http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
50

Posłannictwo z gwiazd

  Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

We listopadzie nagrodą jest książka
Gra anioła
Monika Szwaja
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Posłannictwo z gwiazd

Krótka historia o napotkaniu obcej cywilizacji

Podstęp

Historia trudnej miłości, która powraca po latach.

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Mój świat

Zagubienie, zbrodnia, kara.

Drugi raz

Dopadły mnie mdłości. Ślina napływała do ust i ciężko było ją przełykać. Przeznaczenie tych narzędzi było dla mnie jasne. Byłem przygotowany do sekcji zwłok. Moich własnych zwłok... (Nie każdy jednak otrzyma drugą szansę)

Miłość wyborna

Wybebeszę to z Ciebie stanowczo, metodycznie...

Nowa Atlantyda

Jedna z przyszłości futurystycznych zawartych w e-booku "Futurystyka" (Przyszłość kiepska)

Kilka naiwnych słówek o myślach kobiecych

"Błogi spokój, który głupcy mylą z nudą."

TENEBRIS

Ciemność jest wokół nas. A jeśli jest także w Tobie?

Tezeusz

Piosenka z audiobooka "Dopalacze poetyckie"

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
528
użytkowników.

Gości:
527
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81243

81243

Dzika Małpa

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

Data
19-10-20

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Akcja/Erotyka/Psychologia
Rozmiar
280 kb
Czytane
194
Głosy
1
Ocena
5.00

Zmiany
19-10-20

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: lacki Podpis: lacki
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Chłopak z dziewczyną nieopatrznie odstają się na posiedzenie Sądu Ostatecznego

Opublikowany w:

Dzika Małpa

Dzika Małpa
I
- Mamusiu, ten strumyk, w którym się kąpałem, a ty prałaś w nim bieliznę, to jak się nazywa?
- To jest bardzo mały strumyk.
- Nie ma nazwy?
- Chyba nie. Po prostu strumyk.
- Mogę go nazwać, nasz strumyk?
- Możesz synku, nawet ładnie brzmi, nasz strumyk.
- A dokąd on płynie?
- Niedaleko.
- Ale dokąd?
- Do rzeki. Wpada do dużej rzeki.
- A jak się nazywa ta rzeka?
- To jest duża rzeka.
- A dokąd płynie duża rzeka?
- Płynie daleko, daleko.
- Też wpada do rzeki?
- Nie, ona nie wpada do rzeki.
- To co się z nią dzieje?
- Rzeka wpada do morza?
- Do morza? A jak się nazywa to morze?
- Morze, po prostu morze.
- I dokąd płynie morze?
- Morze nie płynie. Ono jest.
- Coś jednak musi robić?
- Morze faluje.
- No a dalej, co jest dalej, za morzem?
- Za morzem jest ocean.
- A za oceanem? Co jest za oceanem?
- Za oceanem jest olbrzymi kontynent.
- Mamusiu, to znaczy jakbym płynął naszym strumykiem, później rzeką i morzem, to bym dopłynął do oceanu i do tego olbrzymiego kontynentu.
- Tak synku, byś dopłynął.
- A co jest na tym kontynencie?
- Są tam miasta, mieszkają w nich ludzie. Dużo, bardzo dużo ludzi.
- Byłaś tam kiedyś mamusiu?
- Nie synku, to jest bardzo daleko. Nigdy tam nie byłam.
- A gdzie byłaś najdalej?
- Byłam w miasteczku, w miejscu gdzie strumyk wpada do dużej rzeki.
- Ładne jest to miasteczko?
- Bardzo ładne.
- Pojedziemy tam kiedyś?
- Tak, na pewno pojedziemy.
- I tatuś też z nami pojedzie?
- Tak synku, tatuś też z nami pojedzie.
- Długo będziemy tu jeszcze siedzieć mamusiu? Nogi i plecy mnie strasznie bolą.
- Nie, niedługo synku.
- Wiesz mamusiu. Jak dorosnę, tak bardzo chciałbym być Polakiem.
- Przecież jesteś Polakiem.
- Naprawdę? Oni są tacy duzi. Duzi i silni.
- Też kiedyś będziesz duży. Duży i silny.
- I tacy mądrzy.
- Też kiedyś będziesz mądry.
- Na pewno mamusiu?
- Na pewno synku.
- Mamusiu, powiedz mi jeszcze, co jest za tym wielkim kontynentem?
- Za tym kontynentem jest drugi ocean.
- Taki sam jak ten pierwszy?
- Nie, on jest jeszcze większy niż ten pierwszy.
- Pływają tam ryby?
- Tak, duże ryby.
- Większe niż te, które łapałem rękoma w naszym strumyku?
- Większe, dużo większe.
- Kto jeszcze pływa w tym oceanie.
- Wiele, wiele ryb i innych stworzeń.
- Jakich stworzeń?
- Na przykład Kot Morski.
- Kot Morski?
- Tak.
- On istnieje naprawdę?
- Istnieje naprawdę.
- I przypłynie do nas z tego drugiego oceanu? Przez pierwszy ocean, przez morze, przez rzeki? Aż do naszego strumyka?
- Przypłynie.
- I pomoże nam? Uratuje nas od śmierci?
- Uratuje.
- Na pewno mamusiu.
- Na pewno synku.
- To tak będę to sobie wyobrażał. Mamusiu, bardzo chce mi się spać.
- Śpij synku, śpij.
Ktoś ostrożnie zapukał do drzwi, później je uchylił. Smuga światła wśliznęła się do ciemnej piwnicy. Jakaś postać szeptem powiedziała.
- Pani Mario, mam dobre wiadomości od męża. Jutro po południu przyjedzie po panią i syna. Będziecie mogli razem wyjechać.
Drzwi zamknęły się. Znów zapanowała ciemność.
Maria się ucieszyła. Okres niepewności, oczekiwania na wyjazd zbliżał się ku końcowi.

Stanisław przyjechał po Marię i syna następnego dnia rankiem. Opuścili miejscowość, gdzie od dłuższego czasu przebywali. Po południu, z pobliskiego dworca odjeżdżał ich pociąg. Na torze stał już parowóz z doczepionym składem wagonów.
- Tato, będziemy jechać tym pociągiem - syn był podniecony podróżą.
- Tak synku.
Bagażowy, przykurczony człowiek podszedł do nich, pomógł nieść walizki. Zwrócił się do Stanisława przyciszonym głosem. Maria jednak usłyszała.
- Jak nie chcecie państwo jechać to ja wam pomogę. Ukryję was.
- Dlaczego! - Stanisław był tak zaskoczony propozycją, że aż krzyknął. - Mamy się ukrywać? Znowu? W jakim celu?
- Niektórzy nie chcą jechać, pragną zostać.
- My nie. Starałem się o ten wyjazd bardzo długo.
- Decyzja należy do pana - Bagażowy włożył walizki do przedziału, Stanisław zapłacił za usługę. Zapytał, gdy tamten opuszczał przedział.
- Ukrywa pan już kogoś?
- Dwie rodziny.
- Jak długo?
- Już kilka miesięcy.
- Dlaczego pan to robi?
- Prosili mnie o tę przysługę.
- Ale to jest przecież nielegalne.
Bagażowemu twarz stężała. Na czole pojawiły się krople potu..
- Niech pan nikomu nie mówi. Błagam pana - złożył ręce jak do modlitwy.
- Proszę się nie martwić. Z resztą komu mógłbym powiedzieć?
- Dziękuję panu - tamten uspokoił się, odszedł.
Stanisław z Marią usiedli w fotelach, syn zajął miejsce przy oknie.
- Może powinniśmy skorzystać z jego propozycji? – zapytała Maria.
- Nie. Wyglądał na podejrzanego typa. Na pewno nie robi tego za darmo.
- Nasza podróż jest tak osobliwa.
- Co w tym osobliwego. Siedzimy wygodnie w przedziale. Dojedziemy na miejsce, tam się nami zajmą inni odpowiedzialni ludzie. Będzie dobrze, nie martw się.
Maria wyjęła z torby podróżnej kolorową apaszkę, zawiązała Stanisławowi na szyi.
- To na wszelki wypadek, jakby nas rozdzielili. Zawsze się później odnajdziemy.
- Dlaczego mieliby nas rozdzielać?
Starszy, nobliwy pan wszedł do przedziału. Ubrany w spodnie podróżne i koszulę flanelową.
- Dzień dobry. Jestem państwa konwojentem. Proszę o dokumenty.
Stanisław zdziwił się, że tak zwyczajnie ubrany człowiek może być ich konwojentem lecz posłusznie pokazał polecenie wyjazdu wraz z paszportami, swoim, żony i syna.
Dokładnie je sprawdzał.
- W porządku proszę pana – Konwojent zwrócił dokumenty Stanisławowi - wszystko się zgadza proszę pana. Do wyjazdu jest jeszcze trochę czasu proszę pana. Proszę się częstować, na półkach są wyłożone kanapki, napoje i owoce proszę pana. Jest również prasa proszę pana, życzę miłej podróży - usiadł w rogu przedziału, przykrył twarz zasłoną, jakby pragnął się zdrzemnąć.
Stanisław zdążył jeszcze zapytać.
- O której wyruszamy?
- Pociągi z tego toru proszę pana nie mają uregulowanego rozkładu. Ja proszę pana nie wiem. Ja tylko konwojuję proszę pana. Ale mogę pana proszę pana zapewnić, że pociąg na pewno dojedzie do celu proszę pana. Zawsze dojeżdża proszę pana.
- Dziękuję - Stanisław uśmiechnął się do Marii, rozbawiony śmieszną mową.
Po pewnej chwili z rogu przedziału zaczęło dochodzić sapanie, które później przerodziło się w delikatne chrapanie.
Do pociągu wsiadało coraz więcej podróżnych, pojedynczo, rodziny, młode pary. Wagony powoli zapełniały się. Późnym wieczorem transport ruszył. Stanisław z synem, póki jeszcze było widno oglądali krajobrazy za oknem. Przy jednej z ulic minęli znajdujące się tam przyjezdne, wesołe miasteczko pełne ludzi. Oświetlone neony, karuzela, ruch, gwar, chłopcy, dziewczęta.
„A my jedziemy nie wiadomo dokąd” - pomyślał Stanisław.
Dzień pełen wrażeń, monotonny stukot kół spowodował, że szybko usnęli. Pociąg jechał całą noc, oprócz pierwszej stacji nigdzie się nie zatrzymywał. Obudziły ich głośne krzyki i nawoływania.
- Wysiadać, wysiadać, pociąg dalej nie jedzie.
Nastał dzień, Stanisław przecierał oczy, otworzył okno, zimne powietrze wdarło się do przedziału, rozglądał się po okolicy. Zatrzymali się na małej, kolejowej stacyjce. W oddali zobaczył napis na drogowskazie „Grabina Zameczek 15km”. Przy rampie na polnej drodze stały ciężarówki.
- Jesteśmy na miejscu? - zapytała przebudzona Maria.
- Chyba tak - Stanisław odpowiedział.
- Tato, dalej nie pojedziemy?
- Nie synku.
Śpiącego w rogu przedziału Konwojenta nie przebudziły okrzyki, tak jak zasnął na początku podróży tak spał nadal.
Kobieta w przybrudzonym drelichu podeszła do wagonu.
- Dalsza podróż odbędzie się w ciężarówkach. Proszę się przesiąść, kierowcy czekają.
- Dokąd nas zawiozą?
- Nie wiem, prosili mnie bym państwu przekazała, pociąg przyjechał spóźniony, proszę się pośpieszyć, silniki mają włączone – Kobieta przechodziła od wagonu do wagonu i powtarzała „wysiadać”, „proszę wysiadać”.
Stanisław z Marią i synem, z pozostałymi podróżnymi, wysiedli z pociągu, zajmowali miejsca we wskazanych ciężarówkach. Kobieta w przybrudzonym drelichu pomagała układać bagaże pod plandeką.
- Strasznie niewygodnie - narzekała Maria.
- Długo nie potrwa, cel podróży powinien być niedaleko - uspokajał Stanisław.
- To jest blisko – Kobieta w drelichu przytaknęła, zawiązywała plandekę - podróż będzie krótka, po co macie iść piechotą jeśli są samochody. Lepiej niewygodnie jechać niż wygodnie iść miła pani - uśmiechnęła się do Marii.
- Jaka pani uprzejma - Maria odwzajemniła uśmiech, rozpogodziła się.
Podróż trwała krótko. Dojechali na miejsce, wysiadali z ciężarówek.
Znaleźli się w dużym gospodarskim obejściu. Obora, szopy, budynki gospodarcze. Wokół kręcili się ludzie ubrani w robocze kombinezony, na nogach kalosze.
- Tutaj, tutaj - krzyczeli, machali rękami do nowoprzybyłych.
- Tato gdzie my jesteśmy? - zapytał syn.
Stanisław nie bardzo wiedział co odpowiedzieć. Pierwszy raz do momentu wyjazdu poczuł zaniepokojenie.
- To nic synku, to nic, nie przejmuj się - chwycił go mocno za rękę.
Do Stanisława podszedł brodaty mężczyzna.
- Chodźmy - ruszył do przodu - proszę za mną.
- Dokąd idziemy? - zaciekawił się Stanisław.
- Zaraz będziemy na miejscu. Proszę za mną - powtórzył, spojrzenie skierował na stojących bez ruchu Stanisława z synem i Marię - proszę. Nie ociągajcie się państwo, bardzo was proszę.
- Pójdźmy Stanisławie - Maria ze zrozumieniem przyjęła prośbę Brodacza.
Podążyli w kierunku przez niego wskazanym.
Krok w krok za nimi szedł pomocnik Brodacza. Niski, zuchwały, wynaturzony osobnik, w przepoconej kurtce i zabłoconych butach.
Zatrzymali się przed oborą pokrytą odpadającym tynkiem.
- Co to za zabudowania? -zapytała Maria.
- Budynki gospodarcze. Proszę się nie obawiać. Budynki zostały zmodernizowane. Bagaże proszę tu zostawić - wskazał miejsce pod ścianą.
- Weźmiemy je ze sobą. Zabraliśmy nasze najwartościowsze rzeczy - powiedziała Maria.
- Nie, musicie je tu zostawić, takie zarządzenie - nie czekając na odpowiedź rzucił krótkie, szybkie słowo do kroczącego za nim pomocnika - Bierz!
Ten tylko czekał na sygnał, chwycił, wyrwał z rąk walizki, mały plecak wyszarpywał chłopcu. Odskoczył z łupem pod ścianę.
- Tam są moje klocki - rozpłakał się syn.
- Nie martw się chłopcze, otrzymasz je z powrotem. Później - Brodacz pogłaskał go po główce.
Otworzył stalowe, zardzewiałe drzwi budynku.
- Proszę państwa do środka - wskazał ręką ciemne wnętrze.
Stanisław przyglądał się całej sytuacji z zakłopotaniem, myślał co mógłby uczynić. Podszedł do mężczyzny bardzo blisko, tak żeby ten usłyszał jego przyciszony głos.
- Rozmyśliłem się. Chcemy jednak wrócić. Nie podoba nam się tutaj.
- Co się panu nie podoba, szanowny panie?
- Tak w ogóle, atmosfera, brudne ściany, przyciemnione wnętrze pomieszczenia gdzie mamy wejść, pański niechlujny pomocnik. Proszę nas uwolnić, oddać bagaże, do pociągu dojdziemy piechotą, wsiądziemy i wrócimy do miasta, do naszego domu, do naszej rodziny, do przyjaciół.
- Ależ nie ma takiej możliwości – odpowiedział Brodacz - Choćbym chciał, choćbym bardzo tego pragnął. Ciężarówki odjechały, pociągi też, zresztą w powrotną drogę nie zabierają pasażerów. Odjeżdżają tylko z konwojentami.
- Nie - Stanisław chwycił go mocno za rękę - nie podoba mi się sytuacja w jakiej się znaleźliśmy. Proszę nam pomóc. Proszę nas uwolnić. Bardzo pana o to proszę w imieniu swoim, mojej żony i ukochanego naszego synka.
- Panie Stanisławie - Brodacz łagodnie próbował odsunąć się - pan przecenia moje możliwości. Moja chęć czy niechęć do niesienia pomocy nic nie znaczy. Żeby pana uwolnić, musiałbym otrzymać nakaz pańskiego uwolnienia. Może go wystawić tylko ten, kto wydał nakaz wyjazdu.
- Czyli kto?
- Nie wiem. To nie moja sprawa. Swoje zadanie staram się należycie wypełnić. Powtarzam, nie jestem w stanie nic zrobić. Nie mam takiej władzy. Mogę tylko być bardziej miły. Nic więcej.
- Nie może pan nas gdzieś ukryć? - Stanisław przypomniał sobie propozycję z dworca.
- Ukryć? Gdzie was ukryję? W tym gospodarskim obejściu?
- Nie, w domu. Bagażowy ukrywa dwie rodziny - Stanisław chociaż obiecał, że nie powie o tym nikomu, jednak w tej według niego nieprzyjemnej sytuacji postanowił zdradzić tajemnicę.
- Nie, nie ukryję i proszę nie zawracać mi więcej głowy - Brodacz obruszył się- To może się dla was źle skończyć.
- Może mi pan przynajmniej powiedzieć co się tutaj wyprawia?
- Świński ryj? Chodzi panu o niego?- wskazał na chytrego osobnika plądrującego bagaże - próbuję nad nim zapanować. Trudno go powstrzymać.
- Obawiam się takich ludzi. Lecz bardziej niepokoi mnie to co się dzieje w zabudowaniach, za tymi drzwiami?
- Nic groźnego. Panie Stanisławie, nic nie poradzę w pańskiej sytuacji. Musi pan wejść do wnętrza. Proszę - wskazał drzwi.
Stanisław zrezygnował z dalszego nalegania. Trzymając syna za rękę posłusznie weszli do budynku, Maria postępowała za nimi. Drzwi zatrzasnęły się.
Pomieszczenie oświetlone było mdłym światłem z przybrudzonej i upstrzonej martwymi muchami żarówki. Kilka boksów przedzielonych kotarami.
- Tato boję się - szepnął syn.
Stanisław też się bał, jednak nie dawał poznać tego po sobie, chciał być wsparciem dla syna i żony swojej.
- Spokojnie, spokojnie, zaraz się wszystko wyjaśni - uspokajał.
Zza kotary wyszedł młody mężczyzna.
- Dzień dobry państwu. Witam serdecznie - usłyszeli miły głos.
- Kim pan jest? - zapytała zaskoczona nagłym pojawieniem się mężczyzny Maria.
- Kąpielowy do państwa usług.
- Kąpielowy? - zdziwiła się Maria.
- Co w tym dziwnego? Po podróży powinniście się państwo odświeżyć. Proszę rozebrać się. Tam, za parawanem. Na wieszakach są ręczniki a w pojemnikach mydło. Później pod prysznic, pani do pomieszczenia na prawo, pan na lewo a dziecko do środka.
- Ja nie chcę sam, ja chcę z tatą - zaprotestował syn.
- Nie możesz synku, takie są przepisy - Kąpielowy podszedł do dziecka, pogłaskał go po głowie – Później się spotkacie.
- Proszę pana - Stanisław drugi raz krótkim czasie zwrócił się do obcego człowieka z prośbą - proszę nas uwolnić.
- Uwolnić? Stąd? - żachnął się Kąpielowy - Dlaczego?
- Mam złe przeczucia. Proszę pana o to bardzo.
- Ależ ja nie mogę. Wydaję ręczniki i mydło. Jedynie co mogę, to wydać świeższy ręcznik i mniej wymydlone mydło.
Maria nie czekała, skierowała się za parawan, rozebrała się, weszła do umywalni dla kobiet. Syn uczynił to samo, wszedł do pomieszczenia przewidzianego dla dzieci. Stanisław opierał się, wahał, myślał co zrobić. Po kilku nieudanych prośbach nie widział innego wyjścia jak poddać się istniejącemu ciągowi zdarzeń. Gdy już się zdecydował, Kąpielowy nagle chwycił go za rękę.
- Mam do pana wielką prośbę –głos jego zabrzmiał lękliwie – wielką prośbę. Proszę mnie wysłuchać. Tam po drugiej stronie znajduje się moja żona z najmilszą moją córeczką. Proszę im powiedzieć, że bardzo je kocham - pomieszczenie było przyciemnione, Stanisław zauważył jednak jak na jego twarzy pojawiły się łzy, spływały po policzkach.
- Jak to? - Stanisław był zaskoczony.
- Nikomu o tym nie mówiłem. Ale pan jest tak przestraszony, jak ja kiedyś byłem. Jestem takim samym podróżnym jak pan. Też otrzymałem nakaz wyjazdu. Kilka miesięcy temu przyjechaliśmy jednym z pierwszych transportów. Tu w przebieralni nie wytrzymałem, ogarnął mnie strach. Tak wielki, że nie mogłem zrobić kroku w przód. To była krótka chwila, chwilka, chwilunia lęku i przestrachu. Ale to wystarczyło bym się zatrzymał. Stanąłem nad Otchłanią. Wielką, niesamowitą głębią męki i cierpienia. Przeraziłem się. Żona z córeczką już weszły za parawan, poszły dalej. Ja nie dałem rady. Zostałem. Uprosiłem Brodacza, na kolanach go prosiłem, błagałem, pełzałem przed nim. Po czasie dał się przekonać, zgodził się. Wcześniej on, prócz tego, że odpowiadał za porządek i spokój ludzi, to jeszcze wydawał ręczniki i mydło. Po moich prośbach przekazał tę funkcję mnie. Zostałem Kąpielowym. Kocham bardzo moją żonę i córeczkę - wyjął z kieszeni fotografię pięknej jasnowłosej kobiety z przytulającą się, obejmującą jej szyję uśmiechniętą dziewczynką ze splecionymi warkoczykami.
- Dlaczego sam pan do nich nie pójdzie?
- Boję się. Bardzo się boję. Do bojaźni doszedł jeszcze wstyd. Zostawiłem je same. Wstydzę się. Nie jestem ich godzien. Czuję do siebie wstręt, obrzydzenie. Czasu jednak cofnąć się nie da. Z takim piętnem muszę żyć, pracować dla Brodacza.
Stanisława spojrzenie wyrażało współczucie przemieszane z pogardą. Marii i syna już nie było. Stanisław odszedł od Kąpielowego. Wszedł za parawan. Rozebrał się, znalazł się w umywalni.
- Tato, to nic strasznego? Wszystko będzie dobrze? – usłyszał dochodzący gdzieś z oddali głos ukochanego syna.
- Tak synu, będzie dobrze - krzyknął Stanisław.
- Na pewno tato? Tutaj tak ciemno, boję się. Dlaczego my tu jesteśmy?
Stanisław nic nie odpowiedział, odkręcił zawór prysznica.
Na jego nagie, przemęczone barki spływały kojące strumienie.

II
To była najdziwniejsza sprawa w całej mojej karierze adwokackiej. Do tej pory jeszcze z trwogą myślę, jak w tamtym czasie udało mi się ujść z życiem. Nawet nie wiem komu mam dziękować, gdyż przychodzące na myśl standardowe „dzięki Bogu” zakrawa na kpinę. Przypadek, łut szczęścia, moja determinacja, początkowy strach i bojaźń przeradzające się w odwagę i opór? Czy to zaważyło, że ja żyję, a oprócz mnie nikt się nie uratował? Nawet moi klienci, których pragnąłem bronić. I wielu, wielu innych ludzi, dziesiątki, setki, którzy dostali się w kleszcze morderczego reżimu, z których nie byli w stanie się wydostać. Czy ktoś się za mną wstawił? Ktoś mi pomógł? Ktoś obezwładnił moich oprawców?
Zaczęło się dosyć niewinnie. Z mojej skrzynki pocztowej wyjąłem list, nadawcą była Izba Adwokacka. W kopercie był drugi list, od nieznanego nadawcy. Proponowano mi obronę kilku osób, którzy podlegali procedurze sądowej, i którym groził wyrok skazujący. O szczegółach miałem się dowiedzieć w wydziale obrony adwokackiej Urzędu Miasta Gdańska, kiedy przyjmę zlecenie. Nie zastanawiałem się, jako młody adwokat nie miałem zbyt dużego wyboru. Następnego dnia już tam byłem. Gdańska nie znałem zbyt dobrze, właściwie w ogóle nie znałem. Urodziłem się, uczyłem, studiowałem w Warszawie, nad morze przyjechałem, gdyż moja dziewczyna nie chciała się przeprowadzić do stolicy.
Z trudnością odszukałem adres widniejący na kopercie, wydział do spraw obrony adwokackiej znajdował się na Dolnym Mieście, tuż przy świetlicy ogródków działkowych. Recepcjonista nie wiedział, jaki pokój wskazać. Przewracał zeszyt raz w na jedną, raz na drugą stronę. Mruczał niezadowolony.
- Nie wiem, gdzie pana skierować. Nie przypominam sobie tego powiadomienia. Proszę, może do tego pokoju, wskazał najbliższe drzwi.
Tam jedna z urzędniczek coś sobie przypomniała. Krzyknęła do koleżanki siedzącej przy biurku na drugim końcu pokoju.
- Sabina! To twoja sprawa.
Kobieta w średnim wieku podeszła do mnie.
- Obrona? – ni to zapytała, ni to stwierdziła.
- Zna pani tę sprawę?
- Przydzielono mi temat w ostatniej chwili. Z tego co wiem to chodziło o kilka osób.
- Tak, mam być ich adwokatem.
- Ale to chyba już nieaktualne. Wycofano zlecenie.
- Kto wycofał?
- Nie wiem. Zastępowałam tylko koleżankę. Nie pracuje już u nas.
- Niczego się nie dowiem?
- Przykro mi.
Wyszedłem niezadowolony z magistratu. Miałem nadzieję na zarobek, chociaż skromny to jednak. Na ulicy zaczepił mnie recepcjonista, wybiegł za mną.
- Wiem, wiem kto się tym zajmował.
- Kto?
- Władzio! Jest niedaleko, na ulicy Chłodnej. Razem z całą, swoją zgrają.

Pod Kotwicą.
Tak, rzeczywiście to była niebywała zgraja. Z perspektywy czasu zastanawiam się skąd tacy ludzie się wzięli. Może nie tyle wzięli, bo podobnych pojedynczych typów można spotkać na całym świecie wielu lecz zastanawiające było, jak oni się wspólnie odnaleźli, jak stworzyli taki dobrze rozumiejący się, przede wszystkim uzupełniający się zespół ludzi, taką zgraną paczkę? Ludzi, którzy z pozoru emanowali łagodnością i naiwnością, a spod tych powierzchownych przymiotów w decydujących momentach wypełzła bezwzględność, surowość i pogarda.
Jest takie angielskie słowo „teamworks” idealnie pasujące do tej zgrai. Stworzonej przypadkowo? Czy też był to czyjś zamysł, by ta grupa ludzi decydowała o losach dużej części społeczeństwa? Współpraca pomiędzy nimi, co miała pokazać przyszłość, układała się wręcz idealnie, wszelkie uchybienia bądź luki powstałe przez błędy jednego z nich były natychmiast korygowane i wypełniane przez drugiego, także system przez nich konstruowany na zewnątrz świecił blaskiem zjednoczonego i pewnego monolitu.
Zastałem ich w barze „Pod Kotwicą”, w wyjątkowo podłej mordowni mieszczącej się na Dolnym Mieście, na rogu ulicy Łąkowej i Chłodnej. Bar, właściwie jego jaskrawożółty szyld z wymalowaną czerwoną kotwicą był widoczny z daleka. Wahadłowe drzwi, przez które wchodziło się do środka położone były poniżej poziomu ulicy. Zszedłem po kamiennych schodach na dół, pchnąłem drzwi, znalazłem się wewnątrz. Było tam kilkadziesiąt osób, przeważnie mężczyźni, stojący przy wysokich stołach i popijający piwo z litrowych kufli, przy ławach siedziało kilka kobiet. W sali panował gwar, gęsty dym papierosowy wypełniał każda wolną przestrzeń, zapach będący mieszaniną potu, odgrzewanego bigosu i rozlanego piwa nieznośnie wnikał w nozdrza.
Gruba kelnerka z pokaźnym, wylewającym się z ciasnego stanika biustem, z przewieszonym przez ramię ręcznikiem, trzymająca w rękach cztery kufle piwa, podbródkiem wskazała stolik. Podziękowałem jej skinieniem głowy. Zapytałem tylko.
-Władzio?
Nie czekałem na odpowiedź. Nie sposób jego, właściwie ich, było nie zauważyć i nie usłyszeć. Siedzieli przy stoliku, na końcu sali, kilka charakterystycznych postaci, wyróżniających się spośród bywalców baru, ubranych w stroje robocze robotników z Blaszanki i robotnic z Dagomy, pracowników pobliskich zakładów przemysłowych.
Podszedłem do stolika.
- Pan Władzio? – pytanie skierowałem do pulchnego mężczyzny w wieku trzydziestu kilku lat, głośno opowiadającego jakieś zdarzenie, co wywoływało co chwila salwy śmiechu wśród słuchaczy.
Mężczyzna przerwał swoją opowieść i przypatrując się mi uważnie odpowiedział lekko zaczepnym tonem.
- Tak. A o co chodzi?
- Skierowano mnie tu z urzędu.
- To siadaj pan -przysunął z sąsiedniego stolika taboret -Zaraz pogadamy, tylko skończę.
Przysłuchiwałem się dalszemu ciągowi przerwanej opowieści.
„…. wówczas skierowałem się do pokoju w celu uzyskania ważnego potwierdzenia, o które dopominałem się od dłuższego już czasu u inspektora Buciora. Zawsze zgłaszałem się do niego i zawsze miałem kłopoty z przeciągającą się procedurą. Zza drzwi dochodziły jęki, łkania. Zapukałem, po dłuższej chwili ciszy, nie spodziewając się odpowiedzi nacisnąłem klamkę i wszedłem do pokoju.
Inspektor Bucior siedział za biurkiem, na którym leżały sterty papierów i tomy dokumentacji. Nawet nie zwrócił uwagi na mnie, po prostu nie zauważył mnie.
Głowę przytrzymywał obiema rękami, pochylony wpatrywał się w drewniany blat biurka i łkał.
- Tyle pracy, tyle pracy, dlaczego to na mnie trafiło, dlaczego to mi się przydarzyło? Dlaczego, dlaczego? Tyle pracy, tyle pracy.
- Dzień dobry panu –nieśmiało przerwałem mu wywody.
- A pan, kto? – Inspektor Bucior spojrzał na mnie, chyba mnie rozpoznawał, przestał łkać - Sam jeden nie nadążam. Sam jestem. Nie daję rady. Nic jeszcze w pana sprawie nie zrobiłem. Sam pan widzi ile mam roboty – wskazał na zasłane papierami biurko- musi pan przyjść za kilka dni.
- Ale ja już tyle razy przychodzę, a pan zawsze powtarza, że za kilka dni, kilka dni. A to już się ciągnie miesiącami.
- I co ja mam zrobić, przecież nie nadążam. Sam jestem. Kiedyś było nas tu dwóch. Teraz zostałem sam i cóż poradzę. To musi trwać i już. Proszę uzbroić się w cierpliwość.
- Może panu w czymś pomóc?
- Pan? Pan przecież się nie zna na tych sprawach. Tu potrzeba doświadczenia, odpowiednich kwalifikacji, inwencji. To musi być fachowiec taki jak ja. Pan nie jest w stanie mi pomóc. Sam to zrobię, lecz potrzebny mi jest czas.
Z zewnątrz ktoś otworzył drzwi. Do pokoju wszedł pomocnik. Mały, chudy, z krostami na twarzy. W wyciągniętych do przodu rękach trzymał opasłe tomisko dokumentów.
- Na ziemię! –Ryknął inspektor Bucior.
Chłopak skulił się przestraszony, chciał już klapnąć na podłogę, lecz grube tomisko mu przeszkodziło.
- Nie ty ciamajdo! Nie widzisz, że biurko zajęte. Rzucaj papiery.
Chłopak rzucił dokumenty na podłogę, aż zatrzęsło całym pokojem.
- O rany, z kim ja pracuję, nie możesz ciszej. Wynoś mi się, ale już – Inspektor był mocno poirytowany.
Chłopak opuścił pokój.
- No widzi pan! Jeszcze donoszą nowe tomiska. Tamtych nie skończyłem a tutaj nowe. A ja jestem przecież sam, nie daję rady. Nic na to nie poradzę. Z resztą idę już do domu, dochodzi czwarta godzina – Inspektor podniósł stojącą przy nodze krzesła teczkę, do kosza wyrzucił wystający z niej papier, w który jeszcze przed paroma godzinami zawinięte było drugie śniadanie i błyskawicznie opuścił pokój.
Przez chwilę rozglądałem się po pokoju i wyszedłem zrezygnowany zaraz za inspektorem Buciorem. Kierowałem się ku wyjściu gdzie spotkałem krostowatego pomocnika. Próbował mnie pocieszyć z powodu tak złego potraktowania przez inspektora.
- Proszę się nie martwić. Inspektor Bucior miał dzisiaj zły humor. Ma tyle spraw do załatwienia, dlatego jest mocno zdenerwowany -Chłopak nie wydawał się przejęty- Żal mi jest jego. Starszy, doświadczony inspektor a nie może prostych spraw załatwić. Przecież gdyby nie ja toby już utonął w tych dokumentach, ludzie by go nachodzili i nachodzili. A nie wszyscy są cierpliwi tak jak pan. Od niejednego petenta Bucior już dostał po twarzy.
- Co to znaczy gdyby nie pan? Gdyby nie ja, pan tak powiedział? - zapytałem.
- No tak, ja. Ja za niego załatwiam sprawy. Przecież on nie jest w stanie nic zrobić. On tylko łka i łka.
- Kiedy pan to robi? To znaczy, kiedy pan załatwia te sprawy?
- Po godzinach. Wtedy, kiedy inspektor Bucior idzie do domu.
- To znaczy teraz?
- Tak, teraz.
- To, dlaczego pan nic nie robi teraz?
- Bo nikt mnie o to nie poprosił.
- A jak bym ja poprosił, to by pan moje dokumenty potwierdził.
- Oczywiście. Jak najbardziej.
- No to ja poproszę by pan załatwił moją sprawę. Chodzi o potwierdzenie dostarczonych wcześniej dokumentów.
- Proszę bardzo –chłopak otworzył drzwi od pokoju inspektora, z szuflady biurka wyjął klucze, podszedł do szafy pancernej, otworzył ją i wyjął ogromną pieczęć.
- Gdzie ją przystawić? –Zapytał.
Zdziwiony zacząłem szukać w stercie papierzysk leżących na biurku moich dokumentów. Znalazłem je, były w nietypowej bordowej oprawie.
- Tutaj, tutaj –wskazałem palcem na specjalnie zostawione puste miejsce na stronie.
Krostowaty chłopak z rozmachem przybił pieczęć. Ujrzałem okrągłe godło urzędu, na które tyle czasu bezskutecznie oczekiwałem.
- Okrągła pieczęć –stwierdził chłopak z satysfakcją– mówiono mi, że na potwierdzeniu liczy się tylko okrągła pieczęć. Prostokąty, romby, kwadraty czy też inne kształty są nieważne, są nic nie warte.
- Tak, kwadratowa czy prostokątna nie ma takiego znaczenia – przytaknąłem.
- Nasza jest okrągła –powiedział z powagą chłopak- i wielka jak talerz, ciężka, waży chyba kilogram. Ona jest jak najbardziej prawidłowa. Nikt się nie przyczepi do pańskich dokumentów jak zobaczy taką solidną pieczęć. Nikt nie ma prawa negować mojego, właściwie inspektora Buciora potwierdzenia.
- Nic pan nie napisze pod pieczęcią? – zapytałem krostowatego chłopaka.
- A co pan chce bym napisał?
- No nie wiem, Bucior zawsze coś pisze. Jakieś swoje spostrzeżenia, uwagi, propozycje.
- To było wcześniej, teraz już nic nie pisze. Nie ma czasu. Lecz jak pan uważa to napiszę.
Chłopak napisał drukowanymi literami „nie mam uwag”, trochę koślawo, wstawił datę, podpisał się takimi dziwnymi osobnymi literami.
- Może być?
- Oczywiście, nie wiem jak panu dziękować. Tyle czasu nachodziłem Buciora a on zwlekał i zwlekał. Zawsze taki zapracowany, nigdy nie miał dla mnie czasu. A panu zajęło to króciutką chwilę i już po wszystkim. Nie spodziewałem się, że to takie proste. Dlaczego wcześniej pan tego nie uczynił?
- Nie prosił mnie pan.
- Nie wiedziałem, że pan może przystawiać pieczęcie i potwierdzać dokumenty.
- To teraz pan już wie.
- Dlaczego pan to robi?
- Żal mi inspektora. Chociaż w stosunku do mnie jest niegrzeczny. Ale jak zaczyna łkać to mi się robi go żal. Boję się też, że petenci go pobiją, jak będzie przedłużał w nieskończoność niezałatwione sprawy.
- On wie, że pan to robi?
- Myślę, że nie. Chociaż powinien się domyślać, że ubywa spraw. Ale on jest tak zajęty, że chyba nie zauważa.
- Dla mnie to, co pan zrobił jest bardzo ważne. Uzyskałem od pana potwierdzenie, które przedstawię prokuratorowi. Długo na to czekałem. Spodziewałem się od inspektora Buciora wielu skomplikowanych i podchwytliwych pytań, lecz byłem na nie przygotowany. Jednak pan tak szybko i w taki prosty sposób to załatwił. Dziękuję panu bardzo -nie mogłem się nadziwić sprawności krostowatego chłopaka.
- Proszę mi nie dziękować. Już panu powiedziałem, dlaczego to robię.
- Tak, tak. Mam jednak jeszcze jedno pytanie. Pan w ogóle się nie wgłębiał w moje dokumenty tylko do razu przystawił pieczęć. Na podstawie tej pieczęci prokurator zaakceptuje potwierdzoną dokumentację, ufając temu, który przystawił ogromną jak talerz pieczęć. Ale wewnątrz mogą być błędy, każdy może się przecież mylić. Dokumenty mogą zawierać poważne błędy! I co wówczas?
- To już nie moja sprawa –chłopak wzruszył ramionami- ja nie analizuję dokumentów, w ogóle nie zaglądam. Przystawiam pieczęć i się podpisuję. A poza tym nawet jakbym otworzył pierwszą stronę to nic z tego bym nie zrozumiał. Ja ledwie umiem czytać i to tylko drukowane litery, a co dopiero zastanawiać się co jest napisane. Inspektor Bucior jest fachowcem, ma wieloletnie doświadczenie, lecz widzi pan, w jakim on jest w stanie. Na pewno jakby mógł to by przeczytał dokładnie papiery, wniósł swoje poprawki i spostrzeżenia, wychwycił błędy, nakazał ich usunięcie. Lecz musi pan zadowolić się tym, co jest. Czy chce pan czekać na potwierdzenie poczynione przez inspektora Buciora?
- Nie, nie –żachnąłem się - zależy mi na czasie. Zadanie musi być zrealizowane.
- Jedyny sposób to unikać błędów, być pewnym swoich rozwiązań i nie oczekiwać znikąd pomocy.
- Tak, ma pan rację.
Opuściłem urząd, w którym po wielu trudach i w taki dziwny sposób załatwiłem potwierdzenie ważnych dokumentów.”
Władzio zakończył swoją opowieść z tryumfującą miną, siedzący przy stoliku spoglądali na niego z podziwem i satysfakcją, że udało mu się pozytywnie zakończyć trudną sprawę.
W trakcie opowieści przyglądałem się dyskretnie osobom, wśród których towarzystwie się znalazłem. Obok perorującego wytrwale cały czas Władzia siedziała starsza kobieta, siwiuteńka, chyba miała już ponad osiemdziesiąt lat. Z rysów twarzy można było określić pewne podobieństwo do Władzia, może była jego matką lub babcią. Ubrana co sprawiało trochę dziwne wrażenie, w jaskrawie kolorową sukienkę kończącą się przed kolanami, na gołych łydkach i częściowo udach prześwitywała niebieska pajęczyna żylnych rozgałęzień. Po jej lewej stronie, naprzeciwko mnie rozsiadł się w niedbałej pozie mężczyzna w sile wieku, ubrany w jasny garnitur, z błękitnym krawatem pod szyją, butonierką w tym samym kolorze i spinkami na mankietach. Jego czoło było wysokie, brwi podniesione, przysłuchując się mowie Władzia jednocześnie nad czymś intensywnie myślał, marszcząc czoło i zakładając ręce za głowę. Dwóch osobników siedzących obok siebie i sprawiający wrażenie trzymających się razem, uzupełniało skład siedzący przy stoliku. Mocno zbudowany, muskularny mężczyzna, z gęstym zarostem, w podkoszulku, z wytatuowanymi na obu przedramionach kotwicami, takim samymi jak na barowym szyldzie, wyglądem przypominający marynarza, który zszedł na ląd, przeczekując czas pomiędzy rejsami po dalekich, wschodnich morzach. Przy nim, na drewnianym stołku przycupnął człowiek o nieokreślonym wieku, równie dobrze mógłby mieć pięćdziesiąt jak i trzydzieści lat, szczupły o przebiegłej, lisiej twarzy. To na pierwszy rzut oka, przy uważnym zaś przyjrzeniu się tej chytrej fizjonomii sprawiała ona wrażenie i bardziej upodabniała się do prawdziwie świńskiego ryja. Jedno krzesło było wolne, Władzio mi go nie wskazał, dla mnie przysunął taborecik z sąsiedniego stolika, z tego wynikało, że do kompletu zespołu brakowało jeszcze jednej osoby.
- To co pana do nas sprowadza – po zakończeniu swojej przemowy, zwrócił się do mnie.
- Jestem adwokatem. Jak już wspomniałem otrzymałem z urzędu zlecenie obrony.
- To spóźnił się pan, panie mecenasie – Władzio poufale klepnął mnie po plecach, jednocześnie spojrzał w kierunku mężczyzny w garniturze – zlecenie zostało wycofane. Tak panie prokuratorze?
Mężczyzna zagłębiony w swoich myślach, nie spoglądając na pytającego, przytaknął ruchem głowy.
- To jest pan zwolniony z obowiązku, nie musi się pan trudzić panie mecenasie – Władzio starał się być uprzejmy wobec mnie.
- Zaraz, zaraz – nie dawałem za wygraną – kto wycofał zlecenie?
Władzio skrzywił się, ze ktoś zadaje mu pytanie, jeszcze takie, na które nie był w stanie odpowiedzieć.
- Sędzia –odezwał się milczący do tej pory mężczyzna w garniturze, tytułowany przez Władzia prokuratorem – sędzia wycofał zlecenie i nie można już nic zrobić. Pozamiatane. Jest pan wolny.
Brodacz ze Świńskim Ryjem milczeli, chyba nie mieli w tym towarzystwie wiele do powiedzenia, za to odezwała się siwiuteńka babcia.
- Ależ Władzio, ależ panie Profesorze, mecenas może się nam przydać, nie musimy go naprędce zwalniać. Brakuje w naszym gronie światłych ludzi – wypowiadając te słowa wymownie spojrzała na Brodacza i jego towarzysza.
- Ależ babciu Eryko – odpowiedział Profesor przedrzeźniając ją – ależ dajemy sobie sami radę, nie potrzebujemy dodatkowej pomocy.
- Posiada pan tytuł Profesora?– zaciekawiłem się.
- Tak mnie tylko nazywają. To z powodu mojej mądrości. Mądry jak Profesor – tak zawsze na mnie mówili ludzie z Chłodnej. Już od dzieciństwa. Ale to nie ma nic do rzeczy –mężczyzna zatopił się ponownie w swoich myślach, dając mi do zrozumienia, że rozmowa zakończona.
Władzio wzruszył tylko ramionami.
- Usłyszał pan od Profesora, nie potrzebujemy dodatkowej pomocy. Sami sobie radzimy.
- W takim razie do widzenia – wstałem od stolika i szedłem w kierunku wyjścia.
Tuż przed wahadłowymi drzwiami doszła do mnie babcia Eryka.
- Proszę pana, proszę zaczekać. Zaraz powinien przyjść Sędzia. Czasami się spóźnia na nasze posiedzenia, lecz zawsze przychodzi. Porozmawia pan z nim. On ma decydujący głos. Proszę usiąść i czekać.
Wróciłem na swój taboret, Władzio tak jak poprzednio opowiadał o swoich doświadczeniach z uzyskiwaniem ważnych potwierdzeń, Profesor zamyślony z założonymi pod głową rękoma, Brodacz i Świński Ryj wsłuchani.
Po pewnym czasie zjawił się starszy pan z poważną miną. Ubrany niedbale lecz elegancko, z rozpiętą koszulą pod szyją. Rzucił wszystkim „dzień dobry”, usiadł na krześle, które cały czas było wolne, jakby czekało na niego. Babcia Eryka wstała, ukłoniła się, „witamy panie Sędzio” -powiedziała w imieniu wszystkich. On pytająco spojrzał na mnie.
- To pan mecenas –babcia Eryka przedstawiła mnie- w sprawie obrony. Pomyślałam, że może nam być pomocny.
- Wycofaliśmy zlecenie, nikt panu nie powiedział? –Sędzia zwrócił się do mnie.
- Tak, mówiono mi. Chciałem się dowiedzieć dlaczego?
- Doszliśmy do wniosku, że nie potrzebujemy obrońcy.
- My?
- Tak, my, których widzi pan siedzących przy tym stole
- A oskarżeni?
- Nie mają nic do powiedzenia.
- Nigdy nie mieli obrońcy?
- Był kiedyś. Starszy pan. Nie dawał sobie rady. Ledwo widział, ledwo słyszał. Ukrywał pewną tajemnicę.
- Którą ja odkryłem –wtrącił Władzio- Inspektor Bucior mi ją zdradził.
- Dlatego zrezygnowaliśmy z jego usług.
- Nie można ot tak sobie zrezygnować. Obowiązuje procedura procesowa.
- Przyśpieszyliśmy ją i uprościliśmy -Sędzia starał się mi wytłumaczyć– Wystarczy skład jaki pan widzi przy stoliku. W zupełności panujemy nad sytuacją. Prokurator sporządza dokumentację z propozycją wyroku, Władzio zanosi ją do urzędu, uzyskuje potwierdzenie. Potwierdzenie jest dla nas bardzo istotne. Prokurator czyli pan Profesor podczas procesu nawet nie musi odczytywać aktu oskarżenia, wystarczy jak wywoła numer osoby.
- Ostatecznie to sędzia ogłasza wyrok.
- Tak, na podstawie potwierdzonych dokumentów. Inspektor Bucior potwierdza propozycję wyroku otrzymaną od prokuratora. Ja go ogłaszam.
- Czy oskarżeni są winni?
- Wszyscy. Bez wyjątku.

III
Na Starym Mieście, przy ulicy Dylinki, równoległej do ulic Czopowej i Grodzkiej stała kilkupiętrowa kamienica. W niej, nie remontowanej przez ostatnich kilkadziesiąt lat, na parterze, od urodzenia mieszkał stary adwokat. Udało mi się zdobyć jego adres w magistracie.
W mieszkaniu, do którego zaprosiła mnie starsza kobieta mówiąca gwarą kaszubską, znajdowały się zabytkowe meble, poszczerbione naczynia, zakurzone książki. Poczułem się jakbym znalazł się w antykwariacie. Stary adwokat siedział w fotelu i wertował stronice „Prawa karnego” czytając je przy pomocy lupy z grubym szkłem powiększającym.
Gospodyni podsunęła mi taboret.
- Proszę, pan usiądzie. Rzadko kto nas odwiedza, proszę mówić głośno i wyraźnie. Pan mecenas słabo słyszy.
Usiadłem na skrzypiącym, rozsypującym się krześle, przedstawiłem pokrótce mój problem.
- Otrzymałem list z urzędowym zleceniem obrony, teraz dowiedziałem się, że zlecenie wycofano. A pan uprzednio był adwokatem oskarżonych, których teraz ja miałem bronić.
Staruszek ze zrozumieniem kiwał głową.
- Tak, miałem bronić oskarżonych. Mam tu odpisy ich akt, które poczyniłem. Są u na górnej półce. Proszę je zdjąć - adwokat wskazał na biblioteczkę.
Zdjąłem zakurzone skoroszyty z górnej półki, zajrzałem do nich do środka. Drobnym pismem zapełnione stronice. Cztery zeszyty, z napisami wielkimi literami na pierwszych stronach, Konstanty, Jonasz, Jan, Sieger. Dołączone były też ich zdjęcia, młodzi chłopcy w wieku kilkunastu, dwudziestu kilku lat.
- Proszę dokumenty te należą do pana.
- To są te osoby?
- Czterech chłopców. Każda historia inna.
- Dlaczego pan nie podjął się obrony?
- Podjąłem się, jak najbardziej. Po zapoznaniu się z dokumentacją, podczas pierwszego posiedzenia sądu przedstawiłem moją linię obrony. Uznałem, że oskarżeni są niewinni i nie powinno się ich sądzić. Sędzia z prokuratorem byli bardzo źli.
- Dlaczego?
- Ponieważ mieli już potwierdzony urzędowo wyrok. Nie mogłem się na to zgodzić, rozstali się ze mną. Szukali nowego adwokata i widzę, że znaleźli. Życzę powodzenia.
- Dziękuję - mimo woli mi się wyrwało - Nie, nie dziękuję. Wycofali zlecenie.
- Z jakiego powodu?
- Sami sobie dają radę. Spotkałem się z Sędzią, Prokuratorem, babcią Eryką, Władziem i ich pomocnikami, Brodaczem i Świńskim Ryjem
- To poznał pan ich wszystkich.
- W pewnym momencie nawet się ucieszyłem, że wycofali zlecenie i nie będę musiał z nimi współpracować.
- Ma pan oryginalne pismo?
Przeszukałem kieszenie, wyjąłem list. Starszy adwokat za pomocą lupy go odczytywał. Wskazał na znak wodny prześwitujący w nagłówku listu.
- Ten list został wysłany do urzędu bezpośrednio z Zamku.
- Z Zamku?
- Znajduje się on na terenie Grabiny Zameczek. Mała wioska na Żuławach. Tam odbywa się rozprawa sądowa. Właściwie egzekucja, ponieważ wyroki są już ustalone.
- Kto przesłał pismo?
- Nie sędzia ani jego świta. Tym bardziej nie mogą go anulować. Oni nie mogą pana powstrzymać, to nie jest w ich mocy.
- W takim razie kto przysłał list?
- Ten kto potrzebuje pomocy. To nie jest zwykła obrona czterech młodych ludzi. Coś więcej. To wołanie o pomoc. Powinien pan działać. Samodzielnie, nie patrząc się na poczynania tego śmiesznego zespołu, nawet jak nie potrzebują nikogo, kto by się wtrącał w ich sprawy.
- Dlaczego w takim razie pan się wycofał? Dlaczego pan tego nie czyni?
- Nie jestem w stanie walczyć. Wiek i zdrowie. Swoje już w życiu zrobiłem. Pan jest młody. Wycofać się to znaczy okazać bojaźń. Strach. Proszę tego nie czynić, chociaż współczuję, dostał się pan w łapy nieodpowiedzialnych ludzi. Łagodnie ich określając.
- Zapoznam się z aktami.
- Proszę się pośpieszyć. Termin rozprawy wyznaczono na jutro. Proszę się nie poddawać, działać. Ważny jest spokój ducha i trzeźwość umysłu.
- Tylko tyle?
- To jest bardzo dużo.
Opuszczałem suterynę, mieszczącą się przy ulicy Dylinki. Przy wyjściu zatrzymał mnie stary adwokat. Wręczył pomiętą teczkę.
- Jeszcze kościół św. Ducha.
- Kościół?
- Nie byłem pewien czy mogę panu ją dać.
- Dlaczego?
- Byłem osobiście związany z tą sprawą.
- W jaki sposób?
- Proszę przeczytać i się domyślić. Do widzenia.
- Do widzenia.
Gospodyni zamykała drzwi.
- Wymęczył pan starszego pana.
- Przepraszam, ale to było bardzo ważne spotkanie.

IV
Wszyscy podróżni dostali wezwanie do stawienia się o określonej godzinie na dworcu Kłodno. Można było wziąć tylko najbardziej niezbędne rzeczy i przybory. Jedną walizkę lub plecak. Wezwania były w formie zaproszenia, wydrukowane na kredowym papierze z grzecznym powiadomieniem o terminie stawienia się. Zapakowane w śnieżnobiałą kopertę z wytłoczonym imieniem, nazwiskiem, adresem oraz zaczynające się od słów „Wielce szanowna Pani/Pan”. Przed niektórymi nazwiskami umieszczony był skrót posiadanego przez adresata tytułu inżyniera, magistra, byli nawet Profesorowie, zwyczajni i nadzwyczajni. W jakim celu byli zapraszani? Nikt nie wiedział. Otrzymali zaproszenia. Czego oczekiwali? Co miało ich spotkać? Co powodowało, że porzucali dom, pakowali niezbędne rzeczy i udawali się w nieznane? Wszystko owiane było tajemnicą, która wzbudzała zainteresowanie, ciekawość.
Postanowiłem zapoznać się z zapiskami starszego mecenasa podczas podróży. Na dworcu zjawiłem się z samego rana, pociąg już był podstawiony. Zająłem miejsce w przedziale i zagłębiłem się w notatki.
Pociąg stał na peronie, ludzi już się schodzili, kręcili się na peronie, zajmowali miejsca w przedziałach, kobiety z dziećmi, mężczyźni, starsi, młodzieńcy, uśmiechnięte dziewczęta.
Obserwowałem. Korpulentna kobieta z małym dzieckiem, ciemnooki, kaszlący młodzieniec, kobieta z gromadką dzieci, mały chłopiec z koszykiem w ręku, młoda dziewczyna, brzuchacz w przybrudzonym podkoszulku, mężczyzna w średnim wieku, starsza kobieta, młody chłopak, dziewczyna z zajęczą wargą, karzeł z wielkimi dłońmi, człowiek z matowym nosem, mężczyzna ze świętym obrazem, dziewczynka z chusteczką na głowie, mały chłopczyk, mężczyzna w niebieskiej pidżamie, młodzieniec w słomkowym kapeluszu, człowiek z krową na łańcuchu.
Gwar i tumult. Wcisnąłem się w kąt przedziału, czytałem otrzymane od starego adwokata dokumenty. Przedział zapełnił się, obok mnie usiadła korpulentna kobieta z małym chłopcem na kolanach. Pociąg ruszył. Jechaliśmy przez pola uprawne, mijaliśmy pojedyncze zabudowania, żuławskie strugi i kanały. Po jeździe trwającej około dwóch godzin zatrzymaliśmy się w szczerym polu. Światło na semaforze było czerwone. Ludzie niecierpliwili się.




Konstanty
Prokop urodził się pod koniec dziewiętnastego wieku, w małej wiosce Kościelec niedaleko Miasteczka, w północnej części obecnego województwa małopolskiego. Tuż przed wybuchem pierwszej wojny światowej, w wieku siedemnastu lat został powołany do rosyjskiego wojska. Przydzielono go do oddziału kawalerii działającego wzdłuż Wisły, która była rzeką graniczną pomiędzy Austro-Wegrami i Rosją. Pilnowali granicy, by wróg nie przedostał się na tereny zawładnięte przez Rosję. W oddziale większość stanowili Polacy, kilku dragonów rosyjskich, dowódca był Rosjaninem o nazwisku Trofimienko. Jesienią otrzymali informację, że obcy żołnierze przekroczyli granicę, przedostali się na lewy brzeg Wisły i opanowali Miasteczko. Oddział Prokopa ruszył na zwiad, wpadli w zasadzkę, ostrzelano ich, zmuszeni byli do wycofania się. Trofimienko wezwał posiłki ze stacjonującego niedaleko garnizonu. Na drugi dzień przypuścili szturm na pałac we wsi Czarkowy, rozegrała się dramatyczna i krwawa walka, która przeniosła na teren pomiędzy wsią i Wisłą. Prokop wykazał się dużą odwagą i poświęceniem, tak jak i jego polscy koledzy. Zabito wielu żołnierzy przeciwnika, reszta wycofała się, pozostawiając na polu ciężko rannego. Dowódca zakazał brania jeńców.
- Przesłuchać i dobić.
Prokop ruszył w kierunku leżącego. Próbował mówić do niego po rosyjsku, tamten nie rozumiał. Odpowiedział po polsku.
- Jestem Polakiem.
- Polakiem? - zdziwił się Prokop – I walczysz w wojsku austriackim? My jesteśmy Polakami.
- Jesteśmy wojskiem polskim - wykrztusił jeniec - A z ciebie co za Polak jeśli strzelasz do swoich.
Trofimienko podszedł do Prokopa.
- A ty co? Pogaduszki urządzasz sobie? Z jakiego oddziału, kto ich prowadził do walki? Nazwisko, stopień? Dowiedziałeś się?
- To Polak. Taki sam jak my?
- Taki sam, dobre sobie. Same Polaki wojują. Przypiąć jeńca do konia i popędzić ku Wiśle. Wykonać. Natychmiast!
- Rannych się nie dobija - odpowiedział Prokop.
Rozkazu nie wykonał czym wzbudził wściekłość Trofimienki.
- Ja ci w takim razie pokażę jak należy się obchodzić z wrogiem.
Przywiązał jeńca za nogi do postronka, przyczepił do swojego siodła. Ruszył ostro z miejsca.
- Jak się nazywasz? - zdążył zapytać jeszcze Prokop.
- Oddział Orlicza, Syg…. – zdołał zrozumieć dwa słowa.
Trofimienko popędził konia galopem kilkadziesiąt metrów, zatrzymał się, odwiązał postronek i wrócił do oddziału. Dwóch rosyjskich dragonów powiesiło jeńca na przydrożnej wierzbie.
Za nieposłuszeństwo i niewykonanie rozkazu Prokop został skazany na ciężkie roboty. Ofensywa rosyjska nie przebiegała zgodnie z planem, Rosjanie zmuszeni zostali do wycofania się. Prokop wraz z innymi więźniami dostał się do karnego batalionu, który skierowano na Daleki Wschód. Pracowali fizycznie przy przekopie kanału łączącego dwie rzeki. Ponownie uzbrojono ich gdy wybuchła rewolucja, Prokop walczył z bolszewikami, został ciężko ranny, wraz z resztkami oddziału ewakuowali się do Harbina leżącego w Mandżurii. W szpitalu opiekowała się nim polska pielęgniarka, Anastazja Wasilewska, córka Henryka.
Henryk Wasilewski był młodym ziemianinem, w tysiąc osiemset sześćdziesiątym trzecim roku, gdy wybuchło powstanie styczniowe zarządzał dużym folwarkiem, położonym niedaleko Kościelca. Zaciągnął się od oddziału pułkownika Langiewicza, odznaczył się walecznością i odwagą podczas bitwy pod Grochowiskami. Po bitwie ewakuowali się na drugą stronę Wisły, zostali internowani przez Austriaków. Rosjanie zażądali przekazania zbiegów, po długich pertraktacjach Austriacy wydali internowanych żołnierzy. Wasilewskiego zesłano na Sybir, skazano go na ciężkie roboty, do kopalni w pobliżu Irkucka. Po kilku latach niewoli Polacy postanowili zrzucić rosyjskie jarzmo, wywołali powstanie zabajkalskie, Henryk był dowódcą jednego z oddziałów. Po pierwszych zwycięskich potyczkach i próbach włączenia do wspólnej walki miejscowej ludności przyszły porażki. Powstańców zdradzono i okrążono. Po nierównej i krwawej walce większość z nich zginęła lub dostała się do niewoli. Tych powieszono na placu w Irkucku. Henrykowi wydostał się z okrążenia, po kilkutygodniowej wędrówce przekroczył chińską granicę i znalazł się wraz z kilkoma Polakami w małej osadzie Harbin, która z czasem dzięki napływowi polskich osadników z Rosji rozrosła się do dużego miasta. Henryk pracował przy budowie kolei, ożenił się z miejscową kobietą, ze związku urodziła się córka Anastazja. Uczyła się w polskim gimnazjum, w czasie pierwszej wojny światowej pracowała w szpitalu, opiekowała się rannymi żołnierzami. Tam poznała Prokopa. Spodobali się sobie, wzięli ślub gdy tylko rany wydobrzał, kupili dom w Harbinie. Henryk póki czuł się dobrze pomagał młodym w urządzeniu się, niestety trudy powstania, odniesione rany dały znać o sobie. Umarł i został pochowany na polskim cmentarzu w Harbinie.
Anastazja dwukrotnie spodziewała się dziecka i dwukrotnie poroniła. Pogodzili się, że nie będą mieli dzieci, myśleli o adopcji z miejskiego ośrodka, lecz w końcu zrezygnowali. Prokop miał dobrą pracę, żyli spokojnie wśród miejscowej Polonii aż do wybuchu drugiej wojny światowej i późniejszej chińskiej rewolucji. Chińskie, komunistyczne oddziały opanowały Harbin, zaprowadzając nieznane dotąd Polakom nakazy i zarządzenia. Trwało to kilka lat. I wówczas, całkiem niespodziewanie Anastazja zaszła w ciążę. Byli zaskoczeni, nie spodziewali się, że w ich wieku, Prokop miał prawie pięćdziesiąt lat, Anastazja była kilka lat młodsza, po tylu niepowodzeniach, mogli jeszcze być szczęśliwi. Jednak okres ciąży Anastazja znosiła bardzo dobrze, i w roku 1953 roku powiła zdrowego syna, nazywając go Konstanty. Prokop nie posiadał się ze szczęścia, wreszcie miał upragnionego potomka, własnego syna. W odróżnieniu od ich osobistego szczęścia sytuacja polityczna w Harbinie nie przedstawiała się optymistycznie. Po wprowadzeniu zarządzeń nowych władz, które zakazywały działalności polskich organizacji oraz po konfiskatach prywatnych majątków, Prokop wraz z żoną i dzieckiem zdecydowali się opuścić coraz bardziej niegościnny Harbin. Polski konsulat organizował powroty do ojczyzny, spakowali do kilku kufrów dobytek i wraz z pozostałą rzeszą Polaków wrócili do dawno lub w ogóle niewidzianego kraju. Dla Anastazji Polska to był nieznany kraj, słyszała o nim tylko z opowiadań ojca i męża. Właściwie Prokop też o nim wiele nie wiedział, opuścił go w wieku osiemnastu lat, wrócił do Polski gdy miał już ponad pięćdziesiąt lat, był już mężczyzną w sile wieku.
W Kościelcu nie spodziewali się jego przyjazdu. Przez tyle lat nie dawał znaku życia, rodzina myślała, że nie żyje, że dawno temu zginął. Przecież przeszły dwie duże wojny światowe, rewolucje, przesunięcia granic. Kto by tam myślał o jednym młodym chłopaku którego kiedyś wzięto do carskiego wojska. Aż tu nagle zjawił się. Młodszy brat, który urodził się już po pierwszej wojnie, słyszał o starszym bracie od ojca ale z biegiem czasu nie przywiązywał do tego większej uwagi. Traktował brata jako postać - legendę a nie żywą istotę.
Prokop z Anastazją zamieszkali w jednym z dwóch pokoi jakie były w rodzinnym domu, żyli bardzo skromnie tak jak większość ludzi po wojnie. Anastazja przyzwyczajona do całkiem innego klimatu i odmiennych warunków życia na wsi umarła rok po powrocie. Prokop przeżył ją jeszcze o dwa lata. Oboje zostali pochowani w jednym grobie na cmentarzu w Kościelcu. Ich syn wychowywał się w rodzinie młodszego brata. Wysłali go do Krakowa, do szkół, mieszkał w bursie. Radził sobie sam, nawet dobrze. Gdy nadszedł czas poboru do wojska, trafił do Marynarki Wojennej, najpierw do trzyletniej służby zasadniczej, później postanowił zostać zawodowym żołnierzem.

Konstanty stawił się w grudniu 1981r. w Komendzie Portu Wojennego w Gdyni punktualnie o godzinie 8.00. Komandor już na niego czekał.
- Oficer Dywizji Okrętów Podwodnych z Wicka melduje swoje przybycie, zgodnie z rozkazem.
- Witam panie poruczniku. Proszę usiąść – Komandor zasalutował – Jak minęła podróż?
- Dziękuje, bez niespodzianek.
- Jak sprawuje się nasza Dywizja?
- Jesteśmy w stanie podwyższonej gotowości bojowej, panie komandorze.
- Tak jak wszyscy teraz. Jezioro zamarzło?
- Utrzymujemy przesmyk łączący je z Bałtykiem, także w każdej chwili możemy wypłynąć na pełne morze.
- Dobrze panie poruczniku, przejdźmy do sprawy, w której pana wezwałem. Czas jest bardzo ważny.
Komandor przedstawił Konstantemu pokrótce sytuację w Polsce i na Wybrzeżu, nakreślił plan do wykonania.
- Dni, które obecnie przeżywamy są trudne dla nas wszystkich, nas osobiście, naszych rodzin, obywateli naszego kraju. Nierozsądni ludzie igrają z ogniem siedząc na beczce prochu. Myślą krótkowzrocznie. Żyjąc dniem dzisiejszym nie mają pojęcia o wielkiej polityce, o dalekosiężnej strategii naszych partnerów. Stan wojenny okazał się jedynym wyjściem w zaistniałej, patowej dla obu stron sytuacji. Nie można było pozwolić na dalszą, destrukcyjną działalność zaślepionych w swych czynach pseudorewolucjonistów. Polska nie jest placem ćwiczeń i podwórkowych zabaw w wojnę. Gra toczy się o najwyższą stawkę jaką jest wolność i niepodległość naszej Ojczyzny. Krew o nią przelewali nasi ojcowie i pradziadowie. Niestety, nie wszyscy to rozumieją. Kilka tysięcy robotników opanowało stocznię, załoga rozpoczęła strajk okupacyjny, zawiązał się komitet strajkowy, oddziały wojska otoczyły cały teren. W jednym z doków znajduje się nasz okręt podwodny. Od kilku tygodni trwa na nim remont. Mieliśmy go na dniach odbierać, nie zdążyliśmy. Znalazł się w rękach strajkujących. Mają co do niego swoje plany. Chcą nim niezauważenie przewieźć do stoczni przywódcę strajku, który ukrywa się w mieście, ścigany przez naszych agentów. Brakuje im kapitana okrętu, nie znają się na obsłudze urządzeń nawigacyjnych. Zgłosiło się trzech młodych robotników, służyli kiedyś w marynarce, będą obsługiwali maszynownię. Czy już domyśla się, jakie otrzyma pan zadanie?
Konstanty milczał, czekał na dalszy ciąg opowiadania komandora.
- W komitecie strajkowym znajduje się nasz człowiek. On wprowadzi pana do stoczni. Obejmie pan dowództwo okrętu, wypłynie ze stoczni, wprowadzi na pokład ukrywającego się przywódcę strajku i przypłynie z nim do komendy portu, zamiast do stoczni. Tutaj my się nim zajmiemy. To jest właśnie pańskie zadanie, w tym celu został pan wezwany.
Jakby uprzedzając pytanie, komandor kontynuował.
- Był pan jednym ze zdolniejszych podchorążych naszej szkoły, ten okręt zna pan jak własną kieszeń, plan jest pewny, nie ma w nim miejsca na jakąkolwiek niespodziankę. Jutro przywódca strajku musi siedzieć przed moim biurkiem, tak jak teraz siedzi pan. Inaczej całe Wybrzeże może spotkać opłakany los.
Komandor przycisnął jeden z guzików znajdujących się na jego biurku. Po chwili do pokoju wszedł mężczyzna w wieku ooło czterdziestu lat, w cywilnym ubraniu. Komandor go przedstawił.
- Bosman Friedl. Obecnie członek komitetu strajkowego. Wprowadzi pana do stoczni jako swojego zaufanego człowieka i rekomenduje na dowódcę okrętu. Razem też popłyniecie po przywódcę.
- Gdzie ukrywa się przywódca strajku? –zapytał Konstanty.
- Nie wiemy. Śledzący go agenci są blisko, lecz on jest przebiegły. Wiadomość o kryjówce prześle do stoczni przez zaufanego człowieka. Stamtąd go zabierzecie. To wszystko panie poruczniku.

Wieczorem, przy nabrzeżu komendy portu, w wiosłowej łodzi, na Konstantego czekało dwóch milczących, wąsatych Kaszubów. Pod osłoną ciemności sprawnie i szybko przewieźli go na drugi brzeg basenu portowego, na teren stoczni. Friedl stał w umówionym miejscu. Był lekko zdenerwowany.
- Otrzymaliśmy wiadomość, że jeden z agentów depcze po piętach przywódcy strajku. Istnieje obawa, że możemy nie zdążyć. Komitet nalega, by jak najszybciej wypłynąć ze stoczni i uratować przywódcę. Trwa narada, wprowadzę tam pana.
Narada odbywała się w baraku stoczniowym, przy świetle z lamp naftowych. Przy stołówkowych, obitych ceratą stołach siedziało kilkanaście osób w roboczych drelichach. Dyskutowali, palili papierosy. Umilkli, gdy pojawił się Friedl z Konstantym.
Jeden z siedzących od razu zwrócił się do Konstantego.
- Pan będzie kapitanem okrętu? Gdzie się pan nauczył nawigacji?
- W wojsku.
- Gdzie, w jakiej jednostce, kiedy?
Friedl przerwał zadawanie podejrzliwych pytań.
- Ja go tu wprowadziłem i ja za niego odpowiadam. Skończ. Musimy szybko podjąć decyzję. Czas ucieka.
Większość poparła Friedla. Starszy robotnik prowadzący naradę mówił zmęczonym głosem.
- Panowie, nie czas na zbędne dyskusje. Nasza ukochana Ojczyzna jest w niebezpieczeństwie, zagrożona jest wolność i niepodległość Polski. Sytuacja staje się dramatyczna. W każdej chwili może dojść do pacyfikacji stoczni. Wojsko otoczyło nas szczelnym kordonem. Generałowie czekają na najbardziej dogodny moment by wydać rozkaz szturmu. Naszym obowiązkiem jest sprowadzić przywódcę i razem z nim prowadzić walkę aż do zwycięstwa. Okręt jest przygotowany, młodzi robotnicy włączyli już silniki. Można wypływać. Goniec przed chwilą dotarł z informacją, że przywódca ukrył się w doku przemysłowym, na nabrzeżu portowej wyspy. Prawdopodobnie jest z nim agent, który cały czas go śledził.
Friedl ołówkiem zaznaczył wskazane miejsce na rozłożonej mapie.
- Nie jest to blisko, podróż zajmie nam trochę czasu. Za kilka godzin powinniśmy być z powrotem. Miejmy nadzieję, że przez ten czas nic niespodziewanego nie zajdzie.
- Ruszajcie z Bogiem. Nie ma chwili do stracenia. My spróbujemy tu na miejscu zorganizować obronę.

Ze stoczni wypłynęli po północy. Okręt podwodny nazywał się „Kuna” i należał do jednych z najlepszych jednostek w marynarce. Konstanty znał go bardzo dobrze, gdyż pływał nim wielokrotnie podczas ćwiczebnych manewrów. Był to niewielki lecz szybki i zwinny okręt, idealny do celów wywiadowczych. Młodzi robotnicy sprawnie obsługiwali maszynownię. Odległość dzielącą ich do nabrzeża portowego pokonali stosunkowo szybko, szybciej niż początkowo przypuszczali. Bosman Friedl obserwował przez peryskop teren na zewnątrz.
- Zbliżamy się do nabrzeża, widzę już zarysy doku. Wpłyniemy do środka i tam się wynurzymy.
Dok w formie stalowej, szczelnej grodzy zbudowany został na początku lat siedemdziesiątych przez jedną z firm hydrotechnicznych budujących Port Północny. Wykonywano w nim olbrzymie skrzynie żelbetowe, stanowiące podstawę morskich pirsów. Po zabetonowaniu ścian i dna, grodzę zalewano, wypór wody unosił skrzynie, holowniki holowały je na miejsce wbudowania. Budowę portu zakończono, obecnie dok stał pusty. Konstanty znalazł tunel, którym skrzynie wypływały na zewnątrz grodzy. „Kuna” zwinnie wpłynęła do wnętrza doku. Okręt wynurzył się spod wody, zacumowali przy odbojnicy.
Nie wyłączono maszyn, utrzymując okręt w pełnej gotowości podjęcia w każdej chwili żądanego manewru. Bosman Friedl z porucznikiem wyszli na zewnątrz, latarkami oświetlali wnętrze doku. Stalowe konstrukcje ociekające rdzawobrunatną wodą sprawiały nieprzyjemne wrażenie.
-Nikogo nie ma, nikt na nas nie czeka –powiedział Konstanty
Bosman Friedl był pewien.
- Informacja przekazana przez gońca jest prawdziwa. Przywódca musi tu na nas czekać.
W świetle latarek poruszali się po dnie olbrzymiego doku.
- Tam, tam ktoś leży –krzyknął bosman Friedl.
Podeszli we wskazanym kierunku. Na podłodze z podziurawionych desek leżały dwie, skulone męskie postacie. Bosman przewrócił je na plecy. Jeden z mężczyzn głośno jęknął z bólu. Drugi nie wydał żadnego dźwięku.
- Ten nie żyje –powiedział bosman Friedl nachylając się nad jego twarzą– nie oddycha- wskazał na ranę w brzuchu i leżące obok dwie żelazne sztaby- stoczyli walkę na stalowe łomy. Zwyciężył Piotr.
- Pan zna tych mężczyzn, bosmanie Friedl?
- Nie, ale proszę spojrzeć panie poruczniku, na klapie drelichu widnieje napis –oświetlił szarą drelichową marynarkę.
W klapie wyhaftowane było imię „Piotr”. Na zakrwawionej klapie drugiego z mężczyzn przeliterowali napis „Jerzy”.
- Jak ma na imię przywódca strajku? –zapytał Konstanty
- Nie mam pojęcia. Nigdy nie operowano jego imieniem ani nazwiskiem. Mówiono wyłącznie przywódca strajku –odparł bosman Friedl- nawet nie wiem jak wygląda. Ale przeczucie mi mówi, że to musi być on. Ten zabity to agent, który deptał przywódcy po piętach. Dał się pewnie zaskoczyć i dostał łomem w brzuch.
- Nie, przecież walczyli. Jerzy zginał w równej walce, ale Piotr też jest ciężko ranny. Posłuchajmy bosmanie Friedl, on coś mówi.
Piotr majaczył.
-Ojczyzna nasza, ukochana Polska, wolność, niepodległość.
- Mówi to samo co starszy robotnik w stoczni –powiedział Konstanty –co z nim będzie bosmanie Friedl? Jaki go czeka los?
- Jak to co, panie poruczniku? Dostanie w czapę. Taki go czeka los. Jest stan wojenny, nikt się nie będzie z nim patyczkował. A zwłaszcza komandor, który już niejeden wydał wyrok.
- Zastrzelą go? Za co?
- Zdradził Ojczyznę. Jest zdrajcą. Wystąpił czynnie przeciw prawowitej władzy, którą między innymi pan reprezentuje i ja. A władza nie może pozwolić by jacyś nawiedzeni fanatycy mieszali w głowach robotników i organizowali strajki. Podkopują fundamenty niepodległości. To zagraża strukturom naszego państwa, naszej Ojczyzny. I to jest powód dla którego go rozstrzelają.
- Nawiedzony fanatyk? Przecież jest ciężko ranny a z jego ust wydobywają się słowa o Ojczyźnie, o Polsce, o wolności. On nie jest zdrajcą. Ten człowiek jest patriotą, bosmanie Friedl!
- Jeśli on jest patriotą, to kim my jesteśmy panie poruczniku? Myślę, że marnujemy czas na czcze rozmowy. Powinniśmy wykonać rozkaz komandora. Przewieźć jak najszybciej Piotra do komendy portu.
- A co z Jerzym?
- Po powrocie zgłoszę do agentury by zabrali ciało swojego człowieka. Pewnie zostanie pośmiertnie odznaczony. Zasłużył. Zginął jak przystało na prawdziwego Polaka.
Usłyszeli stukot pośpiesznych kroków. Po stalowych schodach, w dół grodzy schodził jeden z młodych robotników. Mówił prędko, urywanym głosem.
- Otrzymaliśmy wiadomość przez radio. Stocznia spacyfikowana. Wojsko przypuściło szturm, czołgi rozjechały bramy, piechota wtargnęła do środka, doszło do walk wręcz, nasi dostali się do magazynów ze zbiornikami sprężonego tlenu, próbowali wysadzić stocznię w powietrze, nie udało się, są zabici, mnóstwo rannych. Stocznia rozbita, nie mamy dokąd wracać.
Bosman Friedl zachował zimną krew.
- Proszę wrócić na swoje stanowisko i utrzymywać silniki w ruchu, młody człowieku. Zaraz odpływamy.
- Zaczekaj! Weź na ramiona tego rannego mężczyznę, zanieś go na pokład okrętu –powiedział gwałtownie, po chwili namysłu, Konstanty
Chłopak podniósł rannego Piotra, ten w dalszym ciągi był nieprzytomny. Chłopak wnosił go po stalowych schodach, na górę.
Konstanty zwrócił się do bosmana Friedla.
- Pan, bosmanie Friedl zostanie tutaj z ciałem Jerzego.
- Panie poruczniku! Co pan zamyśla, co pan chce zrobić? Mieliśmy zabrać przywódcę strajku i razem wrócić do komendy portu. Taki był wyraźny rozkaz komandora.
- Teraz proszę wypełniać moje polecenia, bosmanie Friedl.
- Nie, panie poruczniku, nie zostanę. Razem wrócimy.
- Bosmanie Friedl, to jest rozkaz i pan go wypełni. Inaczej –Konstanty wyciągnął z kabury pistolet- chyba wie pan czym grozi odmowa wykonania rozkazu w takiej sytuacji.
Bosman Friedl zatrzymał się przy ciele Jerzego, Konstanty wszedł na górę. Bosman Friedl myślał przez chwilę, potem krzyknął.
- Panie poruczniku! Byś może to Jerzy był przywódcą strajku.
Warkot silników okrętu podwodnego zagłuszył jego krzyk.

Minęli główki falochronu, silniki pracowały pełną parą, wypływali w pełne morze. Dwaj młodzi robotnicy obsługiwali maszynownię. Piotr leżał w kajucie marynarskiej, oddychał nierównomiernie, wykrzykiwał patriotyczne hasła.
Konstanty skierował „Kunę” na północ, ku granicy polskich wód terytorialnych. Obserwował radar. Dopiero po dłuższej chwili zauważył pościg.
„Dwa Muflony nie dadzą rady szybkiej Kunie” –pomyślał ironicznie rozpoznając ścigających go przyjaciół.
Bosman Friedl postarał się, wydostał się z przerdzewiałej grodzy i dosyć szybko powiadomił o zaistniałym zdarzeniu komendę portu. Komandor kipiał gniewem. Natychmiast zarządził pościg. „Muflon I” i „Muflon II” ruszyły jak psy gończe.
- Jak pan mógł do tego dopuścić bosmanie Friedl? Pan taki doświadczony wywiadowca?
- Panie komandorze, porucznik groził mi bronią. Mógł jej użyć. Zostałem w doku pod przymusem.
- Agenci rozpoznali swojego człowieka? Ten Jerzy to ich człowiek, czy agentem był ten drugi?
- Niestety, to Jerzy był agentem. Nie żyje. Przywódca strajku Piotr jest na okręcie, razem z porucznikiem i dwoma młodymi robotnikami.
- Proszę nikomu tego nie rozpowiadać. Agenci też niech nabiorą wody w usta. Piotr czy Jerzy, bez znaczenia. To nieporozumienie możemy w przyszłości wykorzystać. Stocznia spacyfikowana, kilku zginęło, ważniejsi pozamykani, reszta rozpierzchła się w strachu. Na razie będzie spokój.
„Muflony” goniły resztkami sił a odległość między nimi a „Kuną” wcale nie zmniejszała się. Konstanty z uwagą obserwował radar. Spodziewał się ujrzeć na nim jeszcze jednego gościa. Niecierpliwił się.
„Przecież musi się pojawić, zawsze wynurzał się w tych okolicach. Jest, jest, wreszcie jest.”
Obcy „Gepard” już podążał w kierunku intruza zbliżającego się do szwedzkich wód terytorialnych.
Konstanty Morse’m nadał sygnał. Prosił o wynurzenie i zabranie na pokład rannego. Podczas manewrów kilka lat wcześniej, kiedy zaistniała podobna sytuacja, Szwedzi, z uwagi na bliskość swoich lądowych posterunków, zgodzili się i zabrali ciężko chorego na swój pokład.
Konstanty krzyknął do młodych robotników.
- Wynurzamy się. Zabieracie przywódcę strajku, odczepiacie szalupę i dopływacie do szwedzkiego okrętu. Jeden z was zostaje do obsługi maszyn.
- A pan?
- Ja?
- Nie płynie pan z nami?
- Nie. Ja wracam.
- Gdzie? Dokąd pan wraca?
- Do Polski -odpowiedział Konstanty.
Zaplanowana akcja przebiegła sprawnie. Szalupa już dopływała do szwedzkiego okrętu, Konstanty ponownie zanurzał swoją „Kunę” w głębinach Morza Bałtyckiego. Pracujące pełną mocą silniki zdały się wyłącznie na doświadczenie jednego człowieka. Zasapane „Muflony” zanim zdążyły dopłynąć do granicy polskich wód terytorialnych, „Kuna” już ich minęła i podążała w kierunku przeciwnym, w kierunku polskiego brzegu. One zdezorientowane też zawróciły i nie wiedząc czy gonić czy też spokojnie żeglować na wszelki wypadek zwiększyły obroty swoich wymęczonych silników.

Sąd polowy nad Konstantym odbył się następnego dnia, zaraz po powrocie „Kuny” do Komendy Portu. Wyrok brzmiał: degradacja do szeregowego marynarza i śmierć przez rozstrzelanie. Komandor potwierdził go swym podpisem.
Wczesnym rankiem na cmentarzu garnizonowym na Oksywiu ustawił się pluton egzekucyjny.
Prowadzono Konstantego. Po drodze wśród rzędów nagrobków mignął mu jeden z nich. Nie zdążył dokładnie przeczytać nazwiska wyrytego na nim. Szreder? próbował zapamiętać. „Dlaczego wśród setek nagrobków mignęło mi właśnie to nazwisko? Czy to ma jakieś znaczenie? Czy cokolwiek w takiej chwili ma jakieś znaczenie” –pomyślał. „Ale właśnie w takiej chwili zapamiętuje się najdrobniejsze momenty. To jest nić wiążąca nas jeszcze ze światem żyjących. Wątła, cieniutka lecz jeszcze nie zerwana”.
Konstanty w mundurze z oderwanymi pagonami stanął przed plutonem egzekucyjnym. Wpatrywał się w znajome kontury Formozy wynurzające się z morskiej toni. Dodatkowo zarysy stalowoszarych chmur na tle błękitnego morza w blasku wschodzącego słońca tworzyły wspaniały widok.
„Jak to dobrze móc zobaczyć taki cudowny, morski krajobraz” –pomyślał Konstanty. Zaczął na głos liczyć wybuchy wystrzeliwanych właśnie z pomostu Formozy torped.
Jeden, dwa, trzy, cztery... –Konstanty oczekiwał na strzały plutonu egzekucyjnego.
Nie padły. Usłyszał dochodzące krzyki i prędkie rozkazy. Nastąpiło zamieszanie. Tuż przed mającą paść komendą wydaną przez dowódcę plutonu na plac wbiegł zdyszany posłaniec. Machał rękami do marynarzy.
- Rozkaz! Nowy rozkaz! Nie strzelać! Nie strzelać!
Dowódca plutonu czytał kartkę papieru dostarczoną przez posłańca. Podszedł do Konstantego.
- Zmieniono panu wyrok. Śmierć zamieniono na dożywotnią banicję. Zostanie pan wydalony z Polski. Wypędzony bez prawa powrotu. Na zawsze.
- Na zawsze? –zapytał Konstanty.
- Na zawsze. Udało się panu uniknąć śmierci. Ma pan szczęście.
- Szczęście? Szczęściem jest żyć z dala od Ojczyzny?
- Będzie pan żył! Gdziekolwiek, lecz będzie pan żył.

Po ułaskawieniu Konstanty przebywał jeszcze przez kilka tygodni w areszcie na terenie garnizonu, na Oksywiu.
W lutym 1982 roku w silnie eskortowanym konwoju przewieziono go na zachodnią granicę Polski. W Kostrzyniu kilku wschodnioniemieckich oficerów przejęło deportowanego i przewiozło do Oranienburga, do obozu szkoleniowego Stasi. Pobyt w obozie trwał miesiąc, Konstanty przebywał w pojedynczej celi. Raz zawieziono go do małego miasteczka o nazwie Parchim gdzie w budynku mieszkalnym dużego gospodarstwa rolnego jeden z oficerów wypytywał go o kontakty ze szwedzkimi służbami wojskowymi. Konstanty niewiele mógł na ten temat powiedzieć. Jedna ze starszych gospodyń mieszkających we wiosce usłyszawszy, że przyjechał Polak przypatrywała mu się nachalnie i próbowała porozumieć się z nim po niemiecku dodając kilka zdań w łamanej polszczyźnie. Niestety Konstanty nie zrozumiał jej, nie znał też języka niemieckiego. Kiwnął tylko przyjaźnie głową i uśmiechnął się do niej. Ona też przyjaźnie pomachała ręką, zawiedziona, że nie mogła mu powiedzieć o czymś co nurtowało jej myśli od wielu, wielu lat.
Przekazanie go zachodnioniemieckim służbom granicznym odbyło się w podobny sposób jak na granicy polsko-wschodnioniemieckiej. Po załatwieniu formalności i kilkugodzinnej jeździe mikrobusem, Konstanty dostał się do ”Asylaufnahmestelle Zirndorf” koło Norymbergi.
Tam przebywał trzy tygodnie. Przesłuchiwania trwały kilka godzin dziennie. Dokładnie wypytywano Konstantego o przebieg służby, w jakich jednostkach wojskowych służył, na jakich okrętach pływał. Niemieccy specjaliści chcieli wszystko wiedzieć o wyposażeniu polskich okrętów podwodnych, o stosowanych napędach i systemach sterowania, o rodzajach torped i sposobach nawigacji. O stanie posiadania polskiej armii, o ilości i typie okrętów podwodnych. Konstanty postanowił nie odpowiadać na stawiane pytania. Zbywał je milczeniem, w końcu na żądanie przesłuchujących napisał oświadczenie, że nie zamierza udzielać żadnych informacji. Uznał, że przyznanie statusu azylu politycznego w jego przypadku nie jest celem, któremu należy wszystko podporządkować. Pewnego razu jeden z niemieckich oficerów kontrwywiadu zaproponował mu stałą współpracę na bardzo dobrych warunkach finansowych. Konstanty odmówił, co przyjęto z dezaprobatą. Uratowało go jedno ze spotkań, na które zaproszono kapitana szwedzkiego okrętu podwodnego „Gepard”, któremu w grudniu 1981 roku przekazał przywódcę strajku. Od niego dowiedział się, że Stanisław nie odzyskał przytomności i zmarł w szwedzkim szpitalu, po kilku dniach ciężkiej choroby. Młodzi robotnicy zaaklimatyzowali się w nowym kraju, jeden mieszka w Sztokholmie, drugi w Uppsali. Konstanty podziękował kapitanowi za odzew na wysłany przez niego sygnał i zadeklarowaną pomoc. Tamten odpowiedział, że „morska przyjaźń” jest ponad politycznymi podziałami a problemy na lądzie nie mogą jej zachwiać. Pogratulował udanej ucieczki i „podwodnego instynktu”. Zdziwił się dlaczego wówczas zawrócił a nie płynął dalej do szwedzkiego brzegu. Konstanty na to pytanie nie odpowiedział. Po tym spotkaniu dano już spokój dalszym przesłuchaniom, przyznano azyl polityczny. Miał chwilę oddechu. Wypoczywał. Kilka razy udawał się do centrum miasta, zwiedzał Norymbergę.
Do alpejskiej miejscowości Murnau Konstanty przyjechał w kwietniu 1982 roku. Tam w starych, pamiętających, wojenne czasy barakach przebywało kilkudziesięciu takich jak on kandydatów na emigrację. Panująca w obozie atmosfera nie była przyjemna, mocno nie odpowiadała Konstantemu. Wyczuwało się chęć współzawodnictwa i rywalizacji. Krajem, do którego większość chciała się udać była Kanada, w następnej kolejności Australia, Nowa Zelandia, Republika Południowej Afryki.
Konstantemu właściwie to było obojętne, najchętniej pozostał by w Europie, lecz ze względów politycznych nie dostał takiej możliwości. Uczył się pilnie języka angielskiego, który to opanował po intensywnej kilkumiesięcznej nauce w stopniu bardzo dobrym. Nuda i tęsknota za krajem, z którego został wyrzucony, psychicznie wytrącały Konstantego z równowagi. Dlatego też jednoosobową propozycję wyjazdu do Nowej Gwinei, gdzie nie było chętnych, bo nikt nie chciał tam jechać, przyjął od razu.
Do Port Moresby dopłynął statkiem na początku 1983 roku, dokładnie w dniu swoich trzydziestych urodzin. Osiadł w dzielnicy Papua Purple, w domu wynajmowanym przez organizacje społeczne. W Polsce ukończył Akademię Marynarki Wojennej, z zawodu był inżynierem wojskowym, tu na miejscu ze znalezieniem pracy nie miał problemów. Zatrudnił się w firmie budowlanej, która zajmowała się budowaniem domów posadowionych na drewnianych palach, na pobliskich oceanicznych lagunach. Przypominały mu one trochę zatoczki na południowym brzegu Morza Bałtyckiego, które znał jak własną kieszeń. Czasami zamykał oczy i wsłuchiwał się w szum fal tęskniąc za piaskowymi wydmami i meandrującymi ujściami wpływających do Bałtyku rzek.
Został cenionym fachowcem w swojej branży. Po dwóch latach ożenił się z córką wodza, zamieszkującego w pobliżu jednej z lagun, plemienia Papuasów. Urodził się mu najpierw syn, po roku jasnobrązowa córeczka. Nie dane mu było jednak żyć w pokoju. Po okresie względnego spokoju na wyspie wybuchła wojna domowa i trwała z przerwami kilka lat. Konstanty nie angażował się po żadnej ze stron, nie był w stanie zrozumieć ich racji. Nie pochodził stąd. Mieszkał z rodziną nadal w Papua Purple, jednej ze spokojniejszych dzielnic Port Moresby, tam udawało im się skromnie żyć.
O zmianach politycznych w Polsce dowiedział się z miejscowej prasy. W 1992 roku udał się do najbliższego, polskiego konsulatu w Australii.
- Pan chce wracać do Polski? Źle panu? Może pan osiedlić się w Australii, potrzebują tutaj fachowców, ludzi z konkretnym zawodem. W Polsce życie nieciekawe, takie jakieś poszarpane, ludzie na siebie patrzą wilkiem, żrą się wiecznie i kłócą. Krzyki, kłótnie i wrzaski. Dlaczego chce pan wracać? Ja się cieszę, że wyrwałem się z polskiego bagna, chociaż na pewien czas –dziwił się konsul po wysłuchaniu jego opowieści.
- Chcę wrócić do swojej ojczyzny. Proszę mi umożliwić powrót.
- Dobrze, jeśli pan się tak upiera. Proszę napisać podanie o wydanie polskiego paszportu oraz załączyć wszelkie posiadane dokumenty. I przyjechać za trzy miesiące.
Przy następnej wizycie konsul był bardziej zasadniczy. Bardziej oficjalny. Nieufny.
- Bardzo mi przykro proszę pana. Nie możemy panu pomóc. Pańskie podanie zostało odrzucone. Nie może pan wrócić do Polski.
- Jak to? Dlaczego?
- Pan nie jest polskim obywatelem. Wydalono pana z kraju. Obywatelstwo odebrano panu w grudniu 1981 roku.
- To proszę mi je przywrócić.
- To niemożliwe. Powtarzam, nie ma pan polskiego obywatelstwa.
- Innego nie posiadam.
- Pan nie jest już Polakiem.
- To kim ja jestem?
- Nikim.
- Gdzie jest moje miejsce?
- Najlepszym dla pana rozwiązaniem jest staranie się o obywatelstwo kraju, w którym obecnie pan mieszka. To nie będzie trudne. Jest pan mężem córki miejscowego wodza.
- Nie chcę mieć innej ojczyzny niż Polska. Chcę wrócić do swojego kraju.
- To jest niemożliwe. Kategorycznie.
- Co jest przyczyną?
- Proszę pana, odpowiem panu szczerze, by nie miał pan więcej złudzeń. Poufne materiały dotyczące pańskiej osoby otrzymałem kilka dni temu z Warszawy. W 1981 roku został pan osądzony i skazany za zdradę kraju. Na dożywotnią banicję. Utracił pan prawa obywatelskie, publiczne i honorowe.
- W 1981 roku panował reżim komunistyczny. Teraz Polska jest wolnym, demokratycznym krajem.
- Zdrada jest zdradą, niezależnie w jakim systemie popełniona. Jest pan zdrajcą narodu polskiego. I zostanie pan nim już na zawsze. Zdrajcom nie możemy ufać. Jeśli raz zdradzili, mogą to zrobić ponownie. Lecz to jeszcze nie wszystko. W 1981 roku wywiózł pan z kraju komunistycznego agenta. Umożliwił pan jemu ucieczkę do Szwecji. Nie dociekam czy był pan z nim w zmowie czy też nie. Fakt pozostaje faktem.
- To był przywódca strajku a nie żaden komunistyczny agent.
- Nie do mnie należy to weryfikować, opieram się na otrzymanych dokumentach. Dodatkowo, w 1982 roku nawiązał pan współpracę z wywiadem zachodnioniemieckim.
- Ależ to nieprawda. Odmówiłem.
- Mam inne informacje. Na podstawie posiadanych dokumentów państwo polskie odmawia panu powrotu do ojczyzny. Nie potrzebujemy takich osobników jak pan. W naszym kraju jest miejsce wyłącznie dla ludzi nieskazitelnych i moralnie czystych. Proszę tu więcej nie przychodzić. Szkoda czasu. Żegnam pana.
- Jeszcze kilka dni temu mówił pan o polskim piekle. W Polsce mieszkają tylko ludzie nieskazitelnie czyści? –zdziwił się Konstanty.
- Przynajmniej staramy się by tak było. Nie zaśmiecamy naszego kraju.
Konstanty klęknął przed konsulem, przyciągnął jego rękę i pocałował ją.
- Panie konsulu, ja bardzo pana proszę. Proszę o umożliwienie mi powrotu do ojczyzny. Chcę wrócić do Polski.
- Wynoś się stąd człowieku. Nie chcę cię więcej tu widzieć. Zawołam policję. -Konsul ze wstrętem i obrzydzeniem wyrwał swoją dłoń spod ust Konstantego, wytarł ją o spodnie. Spoglądał na klęczącego przed nim człowieka z wyższością i nieukrywaną pogardą.
Konstanty opuścił budynek konsulatu. Nigdy więcej się tam nie pojawił. Pozostałą część swojego krótkiego, niespełna czterdziestoletniego życia spędził w Port Moresby, w dzielnicy Papua Purple. Aż do niespodziewanej, przedwczesnej śmierci. Zachorował na chorobę emigracyjną. Wspominał, cierpiał, męczył się. Ujawniły się nigdy wcześniej nieznane mu dolegliwości. Do osłabionego organizmu przyplątała się gorączka tropikalna. W ostatniej chwili jak by coś sobie przypomniał, krzyczał, zapragnął, by pochowano go w Polsce, wśród swoich rodaków. Ale majaczył w języku polskim, którego oprócz niego nikt w Papua Purple nie znał. A nawet jakby znali to żadnemu z nich, z plemienia Purpurowych Papuasów, żonie, synowi i córce nie przyszło na myśl, by ekspediować ciało męża, ojca i przyjaciela hen, hen daleko. Do nieznanego, zimnego kraju, leżącego gdzieś za górami, za oceanami, gdzie ludzie mówią w niezrozumiałym narzeczu i którego obraz Konstanty, poprzez swoje opowieści, próbował im nieskutecznie chociaż trochę przybliżyć. Pochowano go na plemiennym cmentarzu.


Jonasz
Miasteczko w pobliżu Kościelca liczyło niecałe dwa tysiące mieszkańców, większość z nich stanowili Żydzi. Pisarz też nim był, urodził się w Miasteczku, rodzice prowadzili w rynku sklep z miotłami. Pisarz im pomagał, sprzedawał miotły, rozwoził po okolicznych wsiach. W wieku dwudziestu lat zakochał się z wzajemnością w pięknej dziewczynie, Dorze, mieszkającej w sąsiedztwie. Rodzice Dory przeznaczyli ją jednak dla kogoś innego, wybrali bogatszego chłopca niż Pisarz sprzedający miotły, mimo sprzeciwu dziewczyna musiała poślubić wybranka. Wkrótce młodej parze urodziły się dzieci, najpierw chłopiec, później dziewczynka. Pisarz początkowo rozpaczał po utracie ukochanej, później gdy już ochłonął, poszukiwał nowej narzeczonej. Do wybuchu wojny nie udało mu się.
Gdy Niemcy zajęli Miasteczko inne już sprawy były ważniejsze. Przeżyć okres okupacji, tylko to się liczyło. W Miasteczku utworzono dzielnicę żydowską, ogrodzono częściowo murem, częściowo drewnianym płotem, tak, że nikt bez pozwolenia czy przepustki nie mógł wyjść. Pisarz wraz z rodzicami też się tam znaleźli. Miotły już nie były tak potrzebne jak wcześniej, brakowało surowca do ich produkcji. Przeżywali głodując dzień za dniem, wydając resztki oszczędności. Nędzne życie w getcie pewnego dnia się skończyło. Niemcy rozpoczęli jego likwidację. Wszystkich Żydów wypędzili z domów, uformowali kolumnę, pędzili brukowanym traktem na dworzec kolejowy odległy o kilkanaście kilometrów. Tam wpychano ich do wagonów bydlęcych i wieziono do obozu koncentracyjnego, gdzie czekała ich śmierć w komorze gazowej.
Nie wszyscy z Miasteczka tam trafili. Niektórzy przeczuwając, co może ich czekać po wywózce, starali się ratować na własną rękę. Rodzinie Szapsy, mieszkającego w rynku, i którego syn ożenił się z Dorą, udało się ukryć w pobliskiej wsi. Mieszkał tam ze swoją rodziną Leśny, zabudowania jego były oddalone od innych domostw, otoczone wiekowymi drzewami i gęstymi krzewami. Leśny miał młodą, bardzo ładną żonę oraz trójkę dzieci, najmłodsze niedawno się urodziło, miało chyba trzy miesiące, matka trzymała je przy piersi, starsze już chodziły, córka miał dwa latka, syn trzy.
Szapsa zapłacił Leśnemu i obiecał dodatkowe finanse na zapewnienie żywności. Gospodarz ukrył Szapsę, jego żonę, Dorę z mężem i ich dwójkę dzieci początkowo w stodole. Później wykopał w niej bunkier o wymiarach trzech metrów długości, dwóch metrów szerokości i około metra i trzydziestu centymetrów głębokości. Głębiej nie można było kopać gdyż pojawiła się woda. Dzieci mogły swobodnie stać, dorośli musieli kucać. Lecz nie skarżyli się, dziękowali Leśnemu za uratowanie życia. Bunkier zasunięty był drewnianą klapą, przy której stała buda, w niej mieszkał olbrzymi i bardzo groźny buldog. Oprócz gospodarza nikogo w pobliże nie dopuszczał. Leśny wieczorami przynosił do bunkra jedzenie, przeważnie sagan ugotowanych ziemniaków z brukwią, dzbanek mleka z wieczornego udoju, czasami porcję mięsa. Odbierał wiadro z nieczystościami.
Szapsa myślał, że posiedzą w bunkrze kilka tygodni, później gdy pobyt się przedłużał, liczył miesiące, aż zaczął liczyć lata. Ciała im drętwiały, mieli przykurcze, że trudno było im rozprostować nogi. Przebywając cały czas w ciemności tracili wzrok. Leśny od czasu do czasu przekazywał informację o sytuacji na górze, cały czas jest niebezpiecznie, zagrożenie nie mija, Niemcy zabijają Żydów i jeśli Szapsa z rodziną chcą żyć to niech nie myślą o wychodzeniu z bunkra.
- A Pisarz? Co się działo z Pisarzem?
Pisarz uciekł z getta jeszcze przed jego likwidacją, początkowo ukrywał się u polskich przyjaciół w Miasteczku, później widząc w ich oczach strach i nie chcąc ich narażać, zbudował szałas w lesie i tam koczował kilka miesięcy żywiąc się roślinami i złapanymi we wnyki kuropatwami. Lecz szałas został odkryty przypadkowo przez strażników pilnujących ściętego drzewa i Pisarz musiał uciekać. Błąkał się po okolicy, ukrywał w opuszczonych szopach, stogach siana. Nie wiadomo jak trafił do Leśnego, chyba znał go sprzed wojny, gdy sprzedawał we wsi swoje miotły. Gospodarstwo położone było w ustronnym miejscu, budziło zaufanie jako miejsce do skutecznego ukrycia się. Udało się wybłagać Leśnego, by go przechował przez pewien czas. Trafił do bunkra, do rodziny Szapsy. Początkowo współżycie między nimi układało się dobrze, później doszło do poważnego zatargu. Miłość Pisarza do Dory, która wydawała się, że całkowicie wygasła, w ciemnym i ciasnym bunkrze powróciła ze zdwojoną intensywnością. Pisarz próbował odwieść Dorę od prawowitego męża. Ten nawet nie myślał, by jego żona mogła być z kimś innym. Wieczorami po posiłku wybuchały awantury, odgłosy kłótni z podziemnego bunkra wydostawały się na powierzchnię, krzyki wychodziły poza stodołę. To mocno denerwowało Leśnego, pewnej nocy wezwał Szapsę i rozmówił się z nim w stodole. Powiedział, że ma dosyć, jeśli nie przestaną się kłócić tam na dole to ich wszystkich wyrzuci. Ktoś przecież może usłyszeć odgłosy awantur i donieść żandarmom. Szapsa był bezradny, próbował już wcześniej negocjować z Pisarzem lecz bez rezultatu. Rozmyślali w tej stodole dosyć długo i Szapsa wpadł na pomysł. Zaproponował Leśnemu, by ich wszystkich wyrzucił z bunkra. Oni później wrócą lecz już bez Pisarza. Leśny się zgodził. Nazajutrz wieczorem nie przyniósł sagana ziemniaków i dzbanka mleka. Otworzył drewniane wieko bunkra i trzymając na uwięzi warczącego buldoga groźnym głosem powiedział.
- Wynosić się z mojej stodoły! Dosyć wrzasków! Nie będę dłużej narażał za was życia. Żebym więcej was tu nie widział!
Szapsa powiedział zdezorientowanej żonie, że muszą opuścić bunkier, Pisarz początkowo się wzbraniał, lecz zapowiedź Leśnego była tak stanowcza, że w końcu uległ i wyszedł. W ciemną noc opuścili bunkier. Szapsa powiedział Pisarzowi, by radził sobie sam i więcej nie zbliżał się do Dory. Rozdzielili się. Noc i następny dzień Szapsowie spędzili z niewielkim lasku nad rzeką, wieczorem wrócili do stodoły. Pisarz poszedł w przeciwnym kierunku, kręcił się w okolicy kilkanaście dni. Próbował odwiedzać znajomych, lecz oni byli tak przestraszeni jego widokiem, że odwracali głowy by móc go nie zobaczyć, nie spojrzeć mu w oczy. Poszedł do lasu i tam po pewnym czasie trafił do formującego się oddziału partyzanckiego tworzonego przez ludzi ze spacyfikowanej przez Niemców niedaleko położonej wsi. Został i walczył z nimi do końca wojny.
Rodzina Szapsów ukrywała się w bunkrze wykopanym w stodole. Ktoś musiał donieść na posterunek żandarmerii, że Leśny przechowuje Żydów. Różni ludzie go odwiedzali, sąsiedzi, mieszkańcy Miasteczka chcący kupić jajka czy też kurę. Jeden zobaczył wielki sagan na piecu i podejrzliwie zapytał dla kogo gotuje tyle ziemniaków? Drugi zauważył jak żona Leśnego kupuje na jarmarku jedwabny szal, na którego kupno nie każdego było stać. Gdy Leśny bił cielaka, zwyczajowo zbierali się sąsiedzi i otrzymywali czy też kupowali kawałek cielęciny. Ostatnio Leśny odmawiał, nie dawał i nie sprzedawał. To wzbudziło podejrzenie.
Pewnego dnia do zagrody przyszło trzech żandarmów.
- Leśny, podobno trzymasz Żydów.
- U mnie? Nie.
- Wiesz czym to grozi.
- Nie trzymam nikogo.
- Rozejrzymy się w takim razie.
Mieli ze sobą psa, wilczura, który, gdy go spuścili pobiegł w kierunku stodoły. Buldog się najeżył, warczał groźnie, wilczur skulił ogon i wrócił do Niemca. Ten zdjął karabin i zastrzelił buldoga. Powiedział do Leśnego.
- I co, nadal nic nie wiesz?
- Nie - odpowiadał coraz bardziej przerażony Leśny.
Dwóch żandarmów weszło do stodoły, odsunęli budę, zauważyli i zdjęli pokrywę bunkra. Zobaczyli skulonych i oślepionych nagłą jasnością Żydów, Szapsę, jego żonę, Dorę z mężem i dwójkę ich dzieci, chłopczyka i dziewczynkę. Dzieci płakały przestraszone.
- Wyłazić Żydy przeklęte - krzyknął Niemiec i skierował broń w stronę podnoszącego się Szapsy.
On był przygotowany na taką sytuację. Przewidywał, że może kiedyś nastąpić, lecz w myślach odsuwał ją na daleką przyszłość i traktował jako ostateczność. Do tej pory się udawało. Ale już w getcie powiedział sobie, że nie da się zabić jak psa. Chwycił za karabin i mocno pociągnął Niemca, ten wpadł pomiędzy nich. Szapsa odbezpieczył granaty, które miał od początku na taką ewentualność przygotowane. Potężny wybuch wstrząsnął stodołą, część jej zapadła się i stanęła w ogniu. Kawałki ciał rozrzucone były w promieniu kilkunastu metrów. Drugi z żandarmów, poraniony i poparzony wyczołgiwał się ze stodoły z okropnym krzykiem. Zbiegli się ludzie z okolicy, z Miasteczka nadjeżdżał samochód z niemieckimi posiłkami.
Żandarm z psem wyprowadzał przed dom rodzinę Leśnego, ustawiał wszystkich w szeregu, gospodarz na przedzie, żona z tulącym się dzieckiem, dalej dziewczynka i chłopczyk. Niemiec podchodził i strzelał każdemu w głowę. Małe dziecko oderwał od piersi martwej żony Leśnego, wrzucił do palącej się stodoły.
Na koniec podpalili kolejne zabudowania by ślad po gospodarstwie nie pozostał. Niemcy odjechali, ludzie odeszli.
- A Pisarz? Co się działo z Pisarzem?
Po wojnie wrócił do Miasteczka. Tylko jemu jednemu z całej społeczności żydowskiej udało się przeżyć. Ktoś rzucił pogłoskę, że to Pisarz, z powodu odrzucenia miłosnego i zatargu z Szapsami, zdradził kryjówkę u Leśnego. Nikt mu tego nie udowodnił lecz plotka przylgnęła i on bardzo się umartwiał. Wiedział przecież, że nie zdradził ale trudno mu było przekonywać innych.
W jego skromnym domku, w rynku, w którym kiedyś żył z rodzicami, mieszkał już ktoś inny, chłop Łapczywy. Pisarz pamiętał go jeszcze sprzed wojny, gdy jeździł po wsiach i sprzedawał miotły. Na prośbę Pisarza by opuścił jego rodzinny dom ten zaśmiał się.
- Co ty Żydzie jeszcze tu robisz? Uciekaj stąd albo psami poszczuję. Nie waż mi się tu wracać bo zatłukę na śmierć!
I Pisarz odszedł. Był sam wśród obcych. Chociaż przed wojną Żydzi stanowili większość mieszkańców Miasteczka, teraz został tylko on jeden. Domy do nich należące zajęli najpierw Niemcy i ich protegowani, później „namuloki”, ludzie z pobliskich wsi, którzy napłynęli po wojnie do Miasteczka i już go nie opuścili zasiedlając puste domostwa. Na wsiach panowała bieda, spotęgowana wojennym terrorem, ludzie mieszkali w kilka, kilkanaście osób w jednej izbie, mając za ścianą w drugiej izbie jako sąsiadów bydło i trzodę chlewną. Nic dziwnego, że domy żydowskie szybko zapełniły się nowymi mieszkańcami, którzy ani myśleli zwracać czegokolwiek komukolwiek z teraz już swojej własności. Nawet jak zgłosił się dawny, przedwojenny mieszkaniec, prawowity właściciel.
Pisarz za bardzo nie wiedział co ma zrobić? Tak jak w czasie wojny, tak teraz tułał się bezmyślnie po okolicy, przyjmując datki od co łaskawszych, współczujących ludzi. Postanowił pójść do wójta i z nim się rozmówić. Akurat siedział u niego Łapczywy.
- Co, ty jeszcze tutaj? Po swoje przyszedłeś? - Łapczywy był rozeźlony gdy zobaczył Pisarza.
Wójt bezradnie rozkładał ręce.
- Co lepsze i tak Niemcy wzięli, pozostawiając nędzną resztę. Każdy z nas po was coś wziął. Stół, płaszcz, łóżko, dom. Miało iść na marne? Przecież nie będziemy wam oddawać, bo niby komu. Was już nie ma. Komu oddać jak was nie ma? Byliście, zniknęliście, teraz my jesteśmy. Wyście wyszli, my przyszliśmy.
- Ja jestem, chcę zamieszkać w swoim domu - odpowiedział Pisarz.
- Nie ma miejsca! - krzyknął Łapczywy - Mam żonę i kilkoro dzieci. Nawet twój domek jest dla nas za ciasny. Dla ciebie nie ma już miejsca, wracaj skąd przybyłeś. Co mnie to obchodzi gdzie i jak będziesz sobie radził! Jeśli będziesz nalegał, szukał sprawiedliwości to dopiero zobaczysz co się stanie. Kijami obiję, nawet granat w ostateczności się znajdzie. Ale waszego, swojego nie oddamy.
- Było was za dużo, byliście zbyt głośni, zbyt liczni. Teraz jest spokój. Nie zakłócaj go nam - tymi słowami wójt pożegnał Pisarza.
Pisarz opuścił siedzibę urzędu wójta. Szedł przez rynek napotykając odważne spojrzenia mieszkańców.
„Uciekaj Pisarz, uciekaj stąd jak najdalej od nich, wiecznie przez los krzywdzonych, co się im wydaje, że przez doznaną biedę i cierpienia mogą usprawiedliwiać swoje bezprawne czyny. Płyń Wisłą do Warszawy, do Gdańska, wsiadaj na morski statek i płyń daleko, daleko poza morze, cieśniny, oceany, poza horyzont. Jak najprędzej. Jak najdalej. Nie dadzą tobie tu żyć, ani tobie, ani twoim dzieciom, jeśli będziesz je kiedyś miał. Nie masz co tu szukać. To nie miejsce dla ciebie, znajdź inny zakątek, gdzie będziesz mógł bez strachu rozejrzeć się dookoła, spokojnie spoglądać w błękitne niebo. Wiem, że w dzisiejszym świecie trudno jest coś takiego znaleźć, ale musisz szukać, musisz szukać, nie masz innego wyjścia, tutaj zostać nie możesz. Tu nie ma miejsca dla ciebie.”
Pisarz tak uczynił, pojechał do Gdańska, lecz dalsza podróż nie była możliwa, chociaż się bardzo starał. Przez kilka miesięcy próbował dostać się na statek, napotykał tyle przeciwności, że w końcu zrezygnował. Za to zakochał się w pięknej dziewczynie, repatriantce zza Buga, z wzajemnością. Anna, jedyna została z całej wielodzietnej rodziny, wywiezionej w czasie wojny przez Rosjan na daleki wschód. Ojcowie, dziadkowie, rodzeństwo pomarli z głodu i chłodu na bezkresnych, niegościnnych stepach Kazachstanu.
Samotna w obcym mieście trafiła na zdezorientowanego, szukającego możliwości zamustrowania na statek, Pisarza. Pobrali się, uwili gniazdko w Gdańsku, przy ulicy Lawendowej, urodził się im syn. Pisarz postanowił nadać mu imię zamordowanego ojca, Jonasz. Ochrzcili syna, Anna wychowywała go w wierze katolickiej, tak jak ją wychowano, jej rodziców, dziadów i pradziadów.

Po zakończeniu zimowych ferii szkolnych, w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym roku, w harmonogramie zajęć pojawił się nowy przedmiot, „Wychowanie obywatelskie”. Nauczycielem został pan Kranz, uczący do tej pory starsze klasy „Przysposobienia obronnego”.
Na pierwszej lekcji wyczytywał z dziennika nasze imiona i nazwiska, chcąc zapoznać się z nami. Każdy wstawał i przedstawiał się, pan Kranz przypatrywał się poszczególnym twarzom, tak by w przyszłości kojarzyć je z nazwiskami. Przy Jonaszu zatrzymał się na dłużej.
- Jonasz Pisarz.
- Jestem – chłopak siedzący w trzeciej ławce środkowego rzędu wyprężył się.
- Jonasz?
- Tak..
- Żyd?
- Polak.
- Dziwne imię. Ojciec Żyd?
- Ojciec Polak pochodzenia żydowskiego.
- To znaczy Żyd. A matka?
- Matka Polka.
- To kim ty jesteś?
- Jestem Polakiem.
- Matka Polka, ale ty jesteś Żydem - nauczyciel był bezwzględny, nie ustępował – Siadaj, szkoda czasu. Jesteś Żydem i kropka. Nie zaprzeczaj – zdenerwował się.
Wyczytywał dalsze nazwiska. Lekko byliśmy zdziwieni stanowczym tonem pana Kranza, nasi rodzice, z resztą tak jak większość rodziców w Gdańsku, przyjechali z różnych stron teraźniejszej i byłej Polski, repatrianci ze Wschodu, z Wilna, Lwowa, Podola, mieszkańcy centralnej i południowej Polski. Do opustoszałego po wojnie miasta, ludzie ściągali z różnych zakątków kraju. Dawnych mieszkańców Gdańska wywieziono na Zachód, na ich miejsce przyjechali nowi, ze Wschodu i Południa. My byliśmy pierwszym pokoleniem urodzonym po wojnie. Jonasz był jednym z nas, naszym przyjacielem, jego rodzice tak jak i nasi, po osobliwej wędrówce ludów po drugiej wojnie światowej, znaleźli się w tym egzotycznym dla wszystkich mieście.
Na następnej lekcji, gdy zbliżała się ku końcowi i gdy już szykowaliśmy się na długą przerwę pan Kranz oznajmił nam.
- Wielkimi krokami zbliża się rocznica powstania naszej państwowości, nasza ojczyzna, Polska ma już tysiąc lat. Zostałem zobligowany przez panią dyrektor do organizacji w miesiącu kwietniu uroczystej akademii. Proszę każdego z was o przygotowanie czegoś specjalnego z naszej tysiącletniej historii. Ma to być ważne i istotne wydarzenie, które uważacie, że wpłynęło na rozwój naszego dziedzictwa, naszej kultury i zasługuje na napisanie wiersza, opowiadania, namalowania obrazu czy też zaśpiewania pieśni.
Gdy już wychodziliśmy z klasy na przerwę zatrzymał Jonasza.
- Ty nie musisz nic przygotowywać.
- Dlaczego? – odparł zdziwiony.
- Ponieważ to nie twoja rocznica.
- Jak to?
- Wy obchodzicie swoje święta. Do naszych nic wam do tego, nie wtrącajcie się – ton jego głosu stawał się bardziej zły, agresywny
Łzy pojawiły się w oczach Jonasza.
- Przecież to jest też moje święto.
Wyszliśmy z klasy coraz bardziej poirytowani zachowaniem pana Kranza.
Przygotowywaliśmy się do akademii, każdy z nas wymyślał coś oryginalnego, by uczcić tysiącletnie święto, Jonasz też nad czymś myślał. Chodził z notesem w ręku, wpatrywał się w chmury, w otoczenie, w ziemię, notował.
Na lekcji religii, które odbywały się w salce parafialnej przy Kaplicy Królewskiej, prowadzący ksiądz Ernest poradził, by namalować obraz przedstawiający Jana Chrzciciela obmywającego Chrystusa w świętej rzece Jordan.
- Tysiąclecie państwa polskiego związane jest z rocznicą chrztu świętego przyjętego przez piastowskiego księcia. Tak jak Chrystus został przyjęty do chrześcijan tak naród polski został wprowadzony do grona chrześcijańskich narodów.
Zenek podchwycił pomysł księdza Ernesta, ładnie malował, z rysunków miał piątkę, - Powstanie piękny obraz – powiedział.
Jonasz uczęszczał z nami na religię, co niedziela widzieliśmy go jak siedział razem z mamą w pierwszej ławce na mszy świętej w naszym olbrzymim kościele Mariackim.
Nie pojmowaliśmy dlaczego pan Kranz był na niego tak zły, dlaczego go prześladował? Przez imię jakie mu nadano na chrzcie? Przez ojca, którego Kranz uważał za Żyda, i który z faktycznie był Żydem?
Termin akademii zbliżał się wielkimi krokami. Na lekcjach razem z panem Kranzem wyszukiwaliśmy w naszej historii ważne wydarzenia, o których chcieliśmy opowiedzieć, zaśpiewać, namalować obraz.
Andrzej napisał piękne i wzruszające opowiadanie o obronie grodu w Niemczy przed germańską nawałą. Janek namalował, właściwie nieudolnie skopiował obraz Jana Matejki „Bitwa pod Grunwaldem”, gdzie główną postacią był Zawisza Czarny, jego ulubiony bohater. Gosia napisała wzruszający esej o powstaniu styczniowym, Hania nuciła na przerwach pieśń o bohaterskich zdobywcach wzgórza Monte Cassino. Romek wkuwał na pamięć wiersz o żołnierzach z Westerplatte, którzy do nieba czwórkami szli.
Pan Kranz był zadowolony z naszych pomysłów i inicjatyw. Obraz Chrustusa z Janem Chrzcicielem, namalowany pięknie przez Zenka, nie spodobał mu się. Odrzucił go mówiąc, że nie jest na temat.
- To nie rocznicę chrztu obchodzimy tylko tysiąclecie państwa polskiego.
- A to nie jest to samo – zdziwił się Zenek, zachwalając swój obraz.
- Nie, to nie to samo – odburknął pan Kranz – powieś sobie to dzieło u siebie w pokoju nad łóżkiem.
Akademia miała się odbyć w czwartek czternastego kwietnia, jednak z uwagi na trwające ferie wielkanocne przesunięto ją na wtorek dziewiętnastego kwietnia. Odbyła się w sali gimnastycznej naszej szkoły i miała niecodzienny przebieg. Ściany udekorowano obrazami królów polskich, począwszy do pierwszego Piasta, poprzez Jagiellonów, Wazów, Sasów aż po ostatniego króla, Stanisława Augusta Poniatowskiego.
Grono nauczycielskie zasiadło w pierwszych rzędach, uczniowie zajęli krzesła w środku i z tyłu sali. Uroczystość zaszczycił swoją obecnością wizytator z kuratorium wojewódzkiego, mężczyzna w sile wieku, postawny blondyn o niebieskich, bystrych oczach. Akademię rozpoczęła pani dyrektor, podniosłą przemową o tysiącletniej historii wielkiego i dumnego narodu jakim jest Polska. My Polacy, w dzisiejszych czasach ten wielki i wspaniały naród reprezentujemy. Przez tysiąc lat broniliśmy i walczyliśmy by polskie państwo nie zginęło w odmętach nieokiełznanej historii. Teraz mamy szczęście żyć w pokoju, co rzadko udawało się poprzednim pokoleniom. Przekazała głos panu Kranzowi odpowiedzialnemu za organizację rocznicy tego ważnego wydarzenia.
Na znak dany przez pana Krenza na salę wtoczył się balet i odtańczył krakowiaka, kujawiaka i jako trzeci taniec, nie wiadomo dlaczego kozaka. Po balecie my przejęliśmy inicjatywę, obrona Niemczy, bitwa pod Grunwaldem, Kościuszko pod Racławicami, Poniatowski pod Moskwą, żołnierze Westerplatte, bitwa pod Lenino, czerwone maki pod Monte Cassino, każde z tych przedstawień było nagradzane gromkimi brawami przez nauczycieli i uczniów. Przy pieśni „Rozszumiały się wierzby płaczące” część sali dołączyła do chóru i wspólnie rozbrzmiewały dalsze zwrotki. Hania deklamowała jeden z wierszy Ildefonsa Gałczyńskiego i przy odpowiedzi na zapytanie stróża „...gdzieś pan był tyle lat? Wędrowałem przez głupi świat..” i dalej „lulajże Jezuniu, moja perełko, lulajże Jezuniu me pieścidełko” kilka nauczycielek płakało. Atmosfera do końca akademii był patriotyczna, podniosła i wzruszająca. Już mieliśmy się wszyscy rozchodzić gdy na środek sali wyszedł Jonasz.
- Wracaj z powrotem na krzesło –krzyknął do niego pan Kranz – nie miałeś nic przygotowywać.
- Przygotowałem wiersz. Sam napisałem.
- Wracaj na krzesło - powtórzył -Mówiłem przecież, że to nie twoje święto.
Wtrącił się wizytator z kuratorium.
- Dlaczego pan zabrania mu występować?
- Bo on, on..... nie jest Polakiem.
- Kim jest?
- Jest Żydem.
Wizytator spojrzał na Kranza dziwnym wzrokiem. Zwrócił się do Jonasza.
- Mów.
Gdyby nie zamieszanie jakie powstało nie zwrócilibyśmy uwagi na ostatni występ. Jonasz przekonany, że nie otrzyma możliwości recytacji już schodził ze środka sali, lecz na słowa wizytatora wrócił i mówił. Deklamował wiersz, który napisał na cześć rocznicy tysiąclecia ojczyzny.
Zamieszkałem w twoim domu
zasypiam w twoim łóżku
ubieram twój płaszcz
piszę przy stole przy którym ty pisałeś
modlę się do twojego Boga

To ja stałem wówczas na rampie
spoglądałem jak ciebie prowadzą
mój synek kulił się trwożliwie
najukochańsza córeczka szeptała
„przecież byliśmy grzeczni”
kurczowo trzymali się moich rąk
będąc pewnymi
że przy mnie nic złego
im stać się nie może

Nie wierzę że nie wiedzieliśmy
niemożliwe że nas tam nie było
staliśmy przecież obok
nie mamy prawa zaprzeczać

Nasz ojciec wszedł pokornie w mroczną czeluść
matka stąpała za nim niepewnie
półnagą żonę gwałcili oprawcy
to koniec powiedziałeś wtedy
to już wszystko

A my istniejemy
uśmiechamy się
jednak piszemy wiersze
zadania matematyczne rozwiązujemy

Mamy czelność żyć
to nie może się powtórzyć
tak myślimy
obawiając się

Skończył, stał w milczeniu jakby czekał na oklaski. Ale sala też milczała. Nikt nie wiedział co powiedzieć, słowa wiersza były zanadto niezrozumiałe. Do patriotycznych pieśni o makach pod Monte Cassino i do utworów o żołnierzach Westerplatte ten wiersz nie pasował. Cisza trwała przez dłuższą chwilę, przerwał ją dopiero pan Kranz.
- To oszczerstwo, paszkwil. Mnie Żydzie nie nabierzesz wzniosłymi strofami. Jacy my, jacy my! To wy a nie my! Nie porównuj nas do was. To Żyd! To Żyd! – ręką wskazywał zgroma-dzonej publiczności Jonasza.
O dziwo, zawtórowała mu pani od muzyki, starsza, ułożona, dystyngowana pani, która akompaniowała nam przy piosenkach.
- Bezczelny, zuchwały przechrzta. Śmie nam wypominać swoje sprawki.
Kwas, nauczyciel chemii też się włączył do osób przeciwnych Jonaszowi.
- Nie uszanujesz pięknej, odświętnej atmosfery. Ty parchaty żydowino! Twój wiersz jest paskudny.
Chór głosów potępiających zuchwały wiersz wzmagał się, nauczyciele i część uczniów wygrażała Jonaszowi pięściami, atmosfera niebezpiecznie zaogniała się, baliśmy się, że może dojść do linczu na recytatorze.
- Ty Żydzie, bezczelny Żydzie, jak możesz kalać nasz polski naród –słychać było głosy z sali.
Za bardzo nie rozumieliśmy przyczyny powstania tak niebezpiecznej sytuacji. Wiersz jak wiersz, może zbyt obrazowy, zbyt śmiały, lecz by zaraz krzyczeć i grozić? Pani dyrektor nie wiedziała jak zareagować, czy przystąpić do chóru krzykaczy, czy ich potępić? Spoglądała z niepokojem w stronę wizytatora, chcąc odgadnąć jego myśli.
Wizytator był potomkiem Piastów i Jagiellonów, w żyłach jego płynęła prawdziwie, polska, szlachecka krew. Powstał gwałtownie ze swojego krzesła w pierwszym rzędzie, podszedł do stojącego obok biurka, uderzył w nie mocno pięścią, krzyknął.
- Cisza! Spokój!
Sala ucichła. Wizytator dopiero po dłuższej chwili, gdy ucichły nawet szmery i cisza była absolutna, mówił donośnym głosem.
- Chylę czoło przed cierpieniem jakie przeżyli Polacy podczas drugiej wojny światowej, przede wszystkim obywatele polscy pochodzenia żydowskiego. Tragedia jaka nas -poprawił się- jaka ich dotknęła jest nieporównywalna z żadnym zdarzeniem w historii świata. Jest niezrozumiała i niewytłumaczalna. I przez najbliższe wieki będzie niezrozumiała i niewytłumaczalna. Jak dzieci, które nie są w stanie uświadomić sobie szeregu niezrozumiałych wydarzeń. To się nie mieści w głowie…nie pojmuje, nie pojmuję….diabelskie czyny, diabelskie czyny -powtarzał ściszonym głosem, schylił się jakby chciał ukryć twarz, ramiona jego drżały, milczał przez dłuższą chwilę, dalej kontynuował już głośniej - Tej tragedii rozum nie jest w stanie objąć i pojąć. Przekracza to możliwości ludzkiego umysłu. Część naszego wspólnego, tysiącletniego dziedzictwa zniknęła bezpowrotnie. Solidaryzując się z niewinnymi bohaterami, którzy poświęcili swoje życie mogę tylko powiedzieć- i patrząc prosto w oczy milczących nauczycieli wypowiedział z naciskiem na każdy wyraz, wzorem prezydenta wielkiego kraju, słowa, robiąc przerwy między nimi, by nadać im jeszcze większe znaczenie – Ich…bin…ein…Jude.
Wypowiadane słowa w języku jidysz były jak gwoździe wbijane miarowym uderzeniem młota w twarde drzewo. I też taki skutek odniosły wśród nauczycieli. Zrozumieli je aż zanadto, nie trzeba ich było tłumaczyć na język polski. Od wizytatora dużo zależało, status szkoły, uposażenie kadry nauczycielskiej, premie, możliwości awansu i wiele, wiele innych materialnych rzeczy i doczesnych spraw. „Jeśli on tak powiedział, to nie będziemy się sprzeciwiać” pomyśleli. „Co nam przeszkadza jakiś żydek wypowiadający obrazoburczy tekst. Świat się przecież nie zawali od kilku słów” – ucichli, z twarzy zniknęły ironiczne uśmieszki, ze skrzywionych ust nie wychodziły słowa pogardy. Wizytator był usatysfakcjonowany skutkiem jakie wywarło jego zdecydowane wystąpienie, oddźwiękiem jaki wśród zgromadzonych wywołał. Zakładał kapelusz, szykował się do wyjścia, pani dyrektor potulnie się przy nim krzątała.
Jeszcze tylko Romek, o czarnych, kręconych włosach i granatowych źrenicach, który po wypowiedzeniu wiersza o żołnierzach Westerplatte, cicho siedział w przedostatnim rzędzie, teraz postanowił powstać. Ośmielił go jasnowłosy wizytator. Słowa wypowiadane przez Jonasza uruchomiły wspomnienia, wieczorne rozmowy w zaciszu domowym rodziców przybyłych po wojnie z Muranowa, których podsłuchiwał udając, ze śpi, stały się teraz bardziej zrozumiałe. Smocza, Waliców, Umschlagplatz, Treblinka, te nazwy pojawiały się w jego przerywanych snach, budziły go po nocach, nie pozwalając zasnąć. Poniżenie, głód, pogarda, śmiech oprawców, beznadziejna walka, śmierć. Wszechobecny strach i poczucie niesamowitej głębi samotności. I przede wszystkim wstyd, wstyd, wstyd. Przecież mógł wybrać! Tylko jak porównać bohaterską śmierć na Westerplatte, wspaniałe czyny pod Monte Cassino z nikczemną, podłą śmiercią w Birkenau, w komorach gazowych Treblinki? Brodaci starci, kobiety z małymi dziećmi na rękach to nie byli rycerze spod Grunwaldu, to nie byli kosynierzy spod Racławic!
Nie wstydź się Romku, nie wstydź się o nich mówić, nie wstydź się wybierać między bohaterami Westerplatte a ofiarami Treblinki. Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi, nie ma dwóch różnych śmierci. Śmierć jest jedna. Śmierć jest bohaterska. I oni, dla ciebie i następnych pokoleń będą bohaterami na wieki. Nie wstydź się ich.
Wstał i chciał powiedzieć, że starcy, kobiety, małe niewinne dzieci, chociaż bezwolnie szli na zatracenie to można ich przyrównać do bohaterów, o których czytał w podręczniku historii, którzy tak mu imponowali. Pragnął zabrać głos, powiedzieć, wytłumaczyć, wykrzyczeć. Nikt go nie słuchał, obojętnie mijaliśmy go.
Akademia ku czci tysiąclecia polskiej państwowości dobiegła końca. Opuszczaliśmy salę gimnastyczną i udawaliśmy się do naszych domów.


Jan
Antoni wraz ze starszym bratem Jarosławem otrzymali w urzędzie gminy karty mobilizacyjne w drugiej połowie sierpnia 1939 roku i przydział do jednostki wojskowej w Krakowie. Gdy już tam dotarli po kilku dniach wybuchła wojna. Z całą kompanią otrzymali rozkaz wycofania się na wschód i tam w okolicach Halicza oczekiwania na rozkaz dowództwa. Nie doczekali się, siedemnastego września zaatakowali Rosjanie, kompania po krótkiej nierównej walce poddała się. Żołnierzy podzielono na oficerów, podoficerów i szeregowych. Dodatkowo wśród szeregowych przeprowadzono selekcję, sprawdzano dokładnie ręce. Obaj bracia dłonie mieli naznaczone ciężką pracy na roli, dlatego też ich i im podobnych wsadzono do pociągów towarowych i wywieziono na wschód. Pozostałych zamknięto w obozach w Kozielsku i Starobielsku. Pociągiem podróżowali przez bezkresne tereny Rosji około dwóch tygodni, aż za Ural. Tam otrzymali przydział do brygady zajmującej się wyrębem lasu. Praca była ciężka, jedzenie ledwo zaspakajało nieustanny głód, spali w drewnianych, zimnych chatach. Antoni z obawą myślał, czy przeżyją najbliższe miesiące zwłaszcza, że zbliżała się zima. Nieoczekiwana wiadomość przerwała ich pozbawioną widoków nędzną egzystencję. Niemcy z Rosjanami zawarli umowę, wymieniali się jeńcami. Mieszkańcy terenów zajętych przez Niemcy zostali wymienieni na jeńców, którzy wcześniej zamieszkiwali tereny okupowane przez Rosję. Znowu podróż wagonami towarowymi, tym razem na zachód. W okolicach Warszawy, podczas postoju pociągu, Jarosławowi udało się uciec, wrócił do rodzinnego domu. Antoni dostał się do stalagu w miejscowości Parchim, w Meklemburgii. Spędził tam ponad trzy lata, w ponurych, drewnianych barakach, tęskniąc do szerokich pól i pachnących łąk. Życie w stalagu było ciężkie. Dawał się we znaki głód, racje żywnościowe zmniejszano z miesiąca na miesiąc, tłumacząc to zwiększającymi się coraz to bardziej potrzebami wojska, walczącego na rozległych frontach. Kilkuletni pobyt w tym samym towarzystwie stawał się już nie do zniesienia. Te same twarze wokół, te same tematy dyskusji. Koledzy spoglądali na siebie niezbyt życzliwie, niewielkie nieporozumienia przeradzały się w kłótnie i dzikie awantury. Antoni bardzo źle znosił pobyt w zamkniętym, ogrodzonym kolczastym płotem, obozie. Przyzwyczajony był do otwartych przestrzeni, swoje dwudziestoletnie, przedwojenne życie spędził w gospodarstwie rolnym, leżącym w jego rodzinnym kraju. Teraz, czytając nieregularnie przychodzące listy od matki wracał do pól pokrytych zbożem, do zapachów unoszących się nad łąkami wysokich traw, do dźwięku kosy poruszanej wymachem silnych rąk. Marzył o wykonywaniu prostej, ciężkiej pracy na roli, do której był od małego przyzwyczajony.
Tuż przed żniwami 1943 roku los Antoniego całkowicie się odmienił. W obozie ogłoszono nabór do prac w gospodarstwach rolnych, jeńców kierowano do pracy, Antoni natychmiast się zgłosił, trafił do gospodarstwa leżącego nieopodal. Błogosławił tę decyzję. W kraju brakowało siły roboczej. Miejscowi mężczyźni, którzy do tej pory zajmowali się uczciwą pracą, zostali zatrudnieni przez nowego pracodawcę, przez wojnę. Chociaż, może wcale nie mieli ochoty wojować, może nie pragnęli zamieniać lemieszy na karabiny, to jednak kazano im walczyć, zdobywać odległe, nieznane krainy, zabijać innych, podobnych im chłopów. Przekonywano ich, że od pracy ważniejsza jest walka, że sukcesy na polach wojennych wielokrotnie przewyższają te na zwyczajnych gruntach ornych. Mieli porzucić swe pola, zabudowania i walczyć, pracę pozostawić niewolnikom, prawdziwy mężczyzna stworzony jest do podbojów. Ich proste, chłopskie umysły nie pojmowały nowej ideologii. Nie pozwolono im stawiać pytań. Dzięki temu Antoni opuścił stalag i znalazł się w gospodarstwie rolnym. Właściciel jego już od dłuższego czasu przebywał na froncie, postawą swą nie bardzo potwierdzając tezę o niezłomnej woli walki prawdziwego mężczyzny. Podczas jego nieobecności gospodarstwem zajmowała się żona wraz z siedemnastoletnią córką Angeliną. Praca, praca, ciężka praca. Nie dawały sobie rady. Ziemi było dużo, do tego para mocnych koni, bydło, trzoda chlewna, drób. Przed wojną w gospodarstwie pracowało dwóch najemnych robotników, obecnie wszyscy pochłonięci byli wojną, trudno było kogoś nająć. W ratuszu, w szufladzie biurka, będącego własnością pomarszczonego staruszka, kierującego administracją miejscowości, już od dłuższego czasu leżało, złożone przez żonę, zapotrzebowanie na jednego przynajmniej pomocnika.
Antoni zjawił się w samą porę, pszenica uginała się pod ciężarem napęczniałych kłosów. Najwyższy czas na rozpoczęcie żniw. Kobieta, pomimo że liczyła dopiero czterdzieści lat wyglądała na znacznie starszą, męcząca praca na roli pozostawiała ślady na jej ciele, twarzy, rękach. Ucieszyła się gdy staruszek z ratusza przyprowadził Antoniego, podpisała kwit przyjęcia. Przeznaczyła dla nowego lokatora jeden z wielu, pustych pokoi.
Już następnego ranka Antoni wszedł w codzienny, monotonny rytm pracy, którą tak dobrze znał, do której tak tęsknił podczas smutnych dni żołnierskiej niewoli. Wyciągnął kosiarkę z szopy, zaprzęgał do niej konie. Przestawienie się z prostej kosy na maszynę nie nastręczyło zbyt wielu kłopotów, zwłaszcza, że umiał obchodzić się z końmi, praca z nimi była jego ulubionym zajęciem. One wyczuły to już po założeniu postronków, po pierwszych pociągnięciach lejc. Stały posłusznie wyczekując gospodarskich poleceń.
Żniwa ruszyły pełną parą. Antoni powoził, żona z Angeliną odbierały i wiązały snopki. Porozumiewali się półsłówkami, mieszając dwujęzyczne wyrazy. Ale ile można mówić podczas pracy? Wystarczą drobne gesty, czasami wymach ręki, spojrzenie oczu.
Praca przy panującej pięknej pogodzie przebiegała bardzo sprawnie i szybko. Żona była uradowana, dzięki Antoniemu spadł z jej serca olbrzymi ciężar, prowadzenie gospodarstwa stało się mniej kłopotliwe. Napisała list do męża, by się nie martwił, wszystko w porządku, ziemia uprawiona, bydło oporządzone, gdy wróci to zastanie należyty ład. Mąż już jednak nie myślał o gospodarstwie, nie myślał o powrocie. Zginął gdzieś tam, na dalekiej ziemi, podczas zdobywania czy też obrony jakiegoś ważnego obiektu. Zwłoki jego wraz z setkami innych, atakujących i broniących, zostały pogrzebane we wspólnej mogile. Zginął jak przystało na prawdziwego mężczyznę podczas walki, a nie przy pługu, czy na przykład dojąc krowę. List wysłany przez żonę wrócił z powrotem, wraz z innymi, związanymi w niewielką paczuszkę, w której, prócz nich, znajdowało się kilka osobistych rzeczy męża. Kobieta bardzo zmartwiła się tą wiadomością, spoglądała na gospodarstwo ze smutkiem i rezygnacją, odejście jej współtowarzysza pozbawiło ją radości dalszej pracy. Myślenie o powiększaniu wspólnego dobytku, o wspólnej przyszłości straciło nagle sens. Chodziła przygnębiona i zrozpaczona, coraz rzadziej wychodziła ze swego pokoju, nie pojawiała się w obejściu.
Prowadzenie gospodarstwa spadło na głowę Antoniego. On poił, karmił konie, bydło, trzodę, on decydował jakie roboty i w jakiej kolejności miały być wykonywane. Młocka, orka, wykopki, poczuł się w swoim żywiole, wykonywane czynności sprawiały mu przyjemność, po beznadziejnym czasie spędzanym w stalagu w tej chwili czuł się naprawdę szczęśliwy.
Angelina była posłuszna jego poleceniom, wykonywała te roboty, o kolejności których zarządzał. Po pewnym czasie wspólnej pracy, między nimi nawiązał się jakiś nieokreślony, bliższy kontakt. Ciekawość, ukradkowe spojrzenia, przypadkowe dotknięcia, takie były początki. Czy można byłoby to co zaszło między Antonim i Angeliną nazwać miłością? Czy nie za wielkie słowo dla nieznanego uczucia jakie zrodziło się między nimi. A właściwie między ich dwoma młodymi, zdrowymi organizmami. Dorastającej, siedemnastoletniej dziewczyny i dwudziestokilkuletniego chłopca, właściwie już mężczyzny. Nie miało znaczenia skąd oni pochodzili, w jakim kraju się wychowywali, kim byli ich ojcowie, dziadowie, jakiego koloru skórę posiadali, w jakiego Boga wierzyli. Oni nie mieli wiele do powiedzenia, to chyba odbyłoby się też bez ich zgody i potwierdzenia. Pożądania dwóch młodych, ciekawych, przyciągających się wzajemnie ciał nie byli w stanie opanować. Zbyt długo przebywali razem ze sobą. Praca, wspólny posiłek, wspólny odpoczynek na polu. Antoni nie musiał szukać i podpatrywać Angeliny, ani ona jego. W panujących upałach ubrani byli w najskromniejsze, niezbędne stroje. Pełne piersi Angeliny, odkryte jej nogi, jędrne uda, opalone ramiona, jasne włosy - po długim okresie, podczas którego nie widział żadnej kobiety - oko Antoniego na dłużej zatrzymywało się na odkrytych fragmentach jej ciała. Pobudzało to jego zmysły i pożądanie. Jej spojrzenia też kierowały się ku niemu, padały na muskularny tors, na silne ramiona powstrzymujące lejcami parę potężnych, trudnych do okiełzania koni.
Ciało kwitnącej, buchającej świeżością i pachnącej gorącym mlekiem dziewczyny. Ciało młodego, drżącego, podnieconego mężczyzny. Natura skierowała je ku sobie. Któż na świecie jeszcze byłby w stanie jej się przeciwstawić, opanować powstały żywioł? Ujarzmić, zapanować nad dzikimi zmysłami. Pomarszczony, zniszczony życiem staruszek z ratusza, wczytujący się w martwe przepisy w księdze? Nie próbował nawet, wiedząc pewnie, że zostałby zgnieciony, starty na proch, zdeptany i porzucony bezlitośnie.
Pewnego popołudnia, podczas poobiedniego wypoczynku, na skoszonej, wydzielającej oszałamiające, niesamowite aromaty, łące, ten niepojęty żywioł połączył wreszcie oba spocone ciała, w obecności dwóch rosłych, przypatrujących się ciekawie miłosnej scenie, wałachów. Oba wyczekujące niecierpliwie, łaknące siebie, organizmy złączyły się w drżącym, dyszącym uścisku, przerywając tamę nieśmiałości, wstydu, skrępowania. Trwały w nim wydając z siebie okrzyki zachwytu i przedziwnej, niespotykanej dotąd rozkoszy.
Od tego czasu spotykali się częściej, wieczorami, w pokoju Antoniego. Staruszek i inni mieszkańcy małej wioski spali spokojnie, nie podejrzewając, że w ich sąsiedztwie rozwija się zakazane uczucie. Bo miłość najemnego robotnika do miejscowej dziewczyny była surowo zabroniona, była przestępstwem. Tak mówił przepis w jednej z ksiąg znajdujących się ratuszowym biurku.
Angelina zaszła w ciążę. Po kilku miesiącach wszyscy we wsi o tym wiedzieli. Domyślili się sprawcy przestępstwa. Antoni został zaaresztowany i skazany na śmierć. Za zanieczyszczenie rasy. Jakby chłopskie rasy mogły się nawzajem zanieczyścić. Lecz takie były zarządzenia, nikt we wsi nie śmiał się im przeciwstawić. Więźnia przetransportowano do pobliskiego miasteczka, tam miał zostać przykładnie stracony, w obecności zaproszonych, okolicznych mieszkańców, ku przestrodze, ku chwale sprawiedliwości objawianej w sporządzanych na jej cześć przepisach i aktach prawnych.
Lecz Angelina nie dała za wygraną. Zbyt mocno przeżyła chwile swej pierwszej rozkoszy, by teraz ulec niedołężnemu, zgarbionemu starcowi. Brakowało jej dotyków rąk Antoniego, jego zachłannych spojrzeń, jego dygoczącego ciała, namiętnych pocałunków.
Naradzała się z matką, krótko rozmawiały, szybko udały się do ratusza, do zniszczonego przez życie staruszka. Obie zaświadczyły, że Antoniego z Angeliną, nic poza wspólną pracą, nie łączy i on nie jest ojcem mającego się narodzić dziecka. Angelina ze wstydem przyznała, że kilka miesięcy temu została zgwałcona przez uciekiniera z obozu, wieczorem, w pustym polu. Uciekinier został później zastrzelony przez straż, gdy próbował przedrzeć się dalej na zachód.. Głośno na temat tej nieudanej próby rozpisywały się w swoim czasie gazety. Matka poświadczyła, znajdowała się wówczas w pobliżu, słyszała szamotaninę i krzyki, gdy przybiegła było już po wszystkim, za późno, więzień zbiegł. Staruszek, choć ze zdumieniem i pytaniem, dlaczego wcześniej nie powiadomiły go o tak strasznym przestępstwie, dał wiarę oświadczeniu.
Antoniego zwolniono kilka godzin przed zaplanowaną egzekucją. Na szubienicy nie zawiązano śmiercionośnej pętli, gapie nie zdążyli nadejść do zbiegowiska. Niedoszłego skazańca odesłano z powrotem do stalagu, nie pozwolono mu pożegnać się z Angeliną. Wrócił do swoich towarzyszy niedoli, do ciasnego, wilgotnego baraku, do przykrych dyskusji, wzajemnych żalów, nieinteresujących go problemów, do napięcia i zdenerwowania, do krzyków i złośliwości strażników. Nie sypiał po nocach, kilka miesięcy spędzonych w jakże odmiennym świecie nie pozwalało mu o niczym innym myśleć, niż o świeżym zapachu siana, o dojrzewającym zbożu, o rżących koniach, o spotkaniach z Angeliną. Rzeczywistość, w której się znalazł doprowadzała go do bezsilnej pasji i wewnętrznej wściekłości.
Lecz wojna, tak jak i wszystko, też ma swój koniec. Objawił się on amerykańskim czołgiem niszczącym bramę wjazdową i wjeżdżającym do obozu. Pierwsze dni wolności pełne były euforii, później jednak wróciły dawne porządki. Więźniowie znaleźli się w tym samym zamkniętym obozie. Dawnych strażników zastąpili nowi, czarnoskórzy, nieprzystępni, niechętni, trudni w porozumieniu się. Tylko znacznie większe przydziały żywności, środków czystości i bardziej głośne rozmowy rozbrzmiewające od rana do późnej nocy potwierdzały fakt zaistniałego wyzwolenia i zwycięstwa. Antoni nie mógł tak żyć, zwłaszcza że na zewnątrz zazieleniła się trawa, drzewa pokrywały się świeżymi pąkami kwiatów. Nozdrza jego chwytały wiejącą od strony pól wiosenną woń ziemi, do uszu dochodziło brzmienie wesołego świergotu ptaków, spojrzenie kierowało się ku czystemu, błękitnemu niebu.
Uciekł pewnej nocy, przez słabo strzeżone ogrodzenie. Po kilkunastu godzinach błądzenia i męczącej wędrówki znalazł się w małej meklemburskiej wiosce.
Angelina czekała na niego, od dawna wsłuchiwała się w każdy, nieznany odgłos, wpatrywała się niecierpliwie w zakręty biegnącej zakolami drogi, niespokojnie spędzała noce.
Matka umarła jeszcze przed zakończeniem wojny. Od otrzymania wiadomości o śmierci swego męża stawała się coraz bardziej apatyczna, małomówna, ociężała. Gospodarstwo, o które razem tak bardzo zabiegali, tak o nie dbali, tyle pracy, troski i oszczędności w nie włożyli, do którego tak bardzo byli przywiązani teraz całkowicie przestało ją interesować. Śmierć męża pozbawiła ją sensu dalszego istnienia. Odeszła.
Antoni przytulał Angelinę, rozglądał się po obejściu. Po podwórzu kręcił się mały, jasnowłosy chłopczyk, bardzo podobny do niego. Przypatrywał się ciekawie przybyszowi, niezręcznie podchodził do niego, chwytał za nogawki od spodni, uśmiechał się. „To jest Hans, nasz syn” powiedziała Angelina.
Gospodarstwo znalazło się w rękach Antoniego. Ożenił się z Angeliną kilka miesięcy po powrocie. Usynowił Hansa. Dziewczyna odwołała poprzednie oświadczenie o gwałcie, wskazała prawowitego ojca. Pomarszczony staruszek z ratusza, który wysyłał Antoniego na śmierć, teraz udzielał mu ślubu, przyznawał ojcostwo. Tak mówiły przepisy, w nowo dostarczonej księdze, przechowywanej pieczołowicie obok innych, w jednej ze szuflad staroświeckiego biurka.
Antoni z Angeliną długo nie pogospodarzyli w swojej posiadłości. Wszystkie prywatne gospodarstwa we wschodnich Niemczech w ciągu kilku lat upaństwowiono. Właściciele stali się pracownikami najemnymi, wynagradzanymi co miesiąc z państwowej kasy. Antoni nie mógł się przyzwyczaić do takich czasów, przypominały mu pobyt w stalagu, dyscyplinę i unormowane godziny pracy. Wytrzymał kilka lat, buntując się przeciw komunistycznemu reżimowi i stylowi życia. Po stłumieniu przez rosyjskie czołgi powstania berlińskiego i braku widoków na poważne zmiany postanowił wrócić do Polski. Był obcy, miejscowi widzieli w nim cały czas jeńca polskiego, który przyjechał na roboty i wżenił się w niemiecką rodzinę. Angelina też była w jakiś sposób napiętnowana przez związek z Polakiem. Antoni namawiał ją do wyjazdu, ona kategorycznie odmawiała.
- Tutaj się urodziłam i tutaj będę żyła.
Życie w innym kulturowo społeczeństwie, tęsknota za ojczystym krajem jednak była silniejsza niż powoli stygnąca miłość do żony. Antoni postanowił działać na własną rękę. Skompletował odpowiednie dokumenty. Udało mu się zmylić Angelinę, pewnego dnia zabrał Hansa na niedzielną przejażdżkę, wsiedli do pociągu w kierunku wschodniej granicy, nie bez problemów ją przekroczyli, znaleźli się w Polsce.
Wrócili do domu, zamieszkali w rodzinnym gospodarstwie. Syna, z Hansa stał się już Jan, Antoni posłał do szkoły, gdzie początkowo z dużymi trudnościami ale szybko nauczył się języka polskiego. Antoni przez pewien czas otrzymywał pisma od adwokatów z ambasady niemieckiej, nie odpisywał na nie. Zanosił je do gminy i mówił, by odsyłali z powrotem z adnotacją, że syn Antoniego, Jan jest Polakiem i nie ma możliwości powrotu do Niemiec. Urzędnicy polscy byli z takiego obrotu sprawy zadowoleni, nie przystawali na germanizację polskiego obywatela.
Gospodarstwo pod nieobecność Antoniego przejął brat Jarosław, to on gospodarzył na ojcowiźnie, wraz żoną i rodzicami. Dla Antoniego w tej ciasnocie nie było miejsca. Pewnego wieczora zebrali się na rozmowę, po niej Jarosław postanowił spłacić brata za przynależną mu część gospodarstwa. Antoni opuścił rodzinną miejscowość, wyjechał do Gdańska, do miasta, które reklamowało się jako miejsce z perspektywami i niezaspokojonym rynkiem pracy. Znalazł pracę w stoczni, po przyuczeniu jako malarz kadłubów okrętowych, po krótkim pobycie w hotelu robotniczym otrzymał mieszkanie we Wrzeszczu, przy ulicy Traugutta. Wówczas dopiero ściągnął syna i zamieszkali razem. Jan uczęszczał do szkoły podstawowej, którą ukończył w terminie i zdał do liceum ogólnokształcącego. Uczył się średnio, ot tak by przejść z klasy do klasy. Matematyka i fizyka nastręczały mu dużo trudności.
W maturalnej klasie nastąpiły zdarzenia, które zmieniły całkowicie jego życie. Z ojcem jego stosunki nie układały się najlepiej. Antoniemu trudno było przyzwyczaić się do miasta, żałował swojej decyzji wyjazdu z rodzinnego domu. Pracował ciężko, zaczął chorować na pylicę, miał trudności z oddychaniem, stał się zgorzkniały i impulsywny. Choroba nasilała się, Antoni większość czasu spędzał w szpitalach, do pracy już nie wrócił. Jan wyprowadził się z mieszkania przy ulicy Traugutta, wynajął niewielki pokój w sąsiedztwie szkoły, przy ulicy Robotniczej. Popołudniami pracował we wrzeszczańskim browarze, rozładowując wagony węgla, co zapewniało mu zarobek i samodzielne funkcjonowanie. Oszczędzał, pieniądze odkładał na sobie tylko znany cel. Stał się skryty, rozmyślał zamknięty w swoim pokoju, przeglądał mapy, robił samotne wycieczki nad morze, widywano go na przystani rybackiej na Oksywiu, gdzie zaprzyjaźnił się z kilkoma miejscowymi rybakami.
Sinus cosinus
Zawsze byłem najlepszy w klasie. Ze wszystkich przedmiotów. Wynikało to zarówno z moich zdolności jak i też starszej o dwa lata siostry. Z nudów od małego uczyłem się razem z nią. Rodzice byli zadowoleni, nie musieli się mną zajmować, gdy siedziałem nad książkami i zeszytami. W wieku czterech lat potrafiłem już pisać i czytać. Gdy poszedłem do szkoły nikt nie mógł się ze mną równać. Dyrektorka chciała mnie przenieść od razu do wyższej klasy, lecz rodzice się nie zgodzili. „Nie będziemy mu zabierać dzieciństwa” powiedzieli.
Język polski, rachunki, przyroda, w późniejszych klasach doszła historia, geografia, fizyka i chemia. Z wszystkich przedmiotów byłem najlepszy. Nawet uczyłem moją starszą siostrę gdy nie dawała sobie rady z matematyki i fizyki. Wygrywałem szkolne zawody przedmiotowe, jeździłem na olimpiady języka polskiego i zawody matematyczne, uczestniczyłem w konkursach historycznych i geograficznych. Odznakę „wzorowy uczeń” otrzymywałem każdego roku, już od pierwszej klasy. Moje zdjęcie widniało na tablicy ściennej pomiędzy sekretariatem i gabinetem pani dyrektor.
Miałem również czas na zajęcia dodatkowe, występowałem w szkolnym chórze, tańczyłem tańce ludowe w balecie, uczestniczyłem w zajęciach szkolnego klubu sportowego. Byłem chlubą szkoły, na uroczystych akademiach poświęconych jakimkolwiek rocznicom zawsze przedstawiano mnie jako wzór do naśladowania.
Dostałem się do „Jedynki” najlepszego Liceum Ogólnokształcącego w Gdańsku. Byłem w klasie matematyczno-fizycznej, przygotowywałem się do egzaminu na wydział fizyki technicznej na Politechnice Gdańskiej.
Właśnie wtedy, po zakończeniu lekcji, Sylwester, nasz wychowawca, jednocześnie nauczyciel matematyki, poprosił mnie do swojego gabinetu.
- Jan z klasy IVi ma problemy z matematyką i fizyką. Może nie zdać matury. Obniża też średnią naszej szkoły, obciąża to też pośrednio moje kwalifikacje pedagogiczne. Musi poprawić klasówki, które bardzo źle napisał. Chciałbym byś mu pomógł w tych przedmiotach. Przekażę tobie zestaw zadań do nauki. Przygotuj go należycie. Jan jest też bardzo tajemniczy. Otrzymałem niepokojące sygnały dotyczące jego ojca. Postaraj się z nim zaprzyjaźnić, zostań jego zaufanym przyjacielem. W jakiś sposób odwdzięczę się tobie.
Za bardzo nie orientowałem się jakie to niepokojące sygnały otrzymał Sylwester lecz przystałem na jego propozycję. Sylwester był przewodniczącym komisji olimpiady matematycznej, do której się również przygotowywałem, a której wygranie gwarantowało przyjęcie na Politechnikę bez egzaminów wstępnych.
Zostawałem z Janem po lekcjach w szkole i nadrabiałem z nim zaległości z fizyki i matematyki. Trochę nie było mi to na rękę, w tym czasie opracowywałem algorytmy całkowe i różniczkowe na olimpiadę, równania z jedną i dwoma niewiadomymi nie były dla mnie żadnym wyzwaniem. Nie mogłem jednak odmówić Sylwestrowi licząc na jego późniejszą pomoc.
Parabola, hiperbola, równania kwadratowe i sześcienne, prawo Gaussa, Newtona, cewka Faradaya, wstęga Möbiusa i przebieg funkcji, przerabialiśmy temat po temacie z zestawów zadań dostarczonych przez wychowawcę.
Raz w tygodniu w pokoju nauczycielskim zdawałem relacje z postępów w nauce Jana. Sylwester wypytywał mnie o efekty mojej z nim pracy. Był zadowolony z odpowiedzi.
- Coś wspominał o ojcu? -zapytał na koniec jednego ze spotkań.
- Nie -odparłem zdziwiony pytaniem- Nie rozmawialiśmy na jego temat, zajmujemy się wyłącznie matematyką i fizyką.
Sylwester lekko zirytował się.
- Prosiłem cię przecież byś zdobył jego zaufanie, masz stać się jego przyjacielem, masz rozmawiać nie tylko o fizyce i matematyce.
Ciekawe jak on to sobie wyobrażał, pomyślałem po cichu. Mam wyciągać od niego informacje? Jakie? Mam pytać o ojca? Z resztą Jan przebywał ze mną tylko podczas lekcji, po szkole nie miałem z nim żadnego kontaktu. Mieszkałem na ulicy Ogarnej, on na Robotniczej, chociaż to nie było tak daleko, to nie przychodził na nasze podwórko, nie chodził z nami po ulicach Głównego Miasta. Próbowałem raz namówić go na lody do nowo otwartego koktajl baru przy ulicy Długiej, ale nie odpowiedział na moje zaproszenie. Tak samo było z biletami do DKF-u, które zdobyłem po kilkugodzinnym oczekiwaniu w kolejce przed kasą kina. Odmawiał. Nie widziałem możliwości bliższych z nim spotkań jeśli inicjatywa nie wyszłaby od niego.
Nieoczekiwanie sytuacja sama się rozwiązała i to w najmniej dla wszystkich stron spodziewanym kierunku.
Tłumaczyłem mu zadanie o dwóch pociągach wyjeżdżających ze stacji A i stacji B z różnymi prędkościami, poruszających się na oddzielnych torach. Miał obliczyć po jakim czasie i na którym kilometrze od stacji A i stacji B się miną.
Myślał, myślał, tarł czoło, po pewnym czasie jakby znalazł rozwiązanie.
- To abstrakcja. Nie istnieje stacja A i stacja B.
- To wstaw jakiekolwiek miasta. Zamiast A na przykład Gdańsk, zamiast B Kraków.
- A Paryż?
- Może być Paryż.
- Sztokholm też?
- Nawet Pekin. Tylko przyjmij jakąś odległość między miastami.
- Czy to muszą być pociągi?
- Niekoniecznie. Mogą samochody, mogą być nawet samoloty.
- A statki?
- Też, tylko zacznij wreszcie liczyć -lekko mnie zdenerwował gadaniną nie na temat.
- Ja chcę obliczyć prawdziwy czas i prawdziwą odległość gdy się spotkają. Jeden statek wypływa z Gdańska, drugi ze Sztokholmu.
- To musisz mieć rzeczywistą prędkość statków, którą się liczy w węzłach. I jest ona też uzależniona od warunków pogodowych panujących w danym czasie na morzu.
- Potrafiłbyś to wyliczyć?
- Oczywiście, lecz nie ja, tylko ty sam to wyliczysz, ja ci pomogę. Niezbyt skomplikowana fizyka, prędkość wiatru, kierunek prądu morskiego, wysokość fali, na wszystko są wzory, trzeba tylko podstawić dane.
- Skąd je weźmiemy.
- Są publikowane w rocznikach. Dla każdego portu, dla każdego morskiego akwenu są różne. Warunki pogodowe też. Musimy wiedzieć o jakiej porze roku, o jakiej porze dnia statki wypłyną.
- Kutry - poprawił mnie Jan wyraźnie podniecony.
- Kutry -zdziwiłem się- jakie kutry?
- No zwyczajne, rybackie -zaczerwienił się jakby zdradził mi jakąś tajemnicę. Na następne nasze spotkanie przytaszczyłem encyklopedię morską ze wszystkimi dostępnymi danymi na temat dynamiki morza.
Dnia dwudziestego czerwca roku kuter rybacki z Gdańska wypływał rankiem o godzinie szóstej zero zero, kuter rybacki ze Sztokholmu wypływał tego samego dnia rankiem o godzinie piątej zero zero.
Podstawiliśmy dane do wzorów. Mieliśmy trochę problemów z kształtem fali i wysokością jej nabiegania lecz tu niezawodna stała się trygonometria. Spłaszczona sinusoida w miarę oddalania się od brzegu przekształcała się w stopniu wprost proporcjonalnym do zbliżającej się cosinusoidy, wreszcie po kilkukrotnym podstawianiu wszystkich danych nałożyła się na nią, dopiero to równanie drugiego stopnia pozwoliło nam precyzyjnie określić prędkości obu jednostek pływających oraz wpływ kierunku i prędkość wiatru w danym dniu kalendarzowym, na danym akwenie. Ustaliliśmy odległości, wyliczyliśmy dokładnie czas spotkania się dwóch kutrów na godzinę piętnastą trzydzieści cztery.
Jan był uradowany.
- Ta matematyka i fizyka rzeczywiście się do czegoś przydają.
- A taki byłeś nie przekonany -jego satysfakcja sprawiła mi radość.
Jan zdał poprawkowe klasówki z matematyki i fizyki.
Na ostatnim spotkaniu w pokoju nauczycielskim Sylwester przeglądał moje notatki.
Nie do końca był zadowolony.
- Nie udało ci się zdobyć jego zaufania. Nic o nim nie wiemy.
- Dlaczego pan chce o nim coś więcej wiedzieć? Nie wystarczy, że Jan zdał poprawkowe klasówki. Cel został osiągnięty. Pańska reputacja jest uratowana. Zapraszałem go na lody, do kina. Nie chciał. Też nie mam czasu, przygotowuję się do olimpiady.
- Olimpiada, olimpiada…-nagle zamilkł, przerzucał nerwowo ostatnie kartki notatek- co to za kutry? Co to za wyliczenia? To przecież nie moje zadanie.
-Zamiast pociągów wyjeżdżających ze stacji A do stacji B -wyjaśniałem.
Sylwester zatrzymał się na wzorze obliczającym załamanie i wyniesienie fali.
- Prawidłowo to wyliczyłeś?
- To Jan wyliczył, ja mu tylko pomagałem -pragnąłem by Sylwester docenił samodzielność mojego ucznia.
- Na pewno najpierw sinus a potem cosinus? Nie odwrotnie?
- Na pewno -odpowiedziałem lekko urażony, że podważa moją wiedzę.
- Który jest dzisiaj? -gwałtownie obrócił się w kierunku kalendarza wiszącego na przeciwległej ścianie.
- Dziewiętnasty -nie zdążyłem powiedzieć, gdy wybiegł z pokoju.
Olimpiadę wygrałem bez problemu, Sylwester gratulował mi sukcesu, dostałem się na wymarzone studia na Politechnice Gdańskiej na wydział fizyki technicznej i równolegle matematyki stosowanej.

Jan został ujęty podczas próby ucieczki z kraju, na granicy morskiej, patrolowym okrętem żołnierze wojsk ochrony pogranicza przetransportowali go na ląd. Zamknęli w areszcie, miał skończone już osiemnaście lat, potraktowano go jak dorosłego, otrzymał surowy wyrok. Piętnaście lat więzienia za próbę nielegalnego przekroczenia granicy. Bronił się, mówił, że to tylko ucieczka z komunistycznej nędzy, której miał po dziurki w nosie i powiedział dość. Takie stwierdzenia jeszcze pogorszyły sprawę. Trafił do ciężkiego więzienia w Sztumie, do celi z przestępcami skazanymi za poważne przestępstwa. Cierpiał bardzo, trudno było mu wytrzymać w kilkuosobowej celi, był najmłodszym ze skazańców, wykorzystywany do różnych posług. Myślał o samobójstwie, dwie próby zakończyły się niepowodzeniem. Przypomniał sobie słowa nadzorcy, który już na wstępie zapowiedział „Jeśli wyjdziesz stąd żywy to na długie lata zapomnisz o szkalowaniu własnego kraju, wręcz przeciwnie będziesz starał się jemu służyć jak najgoręcej”. W tym czasie dowiedział się o śmierci ojca. Nie pozwolono mu pojechać na pogrzeb. Brat Jarosław zabrał brata i pochował w rodzinnej miejscowości. Po dwóch latach, gdy był już na skraju wytrzymałości i myślał, że do trzech razy sztuka i tym razem się uda, odwiedziło go dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach. Zabrali Jana do sali widzeń. Po krótkim powitaniu i ironicznym pytaniu „Jak się wiedzie, jak się czujesz?”, nie czekając na odpowiedź zaproponowali skrócenie wyroku, pracę w stoczni na stanowisku robotniczym z możliwością nauki i późniejszego awansu.
- Jutro już możesz być na wolności, wszystko zależy od ciebie.
- Zgadzam się - odpowiedział bez namysłu Jan - zgadzam się na wszystko co panowie zaproponujecie, bylebym tylko mógł się stąd wydostać.
- W porządku - jeden z nich podsunął mu kartkę wypełnioną maszynowym pismem - W takim razie dokładnie przeczytaj i podpisz.
„Ja niżej podpisany kierując się patriotycznym obowiązkiem zobowiązuję się wypełniania wszelkich otrzymywanych poleceń i wypełniania ich zgodnie z moim sumieniem i posiadanymi możliwościami. Będę rzetelnie informował i starannie relacjonował wszelkie zdarzenia i fakty. Jednocześnie zobowiązuję się do zachowania całkowitej dyskrecji i tajemnicy dotyczącej prowadzonej przez mnie działalności. W przeciwnym razie czeka mnie powrót do więzienia i odbycie całej zasądzonej mi kary. Do kontaktów obieram pseudonim…………” Jan bez namysłu dopisał „Hans” w wykropkowanym miejscu. Podpisał.
- Jutro wyjdziesz na wolność - mężczyzna schował podpisaną kartkę do skórzanej teczki -zgłosisz się do szkoły zawodowej w Gdańsku, przy alei Karola Marksa. Będziesz się uczył i pracował.
Jan zamieszkał w hotelu robotniczym, tym samym, w którym po przyjeździe do Gdańska mieszkał Antoni. Również pracował w tej samej stoczni co ojciec. Po pracy uczył się, zdał maturę, dostał się na studia wieczorowe, był bardzo pilnym studentem, osiągał bardzo dobre wyniki z kolokwiów i egzaminów. W pracy awansował, zaczynał od stanowiska prostego robotnika, później został brygadzistą, majstrem a po kilku latach kiedy już obronił pracę magisterską, kierownikiem budowy dużego statku. Robotnicy go szanowali, podejmował mądre i przemyślane decyzje, stał się autorytetem dla podległych mu pracowników, imponował posiadanym zasobem wiedzy i podejmowanymi trafnymi decyzjami. Również przełożeni byli zadowoleni, prace którymi kierował wykonywane były terminowo i bardzo dobrze pod względem jakościowym. Za wodowane kolejno statki otrzymywał nagrody i odznaczenia. Dopiero po kilku latach, kiedy nachodziły go myśli, że pobyt w więzieniu i sposób zwolnienia z niego stał się zapomnianym epizodem, odwiedził go w pracy jeden z mężczyzn, z którym niegdyś rozmawiał w Sztumie.
Jan niechętnie zgodził się na rozmowę w zakładowej stołówce.
- Chyba sobie mnie przypominasz?
- No tak - w głosie Jana nie słychać było entuzjazmu.
- Wyglądasz na zaskoczonego.
- Myślałem, że o mnie zapomnieliście.
- Słuchaj kolego - głos mężczyzny stał się ostry i przenikliwy. Groźny. - Nie kryguj się jak dziewica. My o takich jak ty nie zapominamy, zbyt dużo starań włożyliśmy by cię odpowiednio ukierunkować. Nie myśl, że to co osiągnąłeś zawdzięczasz tylko sobie. Przychodzi czas by się zrewanżować, czas by zapłacić też za swoją wolność, zgodnie z naszą umową.
- Co mam robić? - Jan chciał zakończyć jak najszybciej nieprzyjemną rozmowę.
- To pod czym się podpisałeś. Meldować o zdarzeniach i faktach. Wejdziesz w środowisko młodych robotników, są w twoich brygadach, będziesz odwiedzać ich w domach, uczestniczyć w świętach rodzinnych, w komuniach, chrztach, weselach i pogrzebach. Masz rozmawiać, dyskutować, przysłuchiwać się. To co usłyszysz zapiszesz, czego nie zobaczysz a będziesz się domyślać zanotujesz. Chcę to mieć na papierze, nazwiska, miejsca, daty, twoje przypuszczenia i przemyślenia.
Meldunki sporządzane przez Jana były bardzo dokładne i szczegółowe, zawierały charakterystyki wszystkich osób, z którymi się kontaktował, ich możliwości, preferencje, zamiłowania, zdolności. Jan jeśli wykonywał jakąś pracę to zawsze starał się ją wykonywać perfekcyjnie, niezależnie czy dotyczyła ona konstrukcji budowanego statku czy też opisywania ze szczegółami spotkań i wydarzeń, w których brał udział i które również sam organizował. Analizował zachowanie poszczególnych osób pod kątem ich przyszłego działania, możliwości przywódczych lub osób, które tylko słuchają i wykonują rozkazy.
Charakterystyki sporządzone przez Jana umożliwiły wcześniejsze wytypowanie stoczniowców odpowiedzialnych za rewolucyjną działalność przeciwko władzom w grudniu 1970 roku. Dosyć szybko aresztowano najważniejszych jego przywódców. Dzięki temu nastroje w stoczni udało się opanować i zneutralizować. W jednym z wielu w tym czasie sporządzanych meldunków Jan wskazał na młodego chłopaka, którego wyrzucono ze szkoły i który uczył się zawodu ślusarza w stoczni. Notatka zawierała jego charakterystykę, przedstawił go jako buntownika, napisał że ma niekorzystny wpływ na pozostałych praktykantów opowiadając im o Katyniu i o zbrodniach rosyjskich. Zalecał odseparowanie go od robotniczej młodzieży, najlepiej pozbycie się go ze stoczni.
Na ulicach Gdańska i Gdyni krwawo rozprawiono się ze zrewoltowanym tłumem. W mieście szybko zaprowadzono porządek, sytuacja uspokoiła się.
Jan ożenił się, otrzymał z pracy mieszkanie na Starym Mieście, niedaleko stoczni, tuż przy Wielkim Młynie, żona urodziła dwójkę dzieci, rok po roku, chłopczyka i dziewczynkę.
Konieczność wykonywania zadań nakreślanych przez mężczyzn, w obecności których podpisał zobowiązanie o współpracy nie ustawała, była regularna, spotkania odbywały się raz w tygodniu w wynajętym mieszkaniu, w domu nad Motławą, przy ul. Powroźniczej. Był to dziwny i zarazem tajemniczy dom. Jako jedyny zachował się z szeregów stojących w gęstej zabudowie po obu stronach ulicy przed wojną. Stał samotny, sam chyba zdziwiony jak mu się udało przetrwać kwietniową pożogę roku tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego, gdy jego towarzysze rozpadli i zamienili się w ceglany gruz. Na parterze znajdował się przybytek z frywolnymi paniami, które późnym wieczorem i podczas nocy przyjmowały gości. Wpuszczał ich, po uiszczeniu odpowiedniej opłaty, starszy, przedwojenny portier ubrany w seledynowy uniform przetykany złotymi nitkami i w czapce z pozłacanym daszkiem. Wchodziło się tam przez ogólnodostępny korytarz. W ciągu dnia drzwi na parterze były zamknięte, portier urzędował tylko w godzinach wieczornych i nocnych. Na pierwszym piętrze znajdował się zakład repasacji pończoch, który prowadziła bardzo smutna kobieta w szarym fartuchu. Drzwi do zakładu były cały czas otwarte. Jan kłaniał się jej zawsze, gdy wchodził na drugie piętro, gdzie znajdowało się kontaktowe mieszkanie. Ona też odkłaniała się, spoglądając na niego smutnym wzrokiem. W mieszkaniu na drugim piętrze Jan przekazywał cotygodniowe meldunki, z tego co się dzieje na terenie stoczni oraz plany przewidywanych, najbliższych działań. Mężczyźni uczestniczyli w spotkaniach na przemian, lecz zachowanie ich było bliźniaczo podobne. Jan nie miał wysokiego mniemania o ich inteligencji, byli tylko zdyscyplinowanymi urzędnikami, przekazującymi sporządzane przez niego meldunki szczebel wyżej. Tam po analizie trafiały jeszcze wyżej lub zostawały na tym poziomie, na który trafiły. Nie wysilali się na swoje komentarze uważające, że Jana są wystarczające. Zresztą one były fachowe, analityczne, drobiazgowe. Mężczyźni byli bardzo zadowoleni z pracy Jana, dostawali od swoich przełożonych wysokie nagrody za prowadzenie tak sprawnego donosiciela. Chcieli dzielić się z Janem swoją radością, przynosili prezenty, drogie alkohole, zagraniczne papierosy. Jan odmawiał, pobierał za to wynagrodzenie pieniężne, w wysokości ustalanej na spotkaniach. Na pieniądzach mu zależało, żona była wymagająca, dzieci również potrzebowały odpowiedniego ubrania i wyżywienia. Pensja stoczniowego inżyniera nie była zbyt wysoka jak na potrzeby rodziny Jana.
- Ostatnio napisałeś, że w stoczni formują się jakieś niezależne organizacje, opozycyjne w stosunku do istniejących związków zawodowych - napomknął podczas jednego ze spotkań mężczyzna .
- Tak proszę pana - Jan zwracał się do mężczyzn w formie „pan”, co go stawiało w podrzędnej do nich roli, którzy od początku ich znajomości używali formy „ty”. Pragnął to zmienić, lecz chociaż przed spotkaniem zawsze myślał by z tym „panem” skończyć to nie mógł się przemóc i powiedzieć do nich „ty”. Zależność, która powstała podczas rozmowy w Sztumie była nie do przezwyciężania. Dochodził do tego strach. Obawiał się, że tak jak w ciągu kilku godzin wyciągnęli go z więzienia, to równie dobrze w takim samym czasie mogą wtrącić go z powrotem. Na samą myśl, że mógłby tam wrócić, sztywniał, dostawał dreszczy, prawie mdlał. Wszystko by zrobił, byle nie dostać się tam ponownie. Był im wdzięczny, że go z tej upadlającej codzienności uwolnili. Dlatego też pojawiające się od czasu do czasu wyrzuty sumienia, że zdradzał przyjaciół, kolegów z pracy, swoich współpracowników i podwładnych zagłuszane były przez ten obezwładniający strach. Nie, nigdy, nigdy, za żadne skarby nie wróciłby do celi, w której dręczono go i bito przez specjalnie dobranych współwięźniów.
- Możesz rozszerzyć ten meldunek, uszczegółowić o nazwiska, adresy? Masz kontrolę nad tym, w którym kierunku rozwija się ta organizacja?
- Mogę, jak najbardziej. Jestem wewnątrz niej, wszyscy mają do mnie pełne zaufanie.
- To dobrze, pilnuj się. To dla nas jest bardzo ważne.
Pewnego dnia, gdy wracał z pracy do domu na ulicy zaczepił go obcy człowiek.
- Guten Tag Jan.
- Guten Tag - odparł zdziwiony Jan.
- Ich höre dass du Muttersprache nicht vergessen hast.
- Nein - Jan przypominał sobie swój język dzieciństwa, ze zdziwieniem to odkrywał.
- Das gut, sehr gut. Jan, wir brauchen unbedingt deine Hilfe.
- Wie? Welche Hilfe?
- Das Gespräch ist nicht für heute. Ich möchte nur Kontakt mit dir aufnehmen. Ich melde mich in laufe der Woche. Bist du einverstanden?
- Ja, ich bin einverstanden - odpowiedział Jan.
- Dann tschüss, bis nächste mal…. Viele Grüße von Angelina, deine Mutter…. Hans - rzucił na odchodnym.
- Danke – odpowiedział zaskoczony Jan.
Wolf, bo tak nazywał się ten człowiek, był handlowym przedstawicielem wschodnioniemieckiej firmy. Był bardzo miły i sympatyczny. Gładko uczesany i ładnie ubrany. Jego głos miał delikatny tembr, wypowiadane słowa przypomniały Janowi zdarzenia z przeszłości. Pierwszy raz od wielu lat usłyszał niemieckie słowa, sprawiło to na nim niesłychane wrażenie. Tych kilka słów przywróciło mu dzieciństwo w Parchimiu. A dzieciństwo u boku zgodnych i kochających się rodziców jest najprzyjemniejszym okresem w życiu. Wieczorem nie mógł zasnąć, kręcił się niespokojnie w łóżku aż żona zwróciła mu uwagę. Wstał, w kuchni otworzył okno, głęboko oddychał. Powietrze, drzewa, rośliny, ludzie, to było coś innego. Inne zapachy, inne smaki, inne dźwięki. Język niemiecki przywrócił mu wspomnienie dzieciństwa, smak pomidorów, jabłek, zapach skoszonej trawy, wędrówki po zagajnikach, w których sosny wydzielały całkiem inne aromaty niż te w brętowskich lasach, gdzie odpoczywał podczas niedzielnych spacerów z żoną i dziećmi. Wróciły wspomnienia z innego kraju, po tych kilku wypowiedzianych przez Wolfa słowach przeniósł się w krainę szczęśliwych pierwszych lat życia.
Wolf, tak jak zapowiedział po kilku dniach zaprosił Jana na rozmowę do kawiarni „Latający Holender” przy ulicy Mariackiej. Tam na półpiętrze mogli spokojnie porozmawiać bez świadków. Wolf wiedział, że Jan jest tajnym współpracownikiem służby bezpieczeństwa, na jego pytanie skąd ma taką informację nie odpowiedział. Obiecał za to pieniądze. Dobre pieniądze za niewielką przysługę. Po prostu wszystkie meldunki, które przekazywał na spotkaniach w mieszkaniu przy ulicy Powroźniczej, miał tłumaczyć na język niemiecki i jemu oddawać. Dla Jana to nie był problem, zwłaszcza jak pomyślał o dodatkowym wynagrodzeniu. I od tego czasu to robił, meldunki sporządzał w dwóch językach, polskim i niemieckim. Polskim chlebodawcom nic nie mówił o niemieckim kontakcie, o co prosił go Wolf. Poprosił go też o charakterystykę przełożonych i Jan mógł opisać tylko tych dwóch, których znał. Właściwie nie znał nikogo innego oprócz nich, którzy uwolnili go z więzienia, i z którymi na przemian spotykał się w tajnym mieszkaniu. Opis, który wykonał na pewno im by się nie spodobał, scharakteryzował ich jako tępych, chciwych karierowiczów, bez żadnej ideologii.
Jan znalazł się w samym centrum opozycyjnego w stosunku do władz ruchu robotniczym. Niezależne Związki Zawodowe, w tej organizacji pełnił ważną rolę. Wykonywał analizy finansowe, które stały się podstawą do wysuwania przez robotników żądań płacowych. Czytał przedruki z prasy zachodniej, dawał przykłady, gdzie organizacje robotnicze miały dużo do powiedzenia i były równorzędnym partnerem dla władzy. Piętnował opieszałość i nieudolność istniejącej organizacji związkowej, która zajmowała się wyłącznie przyziemnymi sprawami jak załatwianie w sezonie sprzedaży ziemniaków, cebuli, jabłek a w okresie urlopów przydziałem domków kampingowych w zakładowym ośrodku wypoczynkowym Szarlota niedaleko Kościerzyny. Swoimi bezkompromisowymi wystąpieniami zdobył uznanie i szacunek, twarde żądania wobec dyrekcji wzbudzały podziw wśród zastraszanej rzeszy robotników. Jan uczestniczył w strukturach organizacyjnych przygotowujących strajki sierpniowe w 1980 roku, brał aktywny w nich udział.
W domu przy ulicy Powroźniczej temperowano działania Jana, jako zbyt nieodpowiedzialne.
- Za daleko się posuwasz kolego, trudno nam będzie później opanować sytuację. Mamy sygnały z góry, że się zapędziłeś. Zbastuj, zatrzymaj się, łagodź nastroje a nie eskaluj konfliktu.
- Nie mogę się teraz wycofać. Ludzie mi ufają, pójdą za mną gdzie ich poprowadzę. Z resztą walczę w słusznej sprawie.
- Co jest słuszne, to my o tym decydujemy. Ty nie zaprzątaj sobie głowy. Masz robić to co każemy. Inaczej zakończymy twoją karierę i to w sposób bardzo gwałtowny – groźnie powiedział jeden z jego dręczycieli.
Po zakończeniu z sukcesem strajków sierpniowych Jan dalej aktywnie uczestniczył w ruchu robotniczym, brał udział w spotkaniach, jeździł do innych miejscowości w województwie, w całej Polsce. Propagował ideę Wolnych Związków Zawodowych.
Stan wojenny zakończył aktywność związkową, został internowany i osadzony w ośrodku odosobnienia. Po dwóch latach wrócił do stoczni jako niezłomny bohater walczący o wolność klasy robotniczej. Rzucił się wir pracy związkowej. W dalszym ciągu odwiedzał też punkt kontaktowy, zdając przełożonym drobiazgowe relacje. Notatki tak jak zwykle sporządzał w dwóch językach otrzymując też podwójne wynagrodzenie. Powodziło mu się i jego rodzinie bardzo dobrze. Kupili samochód, nowego Zaporożca, wyjeżdżali na wczasy do Bułgarii, na Węgry. Pewnego roku wybrali się do Turcji, gdzie Jan zakupił każdemu z rodziny modny, turecki kożuch.
Tak Jan, jak i nikt z jego otoczenia się nie spodziewał, system komunistyczny runął w 1989 roku i Polska odzyskała niepodległość. Spotkania w mieszkaniu przy ulicy Powroźniczej nagle się skończyły, kontakt z dwoma mężczyznami został zerwany. Jan nigdy się nie zainteresował czy zakład repasacji pończoch dalej funkcjonował i prowadziła go kobieta o smutnym wyrazie twarzy? Czy portier w przedwojennym uniformie i w czapce ze złoconym daszkiem nadal wpuszczał gości za odpowiednią opłatą do pokojów na parterze, z frywolnymi paniami? Nie chciał o tym wiedzieć, omijał samotny dom z daleka. Nie dowiedział się, że wokół domu postawiono nowe kamienice, wzdłuż Motławy ulokowały się restauracje, sklepiki z pamiątkami, zniknął portier, nie było już kobiety pochylonej nad pończochami, wydarzenia w samotnym domu pochłonęła przeszłość.
Wolf również w pośpiechu opuścił Gdańsk. Jan poczuł się wolny, przestał pisać swoje sprawozdania. Podwójne życie ciążyło już mu od dawna, brzydził się nim, myślał o kategorycznym zakończeniu współpracy lecz myśl, że mógłby wrócić z powrotem do więzienia, do doznawanych w celi cierpień, odwodziła go od tego pomysłu. Teraz odetchnął, zajął się pracą i rodziną. Spokój nie trwał jednak długo. Chociaż czy kilka lat normalnego życia, bez strachu i podejrzeń można traktować jako krótki czas? O przeszłości nie da się jednak zapomnieć, podłe czyny nie znikają ot tak sobie bez żadnych konsekwencji w otchłani zapomnienia. Pewnego dnia jeden z kolegów z biura konstrukcyjnego przyniósł do pracy plik kserokopii meldunków niejakiego Hansa. Były tam bardzo dokładne i szczegółowe opisy spotkań, zdarzeń, faktów z życia stoczni, osób biorących w tych zdarzeniach udział, ich rola, ich rozmowy, na końcu wnioski i ewentualne zalecenia jakie należy podejmować. Opisy przygotowań do strajków, osób z zewnątrz stoczni, które również brały w nich udział. Z treści meldunków można było się domyśleć, kto jest ich autorem.
Jan zjawił się w biurze o zwykłej rannej porze, usiadł za biurkiem. Jeden z najbliższych jego przyjaciół, który większość lat osiemdziesiątych spędził w więzieniu, skazany za wywrotową, opozycyjną działalność, podszedł do niego.
- Cześć Hans.
Jan wstał, zaczerwienił się mocno. W czarnych myślach spodziewał się, że taka chwila może nadejść, że ona kiedyś może nastąpić. „Być może to kwestia czasu, bardzo dalekiego czasu” zawsze myślał.
- Nie wiedziałem, że z ciebie jest taka świnia. Zdrajca i podła świnia - przyjaciel plunął mu w twarz.
Jan otarł ślinę rękawem marynarki, w geście rozpaczy krzyknął.
- Piętnaście lat!? Piętnaście lat bicia i gwałcenia przez ohydnych morderców. Nikt z was by tego nie wytrzymał! - rzucił udręczonym głosem, tylko na taką odpowiedź było go stać.
- To trzeba było dać się zabić kapusiu- usłyszał w odpowiedzi.
Jan chwycił teczkę, wrzucił do niej nadgryzioną już kanapkę i wyszedł z biura nie patrząc na nikogo. Nigdy już do stoczni nie wrócił. Zakładowe mieszkanie przy Wielkim Młynie odebrano mu, żona odeszła, wyprowadziła się do Elbląga, dzieci usamodzielniły się. Jan został sam. Głodował, nocował na dworcach, w parkach, wieczorami błąkał się po ulicach Gdańska. Najbliżsi, przyjaciele, niegdyś bardzo ich wielu, nie utrzymywali z nim kontaktu.
Wolf znalazł go w przytułku dla bezdomnych na przedmieściach Oruni, ułatwił zdobycie niemieckiego paszportu i wyjazd do Niemiec. Jan zdążył jeszcze przywitać się z zapłakaną matką, tuż przed jej śmiercią. Pobyt w Parchimiu, w miejscowości, w której przyszedł na świat nie trwał długo. W poszukiwaniu pracy wyjechał dalej na zachód, pod holenderską granicę. Słuch o nim zaginął.

Obecnie jestem szanowanym Profesorem, autorytetem na skalę światową w dziedzinie liczb zespolonych i rachunku różniczkowego. Moje teoretyczne rozwiązania wprowadzane są w globalnym przemyśle elektronicznym. Jestem zapraszany na sympozja i panele matematyczne odbywające się w wielu miastach świata.
O Janie od tamtego czasu nic nie wiedziałem. Zajęty nauką i swoją późniejszą karierą nie interesowałem się jego losami.
Aż do pewnego dnia, gdy wychodząc z siedziby Uniwersytetu Technicznego w Akwizgranie zaczepił mnie mężczyzna w moim wieku.
Przyjechał specjalnie na mój wykład by mi powiedzieć, że dwudziestego czerwca tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego drugiego roku o godzinie piętnastej trzydzieści trzy płynąc kutrem rybackim został zatrzymany tuż przy granicy strefy terytorialnej na Morzu Bałtyckim przez polską Straż Graniczną. Zdążył jeszcze zobaczyć nadpływający o godzinie piętnastej trzydzieści cztery szwedzki kuter rybacki, który po nadaniu kilku sygnałów dźwiękowych zawrócił w kierunku Szwecji.
Za próbę nielegalnego przekroczenia morskiej granicy został skazany na karę wieloletniego więzienia. To zdarzenie zaważyło na całym jego życiu. Wyczułem w jego głosie wyrzut i rozgoryczenie. Odwrócił się. Odszedł. Nie zobaczyłem go nigdy więcej.

Sieger
Wreszcie otrzymaliśmy oficjalne zawiadomienie o dniu wyjazdu. Nasz transport odjeżdża do Gdańska z głównego dworca w Wilnie 18 maja 1946 roku. Już się przygotowujemy. Karty wyjazdu dostały mamusia, moje starsze siostry: Mila i Lusia, oraz bratowa Genia. Janek, jej mąż, a mój brat, pisał z Anglii, że też stara się o powrót do Polski. Początkowo nie chciał o tym słyszeć. W listach namawiał Genię, by starała się o wyjazd do Londynu, gdzie przebywał. Miał tam już mieszkanie i stałą pracę. Jako byłemu lotnikowi przysługiwały mu pewne ulgi i udogodnienia od chwili zakończenia służby wojskowej. Pisał też, że Polski takiej jaka była przed wojną, już nie będzie, że stanie się republiką rosyjską, a kto jak kto, ale my, mieszkańcy Wilna, powinniśmy wiedzieć, jak wygląda życie pod władzą sowiecką. Genia strasznie się jednak uparła. W ostatnim liście napisała, że nie ma zamiaru mieszkać w żadnym innym kraju niż Polska, jakakolwiek by ona nie była. Że nawet żal jej opuszczać Wilno, ale biegu historii nie da się zmienić, i wyjeżdżają do Gdańska, i on, Janek, jeśli tylko ją trochę kocha, też ma wrócić do Polski. A Janek nie tylko ją trochę kochał, lecz nawet bardzo i mocno, było więc pewne, że wróci do niej, chociażby nie wiem jakie miał udogodnienia w tej Anglii. Genia była podporą dla naszej rodziny. Tylko ona miała pracę – w szpitalu jako przełożona pielęgniarek. Po śmierci tatusia nasza rodzina utrzymywała się z trudem. Mamusia nigdy wcześniej nie pracowała, więc ciężko jej było znaleźć jakąś posadę, zresztą już trochę chorowała. Mila z Lusią robiły swetry na drutach i sprzedawały je w Wilnie i na okolicznych jarmarkach, co nam trochę pomagało, ale tylko trochę. Michał, narzeczony Mili, pojechał do Gdańska już pół roku temu, by osobiście się przekonać, jak się żyje w nowej Polsce. Najpierw był w Łodzi, lecz tam mu się nie podobało. Chciał koniecznie studiować na politechnice – zapisał się na architekturę i budownictwo w Gdańsku. Pisał, żeby przyjeżdżać, że mieszkania stoją wolne, praca też jest, że powoli wszystko wraca po wojnie do normy. Narzeczony Lusi, Marian, był w wojsku i po powrocie z Berlina skierowali go do jednostki w Bydgoszczy. Też pisał, by nie czekać, tylko przyjeżdżać. Wszyscy jakoś znajdowali sobie miejsce w tej nowej Polsce. W Wilnie już i tak urzędy zostały przejęte przez administrację rosyjską i litewską. Polaków ubywało, do miasta napływali Litwini i Rosjanie, na ulicach naszego Wilna coraz rzadziej rozbrzmiewał język polski.
Tyle się naczekaliśmy… Mamusia nie mogła się zdecydować, czy jechać, czy nie. Ja też nie byłam pewna, czy dobrze robimy. Opuścić nasze mieszkanie na ulicy Mickiewicza, z pięknym widokiem na katedrę, w którym mieszkaliśmy od zawsze? Ostrą Bramę z cudownym obrazem Przenajświętszej Panienki, kościół Piotra i Pawła na Antokolu, kościół Świętego Rafała, gdzie byłam chrzczona, nasz sławny na cały świat Uniwersytet króla Stefana Batorego, gdzie zamierzałam studiować polonistykę, i wiele, wiele innych wspaniałości, którymi mieniło się nasze przecudowne Wilno? Wreszcie mamusia postanowiła, że jedziemy. Będzie nas pięć kobiet, właściwie cztery i ja, najmłodsza, chociaż skończyłam już szesnaście lat. Mamusia powiedziała, że z bożą pomocą na pewno sobie poradzimy. W ostatnim dniu przed wyjazdem odwiedziłam grób tatusia na cmentarzu Bernardyńskim, uporządkowałam, posadziłam kwiatki – przecież nie wiadomo, kiedy znów będę mogła tu wrócić. Obok tatusia leżą moi trzej mali braciszkowie – Stefunio, Władziunio i Stasiunio – wszyscy zmarli w jednym 1918 roku w wieku od jednego do trzech latek. Wówczas w Wilnie szalała grypa hiszpanka i umarło dużo małych dzieci oraz starszych ludzi. Byłam również na Rossie, na grobie Marszałka i jego mamy, złożyłam kwiaty i zapaliłam świeczki. Pewnie ten okazały grób też przeniosą do Polski. Nie wyobrażam sobie, by stało się inaczej, by umiłowanego Marszałka nie było razem z nami, Polakami. Ten ostatni dzień był szalony. W Ostrej Bramie, gdy modliłam się do Najświętszej Panienki, spotkałam moją dawną panią profesor – uczyła mnie historii w Gimnazjum imienia Emilii Plater. Życzyła mi wszystkiego najlepszego, szczęśliwego życia w obcym Gdańsku. Ona zostaje, czeka na męża, którego Rosjanie wywieźli na Wschód i od prawie dwóch lat nie ma od niego żadnej wiadomości. Bardzo jej współczułam, podziękowałam też za dobre słowo na moją drogę w nieznane.
Nazajutrz na dworcu w Wilnie spotkaliśmy całą rodzinę Bilkiewiczów z Rudziszek. Okazało się, że jadą tym samym transportem, co my, tylko w innym wagonie. Była Marysia, Władka, Antosia, Stasio i Jędruś, no i oczywiście sami państwo Bilkiewiczowie. Z tą rodziną bardzo blisko przyjaźnił się mój tatuś. Po jego śmierci, ze względu na bardzo ciężkie warunki życiowe naszej rodziny, mamusia wysłała mnie i Lusię do ich gospodarstwa pod Wilnem. Tam mieszkałyśmy cały rok i bardzo się z nimi zżyłyśmy. Najstarszy z rodzeństwa, Marian, został narzeczonym Lusi. Później zaciągnął się do Wojska Polskiego. Teraz, na dworcu w Wilnie, przywitaliśmy się bardzo serdecznie. Bilkiewicze zajęli cały wagon, ponieważ mieli ze sobą konia, dwie krowy, owieczkę i świnkę Troszkę, tę samą, z którą lubiłyśmy się bawić jeszcze za naszego pobytu w Rudziszkach. W klatkach wieźli też kilka kur, kaczek i indyków. Spotkanie z nimi trochę nas rozweseliło, bo atmosfera na dworcu była bardzo smutna. Mamusia płakała, Genia narzekała, że wszystko jest na jej głowie, Mila z Lusią także wydawały się przygnębione. Próbowałam ich jakoś rozweselić, chociaż też zdawałam sobie sprawę, że ostatecznie i na zawsze opuszczamy nasze kochane rodzinne Wilno, w którym się urodziliśmy, w którym spędzaliśmy radosne dzieciństwo i które było świadkiem naszych młodzieńczych uniesień – miasto nierozerwalnie złączone z historią naszej rodziny, a zarazem naszej ojczyzny, Polski. Pociąg przystrojono polskimi flagami i obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej. Nasz wagon znajdował się dwa wagony od Bilkiewiczów. Zanim ruszyliśmy, było trochę rozgardiaszu i zdenerwowania. Na dworcu żegnali nas Polacy, którzy albo zostawali w Wilnie, albo wyjeżdżali później i przyszli zobaczyć, co ich czeka za kilka dni.
Podróż przebiegła sprawnie. Do nowej polskiej granicy dojechaliśmy po dwóch dniach. Tam polscy żołnierze przywitali nas chlebem i solą. Zmieniono też obsadę pociągu z rosyjskiej na polską. Ostatni raz dokładnie sprawdzono nasze dokumenty. Na szczęście wszystko się zgadzało, chociaż bardzo się denerwowałam – nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć podczas kontroli. Po polskiej stronie przywitały nas krajobrazy podobne do naszych, wileńskich: pola, łąki, pagórki, błyskające wśród nich oczka wodne i jeziora. Wjechaliśmy na teren, który przed wojną należał do Niemiec. Mijaliśmy małe miasteczka i wsie, gdzieniegdzie pojawiali się ludzie. Niedaleko miejscowości o nazwie Bartoszyce, gdzie mieliśmy jeden z licznych przystanków, Bilkiewicze spotkali swoich sąsiadów z Rudziszek, którzy przyjechali tu miesiąc wcześniej. Długo się nie namyślali. Wyładowali z wagonu cały swój dobytek i postanowili zostać we wsi Laurowo pod Bartoszycami razem ze swoimi sąsiadami. Było mi trochę smutno rozstawać się z moimi serdecznymi przyjaciółkami: Marysią, Władką i Antosią. Postanowiłyśmy, że gdy tylko dojedziemy do Gdańska, napiszę do nich list i podam nasz adres. Po kolejnych dwóch dniach dojechaliśmy do Gdańska. Zatrzymaliśmy się na dworcu południowym i powoli opuszczaliśmy nasze wagony. „Speicherinsel” przeczytałam jeden z widniejących tam napisów. Na peronie czekał Michał. Witał się z nami serdecznie, zwłaszcza z Milą. Rozglądałam się po sąsiednich peronach. Przy jednym z torów stał pociąg gotowy do odjazdu, taki sam transport jak nasz, z podobnie wyglądającymi załadowanymi wagonami, tylko lokomotywa kierowała się na zachód, w kierunku przeciwnym do naszego. Do wagonów wsiadali zapłakani ludzie, atmosfera była podobna do panującej na dworcu w Wilnie. Podeszłam do nich. Okazało się, że to Niemcy opuszczający Gdańsk. Niemieckiego uczyłam się tylko rok w gimnazjum, więc nie rozumiałam, co mówi do mnie kobieta rozcierająca łzy na policzkach. Pomyślałam tylko, że na pewno jest jej żal opuszczać swoje rodzinne miasto, tak jak nam żal było opuszczać nasze Wilno. Ludzie wsiedli i pociąg odjechał. Pomachałam im, życząc szczęścia. Nigdy wcześniej nie byłam w Gdańsku, nie znałam tego miasta. Przed wyjazdem oglądałam przedwojenny album. Bardzo mi się podobały szerokie place, czyściutkie ulice, promenada nad Motławą, kilkupiętrowe domy, zadbane sklepy. Gdańsk wydawał się całkiem niepodobny do naszego kochanego Wilna i nie tak piękny, ale mieszkańcy na pewno również go kochali, tak jak my Wilno. Teraz przechodziliśmy przez zniszczone, wypalone ulice. Po ich obu stronach sterczały kikuty po zburzonych domach, mijaliśmy gruzowiska. Chociaż od końca wojny minął już ponad rok, nadal czuć było swąd spalenizny i nieprzyjemny piwniczny zaduch. Zrobiło to na nas bardzo nieprzyjemne wrażenie. Mamusia powiedziała, że chyba by nie przeżyła, gdyby podobne nieszczęście spotkało Wilno. Pierwsze kroki skierowaliśmy do urzędu repatriacyjnego, gdzie otrzymaliśmy kartki żywnościowe i tymczasowy przydział lokalu. To Michał załatwił to mieszkanie, w maciupeńkim domku, jak z bajki, w Gdańsku-Wrzeszczu, przy ulicy Profesora Stanisława Olszewskiego. Znajdowało się blisko Politechniki, co Michałowi bardzo odpowiadało. Mówił, że uczestniczył w odbudowie tej uczelni i brał już udział w pierwszych zajęciach. Wierzę, że poradzi sobie na tak trudnej uczelni, bo to bardzo mądry chłopak. Już niedługo zostanie mężem Mili – planują ślub. Mamusia też się cieszy, że Mila będzie miała takiego dobrego męża. Genia jako dyplomowana pielęgniarka znalazła pracę w Akademii Medycznej, niedaleko naszego domku. Długo z nami nie pomieszkała, bo dostała z pracy przydział na jednopokojowe mieszkanie przy ulicy Romualda Traugutta, bardzo blisko nas. Czekała na swojego męża, a naszego kochanego braciszka, Janka, którego nie widzieliśmy od sierpnia 1939 roku, kiedy to poszedł na wojnę. Przez różne źródła dowiadywaliśmy się, co się z nim dzieje. Najpierw walczył w Polsce, później we Francji, a w końcu znalazł się w Anglii, gdzie został przydzielony do jednego z dywizjonów lotniczych. Zawsze marzył, by być lotnikiem, chociaż Genia prosiła i błagała, żeby nie latał. Tak się o niego bała. I teraz, po tylu latach, czekaliśmy na niego. Pisał, że to nie takie proste wrócić do Polski z Anglii, że wymaga to wielu zabiegów i załatwiania formalności, ale że wszystko jest na dobrej drodze i niedługo przypłynie statkiem do Gdyni, a stamtąd uda się pociągiem do Gdańska. Genia nie mogła się już doczekać jego powrotu i liczyła dni, kiedy znów go zobaczy. Tylko narzeczony Lusi nie przyjeżdżał, chociaż miał najbliżej, bo mieszkał w Bydgoszczy. W listach pisał, że służy w bardzo tajnej jednostce wojskowej i nie może dostać nawet jednego dnia urlopu. Prosił, by Lusia przyjechała do niego. Lusia była jednak dumna, więc odpisała, że nie wypada jej przyjeżdżać do narzeczonego i poczeka, kiedy to on dostanie urlop. Zresztą chciała studiować filozofię na uniwersytecie w Toruniu, miałaby zatem niedaleko do Bydgoszczy, ale wcześniej musiała jeszcze zdać maturę. Zapisałam się do tej samej szkoły co ona – do Pierwszego Liceum Ogólnokształcącego w Gdańsku, przy ulicy Wały Piastowskie. Budynek szkoły był piękny, w czasie wojny nie został tak bardzo zniszczony jak inne, więc zajęcia mogły się szybko rozpocząć. Bardzo się ucieszyłam, że będę mogła kontynuować naukę. Uwielbiałam się uczyć. Mamusia zawsze mi mówiła, że za dużo ślęczę nad książkami i że za bardzo przejmuję się nauką. Co niedziela chodzimy na mszę do kościółka na Czarnej. Lubię się modlić w tym zadbanym i przytulnym kościółku. Znajduje się tu kopia naszego wileńskiego obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej. Ludzie licznie przychodzą na msze, tak jak to było w Wilnie. Wszystko wyglądało bardzo dobrze, każdy z nas powoli znajdował swoje miejsce w nowym mieście i w nowej rzeczywistości, naszą przyszłość widzieliśmy w różowych barwach. Nie spodziewaliśmy się więcej problemów w naszym rodzinnym życiu. Byłam pewna, że jeśli będziemy się trzymać razem, nic nam nie grozi, nic złego nam się nie stanie. Jedność w rodzinie i utrzymywanie silnych więzów – to stanowiło nasz cel. Byliśmy pełni optymizmu i nadziei, że po tej niespodziewanej przeprowadzce uda nam się zakorzenić w nowym otoczeniu, wśród nowo poznanych ludzi. Patrzeliśmy w przyszłość ze spokojem i z uśmiechem. Nie wiem, jak to się stało, że zapadłam na bardzo ciężką chorobę. Od dzieciństwa byłam bardzo wrażliwym dzieckiem i wszystkim się przejmowałam. Przeżywałam każde nieszczęście, które dotykało ludzi, nieważne, czy to kogoś z najbliższej rodziny, czy zupełnie obcego człowieka. Szłam wtedy do Ostrej Bramy i gorąco się modliłam, prosząc Najświętszą Panienkę o radę i pomoc. Płakałam, kiedy napotykałam cierpiące zwierzątko czy usychającą roślinkę. Mój kochany tatuś przytulał mnie do siebie, całował w czoło i mówił, że na świecie oprócz dobrych rzeczy istnieją też złe i trzeba być przygotowanym, że czasami trafi się na te okropne, ale świat ma taką konstrukcję, że dobrych rzeczy jest znacznie więcej niż złych – gdyby było odwrotnie, nie mógłby istnieć, tylko rozpadłby się w nicość. Pocieszał mnie tak, zawsze gdy przychodziłam do domu przygnębiona, gdy mi się coś nie udało, gdy ktoś powiedział mi coś przykrego. Zastanawiam się, czy moja choroba nie zaczęła się czasami wtedy, gdy go zabrakło i nie miał mnie już kto pocieszać. A może wtedy, kiedy wybuchła wojna? A może wtedy, kiedy wyjechaliśmy z Wilna? A może było wiele różnych przyczyn? W każdym razie od kilkunastu lat przebywam w szpitalu psychiatrycznym. Na początku mówiono mi, że przyjadę tylko na dwa, trzy tygodnie, na badania kontrolne, dostanę leki i wrócę do domu. Mamusia pocieszała mnie, że teraz są tak nowoczesne metody leczenia mojej choroby, że na pewno szybko wyzdrowieję.
Najpierw podawano mi silne leki, później leczono impulsami prądowymi. Po serii elektrowstrząsów lekarz prowadzący badania stwierdził, że mój stan znacznie się pogorszył i muszę być pod obserwacją przez dłuższy czas. Szpital jest pięknie położony. Wśród zieleni stoi kilkanaście budynków z czerwonej cegły. W środku znajduje się malutki kościółek, co bardzo mi odpowiada. Często tu przychodzę i modlę się gorąco, by choroba jak najszybciej minęła i bym mogła wrócić do swoich najbliższych. Przed wojną w tych budynkach mieścił się chyba też szpital. Przebywam na przemian raz w jednym, raz w drugim budynku. Gdy lepiej się czuję, śpię w kilkunastoosobowej sali. Mam swoje łóżko, swoją szafkę, swój ręcznik, szlafrok i koszulę nocną. Wtedy jest w miarę dobrze i przyjemnie, chociaż Gruba Irka, która śpi obok mnie, bardzo mi uprzykrza moje ciężkie w tej chwili życie. Pluje na mnie, krzyczy, uderza w twarz, raz nawet zgasiła papierosa na mojej głowie, chociaż w sali nie można palić. Jest duża, gruba i bezczelna, zawsze bałam się takich osób, a przekorny los połączył nas ze sobą. Jeszcze gorzej jest w drugim budynku, gdzie przenoszą mnie, gdy źle się czuję. Przywiązują mnie wtedy rzemiennymi postronkami do drewnianego, zakrwawionego krzesła, tak że w ogóle nie mogę się ruszyć. Siedzę tak nawet kilka dni, póki lekarz nie zdecyduje, że mogę wrócić na salę. Pewnego razu z bólu przegryzłam sobie język, dlatego teraz mówię niewyraźnie. Kiedy już czuję się lepiej, wracam do swojej sali i jeśli akurat nie ma Grubej Irki, to jest całkiem znośnie. Bo Grubą Irkę też sadzają na drewnianym krześle i przywiązują rzemiennymi postronkami. Jej przytrafia się to nawet częściej niż mnie.
Wtedy mogę pisać listy do mamusi, do Mili, do Lusi i do Janka. Czasami mnie odwiedzają, więc mam od nich bardzo dużo wiadomości, które – gdy tylko mogę i jak Gruba Irka mi nie przeszkadza – spisuję na kartkach szesnastostronicowego zeszytu w kratkę. Zresztą na Grubą Irkę też znalazłam sposób. Ona pali papierosy, jest nałogowcem, mówi, że nie może bez nich żyć. Nie bardzo rozumiem, jak można się tak od czegoś uzależnić. Gdy przyjeżdża do mnie mój kochany braciszek, Janek, proszę go, by zostawił mi trochę papierosów, on też pali, daję po jednym Grubej Irce – zostawia mnie wtedy w spokoju i mogę pisać na kartkach w kratkę. Od momentu przyjazdu z Wilna w życiu mojej rodziny wiele się zmieniło. Umarła moja bratowa, Genia. Czekała na kochanego Jasieńka. Już nie mogła się doczekać. Cały czas miał problemy, by wrócić do Polski. Pisał, że nie chcą go puścić. Genia odpisywała, by wracał, bo bardzo jej smutno bez niego. I nagle zachorowała. Niedokrwistość, anemia. Była pod znakomitą opieką profesorów z Akademii Medycznej, wielu znała jeszcze ze szpitala w Wilnie. Jankowi nic nie pisała o swojej chorobie, chciała tylko, by przyjechał jak najszybciej. Wreszcie przypłynął do Gdyni statkiem, na który czekaliśmy od końca wojny. Wynajętym samochodem dojechał na ulicę Romualda Traugutta w Gdańsku-Wrzeszczu, do ich małego jednopokojowego mieszkanka. Sąsiadka powiedział mu, że Genia jest w szpitalu Akademii Medycznej, kilka ulic dalej. Pobiegł tam. Gdy wszedł do sali, ujrzał ją na łóżku, wzrok miała utkwiony w drzwi wejściowe. Przez kilka ostatnich dni wpatrywała się tylko w te drzwi. Wreszcie ujrzała w nich swojego ukochanego Janka. Chwycił ją w objęcia i mocno pocałował. Powiedziała: „Kochany Jasieńku, tak na ciebie czekałam” i zgasła na jego rękach.
Janek długo po jej śmierci nie mógł przyjść do siebie. Zaczął nadużywać alkoholu, upijał się. Do tego doszły kłopoty z pracą. Wrócił z Anglii, gdzie był wojskowym, więc nie miał konkretnego zawodu. Imał się różnych dorywczych zajęć. Myślał o Geni, robił sobie wyrzuty, że wcześniej nie wrócił do Polski – może jego obecność spowodowałaby, że Genia by nie zachorowała, może mogli się cieszyć sobą jeszcze przez długie, długie lata. Mamusia prosiła Janka, by przestał pić, by odnalazł się w nowej rzeczywistości i podjął stałą pracę. Udało się po kilku latach. Bardzo pomógł Michał, mąż Mili. Przez znajomego znalazł Jankowi pracę w spółdzielni we Wrzeszczu. Teraz Janek codziennie obsługuje wtryskarkę, za pomocą której wyrabia się plastikowe zabawki. Raz przywiózł mi taką małą plastikową rybkę, którą się bawię, jak Gruba Irka mi pozwoli. Najważniejsze, że Janek zaczyna pracę codziennie o siódmej rano i pracuje przy tej wtryskarce osiem godzin z piętnastominutową przerwą na śniadanie, bo systematyczność i regularna praca pozwalają mu zapomnieć o smutnej przeszłości. Żałuję tylko, że mnie z nimi nie ma… Tak bardzo chciałam być razem z wami….

Helena urodziła się w Wilnie, kilkanaście lat przed wojną. Tam spędziła spokojne dzieciństwo i młodzieńcze lata. Po wojnie całą rodzinę przesiedlono do Gdańska, Helenę razem z mamą, bratową, dwoma siostrami. Helena była bardzo delikatna i wrażliwa. Pewnego dnia po powrocie ze szkoły mama znalazła ją nieprzytomną i zakrwawioną w pokoju. Poranione miała dłonie, brzuch i twarz. W szpitalu ledwie ją odratowano. Nikt nie znał przyczyny samookaleczenia. Śmierć ojca, przebyta podczas wojny choroba-tyfus, którą ledwo przeżyła, pozostawiona w Wilnie młodzieńcza miłość, trauma przesiedlenia? Nie rozpoznawała sióstr ani swojej mamy. Trafiła do szpitala w Kocborowie, lekarze mówili, że na kilka miesięcy, pozostała przez długie lata. Leczyli ją za pomocą wstrząsów elektrycznych. Początkowo metoda ta pomagała, zaczęła rozpoznawać najbliższych, rozmawiała bardzo emocjonalnie, opowiadała o planach, o ukończeniu studiów polonistycznych, była rozradowana i zarazem podekscytowana. Chwile te trwały bardzo krótko. W końcu wpadała w stan otępienia i smutku, z którego przez długie miesiące nie wychodziła. Musiano ją pilnować by znów się nie samookaleczyła lub kogoś nie skrzywdziła. Dla pewności przywiązywano ją skórzanymi rzemieniami do łóżka lub do krzesła. Dni radości było mało, dni rozpaczy znacznie więcej. Siostry odwiedzały ją w niedziele, początkowo w każdą, później już rzadziej, w końcu zajęte swoimi rodzinami przestały przyjeżdżać. Mama starała się o zwolnienie Heleny ze szpitala lecz lekarze bezradnie rozkładali ręce. „Nie ma szans” twierdzili. Helena zawsze była bardzo pobożna, mama mówiła, że nawet przesadza z tą pobożnością. W Wilnie codziennie uczęszczała na poranne msze święte, przyjmowała komunię, każdą wolną chwilę poświęcała modlitwie, w Ostrej Bramie na kolanach podchodziła do świętego obrazu już od samego dołu, od stromych schodów. Kolana miała z tego powodu opuchnięte i zakrwawione, lecz nie odczuwała bólu. Matka Boska Ostrobramska się uśmiecha gdy mnie widzi, z taką pokorą do niej się udającą, opowiadała radośnie. Po przyjeździe do Gdańska codziennie odwiedzała kościółek przy ulicy Czarnej we Wrzeszczu gdzie zawisła kopia świętego obrazu z Wilna. Potrafiła klęczeć przed nim i modlić się godzinami. W Kocborowie była mała kaplica przyszpitalna, gdy czuła się lepiej, gdy uwalniano ją z więzów to wolne chwile tam spędzała. Przed ołtarzem kładła się krzyżem i modliła się o swoje uzdrowienie i powrót do Gdańska, do mamy i sióstr. Nikt z personelu ani z pacjentów nie mógł pojąć jak to się stało, że Helena urodziła syna. Stało się to w połowie lat pięćdziesiątych, chyba w 1955 lub w 1956 roku. Była bardzo szczuplutka, zawsze chodziła w luźnej i długiej sukni, nikt nie podejrzewał, że jest w stanie błogosławionym. Nikt też się nie domyślał, kto mógłby być ojcem jej przyszłego dziecka. Oddział kobiecy i męski w szpitalu były oddalone od siebie, personel bardzo skrupulatnie pilnował budynków, zamki w nich otwierały się tylko od wewnątrz, nie było szans by postronne osoby mogły się dostać bez wiedzy oddziałowych. Helena bardzo się ucieszyła z narodzin swojego dziecka, przytulała, karmiła, przewijała.
- Mój Jezusek, mój Jezusek - tak go czule nazywała.
Te kilka miesięcy jakie spędziła ze swoim kochanym dzieckiem chyba ją uzdrowiły, zachowywała się normalnie, była łagodną, opiekuńczą matką. Nie było potrzeby przywiązywać ją rzemieniami do krzesła, w ogóle nie było potrzeby jej pilnować czy nadzorować. Samodzielnie dawała sobie we wszystkim radę. Instynkt macierzyński jaki się w niej ujawnił spowodował, że była normalną osobą, czułą i kochającą. Najważniejsze, że ona sama uważała się za zdrową osobę, że wieloletnie modlitwy o uzdrowienie przyniosły efekt. Pan Bóg wysłuchał jej żarliwych próśb i poprzez dziecko uzdrowił ją. Szykowała się do wyjścia ze szpitala, układała suknie, szlafrok, ubranka ukochanego Jezuska. Nikomu nie pozwalała go dotknąć, sama kąpała go, ubierała, karmiła piersią. Nie wiadomo jakie były rzeczywiste zamiary ordynatora szpitala. Czy naprawdę myślał, by Helena z dzieckiem opuściła szpital? Czy tylko pragnął by odchowała Jezuska w pierwszych miesiącach życia? Nikt nie domyślał się jakie były jego zamiary. On przede wszystkim chciał się dowiedzieć, kto jest ojcem nowonarodzonego. Szczegółowe śledztwo wdrożone wśród personelu i pacjentów nie przyniosło rezultatów. Nie tylko nikt się nie przyznał lecz nie znaleziono żadnych dowodów na to by do poczęcia przyczyniła się jakakolwiek osoba. Cud? Takie przypuszczenia zaczęły krążyć wśród personelu, przede wszystkim wśród pacjentów. Ordynator postanowił kategorycznie zakończyć sprawę. Pod pozorem wykonania niezbędnych badań oddziałowa zabrała dziecko, mówiąc Helenie, że po ich zakończeniu przyniesie dziecko z powrotem. Helena naiwnie jej uwierzyła. Ona wszystkim wierzyła i ufała bez wyjątku. Pielęgniarka nie przyniosła dziecka z powrotem. Helena dopytywała po godzinie, po dwóch, wieczorem, rano następnego dnia.
- Gdzie jest Jezusek? Gdzie mój Jezusek? Oddajcie mi go!! - rozpaczliwie krzyczała, błagała, prosiła.
Pielęgniarka nie wytrzymała.
- Z porządnego szpitala burdel sobie urządziłaś! Co ty sobie w ogóle myślisz? Nienormalna a chcesz mieć dzieci? Zamilknij! Nigdy już dziecka nie zobaczysz. Nigdy nie dostaniesz go z powrotem! Wybij to sobie z głowy! - krzyczała ze złością.
Helena wpadła w szał, rzuciła się na nią, chwyciła za włosy, przewróciła na ziemię, gryzła, drapała.
- Oddajcie! Oddajcie Jezuska! Oddajcie mi go, oddajcie!!- rozpaczała, jej przeraźliwy, nienaturalny szloch przebijał szpitalne ściany.
Zbiegły się pielęgniarki, wezwano do pomocy męski personel, wśród gapiów pacjentów, związano Helenę, umieszczono w izolatce, przywiązano do łóżka mocnymi rzemieniami, usta zakneblowano drewnianym kołkiem. W następnych dniach poddano długotrwałym elektrowstrząsom.
Helena już nigdy nie wróciła do stanu świadomości, straciła pamięć o przeszłych zdarzeniach, o przyszłości chyba nie była w stanie myśleć, widziano ją w salach szpitalnych, które przemierzała rozglądając się nieprzytomnym wzrokiem.
Jezusek trafił do sierocińca, po kilkunastu miesiącach adoptowało go starsze, pięćdziesięcioletnie, bezdzietne małżeństwo ze Starogardu. Wychowywali go jak własnego syna, później gdy Jezusek już uczęszczał do szkoły podstawowej przeprowadzili się do Gdańska, zamieszkali w dwupokojowym mieszkaniu przy ulicy Ogarnej.

Juliusz Sieger zjawił się u nas na początku siódmej klasy. Przedstawił go nam Hades, nasz pan od historii i posadził w pierwszej ławce w rzędzie przy ścianie, której do tej pory nikt nie zajmował.
Juliusz mieszkał w kamienicy przy ulicy Ogarnej, w pobliżu Krowiego Mostu. Pewnego dnia, po szkole odprowadziliśmy go do domu, jego mama zaprosiła nas do mieszkania i poczęstowała herbatą. Mieszkanie składało się z dwóch pokoi, wewnątrz zajmując całą ścianę wisiały duże olejne obrazy. Na jednym z nich ułani na koniach atakowali nieprzyjacielskie czołgi, obcy żołnierze poddawali się, podnosili ręce do góry.
- Piękny obraz – Byliśmy zachwyceni jego ekspresją.
- To bitwa pod Kutnem Jerzego Kossaka –objaśniał Juliusz.
W drugim pokoju ze ściany spoglądał postawny mężczyzna w błękitnoszarym mundurze. Siedział na koniu i jakby obserwował niewidoczną, toczącą się walkę, którą dowodził.
- Kim jest ten żołnierz? –zapytała Sabina.
- Marszałek Józef Piłsudski na Kasztance. Twórca niepodległej Polski.
Półki znajdujące się nad łóżkiem Juliusza wypełnione były książkami.
- Komplet „Tygrysów”! –gwizdnął z wrażenia Darek.
Oprócz „Tygrysów” na półkach znajdowały się książki z „Klubu Siedmiu Przygód” i kilkadziesiąt z serii „BKD”.
- Juliusz, te wszystkie książki przeczytałeś? –z podziwem zapytała Sabina, oparła się na jego ramieniu.
- Prawie wszystkie –odpowiedział Juliusz.
Darek spojrzał na niego i Sabinę dziwnym wzrokiem, z pewną zazdrością.
W tym czasie w szkole przerabialiśmy drugą wojnę światową, omawialiśmy zwycięskie bitwy polskiej armii, pod Lenino, o wał Pomorski, przeprawę przez Odrę, zdobycie Berlina wraz z armią radziecką. Juliusz dużo wiedział na ich temat, wiedzą historyczną przewyższał chyba Hadesa. Pewnego razu wprawił go w zakłopotanie a nawet spowodował, że dotychczas spokojny i flegmatyczny nauczyciel wpadł w niepohamowaną złość.
Omawialiśmy wyzwolenie Warszawy w styczniu czterdziestego piątego roku. Hades opowiadał o zaciętych walkach, olbrzymich zniszczeniach, bohaterskich polskich żołnierzach, którym wspólnie z zaprzyjaźnioną armia radziecką w końcu udało się pokonać i wyrzucić wroga z miasta.
Juliusz zgłosił się, podniósł rękę, pan skinął przyzwalająco głową.
- Warszawa została wyzwolona wcześniej, 1 sierpnia 1944 roku. Wówczas wybuchło Powstanie Warszawskie i mogło być zwycięskie, jednak armia czerwona zatrzymała się na prawym brzegu Wisły i nie pomogła powstańcom. Zginęło wielu polskich patriotów, miasto zostało zniszczone, ponieśliśmy olbrzymie straty. Rosjanie przyglądali się jak wykrwawia się, jak kona nasza stolica – Juliusz mówił z przejęciem.
- A ty co?! Skąd? Jak? Ty co?! –plątał się czerwony jak burak pan.
- Przyglądali się, nic nie zrobili. Wcześniej we wrześniu 1939-ego roku napadli na Polskę, kiedy my zacięcie walczyliśmy z niemieckim naporem. Wbili nam nóż w plecy. Rozstrzelali tysiące polskich oficerów w lasach pod Katyniem. To jest przyjaźń? Tak zachowują się przyjaciele? –kontynuował Juliusz.
- Zamknij się gówniarzu! –Hades odzyskał mowę, krzyknął przeraźliwie –nie kłam, nie przekręcaj faktów, nie kalaj naszej polsko-radzieckiej przyjaźni.
- Nie kłamię, moi rodzice walczyli w Powstaniu, byli świadkami tamtych zdarzeń, opowiadali mi o nich.
Patrzyliśmy na Juliusza z podziwem, Sabina najbardziej, nikt z nas do tej pory nie sprzeciwiał się naukom głoszonym przez naszego pana.
Przypomniałem sobie rozmowy rodziców podczas rodzinnych spotkań, ojca nachylonego nad skrzeczącym i zagłuszanym radiem, nasłuchującego niecierpliwie.
Darek tylko spoglądał dziwnie, spod wpół przymkniętych powiek na Juliusza.
- Zabraniam tobie mówić. Koniec lekcji –nauczyciel zamknął dziennik, wziął go pod pachę i wyszedł z klasy.
Od początku istnienia naszej szkoły intensywnie rozwijało się w niej harcerstwo. W pierwszej klasie zapisano nas do zuchów, nosiliśmy metalową odznakę z białym orłem na niebieskim tle, w piątej klasie zamieniliśmy ją na krzyż harcerski. Zbiórki odbywały się w harcówce, niewielkiej salce w piwnicach szkolnych, niedaleko szatni. Drużynowym był Hades, podczas jego nieobecności drużynę prowadził Darek. Juliusz nie zapisał się do naszej grupy, chociaż gorąco go do tego namawialiśmy. Pokazywaliśmy odznaki i sprawności zdobyte na obozach harcerskich, Robinsona, odkrywcy, zwiadowcy, tropiciela i wiele innych. Nie był zainteresowany, chociaż po lekcjach, czy też w wolnych chwilach, już nie jako harcerze wyruszaliśmy na piesze, rowerowe wędrówki po bliższej i dalszej okolicy.
Pewnego razu pojechaliśmy na rowerach na dziką plażę znajdującą się niedaleko Stogów, w miejscu zasypanego dawnego ujścia Wisły do morza, rzeki która kiedyś oddzielała wyspę Westerplatte od stałego lądu. Był ciepły, słoneczny dzień, kąpaliśmy się w morzu, opalaliśmy na plaży, na której oprócz nas nikogo nie było.
- Juliusz, twoi rodzice walczyli w Powstaniu Warszawskim? –zapytała Sabina, leżąc na plecach i spoglądając w bezchmurne niebo.
- Tak –odpowiedział Juliusz- echa powstania cały czas są w ich opowieściach.
Wieczorem w powrotnej drodze Juliusz zainteresował się wieżą i ruinami stojącymi na brzegu Wisły.
- Co to za budowle?
- Twierdza Wisłoujście.
Podjechaliśmy do zaniedbanych murów ceglanych, otworzyliśmy zardzewiałe wrota, znaleźliśmy się na obszernym, zarośniętym dziedzińcu, na którego środku pięła się w górę strzelista baszta. Do tej pory nie sprawdzaliśmy podziemi bojąc się dzikich kotów, które upatrzyły sobie w nich swoją kryjówkę. Juliusz wszedł do jednego z lochów, zawołał nas. Za drewnianymi drzwiami znajdowało się niewielkie pomieszczenie.
- To może być nasza baza, siedziba, w której będziemy odbywać spotkania naszej organizacji.
- Jakiej organizacji? –nie rozumiał Darek.
- Zamiast harcerstwa stworzymy własną drużynę.
- I co będziemy robić?
- To samo co na waszych zbiórkach. Tylko z tą różnicą, że sami będziemy się organizować, sami decydować, a nie na polecenie Hadesa.
Prócz nas nikt nie interesował się zaniedbaną, stojącą na uboczu, z dala od zabudowań mieszkalnych twierdzą, nie stanowiła atrakcyjnego terenu do zwiedzania czy też zabaw. Spotykaliśmy się raz na kilka dni w zamieszkałej tylko przez dzikie koty twierdzy Wisłoujście. Juliusz przewodził naszej grupie, co nie bardzo podobało się Darkowi. W pomieszczeniu za drewnianymi drzwiami urządziliśmy sobie skarbiec, gromadziliśmy w nim wszelkie znaleziska jakie zdobywaliśmy podczas naszych rowerowych eskapad, podczas penetracji bunkrów, pozostałości okopów, żelbetowych warowni, znajdujących się w pasie nadmorskim od Mikoszewa do Nowego Portu. Po jakimś czasie nasze pomieszczenie wypełniło się starymi hełmami, bagnetami, częściami karabinów, pojemnikami z prochem, który wydłubywaliśmy z zardzewiałych łusek i który służył nam do konstrukcji petard wystrzeliwanych w Nowy Rok.
Pewnego dnia Juliusz przyniósł z domu białoczerwony sztandar, na którego środku widniał znak „P” z doczepioną u dołu kotwicą.
- To znak Polski Walczącej. Pamiątka z Powstania Warszawskiego, od rodziców. Pod tym sztandarem walczyli i ginęli powstańcy.
Znalazł stalowy drąg, który posłużył za maszt. Doczepił do niego sztandar i umocował na samym szczycie wieży twierdzy. Flaga łopotała dumnie na wietrze, widoczna była nie tylko ze statków płynących kanałem portowym, nie tylko z Westerplatte i Nowego Portu lecz również z Dolnego i Starego Miasta.
Sztandar wisiał kilka dni.
Na lekcję historii Hades przyszedł w towarzystwie nieznajomego mężczyzny. Nieznajomy oparł się o framugę drzwi i stamtąd obserwował nas. Milczał.
Za to nasz pan rzucił dziennikiem tak mocno, że aż stół się zatrząsł.
- Szef bandy z Wisłoujścia na środek klasy wystąp!! –krzyknął. Spojrzał na nieznajomego mężczyznę. Ten skinął głową.
- I członkowie bandy też!!
Zamarliśmy z przerażenia, dlaczego zaraz banda i skąd on o tym wiedział? Oprócz nas o wizytach w starej twierdzy nikt inny nie mógł wiedzieć. Nikt nawet nie mógł domyślać się, że tam spędzaliśmy wolne chwile. Czyżby któryś z nas zdradził?
Rozglądaliśmy się bezradnie nie wiedząc jaki krok uczynić. Zauważyliśmy gwałtowny ruch w pierwszej ławce. Juliusz pewnym krokiem wystąpił na środek sali.
- No tak, domyślałem się –Hades nie był zaskoczony.
Za Juliuszem wystąpił Darek, Sabina i my.
- I wy też –ni to twierdząco, ni pytająco powiedział- nie widywałem was ostatnio na zbiórkach. Mogłem się domyślić –powiedział lekko zawiedziony.
Milczący mężczyzna oparty o framugę dokładnie nam się przyjrzał, później opuścił klasę.
Po kilku dniach wrócił i zaprosił nas do pokoju nauczycielskiego. Nadal milczał. Hades też tam był. On przemówił.
- Konsekwencje waszego czynu mogą być poważne, łącznie z relegowaniem ze szkoły i bezterminowym pobytem w zakładzie poprawczym. Jednak możecie się zrehabilitować, pomyślałem, że harcerstwo wam za bardzo nie imponuje i pragniecie nowej organizacji. W naszej szkole nie ma jeszcze koła Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Będziecie pionierami. Juliusz zostanie przewodniczącym, Darek zastępcą, reszta członkami. Tutaj są deklaracje –położył na stole czyste druki- potraktujcie to jak dobrą wolę z naszej strony. Zapomnimy o waszych wybrykach.
Nie odpowiedzieliśmy, nie wiedzieliśmy co mamy zrobić. Wstąpić do nowej organizacji? Podpisać deklaracje?
- Aha, -nauczyciel jakby wyczuwał nasze wahania- dodatkowo mam kilka biletów do kina „Przyjaźń” na Długiej, na „Piękną Angelikę”. Dostaniecie je jak tylko podpiszecie deklaracje.
Po naradzie z rodzicami następnego dnia przynieśliśmy podpisane deklaracje i w tym samym dniu wieczorem obejrzeliśmy „Piękną Angelikę”.
Juliusz nie naradzał się ze swoimi rodzicami ponieważ nic im nie powiedział. Nie interesowała go również Angelika. Nic nie podpisał.
Milczący do tej pory mężczyzna powiedział wtedy do niego ze złością.
- Ja cię Sieger zniszczę!!
Juliusz odważnie spojrzał mu w oczy.
- Chce mnie pan zniszczyć czy pokonać? –spokojnie zapytał.
- Niedługo się dowiesz szczeniaku! –odpowiedział z jeszcze większą zajadłością mężczyzna.
Przewodniczącym pierwszego koła TPPR-u w naszej szkole został Darek, Sabina zastępcą a my zwykłymi członkami.
Czas nam szybko mijał, zapomnieliśmy o twierdzy Wisłoujście, w czerwcu kończyliśmy ósmą klasę i rozpoczęliśmy już przygotowania do egzaminów do szkół średnich. Z uwagi na bliskość, chcieliśmy dalej się uczyć w Liceum Ogólnokształcącym Nr 1 imienia Mikołaja Kopernika przy Wałach Piastowskich. Udało nam się, Darek, Sabina i my pomyślnie przeszliśmy przez egzaminy i znaleźliśmy się w jednej klasie.
Juliusz też pragnął do nas dołączyć, dobrze się uczył, nawet lepiej od nas i na pewno egzaminy by zdał. Jednak wynikł duży problem. Jego podanie o przyjęcie zostało odrzucone nie tylko w „Jedynce” lecz też w „Dwójce” „Trójce”, aż do „Dziewiątki”. Żadne Liceum nie chciało przyjąć podania Juliusza. To samo było z Technikami, począwszy do Technikum Łączności na Podwalu, poprzez Conradinum czyli Technikum Budowy Okrętów we Wrzeszczu, Technikum Elektryczne na Sobieskiego aż do Technikum Przemysłu Spożywczego na Lastadii, na którego wyasfaltowanym boisku często grywaliśmy w piłkę nożną.
Dowiedzieliśmy się po wakacjach, że Juliusz uczęszcza do szkoły zakładowej przy Stoczni Gdańskiej imienia Lenina i wyucza się tam zawodu tokarza-ślusarza. Straciliśmy go z oczu.
Wtorek, 15-ego grudnia 1970-ego roku.
Tego dnia na długą przerwę przed godziną jedenastą zeszliśmy do Trapezu, naszego szkolnego bufetu. Chociaż był grudzień to pogoda była ładna, przez chmury nieśmiało przebijały się promienie słoneczne. Z herbatą w jednej ręce i pączkiem w drugiej wyszliśmy na zewnątrz i usiedliśmy na ławkach przy schodach wejściowych do szkolnego gmachu. Naprzeciwko widniała brama stoczni. Usłyszeliśmy krzyki dochodzące zza niej. Wyczuwaliśmy, jaki mógł panować tam zgiełk i rozgardiasz. Ktoś od wewnątrz otworzył bramę i ze stoczni wypłynął tłum robotników, w strojach roboczych i kaskach. Szli karnie w kolumnach. Stoczniowcy powiewali biało-czerwonymi flagami, w rękach dzierżyli transparenty „Precz”, „Dosyć”, „Pragniemy wolności”.
- Juliusz idzie z nimi. W ręku ma sztandar białoczerwony, ze znakiem powstańczym! –krzyknęła podekscytowana Sabina. Poderwaliśmy się z ławek.
Szedł w tłumie stoczniowców, ubrany tak jak oni w robotniczy kombinezon, szarostalowy drelich, z kaskiem na głowie. Dumnie dzierżył sztandar, który wcześniej powiewał na baszcie twierdzy Wisłoujście. Zobaczył nas stojących na schodach, zamachał ręką jakby chciał nas zaprosić do wnętrza maszerującego pochodu.
Woźny z panią Dyrektor w popłochu zamykali drzwi, wprowadzali do szkoły uczniów wpatrzonych w manifestację. Zamknęli nas w klasach, siedzieliśmy tam wiele godzin.
Wieczorem w towarzystwie woźnego opuszczaliśmy szkołę. W mieście trwały burzliwe manifestacje i pochody, do akcji wkroczyły oddziały milicji i wojska, tłum protestujących rozpierzchł się po uliczkach naszego miasta. Kluczyliśmy próbując omijać zabarykadowane ulice i płonące budynki. Na ulicy Rajskiej dostaliśmy się w kocioł okrążony przez oddział żołnierzy, spychali nas w kierunku dworca. Woźny stracił orientację, nie wiedział gdzie ma nas prowadzić.
- Radźcie sobie sami -wreszcie powiedział i zniknął w dziurze napotkanego ogrodzenia.
Udało nam się przebić na Targ Drzewny, dalej na Podwale i Halę Targową, pod basztą Jacek w rozbitym szkle z zakładu fotograficznego, zauważyliśmy biało-czerwony sztandar i obok leżącą postać.
- Juliusz!! –krzyknęła histerycznie Sabina- To Juliusz!!
Podbiegliśmy. Leżał pobity, zakrwawiony, nieprzytomny, próbowaliśmy go cucić.
- Juliusz, Julek, powiedz coś, odezwij się –Sabina pochylała się nad nim.
Otworzył oczy, poznał nas.
- Zwyciężamy? Pokonaliśmy? –pytał nas przytomnie, lecz zaraz opadł na ziemię.
- Pokonamy na pewno. Na pewno, nie martw się. Nie przejmuj się. Leż spokojnie -odpowiadaliśmy w zdenerwowaniu na przemian.
Zatrzymaliśmy człowieka ciągnącego telewizor na sankach. Mimo jego protestów wyrzuciliśmy skrzynkę z ekranem na ulicę. Juliusza owinęliśmy sztandarem i delikatnie ułożyliśmy na sankach. Przy Żaku stała karetka pogotowia. Tam po brudnym śniegu, zaciągnęliśmy nasze sanki. Samochód był pełen poranionych ludzi, dwóch sanitariuszy spanikowanych.
- Pomóżcie panowie, mamy rannego –Sabina płakała.
Udało nam się umieścić Juliusza w karetce.
- Ja z wami, ja chcę jechać z Juliuszem! –krzyczała Sabina.
- Nie ma miejsca. Ledwie my się mieścimy. Odjeżdżamy do szpitala –nerwowo krzyknęli, karetka na sygnale ruszyła w kierunku Wrzeszcza.
Późnym wieczorem wróciliśmy na podwórko, do domu.
Po kilku tygodniach dowiedzieliśmy się od rodziców, że nie udało się uratować Juliusza. Był mocno pobity, miał duży upływ krwi, umarł krótko przed świętami Bożego Narodzenia, osiem dni po zajściach.
Ukończyliśmy szkołę, zdaliśmy maturę, drogi nasze rozeszły się.
Czas spędzony z Juliuszem pozostawił w nas ślad i niezatarte wspomnienie. Zdawało nam się, że w pewnym okresie naszego życia rozbłysła kometa, wzbiła się wysoko rozjaśniając firmament nieba, oświetliła niesamowitym blaskiem nieznane nam dotąd mroczne obszary i równie gwałtownie spadła, z impetem się rozbijając. Na efekt tego zjawiska musieliśmy jednak poczekać, pojawił się wiele lat później.

Nużyło mnie czytanie skoroszytów. Pociąg miarowo stukotał, wzmagając pragnienie snu. Spod teczki Siegera wysunęły się jeszcze dwa arkusze. „Kościół Świętego Ducha” –zobaczyłem nagłówek. Przypomniałem sobie o teczce wciśniętej przez starego adwokata w drzwiach. Postanowiłem przeczytać akta do końca.

Popielaty
W Gdańsku, pomiędzy kanałem rzeki Motławy a Kaplicą Królewską przyklejoną do kościoła Najświętszej Marii Panny, między ulicami Mariacką i Św. Ducha, oddzielonymi od siebie wąziuteńka uliczką Mokrą, tak wąską, że ledwo mieścili się na niej piesi, nie mówiąc w ogóle już o samochodach, znajdowały się dwa podwórka.
W środkowej kamienicy, przy pierwszym z nich mieszkał Popielaty z rodzicami.
Mieszkania zajmowali ludzie z różnych rejonów Polski, przeważnie robotnicy, którzy przyjechali po wojnie do Gdańska i pracowali w pobliskich stoczniach jako spawacze, ślusarze, malarze okrętowi. Żony ich znajdowały prace jako sprzedawczynie w sklepach, salowe w szpitalach, sprzątaczki w biurach. Wielodzietne rodziny nierzadko liczyły po pięcioro czy też sześcioro dzieci.
Podwórko stało się placem zabaw dla Popielatego gdy już podrósł, dla jego kolegów i koleżanek. Gwar na nim panował od rana do wieczora. Rankiem piaskownicę i karuzelę okupowały dzieci pod opieką niepracujących matek. Po południu podwórko opanowywały dzieci wracające ze szkół i tak z przerwą na obiad pozostawały na nim do wieczora. Grom i przeróżnym zabawom nie było końca. Wojna, palant, karuzela, piaskownica, trzepak, piłka, podchody, gra „w strzelanego” i zakładanie sekretów, gra w banczek czy też ciesząca się największym powodzeniem gra w „piekło i niebo”. Silny i wysportowany Popielaty przewodził we wszystkich zabawach i wyścigach odbywających się na podwórku. Po jego potężnych uderzeniach podczas gry w „piekło i niebo” piłka przelatywała na drugi brzeg Motławy, na Wyspę Spichrzów, zmuszając drużynę przeciwną do długotrwałych biegów i poszukiwań i tym samym kończąc zwycięską dla drużyny Popielatego grę.
Z nadejściem zmroku podwórko pustoszało, gasły lampy, rodziny kładły się do snu w ciasnych, przepełnionych dziećmi mieszkaniach.
Następnego dnia światła zapalały się już długo przed godziną piątą rano, praca w stoczniach, sklepach, poranne zmiany w szpitalach zaczynały się o szóstej. Mężowie w pośpiechu z wypchanymi śniadaniem kieszeniami płaszczów opuszczali progi domów udając się piechotą lub tramwajem do pobliskich stoczni, niedługo po nich matki śpiesząc się do swoich zakładów, wybiegały z dziećmi zaprowadzając je do przedszkola przy ulicy Świętojańskiej lub do żłobka przy ulicy Grobli.
Popielaty w szkole uczył się słabo, przechodził ledwie z klasy do klasy, tak jak większość jego kolegów i koleżanek z podwórka. Z wuefu uzyskiwał tylko celujące oceny. Jedyną książką, którą przeczytał bez przymusu i która wywarła na nim duże wrażenie to „Chłopcy z placu broni” a Boka, Feri Acz, Nemeczek stali się bohaterami, których pragnął naśladować..
Rodzicom nie zależało na wykształceniu dzieci, czekała ich taka sama przyszłość jaką oni mieli teraźniejszość; praca w stoczniach, warsztatach, zakładach robotniczych, w salach szpitalnych.
Popielaty raz zabłysnął na akademii szkolnej, podczas obchodów pięćdziesiątej rocznicy wybuchu wielkiej rewolucji październikowej. Został wyznaczony do wygłoszenia wiersza Broniewskiego, wyuczył się go na pamięć przy pomocy pani od polskiego. Po głębokim ukłonie przed nauczycielami i przedstawicielami gdańskiego Kuratorium deklamował:
„Kłaniam się rosyjskiej rewolucji
czapką do ziemi,
po polsku,
radzieckiej sprawie,
sprawie ludzkiej,
robotnikom, chłopom i wojsku…..”
nie dokończył, z tylnego rzędu rozległ się donośny gwizd przerwany wybuchem śmiechu. Akademię naprędce zakończono.
Popielaty nie widział swojego błędu. Na podwórku hucznie obchodzono święto pierwszego maja, rodzice z dziećmi maszerowali w pochodach dumnie dzierżąc robotnicze sztandary, portrety Marksa, Engelsa i Lenina. Uroczyście świętowano dwudziestego drugiego lipca, dzień ogłoszenia manifestu lipcowego przyjmowano jako dzień odzyskania niepodległości, dwunastego października święto ludowego wojska polskiego na cześć zwycięskiej bitwy pod Lenino. Dlatego obchodzenie rocznicy rewolucji rosyjskiej nie było żadnym występkiem zwłaszcza, że w kinach „Przyjaźń” i „Leningrad” można było obejrzeć w tym czasie za darmo kolorowe rosyjskie filmy wojenne.
Wszystko zmieniło się w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku, gdy ukończył szkołę podstawową i zapisał się do Zasadniczej Szkoły Budowy Okrętów we Wrzeszczu przy alei Karola Marksa, dojeżdżał tam w dni powszednie tramwajem numer pięć. W tym samym roku, w grudniu, w proteście robotniczym w stoczni zginął jego ojciec. Popielaty jakby przygasł, nie wydawał się taki silny i mocny za jakiego uprzednio uchodził, zamknął się w sobie, przycichł. W surowym lecz sprawiedliwym ojcu zawsze miał oparcie, jego nieoczekiwana śmierć była ogromnym przeżyciem dla kilkunastoletniego chłopca.
Został z mamą, młodszym bratem i zaledwie roczną siostrzyczką. Po zakończeniu dwuletniej szkoły zasadniczej, by podreperować domowe finanse, od razu poszedł do pracy w stoczni jako spawacz-monter. Spawał kadłuby statków, wracał późno wieczorami, praca w nadgodzinach pozwalała na lepsze zarobki. Tak mijały lata, Popielaty wrósł w stoczniowe środowisko, był dobrym spawaczem, sumiennym pracownikiem, poważanym w swoim robotniczym środowisku. Majster zapraszał go na spotkania prowadzone przez organizację partyjną, on wymawiał się brakiem czasu, nie interesowały go propagandowe spektakle, trzymał się z daleka od politycznych wydarzeń.

Złotousty
W Gdańsku, pomiędzy kanałem rzeki Motławy a Kaplicą Królewską przyklejoną do kościoła Najświętszej Marii Panny, między ulicami Mariacką i Św. Ducha, oddzielonymi od siebie wąziuteńka uliczką Mokrą, tak wąską, że ledwo mieścili się na niej piesi nie mówiąc w ogóle już o samochodach, znajdowały się dwa podwórka.
W środkowej kamienicy, przy drugim z nich mieszkał Złotousty z rodzicami.
Był jedynakiem. Nie wiadomo dokładnie od kiedy nazywano go Złotoustym. Czy już w dzieciństwie z uwagi na jego nabrzmiałe wargi, czy też później gdy w szkole podstawowej wykazywał się umiejętnościami oratorskimi? Może, gdy w trzeciej klasie przeczytał powieść Hessego i jej treść z przejęciem opowiadał kolegom w szkole na przerwach? W każdym bądź razie wszystkie dzieci pamiętały go jako Złotoustego.
Podwórko, przy którym mieszkał bardzo różniło się od podwórka Popielatego, można powiedzieć, że było całkowicie odmienne. Żadnego boiska czy też placu do zabaw, całą powierzchnię zajmowały zieleńce obsadzone drzewami i ozdobnymi krzewami. Ścieżki pomiędzy nimi utwardzono płytami chodnikowymi, okolono krawężnikami. Kilka ładnych, stylowych ławek uzupełniało sympatyczny wygląd całej przestrzeni. Na podwórku błoga cisza i spokój, małżeństwa bezdzietne, rodzice posiadający jedno, najwyżej dwoje dzieci. Mieszkańcy pielęgnowali zieleńce, rabaty, młode zasadzone przez nich drzewka, nie pozwalając swoim nielicznym pociechom na zabawy, bieganie, gry. Dlatego też dzieci przychodziły się bawić na podwórko Popielatego.
Trudno powiedzieć o przypadku, ale chyba tak przydzielano mieszkania, że w tych kamieniczkach mieszkali ludzie całkiem innych zawodów niż przy sąsiednim podwórku. Ojcowie z zawodu rzeźbiarze, architekci, inżynierowie, matki lekarki, malarki, artystki. Na podwórku Złotoustego rano nie czuło się takiej nerwowości i pośpiechu. Rodzice spokojnie się budzili o godzinie ósmej czy dziewiątej, jedynym powodem ich porannego wstawania to były dzieci uczęszczające do szkoły, co zmuszało rodziców do podania śniadania i ich wyprawienia. W domach przy podwórku Złotoustego światła paliły się do późnej nocy, chociaż dzieci już spały to dla ich rodziców dzień pracy jeszcze się nie kończył. Dopiero wówczas przychodziły do głów najlepsze twórcze pomysły, artystyczne wizje, precyzyjne inżynierskie rozwiązania.
Złotousty i Popielaty chodzili do tej samej szkoły podstawowej numer pięćdziesiąt, przy ulicy Grobli, do tej samej klasy, siedzieli w ławkach obok siebie, lecz poziom nauki jaki osiągali różnił się bardzo. Złotousty, uczył się bardzo dobrze, lepiej niż jego rówieśnicy. Był bardzo oczytany, wyróżniał się na wszystkich lekcjach, z polskiego, z matematyki, najlepszy był z historii, brał udział w olimpiadach, zwyciężał w międzyszkolnych konkursach o wiedzy.
To on właśnie donośnym gwizdem przerwał deklamację rewolucyjnego wiersza Popielatego i zarazem zakończył uroczystą akademię. Powstał harmider i zgiełk, wyprowadzono niepokornego Złotoustego z sali, dyrektorka szkoły długo tłumaczyła się przed kuratorem z zachowania ucznia.
Złotousty później dokuczał Popielatemu.
- Komu ty się kłaniasz, honoru nie masz, niewolnikiem chcesz być do końca życia?
Na podwórku Złotoustego panowała też inna atmosfera, biało czerwone flagi wisiały nad drzwiami wejściowymi do domów aż do wieczora trzeciego maja, piętnastego sierpnia uczestniczono w uroczystych mszach w Kościele Mariackim, zaś jedenastego listopada obchodzono prawdziwe święto niepodległości.
Tylko czwartkowa procesja w dniu Bożego Ciała jednoczyła mieszkańców obydwu podwórek, przystrajali solidarnie okna i ołtarz naprzeciwko, tuż przy ulicy Św. Ducha, na przedprożu kamienicy z żółwiem, gdzie mszę odprawiał młody wikary gdańskiej parafii, ksiądz Ernest.
W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku, gdy skończył szkołę podstawową, Złotousty jako wyróżniający się uczeń zdał w czerwcu egzaminy do Liceum Ogólnokształcącego numer jeden znajdującego się w Gdańsku przy Wałach Piastowskich a po jego ukończeniu studiował na wyższej uczelni, gdzie uzyskał dyplom z wyróżnieniem. To właśnie wówczas rozpoczął działalność w opozycyjnym ruchu młodzieżowym, został jednym z jego przywódców, odważny, śmiały, bezkompromisowy imponował swoim rówieśnikom.
Podczas spotkań na podwórku namawiał Popielatego do wsparcia jego ruchu. Pragnął by włączył również swoich kolegów ze stoczni.
- Twój ojciec zginął w proteście przeciw oszukańczej władzy, otumanionej przez komunistycznych siepaczy, a ty siedzisz spokojnie jakby nic się nie stało. Naszym moralnym obowiązkiem jest kontynuować tę walkę. Czy chcesz tego czy nie. Bez wysiłku nas wszystkich nie zaistnieje Polska prawdziwie wolna i niepodległa.
Popielaty tak jak partyjnemu majstrowi tak nie dawał się przekonać Złotoustemu. Myślał o matce i młodszym rodzeństwie, chciał spokojnie pracować i zarabiać pieniądze na ich utrzymanie.
Złotousty organizował i brał udział w nielegalnych manifestacjach w dniach trzeciego maja przy pomniku Jana III Sobieskiego, jedenastego listopada w kościele Mariackim, czternastego grudnia przed bramą Nr 2 Stoczni Gdańskiej, na cześć poległych w grudniu siedemdziesiątego roku stoczniowców.

Jedno z mieszkań, można to tak określić, było jakby wspólne dla obydwu podwórek. Jednopokojowe mieszkanie na parterze, znajdujące się na rogu ulicy Mariackiej i Mokrej, od strony podwórka posiadało trzy zakratowane okna. Zajmował je mężczyzna o nazwisku Zaucha. Do pracy wychodził o różnych porach, wracał bardzo późno lub w ogóle nie wracał na noc. Nikt nie wiedział kim jest z zawodu. Skibiński, sąsiad Popielatego, który pełnił społeczną funkcję blokowego (dziwne określenie przywołujące na myśl mroczne czasy wojenne), i którego zadaniem była opieka nad całym blokiem czyli rzędem kamienic przylegających do podwórka, wygadał się kiedyś, że go zna. Mówił, że Zaucha pochodzi z Podlasia, w czasie wojny walczył jako partyzant, po wojnie został funkcjonariuszem nowej władzy, że leśni podpalili jego dom, gdzie mieszkał z młodziutką żoną i kilkumiesięcznym synem. Uratował się tylko on. Przyjechał do Gdańska i zamieszkał w domu na rogu, niedaleko od Skibińskiego. Nie rozmawiał z nim, jakby się nie znali, właściwie to Zaucha z nikim na podwórku się nie przyjaźnił, traktował mieszkanie jako miejsce do przespania się i krótkiego wypoczynku. Widok z niego rozpościerał się na oba podwórka a zwłaszcza na mieszkanie Złotoustego, gdzie jedno z okien jako jedyne znajdowało się w wysuniętej poza wszystkie kamieniczki domu. Dlatego też Zaucha mógł obserwować mieszkanie Złotoustego co miało później bardzo istotne znaczenie.
Kościół Świętego Ducha
Popielatego z Złotoustym aresztowano trzeciego maja tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku na ulicy Koziej, gdy wracali z uroczystości spod pomnika Jana III Sobieskiego. Złotousty przemawiał, mówił o rocznicy konstytucji, o patriotyzmie, o wolności, o niepodległej Ojczyźnie. Popielaty dał się namówić przyjacielowi i poszedł razem z nim na manifestację.
Milicyjna nysa nadjechała niespodziewanie od strony ulicy Chlebnickiej, wtrącili ich do niej siłą, zawieźli do aresztu przy ulicy Kurkowej.
- I co inteligenciku, teraz się doigrałeś -złośliwie powiedział Zaucha do Złotoustego gdy przeprowadzono go do jego pokoju- opowiesz nam teraz skąd takie mądrości zalęgły się w twojej głowie i dlaczego je tak bohatersko wykrzykujesz.
- Pan nie ma prawa mnie zatrzymywać.
- Odkąd znalazłeś się za tymi drzwiami prawem dla ciebie jestem ja.
- Proszę mnie stąd wypuścić.
- Wypuszczę cię jak porozmawiamy o organizacji, o kolegach. Liczne miałeś grono przyjaciół, obserwowałem kto do ciebie nocami przychodzi,. Zdradzisz ich nazwiska, adresy, powiesz gdzie znajduje się drukarnia, w której drukujecie te paszkwile i mącicie w głowach ludziom ciężko pracującym -wskazał na egzemplarze Robotnika leżące na stole.
Nie - Złotousty nie zamierzał nic mówić.
Po dwóch dniach odbyło się posiedzenie sądu, prokurator oskarżył Złotoustego o próbę obalenia ustroju socjalistycznego. Groziło mu wieloletnie więzienie, sąd zatwierdził tymczasowy trzymiesięczny areszt.
Z Popielatym poszło łatwiej. Zaucha najpierw zaczął mówić podniesionym głosem, później już krzyczał.
- Co ty gówniarzu myślisz, że będziesz się bawił w politykę, powtarzał to co mówią nawiedzeni inteligenci! Przez nich zginął twój ojciec. Posiedzisz kilka lat to wówczas zmienisz zdanie. Masz schorowaną matkę, brata i siostrę na utrzymaniu. Chcesz ich wpędzić do grobu?.
Popielaty dwie noce przesiedział samotnie w zimnej, betonowej celi oświetlonej brudną, upstrzoną muchami, żarówką.
Zaucha wezwał go do pokoju przesłuchań i podsunął kartkę papieru.
- Napisz, że zostałeś otumaniony przez Złotoustego, że nie podzielasz jego przekonań i odcinasz się od organizowanych przez niego działań. Dopisz na końcu, że żałujesz i więcej nie będziesz uczestniczył w podobnych spotkaniach. Nie pozwolę by na moim podwórku działały jakieś nielegalne, wywrotowe organizacje.
Popielaty napisał to co chciał Zaucha.
- Co ze Złotoustym?
- Nie jest tak rozsądny, na razie zostanie. A ty pilnuj swojej roboty. Zapamiętaj też co podpisałeś. Nie tylko ja będę miał ciebie na oku. Będziesz pod specjalną opieką.
Popielaty opuścił ponury areszt.
Po wyroku sądu, Zaucha zamknął Złotoustego w celi ciasnej i wilgotnej, znajdującej się na ostatnim podziemnym poziomie piwnicznym.
Przyszedł do niego po kilku dniach.
- Nie takich twardzieli łamałem. Początkowo się opierali, później skamleli i błagali bym wysłuchał co mają do powiedzenia. Lepiej zdecyduj się teraz- Zaucha pochylił się, chwycił więźnia za gardło- gdzie jest drukarnia?
Złotousty milczał.
- Nie chcesz, to nie. Skruszejesz jak trochę posiedzisz samotnie w celi. Moi towarzysze jeszcze ci pomogą odzyskać pamięć.
Wezwał dwóch umięśnionych osiłków.
- Do celi. Popracujcie nad nim. Jak zacznie mówić to przyprowadźcie do mnie.
Złotoustego w kazamatach bito codziennie. Odcięty całkowicie do świata zewnętrznego zdany był na łaskę Zauchy i jego oprawców. A ci nie patyczkowali się ze swoją ofiarą. Wyżywali się nad nim, bijąc go na przemian pięściami uzbrojonymi w stalowe kastety lub wielką gumową pałą. Od bicia całe ciało miał opuchnięte, głowę poprzecinaną krwawiącymi ranami. Po dwóch tygodniach znęcania Zaucha wezwał go na przesłuchanie. Zakrwawiony, ledwo trzymający się na nogach wprowadzony został do pokoju bez okien, znajdującego się w piwnicy, gdzie urzędował Zaucha.
- I jak kolego? - Zaucha próbował być grzeczny, częstował więźnia papierosem, ten skinięciem głowy odmówił - przygotowałem oświadczenie dla ciebie, sąd zgodził się na zwolnienie jeśli podpiszesz.
Złotousty próbował skupić się, spoglądał na leżącą przed nim kartkę papieru lecz poprzez opuchnięte powieki widział tylko zamazane litery.
- Przeczytam tobie jeśli masz kłopoty, sam to ułożyłem -powiedział Zaucha- ja niżej popisany Złotousty zobowiązuję się do przestrzegania porządku publicznego w naszym kraju, nigdy nie występować przeciwko prawowitym władzom, przeciwdziałać próbom obalenia ustroju socjalistycznego. Krótko i treściwie. Podpiszesz, powiesz jeszcze gdzie ukryłeś drukarnię i możesz iść spokojnie bawić się na podwórko.
Złotousty siedział pochylony na krześle, milczał. Nie patrzył na Zauchę, nawet chyba nie miał siły podnieść głowy. Wycharczał tylko.
- Ty szpiclu.
Potężne uderzenie w głowę zmiotło go na betonowa podłogę.
- Tak do mnie!? Tak! Ja do ciebie grzecznie a ty tak! Ja się staram, piszę, biegam do sądu, proszę o ułaskawienie. A ty tak się odwdzięczasz? - Zaucha wpadł w szał, uderzał więźnia pięściami gdzie popadło, kopał, pluł, wrzeszczał.
- Nigdy - zdążył jeszcze wyszeptać Złotousty i stracił przytomność.
Wynieśli go z powrotem do celi, ocucili wiadrem wody. Przez pewien czas dali mu spokój. Nie bili, nie wzywali na przesłuchania. Do celi trafił inny więzień. Stoczniowiec Plamka, kolega Popielatego z wydziału K-2. Złapali go za rozprowadzanie ulotek na stoczniowej stołówce, osadzili w areszcie.
- Może mnie wypuszczą, przecież nic złego nie robiłem -mówił do Złotoustego.
Rzeczywiście, po dwóch dniach Plamka szykował się do wyjścia. Złotousty powiedział do niego.
- Przekaż Popielatemu. Kościół Świętego Ducha.
Zaucha wezwał Plamkę do swojego pokoju bez okien, zaraz gdy ten opuścił celę.
- Powiedział?
- Tak.
- Mów.
- Kościół Świętego Ducha.
- Nic więcej?
- Nie. Prosił by powtórzyć to Popielatemu.
- Dobrze -Zaucha był zadowolony- to idź powiedz. My już go przypilnujemy. W międzyczasie dowiemy się co słychać w kościele.
Kordon milicjantów obstawił Kaplicę Królewską przyległą do ulicy Świętego Ducha, księdza Ernesta wyciągnięto z konfesjonału.
- Gdzie drukarnia? -Zaucha stanął pod głównym ołtarzem i rozglądał się wokół - wskaże ksiądz czy mamy rozkopać cały kościół.
Ksiądz Ernest nie poddał się presji.
- Nic nie wiem o drukarni?
- To ksiądz tutaj brzdąka? -Zaucha wskazał na stojące z tyłu organy.
- Tak ja.
Zaucha ze swoimi ludźmi przetrząsali przez cały dzień wszystkie zakamarki kościoła, zeszli na dół, próbowali dostać się do podziemi, lecz długo nie ścierany kurz, wiszące pajęczyny przekonały ich, że od dawna tam nikt nie przebywał. Zaucha zainteresował się stołem do gry w ping ponga stojącym na środku garażu.
- Ktoś tu gra?
- Ministranci w wolnych chwilach. Ja z nimi często też gram.
Milicjanci przesunęli stół, próbowali zdjąć płyty znajdujące się pod nim, na nic się to nie zdało. Nic podejrzanego nie znaleźli.
Zły Zaucha odwołał akcję.
- Zachciało się bawić w konspirację. Pojedzie z nami.
- Dlaczego? W jakim celu?
- Do spowiedzi -odpowiedział bezczelnie Zaucha i skinął ręką na jednego ze swoich ludzi.
- Przycisnąć księżula aż zacznie śpiewać -powiedział stanowczo i głośno, by również ksiądz Ernest mógł to usłyszeć.

Plamka przekazał Popielatemu słowa Złotoustego.
- Wiesz teraz gdzie znajduje się drukarnia?- zapytał z nutką ciekawości.
Popielaty spojrzał uważnie w oczy Plamce.
- Coś taki ciekawy? Nie za bardzo kumasz się z Zauchą? Skąd nagle obława na Ernesta i kościół? Co kombinujesz?
- Nie, to nie jest tak jak myślisz -Plamka odwrócił się i odszedł.

Popielaty zastanawiał się. Coś mu nie pasowało. Kościół? Dlaczego kościół? U księdza się spotykali, ale to już dawno, dawno temu, grali w ping ponga, ostatnio jak byli ministrantami. Chyba, że później …gdzieś indziej. Zaczął kojarzyć pewne fakty ze wspólnych zabaw ze Złotoustym.
W nocy nie podchodząc zbyt blisko do okna, przez firankę obserwował podwórko. W mieszkaniu Zauchy światło paliło się, naprzeciwko na marmurowej ławie siedział podejrzany osobnik z tlącym się w ustach papierosem. Popielaty zastanawiał się przez chwilę, potem zszedł na dół. W dzieciństwie bawili się w piwnicach domów odkrywając korytarze prowadzące na zewnątrz. Po wojnie w przyziemiach na Głównym Mieście wybudowano na wypadek wojny schrony, połączone ze sobą i mające wyjścia w różnych częściach dzielnicy. Niektóre korytarze były zamurowane. Lecz mieszkańcy sami rozbierali ściany wykorzystując przestronne wnętrza jako dodatkowe piwnice. Popielaty kluczył pomiędzy starymi, pokrytym kurzem meblami, przeciskał się przez wąskie przejścia aż dostał się do głównego korytarza. Doprowadził on do wyjścia na terenie przedszkola przy ulicy Świętojańskiej. Tam wspiął się po stalowych szczeblach, odsunął kratę i wydostał się na zewnątrz. Ciemne niebo było przykryte chmurami, szybkim krokiem skierował się do swojej dawnej szkoły podstawowej przy ulicy Grobli. Przez okno wszedł do sali gimnastycznej, gdzie pod potężnym gotyckim filarem, przy wejściu do składzika z materacami, piłkami lekarskimi i dwoma kozłami, przez które trenowano skoki na lekcjach wychowania fizycznego, stał stół, na którym grywali ze Złotoustym w tenisa stołowego. Odsunął materace, podniósł znajdującą się po nimi klapę, zszedł do środka, tam znajdowała się drukarnia. Popielaty nie namyślał się długo, składał powielacz, zwijał papier, zbierał porozrzucane czcionki, pakował farbę drukarską. Zrobił trzy kursy ale nad ranem kompletna drukarnia znajdowała się w piwnicy, właściwie w nieczynnej, wspólnej dla całego bloku pralni, z której już nikt z mieszkańców nie korzystał, tuż, o ironio losu, pod mieszkaniem Zauchy, na rogu ulicy Mokrej i Mariackiej.

Przesłuchanie księdza rozpoczęło się zaraz na drugi dzień. Niewyspany, głodny, w pomiętej sutannie, był przygnębiony i zrezygnowany. Bezsenna noc spędzona na twardej, betonowej ławie wypełniona była obawami o przyszłość i wyobrażeniami co mogą z nim wyprawiać ci bandyci, jak ich w myślach nazywał. Pierwsze takie spotkanie z bezwzględną władzą pozostawiło trwałe ślady w psychice młodego, wrażliwego księdza. Sprawiał też wrażenie, że ukrywa jakąś tajemnicę, o której nie chciał by ktokolwiek się dowiedział. W nocy załamał się. Szlochał, na przemian modlił się, płakał.
Toteż miły i łagodny głos Zauchy go zaskoczył.
- Proszę księdza. Ja nie chcę walczyć z kościołem. Sam jestem wierzący, to znaczy kiedyś byłem, teraz nie mam czasu na sprawy pozaziemskie. Domyślam się, że ksiądz chwilowo zbłądził i nieświadomy konsekwencji wspomagał młodych ludzi, którzy zaufali kościołowi. Ale to nie tak powinno się ewangelizować młodzież. Sprowadza ksiądz ich na manowce, a oni później cierpią. Myślę, że można ten niewielki błąd naprawić. Proszę powiedzieć, gdzie Złotousty ukrył drukarnię i puścimy księdza wolno.
Ksiądz Ernest milczał, zastanawiał się nad swoim położeniem, domyślał się, że gdy znajdą drukarnię to dadzą mu spokój i nie będą drążyć innych spraw.
Zaucha cierpliwie czekał, nogi położył na stole, patrzył bezmyślnie w przeciwległą ścianę.
- Drukarnia jest w szkole podstawowej przy Grobli, w sali gimnastycznej, w schowku na przyrządy sportowe - w końcu cicho powiedział zdesperowany ksiądz.
Zaucha błyskawicznie zdjął nogi ze stołu, powstał, chwycił Ernesta za ramię.
- Jedziemy -powiedział.
Zdziwiony woźny otwierał drzwi szkoły i prowadził do sali gimnastycznej Zauchę, księdza Ernesta i dwóch jeszcze nieznanych mu cywilów.
Schowek był pusty, na ziemi leżały tylko fragmenty Robotnika pomazane farbą drukarską.
- Zamknąć księżula z powrotem - wściekły Zaucha syknął do swoich ludzi.

Popielaty spotkał się w stoczni z Plamką.
- Słuchaj Plamka, nie powiem chłopakom na wydziale nic o twoich kontaktach z Zauchą, chociaż i tak na ciebie spoglądają podejrzliwie, ale chcę wiedzieć co się dzieje ze Złotoustym.

Złotousty czuł się fatalnie. Po nieudanej akcji poszukiwania drukarni, oprychy Zauchy dalej się nad nim znęcali. Powróciły bicia i przesłuchania.
- Dostaniesz wysoki wyrok, nie wyjdziesz tak prędko, zgnijesz tutaj. Opowiedz o kolegach, o swoich kontaktach, o przygotowaniach do waszej rewolucji jak to ładnie opisujecie, kto, z kim i na co się umawia? Nie wspominam już o drukarni, którą zgodnie z twoim przekazem zlikwidowaliśmy. Milczysz? Dlaczego nie chcesz zgodzić się na współpracę? Możesz wyjść i spokojnie sobie żyć. Nie rozumiem tego -dziwił się Zaucha.
- Tacy jak ty nigdy tego nie zrozumieją. Znamienitsi, waleczniejsi ode mnie przebywali w tym miejscu. I nie ulegli.
- To ja cię tak urządzę, że ty ulegniesz! -zakończył rozmowę mocnym uderzeniem pięścią uzbrojoną w kastet, w szczękę Złotoustego, tak że ten plując krwią, wywrócił się na podłogę razem z krzesłem na którym siedział.

Plamka doniósł Popielatemu, że Złotousty jest bity i męczony. Bardzo marnie wygląda, na dodatek ostatnio rozpoczął głodówkę, protestując w ten sposób na bezprawne jego uwięzienie i upokarzające bicie.
Popielaty uruchomił drukarnię. Drukował ulotki z hasłami, które przepisywał z Robotnika i takie które sam układał. „Uwolnić Złotoustego!”, „Precz z fałszywą władzą!”, „Wolność dla więźniów politycznych!”, „Niech żyją Wolne Związki Zawodowe!”. Komponował tez dłuższe teksty, „Nie pomogą wam wasze partyjne zjazdy, fałszowane wybory, otumanianie społeczeństwa natchnionymi przemówieniami, wasze rządy niedługo się skończą”.
Część ulotek rozrzucał na ulicach Głównego i Starego Miasta wczesnym rankiem idąc do pracy, resztę na terenie stoczni. Wtajemniczył kilku kolegów z wydziału, których dyskrecji był pewien, przynosił im ulotki, oni rankiem rozrzucali je w kolejce, na dworcach Wrzeszcza, Oliwy, Przymorza.
„Uwolnić Złotoustego!” stało się znanym dla większości gdańszczan żądaniem.

Złotousty wyszedł z aresztu trzeciego sierpnia, po trzech miesiącach więzienia, bicia, poniewierania i poniżania. Nie udowodniono mu próby obalenia siłą ustroju socjalistycznego.
- Co oni z tobą zrobili! -wykrzyknął Popielaty gdy zobaczył wychudzoną postać przyjaciela. Twarz miał pociętą bliznami, poruszał się niepewnie jakby bojąc się, że straci równowagę i upadnie.
- Dziękuję wam chłopcy.
- To my dziękujemy tobie Złotousty. Ty najwięcej przecierpiałeś.
- Jeśli moje cierpienie pozwoli zrzucić jarzmo komunizmu z Polski to mogę nadal cierpieć -uśmiechnął się smutno Złotousty.
- Nie podarujemy im tego. Poczują jeszcze naszą siłę.

Strajk rozpoczął się czternastego sierpnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego roku, na porannej zmianie i trwał ponad dwa tygodnie. Popielaty aktywnie w nim uczestniczył, Złotousty odwiedzał często jego i strajkujących stoczniowców.
Trzydziestego pierwszego sierpnia, wieczorem Popielaty zwycięsko wrócił na podwórko.
- Zwyciężyliśmy -powiedział do Złotoustego- Jesteśmy wolni, tak jak tego pragnąłeś Złotousty. Tak jak o tej wolności marzyłeś, tak jak o nią zawzięcie walczyłeś. Wolności teraz nam już nikt nie odbierze.

Złotousty zmarł niedługo po opisanych wyżej wydarzeniach. Popielaty był pewien, że do śmierci przyczyniły się tortury i bicie jakich doznał w areszcie przy ulicy Kurkowej.
Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości próbował oskarżyć z tego powodu Zauchę lecz ten zapadł się jakby pod ziemię, wyprowadził się z mieszkania z zakratowanymi oknami na rogu ulic Mariackiej i Mokrej.
Stoczniowiec Plamka po wypadku w stoczni pobiera pracowniczą rentę, mieszka nadal w Gdańsku.
Ksiądz Ernest został zamordowany w niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach.
Popielaty w dwutysięcznym szóstym roku wraz z rodziną wyemigrował do Norwegii, pracuje w stoczni w Bergen, w swoim zawodzie, jako spawacz, do emerytury brakuje mu kilku lat. Nie przyjeżdża do Gdańska.

V
Dojechaliśmy do miejscowości Grabina-Zameczek. W oddali widoczny był zarys Zamku. Kobieta otworzyła okno w przedziale, wyglądała przez nie.
- Mała, niepozorna stacyjka. Wysiadamy?
Na peronie dyspozytor dawał znaki maszyniście. Ludzie opuszczali przedziały, gromadzili się na rampie. Od strony Zamku pojawił brodaty mężczyzna z pomocnikiem. Brodacz i Świński Ryj. Oszacowali ilość ludzi na peronie i jaki czas będzie potrzebny na ich rozprowadzenie.
- Szanowni państwo, bagaże proszę zostawić na rampie, później wrócą do właścicieli. Niczego z sobą nie zabieramy.
Ludzie, acz niechętnie układali walizki, plecaki, torby na nawierzchni rampy. Brodacz wyciągnął z kieszeni listę, wyczytywał z niej nazwiska i przydzielał każdemu numer. Numery były wytłoczone na metalowych tablicach pokrytych białą emalią i pomalowane w kolorze niebieskim. Świński Ryj wyjmował je ze skrzyni stojącej na peronie, zawieszał je za pomocą dołączonych do tablic skórzanych szelek każdej wyczytanej osobie. Tablice były podwójne, umieszczone na piersi i na plecach, tak by odczyt numeru był widoczny z każdej strony. Starsi nie odczuwali ciężaru tablic, jednak dla dzieci dźwiganie było bardzo uciążliwe, niektóre z nich schylały się pod ich ciężarem. Wyczytywanie nazwisk trwało bardzo wolno, ludzie napierali na Brodacza, chcieli jak najszybciej otrzymać swój numer.
- Spokojnie, spokojnie- krzyczał - wszyscy wyczytani otrzymają numery. Proszę się niepokoić, każdy z listy na pewno otrzyma swoje tablice.
Procedura przydzielania numerów była długa, niektóre nazwiska powtarzały się, niektóre napisane były z błędami, wyjaśnianie trwało. Po czasie uporano się z wszystkimi tablicami, przydzielono je ludziom czekającym na rampie.
- Wszyscy przejdą na Plac Centralny, za fosę - Brodacz zakończył wyczytywanie nazwisk.
Czekałem na przydział numeru dla siebie. Brodacz wyczytywał kolejno nazwiska lecz mojego wśród nich nie było. Chciałem interweniować lecz uprzedziła mnie korpulentna kobieta, z którą siedziałem w przedziale.
- A ja!! - krzyknęła - nie otrzymałam numeru.
- Bez numeru pani nie pójdzie -odpowiedział Świński Ryj.
- Nie pójdę?! Mój synek ma numer - wskazała na malca uginającego się pod ciężarem stalowych tablic -Nie zostawię go przecież.
- Pani tablicy nie ma – Brodacz rozłożył bezradnie ręce.
Kobieta była zdenerwowana– Jak to nie ma. Musiała zajść pomyłka - chwyciła tablicę kobiety obok, próbowała zdjąć jej z pleców - Musiała zajść pomyłka.
Kobieta opierała się.
- Proszę zostawić, to moja tablica, to mój numer.
Doszło do szarpaniny między kobietami. Chłopczyk stał obok i płakał.
- Mamo, mamusiu, nie kłóćcie się, ja tobie oddam moją tablicę - próbował zdjąć ją z pleców.
-Zostaw chłopcze -Brodacz rozdzielił szamoczące, zwrócił się do korpulentnej kobiety - Proszę nie czynić rozgardiaszu, pójdzie pani bez tablic, tylko proszę trzymać chłopca za rękę. Będziecie mieli wspólny numer.
- Dziękuję panu, dziękuję – uradowana kobieta chwyciła mocno synka za rączkę.
Kolumna ludzi ruszała.
- Ja nie dostałem numeru! - krzyknąłem.
Brodacz zatrzymał się, przeglądał listy.
- Pana nazwiska nie ma. Nie mogę przydzielić panu numeru.
- Co mam uczynić?
Brodacz zastanawiał się, szeptał ze Świńskim Ryjem, odeszli na bok.
Właściwie to miałem dosyć. Tej podróży, ludzi, rampy, rozdzielania tablic. Krzyknąłem tylko tak dla formalności, chcąc się upewnić, że nie ma mnie na liście. Właściwie to byłem zadowolony, że nie wyczytano mnie, ulżyło mi ponieważ odczuwałem już trudy jazdy pociągiem, nerwowa atmosfera podczas przeciągającego się postoju na rampie stawała się też nieznośna, zniechęciła mnie. Chciałem wracać, funkcja obrońcy jaką mi przydzielono oddalała się. Ale nie rozpaczałem z tego powodu, obrona moich klientów wśród targanego emocjami tłumu nie podobała mi się. Poprzednie starania by zdobyć tę funkcję wydały się śmieszne i pozbawione sensu. Nawet słowa starego adwokata bym walczył i nie poddawał się nie stanowiły zachęty do dalszego działania.
Ludzie niecierpliwili się, chcieli udać się już na Plac Centralny.
- Panie, nie zawracaj pan głowy, jeśli nie ma pan przydzielonego numeru to nie może pan z nami iść. Tylko ci co mają numery mogą przejść dalej - krzyknął mężczyzna z tłumu.
- Tak, tak, nie zatrzymuj pan nas, dość już się naczekaliśmy - dodała korpulentna kobieta, która jeszcze przed chwilą walczyła o tablice.
Brodacz po konsultacji ze Świńskim Ryjem wrócił przed tłum.
- Tak, ci państwo mają rację, nie może pan z nami iść.
- To w takim razie co mam zrobić? - powtórzyłem.
- Proszę wracać.
- Z powrotem?
- Tam skąd pan przyjechał. Pociąg jeszcze stoi przy rampie.
- Tyle trudu, tyle czekania i wszystko na nic? Wracać? Jestem obrońcą, wśród tego tłumu są ludzie, których będę bronił, mam obowiązek być z nimi –mówiłem, by być pewnym, że powrót nie będzie wynikiem mojego zaniedbania czy też irytacji lecz będzie spowodowany obiektywnymi przyczynami, nie otrzymałem numeru i kazano mi wracać. Nie dopuszczono mnie do wykonania zadania chociaż bardzo chciałem, starałem się i wykorzystałem wszystkie możliwości. To nie jest moja wina. Tak sobie tłumaczyłem mój powrót.
Brodacz nie zwracał uwagi na moje rozterki. Stanął na czele kolumny uformowanej z ponumerowanych metalowymi tablicami ludzi i już kierowali się w stronę Placu Centralnego.
Zastanawiałem się jeszcze przez chwilę.
- W takim razie nie mam czego tu szukać - powiedziałem do siebie i poszedłem w drugą stronę, w kierunku pociągu stojącego na peronie, tak jakby oczekiwał mojego przyjścia..
Pociąg jeszcze stał, lecz lokomotywa już podczepiona była z drugiej strony, także wagony były przygotowane na powrót do Gdańska.
Konwojent zauważył mnie.
- A pan dokąd?
- Z powrotem.
- Z powrotem?
- Tak.
- Dlaczego?
- Nie przydzielono mi numeru. A bez numeru nie mogłem udać się na Plac Centralny.
- To proszę wsiadać. Za chwilę ruszamy.
Otwierałem już drzwi od wagonu, gdy zauważyłem biegnącą w moją stronę młodą dziewczynę. Rudowłosa, trzymała w ręku metalową pokrytą emalią podwójną tablicę na skórzanych szelkach.
- Mam, mam, znalazłam proszę pana -krzyczała uradowana biegnąc - proszę nie odjeżdżać.
Poczekałem na nią. Przybiegła zdyszana i zmęczona dźwiganiem ciężaru, który rzuciła pod moje nogi.
- Znalazłam pański numer. Tablica była w krzakach, przysypana ziemią. Jakby ktoś specjalnie chciał ją ukryć. Ale udało mi się ją odkopać, szelki wystawały spod ziemi.
Podniosłem tablicę, rękami ją oczyściłem.
- 108 - odczytałem widniejący na nich wypukły, niebieski numer.
- To pańska tablica? Pański numer? - odezwał się zaciekawiony konwojent.
- Nie wiem, nie wiem, chyba mój. Tylko ja nie otrzymałem tablicy. Tylko mnie nie wyczytano. Chociaż była kobieta, lecz dano jej wspólny numer z dzieckiem.
Maszynista z lokomotywy dawał znak odjazdu.
Wahałem się, wracać na dworzec czy iść na Plac Centralny? Ale przecież już zdecydowałem. Konwojent stał na stopniach pociągu.
- Wsiadasz pan?
-Nie wiem, nie wiem. Chyba wsiadam. Już przecież byłem pewny, że wracam - położyłem tablicę na rampie, wchodziłem na stopnie wagonu.
- Zanieś ją z powrotem - krzyknąłem do rudowłosej dziewczyny.
- Jak pan tak może? Przecież to pańska tablica, pański numer - była zawiedziona - Tak nie można, pan nie ma prawa się wycofać gdy znalazł się przydzielony numer. Wszyscy przecież poszli, mężczyźni, kobiety, starcy, dzieci. Nawet ta korpulentna pani dzieckiem, razem ze wspólną tablicą. A pan ma przecież swoją własną.
- Nie wiadomo czy jest moja - odparłem coraz bardziej poirytowany.
Konwojent się odezwał.
- Proszę zostać. Może będzie coś interesującego, ciekawego. Później będzie pan żałował.
Pociąg już ruszył, stałem na stopniach, widziałem rudowłosą dziewczynę na rampie, trzymającą tablicę z numerem 108, z moim numerem. Stchórzyłem.
„Później będę żałował? Nie, nie wysiądę, tak się obawiałem tej chwili, tak się w skrytości ducha ucieszyłem, gdy mnie nie wyczytano i nie przydzielono numeru. Tak mi ulżyło. I teraz miałbym postanowić inaczej? Wrócę do domu i będę bezpiecznie nadal żył. A tu w Grabinie Zameczku nie wiadomo co mnie czeka? Może powolna udręka? Bojaźń, strach? Może śmierć?”.
Pociąg nabierał rozpędu, rampa się kończyła.
Wyskoczyłem w ostatniej chwili. Potknąłem się, prawie upadłem.
- Powodzenia! - usłyszałem z oddali głos konwojenta.
Wyprostowałem się i poszedłem w kierunku Rudowłosej by odebrać tablicę i zawiesić ją sobie na piersi.
- Jesteś stąd? - zapytałem ją.
- Mieszkam niedaleko we wsi.
- Jak masz na imię?
- Donna.
- Często przyjeżdżają podobne transporty?
- Ten jest pierwszy. Nie mogły przyjeżdżać wcześniej ponieważ tory doprowadzono niedawno, rampę też dobudowano dopiero teraz. Wcześniej dowożono ludzi ciężarówkami.
- Co się z nimi dzieje?
- Teren pilnowany jest przez pomocników Brodacza. Raz udało mi się niepostrzeżenie wejść na wysokie drzewo. Z góry widziałam ludzi na Placu Centralnym przy Zamku.
- Co zobaczyłaś?
- Człowieka w purpurowym, złoconym stroju, w ręku dzierżącego srebrną laskę. Ludzie podchodzili pojedynczo, parami, nawet całymi rodzinami. Taki pan, bardzo brzydki, siedzący po prawej stronie wypowiadał kilka słów, nikt nie wsłuchiwał się w nie za bardzo. Po zakończeniu mowy, człowiek z srebrną laską wskazywał jeden z dwóch budynków znajdujących się na obrzeżach Placu. Wówczas wkraczał Świński Ryj, otwierał drzwi i wprowadzał ludzi do niego. Tyle widziałam.
- Co się działo z tymi z ludźmi?
- Gdy ludzie przekroczyli próg budynku Świński Ryj zaryglował za nimi drzwi. Nic nie mogłam dojrzeć.
- Co tam mogło się wydarzyć?
- Pan sam zobaczy, przecież ma pan numer, zaraz znajdzie się pan na Placu Centralnym.
- Mam dziękować za twoją przysługę czy zamartwiać, że znalazłaś moją tablicę? Trochę obawiam się.
- Niech pana szczęście poprowadzi.
Oddaliła się w stronę swojej wioski, ja pośpieszyłem w kierunku górującego nad okolicą Zamku.

Plac Centralny znajdował się na wzgórzu, na którego północnym zboczu usadowił się majestatyczny, ceglany Zamek. Razem z Placem otoczony był fosą wypełnioną wodą z kanału rzeki Kłodawy, która piętrzona na pobliskim jazie, poprzez podziemny syfon dostarczana była do młyna wodnego znajdującego się u podnóża Zamku. Powyżej jazu przepływ w korycie zasilany dodatkowo był wodami rzeki, Bielawy. Woda z młyna po wykorzystaniu jej wracała do kanału i wpływała w nurt trzeciej rzeki, Motławy. Ten misternie skonstruowany kilkaset lat wcześniej, z trzech rzek, węzeł hydrotechniczny pozwalał na bezpieczne funkcjonowanie Zamku w kilku aspektach. Po pierwsze dostarczał mieszkańcom świeżą i czystą wodę, poprzez wypełnioną fosę zapewniał bezpieczeństwo, dodatkowo woda była wykorzystywana w celu nawadniania uprawnych poletek znajdujących się na terenie okolonym fosą oraz do pracy młyna, napędzała koło młyńskie. Zamek był samowystarczalny, można powiedzieć, że w przypadku zajścia jakich nieprzewidzianych okoliczności, na przykład odcięcia od świata zewnętrznego z powodu jakieś katastrofy czy też innego zdarzenia, mieszkańcy jego mogli funkcjonować bezpiecznie przez kilka tygodni a nawet miesięcy.
Droga na Plac Centralny prowadziła przez drewniany, zwodzony most na fosie. Przeszedłem przez ten most w ostatnim momencie, gdy już podnosił się do góry. Przeskoczyłem z krawędzi fosy na wznoszące się przęsło mostu, po kilku minutach znalazłem się na Placu Centralnym. Przy moście został strażnik obsługujący ręczny mechanizm podnoszenia mostu, bez jego zgody nikt już nie mógł przedostać się na drugą stronę fosy. W tej chwili wszyscy, którzy się tam znaleźli byli pozornie bezpieczni, lecz też nie mogli już swobodnie przejść na drugą stronę. Znalazłem się pośród nich.
Na południowym zboczu wzgórza po drugiej stronie Placu Centralnego znajdowały się dwa budynki, murowane spichlerze oznaczone dużymi, koślawymi, namalowanymi białą farbą numerami, 1 i 2. Stalowe bramy, zabezpieczane żelaznymi sztabami znajdowały się na frontowych ścianach. Oba spichlerze połączone były niewielkim łącznikiem znajdującym się na ich końcu. Była to drewniana szopa, do której można było wejść tylko poprzez jeden ze spichlerzy, numer jeden lub dwa. Przy budynkach stała ich obsługa, było to kilku osobników z ponurymi twarzami, ubranymi w postrzępione surduty, na nogach mieli gumofilcowe kozaki. Na pierwszy rzut oka sprawiali wrażenie Łachmaniarzy. Wzrok ich jednak był poważny i gniewny. Swoim wyglądem wzbudzali strach. Na Placu Centralnym Brodacz formował kolumny, ustawiał przybyszów w poszczególnych szeregach zgodnie z numerami na emaliowanych tablicach.
- Proszę cierpliwie czekać, cierpliwie czekać.
- Panie Brodaczu proszę o wyjaśnienie. Dlaczego nas wezwaliście? W jakim celu tu nas przywiedliście? – ludzie wydawali się być znużeni podróżą, wędrówką i teraz oczekiwaniem.
- Zaraz, zaraz wszystko się wyjaśni. Proszę cierpliwie czekać - powtarzał lekko zdenerwowany, spocony wymachiwał pałką. Świński Ryj mu wtórował cicho pod nosem mrucząc.
Czekałem razem z ciżbą ludzką. Spoglądałem ciekawie na moich pasażerów z pociągu. Obserwowałem.
Korpulentna kobieta z małym dzieckiem, ciemnooki, kaszlący młodzieniec, kobieta z gromadką dzieci, mały chłopiec z koszykiem w ręku, młoda dziewczyna, brzuchacz w przybrudzonym podkoszulku, mężczyzna w średnim wieku, starsza kobieta, młody chłopak, dziewczyna z zajęczą wargą, karzeł z wielkimi dłońmi, człowiek z matowym nosem, mężczyzna ze świętym obrazem, dziewczynka z chusteczką na głowie, mały chłopczyk, mężczyzna w niebieskiej pidżamie, młodzieniec w słomkowym kapeluszu, człowiek z krową na łańcuchu.
Wśród stłoczonej gromady nie rozpoznawałem mężczyzn, których miałem bronić. Nie było ich też w pociągu. Zdjęcia, które otrzymałem od starego mecenasa pochodziły z ich młodzieńczego wieku. Próbowałem je dopasować do przebywających na Placu osób. Nikt im nie odpowiadał, z resztą teraz pewnie wyglądali inaczej. Nie byłem pewien kogo mam bronić? Czy oni byli wśród zdenerwowanego tłumu?
- Ile można czekać -rozległy się pierwsze okrzyki.
Brodacz dał znak. Tłum ucichł. Na dziedzińcu zamku ukazała się kilkuosobowa świta. Na czele kroczył Sędzia ze srebrną laską i berłem, na głowie miał owinięty złoconym papierem wymięty kapelusz, za nim Profesor Mieczysław G. w czarnym garniturze z krwistoczerwonym żabotem, później Władzio z babcią Eryką, ubrani w granatowe płaszcze, Brodacz i Świński Ryj w swoich zabrudzonych surdutach dołączyli na końcu. Orszak sprawiał nieprzyjemne wrażenie. Miny mieli poważne, silili się na dostojność lecz ja wyczuwałem kpinę i pogardę jaką darzyli oczekujących. Wszyscy oni, łącznie z babcią Eryką byli boso, nagie stopy stykały się z ziemią. Doszli do wzgórza górującego nad zamkową fosą, mieli dobry widok na ludzi tłoczących się na dole. Sędzia rozsiadł się na drewnianym, odrapanym krześle, nagie stopy oparł o ziemię, Profesor G. stanął po jego prawej stronie, po lewej przysiadł Władzio, na drabinie, którą z tyłu podtrzymywała babcia Eryka. Brodacz ze Świńskim Ryjem rozstawili się po bokach, każdy po przeciwnej stronie, uważnie obserwowali reakcję zebranych, przygotowani na możliwie szybką interwencję. Tłum otoczyła gromada Łachmaniarzy, uniemożliwiając samowolne opuszczenie przydzielonych miejsc. Sędzia uderzył kosturem w ziemię, zwrócił się do ludzi, którzy przyglądali się mu z zaciekawieniem.
- Dziękuję Państwu za przybycie na otrzymane wezwania. Z raportu wynika, że stawili się wszyscy. Ci co nie zostali wezwani też niedługo się tu zjawią i staną na tym Placu. Planuję krótkie i sprawne zakończenie waszych spraw, tak by nie zajęło to zbytnio czasu. Proszę rozpocząć odczytywanie - zwrócił się do Profesora. Ten wyjął z tylnej kieszeni spodni pogniecioną kartkę, zapisaną kopiowym ołówkiem. Rozpoczął powolne wyczytywanie osób, które były zapisane na liście. Nie wyczytywał jednak nazwisk lecz tylko numery i to nie w kolejności. Próbowałem znaleźć klucz w jakim porządku były one wyczytywane, nie udawało mi się, być może Profesor wyczytywał je chaotycznie, przypadkowo natrafiał na numer swoimi krótkowzrocznymi oczyma.
- Dwadzieścia cztery - krzyknął.
Z tłumu wystąpił ciemnooki, kaszlący młodzieniec.
- Jest, numer dwadzieścia cztery – jakby z dumą powiedział, pragnąc podkreślić, że został wyczytany jako pierwszy.
- Do komory - Sędzia głośno powiedział, wskazując laską na murowany barak po prawej stronie dziedzińca.
Brodacz objął kaszlącego młodzieńca za szyję.
- Do której? -zapytał sędziego.
- Do komory numer jeden – odpowiedział.
Poprowadził młodzieńca do murowanego baraku, na którego frontowej ścianie białą farbą koślawo wymalowany był numer jeden. Jeden z Łachmaniarzy otwierał wrota, Brodacz wprowadził młodzieńca w czeluść, zaryglowywał wrota.
- Dwadzieścia pięć do trzydzieści dwa - wywoływał Profesor.
- Jesteśmy! - krzyknęła kobieta z gromadką dzieci. Prowadziła je jedno za drugim, szły w szeregu za nią trzymając się za rączki, jak małe kaczątka za prowadzącą dojrzałą kwoką.
- Do komory numer jeden - sędzia wskazał kosturem.
Brodacz kierował matkę z gromadką dzieci do komory numer jeden, dzieci lekko się opierały lecz Świński Ryj już je popychał obiema rękami, później, jak tylko znaleźli się za wrotami komory, szybko zaryglował drzwi.
- Następni -krzyknął Brodacz do Sędziego.
Wyczytywał następne numery. 34, 242, 48, 4, 18, 26 …….. Komora numer jeden szybko się zapełniała. Przy jej wejściu powstało zamieszanie. Mały chłopiec, któremu udało się przemycić koszyk z jedzeniem, już po wyczytaniu stał z boku, czekając spokojnie na wejście do komory. Chwila ta przedłużała się, on niecierpliwił się, przestępował z nogi na nogę, wychylał się, niespokojnie obserwował kiedy będzie mógł się dostać do drzwi, które otwierał i zamykał Łachmaniarz. Myślał, jak tu się dostać przed kolejkę, bardzo chciał ponieważ jego mama już zniknęła za drzwiami komory, wreszcie skoczył, minął kilkoro ludzi stanął bezpośrednio przed drzwiami.
- O jaki cwaniak! - krzyknęła młoda dziewczyna, szarpnęła go za ramię - każdy by tak chciał, byle szybciej. A tu trzeba trochę postać, pomęczyć się. Wracaj z powrotem ale już -pociągnęła go gwałtownie. Koszyk wypadł z jego ręki, kilka niedobranych ziemniaków, kromka suchego chleba, pół główki kapusty i trzy marchewki obsypane ziemią.
- Jeszcze przemyca jedzenie.
Łachmaniarz cofnął chłopca z powrotem w kolejkę, koszyk z żywnością odrzucił na bok, do leżących nieopodal odpadów. Świński Ryj szepnął do Brodacza.
- Komora numer jeden zapycha się. Kąpielowy nie nadąża wydawać ręczników, ludzie zbyt wolno rozbierają się.
Brodacz dał znak Sędziemu.
- Pełna, pełna - powtarzał bezgłośnie szeroko otwierając usta.
Sędzia zrozumiał.
- Do komory numer dwa - wskazał swoim kosturem następnego człowieka, był nim brzuchacz w przybrudzonym, niegdyś śnieżnobiałym podkoszulku.
Brzuchacz zbuntował się.
- Dlaczego numer dwa? Wszyscy poszli do numeru jeden. Ja też tam chcę. Chcę do komory numer jeden. Tam gdzie wszyscy. Nie chcę do komory numer dwa.
- Nie ma miejsca człowieku - odpowiedział Świński Ryj - komora numer jeden jest zapchana, musimy odczekać aż się rozluźni.
- Rozluźni? Zapchana? Co to znaczy? Co to za słownictwo? - Chcę do komory numer jeden i już. Nigdzie indziej nie pójdę - brzuchacz w przybrudzonym podkoszulku zaparł się.
Brodacz dał znak Łachmaniarzom, chwycili brzuchacza za ręce i przemocą doprowadzili go do komory numer dwa. Wierzgał jeszcze nogami, ale poradzili sobie. Wepchnęli i zaryglowali wrota komory. Słychać było jeszcze jego uderzenia w drzwi od wewnątrz, po chwili wszystko ucichło, nastała cisza.
Sędzia kontynuował swój przewód.
- Następny numer proszę, osiemdziesiąt cztery
Mężczyzna w średnim wieku zmęczony oczekiwaniem przykucnął i w napięciu oczekiwał na swoją kolejkę, teraz poderwał się. Równocześnie z nim z tłumu wystąpiła starsza kobieta.
- Jestem – krzyknęła szybko, kątem oka spostrzegając powstającego mężczyznę.
- To mój numer – wskazał na tablicę zawieszoną na piersi.
- Mój też – kobieta pokazywała swoją tablicę.
Sędzia zwrócił się do Profesora, ten spojrzał na Władzia i babcię Erykę, odpowiedzialnych za przygotowanie tablic.
- To Świński Ryj pomieszał – babcia Eryka odpowiedziała – miał zapasowe tablice, pewnie wydał dodatkowo.
Sędzia zawyrokował.
- Pan do komory numer jeden, pani do numer dwa.
- Nie, nie zgadzam się – krzyknęła kobieta -chcę tak jak wszyscy do komory numer jeden. Ten pan niech idzie do numeru dwa.
- Sędzia przydzielił mi komorę, dlaczego mam z niej rezygnować? – odpowiedział mężczyzna – Nie zgadzam się na zamianę.
- Skąd wiecie, która komora jest lepsza? – wtrącił się Władzio, zszedł z drabiny – No skąd? Przecież nie wiecie co jest za ich wrotami. Może to samo w każdej z nich. Po co się sprzeczać.
- Wszyscy szli do komory numer jeden – odpowiedział lekko stropiony mężczyzna w średnim wieku.
- No tak, szli, ale się zapchała.
Mężczyzna nie słuchał Władzia.
- Ja pierwszy się zgłosiłem i mi się należy komora numer jeden.
- Ja nie ustąpię, to mój numer – kobieta była uparta.
Sędzia myślał przez krótką chwilę.
-W takim razie odbędzie się losowanie – zarządził - Władziu, wykonaj.
Władzio usłużnie skinął głową, wyciągnął obie ręce z zaciśniętymi pięściami do przodu.
- W jednej z nich jest złota kula. Kto na nią trafi wybiera komorę. Kobieta pierwsza – zwrócił się do stojącej naprzeciwko, oczekującej w napięciu kobiety.
Ona wahała się, spoglądał to na jedną to na drugą rękę, nie mogła się zdecydować, jakby od tego wyboru zależało je życie. Być może miał nawet rację.
- Nie mogę, nie mogę, muszę pomyśleć – mówiła roztrzęsiona.
- W lewej, w lewej ręce, tej od serca – podpowiadał mężczyzna.
Kobieta zwiedziona podpowiedzią wskazała na lewą rękę. Władzio otworzył zaciśniętą pięść. Była pusta.
Kobieta płaczliwie mówiła – To się nie liczy, ten pan mi podpowiedział, on mi źle podpowiedział -kobieta płakała- To się nie liczy! To się nie liczy.
Mężczyzna doskoczył do Władzia - Otwieraj drugą pięść, szybko otwieraj! - Rozsuwał jego palce, był silniejszy, w ręce nic nie było.
- Oszust, wredny oszust! Tu nie ma żadnej złotej kuli. Mamisz nas obietnicami, oszukujesz, kłamiesz - mężczyzna był wzburzony.
Kobieta przestała płakać, razem z mężczyzną atakowali Władzia. Sędzia wezwał do siebie Świńskiego Ryja, tłumaczył naprędce.
- Dobrze. Idziecie oboje do komory numer jeden. Już się rozluźniła. Zostawcie Władzia – powiedział Sędzia spokojnym tonem. Oni uspokoili się, odprowadzeni zostali do komory numer jeden. Tak jak sobie życzyli. Świński Ryj zaryglował za nimi wrota. Profesor wyczytywał.
- Pięćdziesiąt sześć.
Młody chłopak wzdrygnął się, to był jego numer.
- Nie to nie do wiary, same parzyste, cały czas wywoływane są parzyste numery. To kiedy będą nieparzyste? – dziewczyna o pięknych, ciemnych włosach zaprotestowała. Była piękna lecz miała jedną rzucającą się natychmiast w oczy wadę. Miała wysuniętą zajęczą wargę, co nadawało jej trochę dziwny wyraz twarzy.
Sędzia zwrócił się do Profesora.
- Skąd taka reguła?
- Przypadek, czysty przypadek. Zaraz pojawią się numery nieparzyste. Wszyscy będą zakwalifikowani. Na pewno. Nikt nie pozostanie bez przydziału.
- Dlaczego więc parzyste. Kiedy będą nieparzyste? – powtarzała ciemnowłosa piękność z zajęczą wargą.
- Będą, będą, już zaraz będą. Proszę czekać cierpliwie - Profesor lekko się zdenerwował.
- Ile można, ile można – trochę ciszej już mówiła.
- To gdzie mam iść? – chłopak z numerem pięćdziesiąt sześć był zdezorientowany
- Komora numer dwa – sędzia wskazał kosturem murowany budynek.
Profesor wyczytywał z kartki. Ludzie zaznaczali swoją obecność i odchodzili do poszczególnych komór.
- Stoosiem - zapowiedział.
- I znowu parzyste – zrezygnowanym głosem, lecz już ciszej, jakby do siebie powiedziała piękna dziewczyna, o gęstych, ciemnych włosach.
- Stoosiem!
Nikt się nie odezwał.
- Stoosiem – powtórzył drugi raz Profesor.
Nie było odzewu.
Ktoś mnie potrącił w ramię.
- Nie udawaj pan, że nie słyszysz. Przecież to pański numer, pana wywołują – bardzo niski człowiek z wielkimi dłońmi, Karzeł trącał mnie, wskazywał numer widoczny na tablicy zawieszonej na mojej piersi.
Brodacz krzyknął.
- To on. Wystąp! - krzyknął.
Wystąpiłem z szeregu.
- Tak, to mój numer - wszyscy zobaczyli tablicę zawieszoną szelkami na piersi z numerem 108. - Lecz ja nie jestem zwykłym podróżnym. Nie jestem tak jak wszyscy. Jestem obrońcą. Jestem wyznaczonym z urzędu obrońcą. Nie mogę być wywoływany jak inni..
- O jaki ważny!- ktoś kpiąco krzyknął z szeregu - nie może być wywoływany jak inni, to znaczy tak jak my.
- Kim pan jest, że taki ważny - dodała dystyngowana kobieta stojąca na uboczu, mająca wcześniej nadzieję, że to ją wywołają.
- Jestem obrońcą - powtórzyłem.
- Obrońcą? - Karzeł się odezwał - Kogo pan broni? Przed czym? Obronił pan już kogoś? – wyrażał się kpiąco.
- To broń nas, broń! - podchwyciła dystyngowana kobieta - dlaczego tego nie czynisz?
- Moi klienci są wśród was - wyciągnąłem z kieszeni ukrytą kartkę ze zdjęciami otrzymanymi od starego adwokata - oto oni - podniosłem stronicę.
Ludzie z tłumu wyciągali szyje by móc zobaczyć zdjęcia.
-Takich wśród nas nie ma -usłyszałem pojedyncze głosy - to jakieś stare, pożółkłe zdjęcia.
- Może się ktoś rozpozna? - nie traciłem nadziei.
Sędzia mi przerwał.
- Proszę nie zawracać głowy. Tracimy czas. Został pan wywołany, proszę kontynuować - zwrócił się do Profesora.
- Nie, nie ustąpię. Zostałem wyznaczony jako obrońca.
- Może w przyszłości pan nim zostanie. Nie teraz. Z numerem na piersi jest pan zwykłym podróżnym, poddanym prawom obowiązującym na tym terenie.
Władzio zszedł z drabiny, podszedł do mnie.
- Proszę nam nie przeszkadzać. Pańskich klientów już nie ma.
- Co znaczy nie ma? Gdzie są?
- Byli w poprzednim transporcie. Sędzia wyznaczył ich do jednej z komór. Już nie pamiętam dokładnie jakiej. Spóźnił się pan.
- To byli na pewno oni? - nie wierzyłem Władziowi - pokazywałem zeszytowe strony ze zdjęciami.
- Na pewno - znacznie starsi, ale to byli na pewno oni - Ten miał tak samo zaczesane włosy - wskazał na Jana - a ten bliznę na policzku - paluchem dotknął zdjęcia Siegera - tych dwóch następnych też rozpoznaję, na pewno to byli oni. Ich już nie ma, weszli do komory, nie pamiętam do którego numeru. Stali w środku tłumu, dziwne ale trzymali się razem, numery mieli kolejne, Profesor ich wywołał, nie stawiali oporu, weszli spokojnie. Przeszli do historii.
- To byli oni? Nie dowierzałem Władziowi - nie myli się pan?
- Nie, nie mylę się. To byli oni.
Sędzia się niecierpliwił.
- Jeśli nie ma pańskich ludzi, to nie jest pan obrońcą. Twierdziłem to już wcześniej. Niepotrzebnie pan tu przyjeżdżał..
Kilkoro ludzi z tłumu przerwało mu.
- My też chcemy obrony -krzyknęli w jego stronę.
Sędzia odpowiedział.
- Ten człowiek się myli, nie jest żadnym obrońcą. Nie będzie nikogo bronił, znalazł się tutaj przypadkiem, nie powinno go tutaj być. Jeżeli już jest to podlega prawom tak jak wy wszyscy.
- Nie musi być on, może być ktoś inny -nie ustępował młody chłopak, jeden z protestujących.
- A przed czym ma on was bronić? -zadał retoryczne pytanie Sędzia.
- No, …, no, ..chyba powinien być -odpowiedział lekko zdezorientowany młody chłopak.
- Niecierpliwicie się, poganiacie strażników, byle prędzej.
Z tłumu wystąpił mężczyzna w średnim wieku, ubrany w odświętny, beżowy garnitur. Wybrał z szafy najlepszy jaki miał, chciał wyglądać w trakcie tej niespodziewanej podróży jak najdostojniej. Chociaż od wielu, wielu lat mieszkał samotnie i z nikim nie utrzymywał kontaktów, wzruszył się gdy niespodziewanie otrzymał zaproszenie. Jednak ktoś o nim pamiętał, ktoś wiedział, że on istnieje i mieszka na Siedlcach przy ulicy Zakopiańskiej. Uradowany chciał się przygotować jak najlepiej, jak najokazalej, by wszyscy którzy o nim zapomnieli mogli mu się przyjrzeć i ocenić z jak najlepszej strony. Charakteryzował go duży, matowy nos, tę cechę miał już od urodzenia, pogłębiała się ona coraz bardziej z wiekiem. Podobno urodził się na dalekiej Syberii, opowiadano, że podczas narodzin w ziemiance na stepie, podczas silnego mrozu odmroził nos.
- Ja mogę być obrońcą – powiedział nadspodziewanie głośno -w swojej przeszłości pełniłem podobną rolę.
- Proszę do szeregu. Sędzia nie wywołał jeszcze pańskiego numeru – Świński Ryj wpychał go w tłum. Matowy Nos nie poddawał się.
- Podejmę się obrony! Podejmę się! – krzyczał.
- Nikt tutaj nie potrzebuje obrońców -sucho odpowiedział Sędzia, zwrócił się do Brodacza – zajmij się tym człowiekiem.
Brodacz skinął na Łachmaniarzy. Podbiegło dwóch z nich.
- Do szopy rozpraw! -Brodacz krzyknął w ich stronę.
Chwycili Matowego Nosa za ręce i nogi, unieśli w górę i szybkim krokiem oddalili się w kierunku komory numer dwa. Przeszli przez nią i znaleźli się w drewnianym łączniku, w szopie rozpraw. Szopa była drewniana, miała piwnicę, do której prowadziły strome schody. Znieśli na dół Matowego Nosa. Tam trafił w ręce Oprawców.
- Gdzieś ty człowieku tu wlazł? – odezwał się jeden z nich.
- Panie! Ratuj mnie! Wielmożny Panie!!
- Już my cię uratujemy – cierpko uśmiechnął się Oprawca
- Poczekaj, zaraz zajmiemy się tobą –Oprawcy ostrzyli narzędzia.

Władzio wrócił na drabinę, którą podtrzymywała babcia Eryka. Z boku stała grupka ludzi, dwóch mężczyzn, trzy kobiety i kilkoro dzieci. Tak jak wszyscy mieli przydzielone numery. Do tej pory jednak ich nie wyczytano, ich numery nie zostały odczytane. Z tej grupy właśnie wyszła dziewczyna w krótkiej spódniczce.
- Panie Sędzio, proszę prowadzić dalszą procedurę. Chcemy już mieć to za sobą – odezwała się łagodnie.
W tym momencie od strony komory numer jeden zauważono ruch, wybiegł nagi mężczyzna, zatrzymał się, rozglądał się błędnym wzrokiem, wyciągnął ręce ku górze.
- Ludzie, ludzie……- krzyczał – Ludzie, ludzie……..
- Człowieku, co się stało? Dlaczego krzyczysz przeraźliwie? – padały pytania z tłumu.
- Ludzie, ludzie……-nadal krzyczał, wyciągał ręce ku górze – Ludzie, ludzie……..
Sędzia był zły. Próbował zapanować nad sytuacją.
- Pochwyćcie go i z powrotem do komory -krzyknął w kierunku Świńskiego Ryja.
Ten podskoczył wraz z dwoma Łachmaniarzami, złapali uciekiniera, zaciągnęli z powrotem do komory numer jeden.
Ludzie byli zaniepokojeni.
- Dlaczego krzyczał? Dlaczego był nagi? Z której komory wybiegł? Co się tam wyprawia?
Sędzia postanowił działać zdecydowanie. Zabrał kartkę Profesorowi.
- Świński Ryj do komory numer jeden – powiedział donośnym głosem.
- Ja? – Świński Ryj był zaskoczony – Za co? Za co? Przecież mam funkcję – na jego prymitywnej, lisiej twarzy pojawiło się zdumienie.
- Możesz – odpowiedział Sędzia – nie wywiązujesz się z obowiązków i poniesiesz karę. Komora powinna być zamknięta, od wewnątrz nikt nie ma prawa jej otworzyć. Zabrać go – krzyknął w stronę Łachmaniarzy.
Wykonali polecenie Sędziego, chwycili Świńskiego Ryja pod ręce, krzyczącego dwa słowa „za co? za co?” poprowadzili w kierunku komory numer jeden, zaryglowali drzwi.
Ludzie uspokajali się, nie stawiano pytań, byli zmęczeni przeciągającą się procedurą, sprawiali wrażenie pragnących jak najszybszego jej zakończenia.
Po tych incydentach wrócono do mnie.
- Stoosiem do komory numer dwa – zawyrokował Sędzia, głosem nie znoszącym sprzeciwu.
Zrezygnowałem z walki, z przekonywania, że jestem obrońcą a nie jednym z wielu podróżnych. Było mi już wszystko jedno. Chociaż przyjechałem tu w innym celu, w tej chwili poczułem, że jestem zwykłym osobnikiem podlegającym prawom bliżej niezidentyfikowanego procesu, który ostatecznie kończył się zawsze tym samym wyrokiem, to znaczy skierowaniem do komory numer jeden lub do komory numer dwa, w przypadku gdy ta pierwsza była zapchana. No i jeszcze szopa rozpraw, do której wyjątkowo poprowadzono zbuntowanego Matowego Nosa. Ale przecież wiedziałem, od czasu rozmowy z Sędzią w barze „Pod Kotwicą” wiedziałem, że inspektor Bucior zatwierdza wyłącznie wyroki proponowane przez prokuratora. Brodacz wskazał mnie dwóm Łachmaniarzom, wyrwałem się z ich objęć. W ostatnim odruchu postanowiłem jeszcze podzielić się wiedzą, którą zdobyłem w barze na Dolnym Mieście
- Nie -krzyknąłem – nie wierzcie im, obudźcie się, przerwijcie ten spektakl. Czeka was pobyt w komorach. Wysłuchałem Sędziego w barze „Pod Kotwicą”, Inspektor Bucior, za niego robi to krostowaty chłopak, analfabeta, podpisuje wyłącznie wyroki skazujące, przez niego zaproponowane - wskazałem na Profesora. - A ten tam, bezwolny człowiek - pokazałem Sędziego jest tylko po to, by je odczytywać.
Karzeł się odezwał.
- Kim jest Bucior? Jaki krostowaty chłopak? Są wśród nas? Miesza nam tylko w głowach.
- To zgraja oszustów. Władzio, babcia Eryka, Profesor i Sędzia. Oszukują was! – próbowałem mówić przekonywująco.
- Sędzia, Profesor? To poważni ludzie. On ich szkaluje. Tak nie można. - Dystyngowana kobieta zabrała głos.
Mężczyzna ze świętym obrazem wskazał na mnie i krzyknął.
- To tajny agent! 108 to jego numer służbowy. Urzęduje w komisariacie na Piwnej w pokoju 108. On wydał Złotoustego.
- To niemożliwe – broniłem się – Złotoustego nie znałem wcześniej. Nie mogłem go znać. On zginął zanim ja się urodziłem. Nigdy nie byłem w komisariacie na Piwnej. Nawet nie wiem gdzie jest ulica Piwna.
- Tajny agent. Tajny agent – przekazywano informację w tłumie – agent policji. Zabrać go.
- To nieprawda! – krzyczałem – Nieprawda. Nie znałem Złotoustego. Człowiek ze świętym obrazem odwraca uwagę od sedna sprawy. Nie możecie być skazywani na pobyt w komorach, ponieważ jesteście niewinni. Przecież jesteście niewinni. Do Grabiny Zameczek przywiodło was poczucie winy ale wy jesteście niewinni. Jak wy, zwykli ludzie możecie być w ogóle winni? Wy…
Łachmaniarze nie pozwolili mi dokończyć. Ścisnęli mnie swoimi łapskami, zatrzasnęli w stalowych kleszczach. W tym zamieszaniu z tłumu oczekujących wyszła mała dziewczynka. Mogła mieć osiem, dziewięć lat, nie więcej. Mała, drobniutka, chusteczkę miała na głowie, zawiązaną pod bródką, warkoczyki wystawały spod niej. Nie zauważyłem jaki miała numer zawieszony na piersiach.
- Ja jestem winna – powiedział cichym głosikiem.
W panującym gwarze nikt nie powinien jej usłyszeć, lecz wszyscy nagle zamilkli.
- Jestem winna- powtórzyła.
- Tak mała a już winna, to niemożliwe -odezwały się jakieś głosy- mylisz się dziecino, ty nie możesz być winna.
- Nie posłuchałam się mamy, chciałam koniecznie pojechać z dziećmi na kąpielisko, tak czekałam na tę chwilę, tak się cieszyłam, mama mi mówiła, że przecież nie umiem pływać, ja ćwiczyłam w wannie, udawało mi się, mama nie pozwalała mi jechać z dziećmi, wymknęłam się, nie chciałam by ominęła mnie taka atrakcja, nigdy wcześniej nie byłam na kąpielisku, wyczekiwaliśmy z niecierpliwością tego dnia, pojechaliśmy autobusem, pani jeszcze się upewniała czy wszystkie dzieci umieją pływać, wszystkie zapewniały, że tak, ja też przytaknęłam, nie chciałam być gorsza, wskoczyliśmy do wody, dzieci pływały, po pewnym czasie wyszły, tylko ja zostałam w mrocznej głębinie, myślałam, że mi się uda, ćwiczenia w wannie na nic się nie zdały, mama bardzo rozpaczała. Jestem winna, jestem bardzo winna….
Nie dosłuchałem opowieści dziewczynki do końca, nie wiem co się dalej z nią stało, Łachmaniarze nie pozwolili mi, ciągnęli mnie w stronę komory.
- Zostawcie, sam pójdę, nie musicie mnie trzymać -powiedziałem.
Łachmaniarze pytająco spojrzeli na Brodacza.
- Dobrze, jakby jednak próbował uciec to reagujcie szybko.
Szedłem w stronę komory numer dwa, Łachmaniarze trzymali się asekurancko przy moich bokach. Przy komorze doszedł mnie słabiutki głosik.
- Panie stoosiem, panie stoosiem…
Rozglądałem się wokół, zajrzałem za betonowy mur. Była tam stalowa klatka a w niej rudowłosa dziewczyna. Ta sama, która znalazła mój ukryty numer i przyniosła na rampę. Donna. Chwyciła za kraty klatki i potrząsała nimi.
- Panie stoosiem, proszę mnie ratować.
- Jak się tu znalazłaś? Donna, jak? -próbowałem otworzyć klatkę, próbowałem ze wszystkich sił, jednak kraty były zaspawane.
- Znalazłam i oddałam pańską tablicę. Świński Ryj to zauważył, podstępem wyciągnął mnie z wioski. Za karę pobił mnie i zamknął w klatce.
Dziewczyna była posiniaczona i zakrwawiona, spoglądał na mnie z nadzieją, że jej pomogę.
- Wstrętny - potrząsałem kratami w bezsilnej złości – uwolnijcie ją – zwróciłem się do Łachmaniarzy.
- Jak dostaniemy polecenie to ją uwolnimy. Na razie ma być w klatce. Zasłużyła.
- Dlaczego ma siedzieć w klatce?
- Za to, że przywołała ciebie. A ciebie miało tu nie być. Zaszła pomyłka. Żywy znalazłeś się pośród martwych. Ale my nie jesteśmy władni by to tłumaczyć. Wykonujemy tylko polecenia.
- W takim razie będę musiał porozmawiać z Sędzią.
- Jeśli się do niego dostaniesz.

W komorze numer dwa, w poczekalni ludzie siedzieli na drewnianych taborecikach. Siedzieli w oczekiwaniu. Zapytałem jednego z Łachmaniarzy.
- Na co oni czekają?
- Czekają na swój los -odpowiedział.
- Czekają na los?
- Na los nieubłagany.
- I co? Pojawia się?
- Zawsze. Nie było takiego przypadku, żeby się nie pojawił.
- Nikt się nie przeciwstawia? Nie protestuje? Nie walczy?
- Jak widzisz, nikt. Są spokojni. Czekają na swój los.
Nadszedł. Posępny, nieogolony Tłuścioch w przykusej marynarce, w sandałach, z których wystawały brudne, kulfoniaste paluchy. Otworzył wrota.
- Zapraszam -wskazywał na ciemną czeluść.
Mały chłopczyk wstał z krzesełka. Podbiegł do niego i piąstkami uderzało w zasmolony kombinezon.
- Ja o tym wszystkim powiem Panu. Powiem wszystko Panu. Tak nie wolno postępować.
- To znaczy jak? - zdziwił się on.
- Tak okrutnie.
- To powiedz, powiedz - zaśmiał się dziwnie Tłuścioch- Mów jak najwięcej, jak najdłużej, może coś podpowie, coś ulepszy, udoskonali..
Chłopczyk wrócił na swoje krzesełko.
Tłuścioch wykonywał swoją pracę, wprowadzał poszczególne osoby do komory numer dwa.
Kobieta trzymająca dziecko za rękę, z którym miała wspólny numer cicho powiedziała do siebie.
- Nie idę tam – puściła rękę dziecka, przerażona wycofywała się.
Dziecko nie rozumiało.
- Mamo, mamusiu, idźmy razem.
- Nie, nie. Wracam. Ja nie mam przecież numeru. To twój numer. To twój numer- powtarzała jak opętana – Ja nie mam numeru, ja nie mam numeru...
- Mamo, mamusiu, chodźmy razem
- Nie, nigdzie nie pójdę – podbiegła do wrót, próbowała je otworzyć. Nie udawało się, wrota były zaryglowane od zewnątrz. Uderzała w nie pięściami, waliła mocno – To nie mój numer, ja nie mam numeru...
- Proszę wrócić – Tłuścioch mocno ją ścisnął, siłą doprowadził do kwilącego dziecka, oboje wprowadził do komory numer dwa.
Mnie skierowano do następnego pomieszczenia.
- Gdzie prowadzicie? - zaprotestowałem - miałem być w komorze.
- Przyszły inne polecenia.
Łachmaniarze chwycili mnie w swoje szpony i zaprowadzili do szopy rozpraw. Znajdowała się ona w przejściu między komorami, w drewnianej, zbitej z desek szopie.
Ponure komory, okrutne wyroki, Łachmaniarze, dziwne słowa przez nich wypowiadane, Tłuścioch z kulfoniastymi, brudnymi paluchami, to wszystko zrobiło na mnie przygnębiające wrażenie. Wyprowadzili mnie za drzwi, wepchnęli, znalazłem się w poczekalni, w środku niewielkiego pomieszczenia bez okien, wypełnionego krzesłami. Tylko jedno z nich było zajęte. Siedział na nim Mężczyzna w niebieskiej pidżamie. Zerwał się natychmiast, gdy tylko otworzyły się drzwi. Podbiegł do mnie.
- To pan? To pan? -zapytał wyczekująco.
- Nie, nie. Nie wiem czy to ja. Miałem bronić kilku chłopców, ale wszystko się poplątało.
Mężczyzna w pidżamie posmutniał.
- Powiedziano mi, że zjawi się ktoś, kto się mną zajmie. Czekam od nocy.
- Od nocy?
- Wyrwano mnie z głębokiego snu, w środku nocy. Nie zdążyłem pożegnać się z rodziną. Kazano mi natychmiast stawić się na dworcu. Jechałem nie wiadomo gdzie i nie wiadomo po co. Wprowadzono do tej obskurnej poczekalni. I czekam w niej już tyle czasu. A rodzina niepokoi się pewnie. A pana skąd wzięto?
- Mnie nie wzięto. Sam przyszedłem.
- Ja się boję. Jestem porządnym człowiekiem, nikt mi nic złego nie zarzuci, a jednak się boję.
Zamyślony spacerował po pokoiku, tam i z powrotem.
Drzwi poczekalni otworzyły się. Mężczyzna w niebieskiej pidżamie zaraz się przy nich znalazł. Strażnik zatrzymał go gestem ręki. Za to, prawie siłą wepchnął do poczekalni nową osobę. Zamknął drzwi.
Przybysz, młodzieniec, ubrany był tylko w spodenki kąpielowe, na głowie miał słomkowy kapelusz, na gołe plecy zarzucony koc. Po początkowym wzburzeniu, jakie malowało się na jego twarzy, zobaczywszy mnie i mężczyznę w pidżamie, rozpogodził się.
- Kąpałem się, opalałem, wylegiwałem na leżaku, aż tu wezwano mnie. Myślałem, że to wycieczka, dalszy ciąg zabawy, dopiero te komory, te ponure typy, strażnicy spowodowało, że zacząłem się opierać. Było już za późno. Lecz zaraz wracam -powiedział pewniejszym tonem- leżak rozłożony, piwo chłodzi się w strumyku, przyjaciele czekają -klasnął w dłonie- to pójdzie błyskawicznie, raz dwa. Co panowie?
Mężczyzna w pidżamie z powątpiewaniem kręcił głową.
- Nie tak prędko jak pan myśli. Czekam już pół nocy i cały ranek.
- To z pana musi być niezły numer. Tyle czasu?
- Zobaczymy ile pan poczeka.
W tym momencie jeden ze strażników otworzył drzwi i swym grubym paluchem wskazał na przybysza w kąpielówkach.
- Do sali rozpraw -Krzyknął.
Młodzieniec uśmiechnął się.
- A nie mówiłem. U mnie idzie błyskawicznie. Raz dwa -klasnął w dłonie- A pan swoją drogą to musi być niezły numer -powtórzył do mężczyzny w pidżamie, spoglądając na niego kpiąco.
Wyszedł z poczekalni. Strażnik zamknął drzwi.
Mężczyzna zakłopotany, nie wiedział jak wytłumaczyć się.
- Coś musiano sknocić, poplątać. To niepojęte. Innego wytłumaczenia nie ma. Ja nie jestem wcale winny. Ale w takim razie powinienem interweniować. Nie mogę tak bezczynnie czekać -podszedł do drzwi i szarpnął klamkę. Szarpał ją bezskutecznie.
Od wewnątrz nie można było otworzyć drzwi. Mężczyzna w pidżamie zapukał w nie delikatnie, gdy nie było żadnej reakcji począł walić zaciśniętymi pięściami. Po chwili w drzwiach ukazał się Strażnik.
- Dlaczego pan tak łomocze? Coś się stało?
- Chcę się dowiedzieć dlaczego tyle czasu już czekam? Jeden pan wszedł i zaraz wyszedł z tego pomieszczenia a ja czekam i czekam.
Strażnik odpowiedział.
- Nic nie poradzę. Proszę się uzbroić w cierpliwość i czekać.
Mężczyzna w pidżamie usiadł zrezygnowany.
- Pozostaje mi tylko czekać.
- Teraz pan – strażnik wskazał na mnie.
- Idę -odpowiedziałem.
Mężczyzna w pidżamie zerwał się gwałtownie z krzesła. Wyraz cierpienia odmalował się na jego twarzy.
- A kiedy ja? -łzy ukazały się w jego oczach.
- Jak przyjdzie czas -odburknął strażnik.
Szedłem za strażnikiem, sam nie wiem gdzie i po co. Byłem jak otumaniony.
Prowadził mnie po schodach w dół. Na jednym z podestów natknęliśmy się na szamotaninę. To przybysz w kąpielówkach i w słomkowym kapeluszu na głowie szarpał się z dwoma osiłkami trzymającymi stalowe drągi w rękach. Ciągnęli go na dół, on kierował się ku górze, ku wyjściu. Koc z pleców zsunął się na posadzkę odkrywając opalone na czerwono plecy i ramiona, na których w śmieszny sposób odbijał się kształt podkoszulka nie zdejmowanego podczas słonecznej kąpieli. Zobaczył mnie, spojrzał mi w twarz. Ujrzałem w jego oczach przerażenie.
Młodzieniec ledwo wyduszał z siebie słowa.
- Panie, proszę mi pomóc. Otrzymałem nakaz likwidacji. Oni mają go wykonać -wskazał głową na dwóch osiłków- To likwidatorzy -obracał przestraszonymi oczami- tam leżak rozłożony, piwo chłodzi się w strumyku, przyjaciele czekają. Tam tak miło i przyjemnie. A oni mnie likwidują. Bezsens. Nie chcę, nie zgadzam się. Tak się cieszyłem, że szybko się mną zajęli. I co? Żadnej szansy nie dali, nie miałem nic do powiedzenia. Te dwa wściekłe psy od razu rzuciły się na mnie. Poczęli okładać drągami. Po co ja tu przyjeżdżałem? Mogłem zlekceważyć wezwanie, dalej opalać się na letnisku. Proszę mi pomóc -spoglądał błagalnie na mnie- proszę mi pomóc wyrwać się z ich szponów.
Jeden z likwidatorów uderzył żelaznym drągiem w kark przybysza w kąpielówkach. Ten zacharczał nienaturalnie, słomkowy kapelusz potoczył się po schodach.
- Po co prosisz! Trzeba było wcześniej myśleć o swoim postępowaniu.
Strażnik mnie prowadzący powiedział.
- Proszą nie podejmować nieroztropnych kroków. Temu biedakowi i tak już nic nie pomoże a pan może sobie zaszkodzić. Tu nic nie można zmienić.
Minęliśmy szamocących się ludzi, schodziliśmy w dół, wydawało się, że zstępowaliśmy w piekło otchłani. Głos katowanego przybysza z letniska rozbrzmiewał w oddali.
Jeden z Łachmaniarzy wynurzył się z piwnicy.
- Nie teraz. Zabieraj go z powrotem. Później.
Strażnik był niezadowolony.
- W górę i w dół. Ile można? Dostałem wyraźne polecenie.
- Powtarzam, nie teraz.
Wróciliśmy do poczekalni.
Prócz mężczyzny w pidżamie znajdował się w niej osobnik trzymający na łańcuchu krowę. Krzesła przesunięte były pod ścianę, by zrobić dla niej miejsce. Na jednym z krzeseł leżała lekko nadgryziona kanapka z żółtym serem i pokrywka do termosu napełniona wystygłą już herbatą. W poczekalni unosił się dziwny zapach, jakaś mieszanka ludzkiego i zwierzęcego potu, nawozu i mleka. Mężczyzna w pidżamie natychmiast podbiegł do Jana.
- Już po wszystkim? Wypuszczają? Teraz, zaraz? -wypytywał niecierpliwie- mnie jeszcze nie wołają. Jego ściągnęli prosto z pola -wskazał na stojącego osobnika- Przyszedł z krową -mówił szybko i chaotycznie.
Osobnik trzymający krowę na łańcuchu przedstawił się.
- Górka jestem. Nazywam się Górka -skłonił przy tym głowę – z Olszynki, pasłem krowę kiedy otrzymałem wezwanie bym stawił się natychmiast.
- A mnie jeszcze nie wołali. Cały czas czekam. Cały czas w napięciu. Nie wytrzymam tego dłużej -żałośnie mówił mężczyzna w pidżamie.
Odpowiedziałem pewniejszym głosem.
- Może lepiej, że pan czeka. Zazdrościł pan przybyszowi z letniska szybkiego załatwienia sprawy. A jego przeznaczyli natychmiast do likwidacji.
- Do likwidacji?! -mężczyzna w pidżamie zakrztusił się z wrażenia.
- Nie słyszał pan krzyków?
- To on krzyczał?
- On. Likwidatorzy okładali go żelaznymi drągami po plecach. On krzyczał straszliwie. Sprowadzali go na dół, do piwnicy. Do likwidacji. Lepiej chyba dłużej czekać.
Mężczyzna z krową, przedstawiający się jako Górka wtrącił się do rozmowy.
- Powiedziano mi, że to nie potrwa długo, rutynowe sprawdzenie. Nie chciałem brać nawet krowy. Lecz ona poszła za mną. Może przeczuła, że to potrwa dłużej -pogłaskał krowę po łbie- mądre zwierzę. Musiano odczepić specjalny wagon dla niej.
"Absurdalna sytuacja", pomyślałem. "W mieście toczy się normalne życie, ludzie chodzą po chodnikach, autobusy jeżdżą ulicami, a ja w tej ponurej scenerii próbuję coś potwierdzić, coś udowodnić, kogoś obronić?. Ale ja przecież nic nie udowodnię, mojego głosu, moich wyjaśnień nikt nie chce wysłuchiwać. Już po wszystkim. Nie mam nic do powiedzenia. Ode mnie już nic nie zależy".
W tym momencie brodaty strażnik otworzył drzwi. Wskazał palcem na mężczyznę w pidżamie.
- Już! Proszę wychodzić.
-Już? -mężczyzna w pidżamie był podenerwowany.
- Teraz. Już!
- Ale to takie niespodziewane. Boję się -chwycił mnie kurczowo za rękę.
Brodaty strażnik ponaglał.
- Już, już. Nie marudzić. Szkoda czasu.
Mężczyzna w pidżamie powstał z krzesła. Opuścił poczekalnię.
Górka powiedział.
- Nie wiadomo co lepsze. Czy czekać spokojnie, czy walić ponaglająco w drzwi? Która droga właściwsza? Która prawidłowa? Która skuteczna?
Nic nie odpowiedziałem.
Siedzieliśmy z Górką i jego krową aż do późnego wieczora. Mieszanka zapachowa jaka powstała w wyniku unoszących się oparów potu z trzech ciał stawała się nie do wytrzymania. Poczekalnia nie miała okna, nie można jej było przewietrzyć. Wieczorem wyczuliśmy, że coś szczególnego wydarzyło się na zewnątrz, poza drzwiami poczekalni. Z korytarza nadchodziły nerwowe nawoływania, tupot wielu nóg, krzyki, rozkazy. Nawet krowa się niecierpliwiła, buczała, prychała nozdrzami, wierzgała kopytami, Górka ledwie mógł ją utrzymać na łańcuchu.
Późnym wieczorem spocony strażnik otworzył drzwi. Wskazał grubym paluchem na Górkę i jego krowę.
- Wychodzić!
Spróbowałem wykorzystać sytuację i porozmawiać.
- Co to za hałasy do nas dochodziły? Coś się stało?
Strażnik okazał się bardziej rozmowny. Ściszył głos.
- Ludzie się zbuntowali. Prowadził ich jakiś dziwny osobnik. Nie człowiek.
- Nie człowiek? – krzyknąłem zdziwiony.
- Nie widziałem to nie wiem. Tak mówili. Dzika małpa. Ale już wszystko opanowane. Ludzi zapędzono z powrotem do komór.
Górka, chociaż przysłuchiwał się rozmowie z zainteresowaniem, zapytał zniecierpliwiony.
- To gdzie mam iść? Sam, czy pan prowadzi?
Strażnik zakończył rozmowę, wskazał ręką schody.
- Na dół. Za mną.
Górka opuścił pomieszczenie poczekalni. Krowa szła posłusznie za nim.
Zostałem sam. Siedziałem na krześle. Rozmyślałem nad swoim dziwnym położeniem. Zasnąłem.
Obudziło mnie szturchanie strażnika.
- Co jest? Co się dzieje? -odpowiadałem zaspany- Która godzina?
- Godziny tutaj się nie liczą -odpowiadał strażnik- dostał pan wezwanie. Idziemy.
Znowu krętymi schodami zeszliśmy na dół. Trafiłem do sali rozpraw. Właściwa nazwa dla niej to sala kaźni, cierpień czy nawet straceń, w której zadawano mordercze tortury. Wewnątrz, na frontowej ścianie wisiały narzędzia: siekiera, kosa, sierp, widły, cep, bat. Rozglądałem się po sali z niepokojem, wzdrygnąłem się, w kącie zauważyłem zakrwawione i pohańbione zwłoki. Przerażony po kolei rozpoznawałem. Matowy Nos, Przybysz z letniska, Mężczyzna w pidżamie, Górka. Obok nich walała się zakrwawiona, oderżnięta od tułowia głowa krowy. "Skończę jak bydlę", przeszło mi przez myśl.
Oprawcy przywiązali mnie konopnym sznurem do słupa podtrzymującego konstrukcję szopy. Wtedy też zauważyłem rudowłosą dziewczynę. Na środku sali stał szeroki, drewniany stół, nachylony pod skosem. Na nim leżała Donna. Naga. Oprawcy rozłożyli jej ręce i nogi na stole, rzemieniami mocno związali. Jeden z nich podszedł do niej, opuścił spodnie, w brudnych kalesonach próbował położyć się na jej nagim ciele. Donna wykrzywiała twarz ze wstrętem, charczała, pluła.
- Nie, nie. Odejdź, odejdź. Cuchniesz. Ty wstręciuchu.
Oprawca uderzył ją w twarz.
- Cuchnę!? Zaraz ty będziesz cuchnąć. Takiej panienki jeszcze nie miałem.
Donna próbowała wyrwać się z więzów, omdlewała, straciła przytomność.
Szarpałem się bezsilnie w więzach, przegryzałem sznur kneblujący mi usta.
- Zostawcie ją. Mnie zabijcie. Ją zostawcie.
Drugi z Oprawców wziął siekierę, zastanawiał się przez chwilę, odłożył ją, wziął sierp, ostrzył go osełką, odłożył, ponownie wziął siekierę.
- Ja zajmę się tym mędrkiem. Powolutku.
Zbliżył siekierę do moich oczu, przesuwał ją tam i z powrotem.
- To koniec. Koniec gry mądralo.
Przymierzał się do zadania mi ciosu. Zamknąłem oczy. I wówczas usłyszałem nienaturalny jęk, pisk czy raczej zwierzęcy skowyt. Otworzyłem oczy. Do szopy wskoczył mężczyzna z twarzą kota. Zdziwiony przypatrywałem mu się, ależ tak, rozpoznawałem jego postać. Tak, to był on! W dzieciństwie słyszałem bardzo wiele o nim opowieści. Kot Morski. Ubrany w prosty, szary, bez żadnych dystynkcji, mundur. Przypatrywał się mi, przywiązanemu do słupa, przenikliwym wzrokiem, później skierował się do stołu, na którym leżała naga, nieprzytomna Donna. Zaskoczeni Oprawcy przerwali przygotowania do egzekucji, odstąpili na bok. Jeden z nich odezwał się.
- Co to za dziwadło?
- Nie wiem. Wygląda jak z piekła rodem. Boję się - odpowiedział drugi, mocno przestraszony.
- Czego się boisz. To małpa, właściwie kot. Tylko przebrany.
- Wygląda groźnie.
- Tak tylko wygląda. Zaraz go przegonię.
Kopnął kota. Ten nie zareagował.
- Widzisz można go kopnąć. Zaraz się przestraszy i sobie pójdzie.
Drugi Oprawca, ośmielony też zamachnął się na kota.
- Uciekaj stąd. Nie przeszkadzaj.
Kot nic sobie z kopnięć nie robił, rozglądał się dalej po szopie rozpraw, przyglądał się mnie związanemu i leżącej Donnie.
- Czego chcesz? -odezwał się Oprawca.
Drugi z nich wskazywał na siekierę, cep, sierp, na inne zbrodnicze narzędzia.
- Gute Qualität, gute Qualität. Ponimajesz?
- Ponimaju. Ja, ja. Sehr gute. - Kot Morski się odezwał - Dobre. Dobre. Hi, hi.
Do pomieszczenia, w którym się znajdowaliśmy przedostały się dwie kuśtykające babcie. Dziwna myśl pojawiła się w mojej głowie, „jak one zeszły po tak krętych schodach?”. Babcie podpierały się laskami, rozglądały się. Ich uwagę przykuł stół drewniany.
- Unvorstellbar, unser Tisch ist besetzt. -odezwała się pierwsza z nich.
- Das geht nicht -druga to potwierdziła.
- Bitte macht euch frei.
Kot Morski wskazał na Donnę, powiedział do Oprawcy.
- Słyszałeś co powiedziała babcia. Uwolnij ją. I jego też -głowę odwrócił w moim kierunku.
Oprawca ostro odpowiedział.
- Jeszcze czego! Dostali wyrok. Muszą zginąć.
- Sprawiedliwy wyrok. Są winni - dodał drugi z nich.
- Są niewinni - powiedział do nich Kot Morski.
- A ty skąd to wiesz?
- Wiem.
- Uciekaj stąd. Nie zawracaj głowy. Musimy wykonać swoje zadanie - Oprawca ponownie kopnął Kota - No już, już. Wynocha.
Tym razem Kot Morski zareagował. Chwycił pierwszego Oprawcę za nogę, przewrócił na ziemię, drugiemu wyrwał siekierę i sierp, rzucił na podłogę. Próbowali jeszcze powstać lecz Kot Morski przydusił obu równocześnie do ziemi.
- Uwolnijcie ich bo inaczej was przywiążę do stołu i rozprawię się z wami, tak jak wy to chcieliście zrobić.
Babcie ze zrozumieniem pokiwały głowami, kuśtykając opuściły salę. Oprawcy obolali powstali.
- Sędzia będzie niezadowolony.
- Prokurator zły, że wyrok nie wykonany.
Kot Morski chwycił bat, okładał nim niedoszłych moich i Donny ciemięzców.
- Ruszać się. Do roboty.
Oprawcy rozwiązali wracającą do przytomności Donnę, przecięli moje więzy. Donna zeszła ze stołu, rozcierała zdrętwiałe ręce i nogi. Ubrała się. Ze wstrętem i z wyrzutem powiedziała do Oprawców.
- Obleśne typy.
Zwróciłem się do Kota Morskiego.
- Co czynisz?
- Uwalniam was z więzów śmierci ale nie uwalniam was od życia.
- Dlaczego nam pomagasz? Dlaczego nikt inny?
- Nikogo innego nie ma.
- Skąd przybywasz?
- Nie z tego świata.
- Co mamy robić?
- Powinieneś sam to wiedzieć. Jesteś przecież obrońcą.
- Nikogo jeszcze nie obroniłem.
- Działanie należy do ciebie.
- To nie jest takie proste.
- Nie, to nie jest proste.
Opuściliśmy szopę zbrodni, droga do wolności prowadziła przez komorę numer dwa. Wspinając się po schodach wszedłem tam trzymając rudowłosą Donnę za rękę. Ogarnęły nas ciemności.
- Boję się, boję się - drżała Donna.
- Uratujemy się, razem sobie poradzimy - pocieszałem ją.
Dopadły mnie wątpliwości, natrętne pytanie nie dawało mi spokoju.
„Kto odpowiada za to, że my wszyscy znaleźliśmy się w takim położeniu? Jak to się stało? Dlaczego jesteśmy w tak poniżającym dla siebie, nieludzkim położeniu? Dlaczego?”.
Próbowałem przeanalizować zaistniałą sytuację. Gdzie popełniłem błąd? Czy w ogóle go popełniłem? Czy mogłem się inaczej zachować? Inaczej postąpić? W swoim umyśle układałem zaistniałe ostatnio wydarzenia, zadawałem pytania nie będąc pewnym czy kiedykolwiek uzyskam na nie satysfakcjonujące odpowiedzi. I od kogo?
Przebywaliśmy w ciemnej komorze. Przysunąłem się blisko Donny, objąłem ramionami, przytuliłem ją drżącą. Po długim oczekiwaniu, gdy traciliśmy już nadzieję na uwolnienie, usłyszałem dźwięk przesuwanego rygla i skrzypienie otwieranych wrót. Odwróciłem głowę w kierunku wpadających do mrocznego pomieszczenia promieni słonecznych. Ujrzałem dwie postacie, rosłego mężczyznę i jego towarzysza, mniejszego i znacznie szczuplejszego trzymającego w rękach wielką szuflę i miotłę z wierzbowych gałęzi. Ubrani w byle jakie łachmany. Flip i Flap w mrocznej, groźnej scenerii. Otwarte ze zdziwienia usta odkrywały przerzedzone, żółte, przekrzywione zęby. Ujrzałem jak Odźwierny otwiera wrota wolności, Sprzątacz wkroczył do wnętrza wymachując szuflą i miotłą. Szubrawcy - godni mnie przeciwnicy? Odepchnąłem obu mocno, aż wytrącona z rąk Sprzątacza szufla uderzając o beton wydała metaliczny odgłos. Spoglądali zaskoczeni moją stanowczością. Poczekałem jeszcze na ich reakcję będąc zdecydowanym teraz walczyć. Nie ulegać. Nie prosić. Nie ginąć. Walczyć. Żadna reakcja z ich strony nie nastąpiła. Skuleni i przestraszeni przystępowali do swych codziennych obowiązków. Wyszedłem wraz z rudowłosą Donną trzymając się za ręce, z hańbiącej komory. Słońce nas oślepiło.
Na Placu panowała cisza. Niedawny jeszcze gwar zastąpiła cisza. Nie było oczekujących niecierpliwie ludzi, nie było Łachmaniarzy. Plac Centralny był pusty.
Na północnym stoku majestatycznie wznosiła się olbrzymia, ceglana budowla. Obchodziliśmy ją z Donną dookoła, zadzierałem głowę ku górze, ku strzelistym wieżom. Gmaszysko Zamku było bardzo stare, zbudowane z dużych kamiennych bloków omurowanych cegłami, o kilku zakratowanych oknach z zamalowanymi na czarno szybami oraz jednej parze drzwi, od strony południowej. Czas pozostawił na nim ślady zniszczenia. Mury były spękane, okna powykrzywiane, krzewy i trawa wdzierały się na dziedziniec wyłożony kamiennymi płytami. Przed drzwiami wejściowymi, na kamiennej posadzce spał młody chłopak. Nachyliłem się i trąciłem go ręką. On przebudził się gwałtownie, przecierał oczy, przyglądał się nam zdziwiony, lekko przestraszony.
- Co pan? Skąd pan? Tu nie można wchodzić -mówił zaskoczony.
- Nie powstrzymasz mnie, muszę rozmówić się z Sędzią.
Spod kamiennej płyty wyjął metalowy klucz, włożył go do zamka od drzwi wejściowych i przekręcił dwa razy, wpuścił nas do środka. Przekroczyliśmy próg, znaleźliśmy się w obszernym hollu wyłożonymi poszczerbionymi płytami chodnikowymi. Wewnątrz gmachu widoczne były ślady po przeprowadzonym remoncie. Zachlapane posadzki, zapach farby olejnej, resztki rusztowań przy oknach, kawałki blach stalowych, porozrzucane narzędzia. Na końcu hollu ujrzałem masywne drzwi dębowe, skierowaliśmy się w ich stronę. Za nimi znajdowała się duża sala, przez której zaciemnione okna z trudem przeciskały się promienie słoneczne słabo ja oświetlając. Przy jednym z okien z okien stał zabrudzony, drewniany fotel. Właściwie było to duże, drewniane krzesło, bez wyściełanych obić czy nawet okrycia materiałowego. Obskurne, toporne, brudne krzesło, na dodatek ze śladami krwi na poręczach i oparciu. Już w momencie wejścia do sali usłyszałem jakieś westchnienia, jęki, jakby żałosne postękiwania, pochodzące zza kotary, zawieszonej na przeciwległej ścianie.
Sędzia wszedł do sali. Spoglądał na nas złym wzrokiem.
- Jak wam się udało wydostać?
Nie odpowiedziałem.
- Może pan nam wyjaśnić co pan robi w Zamku? -zapytałem.
- Koniecznie chce pan się dowiedzieć? Proszę.
Odsunął kotarę. Zobaczyliśmy leżącego na łóżku starca. Długie, siwe włosy okalające jego pomarszczoną twarz oraz równie długa i siwiuteńka broda sięgały do rąk leżących na kołdrze. Przy szyi miał zawiązaną kolorową apaszkę, która częściowo zasłaniała jego pokrytą gęstymi zmarszczkami szyję. Starzec był częściowo sparaliżowany, obsługiwali go Władzio z babcią Eryką. Obmywali jego nagie członki gąbką nasączoną wodą z mydłem. Starzec przytomnym wzrokiem obserwował ich ruchy, wydając co pewien czas z siebie przykre dźwięki. Za kotarą unosił się nieprzyjemny zapach. Władzio z babcią kończyli właśnie toaletę, poczęli ubierać starca. Przez głowę wciągali kaftan, na nogi wkładali spodnie. Później chwycili go pod ręce, unieśli, na bose stopy założyli szmaciane, podziurawione łapcie i próbowali postawić na nogach. Kończyny jego jednak były bezwładne, starzec nie mógł ustać o własnych siłach. Oni wówczas prowadzili, właściwie ciągnęli go, bo starzec powłóczył nogami, ku krzesłu, niedaleko miejsca, w którym staliśmy z Donną. Władzio przywiązał człowieka do krzesła skórzanymi rzemieniami. Starzec siedział teraz ubrany w kaftan, spodnie, na bose stopy założone miał szmaciane, wytarte łapcie. Przyglądał się nam. Podeszliśmy bliżej, Sędzia dał nam znak ręką byśmy się zatrzymali. Ja szedłem dalej, byłem już blisko krzesła, ukląkłem. Kątem oka spostrzegłem jak właśnie w tym momencie z nogi starca zsunął się jeden szmaciany kapeć, odsłaniając chudą, białą stopę. W panującej ciszy słyszałem chrapliwy, świszczący oddech wydobywający się z piersi siedzącego na krześle. Poprzez zapach kosmetyków czułem nieprzyjemną woń dochodzącą od przewiązanej rzemieniami postaci.
Dopiero po dłuższej chwili podniosłem głowę i spojrzałem mu w oczy. Odniosłem dziwne wrażenie. W tych oczach ujrzałem bezkresną, nieograniczoną władzę, która jest w stanie wszystko uczynić, dla której nie istnieją żadne przeszkody i ograniczenia, która jest wszechwładna i potężna, bezwzględna i nieziemska lecz która z niewiadomych przyczyn obecnie pozostaje w stanie uśpienia i stagnacji, inercji. Jego spojrzenie było władcze, pełne wyższości, nawet pogardy i lekceważenia, ironii przeradzającej się w śmiech. Jednak skrępowane jego ciało, przytroczone do drewnianego tronu sprawiało wrażenie wręcz przeciwne, potwierdzało słabość, nieudolność i beznadziejną uległość.
Wszystkie przygotowane wcześniej przeze mnie kwestie umknęły, przygotowane pytania wydały się śmieszne i nieistotne. W tej sytuacji, w jakiej się znalazłem, ja klęczący na porozsychanej, skrzypiącej podłodze przed zakrwawionym, drewnianym krzesłem, do którego przywiązany rzemieniami był sparaliżowany starzec, wydzielający z siebie nieprzyjemne wyziewy i w którego oczach odbijała się pozaziemska wyższość, nie mogłem wydobyć z siebie sensownego zdania. Trwaliśmy w milczeniu przez jakiś czas, on wpatrywał się w we mnie, w klęczącą przed nim postać. Sędzia był już lekko zniecierpliwiony, dawał dyskretnie znaki by go nie męczyć. Z zaciśniętych moich ust wyrwało się wówczas pytanie, które mnie samego zadziwiło.
- Co ty z nami wyczyniasz Ojcze?
Przyśpieszony, świszczący oddech wychodzący z suchej piersi był odpowiedzią.
- W czym Tobie mogę pomóc? – pytałem dalej.
Cisza. Brak słów. Tylko jego spojrzenie, jakby to on ode mnie oczekiwał odpowiedzi. Spojrzałem w bok, natrafiłem na kpiące i pełne pogardy spojrzenie Sędziego, stojącego za nim bezczelnego Profesora, uśmiechającego się głupkowato Władzia i trzymającą go za rękę babcię Erykę. W moim umyśle zrodziła się myśl, właściwie bliżej niesprecyzowane podejrzenie, w jaki sposób udało im się przejąć władzę w Zamku? I jaką rolę oni pełnią teraz w tej mrocznej rzeczywistości? Rzeczywistości zniszczenia, zdeptania, śmierci. Czy ktoś jest w stanie im się przeciwstawić? Czy ja jestem do tego zdolny? Czy mam w sobie tyle siły by móc z nimi walczyć? Jeden przeciwko systemowi przez nich stworzonemu. Jest jeszcze Donna. Młoda, energiczna, odważna. Chyba obawiają się nas. Myślałem tak spoglądając na skrzywionego w drwiącym grymasie Sędziego.
- I jak? Zadowolony? Ucieszony? Jak zamierza działać?
- Dowie się jak przyjdzie odpowiednia pora -odpowiedziałem w tym samym stylu.
Chwyciłem Donnę za rękę. Poszła za mną posłusznie. Wyszliśmy z Zamku, przeszliśmy przez pusty Plac Centralny, most był opuszczony, strażnika przy nim nie było.
Opuściliśmy Grabinę Zameczek przez nikogo nie zatrzymywani.

Podpis: 

lacki 2018
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

pokaż oceny

pokaż komentarze

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Podstęp Topielec Mój świat
Historia trudnej miłości, która powraca po latach. - Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad Zagubienie, zbrodnia, kara.
Sponsorowane: 19
Auto płaci: 50
Sponsorowane: 16Sponsorowane: 14
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.