http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Posłannictwo z gwiazd

  Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We październiku nagrodą jest książka
Powtórka z morderstwa
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Noc polarna

Na północy Norwegii.

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Jak działa szatan

„Czy rzeczywiście Bóg powiedział: Nie jedzcie owoców ze wszystkich drzew tego ogrodu?” Rdz 3, 1

Uchodźcy, Kopacz i feministki

Co do tak zwanych uchodźców – obowiązuje absolutna poprawność polityczna.

RANKING FILMÓW Z DRESZCZYKIEM

Ranking filmów „z dreszczykiem” skala 1-6

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
838
użytkowników.

Gości:
835
Zalogowanych:
3
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81229

81229

Trzy miesiące

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
19-09-22

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Kryminał/Thriller/Zbrodnia
Rozmiar
44 kb
Czytane
187
Głosy
1
Ocena
4.50

Zmiany
19-10-22

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: DoktorUboot Podpis: Doktor U-boot
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Anthony J. Slidge ma niewiele czasu na załatwienie wszystkich najważniejszych spraw. Zaczyna od tej najtrudniejszej.

Opublikowany w:

opowiadania pl

Trzy miesiące

Podobno człowiekowi, który otrzymuje od lekarza bardzo złe wiadomości zawala się cały świat. Być może rzeczywiście najczęściej tak się dzieje, ale w tym konkretnym przypadku było zdecydowanie inaczej.

Anthony J. Slidge wyszedł z kliniki położonej niemal w samym centrum Redmond w stanie Washington tak spokojny jak nigdy. Ktoś powiedziałby: nawet pogoda dostosowała się do tego, co stało się udziałem Anthony'ego. Siąpił zimny deszcz, lecz późną jesienią w tych rejonach nie powinno to nikogo dziwić. Anthony miał gdzieś deszcz i złą pogodę. I tu naprawdę nie miało żadnego znaczenia, że kilkanaście minut wcześniej dowiedział się, iż rak, który rozgościł się na dobre w jego organizmie zabije go najprawdopodobniej w ciągu najbliższych trzech miesięcy. Anthony Lubił deszcz i lubił szare, zachmurzone dni. Paradoksalnie przy takiej pogodzie czuł się dużo lepiej niż w dni pełne słońca. Lepiej i jaśniej mu się myślało, nie popadał tak łatwo w dekoncentrację i ogólnie jakoś patrzył wtedy na świat łaskawszym okiem. Miał tak od dziecka. Natomiast wcale nie sprawiało mu przyjemności moknięcie. Szczególnie nie lubił, gdy krople deszczu padały na jego twarz. Wyjątkowo go to drażniło. Tego dnia i to mu nie przeszkadzało. Wolnym krokiem podszedł do auta, które zaparkował na parkingu należącym do kliniki. Deszcz wzmógł się, zaczęło po prostu lać, najbliższe otoczenie zniknęło za siną mgłą deszczu. Anthony J. Slidge uśmiechnął się do siebie i stał dłuższą chwilę tak w tym deszczu, nieruchomo, jakby zastygł na zatrzymanej klatce filmu.

Potem jednak uznał, że już wystarczy tej kąpieli. Wsiadł do auta, poprawił lusterko wsteczne, choć właściwie tego nie wymagało. Włączył radio, nie cierpiał siedzieć samotnie w samochodzie w zupełnej ciszy. Spiker odczytujący mało interesujące go tego dnia wiadomości natychmiast kulturalnie odsunął się gdzieś w tło. Anthony z ironicznym uśmiechem pomyślał: co będzie z tym dziwnym światem, kiedy już mnie nie będzie? Uruchomił silnik. Wycieraczki rozpoczęły swoją pokrętną i monotonną wycieczkę po przedniej szybie. Ulewa trochę odpuściła, poprawiła się widoczność na pustawym o tej wczesnej porze parkingu. Nim ruszył, Anthony przepuścił jeszcze ambulans wjeżdżający akurat na teren kliniki. Być może przywieziono w nim kolejnego kurczowo trzymającego się życia człowieka. Personel zrobi wszystko, by jego ziemska wędrówka jeszcze chwilkę potrwała, rodzina, jeśli ją ma, z pewnością będzie się o niego martwiła, niewykluczone że ktoś się pomodli. Znajomi będą dzwonić i dopytywać się, czy jego stan się poprawia.

On sam był w zupełnie innej sytuacji. Wyglądał jak normalny człowiek, który po prostu przyjechał do lekarza po rentgenowskie zdjęcie dla ubezpieczyciela albo chciał sobie naprawić zepsutą szóstkę. Tymczasem to on nie miał żadnych szans na wyleczenie i nie pomogłoby mu nawet tysiąc ambulansów pędzących sto mil na godzinę. Nikt też nie zadzwoni, by zapytać się o to, czy już z nim lepiej, albo czy woli żeby mu przywieźć do szpitala banany tudzież mandarynki. Choć zdecydowanie wolałby mandarynki. No właśnie, pomyślał, jeśli nawet by założyć, że powinienem jednak zadzwonić do kogoś i poinformować tę osobę, że właściwie jest już trupem, to kto powinien być pierwszy? Sophie z pewnością powinna dowiedzieć się pierwsza. Matka potem. Na końcu dzieci. I też nie od razu. Najpierw mały James, dopiero w dalszej kolejności starsza o dwa lata Emily. Nie zamierzał jednak nigdzie dzwonić. Któż chciałby przeżyć ostatnie trzy miesiące swojego życia, patrząc na zasmuconą rodzinę, na szklące się w najbardziej prozaicznych sytuacjach oczy dzieci. Tylko psychopata mógłby coś takiego wymyślić.

Wyjechał z parkingu, włączył się do wątłego porannego ruchu. Było mu niesamowicie lekko na duszy. W radiu spiker przestał zawracać głowę gadaniną, pierwsze takty zagrała jakaś nieznana mu kapela. Ostatnimi czasy w ogóle miał wrażenie, że wszystko, co leci z radia jest dla niego nieznane. Miał dopiero czterdzieści siedem lat, ale zdał sobie sprawę, że przez ostatni rok, świat jakby przyśpieszył i wiele zjawisk społecznych zaczęło wydawać mu się całkowicie obcych. Podgłosił radio – wokalista cienkim, przechodzącym momentami w falset, głosikiem śpiewał coś w rodzaju: „kochana ma, gdzie jesteś, kochana ma, tu jestem”. Było to całkowicie idiotyczne, ale jakimś upiornym sposobem wrzynało się gdzieś w sam środek percepcji słuchacza. Po trzecim refrenie Anthony już podśpiewywał razem z piszczącym frontmenem.

Trzy miesiące. Dużo to czy mało?

Anthony J. Slidge był człowiekiem uporządkowanym. Nie lubił brać się za cokolwiek bez najprostszego choćby planu. Prowadził samochód bardzo uważnie, a w tym samym czasie zastanawiał się nad hierarchią. Miał wypracowaną prostą zasadę: najpierw rzeczy najważniejsze, potem należy iść w dół listy i te najłatwiejsze sprawy załatwiać na końcu. Wokalista skończył swoją pieśń do ukochanej, z głośnika radiowego wystrzeliły reklamy, musiał gwałtownie ściszyć radio. Przełączył na inną stację. Jakaś zaaferowana reporterka donosiła o strzelaninie w Portland. Nim skończyła, Anthony już podjął decyzję. Numer jeden na liście spraw do jak najszybszego odhaczenia.

Ruch wciąż był słaby. Bez większych kłopotów opuścił centrum miasta i skierował się na południowy wschód. Nucąc pod nosem do lecącego właśnie jakiegoś kompletnie obcego mu wesołego utworu w stylu dance, wsunął prawą dłoń do schowka zamontowanego w przedniej desce. Większość jego przestrzeni zajmowały mapy, jakieś niepotrzebne mu przewodniki, i to, czego najbardziej potrzebował. Przedmiot ten leżał na swoim miejscu.

Nie śpieszył się. Miał mnóstwo czasu. Choć to tylko trzy miesiące.

Wreszcie znalazł się na miejscu. Zostawił Redmond jakieś siedem mil za sobą. Dojechał do Sammamish w hrabstwie King. To tutaj mieszkało wielu menadżerów wyższego stopnia z Redmond. Dom w którym mieszkał ten ktoś, kogo Anthony musiał odwiedzić jako pierwszego tuż po otrzymaniu wieści o swojej śmiertelnej chorobie, nie wyróżniał się absolutnie niczym szczególnym. Takich domów wybudowano tu w okolicy setki, jeśli nie tysiące. Musiał kosztować niemało, zwłaszcza biorąc pod uwagę położenie – jakiś kilometr dalej zaczynały się piękne lasy, które otaczały jeszcze piękniejsze jezioro, a przecież jednocześnie dojazd stąd do centrum miasta zajmował nie więcej niż kwadrans, oczywiście przy założeniu że nie jest akurat późne piątkowe popołudnie. Wtedy szosa prowadząca do Sammamish potrafi być zakorkowana, bo wiele osób chce się zresetować podczas weekendu nad wodą.

Przed domem, na podjeździe, stał samochód, którego marki Anthony nie potrafił rozpoznać. Wszystkie te nowe i drogie samochody wyglądają tak samo. Jadąc tutaj obawiał się trochę, że nie zastanie tego, na spotkaniu z kim bardzo mu zależało. Wiedział jednak, że Ron McGovney wyjeżdżał do pracy dopiero w okolicy godziny jedenastej, a gdy Anthony zaparkował swojego czerwonego Forda pod jego domem, było dopiero ledwie po dziewiątej. Istniało niewielkie ryzyko, że akurat tym razem pan McGovney zmieni plany, bo przecież mogło wypaść mu cokolwiek, na przykład mógł dostać telefon od jednego ze swoich współpracowników, że jest nagle potrzebny. Albo mógł mieć akurat tego dnia siłownię. Nic takiego się nie wydarzyło. Jego drogie auto stało na podjeździe, więc można było założyć, że właściciel jest jeszcze w domu i być może właśnie akurat wpieprza jajka na bekonie.

xxx

Anthony siedząc w samochodzie i słuchając odtwarzanego w radio nie wiadomo, który raz w historii świata "Sweet home Alabama", obmyślał szybki improwizowany plan dalszych działań. Zawsze najlepsze pomysły przychodziły mu do głowy jako pierwsze i uwielbiał na nich polegać. Przez jakieś dwie minuty obserwował jeszcze dom i stojące na podjeździe auto Rona. Właściwie nie musiał podejmować żadnych rozstrzygających decyzji. Od momentu gdy wyszedł z kliniki, czuł się pewny siebie jak nigdy dotąd. Zawsze, przez całe życie pełen był dylematów, wątpliwości, uwielbiał analizować, dzielić włos na czworo. Brakowało mu przekonania, co do do swoich własnych wyborów. Wielokrotnie zazdrościł niektórym kolegom, którzy najpierw działali, potem dopiero zastanawiali się, czy aby na pewno to miało jakiś sens. Tego pochmurnego dnia wreszcie czuł się wyzwolony. Pozostało mu co prawda jedynie trzy miesiące, ale miał przeczucie, że to będą najlepsze trzy miesiące jego życia.

Wysiadł z auta i ruszył pewnym krokiem w stronę domu Rona. Przepuścił tylko jakąś młodą kobietę w małym, hipsterskim autku. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Odwzajemnił ten uśmiech. Pewność siebie musi dodawać facetowi uroku, nawet takiemu kapciowi jak ja, pomyślał. Miał czterdzieści siedem lat, wygląd nie ruszającego się sprzed komputera urzędnika – którym zresztą był. Raczej nigdy nie stanowił obiektu westchnień kobiet, zwłaszcza młodych. Coś musiało się zmienić w jego wyglądzie, aż sam nabrał ochoty, by przyjrzeć się sobie w jakimś lusterku. Nie było jednak na to czasu. Choć teraz jeszcze wolał wyglądać po staremu, za chwilę ten jego wizerunek spokojnego pantoflarza przyda mu się bardzo. Potrzebował wzbudzić czyjeś zaufanie w sytuacji, gdy teoretycznie nikt rozsądny nie powinien mu zaufać. A na pewno nie taki cwaniak jak Ron McGovney. Anthony całą swą nadzieję podkładał w tym, że ludzie zwykle raczej traktują go jak osobę potrzebującą pomocy niż napastnika. To był jego kapitał na najbliższe minuty.

Trzy miesiące.

Wszedł na schodki domostwa McGovneya. Bez zastanowienia nacisnął przycisk domofonu. Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Przez ten czas Anthony przyjrzał się dokładniej temu, jak mieszka były szef jego kochanej Sophie. Dopiero z bliska zauważył, że Ron nie oszczędzał na wykończeniówce. Działka nie była duża, najprawdopodobniej na tyłach domu był niewielki ogród, być może z małym zamkniętym basenem. Jeśli chce się mieszkać w Sammafish trzeba płacić słono. Anthony wykrzywił usta w ironicznym uśmiechu. Jego nie byłoby stać nawet na te drzwi wejściowe. Musiały kosztować majątek. Ale i tak czuł się szczęśliwy. Był tylko skromnym inspektorem nadzoru budowlanego, jego dochody nie były na tyle wysokie, by mógł zbudować dom w takiej okolicy. Nie musiał jednak żyć z poczuciem, że większość ludzi, których spotkał na swojej zawodowej drodze, chcieliby mu splunąć pod nogi, albo zrobić coś jeszcze gorszego. A Ron McGovney takiego komfortu mieć nie mógł.

Drzwi wreszcie otworzyły się z cichym stukotem mechanizmu antywłamaniowego. Coś jeszcze przy tym zapiszczało, zapewne elektroniczny i inteligentny system kontroli dostępu zezwolił na zwolnienie zamka i spowodował, że na płaskim wyświetlaczu wiszącym gdzieś w domu zapaliła się zielona ikonka. W drzwiach stanęła nijaka z wyglądu kobieta w wieku mniej więcej czterdziestki i powitała go obojętnym spojrzeniem.
– Dzień dobry, nazywam się Michael Schenfner – skłamał gładko. – Pracuję w szkole państwa córki, Maddleine. Isabelle McGovney, prawda?
Wyraz twarzy kobiety nagle uległ znaczącej przemianie. Jej jakby obojętne na wszystko źrenice rozszerzyły się i nakierowały na oczy Anthony'ego. Przyłożyła dłoń z wypielęgnowanymi paznokciami do ust.
– Coś z Maddleine?! – chciała podnieść głos, ale utknął jej w gardle i wydała z siebie jedynie głośniejszy szept.
– Nie, nic takiego, proszę się nie denerwować – Anthony vel Michael uspokoił kobietę gestem dłoni. – Czy zastałem może pani męża? Przepraszam za takie najście, ale mam nagłą pilną sprawę...
– Kto to? Kurier? Kazałem przecież tej idiotce z biura przekierowywać ich na firmę – tubalny głos zahuczał gdzieś w głębi domu.
– Ron, to nauczyciel ze szkoły Maddleine – cicho wyjaśniła kobieta, odwracając głowę w tamtą stronę.
– Co?!

Po chwili otwór drzwiowy wypełniła sylwetka wysokiego i dobrze zbudowanego faceta w koszuli od garnituru z przerzuconym przez szyję krawatem. To był Ron McGovney. Anthony widział go gdzieś na jakichś zdjęciach, które pokazywała mu Sophie po jednej z wielu firmowych imprez. Miał wąską i wysoką głowę, ciemne włosy zaczesane w bok, wyglądały jak przycięte jakąś maszyną do pielęgnowania żywopłotów. Oczy McGovneya mówiły o nim wszystko. Jego wzrok był taki jak on sam. Bezceremonialny samiec alfa. Normalnie pod takim spojrzeniem Anthony schowałby się w mysią dziurę. Tego dnia jednak był już innym człowiekiem. Agresywne spojrzenie McGovneya nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia, jedynie wzbudziło politowanie.
– Jestem Michael Schefner – powtórzył swoją śpiewkę. - Przejeżdżałem przez państwa okolicę i wpadłem na odrobinę kontrowersyjny pomysł. Wiem od Maddleine, że państwo mieszkacie właśnie tutaj.
– Nie znam pana – odparł sucho Mc Govney. – Maddleine nie wspominała o panu ani słowa. Czego pan uczy?
– Niczego, uśmiechnął się Anthony. – Jestem tam kimś w rodzaju pracownika społecznego. Jestem na rencie, choruję poważnie na nerki, pomagam szkole prowadzić różne akcje dobroczynne, organizuję wyjazdy i tym podobne historie. Robię to dopiero od dwóch miesięcy, Maddleine mogła nie mieć okazji wam o mnie wspomnieć. To świetna dziewczyna, ale bardzo skromna. Bardzo zaangażowała się w różne działania. Nie lubi się niczym chwalić. Woli być w tle, być raczej inspiracją dla pozostałych...
– Maddleine? – zapytał z niedowierzaniem McGovney. – Maddleine i dobroczynność? Przecież ta dziewczyna ma w głowie tylko kosmetyki i inne bzdury. Leży całe wieczory w łóżku i papla przez telefon z koleżankami. Nie oddałaby potrzebującemu nawet żadnych swoich różowych kapci, za które płacę po dwieście dolców za sztukę. A co tu mówić o dobroczynności. Podobnie jak mamusia. Wszystko jej się należy.

Kobieta która otworzyła drzwi, automatycznie przesunęła się za Rona, lecz stała wciąż za nim i przysłuchiwała się wszystkiemu w milczeniu.
– Ron, nie przesadzaj – wydusiła z siebie wreszcie po tyradzie męża. Ron McGovney z pewnością musiał być jej mężem. Anthony znał trochę te parę z opowieści Sophie.
McGovney początkowo jakby zignorował prośbę swojej małżonki. Jakby przeleciała gdzieś w dole, przy posadzce, tam gdzie nie zwykł kierować swojego wzroku. To jednak nie była prawda. Usłyszał, jak najbardziej usłyszał, to co trzeba. A te kilka sekund pauzy musiał chyba poświęcić głównie na to, by nie dać się porwać złości. Jego gładka, smagła twarz nagle pociemniała, spojrzenie stało się jeszcze bardziej lodowate. Nie odwracając się za siebie, patrząc wciąż na Anthony'ego, rzucił:
– Czy możesz łaskawie nie przeszkadzać mi, gdy rozmawiam z panem ... Przepraszam, jak pan się nazywa?
– Michael Schefner.
– Ach tak, pan Schefner. – powtórzył głosem, pobłyskującym ironią. – A więc rozmawiam teraz z panem Schefnerem. Nie przeszkadzaj i zajmij się wreszcie czymś produktywnym, ok?
Kobieta nawet nie poczuła się zmieszana tymi ordynarnymi i mało kulturalnymi uwagami kierowanymi do niej w towarzystwie obcego człowieka. Po prostu nagle się ulotniła, zdematerializowała, tak jak zażyczył sobie jej mąż. Nie, nie jej mąż. Jej pan. Tak to wyglądało. Anthony zachował widząc to wszystko kamienną twarz.
– A więc o co chodzi, panie... mogę mówić do pana na ty? – McGovney zadając to pytanie patrzył na Anthony ego tak, jak patrzy się na bezdomnego wyłudzającego drobniaki przed sklepem. Albo stażystę. Kiepskiego stażystę.
– Oczywiście, jestem Michael.
– A więc słucham cię, Michael. Co cię tutaj przywiodło?
– Jak już wspomniałem, jechałem akurat tędy i przypomniało mi się, jak jakiś czas temu Maddleine rozmawiała z kolegami i koleżankami o tym, że dobrze byłoby coś zrobić z dilerami narkotykowymi kręcącymi się po ulicach w pobliżu ich szkoły. Kombinowali jak do nich dotrzeć i przetłumaczyć im, żeby zostawili dilerkę i zrobili coś ze swoim życiem. Ostrzegałem ich, żeby to zostawili policji i służbom społecznym. To nieciekawe typy, choć z daleka wyglądają na informatyków...
– Do rzeczy, Michael – upomniał go cicho McGovney.
– Przejeżdżając dziś w okolicy szkoły widziałem Maddleine samą rozmawiającą z jednym z tych dilerów. Obawiam się, że mogła podjąć się tego nierozważnego kroku, bywa czasami jeszcze trochę lekkomyślna. Chciałem w pierwszej chwili zatrzymać się i ją zawołać do samochodu, ale cholera wie, jak mógłby zareagować tamten lump. Po co komu policja, papierki i kłopoty. Stwierdziłem, że podjadę do pana i może spróbujemy załatwić to bardziej zgrabnie...
- W pierwszej chwili można by pomyśleć, że jesteś bardzo naiwny, Michael, naiwny albo niezbyt mądry. Jeśli moja córka zadaje się z dilerami, to tylko w jednym celu. Zakupu jakiegoś świństwa. Ale dobrze, że przyjechałeś mnie o tym zawiadomić. Patrzę na ciebie i widzę, że jednak nie jesteś taki nierozsądny na jakiego wyglądasz. Tak naprawdę to jesteś bardzo, bardzo cwany. Poczekaj na mnie. Zaraz przyjdę.

Anthony zszedł z podjazdu i ruszył w kierunku swojego auta. Poszło zaskakująco łatwo. McGovney połknął haczyk. Chyba. A wydawałoby się że tak twardo stąpający po ziemi człowiek jak on, za żadną cenę nie wsiadłby do samochodu z nieznanym mu człowiekiem. Anthony wsiadł do samochodu, ale nie uruchomił silnika. Ciekaw był, czy Ron ostatecznie zdecyduje się na wycieczkę z nim. Zapewne obawiał się najgorszego – skandalu, gdyby wyszło na jaw, że jego córeczka zabawia się z dilerami. Być może odczytał to jako zawoalowaną próbę szantażu. Niech myśli co chce, byleby wsiadł do jego samochodu.

xxx

Po niecałych pięciu minutach Ron McGovney wyszedł ze swojego domu. Miał na sobie czarną kurtkę. Na głowę założył czapkę bejsbolową. Przestało już padać, choć niebo wciąż było zachmurzone. Anthony podejrzewał, że Ron zaopatrzył się w czapkę, by choć trochę chronić swoją prywatność. Myślał też o tej kobiecie, zahukanej żonie McGovneya. Nie był w stanie wyobrazić sobie życia z tego typu człowiekiem pod jednym dachem. Ciekawe, czy ona wie? Anthony nie zdziwiłby się, gdyby tak właśnie było.

Ron McGovney chwilę stał na ulicy, nie wiedząc do którego auta ma wsiąść. Anthony wychylił rękę przez uchyloną boczna szybę. Tamten wsiadł z wyraźnym obrzydzeniem na twarzy. Na pewno nie był przyzwyczajony do jazdy takimi samochodami. Nie było tu odpowiednio luksusowo. Ludzie, którzy raz wyrwali się z biedy lub choćby tylko z przeciętności najbardziej boją się powrotu do przeszłości.

Anthony uruchomił silnik. W tej samej chwili McGovney demonstracyjnie odchylił bok swojej kurtki.
– To na wszelki wypadek – mruknął pod nosem.
Pod kurtką miał podpiętą kaburę, wystawała z niej rękojeść dorodnego pistoletu. Anthony nic na to nie powiedział, potraktował to jako infantylny pokaz iluzorycznej siły, która tak naprawdę była nieświadomą i mimowolną demonstracją własnej słabości. McGovney mógł mieć ze sobą nawet Tomahawk'a. Nic mu to nie pomoże.
Anthony spokojnie prowadząc auto, opuścił labirynt drobnomieszczańskich uliczek. Nie miał zielonego pojęcia, gdzie w ogóle jest ta konkretna szkoła, do której uczęszczał córka McGovneya. Ilość informacji, jakie posiadał właśnie się kończyła.
– Zrobię kółko, żeby ktoś nie zauważył, że jedziemy bezpośrednio od pana – powiedział do Rona konspiracyjnym tonem. Ten zerknął na Anthony'ego, trochę zdziwiony, ale pokiwał głową ze zrozumieniem. Anthony liczył na to, że wkrótce opuszczą teren miejski i znajdą się w jakimś bardziej dogodnym miejscu. Gdzieś, gdzie nie będzie świadków. I tak się stało. Pokonali ostry zakręt w prawo, potem szosa została pochłonięta przez gęsty sosnowy las. Po obu stronach ciemniały ściany pni, nic nie jechało z przeciwka. Kierowali się w stronę Fall City.
– Hej, Michael, a ty gdzie jedziesz? Nie zgubiłeś się przypadkiem? – prychnął pod nosem McGovney.
– No właśnie, chyba za bardzo się tym wszystkim zdenerwowałem – odparł Anthony. – Mógłby pan otworzyć schowek? Mam tam mapę.
McGovney doskonale wychwycił, że Anthony zwrócił się do niego na "pan". Jeszcze bardziej go to uspokoiło. Lubił gdy otaczający go ludzie znali swoje miejsce. On mógł mówić na ty do każdego. W drugą stronę to już nie działało.
– Na cholerę ci mapa? – zapytał zimnym głosem. – Ja znam te okolice lepiej niż ty cipkę swojej starej. Jedź prosto, a jak wyjedziemy z lasu skręcaj od razu w prawo, do szkoły.
– Jasne – odparł spokojnie Anthony. – Już dawno obiecywałem sobie, że przełożę tę cholerną mapę z przedniego schowka do tego w drzwiach, powinienem ją mieć pod ręką. Zrobię to teraz, bo potem znów zapomnę.
Las już się kończył. Jakieś pięćset metrów dzieliło ich od widocznego z daleka sporego skrzyżowania.
– Sam sobie otwieraj ten pieprzony schowek. – stwierdził McGovney i odwrócił głowę w prawo.
Anthony przechylił się lekko w prawą stronę. Wyciągnął rękę i otworzył schowek. Wsunął tam dłoń, cały czas kontrolując kierownicę drugą ręką i obserwując pas szosy przed sobą. Doskonale wiedział, gdzie jest to, czego szuka. Wymacał sprawnie ów przedmiot i chwycił go dłonią ukrytą wciąż w schowku. Potem nagle błyskawicznie wyciągnął ją stamtąd i gwałtownie przycisnął do piersi McGovneya końcówkę paralizatora. Mniej więcej dziesięć centymetrów nad miejscem w którym ukośnie przebiegał pas bezpieczeństwa. McGovney nawet nie zdążył mrugnąć. Rozległ się dziwny stłumiony skrzek paralizatora. Błysnęły drobne iskierki. Ciałem Rona McGovney'a wstrząsnął silny dreszcz. Krew odpłynęła mu od twarzy, otworzył szeroko usta, pokazując zdrowe, równe i białe zęby. Wybałuszył oczy, jakby zobaczył samego diabła. Jeszcze kilkukrotnie nim targnęło i odpłynął. Głowa przekręciła mu się luźno w prawą stronę. Z jego ust toczyła się strużka śliny. Anthony cały czas patrzył się na szosę. Dojeżdżał właśnie do skrzyżowania, musiał uważać. Minęła go dwa auta. Nikt nie zwrócił uwagi na pasażera z odchyloną głową. Wyglądał jakby spał. Czy śpiący człowiek w samochodzie, to coś bardzo dziwnego?

xxx

Czerwony Ford należący do Anthony'ego przejechał przez skrzyżowanie i pomknął dalej, w kierunku Fall City. Anthony nie potrzebował mapy. Znał te rejony bardzo dobrze. Spędzał tu czas jako dzieciak, a jego dziadkowie mieszkali zupełnie niedaleko, w Black Diamond. Tam gdzie się kierował było bardzo ustronnie. Sam las, zero supermarketów, domków turystycznych, ani żadnej innej infrastruktury. Czyli żadnych niepotrzebnie kręcących się grupek ludzi. Jeśli ktoś nie miał jakichś wymyślnych powodów, raczej się tutaj nie zapuszczał. A Anthony miał powód. Właśnie wiózł ze sobą sparaliżowane i nieprzytomnego Rona McGovney'a. Gdzie byłoby lepsze miejsce na to, by się go ostatecznie pozbyć i uwolnić społeczeństwo od jego parszywego towarzystwa?
Anthony włączył radio, dłuższą chwilę szukał odpowiedniej stacji. W końcu wyłączył je, uznał, że jednak puszczanie jakiejś wesołej muzyki w czasie przewożenia ofiary to jednak przesada. Nic nie wskazywało na to, by pogoda miała się zmienić. Wciąż było szaro, pochmurnie i wietrznie. Momentami chmury tak gęstniały, że robiło się ciemno jakby nadchodził wieczór. Nieliczne samochody jadące z przeciwka ukazywały się nagle z półmroku jako dwa punkty przednich świateł. Anthony jechał ze średnią prędkością i co jakiś czas z ciekawością zerkał na nieprzytomnego McGovney'a. Ten po jakichś dziesięciu minutach zaczął powoli odzyskiwać przytomność. Poruszył ledwie zauważalnie głową i cicho stęknął. Wtedy Anthony prawą ręką sięgnął pod klapę jego kurtki i wyciągnął stamtąd pistolet. Wrzucił go do schowka w drzwiach. Paralizator schował do kieszeni swojej kurtki. Miał się jeszcze przydać.

McGovney z trudem uniósł powieki. Wyglądał na zamroczonego. Wodził nieprzytomnym wzrokiem, wciąż chyba nie rozumiejąc, gdzie jest i jak się nazywa. Jego ręce leżały na kolanach, palce dłoni miał uniesione w górę, jakby niczym jakiś stuknięty jogin zbierał energię z powietrza.
– Jak się czujesz, Ron? – zapytał cicho Anthony.

McGovney nic nie odpowiedział. Mrugał oczami, przez jego twarz przemykały skurcze. Oddychał bardzo ciężko. Wciąż niewiele do niego docierało. Musiał chyba jednak usłyszeć pytanie zadane przez Anthony'ego. Przekręcił głowę w jego stronę i usiłował zatrzymać na nim rozbiegane źrenice. Bez trudu dawało się odczytać bijącą z tego spojrzenia nienawiść.
– Pewnie zastanawiasz się, czemu się tu ze mną znalazłeś, Ron, prawda? – kontynuował Anthony. – Pomysł by cię odwiedzić, przyszedł mi do głowy dziś rano, zaraz po tym, jak dowiedziałem się, że mam bardzo złośliwą odmianę raka, i zostało mi, w najlepszym razie, trzy miesiące życia. Zapytałbyś, gdybyś rzecz jasna był w stanie: a co to ma wspólnego ze mną? Być może zapytałbyś się przy okazji: Anthony – bo nazywam się Antony a nie Michael – Anthony, jak się czuje człowiek, który dowiaduje się że niedługo umrze? Odpowiedziałbym chętniej na to drugie pytanie. Pewnie niejeden na moim miejscu zapragnąłby zaszaleć, dać upust żądzom. Bo przecież wtedy nic ani nikt już na tej planecie nie jest w stanie nas do niczego zmusić, niczym zastraszyć. Zgadza się? Ja jednak jestem może trochę nietypowym facetem. W pierwszym odruchu po otrzymaniu tej okropnej informacji pomyślałem sobie, że cały ten króciutki kawalątek życia spożytkuję na zrobienie czegoś pożytecznego dla społeczeństwa, po prostu dla innych. I musi to być coś, czego nikt inny nie chciałby się dotknąć. A tym czymś, między innymi, jesteś ty, Ron. Wiem o tobie sporo. Tak się składa, że moja żona pracowała niegdyś w twojej firmie. Ma na imię Sophie, pamiętasz ją? Pewnie nie. Nie pełniła żadnej istotnej funkcji, była szeregową księgową. Moja żona ma pewien specyficzny dar. Ludzie jej cholernie ufają. I tak się jakoś dzieje, że momentalnie, sami z siebie, pragną powiedzieć jej coś o sobie. Często są to sytuacje wręcz krępujące, ponieważ nagle, ledwie chwilę po poznaniu jej, już chcą wyjawiać jej swoje głębokie sekrety, nierzadko bardzo intymne. I tak się złożyło, że pewnego dnia Sophie czekała w kolejce do ekspresu i wdała się w grzecznościową rozmowę z panią, która nazywa się Joan Micula. Joan to już na pewno znasz, Ron?

Anthony oderwał wreszcie wzrok z drogi i spojrzał prowokacyjnie na McGovney'a. Ten już miał się trochę lepiej. Patrzył na świat dużo bardziej przytomnie, choć wciąż oddychał ciężko, chwytając łapczywe solidne hausty. Jego dłonie nieustannie się poruszały, jakby próbował w ten sposób przywrócić w nich czucie, na czole niedawnego pana i władcy mieniły się drobne kropelki potu. Anthony nie mógł być tego pewien w stu procentach, przeczucie jednak podpowiadało mu, że McGovney doskonale wszystko słyszy i rozumie.
– Myślę, że pamiętasz Joan – kontynuował swoje przemówienie. – Joan Micula była jedną z twoich zaufanych współpracowniczek. Zdolna, błyskotliwa, atrakcyjna. A ty, Ron, bardzo lubisz takie panie, z tego co mi wiadomo. Szybko awansowała, jakby sama współpraca z tobą dodawała jej skrzydeł. Mówiłem o pechu. Właśnie ten pech sprawił, że Joan spotkała na swojej drodze moją żonę i niestety nie potrafiła nad sobą zapanować w obliczu aury roztaczanej przez moją kochaną Sophie. Stojąc tam przy tym ekspresie do kawy wyśpiewała wszystko od a do z. Kilkukrotnie ją zgwałciłeś, Ron. Do tego podawałeś jej narkotyki i robiłeś z nią różne bardzo złe rzeczy. Do tego jeszcze zmusiłeś do usunięcia ciąży, którą również była twoim dziełem, Ron. Ciekawy dorobek muszę powiedzieć. Ale to nie wszystko. Nadążasz?

McGovney rozpaczliwie walczył o powrót do świata ludzi samodzielnych. Jego ciało wciąż było w zasadzie niesprawne. Ręce nieustannie układały się w paralityczne gesty, skurcze nieprzerwanie marszczyły gładko ogoloną twarz. Mrużył oczy, widocznie nawet to stłumione przez gęste chmury światło słoneczne raniło jego wzrok. Wiercił się niespokojnie w pasach. Co jakiś czas próbował odwrócić głowę w kierunku Anthony'ego. Poruszył obrzmiałymi ustami, jakby chciał coś powiedzieć. Niewiele dało się z tego odczytać. Mówił jak osoba po jakimś poważnym udarze. Anthony mówił więc dalej.
– Kiedy to wszystko wymknęło ci się spod kontroli, wykorzystałeś to, że Joan była w pułapce. Miała ogromny kredyt na dom i była świeżo po rozwodzie. Jeśli chciałaby wywlec tę sprawę na światło dzienne musiałaby liczyć się z poważnymi kłopotami, tym bardziej że na pewno wziąłbyś ją w obroty wraz ze swoimi wyszczekanymi adwokatami. Sophie dziwiła się, że Joan nie poszła z tym wszystkim na policję. Ta przyznała się mojej żonie do tego, że pod wpływem gróźb przyjęła od ciebie – tu Anthony puścił kierownicę, by móc wykonać gest markujący cudzysłów – rekompensatę w wysokości stu tysięcy dolarów i zobowiązała się milczeć. Sophie, jak to dobra żona, opowiedziała mi o tym wszystkim. Wahała się, czy powinna poinformować wymiar sprawiedliwości o całej tej sprawie. Joan błagała ją i zaklinała, żeby tego nie robiła. Chciała zapomnieć i żyć dalej. Powiedziałem wówczas żonie, żeby dochowała tajemnicy. Dodałem też, że w życiu już tak jest. Ktoś robi coś złego i myśli o sobie jako o kimś, komu nic się nie da zrobić, Tymczasem wcześniej czy później dzieje się zazwyczaj tak, iż taka osoba nagle musi zapłacić za swój czyn. Może to być za miesiąc, za rok, a może być nawet i za trzydzieści lat. Sprawiedliwość istnieje na tym świecie, wbrew temu, co mówią różni ludzie. I to co dzisiaj cię spotyka, Ron, to jest właśnie sprawiedliwość. Powiem ci jeszcze coś. Dosłownie w zeszły weekend Joan była u nas, bo moja żona traktuje ją trochę jak córkę i otacza opieką. Wydawało się, że powoli dochodzi do siebie. W pewnej chwili, gdy mój syn przyszedł do mnie pokazać mi swój nowy rysunek wybuchła histerycznym płaczem jakiego nigdy nie słyszałem. Wciąż słyszę ten płacz, Ron.
McGovney słysząc te słowa dostał jakby nowych sił. Tyle że jego ciało nadal pełniło rolę więzienia dla umysłu i woli. Chciał, ale nie mógł. Rozpoczął pokaz dziwacznych przykurczy, niezrozumiałej pantomimy wykonywanej powykręcanymi kończynami, ofiarami elektrycznego artretyzmu. Starał się ze wszystkich sił przekręcić swój korpus w bok, w stronę niespodziewanego oprawcy, który w spokoju prowadził auto i obserwował jego heroiczną aczkolwiek żałosną walkę za pośrednictwem przedniego lusterka. Zupełnie tak, jakby przyglądał się spacerowi umordowanej upałem muchy po parapecie. Na kolanach Anthony'ego leżał paralizator. Niczym ostrze gilotyny, mogące w każdej chwili opaść na kark skazańca. Ron McGovney syczał i cedził przez wciąż obrzmiałe usta jakieś tajemne klątwy i groźby. Wypluwał przy tym przed siebie białą pianę.
Anthony nachylił się do radia i włączył je ponownie. „Riders on the storm”. Uwielbiał ten utwór. Przypomniał mu się czas egzaminu maturalnego, kiedy zakuwał po nocach i potrafił sobie odtwarzać ten kawałek kilkanaście razy pod rząd. Podgłosił radio, klawisze Raya Manzarka wypełniły wnętrze samochodu. Syki i odgłosy daremnego miotania się Rona McGovney'a wybrzmiewały gdzieś w tle, w zaskakująco odpowiedni sposób wkomponowując się w klimat jednego z największych muzycznych dokonań zespołu The Doors.
"Like a killer on the road" – zaśpiewał Jim Morisson, a Anthony mimowolnie uśmiechnął się pod nosem.

xxx

Teraz. Doskonałe miejsce do zjechania w bok, do lasu. Wąska asfaltowa dróżka, która odbija od głównej szosy; na co dzień pewnie służy leśniczym albo zakochanym parkom, choć Anthony wątpił, by komukolwiek chciało się aż tak bardzo oddalać od miasta. Nie uzasadni takiej podróży nawet największa chuć. Anthony brał jednak poprawkę na to, że ten świat, który niebawem, bo już za trzy miesiące, opuści, mógłby go jeszcze niejeden raz zaskoczyć. Postanowił jednak trzymać się pierwszego odruchu. Jak zwykle. Skręcił w dróżkę i przejechał nią jeszcze trzy kilometry w głąb lasu. Zatrzymał samochód na wąskim piaszczystym poboczu. Gdyby ktoś tędy przejeżdżał, z trudem mógłby go wyminąć. Trudno, pomyślał Anthony. Wyłączył radio, sięgnął po leżący na kolanach paralizator i raz jeszcze użył go na dochodzącym do siebie McGovney'u.

xxx

Wysiadł z samochodu i przeszedł na jego tył. Otworzył bagażnik, wyjął z niego saperkę, która zawsze woził ze sobą. Zabrał też stamtąd szeroką taśmę przylepną. Zaniósł te wszystkie rzeczy w głąb sosnowego lasu. Odszedł od drogi jakieś pięćset metrów. Nie dbał zresztą o środki ostrożności, ani zachowywanie jakiejś wielkiej konspiracji. Cóż bowiem mogłoby mu grozić? Zostawił to wszystko na trawie i wrócił do samochodu, który nawet z tej odległości migał swoją czerwienią spomiędzy drzew. Otworzył drzwi pasażera i wyciągnął z niego nieprzytomne ciało McGovney'a. Przez kilka chwil leżało na asfalcie i gdyby ktoś akurat postanowił wybrać się samochodem w te okolice, zastałby tu dość osobliwy widok. Anthony zamknął drzwi, złapał McGovney'a za nogi i rozpoczął mozolne holowanie go w głąb lasu. Ważył sporo. Anthony być może nie wyglądał na kulturystę, natomiast dorastał w miejscu, gdzie pracowało się fizycznie od dziecka i z tego tytułu dysponował dość silnymi rękoma, mimo wielu lat spędzonych za biurkiem. Ciągnął więc tego McGovney'a, wsłuchując się w swój przyśpieszony oddech i odgłos szurania ciała po leśnej ściółce. Dobrnął w końcu do wybranego miejsca. Puścił nogi ofiary, złapał się pod boki. Trochę się zasapałem, przyznał uczciwie w duchu. Zastanawiał się jeszcze chwilę, czy jest jakiś inny możliwy sposób wykończenia tego wstrętnego człowieka, który byłby jeszcze mniej niewymagający w sensie emocjonalnym niż ten, który sobie zaplanował. Żadne rżnięcie piłą łańcuchową zwłok, albo palenie ich lub strzelanie do sparaliżowanego ciała nie wchodziło w grę. Stwierdził ostatecznie, że jednak wykopanie dołu i wrzucenie tam McGovney'a, by się tam po prostu pod tą ziemią udusił, było rozwiązaniem optymalnym. No cóż, trzeba się było brać za robotę. Wtedy zadzwonił telefon McGovney'a. Aparat tkwił w kurtce. Anthony wyjął go stamtąd, popatrzył na wyświetlacz. Wyświetliło się jakieś nieznane mu męskie nazwisko. Zapewne ktoś z jego firmy. McGovney w tym czasie, zbliżała się jedenasta, zwykle już w tym czasie chodził po biurach i wydawał polecenia. Anthony rzucił telefon na trawę i przeciął jego żywot jednym wprawnym uderzeniem saperką. Dosłownie sekundę później zadzwonił jego własny aparat. Dźwięk dzwonka brzmiał w lesie potężnie, niczym orkiestra smyczkowa. Szybko go wyciszył. Sophie. Pewnie już ktoś zadzwonił do niej z jego pracy, że nie dotarł do firmy. Potem wszystko jej wytłumaczy. Wysłał jej smsa – "zaraz oddzwonię".

Zrobił kilka kółek wokół leżącego na trawie McGovney'a, który ruszał się trochę, coś jak ledwie żywy ślimak. Anthony wybrał w końcu właściwie miejsce i wbił w nie ostrze saperki, chcąc sprawdzić twardość gruntu. Nie było tak źle, na szczęście nie było jeszcze przymrozków. Chwycił trzonek saperki obiema rękami.
Nie wykonał jednak pierwszego, symbolicznego sztycha. Bez żadnego ostrzeżenia otrzymał nagle potężny cios czymś ciężkim i twardym w tył głowy. Trudno powiedzieć, czy w ogóle jego świadomość to w ogóle zarejestrowała. Potem zapadła ciemność.

xxx

Otworzył oczy z dużym trudem. Miał wrażenie że przed chwilą przejechał go osiemnastokołowa ciężarówka. Głowa pulsowała mu w skroniach, w okolicach karku palił go żywy ogień. Leżał na ziemi, w trawie, w liściach, twarzą do dołu, z rozłożonymi rękoma.

– Nie podnoś się! – przestrzegł go kobiecy głos, zdenerwowany, pobrzmiewający histerią. To była groźba, nie prośba. – Bo ci znowu przyładuję.

Anthony westchnął ciężko i mimo zakazu rozejrzał się wokół siebie. Tuż obok leżał McGovney, mamrotał coś pod nosem i drżał. Efekt porażenia paralizatorem wciąż działał. Różne organizmy różnie na to reagują – on dostał dwie porcje.

Było mu wszystko jedno, więc odwrócił głowę tak, żeby zobaczyć swoją przeciwniczkę. Stała jakieś trzy metry od niego. Była to bardzo młoda dziewczyna, mogła mieć góra dwadzieścia lat, miała też sporą nadwagę, okrągła buzia, krótkie włosy, niespecjalnie ładna. Spod bluzy z kapturem wylewała się spora fałda tłuszczu. Dziewczyna trzymała w obu rękach spory konar, zapewne leżał gdzieś w pobliżu i to nim dostał w tył głowy. Miała zaciętą minę, adrenalina w niej buzowała. Jeśli jest stąd, myślał Anthony, z okolicy, to zapewne nie daje sobie w kaszę dmuchać.

– Spokojnie – wymamrotał Anthony. – Mogę chociaż uklęknąć?
– No dobra, ale trzymaj ręce w górze i się nie ruszaj. Tak, tyłem do mnie. Dzwonię po gliny.
– Nie zadzwonisz, musiałabyś puścić ten kawał drewna.
– Poradzę sobie – odparła ostro.
– Może najpierw mnie posłuchaj?
– A czego mam słuchać? przywiozłeś tu jakiegoś nieprzytomnego faceta i przyniosłeś łopatę. Jesteś z mafii? Wykonujesz wyroki?

Anthony wciąż klęczał w trawie i patrzył przed siebie, w las. Początkowo rzeczywiście trzymał dłonie w górze, ale po kilku minutach tylko markował ten gest. Zdrętwiały mu ręce.
– Daj spokój. Nie jestem z żadnej mafii. A ty co tu robisz, hę?
– A co cię to interesuje?
– Co robi samotna dziewczyna na takim odludziu. Szukasz wrażeń?
– Nie martw się o mnie. Zresztą takiego czegoś jak ja nikt by nie chciał nawet zgwałcić.
– Tego nie wiesz. Postanowiłaś to sprawdzić?
– Przyszłam się tu zabić.
Anthony nic na to nie odpowiedział. Powiedziała to z taką dozą pewności, że język stanął mu kołkiem.
– Słucham? – zapytał w końcu głupio, nic mądrzejszego nie przyszło w tej chwili do głowy.
– To co słyszałeś. Szukałam miejsca, żeby to zrobić. Mam w plecaku prochy i butlę wódki. Nie chcę już żyć. Zostawił mnie facet, straciłam pracę i ogólnie czuję się jak gówno. I tak to trwa od lat. Chcę z tym skończyć. Przeszkodziłeś mi. Chciałam stąd iść, kiedy cię tu zauważyłam, ale stwierdziłam że jednak to przesada – tak kogoś zakopać w dole. Tym bardziej że ten facet się rusza.
– To teraz posłuchaj, co to za facet...

xxx

Opowiedział jej wszystko ze szczegółami, pozostając w tej samej klęczącej pozycji. O swojej chorobie, o tym co przyszło mu do głowy, gdy siedział w samochodzie pod kliniką, o żonie, o dzieciach, o McGovney'u, o Joan Micula. Słuchała uważnie, w międzyczasie opuściła konar. Zadawała sporo pytań uzupełniających. W tym czasie McGovney ponownie zaczął powoli dochodzić do siebie. Musiał słyszeć – już drugi raz tego dnia – opowieść Anthony'ego. Nie miał jednak sił na cokolwiek więcej niż tylko ograniczone miotanie się po trawie i wypluwanie z siebie razem z pianą stłumionych wyzwisk i gróźb. Dziewczyna podeszła do niego ostrożnie, trzymając przed sobą swoją drewnianą broń i rzuciła:
– Jeśli to co ten facet opowiada nie jest prawdą, to nie pomagasz sobie tym zachowaniem, człowieku. Uspokój się, albo zaraz przygrzmocę ci w łeb.

McGovney całkowicie zignorował ostrzeżenie i nieudolnie próbował podnieść się z ziemi. Nie miał na to szans. Wciąż nie dysponował odpowiednimi siłami. Jego ręce, na których próbował się wesprzeć, nagle złożyły się w łokciach i klapnął twarzą w trawę. Nie podjął kolejnej próby. Leżał plecami do góry i rozgarniał palcami zeschłe liście. Jęczał i zawodził, jakby go obdzierano ze skóry.

– Jestem Linda, a ty? – dziewczyna zapytała klęczącego wciąż Anthony'ego.
– Anthony – odparł. – Mogę chociaż usiąść?
– Tak, przepraszam, właściwie to powinnam wezwać tu policję, tu naprawdę dzieją się kompletnie świrowate akcje.
Anthony z ulgą klapnął na ziemię, rozprostował ręce, pomachał zdrętwiałymi dłońmi, jakby strzepywał z nich wodę.
– Policja zapyta się, co tu robisz. I co im powiesz? Że chciałaś popełnić samobójstwo? Myślisz, że ci uwierzą w taki przypadek, zbieg okoliczności? Tu można spacerować całymi dniami i nikogo nie spotkać.
– No to co ja mam zrobić?
– Nie mam zielonego pojęcia. Rób jak uważasz i co czujesz. Możesz po prostu odwrócić się na pięcie i odejść.
– I wtedy dokończysz swoją robotę... – mruknęła Linda wskazując głową na leżącego w trawie McGovney'a.
– A uważasz że powinienem puścić go i wrócić do domu?
– Nie wiem. – teraz Linda wzruszyła ramionami.
– No właśnie, nie wiesz. Zobacz w jakiej jesteśmy sytuacji. Ty chciałaś się zabić, ja mam tylko trzy miesiące życia, a ten, tutaj dżentelmen, nie zasługuje na dalsze życie. Kto komu powinien udzielić rady? Co ci w ogóle odbiło, żeby odbierać sobie życie? Chcesz się może zamienić?

Linda znów wzruszyła ramionami, usiadła na trawie obok Anthony'ego i oparła ręce na kolanach.

– Tak naprawdę to pewnie bym tego nie zrobiła. Nawet nie dlatego, że bałabym się wykonać ten ostatni krok. Ja po prostu bardzo chcę żyć, w głębi serca. Teraz, kiedy tu tak siedzimy i to wszystko opowiedziałeś, czuję to jeszcze mocniej. Moje życie jest do dupy, ale jednak jakieś jest. Ty już nie masz wyboru. Ja właściwie mogę wrócić do domu, zrobić sobie kawę, zapalić papierosa i jakoś to dalej ciągnąć. Ta Joan też ma niewesołą sytuację. No i ten tutaj... Właściwie to nie mam pewności, że wciskasz mi jakiś kit. Brzmi to dosyć wiarygodnie. A ja ogólnie jestem dość łatwowierna. Ale czuję... Po prostu czuję, że to prawda. On jakoś nawet tak wygląda, jakby był tego typu człowiekiem. A ty, nie obraź się, nie wyglądasz na przestępcę, a już na pewno nie na mafiozę.

Anthony uśmiechnął się pod nosem.

– Słuchaj – powiedział i wstał z ziemi. – Naprawdę miło się rozmawia, ale ja muszę się stąd wynosić. Tak czy siak, on tutaj zostanie. Nie mam zamiaru odwozić go do domu. Ma szczęście, że się na ciebie natknęliśmy, bo już by go nie było.
– I co, nie bałbyś się go zabić? – Linda zadała to prowokacyjne pytanie bardzo poważnym tonem. – Ja bym tego nie zrobiła. Tak jak boję się samobójstwa.
– Po prostu, jak widać, nie jesteś jeszcze po tej drugiej stronie. Ja jeszcze wczoraj na pewno nie podjąłbym się takiej roli. Znałem całą opowieść o Joan, natomiast bałem się nawet pomyśleć o tym, żeby iść na policję i narobić wokół tej sprawy smrodu. A dziś... Wszystko się zmieniło, Linda, wszystko.

Linda otrzepała spodnie z trawy. Stanęła nad McGovney'em. Ten zmęczył się swoją walkę i leżał nieruchomo, miotając wokół siebie nienawistne spojrzenia.

– Mam pomysł, co z nim zrobić...

xxx

Pracownicy firmy McGovney & Partners zajęci byli swoimi sprawami. Nie było ich szefa, ale byli na miejscu kierownicy działów i kadra menadżerska. Robota szła normalnie. Około godziny trzynastej wszystkie pomieszczenia typu open space myślały już tylko o lunchu. Nikt jednak nie wstawał od swojego komputera. Pozostało jeszcze dziesięć minut do przepisowej przerwy. Gdyby ktoś postanowił wyjść wcześniej, musiał liczyć się z możliwością zderzenia się w drzwiach z Ronem McGovney'em. On miał nosa do takich rzeczy. Zawsze zjawiał się w firmie, kiedy działo się coś nie zgodnego z regulaminem korporacji. Nie były to przyjemne chwile. Po firmie krążyły legendy o o zwolnionych pracownikach tylko za to, że chcieli się urwać ze stanowiska minutę przed czasem.
Gdy od przerwy dzieliła ich już nawet mniej niż minuta, wszyscy zastygli przy swoich stanowiskach. Gdzieś na zewnątrz biurowca rozkrzyczał się samochodowy klakson. Nie było to zwykłe, prozaiczne trąbienie na kogoś, kto wstrzymywał ruch, bo właśnie pisał smsa. To był krzyk, albo raczej alarm.

Patrzyli po sobie nawzajem zaskoczeni. Wreszcie ktoś nie wytrzymał, zerwał się z miejsca i podbiegł do wielkich okien zorientowanych na wielki wybetonowany parking. Reszta firmy widząc pierwszego odważnego dała się porwać mechanice tłumu. Wkrótce wszystkie niemal nosy przytknięte były do każdego możliwego kawałka szyby. Patrzyli na to zjawisko niczym zaczarowani.

Na parkingu stał McGovney. Był całkowicie nagi, od stóp do głów. Miał na sobie jedynie kamizelkę z wsuniętym w kaburę pistoletem. Ktoś związał mu z tyłu ręce szarą taśmą samoprzylepną. Na piersi miał powieszony kawał tektury, na którym napisano czerwonym markerem: JESTEM GWAŁCICIELEM! McGovney nie zachowywał się tak, jak miał to w zwyczaju. Nie pozostał nawet ślad po pewnej siebie minie i wzroku samca alfa. Szlochał głośno, kręcił głową i coś mamrotał pod nosem. Nie można było tego usłyszeć, stał jednak za daleko. Szedł powoli w kierunku wejścia do biurowca.
Pracownicy patrzyli na ten spektakl zaskoczeni do szpiku kości tym, co dane im było zobaczyć. W końcu ktoś pierwszy zaczął robić sobie żarciki, ktoś inny z tyłu mówił, że on wiedział, iż ten typ tak kiedyś skończy. Wszystkich jednak ogarnęło przeczucie, że w ich firmie po tym, co dziś się wydarzyło, nigdy już nic nie będzie wyglądało tak samo. Coś się zmieniło nieodwracalnie, choć nikt z nich nie umiałby tego dokładnie wyjaśnić.
Gdzieś zza rzędu zaparkowanych samochodów wybiegło trzech mundurowych policjantów. Jeden z nich trzymał przed sobą wycelowaną broń. Celował w McGovney'a i coś krzyczał. Wtedy McGovney chciał podnieść ręce w górę, ale taśma mu to uniemożliwiała. Dwójka pozostałych policjantów zaszła go od tyłu. Jeden z nich wprawnym chwytem założył mu zapaśniczą dźwignię i powoli położył McGovney'a na asfalt. Ten trzeci założył mu kajdanki. Nie wiadomo skąd podjechały dwa radiowozy.

Znów zaczęło padać.

Podpis: 

Doktor U-boot 09.2019
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

Autor płaci 2000 poscredy(ów) za komentarz (tylko pierwszy) powyżej 300 znaków.

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Noc polarna Podstęp Topielec
Na północy Norwegii. Historia trudnej miłości, która powraca po latach. - Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 50
Sponsorowane: 16

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.