http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
120

Posłannictwo z gwiazd

  Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We wrześniu nagrodą jest książka
Podpalaczka
FStephen King
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Dzień życia dniem śmierci

Z uwagi na pojawiające się wątpliwości-tekst jest od początku do końca fikcją.

Krzyż

Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie.

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
226
użytkowników.

Gości:
226
Zalogowanych:
0
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81198

81198

Murdo

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
19-07-05

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Thriller/Kryminał/Zbrodnia
Rozmiar
23 kb
Czytane
188
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
19-08-14

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: DoktorUboot Podpis: Doktor U-boot
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Tajemnicza historia człowieka, który znalazł się tam, gdzie nie powinien.

Opublikowany w:

Opowiadania pl

Murdo

Jestem już kilka dni w drodze z Seattle do Milwaukee. Nie czuję się ani trochę zmęczony. Wręcz przeciwnie. Jazda samochodem relaksuje mnie jak nic na tym świecie. Moje odrobinę zbyt drogie auto samo się prowadzi. Mijam unieważnione przez noc bezludne i pagórkowate okolice należące do stanu Dakota. Jest ze mną Billy, mój kochany czarny golden retriever. Śpi na tylnej kanapie, można by pomyśleć, że właściwie go nie ma. Megan mówiła, żebym go nie zabierał w tak długą trasę. Myślę o niej i o jej coraz większym brzuchu. Piąty miesiąc, imię wybrane - po prostu Jane. Przede mną jest tylko niekończący się tunel o ścianach z pomarańczowego światła przydrożnych lamp sodowych.

Jest około pierwszej w nocy. Mam przy fotelu wielki kubek kawy. Upiłem z niego mniej niż połowę. W ogóle nie chce mi się spać. Stukam palcami po kierownicy, z radia leci jakiś kawałek Soundgarden. Znajduję się w pełnej przytomności.

Nagle tuż przed moją maską wybuchają dwa przednie reflektory jakiegoś auta. Ułamek sekundy. Skąd się tam wziął? Przecież jechałem swoim pasem, jego zdecydowanie nie powinno tam być. Niemożliwe, żebym gdzieś się zapatrzył albo przysnął i zmienił pas. Wyrósł jak spod ziemi.

Nie słyszę huku wywołanego zderzeniem, nie słyszę jęku gniecionych blach i pisku opon. Nagle po prostu wszystko znika, dematerializuje się, jakby czarna dziura w jednej chwili wessała moją świadomość niczym kosmiczny odkurzacz.

---

Stopniowo odzyskiwałem zmysły. Najgorzej było ze wzrokiem. Ciemność nie chciała się rozstąpić. Do moich uszu jakby zza stalowej przegrody dolatywało z trudem wątłe echo czyjejś pobudzonej rozmowy. Potem tama otaczającego mnie mroku została zerwana przez dwa silne źródła światła. Instynktownie i może nieco zbyt rozpaczliwie zamrugałem oczami. Jak człowiek obudzony z głębokiego snu na więziennej pryczy. Dwie latarki - jedna z prawej, druga z lewej strony - trzymane przez dwa czarne i rozmazane kontury. Ta z prawej ani drgnęła, uparcie mierzyła we mnie nieruchomym, badawczym snopem. Ta z lewej krążyła niespokojnie we wszystkich kierunkach nie odsłaniając niczego konkretnego. Jedynie co jakiś czas ponownie mnie oślepiała.

- Witamy w hrabstwie Jones - odezwał się kontur po prawej. Było w tym powitaniu coś figlarnie ironicznego. Głos witającego miał lekką chrypkę. Poza tym był to zupełnie zwyczajny męski głos. Jakby trochę drżał. Zdenerwowanie?

- Przecież widzimy, że żyjesz, bo ruszasz powiekami i przestraszyłeś się światła. Wszystko chyba z tobą w porządku - sucho stwierdził głos z lewej. Był to głos nieco wyższy, lecz również niewątpliwie męski.

- Myślicie, że jak jesteście z Nowego Jorku to wszystko wam wolno, nie? - kontynuował głos prawy. - A tak w ogóle, to jesteś aresztowany. Evans, powiedz mu o jego prawach.

Z każdą sekundą mój wzrok się poprawiał. Wszystko stawało się bardziej zrozumiałe. Siedziałem w rozbitym samochodzie. Wszystkie szyby poleciały w drobny mak. Byłem przypięty pasami, przede mną leżał smętnie biały flak poduszki powietrznej. Ci dwaj stali z dwóch stron auta i zaglądali przez wybite szyby bocznych okien w przednich drzwiach. Ten z lewej był policjantem w kanciastej czapce i bluzie od munduru. Facet z prawej wyglądał na sfrustrowanego nauczyciela ze szkoły średniej. Niski, grubawy, mocno łysiejący. W szaroburej kurtce. Na czole kręciła mu się strużka wspomnienia po grzywce. Obaj mieli sino-czerwone oblicza od migającego gdzieś w oddali policyjnego koguta. Policjant o nazwisku Evans przerzucił gumę na drugą stronę żuchwy i z debilnym uśmieszkiem na twarzy wypowiedział mało zabawny pastisz klasycznej policyjnej kwestii:

- Masz wszystkie możliwe prawa, nowojorczyku. Możesz mówić co chcesz, a i tak nic ci to nie pomoże. Wpieprzyłeś się właśnie w poważne kłopoty. My postaramy się jeszcze dodatkowo ci zaszkodzić. My, to znaczy ja, i pan prokurator, Ollson.

Popatrzyłem na niego obojętnie, jakbym oglądał film. Nie miałem zielonego pojęcia, o co mu chodzi. W czasie gdy paplał, stopniowo poruszyłem obiema nogami i rękami. Bardzo chciałem przekonać się, czy będę mógł chodzić. Miałem wyraźne poczucie odrętwienia kończyn. Poza tym nic mnie nie bolało. Dotknąłem dłonią twarzy i sprawdziłem, czy nie ma na niej krwi. Dłoń była sucha.

Ollson nie doczekawszy się ode mnie żadnej reakcji, chrząknął znacząco dla zbudowania większego napięcia. Siląc się na niedbały ton, rzucił:

- Twój kolega miał mniej szczęścia.

I przekierował światło latarki na boczny fotel. Powinienem już wcześniej to zauważyć, ale najwidoczniej jeszcze nie w pełni kontaktowałem. Obok mnie siedział jakiś nieznany mi człowiek o azjatyckich rysach i skośnych oczach. Miał śmieszną łysą głowę i cienkie wąsiki jak ci mistrzowie kung-fu ze starych filmów. Był dziwnie przekręcony w bok i mogłoby się wydawać, że złośliwie się na mnie gapi. Jego wzrok mówił o nim wszystko. Trup. Z kącika jego ust spływała wąska stróżka prawie czarnej krwi.

- Dobra, szanowny panie - powiedział policjant ciapiąc gumą. - Nie chcemy tu siedzieć do rana. Skoro już znaleźliśmy pana w aucie z szefem chińskiego gangu, to może nam się pan chociaż przedstawi. Na razie wiemy, że jesteś pan z Nowego Jorku. A przynajmniej masz pan tamtejsze blachy. Jak się pan nazywa?

Skończył swoje z zaciętą miną i jeszcze splunął w bok. Wtedy wreszcie usłyszałem swój własny, zaskakująco spokojny, głos:

- A skąd mam wiedzieć?

--

Siedziałem już drugą godzinę na twardym i niewygodnym krześle wpatrując się w jaśniejący kwadrat okna. Policjant Evans przywiózł mnie około godziny siódmej rano na komisariat strzegący prawa w małej mieścinie o nazwie Murdo. Komisariat to zresztą w tym wypadku przesadnie szumna nazwa. Był to po prostu zwykły drewniany domek, dziesiątki jemu podobnych zdążyliśmy minąć przez kilkanaście minut jazdy wysłużonym radiowozem. Od reszty otoczenia odróżniała go amerykańska flaga wisząca na niezbyt prostym maszcie i spora antena na dachu. Zanim tam dojechaliśmy, zahaczyliśmy jeszcze o policyjny parking, gdzie odholowano dwa rozbite auta. Ten w którym siedziałem wraz z moim nieznajomym skośnookim "przyjacielem" oraz ten, na który rzekomo wpadłem, ponieważ zasnąłem za kierownicą - taka wersja wydarzeń wyłoniła się spomiędzy bełkotliwych i rwanych wypowiedzi Evans'a. Moje combi w kolorze bordowo metalicznym miało ledwie wgnieciony przód i zbite przednie reflektory. Gorzej wyglądał grafitowy mercedes. Jakby zderzył się z półciężarówką, auto nadawało się praktycznie do kasacji. Policjant Evans podstawił mi pod nos jakiś protokół do podpisania. Nie wiedziałem, co tam wpisać, więc wykonałem fikuśnego bazgroła, na co mundurowy wykrzywił usta w grymasie ni to uśmiechu, ni to kpiny. Na komisariacie oddał mi do dyspozycji to stare krzesło i przyniósł w papierowym kubku coś, co nazwał niezasłużenie kawą. Zapytałem go, dlaczego mnie nie zamknie za jakąś kratą skoro jestem podejrzany. Nic na to nie odpowiedział, rozwalił się za swoim biurkiem i przez bitą godzinę oglądał na podwieszonym do ściany maleńkim telewizorku powtórkę jakiegoś bzdurnego show, w którym różni dziwni ludzie śpiewali piosenki, a czteroosobowe nieme jury za pomocą ruchu ust - telewizorek chyba miał popsuty głośnik - oceniało te występy. Dopiero po mniej więcej kwadransie zaszczycił mnie przelotnym spojrzeniem, którego z całą pewnością nie dawało zaliczyć się do gatunku przyjaznych.

- Masz przesrane nowojorczyku - wycedził cicho i prawie się oblizał na samo wyobrażenie moich przyszłych cierpień.

W końcu nastał pełnoprawny poranek. Za oknem elewacje sąsiednich domków rozbłysły od cytrynowego słońca. Usłyszałem odgłos nadjeżdżającego auta. Po chwili rozklekotane drzwi wejściowe otworzyły się. Stanął w nich znany mi już człowiek w szaroburej kurtce - prokurator Ollson. Teraz jego twarz wyglądała jakoś inaczej. Była to twarz osoby zdecydowanej na ostateczne rozwiązanie głęboko trapiącego go zmartwienia. Kilka godzin wcześniej, tam, na autostradzie I-90, sprawiał wrażenie histeryka. Evans przywitał go znudzonym spojrzeniem. Splótł ręce na piersiach i całą mocą mowy ciała dał do zrozumienia, że nic innego niż jego telewizorek go w tej chwili nie interesuje.

Ollson bez słowa złapał za oparcie drugiego krzesła, które stało sobie dotąd spokojnie w kącie, postawił je jakiś metr przede mną i ciężko usiadł. Wbił jadowity wzrok prosto w moje oczy.

- Już mi wszystko przekazali - zaczął - udajesz, że nic nie pamiętasz, i nie wiesz kim jesteś. Bardzo oryginalne, muszę powiedzieć. W co piątej książce i w co drugim filmie teraz ktoś traci pamięć. A teraz trafiło na ciebie, biedaku...

Zrobił pauzę, pewnie po to żebym zaczął się bronić. Milczałem.

- Dobra - gadał dalej - zbierzmy do kupy to, co mamy. Nasz kochany Evans zadzwonił do mnie w środku nocy, że ma wypadek na autostradzie. Kazałem mu się stuknąć w łeb, mam ważniejsze sprawy na tym zadupiu. Uparł się jednak. Mówi, że dwa auta poszły na czołowe zderzenie. Grafitowy mercedes cls i bordowa toyota w wersji combi. W grafitowym mercedesie nie było nikogo. W toyocie natomiast zastał dwóch gagatków. Ciebie, czyli człowieka bez pamięci, oraz gościa, który znany jest tu w okolicy jako Abraham.

Przerwał na sekundę i jeszcze mocniej przyszpilił mnie wzrokiem. Chyba badał, jak zareaguję na podany mi pseudonim.

- Abraham... Jeden z miejscowych łobuzów, z którym nie możemy dać sobie rady. Wysoko postawionych łobuzów. A obok niego, jako kierowca, ty. Nasz pan tajemniczy. Nie masz przy sobie żadnych dokumentów. Nikt cię nie poszukuje, ani nikt nie zgłosił przestępstwa, w którym mógłbyś brać ewentualny udział. Oczywiście w każdej chwili możemy takie znaleźć i dopasować do ciebie, tak żeby pasowało idealnie, perfekcyjnie. Na razie jednak wyjaśnij nam jedną podstawową kwestię. Co cię łączy z tym wesołym żółtkiem?

- Nawet gdyby mnie coś łączyło, to nie mam pojęcia, co. To już musi pan ustalić - odparłem spokojnie.

- Zrobię to, proszę być pewnym. No dobrze, ale skoro nie wiesz kim jesteś, to musimy stworzyć dla ciebie jakieś dane osobowe. Nazwiemy cię roboczo Adolf Hitler, co ty na to?

- W porządku, niech będzie, z niczym mi się nie kojarzy.

Ollson na te słowa zerwał się z krzesła. Podszedł do biurka za którym siedział mundurowy i rzucił sucho do niego:

- Dawaj tę armatę, Evans.

Evans zarechotał ironicznie, jakby usłyszał dobry żart. Ollson jednak nie zamierzał się uśmiechać. Powtórzył raz jeszcze, niczym do krnąbrnego ucznia:

- Daj mi broń.

Policjant spoważniał. Wyjął z kabury swój służbowy pistolet i podał go prokuratorowi. Ten pokazowo go odbezpieczył, celując lufą w sufit, jak na filmach kryminalnych.

- Wynoś się stąd - burknął, nie patrząc na mundurowego, który gapił się na niego z głupawą miną.

- Panie prokuratorze...

- Won! Nie chcę mieć tutaj żadnych świadków.


Evans spojrzał trwożliwie na Ollsona, potem na mnie. Podniósł w górę ręce w geście pod tytułem: nic mnie to wszystko nie obchodzi. Wstał zza biurka i wolnym krokiem wyszedł z komisariatu. Pozostawił włączony telewizor. Właśnie na ekranie tradycyjna indiańska para młodych ludzi tańczyła ognistego rock'n'roll'a. Ollson wyglądał, jakby postradał zmysły. Miał wzrok szaleńca. Wysokie czoło zaperliło się od potu, skórę na twarzy przybrała siny kolor. Pistolet drżał w jego niepewnych dłoniach o serdelkowatych palcach. Podszedł do mnie chwiejnym krokiem. Siedziałem grzecznie na swoim krześle i obserwowałem go spokojnie, nie mogąc się powstrzymać, by nie zerkać na tańczących Indian. Ollson wyciągnął broń przed siebie i przyłożył mi ją do głowy. Trząsł się jak osika. Jury podjęło decyzję. Ładna, choć nieco już podstarzała blondynka uśmiechała się ironicznie. Siedzący obok niej czarnoskóry mężczyzna miał w oczach łzy. Publiczność w krótkich ujęciach biła brawo i pozdrawiała widzów do kamer.

Poczułem chłód lufy na czole. Ollson zagryzł wargi z wściekłości, twarz z trupio bladej zmieniła się w krwisto - purpurową.

- Wykończę cię, bydlaku... Wykończę... - obiecywał sam sobie, pobudzone nerwy spowodowały zacisk szczęki, cedził słowa z ogromnym trudem. Zamknął powieki.

Czarnoskóry odwrócił się bokiem do blondynki i tłumaczył jej coś żywo gestykulując. Ona uśmiechała się na to jeszcze bardziej ironicznie. Ollson opuścił broń. Wolnym krokiem dolazł do biurka policjanta i rzucił pistolet na zawalony papierami blat. W jeszcze bardziej zdziadziały sposób doczłapał do krzesła, usiadł na nim, schował twarz w dłoniach.

- Nie wytrzymam tego wszystkiego, nie dam rady... - wyszlochał spod splecionych serdelków. Wyglądał strasznie, jak ktoś zdjęty ze stryczka. Potem zaczął się tłumaczyć przede mną.

- Jestem w strasznym stanie, niech się pan nie gniewa na mnie za to wszystko. Nie nadaję się do tej roboty. Już dawno bym to wszystko rzucił, ale mamy z żoną kredyty na dom. Wszędzie zbiry, przestępcy i durnie. Narkomani, dziwki, alfonsi. Federalni siedzą nam na głowach, bo kręci się tutaj, jakbym nie miał do ciężkiej cholery innych problemów, mafia chińska. Ten kutas, Evans, wplątał się w łapówki, to kuzyn mojej żony. Mam myśli samobójcze. Stany lękowe to moja codzienność.

Objął się rękoma, jakby komisariat zamienił się w chłodnię. Znów zbladł. Strzęp człowieka. Cóż mogłem na to wszystko powiedzieć. Tak jak nie zrobił na mnie wrażenia jego atak agresji, tak i z równą obojętnością przyjąłem ten nagły stan depresyjny. Indianie zeszli ze sceny. Zastąpiła ją kobieta-karzeł z ogromnymi skrzypcami.

- Mógłby oskarżyć mnie pan o próbę zabójstwa. Właściwie to zalecam to panu. Niechże się coś wreszcie wyjaśni, w jedną albo drugą stronę. Nic pan nie mówi. Pewnie myśli pan, że jestem stuknięty...

Nic na to nie odpowiedziałem. Karlica rozpoczęła koncert. Od razu poszło ujęcie na blondynkę. Po pierwszych wydobytych spod smyczka nutach, których nie mogłem usłyszeć, przytknęła palce o długich zielonych paznokciach do zaskoczonych ust.

- Powiem panu co się stało - Ollson niezrażony ciągnął swoje. - Evans umówił się wczoraj około pierwszej w nocy na zjeździe z autostrady kilka kilometrów za Murdo. Z tym żółtkiem. Miał odebrać swoją dolę za przymykanie oczu na ich dilerów rozprowadzających towar w naszej lokalnej szkole. Nie dogadali się. Evans twierdzi, że został oszukany. Tamci - było ich dwóch - ponoć, tak mi to przedstawił Evans, wsiedli w brykę i odjechali. Evans ruszył za nimi. Włączył dyskotekę. Oni zaczęli przed nim uciekać. Ten głupek umie dobrze prowadzić. Tak na nich naciskał, że w końcu żółtki musiały zmienić pas na przeciwny. No i wpadli na pana. Nie zauważył ich pan? Dziwne. Poszliście na czołowe. Na szczęście pan nie jechał zbyt szybko, a tamten debil hamował. Stracił pan tylko przytomność. Jeden z żółtków spieprzył gdzieś przed siebie w pole, szybko zniknął w ciemnościach, więc Evans nie widział już sensu za nim gonić. Ten drugi, truposz z którym pana przejęliśmy, to miejscowy mafiozo, powiązany z grubymi rybami z Nowego Jorku. Nie mam zielonego pojęcia, czemu pofatygował się na tak drobną robotę, na padlinę wręcz. On zwykle załatwia poważne interesy. Idiota. Nie zapiął pasów. Jeszcze żył. Evans strzelił mu na wszelki wypadek w serce. Po co to zrobił? A skąd mam wiedzieć, co siedzi w głowie kompletnego imbecyla? Ale niech pan poczeka na najlepsze - potem nagle ochłonął, wrócił na planetę ziemia i zadzwonił do mnie spanikowany jak dziecko, które stłukło ulubiony wazon mamy. Opowiedział mi z grubsza, co się stało. Przyjechałem na miejsce. I tak nie spałem z nerwów. Byłem po kilku drinkach, ale raczej bliżej ośmiu niż trzech. Okazało się, że Chińczycy już w międzyczasie zadzwonili do Evansa i kazali mu przynajmniej zatrzeć ślady po tym, który uciekł. Grozili Evansowi, że jakby chciał coś z tą sprawą robić drogą oficjalną, wywalą w sądzie wszystkie jego grzeszki. Wymyśliliśmy, że posadzimy pana na miejscu żółtka, który uciekł. Federalnym sprzedamy śpiewkę o tym, że złapaliśmy Abrahama z jakimś gogusiem z Nowego Jorku i przekierowalibyśmy ich w ten sposób w tamtą stronę. A ten z Mercedesa gdzieś pobiegł w pustkowie, cholera wie gdzie - tak byśmy im wytłumaczyli brak kierowcy w drugim aucie.

Nawet jak po numerze rejestracyjnym w końcu namierzą pana dane, to i tak panu nic nie udowodnią - tak kombinowaliśmy - bo, uwaga, niespodzianka, sam pan nie wie, kim jest. To z tą pamięcią wyszło przed chwilą, trochę spadło nam jak z nieba i przy okazji przytkało trochę tę wielką dziurę ziejącą z naszej historyjki. Wiem jak cienka i licha jest ta intryga, wymyślaliśmy ją na gorąco. Federalni będą tu jutro, żeby z nami pogadać. Nie wiem, czym się to skończy...

- A co z moimi dokumentami? - uznałem za stosowne, by wreszcie się odezwać. Zwłaszcza, że była to sprawa dla mnie kluczowa.

Ollson chrząknął dwa razy, znów potarł twarz dłońmi.

- Evans je zabrał. Na wszelki wypadek. Jak mu pan powiedział, że nie wie pan, kim pan jest, to on ich panu już na pewno nie odda. Naprawdę, aż strach pomyśleć, co on może z nimi zrobić. I w ogóle niech pan na niego uważa. Może chcieć sprzątnąć niewygodnego świadka. Jest głupi jak but, ale zdaje sobie sprawę, że federalni mogą w pięć minut zamienić jego historyjkę w stertę kłaków.

- A pan tak łatwo uwierzył w tę moją utratę tożsamości?

Na twarzy Ollsona wyrosło coś, co od biedy mogło przypominać kwaśny uśmiech.

- Można mówić o mnie różne rzeczy. Że jestem tchórzem, urzędasem i w ogóle przegrańcem. Ale wydaje mi się, że bardzo dobrze znam się na ludziach i na ich reakcjach. Widziałem pana twarz, kiedy Evans pokazał panu rozbite auta na policyjnym parkingu.

- Tak? - odparłem - i co niby pan z tej twarzy wyczytał?

Ollson lekko przechylił się na krześle w moją stronę, jakby chciał mi powiedzieć coś bardzo, bardzo ważnego.

- Nie drgnęła panu powieka. Nie drgnął panu najmniejszy mięsień na twarzy. Widziałem wielu oskarżonych, w sądzie, w kiciu, na przesłuchaniach. Nie ma aż tak dobrych aktorów. Nic. Zero reakcji. Obojętność. To nie do wyuczenia.

Milczałem.

- Przecież Evans nie znalazł pana w tym czerwonym combi. Pan prowadził grafitowego mercedesa na blachach z Seattle. A on pokazał panu palcem combi. Pan przyglądał się temu autu tak, jakby ono rzeczywiście należało do pana. Kładę z miejsca dziesięć patyków na stół, że rzeczywiście coś się panu stało w głowę.

Na telewizorku migały właśnie napisy końcowe. Show się skończyło. Wskoczyła jakaś reklama. Loty do Ameryki Południowej w przystępnych cenach.

- Chciałbym skorzystać z toalety - powiedziałem do Ollsona, który w jednej sekundzie jakby o mnie zapomniał, i zastygł smętnie, gapiąc się na przetarte miejsca w wykładzinie podłogowej.

- W korytarzyku, po prawej - mruknął stłumionym głosem.

Wstałem i wolnym krokiem, tak aby prokurator nie odniósł wrażenia, że chcę uciec, poszedłem prosto we wskazanym kierunku. Toaleta była niezbyt zachęcająca, wręcz każdym zaciekiem wołała do świata o jakikolwiek, najmniejszy choćby remont. Załatwiłem swoją potrzebę. Potem spojrzałem w niezbyt czyste lustro. Zobaczyłem siebie. Byłem szczupłym blondynem w wieku około czterdziestu lat. Włosy miałem zaczesane w bok, z przedziałkiem, cerę smagłą, przepaloną słońcem. Byłem całkiem przystojny, choć moje oblicze, zwłaszcza wzrok, którym sam siebie badawczo przyglądałem, niósł ze sobą coś specyficznego. Jako pierwsza na myśl przyszła mi pustka. Kim mogłem być? Dłonie miałem szczupłe, paznokcie zadbane. Ubrany byłem w ciemną dopasowaną kurtkę i czarne, dżinsowe spodnie. Buty sportowe. Nie mogłem jednak dalej nad tym wszystkim się zastanawiać.

W pomieszczeniu obok rozległ się potężny huk. Wystrzał z broni. Przyjrzałem się sobie ponownie w lustrze. Na mojej twarzy trudno było dopatrzeć się nawet cienia emocji. Takie były konsekwencje wypadku na autostradzie I-90. Im bardziej dziwne rzeczy działy się obok mnie, tym bardziej ja robiłem się spokojny i obojętny. Wtedy jednak, stojąc w brudnej toalecie na posterunku w Murdo, jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z tego, co mnie tak naprawdę spotkało. Nie wiedziałem jak się nazywam i skąd wziąłem się w tym dziwnym miejscu. Nie można mi się więc specjalnie dziwić, że nie przyszło mi wówczas nawet do głowy, że normalny człowiek powinien przynajmniej odrobinę zaniepokoić się, jeśli słyszy w swoim pobliżu strzały z broni.

Bez głębszego zastanowienia zajrzałem do salki głównej komisariatu. Ollson siedział na krześle z głową odchyloną do tyłu. Jej prawa strona zamieniła się w krwawą miazgę. Ręce zwisały luźno, niemal dotykając opuszkami palców do podłogi. Pistolet leżał na ziemi. Powietrze w komisariacie pachniało czymś dziwnym, trudnym do określenia. W telewizorze wciąż leciały reklamy. Polisy ubezpieczeniowe. Na życie. W przypadku śmierci.

Ominąłem zwłoki Ollsona, skierowałem się do szklanych wyjściowych drzwi. Wciąż panowała ciemność. Do świtu było już jednak bardzo blisko, dawało się to wyczuć każdym zmysłem. Na parkingu stał jedynie zimny radiowóz. Na jego masce siedział Evans i spokojnie palił papierosa.

- Witamy Pana Nikt, trochę się pan zasiedział. Zastrzeliłeś Ollsona? Brawo. Już drugi trup w ciągu trzech godzin spędzonych w hrabstwie Jones. Imponująca kartoteka.

- Masz moje dokumenty. Ile za nie chcesz? - zapytałem bez ogródek.

Zaśmiał się głupkowato.

- Chłopie. Twoja tożsamość to pieniądze i bezpieczeństwo. Człowiek bez tożsamości to skarb. Dla federalnych, dla gangów.

Szybko uznałem, że nie ma o czym z tym człowiekiem rozmawiać. Najbliższa okolica wokół komisariatu, skąpana w ciemności, gdzieniegdzie jedynie rozjaśniona wątłymi latarniami jawiła mi się jako pociągający labirynt pełen możliwości. Mogłem wybrać kierunek, który tylko chciałem. Jak rzut monetą, jak losowanie zapałek. Wybrałem prawą stronę. Było tam ciemniej niż po lewej. Z trudem dawało się wyłowić cokolwiek z pomiędzy ciemnych konturów parterowych domów. Włożyłem ręce w kieszenie kurtki i ruszyłem przed siebie.

Evans rzucił peta na wilgotny asfalt parkingu.

- Idź, gdzie chcesz. - usłyszałem zza pleców jego spokojny głos - Federalni i gangi mają cię i tak na oku. Ja się nie będę z tobą szarpał. Mam twoje papiery. Beze mnie możesz zostać jedynie kloszardem, albo usiądziesz na krześle elektrycznym, czy czym tam teraz się uśmierca morderców. Jak uznasz, że nie dajesz sobie rady, to wpadnij do mnie na komisariat. A teraz cześć, spadam posprzątać po Ollsonie.

Przyjąłem jego komunikat z lodowatą obojętnością. Właściwie, to nie do końca zrozumiałem, co chciał mi przekazać. Chyba mnie straszył. Jeśli już cokolwiek mnie wtedy obchodziło, to tylko to małe miasteczko, Murdo. I powrót. Gdziekolwiek tam, gdzie może być mój dom, mój świat i moje życie. Tylko jak tam wrócić?

Wtedy nie wiadomo skąd, chyba gdzieś spomiędzy krzaków, wyskoczył pies. Bardzo ładny pies o czarnej sierści. Podbiegł do mnie, wesoło machając ogonem. Popiskiwał z radości i próbował wspiąć się na mnie. Lizał mnie po dłoniach z dziką satysfakcją. Poczochrałem go po łbie. Położył się na asfalcie i domagał się dalszej porcji pieszczot. Na karku miał ładną skórzaną obrożę, na której fabrycznie wyszyto imię użytkownika. Billy. Gdy już poczuł się wygłaskany, zaszczekał cicho dwa razy i ruszył tam, skąd przyszedł. Czyli w te same krzaki. Gdy wyczuł, że nie idę w jego ślady, odwrócił łeb i spojrzał z wyrzutem. Podążyłem za nim. W lewą stronę, patrząc od strony komisariatu, w którym nadal panowała grobowa cisza.

Pies o imieniu Billy. Ewidentnie gdzieś mnie prowadził. Jakby mnie znał.

Podpis: 

Doktor U-boot 2019
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Dzień życia dniem śmierci Krzyż Noc polarna
Z uwagi na pojawiające się wątpliwości-tekst jest od początku do końca fikcją. Traumatycznie. Przeczytaj i spróbuj zrozumieć, co powinno spotkać właśnie Ciebie. Na północy Norwegii.
Sponsorowane: 100
Auto płaci: 50
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 10
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.