam. Po prostu dużo pracuję…

- Ciocia mówiła zawsze to samo…

Przestałam słuchać, tak samo jak przestałam widzieć pająka. Duchy potrafią płakać? Bo właśnie łzy przesłoniły mi cały widok. Otarłam je wściekłym gestem i nie potrafiąc się dłużej powstrzymać, popatrzyłam w stronę drzwi. Stał tam. Wysoki, przystojny, w długim, ciemnym płaszczu, ze zmierzwionymi włosami i kilkudniowym zarostem na nieco kanciastej szczęce. Uśmiechał się do Sary, lecz ten uśmiech nie sięgał oczu. One były pełne niepokoju. A gdy spojrzał ponad jej ramieniem w stronę pustego łóżka, na jego twarzy odmalowała się cała gama uczuć - od smutku i żalu, po bezgraniczną rozpacz i... Bałam się to nazwać.

Nie mogąc znieść tego widoku, wdrapałam się na parapet i skuliłam w kącie, byle dalej od niego.

Słyszałam go. Słyszałam go nawet teraz. Boże…

I wszystko do mnie wróciło.


*


Radka poznałam w dniu ślubu mojej siostry.

Po dwóch latach znajomości postanowili się pobrać, gdy okazało się, że Justyna jest w trzecim miesiącu ciąży. Banalna historia, jakich wiele, jednak gdy rozmawiałam z siostrą przez telefon, słyszałam wyraźnie, że jest zakochana po uszy i uwielbia swojego faceta ponad wszystko, zresztą z wzajemnością. O Radku wypowiadała się w samych superlatywach, rodzice także byli nim zachwyceni, dlatego byłam pewna, że zaopiekuje się on moją starszą siostrzyczką i zapewni jej oraz dziecku wspaniałą przyszłość. Bo niby czemu nie?

Justyna, zaraz po liceum, przeniosła się do Warszawy, gdzie rozpoczęła studia, zaś ja zostałam w Krakowie. Najpierw skończyłam liceum, a później szkołę policealną dla opiekunek dziecięcych. Nasze ścieżki przeplatały się kilka razy do roku, najczęściej przy okazji świąt lub innych uroczystości rodzinnych. Kilka lat po przeprowadzce usłyszałam o Radku, oboje przyjechali nawet do domu na uroczysty obiad, lecz ja już wtedy byłam za granicą. A dokładniej w Niemczech, gdzie za pośrednictwem jednej z firm, zostałam zatrudniona w pewnym domu jako opiekunka do dzieci. Spędziłam tam rok, i pewnie zostałabym dłużej, gdyby nie ślub Justyny. Stwierdziłam, że koniec tego dobrego. Trochę kasy się uzbierało, czas wracać do domu, a co jak co, ale ślubu własnej siostry przegapić nie mogłam!

Wróciłam więc do Krakowa, gdzie miały odbyć się uroczystości, ubrałam zakupioną jeszcze w Niemczech kieckę, zaplotłam włosy w misternego koka, umalowałam się i byłam gotowa.

A przynajmniej tak mi się wydawało.

Mówią, że TO się czuję. Że gdy spotka się tą prawdziwą, jedyną miłość, od razu się o tym wie. To jak błysk, uderzenie pioruna, trzęsienie ziemi… Bzdura, powtarzałam zawsze. Nic takiego nie istnieje. Znam mnóstwo par, które pobrały się z rozsądku i są szczęśliwe, nauczyły się kochać siebie nawzajem i szanować. Dlatego zawsze przewracałam oczami, ilekroć słyszałam stwierdzenie „to była miłość od pierwszego wejrzenia”.

- Chyba pożądanie od pierwszego wejrzenia - śmiałam się zawsze.


*


Na ślub się oczywiście spóźniłam. Przycupnęłam więc skromnie gdzieś z tyłu, sama, bo jakoś nie udało mi się żadnego Niemca namówić, żeby tu ze mną przyjechał, a dawne kontakty w Polsce mi się nieco pourywały. Postanowiłam zrobić siostrze niespodziankę i pokazać się jej dopiero przed kościołem, podczas składania życzeń. I tak też zrobiłam. Stojąc w kolejce, obejrzałam sobie dokładnie tego jej pana młodego, przystojniak z niego co nie miara, widać było, że porządny facet, nie jakiś siuśmajtek z dwoma lewymi rękami do roboty. Byłam dumna z siostry i szczęśliwa, że trafił jej się taki facet.

Niespodziewanie jednak ów facet uniósł wzrok i nasze oczy się spotkały, a ja poczułam dziwny dreszcz przechodzący wzdłuż kręgosłupa. A potem wszystko zamarło. Oddech, pulsowanie krwi, powietrze. Czas stanął w miejscu. Grunt usunął mi się spod nóg. Same banały! Trwało to ułamek sekundy, po którym wszystkie bodźce zbombardowały mnie ze zdwojoną siłą i zaczęłam sapać jak lokomotywa. Co to było, do jasnej cholery?! Stałam jak sparaliżowana, dopóki ktoś nie popchnął mnie od tyłu, prosto w ramiona siostry.

- Ala! - wykrzyknęła na mój widok radośnie, ściskając mnie, następnie przedstawiając swojego męża. Nadal lekko oszołomiona, tylko przelotnie na niego spojrzałam, powiedziałam jak miło go poznać, życzyłam im szczęścia, po czym szybko się ulotniłam.


*


- Tato, idziesz?

- Jeszcze chwileczkę…

Do sali wszedł Marek. Teraz, widząc braci obok siebie, trudno mi było uwierzyć, że są ze sobą tak blisko spokrewnieni. Choć charaktery mieli podobne, wyglądali zupełnie inaczej.

Dlaczego nie mogłam zakochać się w Marku?

- Zamykałem ważne dochodzenie, nie mogłem wyrwać się wcześniej… - powiedział Radek w odpowiedzi na jakieś pytanie brata.

No tak. Wielki pan detektyw.

Sama już nie wiem, czy zawsze był taki ambitny, czy rzucił się w wir pracy z mojego powodu? Nie rozmawialiśmy ze sobą zbyt często, unikałam go jak ognia. Czułam się wręcz zażenowana tym, jak zaczynałam się jąkać w jego obecności, wszystko leciało mi z rąk, a policzki oblewał rumieniec. Przy mężu mojej siostry! Starałam się więc trzymać z daleka i jak tylko wracał do domu - ja z niego jak najszybciej znikałam.

Dopiero po narodzinach Sary, gdy zostałam jej matką chrzestną, moje wizyty w Warszawie stały się częstsze, przez co, niestety, nie dało się już robić takich uników. Radek okazał się być świetnym ojcem, kompletnie oszalał na punkcie córki, a ja z czasem nauczyłam się na tyle nad sobą panować, aby móc przebywać z nim w jednym pomieszczeniu i nie robić z siebie idiotki.

Niestety to, co dobre, szybko się kończy.

Znam się nieco na psychologii, obserwowaniu ludzi, ich zachowań i reakcji. Nie mogłam więc być ślepa na spojrzenia, które posyłał mi Radek. Czułam na sobie jego wzrok, gdy bawiłam się z Sarą lub zmieniałam jej pieluchę. Kilka razy uchwyciłam te spojrzenia. Czyżby czuł to samo, co ja? Trwało to tygodniami. Obserwowaliśmy się, ostrożnie i ukradkiem, jednocześnie zachowując dystans i czystko przyjacielskie stosunki. Byłam coraz bardziej zafascynowana tym, jak wiele spraw nas łączy, jak doskonale się rozumiemy, jak cudowny jest jego uśmiech, taki seksowny, gdy unosił mu się do góry prawy kącik ust. Moje serce biło szybciej już na samą myśl o nim. Coraz bardziej brakowało mi jego widoku. Rozmowy. Towarzystwa...

Zaczynało się więc robić niebezpiecznie, a że uważam się za osobę odpowiedzialną, musiałam coś z tym zrobić i to jak najszybciej.

Tu muszę dodać, że oboje nas, mnie i Radka, cechowały wierność i lojalność. Radek miał dziecko z moją siostrą. Wspólny dom. Kredyt. Miłość. I wiedziałam, że z tego nie zrezygnuje. Tak samo jak ja nie wyobrażałam sobie nakłaniać go do tego i rozbić ich związku. Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. Wręcz pogardzałam kobietami, które bez skrupułów rozbijały cudze małżeństwa. I ja miałabym być jedną z nich? W dodatku zrobić to własnej siostrze i jej dziecku? Nigdy w życiu!

Trwało to nieco ponad dwa lata. Nie wytrzymałam dłużej. Ulotniłam się. Zabunkrowałam na stałe w Krakowie, przestałam do nich przyjeżdżać, ograniczyłam kontakty - najpierw do minimum, a z czasem całkowicie. Rzuciłam się w wir pracy, poznałam Konrada, imprezowałam... Czyli robiłam wszystko, aby zapomnieć. I było mi z tym dobrze.

A przynajmniej tak wtedy myślałam.


*


Z zamyślenia wyrwał mnie huk. Spojrzałam zdumiona na Radka, który stał ze spuszczoną głową i zaciśniętymi pięściami. W ścianie naprzeciwko dostrzegłam niewielkie wgłębienie. Od uderzenia? W tym momencie w progu stanęła Justyna.

- To nie czas na takie rozmowy - powiedział Radek, nie odwracając się. - Jakie to ma znaczenie? Zawsze byłem ci wierny. - Justyna podeszła do niego i położyła mu rękę na ramieniu, mówiąc coś, na co mężczyzna odwrócił się i popatrzył na nią stanowczo. - To nieprawda, ja… - Justyna odpowiedziała mu bladym uśmiechem. - Słuchaj, to nie tak. Zawsze byłaś dla mnie ważna. Jesteście. Obie, z Sarą. - Objął ją dłonią za kark i spojrzał głęboko w oczy. - Kocham was - powiedział i wiedziałam, że mówi prawdę.

- Ale ją bardziej.

Wzdrygnęłam się, słysząc nagle wyraźny głos Justyny.

- Co? To nie…

- Przestań - przerwała mu łagodnie. - Już od dawna to podejrzewałam, lecz bałam się przyznać nawet sama przed sobą. Kochałam cię, kocham, i to się nigdy nie zmieni. Mamy wspaniałą i mądrą córkę, spędziliśmy razem cudowne lata. Ale… po tym, co się stało… - przyłożyła palce do skroni, walcząc ze łzami. - Ja tak dłużej nie mogę. Nie potrafię. Chciałabym… Chcę, żebyś wiedział, że jakąkolwiek podejmiesz decyzję… - załamał jej się głos. - Cokolwiek postanowisz… Nie zatrzymam cię. Kocham was oboje. Chcę mieć was oboje. Ja… - Radek objął ją z całej siły, gdy się rozpłakała. - Była w ciąży, wiesz? - powiedziała między jednym drżącym oddechem, a drugim, nie powstrzymując już łez.

Stałam oniemiała, nie potrafiąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszałam. Justyna była gotowa dać Radkowi rozwód, aby mógł być wreszcie szczęśliwy… ze mną? Przecież to absurdalne! Nie mogę się na coś takiego zgodzić! Nie mogłabym… A może tak? A może…

Dziecko.

Miałam dziecko?

Przypomniało mi się wymowne milczenie Sary, gdy informowała mnie o moich obrażeniach. To dlatego trafiłam wtedy na tamto przejście. Właśnie dowiedziałam się o ciąży. Szłam do Konrada. Dziecko mogło być tylko jego.

A on nawet mnie nie odwiedził…

Błagam, Boże, daj mi jeszcze jedną szansę! Daj mi żyć!

Lecz już po chwili zorientowałam się, że to, czego chcę, może nie mieć już znaczenia.

Jeśli moja dusza pompowałaby w tym momencie krew, zostałaby ona zmrożona w jednej sekundzie przez rozpaczliwy krzyk, który właśnie usłyszałam. Podbiegłam do drzwi w samą porę, żeby zobaczyć miotającą się po korytarzu Sarę. Marek próbował ją pochwycić, ale dziewczynka wyrywała się i krzyczała.

- Nie!!! Nie ciocia!!! Ona tam jest!!! Była tam!!! Pomóżcie jej!!!

W drzwiach minęli mnie Radek z Justyną.

- Co się stało? - spytał zaniepokojony Radek. Pierwszy raz widziałam jak ktoś gwałtownie blednie.

- Nie!!! Nieeee!!! - wrzasnęła znowu Sara. - Tam nie było żadnego guza!!! Jaki tętniak!!! Ratujcie ją, błagam….!!! - zakwiliła, tłukąc na oślep pięściami. Justyna podbiegła do niej i z zadziwiającą siłą chwyciła mocno i objęła. Dziewczynka wczepiła się w jej ramiona, jej ciałem wstrząsał szloch. - Doktor powiedział, że już za późno… Mamooo… Mówiłaś… że… nigdy… nie… jest… za… późno!!! - załkała.

Dopiero po kilku chwilach zorientowałam się, że stoję na środku korytarza, chociaż wcześniej nie mogłam postawić na nim nawet stopy. To niemożliwe. To nie może się tak skończyć, kołatało mi się w głowie. Miałam żyć… Chciałam żyć… Powinnam…

- Ja tu jestem - powiedziałam ochrypłym głosem. - Jestem tu. Nie umarłam. Sara! - krzyknęłam, lecz tym razem nie doczekałam się odpowiedzi. - Ja wciąż tu jestem - szepnęłam. - Pomiędzy wami.

Lecz nikt mnie nie słyszał.

Podpis: 

Katarzyna B. 05.-06.2019
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Zapach deszczu. Krzyż Noc polarna
Takie moje wspomnienia. Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Na północy Norwegii.
Sponsorowane: 21
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 10
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100

 

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.