http://www.opowiadania.pl/  

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 

 

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Poscredy Wyślij wiadomość Forum

Sponsorowane:
30

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

  nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.  

UŻYTKOWNIK

Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

KONKURS

W maju nagrodą jest książka
Nawiedziny
antologia
Powodzenia.

SPONSOROWANE

Miłość z internetu - cz. XVII trzy zabawy

nie czytaj jeżeli zabawy erotyczne cię nie interesują. Z pewnością nigdy tego wszystkiego nie doznasz.

Miłość z internetu cz. XVI - sex panów

zabawa pomiędzy dwoma facetami

Bliżej

Podejdź bliżej

Ciemność

Urywek opowiadania

Miła

Róża zwana Miła

Miłość z internetu - czytaj kolejne części

XV cz. Czy coś będzie pomiędzy facetami?. Do czego jeszcze może dojść?. Następne części skrócę ze względu na małą ilość tekstów z powodu nowego roku szkolnego 2011/2012. Praktycznie to nie opowiadanie, nie romans. To skopiowane rozmowy pisane przez

Topielec

- Tak ślachetnej pani tośmy jeszcze we wsi nigdy nie mieli. Ach, szkoda będzie trochę, jak ją zeżrą. Krótkie i lekkie opowiadanie z serii Wampirojad

Sen o Ważnym Dniu

Opowiadanie napisane na konkurs związany ze słowem "JUBILEUSZ". Horror... swego rodzaju (nie do końca poważny).

Niebieska bluzka

Sylwia poczuła że pieką ją policzki. Podsłuchana rozmowa na nowo obudziła iskierki w podbrzuszu. Coś zadźwięczało niespodziewanie i w chwili paniki Sylwia prawie odskoczyła od drzwi z krzykiem. Pomyślała, że bicie jej serca słychać pewnie w całym ..

Dwa dni z życia wariata.

Rozważania o normalności? Co to jest normalność a co nienormalność?

REKLAMA

grafiki on-line

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

ON-LINE

Serwis przegląda:
4133
użytkowników.

Gości:
4132
Zalogowanych:
1
Użytkownicy on-line

REKLAMA

POZYCJA: 81319

81319

2078

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

Data
20-03-19

Typ
O
-opowiadanie
Kategoria
Melodramat/Fantastyka/Thriller
Rozmiar
176 kb
Czytane
292
Głosy
0
Ocena
0.00

Zmiany
20-03-19

Dostęp
W -wszyscy
Przeznaczenie
W-dla wszystkich

Autor: sopocianka Podpis: Julia Nakielska (Ostrowska)
off-line wyślij wiadomość pokaż portfolio

znajdź opow. tego autora

dodaj do ulubionych autorów
Jest rok 2078. Powszechna urbanizacja i spisy produktów zakazanych przez tzw. Zdrową Europę. Dziennikarz wikłający się w związek z tajemniczą kobietą i zadanie służbowe oznaczające bolesną konfrontację z przeszłością.

Opublikowany w:

2078

Zaczęło się bardzo niewinnie: od uśmiechu. Do dziś zastanawia mnie sekretna władza, którą miały nade mną jej drobne, różowe wargi. Jej głos, oczy, sposób poruszania się niewątpliwie również mnie urzekały, lecz z biegiem czasu nieco zatarły się w mojej pamięci, pozostały właściwie tylko usta. Gdybym miał jakiekolwiek uzdolnienia plastyczne, mógłbym je namalować lub wyrzeźbić, odtworzyć co do najdrobniejszego detalu… rysowałbym je codziennie, godzinami całymi, obsesyjnie, z uporem maniaka; ślęczałbym w skupieniu, ze zmarszczonymi brwiami i rysował, nie myląc nigdy falistej linii warg, nie zapominając o najmniejszym szczególe. Jednak los poskąpił mi talentów artystycznych, nie wiedziałbym, jak się zabrać do takiego rysunku. Ba, nie potrafię oddać tego nawet za pomocą słowa, które było przecież moim narzędziem pracy. Gdybym odważył się opisać miękkie owale jej warg, zobrazować ich malinowy, soczysty odcień, tym samym zbrukałbym je banalnością użytych sformułowań, gdyż żadne słowa nie są godne opisać tego cudu.

Zaczęło się od uśmiechu. Kąciki jej ust uniosły się nieznacznie do góry, poduszki warg rozchyliły się lekko, ukazując fragment równych, białych zębów.
- Dzień dobry pani – wyjąkałem, podczas gdy uśmiech rozkwitał jeszcze chwilę niby najpiękniejszy kwiat na łące jej postaci odzianej w biały fartuch.
- Dzień dobry – odparła, wskazując mi gestem duży, zielony fotel.
Stałem jeszcze chwilę bez ruchu, urzeczony wpatrując się w jej usta.
- Pierwszy raz jest pan u nas? – zapytała miło, sądząc zapewne, że jestem nieśmiały.
- Nie, tylko nigdy wcześniej pani nie widziałem – rzekłem i, żeby jakoś usprawiedliwić czy uzupełnić swoją głupią odpowiedź, dodałem – Pracuje tu pani od niedawna, prawda?
Przechyliła głowę w niejednoznacznej odpowiedzi i jeszcze raz pokazała mi, żebym usiadł.
Chrząknąłem trochę zażenowany i usiadłem, a w zasadzie położyłem się w fotelu. Zapadłem się nieco w jego miękkiej materii, zieloność ściśle przylegała do moich policzków, ramion i wyprostowanych nóg. Zamknąłem na chwilę oczy, starając się opanować dreszcz niepokoju, który uprzednio wszystko zniweczył; kiedy je otworzyłem, stała obok mnie. Uśmiechała się. Dziś wiem, że gdyby nie ten uśmiech, nie odważyłbym się uczestniczyć w seansie, uciekłbym przed czasem jak za pierwszym razem.
- Ręce proszę ułożyć wzdłuż ciała, nogi bliżej siebie – instruowała. – Tak, bardzo dobrze. Skoro bywa pan u nas, nie muszę wyjaśniać, na czym polega RMP, prawda? Przejdźmy zatem dalej…
Nie, nie musiała niczego wyjaśniać, wiedziałem o RMP wszystko, co mówili pacjentom przed seansem, miałem to na taśmie. Intrygowało mnie to, czego nie zdradzali, pragnąłem poznać sekret działania Rewelacyjnej Metody Psycholomiwitycznej, dotknąć jej sedna… i napisać artykuł mojego życia. Nie znalazłem na to lepszego sposobu niż poddanie się jej, świadome uczestniczenie w seansie.
W Centrum RMP byłem już wcześniej. Pewnego dnia wybrałem się tutaj – z nerwami na wodzy, z nieugiętą wolą pozostania świadomym wszystkiego, co się będzie się ze mną działo. W recepcji podałem zmyślone nazwisko. Dwie godziny czekałem na swoją kolej. Poprzedzający mnie pacjenci wchodzili do środka i już nie wracali. Dziewczyna z personelu porządkowego wyjaśniła mi, że wyjście znajduje się z drugiej strony budynku. Ja jednak opuściłem gabinet tymi samymi drzwiami, którymi wszedłem… Nie mogłem inaczej. W chwili gdy zagłębiłem się w miękkiej zieleni obicia fotela, ciałem moim wstrząsnął dreszcz paniki. Fotel mnie nie otulał, lecz osaczał, w jego kojącej miękkości czaiła się pułapka. Psycholomiwityk mówił o RMP, lecz jego głos nie mógł się przebić przez złowróżbny szum dźwięczący w moich uszach. „Dobrze, zaczynamy” – powiedział na końcu. Wtedy wstałem bez słowa i szybko opuściłem pokój, następnie ośrodek, nie reagując na pytania i zaczepki. Uspokoiłem się dopiero w swoim mieszkaniu. Odkleiłem mikrodyktafon z wewnętrznej strony koszuli i odtworzyłem nagranie. RMP jest to nowoczesna, nieinwazyjna metoda leczenia problemów psychologicznych, a także niektórych psychiatrycznych, skuteczna zwłaszcza… I tak dalej… Bezsensowne krążenie wokół tematu. Jeśli chciałem się czegoś dowiedzieć, musiałem poznać sam proces leczenia, zobaczyć seans krok po kroku. Ponieważ na razie nie mogłem się zdobyć na ponowne odwiedziny w ośrodku, musiałem dotrzeć do pacjentów. Nie bez trudności udało mi się znaleźć dwie osoby leczące się w Centrum RMP skłonne udzielić mi potrzebnych informacji: narkomana dobiegającego trzydziestki i młodą dziewczynę wychodzącą z depresji. Umówiłem się z nimi w niewielkiej kawiarni na obrzeżach miasta w pewien deszczowy wtorek – z mężczyzną przed południem, z dziewczyną po południu. Po kilku konwencjonalnych zdaniach zacząłem zadawać pytania. Oczywiście wszystko nagrywałem. Oboje odpowiadali niepewnie, ostrożnie dobierając słowa, jakby sami nie wiedzieli, co właściwie działo się podczas seansu. W ich opowiadaniach seans przypominał zdarzenie z dalekiej przeszłości, zamazane, niewyraźne i zniekształcone przez czas, zdarzenie, które równie dobrze mogło być snem lub fantazją. Myślę, że to miała na myśli dziewczyna, kiedy przy pożegnaniu rzekła: „Niech pan nie traktuje poważnie tego, co panu powiedziałam. Nie okłamałam pana, opowiedziałam wszystko, co zapamiętałam z seansów, ale... Nie wiem, jak to ująć… Czuję, że wydarzyło się coś jeszcze… a to, co przedstawiłam jako fakty, mogło nie wydarzyć się wcale”. Wiele razy odsłuchiwałem materiał, usiłując wyciągnąć jakieś wnioski, zbudować w swoim umyśle sensowny obraz Metody, pojąć istotę jej działania. Relacje były w wielu miejscach niejasne, często sprawiały wrażenie opisu fabuły filmów science fiction, jednak nie mogłem odsunąć na bok tego tematu, zająć się inną sprawą. Być może nie pozwalało mi na to zastanawiające podobieństwo obu rozmów, nie wiem.
- Rozumiem, że możemy zaczynać? – upewniła się pani psycholomiwityk.
Niepostrzeżenie przesunąłem rękę w górę i, namacawszy przez materiał spodni dyktafon wielkości śliwki, włączyłem nagrywanie. Zanim wyszedłem z domu, nagrałem nagłówek taśmy: „Seans leczniczy w Centrum RMP, podejście drugie, dnia dwudziestego szóstego marca roku dwa tysiące siedemdziesiątego ósmego”.
- Ręce trzymamy wzdłuż ciała – upomniała mnie łagodnie. – Denerwuje się pan?
- Nie – odparłem cicho.
- To nie boli – uśmiechnęła się, a ja poczułem kojący przypływ odprężenia. – Proszę patrzeć przed siebie, nie na mnie – przykazała i zniknęła z mojego pola widzenia.
Fotel podjechał do góry jakieś pół metra i jakby się pogłębił – poczułem, że jeszcze bardziej zapadam się w zielonym pluszu. Nie spodobało mi się to, jeszcze bardziej zaniepokoił mnie osobliwy mechanizm, który nie wiadomo skąd pojawił się w pobliżu mojej twarzy – metalowy sześcian o nierównej powierzchni pokryty śrubami i poskręcanymi spiralnie kablami na cienkiej, mechanicznej nodze. „Żelazne pudełko z obrazami” – przypomniałem sobie fragment jednej z relacji.
- Teraz proszę się nie ruszać – usłyszałem spokojny głos prowadzącej.
Ze strachem ujrzałem, że jedna ze ścian skrzyni podnosi się, ukazując swoje wnętrze, puste, jeśli nie liczyć czegoś w rodzaju silikonowej maski, która dzieląca mechanizm na dwie równe części przypominała rozciągniętą, białoróżową błonę. Wzdrygnąłem się na myśl o tym, co miało nastąpić. Urządzenie zbliżało się do mnie nieubłaganie. Zacisnąłem powieki. Po chwili usłyszałem cichy trzask i poczułem chłód metalu na swojej szyi – mechanizm przypiął się do zagłówka fotela, zamykając moją głowę w środku. Wtedy stało się to, czego się najbardziej obawiałem: silikonowa maska ściśle przylgnęła do mojej twarzy, wręcz przykleiła się do niej. Pragnąłem przesunąć nieco głowę, lecz było już za późno, domyśliłem się, że ze ścianek urządzenia niepostrzeżenie musiały się wysunąć macki, które nie pozwalały mi na najmniejszy ruch. Na szczęście miałem jeszcze kończyny. Podniosłem ręce, lecz nie zdążyłem wykonać żadnego manewru, bo poczułem stalowe pasy błyskawicznie krępujące całe moje ciało.
- Co pani robi?! – zawołałem przerażony.
- Ja nic – usłyszałem spokojną odpowiedź. – System się broni. Proszę leżeć bez ruchu, a wimity wrócą do wyjściowej pozycji.
Miała rację: po kilkunastu sekundach krępujące mnie pasy ustąpiły. Na moment się uspokoiłem. Wtedy poczułem dziwne mrowienie wokół oczu, maska oplatająca moją twarz kurczyła się, siłą rozwierając moje powieki. Rzuciłem się niespokojnie na fotelu, ponownie uaktywniając obronę systemu.
- Proszę pani – odezwałem się, z trudem panując nad zdenerwowaniem. – Chciałbym przerwać seans. Proszę mnie wypuścić.
Odpowiedziała mi głucha cisza. Niemal słyszałem przyspieszone bicie swojego serca. Szarpnąłem się gwałtownie, lecz pasy nie puściły, oplotły mnie jeszcze mocniej.
- Chcę stąd wyjść! – zawołałem, jeszcze raz próbując się uwolnić. Więzy zacisnęły się znowu. Umilkłem i znieruchomiałem przerażony, zdając sobie sprawę, że dalsze próby ucieczki skończą się dla mnie tragicznie. Już teraz z trudem mogłem oddychać. „Boże, to mnie zadusi!” – jęknąłem w duchu i zacząłem odmawiać w myśli fragment jakiejś modlitwy zapamiętany z czasów dzieciństwa.
Minęło kilka minut. Z ulgą skonstatowałem, że ucisk pasów nieznacznie zelżał, jednak jeszcze bałem się głębiej odetchnąć. Czoło i wnętrze dłoni miałem wilgotne od potu, gardło natomiast suche i ściśnięte. Chciało mi się płakać z doznanego przed paroma minutami strachu, ale się powstrzymałem. Upłynęło kilka długich chwil. Miejsce żalu i ulgi stopniowo zajmował gniew.
- Rozpoczynamy właściwą fazę seansu – przemówiła lekarka znienacka, jak gdyby nic się nie stało.
- Gdzie się pani podziewała?! – krzyknąłem, tłumiąc w sobie pokusę ruchu.
- Nigdzie. Cały czas byłam przy panu.
Z początku nic nie odpowiedziałem, bo mnie zatkało.
- Mało nie umarłem, a pani sobie spokojnie stała obok – wyszeptałem wreszcie ze zgrozą. – I to ma być leczenie… Piękną macie Metodę, doprawdy r e w e l a c y j n ą – wycedziłem.
- Nasza Metoda jest rewelacyjna i działa bez zarzutu – odparła z godnością. – Ale pan nie przyszedł się leczyć.
- Jestem uzależniony od hazardu.
- Tak pan napisał w kwestionariuszu.
- Nawet jeśli skłamałem, to jeszcze nie powód, żeby narażać mnie na śmierć. Przecież ta maszyna mogła mnie zabić! – zawołałem z oburzeniem.
- Ale nie zabiła. System obronny jest niegroźny dla zdrowego człowieka. Zdrowy człowiek nie pozwoli się zabić, znając zasadę działania wimitów.
Prychnąłem z niedowierzaniem.
- A swoich pacjentów narażacie na niebezpieczeństwo, tak? Poza tym każdy mógłby stracić rozsądek, siedząc na tym cholernym fotelu.
- Nie muszę się panu tłumaczyć – odparła zimno.
- Proszę mnie uwolnić – zażądałem. – Przyznaję się, nie potrzebuję leczenia.
- Więc czego pan tutaj szuka?
- Proszę mnie uwolnić – powtórzyłem. – Wszystko pani powiem, tylko niech mnie pani uwolni!
Po chwili maszyna ledwo wyczuwalnie drgnęła. Silikonowa błona oblepiająca mi twarz z głośnym plaśnięciem odstąpiła, a bryła więżąca moją głowę oderwała się od fotela i zaczęła się od niej oddalać. Niespokojnie omiotłem oczami gabinet. Pani psycholomiwityk wciąż znajdowała się poza zasięgiem mojego wzroku.
Poczuwszy dopływ świeżego powietrza, głęboko odetchnąłem.
Tymczasem fotel zaczął się obniżać do pierwotnej wysokości.
- Już. Może pan zejść – usłyszałem. – Śmiało, system obronny zablokowany.
Podniosłem rękę na próbę. Przekonawszy się, że stalowe pasy faktycznie zostały dezaktywowane, wstałem. Byłem jeszcze oszołomiony ostatnimi wypadkami, ale także wściekły. Podszedłem do kobiety, zdecydowany powiedzieć jej, co myślę o niej i cholernej Metodzie, na końcu języka miałem przekleństwa i groźby.
- To na nic – odezwała się, zanim zdążyłem otworzyć usta. Stała naprzeciw mnie i spokojnie mi się przypatrywała. – Wiem doskonale, co pan chce powiedzieć, proszę się nie fatygować. Centrum jest bezpieczne. Jesteśmy legalną instytucją, w ciągu trzech miesięcy istnienia skutecznie pomogliśmy tysiącom ludzi cierpiącym na rozmaite psychiczne dolegliwości. Działamy zgodnie z prawem i wszelkimi zasadami – podniosła dłoń, uprzedzając mój protest. – Pan niestety nie może tego samego powiedzieć o sobie. Podawanie fałszywych danych jest w krajach Unii Europejskiej surowo karane. Pan uczynił to dwukrotnie.
- Fałszywe dane! – prychnąłem pogardliwie. – Pani usiłowała mnie zabić!
- To nieprawda – zaprzeczyła stanowczo. – A gdyby tak nawet było, nikt panu nie uwierzy. Jaki dowód przedstawi pan sędziemu? Żałosne nagranie, na którym są głównie pańskie dzikie krzyki? No, dalej, niech pan odda dyktafon po dobroci. Jeśli łudzi się pan, że nasza rozmowa wciąż się nagrywa, muszę pana rozczarować. Kiedy wimatorium osiągnie swoje maksimum, jak to się stało, kiedy wimity oplotły pana ciało w sposób najciaśniejszy z możliwych (tak, cały czas był pan zupełnie bezpieczny), wszystkie urządzenia w promieniu dwóch metrów ulegają rozmagnetyzowaniu. Pańska taśma jest bezwartościowa, a dyktafon do wyrzucenia.
- Nie wierzę. Blefuje pani.
- Proszę mi oddać dyktafon – powiedziała pobłażliwie.
- Nie.
Bez słowa włożyła mi rękę do kieszeni spodni i wyjęła urządzenie. Tego się nie spodziewałem. Spojrzałem na nią zaskoczony, a ona uśmiechnęła się do mnie nieomal serdecznie. Rozbroiło mnie to do reszty. Wpatrywałem się w nią, nie wiedząc, co począć. W końcu też się uśmiechnąłem.

- Masz taki uroczy uśmiech, taki dziewczęcy, niewinny – szeptałem jej do ucha tego samego dnia wieczorem, gdy przytuleni wychodziliśmy z pijalni soków. – Nie potrafię tego pojąć… Anielski uśmiech przy takim żelaznym charakterze! Oniemiałem, kiedy wyjęłaś mi dyktafon ze spodni! Skąd wiedziałaś…
- Znam się na ludziach – odparła krótko.
- Jesteś niezwykła, Sylwio. Zabrzmi to idiotycznie, wiem, ale już jestem w tobie zakochany – plotłem, patrząc na nią z uwielbieniem. – Nie czułem się tak od czasów szkoły, słowo daję…
- Gdyby nie prohibicja, pomyślałabym, że się upiłeś – rzekła, obdarzając mnie swoim cudownym uśmiechem.
- Upiłem się tobą. Powiedz mi, jak to możliwe, że za tym ślicznym, niewinnym uśmiechem kryje się taka wspaniała kobieta... Jesteś tak… tak… – zająknąłem się, szukając odpowiedniego słowa.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo – odparła, w jednej chwili poważniejąc, a jej oczy zalśniły, jak mi się zdawało, jakimś demonicznym blaskiem. – Chodź.
Pociągnęła mnie ku jednej z mniejszych ulic przecinających tę, którą do tej pory szliśmy. Przyspieszyła kroku, a ja wraz z nią. Po chwili skręciliśmy w jeszcze mniejszą uliczkę, później w jeszcze mniejszą. Raz po raz zerkałem na jej nieprzeniknioną twarz, zastanawiając się, dokąd mnie prowadzi. Szliśmy zaułkami, o których istnieniu nie miałem do tej pory pojęcia, przemierzaliśmy podwórza i place, których dotychczas nie znałem. Szybko straciłem orientację w terenie. Po dobrym kwadransie stanęliśmy przed jakimś wieżowcem.
- Zamknij oczy – rozkazała.
Wykonałem polecenie, a ona tymczasem wprowadziła kod otwierający drzwi.
- Idziemy do ciebie – domyśliłem się.
- Nie – odparła; pierwsza weszła do windy i nacisnęła przycisk znajdujący się na samej górze metalowej tablicy.
- Wygodne te nowoczesne budynki – zagaiłem, bo poczułem się nagle jakoś nieswojo. – Nie to co dawniej, teraz nie trzeba przemierzać żadnej klatki scho…
Spojrzałem na nią i urwałem zmieszany. Nie uśmiechała się, jej twarz była nieodgadniona, tylko oczy żarzyły się niepokojącym płomieniem. Przypominała panterę gotową do skoku. „Chyba mnie nie zabije?” – przemknęła mi przez głowę niedorzeczna myśl.
Wreszcie winda zatrzymała się.
- Jesteś żonaty? – zapytała bez jakiegoś szczególnego tonu.
- A jeśli jestem, to coś zmieni? – odparłem, a mój wcześniejszy lęk ustąpił miejsca innym emocjom, bardziej adekwatnym do zaistniałej sytuacji.
Rozchyliła wargi i drapieżnie błysnęła zębami, nie przypominało to uśmiechu, w którym się zakochałem, lecz w tamtej chwili był on absolutnie zbędny.
- Obojętne – mruknęła. – Zamknij oczy.
Posłuchałem rozkazu, a ona wstukała kod otwierający drzwi apartamentu.
Otworzyłem usta, aby powiedzieć, że jestem rozwodnikiem, lecz nie zdążyłem. Gwałtownie zarzuciła mi ręce na szyję i całując, gryząc, wciągnęła do mieszkania.

Obudziłem się przed szóstą. Jeszcze nie otworzyłem oczu, a już wydarzenia popołudnia i nocy spłynęły na mnie elektryzującym dreszczem. Natychmiast odwróciłem głowę w bok, aby przekonać się, że to nie był sen. Spała na przeciwległym skraju wielkiego łóżka, na którym z powodzeniem zmieściłyby się cztery osoby, odwrócona do mnie plecami, pasmo jej rudych, imponująco długich włosów leżało tuż przy mojej twarzy. Cicho wstałem i udałem się na poszukiwanie łazienki. W pokoju sypialnym (i zarazem jedynym, jaki do tej pory widziałem) znajdowały się trzy pary drzwi. Ta na wprost łóżka prowadziła, jak pamiętałem, do windy. Pozostałe dwie umiejscowione w lewej ścianie pomieszczenia stanowiły dla mnie zagadkę. Nacisnąłem klamkę jednych z nich… i wtedy rozległ się ogłuszający hałas, jakby obok mnie przejechało rozpędzone metro.
- Co jest, do cholery – mruknąłem.
Sylwia zerwała się z łóżka i zmierzyła mnie surowym wzrokiem.
- Co chciałeś zrobić? – zapytała groźnie.
- Nic, szukałem łazienki – odparłem, mimowolnie podziwiając jej piękne ciało.
- Łazienka jest obok – powiedziała łagodniej i spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem.
Kiedy ujrzałem się w lustrze, zrozumiałem. Moje ręce, nogi, brzuch, plecy, a nawet szyja i twarz były pokryte zadrapaniami i małymi siniakami.
- Coś ty ze mną zrobiła! Jak ja się pokażę w pracy w takim stanie?
- Nie histeryzuj – usłyszałem w odpowiedzi. – Na szafce przy lustrze stoi maść, taka niebieska tubka.
- Tubka srubka – mamrotałem ze złością. – Mam trzydzieści sześć lat, za dużo, żeby obnosić publicznie swoje życie intymne. Diablica…
Wściekły posmarowałem siniaki maścią ze wskazanej tubki, zdecydowany zakończyć znajomość z Sylwią na jednej nocy, zdecydowany unikać przygodnych romansów w przyszłości. Wróciłem do sypialnego pokoju i bez słowa zacząłem się ubierać. Sylwia leżała w łóżku w niedbałej pozie bogini i patrzyła na mnie spod oka, nie okazując najmniejszego żalu czy jakichkolwiek uczuć. Uznałem, że powinienem jej coś powiedzieć, jakoś nią wstrząsnąć. Zabawne: czułem się wykorzystany i ośmieszony – ja, mężczyzna.
- Słuchaj… – zacząłem ostro.
- Telefon ci wibruje. Odbierz – powiedziała, tłumiąc ziewnięcie.
Nerwowo poklepałem spodnie i klapy marynarki.
- Tam, pod krzesłem leży.
Wściekły podniosłem z ziemi swoją płytkę, którą poprzedniego dnia musiałem upuścić w miłosnym uniesieniu, potarłem palcami w odpowiednim miejscu i warknąłem:
- Słucham?
Przezroczysta tafla płytki zmąciła się i ujrzałem na niej twarz swojego jedenastoletniego syna.
- Co się stało? – zapytałem zaniepokojony, zapominając na chwilę o irytacji.
- Mama nas obudziła i chce nam puścić rezurekcję.
„Co roku to samo! – pomyślałem z ulgą, że nie stało się coś gorszego. – Będę musiał z nią poważnie porozmawiać. Trudno, może ich wychowywać na katolików, ale niech nie katuje ich nagraniami mszy sprzed pół wieku! Jeszcze o tak wczesnej godzinie…” Ponieważ umówiliśmy się, że nie będziemy podważać sobie autorytetów, odparłem:
- To i tak macie dobrze. Dawniej ludzie musieli wychodzić z domu, iść do kościoła, aby stać tam w tłoku bardzo długo…
- Jak długo? – dopytywał się chłopiec.
- Kilka godzin – zaryzykowałem odpowiedź, gdyż wspomnienia z dzieciństwa dotyczące religii katolickiej nie zachowały się w mojej pamięci dokładnie. – Może wydają wam się dziwne praktyki, do których mama was zachęca…
- Zmusza – poprawił mnie z naciskiem głosik córki, a zaraz potem na płytce ukazała się jej zielona czupryna.
- …zmusza, ale musicie być posłuszni. Jeśli będziecie grzeczni, w sobotę pójdziemy do symulatorium.
- Naprawdę? – zapytało rodzeństwo jednym pełnym nadziei głosem.
- Obiecuję – odparłem uroczyście. – Bądźcie grzeczni. Pa.
Zakończyłem połączenie i schowałem telefon do wewnętrznej kieszeni marynarki.
- Twoja żona jest katoliczką? – zapytała Sylwia, przeciągając się leniwie. – Rzadkość w dzisiejszych czasach.
Zignorowałem ją i zrobiłem krok w stronę drzwi wyjściowych.
- Marcin – powiedziała miękko. – Maść pomogła. Sprawdź, jeśli nie wierzysz.
Nieufnie rozchyliłem koszulę na piersiach, wypatrując różowosinych znaków. Zniknęły. Spojrzałem ze zdumieniem na Sylwię, a ona uśmiechnęła się do mnie. Znów byłem pod jej urokiem.

Minęło kilka tygodni.
Ponieważ nie miałem przyjaciół ani bliskiej rodziny, oprócz dzieci, z którymi widywałem się raz w tygodniu, nikt nie ostrzegł mnie przed niebezpieczeństwem, nikt nie zauważył nieuchwytnych zmian z moim zachowaniu, nawet ja sam. Pamiętam opowieści babci o syrenach pięknymi głosami wabiących marynarzy ku zgubie. Sylwia jawi się w moich wspomnieniach jako jedna z nich: w dzień lgnąłem do jej niewinnego uśmiechu i prawdziwego kobiecego ciepła, za którym tęskniłem od lat, w nocy kusiła mnie swoją drapieżnością, namiętnością przypominającą raczej nienawiść niż miłość. Wiele razy zastanawiałem się, jakim sposobem w jej pięknym ciele mogły mieszkać razem dwa skrajnie odmienne charaktery… i który z nich był prawdziwy, a który stanowił jedynie przeciwieństwo drugiego. Fascynowała mnie swoją dwoistością; dzień po dniu śledziłem wyraz jej twarzy, wsłuchiwałem się w jej głos, usiłując uchwycić nieuchwytne – moment, kiedy Sylwia dzienna stawała się Sylwią nocną.
Gdzieś między tymi dwiema osobowościami rysowała się trzecia: Sylwia – naukowiec. Bardzo szybko zorientowałem się, że jest kimś więcej niż szeregowym psycholomiwitykiem. Dobry dziennikarz ma sposoby, aby zdobyć potrzebne informacje, użyłem swoich wpływów i utwierdziłem się w przekonaniu, że moja dziewczyna jest nie lada szyszką w świecie medycyny. Nie miałem pełnych danych na jej temat, lecz to, co udało mi się uzyskać wprawiło mnie w podziw i zdumienie. Międzynarodowa matura w wieku szesnastu lat, kilka lat później magisterium z psychologii i doktorat z psychiatrii, ukończony z wyróżnieniem kurs psycholomiwityki, w międzyczasie osiągnięcia na polu techmedycyny, patent na jakiś medyczny wynalazek, liczne artykuły w prasie medycznej zagranicznej i krajowej… Spotykałem się z prawdziwym geniuszem! Mogła nawet zarządzać Centrum RMP, nie zdziwiłbym się, gdyby się okazała twórcą Metody.
Wiele czasu poświęcała pracy. W ośrodku pojawiała się już o godzinie siódmej, wychodziła stamtąd po szesnastej i szła do swojej, jak mówiła, pracowni, której nie opuszczała przed upływem czterech, czasem pięciu lub sześciu godzin. Przypuszczałem, że owa pracownia mieściła się na ostatnim piętrze wieżowca, gdzie zaciągnęła mnie pierwszego dnia, za zamkniętymi drzwiami zabezpieczonymi alarmem. Kiedy następnego ranka opuściliśmy ten budynek, poprowadziła mnie znów plątaniną podejrzanych uliczek i podwórzy, abym żadnym sposobem nie mógł odnaleźć miejsca, w którym spędziliśmy naszą pierwszą noc.
- Powiedz – zagadnąłem, kiedy żegnaliśmy się w pobliżu Centrum RMP. – Co ukrywasz pod kluczem w tym wieżowcu?
- Zapomnij, że były jakiekolwiek zamknięte drzwi i nie próbuj szukać drogi do nich.
W jej tonie wyczułem przyczajoną groźbę.
- Nie będę – zapewniłem szybko. – Zobaczymy się jeszcze?
- Mieszkasz sam? – zapytała.
- Tak.
- Już nie – uśmiechnęła się. – Od dzisiaj mieszkam z tobą.
Wieczorem wprowadziła się do mnie. Nie miała dużo rzeczy osobistych; trochę ubrań, kilka podstawowych kosmetyków, nic, co mogłoby mi powiedzieć cokolwiek o jej przeszłości, o niej samej. Bacznie strzegła tej wiedzy, podobnie jak pilnowała sekretu Metody i swoich tajemniczych zajęć w pracowni. Na różne sposoby próbowałem przebyć barierę jej milczenia, lecz Sylwia była sprytna i potrafiła odgadnąć mój zamiar, zanim jeszcze otworzyłem usta. Prawie nigdy nie pytała o moje życie, czasami sam jej coś opowiadałem o dzieciach, byłej żonie, pracy, wspomniałem nawet o dzieciństwie spędzonym na wsi u babci Jadwigi. Słuchała moich zwierzeń w milczeniu, wydawało mi się, że z uwagą, lecz dziś wątpię, czy choć trochę ją to obchodziło.
Po prawdzie nie mieliśmy wiele okazji do rozmowy. Kiedy budziłem się rano, Sylwii już nie było. Po powrocie z redakcji jadłem samotnie prosty posiłek z mikrofalówki, bezmyślnie patrząc w plazmę telewizyjną, później wkładałem naczynia do zmywarki i czekałem… Czasami, zanim udawała się do pracowni, dzwoniła do mnie i spotykaliśmy się w pijalni soków. Żadne z tych spotkań nie trwało dłużej niż pół godziny, lecz każdego popołudnia z utęsknieniem oczekiwałem jej telefonu. Siedzieliśmy obok siebie i znad szklanek wypełnionych sokiem jednodniowym posyłaliśmy sobie czułe spojrzenia, uśmiechała się słodko i głaskała mnie po policzku. Zamykałem oczy i ze wzruszeniem poddawałem się tej niepozornej pieszczocie, której przecież potrzebowałem jak powietrza. „Musisz już iść” – mówiła w końcu i z ciężkim sercem wychodziłem z pijalni soków. Później wstawała ona i szła do swojej pracowni, zapewne oglądając się co parę kroków, żeby sprawdzić, czy jej nie śledzę. Bolała mnie ta nieufność, ale nic nie mogłem na to poradzić. Nie pytałem o drogę do jej sekretnych drzwi, nie pytałem nawet, dlaczego nie wolno mi tego robić. Częściej jednak bywało, że z Centrum RMP szła prosto do pracowni. Wałęsałem się wtedy po domu niczym zapomniany pies i czekałem. Jeśli długo nie wracała, kładłem się do łóżka, ale nigdy nie mogłem zasnąć. Czekałem z niecierpliwością, pożądaniem, strachem na tę drugą Sylwię, Sylwię nocną, która mnie fascynowała i przerażała jednocześnie. Cichy odgłos zamka, ostrożne kroki, skrzypnięcie drzwi sprawiały, że mimowolnie wstrzymywałem oddech, usiłując wyczuć moment ataku. Rzucała się na mnie z nienawiścią udającą namiętność; gryzła, udając, że całuje, dusiła, udając, że ściska, drapała, udając, że głaszcze, szarpała, udając, że pieści. Nie potrafiłem za nią nadążyć, oszołomiony nie czułem nawet bólu, porywała mnie swoim temperamentem i sam już nie wiedziałem, czy jestem w raju, czy w piekle.
Co rano z niepokojem przyglądałem się swojej skórze, spodziewając się licznych pamiątek po minionej nocy. Jednak ku mojemu zdziwieniu wszystko było w porządku. Może przed wyjściem do Centrum RMP, kiedy twardo spałem, smarowała moje rany maścią z niebieskiej tubki? Teraz wydaje mi się to wielce prawdopodobne, wtedy tłumaczyłem to sobie w inny sposób, mianowicie myślałem, że demonizuję temperament Sylwii w swojej wyobraźni. Nie śmiałem jej o to pytać, wiedziałem, jaka jest skryta, jak bardzo nie lubi mówić o sobie, a za nic na świecie nie chciałem jej do siebie zrazić.

Pewnego popołudnia, kiedy siedzieliśmy obok siebie w pijalni soków, odważyłem się przerwać nasze zwyczajowe milczenie. Ująłem jej dłonie w swoje i zapytałem, czy mnie kocha. Spojrzała mi łagodnie w oczy.
- Dlaczego o to pytasz? Przecież znasz odpowiedź.
- Chcę ją usłyszeć.
- Kocham cię.
- Czasami odnoszę wrażenie, że mnie nienawidzisz – wyznałem. – Bywasz… brutalna.
- Za dużo pracuję – rzekła, jakby to miało wszystko wyjaśniać. Zamilkła na długą chwilę, tak długą, że sądziłem, iż myśli już o czymś zupełnie innym.
- Muszę iść – westchnąłem domyślnie.
- Zaczekaj, razem pójdziemy – powiedziała niespodziewanie. – Biorę trzy dni wolnego od pracowni.
Ucieszyłem się, ale zarazem odczułem lekki niepokój, dzisiaj przypadał dzień widzenia się z dziećmi
- Lota i Walek mają dziś przyjść – powiedziałem ostrożnie, niepewny jej reakcji.
- Wspaniale – uśmiechnęła się. – Z radością ich poznam. Zrobię zapiekankę, a na deser podamy sałatkę owocową.
Kwadrans później byliśmy w domu. Świadomość popołudnia, pierwszego popołudnia, które mieliśmy razem spędzić uskrzydlała mnie. Siedziałem na kuchennym stołku i wodziłem za Sylwią rozkochanym wzrokiem. Dziwnie było ją widzieć krzątającą się przy obiedzie, a przecież sprawiała wrażenie, jakby przez całe życie nie robiła nic innego. Żartowała, śmiała się i co kilka chwil podchodziła, aby musnąć ustami moją twarz. Nie udawała niczego, takie zachowanie było dla niej równie naturalne jak wcześniejsze nocne ekscesy.
- Wreszcie zjesz coś porządnego, mój biedaku. Myślisz, że nie zauważyłam w śmieciach opakowań po expressfoodach? – zapytała troskliwie.
Pocałowałem ją, Sylwię dzienną, łagodną i pełną ciepła. Oddała mi pocałunek słodko, delikatnie, jak nigdy wcześniej.
- Jeszcze – poprosiłem.
- Nie. Słyszę dzwonek do drzwi.
- To nie drzwi, tylko moja płytka – pełen złych przeczuć sięgnąłem do kieszeni po telefon. W tej samej chwili rozległ się prawdziwy dzwonek do drzwi. – Otwórz ty, naczelny do mnie dzwoni.
Zerknąłem na dzieci witające się z Sylwią i odebrałem połączenie. Nie była to długa rozmowa.
- Muszę jechać do redakcji, inaczej mnie zwolnią – wyjaśniłem półgłosem Sylwii. – Zajmiesz się nimi? To nie powinno potrwać długo.
- Jasne – powiedziała.
Spojrzałem na dzieci. Wszystko słyszały, szczwane bestie.
- Jedź, żeby cię nie zwolnili – zapiszczała Lotka, gryząc koniec swojego zielonego warkocza.
- Jakoś z nią wytrzymamy – dodał Walek.
- No – zmarszczyłem groźnie brwi. – Licz się ze słowami, smarkaczu. Natychmiast przeproś panią.
- Przepraszam – powiedział i dodał z szelmowskim uśmiechem – Sylwio.
- Jesteśmy po imieniu – wyjaśniła Sylwia pogodnie. – Idź już, umiem rozmawiać z dziećmi.
- Dziękuję ci. Macie być grzeczni, pamiętajcie – pogroziłem palcem swoim latoroślom i wyszedłem z domu.

Nowy, granatowy seat pro sx lekko lśnił w promieniach wiosennego, popołudniowego słońca. Otworzyłem lewe lusterko i szybko wystukałem na klawiaturce kod dostępu. Drzwi auta uniosły się zapraszająco do góry. Wsiadłem do środka i uruchomiłem silnik, aktywując jednocześnie pasy bezpieczeństwa i automatyczne zamykanie drzwi. Jadąc autostradą, zastanawiałem się, co powiedzieć szefowi. Dobrze wiedziałem, że prędzej czy później zostanę wezwany na dywanik. Upłynęły dwa miesiące, odkąd obiecałem mu artykuł dotyczący RMP; przyszedłem do niego zadowolony, pełny optymizmu i zaraziłem go swoim zapałem. Pogratulował mi wspaniałego pomysłu, obiecał podwyżkę, a kiedy wychodziłem, dodał: „Proszę spokojnie pracować nad tematem, nie będę obarczał pana poważniejszymi zadaniami do czasu, aż pan nie skończy”. Co prawda nie wyznaczył mi żadnego konkretnego terminu, wiedziałem jednak, że najodleglejszy możliwy deadline mam już dawno za sobą. Nie wiem, na co liczyłem, zwlekając tak długo z przyznaniem się do porażki i wzięciem jakiejś nowej sprawy. Teraz było już za późno, nie warto było nawet analizować przyczyn własnej opieszałości, zresztą nie miałem na to czasu.
Zaparkowałem na swoim miejscu pośrodku ogromnego parkingu, jak zwykle prawie pełnego. Wysiadłem z samochodu, wstukałem w lewe lusterko kod antywłamaniowy i spojrzałem na wznoszący się przede mną gmach zbudowany głównie z żelazobetonu i niebieskiego szkła – arcydzieło architektury ostatnich lat. Nad dachem znajdowały się złote litery układające się w widoczny z daleka napis „MASS MEDIA MAXI”. W pierwszych latach pracy w tym molochu współczesności, zanim przekraczałem jego wielkie, rozsuwane drzwi, zawsze zadzierałem głowę i chwilę patrzyłem na gigantyczne litery oznaczające nazwę korporacji, której byłem częścią. Czułem wtedy respekt i nieśmiałą dumę. Dopiero później zrozumiałem, że bycie niepozornym trybikiem w bezdusznym procesie przetwarzania teraźniejszości nie przynosi mi żadnego honoru.
Kiedy przeprowadziłem się do Tricitu, korporacja medialna, w której miałem pracować, właśnie zaczynała swoją działalność w Polsce. Mówiono wtedy, że medialny gigant zmiażdży konkurencję: pomniejsze wydawnictwa prasowe, internetowe portale informacyjne itp., jak to miało miejsce za granicą. Przepowiednia sprawdzała się, stopniowo MMM zagarniały dla siebie coraz większe obszary wirtualnej przestrzeni i zdobywały coraz więcej odbiorców.
Wyjąłem z portfela kartę identyfikacyjną i włożyłem do czytnika wmurowanego w ścianę budynku. „W porządku, możesz wejść” – przyzwolił automat i drzwi otworzyły się. Hol jak zawsze był zatłoczony. MMM nie odpoczywały nigdy, dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu pulsowały nieustannym ruchem, wieczną pogonią za nowością. W tym globalnym mrowisku liczącym blisko tysiąc pracowników każdy znał zakres swoich obowiązków i wykonywał nie mniej i nie więcej niż do niego należało. Tricitowska siedziba korporacji przypominała piramidę ze swoimi licznymi działami i poddziałami, labiryntem korytarzy i niezliczonymi pomieszczeniami: zaczynając od gabinetów różnych dyrektorów, kierowników, zastępców itd., na toaletach, bufetach i schowkach kończąc; nawet ekipa sprzątająca miała własne pokoje.
Redakcja „Dziennika Maxi” mieściła się w zachodnim skrzydle budynku na drugim piętrze. Szedłem pospiesznie w przemieszczającym się tłumie dyrektorów, informatyków, sekretarek, dziennikarzy, mijając wejścia do kolejnych działów. Szum klimatyzacji, strzępy rozmów, jaskrawe światło bezlitośnie lejące się z zamieszczonych na suficie jarzeniówek mogłyby przyprawić o ból głowy kogoś z zewnątrz, ja jednak byłem przyzwyczajony do tego wszystkiego, w pewnym sensie nawet to lubiłem. Wśród wielu pracowników korporacji byłem anonimowy a jednocześnie „swój”, wystarczyło tylko wtopić się w tłum zabieganych kobiet i mężczyzn, aby zanurzyć się w pozornym bezczasie i poczuć w sobie kroplę potęgi, którą niewątpliwie były MMM. Teraz również uległem przyjemnemu złudzeniu własnej siły, bezwiednie wyprostowałem plecy i wyżej uniosłem głowę, nie obawiając się już dłużej rozmowy z szefem. Pomyślałem o swoich zasługach dla Dziennika Maxi, dotychczasowym nienagannym zachowaniu i uznałem, że jestem względnie bezpieczny. Uśmiechnąłem się do siebie uspokojony.
Wszedłem do pokoju poprzedzającego gabinet szefa pewny siebie i pomyślnego zakończenia czekającej mnie rozmowy. Chwilę czekałem na sekretarkę, a ponieważ nie pojawiała się, zapukałem do drzwi opatrzonych tabliczką „Redaktor naczelny”.
- Nie ma go. Poszedł ochrzanić Kowalskiego – usłyszałem.
Odwróciłem się za siebie i na chwilę znieruchomiałem. Głos należał do Matyldy, miłej dziewczyny, z którą kilka miesięcy wcześniej przeżyłem krótki romans. Pracowała w MMM jako goniec działu internetowego. Siadywaliśmy obok siebie w bufecie, dobrze nam się rozmawiało, więc któregoś dnia umówiliśmy się na wieczór, reszta przyszła sama. Byłem przekonany, że oboje traktujemy naszą znajomość jako coś rekreacyjnego. Kiedy okazało się, że jest inaczej, możliwie najdelikatniej zerwałem znajomość. Przez jakiś czas czułem się podle, lecz szybko zapomniałem o tej niesmacznej sprawie, zwłaszcza, że Matylda po tygodniu zdała się pogodzić z losem. Dlaczego teraz spośród prawie tysiąca pracowników korporacji musiałem spotkać właśnie ją?
- Zaskoczony? – zaśmiała się trochę nienaturalnie. – Już nie pracuję w Inter Maxi. Dostałam awans na sekretarkę naczelnego tutaj. Słyszałam, jak z tobą rozmawiał. Później chodził po swoim gabinecie, klnąc pod nosem. Kazał mi przygotować twoje akta, chce cię zwolnić. Przykro mi, Marcin – powiedziała, siadając za swoim biurkiem.
Nie czekając na zaproszenie, usiadłem naprzeciw niej. Spojrzałem jej w twarz.
- Wcale ci nie jest przykro. Cieszysz się – stwierdziłem cicho. – Wciąż masz do mnie żal o tamto.
- Nawet nie umiesz nazwać rzeczy po imieniu! – zawołała, lecz zaraz opanowała się. – Rozkochałeś mnie w sobie i porzuciłeś. Dla ciebie odeszłam od męża, który mnie kochał…
- Nie prosiłem cię o to – uciąłem ostrym szeptem. – Byłem przekonany, że traktujesz naszą znajomość niezobowiązująco.
- Zniszczyłeś moje małżeństwo…
- To nie jest właściwe miejsce na tego typu rozmowy.
- Nie jest. Spotkajmy się wieczorem u ciebie – zaproponowała.
- Mieszkam z kimś – rzekłem zniecierpliwiony. – Proszę cię, nie rób scen. Mogę ci zapłacić za straty moralne, czy za co chcesz…
Nie zdążyła odpowiedzieć, bo drzwi otworzyły się, ukazując otyłą sylwetkę redaktora naczelnego. Jego nalana twarz była czerwona i gniewna. Zerwałem się z miejsca, starając się naprędce wymyślić w miarę wiarygodne usprawiedliwienie.
- Niech mi się pan nie pokazuje na oczy – warknął, przechodząc przez sekretariat do swojego gabinetu. – Kowalski przekaże panu moje rozporządzenia.
- Nawet nie chciał na ciebie spojrzeć! – zawołała triumfalnie Matylda.
- Mam nadzieję, że to cię satysfakcjonuje – powiedziałem i, nie czekając na odpowiedź, wyszedłem na korytarz.
Przypomniały mi się sceny ze starych filmów, kiedy zdenerwowany bohater zapala papierosa lub wypija jednego głębszego, żeby poczuć ulgę… Przypomniał mi się kojący smak czekolady, którą otrzymywałem od babci w dzieciństwie, ilekroć byłem smutny. Program Zdrowa Europa położył kres tym i innym przyjemnościom. Jedyną dozwoloną rzeczą, która mogłaby mi przynieść jakąś ulgę było głośne przeklinanie. Lecz na taki luksus nie mogłem sobie pozwolić – zbyt dużo ludzi przechodziło korytarzem. Zamknąłem oczy i w myślach zacząłem liczyć od dwudziestu do jednego.
- Kiepski dzień, co? – klepnął mnie w plecy Karol, kolega, z którym dzieliłem pokój.
Spojrzałem na niego niechętnie. Chciałem mu powiedzieć, żeby się odwalił, wsadził sobie w tyłek swoją fałszywą troskę, ale się powstrzymałem. Jeden wróg w korporacji zupełnie wystarczył.
- Gdzie Kowalski? – zapytałem.
- Już poszedł do domu. Nie zdziwię się, jeśli w najbliższych dniach złoży wymówienie. Stary objechał go z góry na dół, także za ciebie – dodał złośliwie, patrząc na mnie spod oka. – Wiem, że miał ci przekazać od szefa parę ciepłych słów, ale nie wytrzymał do twego przybycia, dlatego ja się tym zajmę. Otrzymasz łomot z trzeciej ręki – zachichotał.
- Chodźmy do pokoju, nie będziemy sterczeć w korytarzu – powiedziałem, z trudem tłumiąc irytację.
- Chcesz kawy? – zapytał Karol
- Wiesz dobrze, że nie pijam tego zbożowego syfu.
- A ja się napiję – oznajmił kolega i ruszył w stronę automatu stojącego jakieś dziesięć metrów od nas. Obejrzał się przez ramię.
- Poczekam na ciebie w pokoju – odpowiedziałem na jego pytające spojrzenie.
Prawie biegiem udałem się do naszej biurowej klitki. Zamknąwszy za sobą drzwi, wyrzuciłem z siebie wiązankę najordynarniejszych przekleństw, jakie znałem. Przepełniające mnie napięcie zniknęło. Pomyślałem, że będę musiał robić to częściej.
Do pokoju wszedł Karol z kawą zbożową i batonikiem musli.
- Dostawili nam automat z batonami. Wziąłem jeden małemu, ucieszy się. A właśnie, jak się miewają twoje szkraby?
- Świetnie – mruknąłem.
- Zdaje się, że dziś przychodzą, dobrze pamiętam?
- Tak. Już są u mnie – odparłem niechętnie, wyrzucając sobie w duchu, że kiedyś wspomniałem Karolowi o ustaleniach rozwodowych.
- Zostawiłeś je same w domu? – zapytał, ciekawie mi się przyglądając.
- Nie, nie same – odparłem lakonicznie.
- Myślisz, że nie wiem… – uśmiechnął się porozumiewawczo. – Masz kogoś. Zaniedbujesz robotę, wałęsasz się bez celu po dziale, a gdy się rano zjawiasz w pracy, wystarczy na ciebie spojrzeć, aby wiedzieć, że noc…
- Spieszę się. Mów, co z szefem – rozkazałem ostro. Z trudem się pohamowałem, najchętniej strzeliłbym go w ten bezczelny, wiecznie kłapiący pysk. – Jestem zwolniony?
- Na jego miejscu dla dobra firmy pewnie bym cię zwolnił. Tak się zapuścić… Jednak – dodał szybko, dostrzegając moje mordercze spojrzenie – dostajesz jeszcze jedną szansę. Jeśli w ciągu dwóch dni dostarczysz do redakcji reportaż na jakiś temat z listy, a w przyszłości będziesz się pilnował…
- Rozumiem – przerwałem. – Daj tę listę.
- Proszę. To lista najświeższych tematów. Wybierz sobie jeden, resztę rozdzielę między siebie i chłopaków. Nie rozumiem, co masz przeciwko kawie zbożowej. Zdrowa Europa to jeden z lepszych pomysłów Unii Europejskiej. Wiesz, że od dwa tysiące pięćdziesiątego piątego o połowę zmniejszyła się zachorowalność na choroby cywilizacyjne? Słyszałem, że wkrótce na indeksie produktów zakazanych ma się znaleźć czarna herbata. Strasznie obciąża wątrobę…
Nie słuchałem tego ględzenia. Odwrócony plecami do Karola, wpatrywałem się w ostatnią pozycję na liście, usiłując zapanować nad bólem, który niespodziewanie wypełnił moje serce.
- Wybieram ostatni temat – rzuciłem przez ściśnięte gardło i bez pożegnania wyszedłem.

Przygnębiony wsiadłem do samochodu, ale nie od razu zapuściłem silnik. Patrzyłem przed siebie niewidzącym wzrokiem, starając się nie myśleć o niczym. Czułem się, jakby ktoś walnął mnie obuchem w głowę. W takim stanie nie mogłem się pokazać Sylwii ani dzieciom. Zadawaliby pytania, a ja nie umiałem odpowiedzieć nawet sobie samemu. Czułem potrzebę mówienia, zwierzenia się komuś z przepełniających mnie uczuć i myśli, opowiedzenia o duchach przeszłości, które pojawiały się już wcześniej w mojej głowie, ale zawsze odpędzałem je od siebie niby natrętne muchy aż do teraz… Teraz nie umiałem się przed nimi bronić. Wiedziałem, że już wkrótce będę musiał stawić im czoła, świadomość tego wytrącała mi broń z ręki. Cierpienie spętało moje serce bezlitosnym łańcuchem wspomnień. Gdybym mógł się komuś zwierzyć, ciężar nie byłby tak dojmujący, jednak byłem sam.
Wtedy z całą jasnością pojąłem znaczenie jednego z ulubionych powiedzeń babci „Postępuje technika, kontakt zanika”. Rzeczywiście, u progu dwudziestego drugiego wieku, mimo powszechności Internetu i innych wynalazków, człowiek był samotny jak nigdy wcześniej. Maszyny, zbudowane po to, aby podtrzymywać i ułatwiać kontakt między ludźmi, stopniowo zaczęły go zastępować. Małe, rodzinne firmy bankrutowały, a na ich miejscu pojawiały się bezduszne giganty w rodzaju Mass Media Maxi niesprzyjające zawieraniu przyjaźni; ludzie przestali sobie ufać, zamykali się w sobie, podobnie jak ryglowali drzwi swoich mieszkań. Sprzyjało to upadkowi wyższych wartości moralnych i innym zgubnym dla ludzkości procesom, a pojedynczy osobnik gatunku homo sapiens skazany był na samotne borykanie się z problemami…
Założyłem ciemne okulary i uruchomiłem silnik. Dobry kwadrans kluczyłem, bijąc się z myślami, później nagle się zdecydowałem: skierowałem samochód na Aleję Niepodległości i jechałem nią aż na obrzeża dawnego Sopotu. Nie byłem tam od trzech lat, to jest od czasu rozwodu z żoną. Oczywiście musiałem oddać klucze od mieszkania, ale zostawiłem sobie klucz od piwnicy. Nie sądzę, aby wiedziała, że go mam, w każdym razie nigdy się o niego nie upominała. Miałem szczęście: zamek w drzwiach budynku był zepsuty, dzięki temu uniknąłem upokarzającego czekania, aż otworzy mi któryś z dawnych sąsiadów.
Piwnica pełna była zakurzonych gratów: stosów niepotrzebnych czasopism, których nikt nie miał serca wyrzucić, sanek sprzed kilkudziesięciu lat, jakiegoś żelastwa i diabli wiedzą czego jeszcze. Najpewniej nic bym nie znalazł, gdyby nie pedanteria mojej ex żony, która wszystkie przechowywane przeze mnie w piwnicy rzeczy włożyła do jednego niewielkiego kartonu opatrzonego notką „Marcin – oddać mu jak najszybciej”.
- Chciałaś się pozbyć najmniejszego śladu po mnie, co? – mruknąłem.
Otworzyłem pudełko, aby sprawdzić, czy to, czego szukałem, jest w środku. Pośród różnych pamiątek znalazłem srebrzysty plumtop – mój pierwszy komputer i żółtą kopertę formatu A4. Wziąłem karton pod pachę i zamknąłem piwnicę. Po chwili wahania wsunąłem klucz do środka komórki przez szparę w drzwiach.
Kilka minut później zajechałem na swoje osiedle. Zanim wysiadłem z samochodu, zdjąłem ciemne okulary i przejrzałem się w lusterku wstecznym. Przeczesałem włosy palcami i usiłowałem przybrać zwyczajny wyraz twarzy. Prawie się udało (lata wprawy), tylko na dnie oczu czaił się smutek. Najchętniej z powrotem założyłbym okulary przeciwsłoneczne, ale to niechybnie wzbudziłoby podejrzenia. Ukrywszy karton z rzeczami w bagażniku pod kocem termicznym, pospieszyłem do domu.
W mieszkaniu zaskoczyła mnie podejrzana cisza. Zwykle, kiedy przychodziły dzieciaki, rozbrzmiewało śmiechem, krzykiem, tupotem, czasem płaczem, jednak tamtego dnia żaden hałas nie mącił spokoju panującego w moim do niedawna kawalerskim apartamencie. Zdjąłem kurtkę, buty i z przedpokoju wszedłem do salonu połączonego z kuchnią. Uśmiechnąłem się, na chwilę zapominając o kłopotach. Byli tam. Siedzieli przy stole, pochyleni ku sobie, pogrążeni w poufnej rozmowie. Stanąłem w progu, starając się coś usłyszeć.
- Religia katolicka to przeżytek. Dziesięć kościołów w kraju… – tłumaczyła Sylwia. – Do końca życia chcecie oglądać te same taśmy? Jesteście jeszcze młodzi, możecie wybrać…
- Tata miał porozmawiać z mamą na ten temat – powiedziała Lotka. Ze zdziwieniem zauważyłem, że zmieniła kolor włosów z jaskrawo zielonego na miedziany, teraz były łudząco podobne do włosów Sylwii.
- Sami z nią porozmawiajcie. Wolność wyznania jest zagwarantowana w konstytucji, a już od przeszło dekady każdy obywatel, który ukończył dziesiąty rok życia, może samodzielnie wybrać sobie religię. Pogadaj z mamą w imieniu swoim i siostry – zwróciła się do Walka. Zaraz potem, jakby tknięta przeczuciem, podniosła głowę i dostrzegła mnie. Spojrzała mi prosto w oczy i zrozumiałem, że wie; jednym spojrzeniem z drugiego końca pokoju zdawała się prześwietlać moją zbolałą duszę.
- Tata wrócił – oznajmiła.
Walek i Lotka zerwali się z miejsc i pobiegli do mnie, wypytując, czy mnie zwolnili.
- Nie. Wszystko jest w porządku – powiedziałem prędko i zaraz zmieniłem temat. – Mam nadzieję, że nie zamęczyliście Sylwii.
- Wcale nie! Byliśmy bardzo grzeczni – obraziła się córka. – Zjedliśmy zapiekankę i sałatkę owocową, później Sylwia opowiadała nam o swojej pracy…
- O! Naprawdę? – zdziwiłem się szczerze, bo mnie nigdy nie chciała nic powiedzieć.
- …a potem ufarbowałyśmy włosy. To znaczy ja, bo Sylwia ma naturalne – wyznała mała z zazdrością.
- Nie gniewasz się, prawda? – wtrąciła Sylwia. – Tak mnie prosiła.
- Jestem bardzo zadowolony. Pięcioletnie dziewczynki nie powinny paradować po świecie z zielonymi włosami – zażartowałem.
- Na pewno jesteś głodny, odgrzej sobie zapiekankę.
Jadłem samotnie przy kuchennym blacie, bo na stole Sylwia i dzieci urządzili wyścigi zdalnie sterowanych robotów. Trzeba przyznać, miała z nimi świetny kontakt i z całego serca cieszyłem się, że dzisiejsze popołudnie spędza w domu. Chwilę przyglądałem się roześmianym twarzom, po czym zatopiłem się we własnych niewesołych myślach. Tyle się wydarzyło w ciągu tego jednego dnia: niemiła rozmowa z Matyldą, kłopoty w redakcji i to zadanie… zadanie, które jawiło mi się jako coś strasznego, bolesnego, ponad moje siły. Lecz mimo to bez wahania wziąłem ostatni temat z listy, nie zniósłbym świadomości, że ma go ktoś inny, że taki Karol lub inny pacan będzie o tym pisać, pojedzie w tamto miejsce, miejsce głęboko zakorzenione w moim sercu i obojętnym wzrokiem będzie przesuwać po tej zieleni, po tych starych domach, po tym wszystkim, co kochałem, a co już wkrótce miało ulec zagładzie, a może już uległo. Na tę myśl oparłem widelec o brzeg talerza i zasłoniłem dłonią oczy.
- Znów wygrałaś! – w głosie Walka brzmiał podziw. – Tato, Sylwia wygrała trzeci raz rzędu! Chodź zobaczyć, może znów jej się uda.
Nie było rady, musiałem wziąć się w garść i robić dobrą minę do złej gry. Jednak późnym wieczorem, kiedy wizyta dzieciaków dobiegła końca, przestałem udawać. Na nic by się zdała wszelka gra, bo Sylwia wiedziała. Od mojego powrotu do domu rzucała mi badawcze spojrzenia, zaś po wyjściu dzieci podeszła do mnie z wyraźnym zamiarem pociągnięcia mnie za język. Obawiałem się tego, zarazem jednak żywiłem cichą nadzieję, że jeśli zwierzę się jej z dręczących myśli, zrozumie, a ja poczuję ulgę. Nieufny, pełen wahania, czekałem na jej słowa.
- Miłe dzieciaki – zagaiła. – Od razu znaleźliśmy nić porozumienia.
- Nić porozumienia? Zawojowałaś je całkowicie! Zwłaszcza Lotkę; wiesz, ile razy prosiłem ją, żeby zmyła tę zieleń z włosów? – uśmiechnąłem się, zadowolony z tematu zastępczego.
- A co na to twoja żona?
- Jej to obojętne. Powiedziała, że nie widzi powodów, dlaczego Lotka nie miałaby farbować włosów tak jak inne dziewczynki w przedszkolu.
- Osobliwy gust. Walerian i Szarlota, co za imiona dla dzieci!
- Skąd wiesz, że to nie był mój pomysł?
- Mówiłam ci już, znam się na ludziach. Czytam w ich emocjach jak w otwartej książce. Wiem, kiedy coś ich trapi – spojrzała mi znacząco w oczy, a później przytuliła twarz do mojego policzka. – Powiedz, kochanie…
Objąłem ją i trwaliśmy tak długą chwilę w milczeniu. Nieufność i strach przed niezrozumieniem walczyły we mnie z pragnieniem podzielenia dźwiganego ciężaru na dwoje. Bałem się zaryzykować. Powiedzieć jej znaczyło stanąć przed nią nagim i całkowicie bezbronnym, wystawić na zranienie najczulsze miejsce, powierzyć najskrytszą część duszy. Wyobraziłem sobie, że wydobywam ten bolesny skarb z dna swojego serca i przetwarzam go na słowa i zdania. Ona patrzy na mnie… Jej oczy… badawcze i chłodne jak podczas seansu RMP. Powie „Rozumiem”, uśmiechnie się, chcąc mnie pokrzepić, lecz ja będę wiedział, że to nieprawda, że dzieli nas szklana ściana; szklana ściana, która nie zniknie nigdy, już zawsze będzie między nami. A jeśli, kryjąc pogardliwy uśmieszek, zbagatelizuje moje zmartwienie, jeśli się zaśmieje… Nie, nie mogłem jej powiedzieć. Wolałem samotnie znosić ten ból, niż narażać swoje serce na rozszarpanie.
- Nie mogę – powiedziałem w końcu.
Odsunęła się ode mnie pół kroku i spojrzała mi w twarz. Spuściłem wzrok, zawstydziwszy się nagle swojego braku zaufania. Lecz Sylwia zdawała się nie mieć o to żalu. Otoczyła rękami moją szyję i delikatnie zaczęła masować mój kark. Zbliżyła swoją twarz do mojej i zaczęła mnie całować, niespiesznie i z taką czułością jakiej nie doświadczyłem ani od żony ani od żadnej z licznych kochanek.
- Ty mnie kochasz – stwierdziłem wzruszony. – Ty mnie kochasz naprawdę.
- Nie musisz nic mówić – szepnęła i wreszcie dotknęła ustami moich warg.
Tego wieczora kochałem się z nią po raz pierwszy i ostatni, z moją Sylwią dzienną, ulubioną, upragnioną, najdroższą ponad wszystko. W każdej chwili z lękiem oczekiwałem przyjścia jej nocnej osobowości. Spodziewałem się nagłej przemiany w diablicę, zachłannego potwora-kobietę, który gryząc i szarpiąc sam bierze to, na co ma ochotę. Tymczasem całą noc trzymałem w ramionach istotę słodką i delikatną, pełną ciepła, kojącą ból pojedynczym dotykiem, pocałunkiem, samą swą obecnością. Cieszyłem się każdym momentem tej bliskości, każdą najmniejszą pieszczotą, każdym pocałunkiem.

Kiedy nad ranem zasypiała z głową na mojej piersi, niespodziewanie dla samego siebie zacząłem płakać. Nadmiar wzruszeń znalazł swoje ujście w niemych łzach; nawet ich nie ocierałem, nie chcąc jakimś nieostrożnym ruchem obudzić Sylwii. Jednak gdy we śnie odsunęła się ode mnie, wstałem z łóżka. Cicho się ubrałem i wyszedłem z mieszkania. Na dworze było jeszcze ciemno, tylko jakiś ptak zwiastował bliskie nadejście świtu ledwo słyszalnym śpiewem. Dawno nie słyszałem tego dźwięku, tak zwyczajnego jeszcze pół wieku temu, dlatego przystanąłem urzeczony, oparłem się o dach samochodu i z przyjemnością wsłuchiwałem się w słodki ptasi trel.
- Skąd tu się wziąłeś, malutki? – szepnąłem do niewidzialnego w mroku ptaka. – Uciekłeś z ogrodu zoologicznego? Czeka cię smutna, betonowo-szklana wolność z nielicznymi marnymi resztkami dawnej zieleni…
Umilkłem, bo usłyszałem czyjeś kroki. Był to mój sąsiad wracający z potajemnego zebrania tak zwanego „podziemia”, nazywanego przez złośliwych „Chorą Europą”. Podczas sekretnych posiedzeń dyskutowano nad sposobem zlikwidowania Zdrowej Europy, racząc się zakazanymi wiktuałami. Nie jestem kapusiem, więc udałem, że nie widzę przemykającej obok mnie postaci. Sąsiad zniknął w bloku, a ja znów zacząłem nasłuchiwać. Jednak ptak nie odezwał się więcej.
Wyjąłem z bagażnika włożone tam wcześniej pudło, wsiadłem do samochodu i, zapaliwszy lampkę u sufitu, wyciągnąłem z kartonu plumtop i żółtą kopertę. Najpierw zająłem się kopertą, z wahaniem wysypałem jej zawartość na siedzenie pasażera. Fotografie, listy – ślady przemijającej epoki papieru. Na samym wierzchu znalazło się zdjęcie rodziców: młodych dziennikarzy, szczęśliwych, zakochanych, takich, jakimi pozostają również w mojej pamięci. Byli dobrymi ludźmi o światłych umysłach i odważnych sercach. W moich wspomnieniach przypominają raczej ikony bohaterów niż prawdziwe osoby – za rzadko ich widywałem, lecz nie miałem o to żalu. Wiedziałem, że bez reszty poświęcają się pracy, że to poczucie misji nie pozwala im opiekować się własnym dzieckiem, nie lekkomyślność czy cokolwiek innego. Wciąż podróżowali, robili reportaże z najniebezpieczniejszych miejsc na Ziemi, spieszyli w samo centrum jakiegoś piekła, pragnąc pokazać światu dziejącą się krzywdę nawet za cenę własnego życia. Sam ze względu na pamięć o nich zostałem dziennikarzem, lecz mi, pracującemu w bezdusznym molochu, daleko było do szlachetnego poświęcenia, które cechowało moich świętej pamięci rodziców.
Pod ich fotografią leżało duże, portretowe zdjęcie babci: sympatyczna, poorana zmarszczkami twarz, o dobrotliwym uśmiechu i łagodnym, pełnym ciepła spojrzeniu. Matki i ojca prawie nie znałem, właściwie zawsze byli za granicą, kręcąc reportaże z rozmaitych wojen i okupacji, ale babcia… Babcia była dla mnie wszystkim, była jakby lunetą, przez którą postrzegałem otaczającą mnie rzeczywistość: pokazywała mi poszczególne elementy naszej wsi i na ich przykładzie wyjaśniała mechanizmy zachodzące na świecie. Co niedzielę szliśmy razem do rzymsko-katolickiego starego kościółka. „Widzisz, Marcinku – mówiła. – Nie każdy musi być katolikiem. Stajemy się coraz bardziej świeccy, odchodzą w dal dawne czasy, kiedy słowo „Polak” było równe słowu „katolik”. Ważne jest, aby wierzyć w cokolwiek, aby czcić Boga choćby ukrytego pod postacią jakiejś idei”. Nie rozumiałem wtedy, co miała na myśli, nawet teraz, gdy o tym myślę, nie zawsze odnajduję zdumiewająco prosty sens tej nauki. A przecież nie zapomniałem żadnej usłyszanej od niej mądrości, podobnie jak nie zapomniałem jej dobroci czy iście macierzyńskiej miłości, jaką mnie darzyła. Ciepła, które od niej biło, szukałem potem u każdej napotkanej kobiety. Było ich naprawdę wiele, lecz żadna nie miała tego, czego podświadomie pragnąłem. Jedynie Sylwia czasami zbliżała się do tego ideału.
Później były listy, a w zasadzie krótkie liściki. Kilkanaście karteluszków od babci – zawsze kiedy szła po zakupy, a ja jeszcze spałem, zostawiała mi krótkie notki w rodzaju: „Marcinku, jak będziesz szedł na podwórze, załóż sweter. Jest przymrozek. Całuję. Babcia” lub „Kochany Wnuku, w zamrażarce jest resztka lodów, zjedz sobie. Babcia”. Na samym spodzie leżała mała, woniejąca delikatnie wodą toaletową karteczka z kilkoma słowami nagryzmolonymi dziecięcym, nieforemnym pismem: „Spotkajmy się o 19 wiesz gdzie. Twoja Kasia”. Uśmiechnąłem się, przypominając sobie przyjaciółkę z dzieciństwa. Bardzo ją lubiłem, bywało, że jej spokojne towarzystwo przedkładałem nad hałaśliwą kompanię kolegów. Często zrywałem jej kwiaty z pobliskiej łąki, przychodziłem do jej domu i sam zapraszałem ją do siebie. Babcia śmiała się, że w przyszłości na pewno się z Kasią ożenię, a ja, chociaż protestowałem, pragnąłem, aby stało się tak, jak mówiła. Nasze szczenięce uczucie mogło się rozwinąć w coś poważniejszego i rzeczywiście zaprowadzić nas do urzędu stanu cywilnego… Zakończyło się jednak inaczej przez niezależne od nas czynniki.
Z westchnieniem schowałem pamiątki na powrót do koperty. Wiedziałem, że nie starczy mi odwagi, żeby uruchomić plumtop i obejrzeć kolejne dokumenty i zdjęcia. Sama koperta wystarczyła, aby długo więziona przeszłość, nieopatrznie teraz przywołana, próbowała opanować moją głowę. Dawno minione chwile utraconego dzieciństwa szturmowały moje myśli, domagając się posłuchu, projektor wspomnień pełen był ukochanych twarzy i miejsc. Wiedziałem, że przytłoczą mnie i zgnębią, jeśli czegoś nie zrobię.
Gwałtownie wysiadłem z samochodu. Rozejrzałem się wokoło, a stwierdziwszy, że nie mam świadków, przykląkłem na ziemi i zacząłem robić pompki. Dawno nie ćwiczyłem, więc już po kilku powtórzeniach byłem zlany potem. Mimo to kontynuowałem. Przy trzydziestej pierwszej pompc poczułem się wycieńczony, zarazem jednak szczęśliwie wyprany z wszelkich emocji i myśli. Powoli podniosłem się do pozycji pionowej i ruszyłem do domu.
Przejaśniało się. Zmęczonym wzrokiem potoczyłem po szarobłękitnym niebie widocznym zza brzydkich, sino-burych chmur. Spojrzałem na jakieś dwa drzewa i mizerną kępkę trawy – jedyną zieleń na moim szarym, betonowym osiedlu, zestawiając ją mimowolnie z malowniczym pejzażem Lipiec Reymontowskich sprzed dwudziestu lat. „Ostatnia wieś w Polsce, Lipce Reymontowskie, otrzymuje status miasta” – tak brzmiał roboczy tytuł ostatniego tematu z listy, którą pokazał mi Karol. „Co się stało z tym światem?” – pomyślałem, lecz nie czułem już nic oprócz znużenia.
Kiedy wszedłem do mieszkania, Sylwia jeszcze spała. Rozebrałem się i ostrożnie położyłem się obok niej. Czułem się zmęczony wzruszeniami minionego dnia i bezsennie spędzoną nocą, ale jeszcze nie zamykałem oczu. Przewróciłem się na bok i popatrzyłem na ukochaną pogrążoną we śnie. Wyglądała tak niewinnie. Spokojny owal jej jasnej twarzy i miedziane włosy rozrzucone na poduszce niosły ukojenie mojemu sercu. Przypomniałem sobie niezwykłą czułość, którą mi okazała poprzedniego dnia i zapragnąłem, żeby na zawsze taka pozostała. Na razie nic nie wskazywało, aby w najbliższym czasie miała powrócić drapieżna strona jej osobowości. „Sylwio, Sylwio!” – powtarzałem tkliwie w myślach.
Wtem poruszyła się; nie otwierając oczu, przysunęła się do mnie i objęła ramieniem moją szyję.
- Jesteś wreszcie – wymruczała.
- Jestem – przytaknąłem, starając się wymyślić jakieś przekonywające kłamstwo na wypadek pytań.
Ona jednak o nic nie pytała, wtuliła twarz w moje ramię i znów zasnęła. Przykryłem nas kołdrą i zamknąłem oczy. Na pół sennie zauważyłem, że znów włączył się projektor wspomnień w mojej głowie, lecz obezwładniony znużeniem nie próbowałem nawet go wyłączać. Tymczasem na białej ścianie wyświetlił się pierwszy slajd: oszałamiająca późnowiosenna zieleń babcinej wsi i mały chłopiec biegnący wesoło wśród wysokich traw i kwiatów… Slajd niepostrzeżenie zamienił się w piękny, kolorowy sen, którego nie pamiętałem po przebudzeniu, pozostał mi jedynie ulotny posmak magii i szczęścia.

Około szesnastej zaparkowałem samochód przed przydrożnym barem w okolicach Skierniewic. Przed wyjazdem z Tricitu zjadłem tylko jedną kanapkę, musiałem się posilić. Tak sobie tłumaczyłem postój niecałe trzydzieści kilometrów przed miejscem docelowym. W rzeczywistości nie byłem bardzo głodny, a jeśli nawet byłem, nie myślałem o jedzeniu. Zatrzymałem się pod wpływem nagłego lęku. Wczoraj, ba, jeszcze nad ranem, kiedy zasypiałem, byłem pewny słuszności swego postępowania, przekonany o konieczności jak najszybszego wywiązania się z podjętego obowiązku. Teraz niemal żałowałem, że wybrałem ostatni temat z listy. Może lepiej by było nie otwierać drzwi z napisem „Przeszłość”, pozostawić dawno minione sprawy tak jak je zostawiłem szesnaście lat temu, nie narażać się na wstrząs, który mogłoby spowodować zderzenie wspomnień z brutalną rzeczywistością. Wiedziałem, że już za późno na tego typu rozważania, więc w swym tchórzostwie chwyciłem się ostatniego sposobu: gry na zwłokę, pod pozorem posiłku chciałem maksymalnie odsunąć w czasie chwilę zmierzenia się z przeszłością.
Wszedłem do baru, zaskakująco pustego zważywszy na godzinę. Przy samych drzwiach sześcioosobowa rodzina w milczeniu spożywała pierogi z cebulą, w kącie jakiś staruszek pochylał się nad miską barszczu i gazetą. Mojemu fachowemu oku wystarczyło jedno przelotne spojrzenie, aby dostrzec w górnej stopce litery „MMM”. Niepewnie zbliżyłem się do kontuaru i podniosłem wzrok na menu zawieszone u niskiego sufitu.
- Co podać? – zapytała obojętnie kobieta stojąca po drugiej stronie.
- Poproszę danie dnia.
Kiwnęła głową i zniknęła na zapleczu.
Zająłem miejsce w głębi, dwa stoliki dalej od staruszka czytającego „Dziennik Mass Media Maxi”. Pomyślałem, że za kilka dni ukaże się w nim mój artykuł i potrząsnąłem głową. Chociaż na chwilę musiałem przestać zajmować się tą sprawą. Skierowałem swe myśli ku Sylwii. Przypomniałem sobie jej cudowny uśmiech, czułe pieszczoty jakimi mnie obsypywała, miedziany blask jej włosów, długich aż za pośladki. Pamiętam swoje zdumienie i podziw, kiedy ujrzałem je pierwszy raz w całej okazałości owego wieczoru w jej tajemniczej pracowni. Zatrzasnęła za nami drzwi, ugryzła mnie w szyję i jednym ruchem ręki uwolniła gęste pukle, zwinięte do tej pory przy głowie. Chciałem powiedzieć jej komplement, lecz nie zdążyłem, gdyż zasypała mnie gradem pocałunków i ukąszeń. Pytałem później, dlaczego tylko w nocy rozpuszcza włosy, ale pytanie to pozostało bez odpowiedzi podobnie jak wiele innych. Sylwia była dla mnie tajemnicą, paradoksalnie im dłużej ją znałem, tym mniej o niej wiedziałem. Jednak mimo mnożących się znaków zapytania kochałem ją, kochałem coraz mocniej, coraz bardziej lgnąłem do jej ciepła.
- Danie dnia, proszę! – wdarł się w moje rozmyślania rozkazujący głos.
Wstałem z miejsca i poszedłem odebrać zamówienie.
- Osiem euro – oznajmiła kobieta, a ja zrozumiałem przyczynę małej frekwencji baru.
Zapłaciłem i z tacą wróciłem na poprzednie miejsce. Danie dnia okazało się kotletem z soi lub ciecierzycy, garstką frytek i odrobiną surówki z czerwonej kapusty.
- Zdzierstwo! – mruknąłem pod nosem, lecz raczej odruchowo niż z faktycznego przejęcia. Miałem większe zmartwienia niż niewielka porcja obiadowa za wygórowaną cenę.
Jadłem wolno, patrząc w okno na przejeżdżające ulicą samochody. Pozornie byłem opanowany, a jednak czułem niepokój i napięcie. Przypomniałem sobie czasy studiów… Kiedy byłem rozbity psychicznie, bałem się czegoś, wystarczył kubek mocnej kawy, aby postawić mnie na nogi, już sam aromat sprawiał, że zaczynałem wierzyć we własne siły. Niestety od ośmiu lat musiałem się bez niej obywać. Niektórzy, na przykład Karol, przerzucili się na zbożówkę, którą zalecała Zdrowa Europa, ja tak nie potrafiłem. „Nie jestem przecież zwierzęciem, żebym z wdzięcznością przyjmował niesmaczny substytut produktu, którego mnie pozbawiono” – zżymałem się. Na początku rozważałem przystąpienie do „podziemia”, wiem, że gdybym tylko zechciał, mógłbym bez większych trudności znaleźć osobę, która by mnie tam wprowadziła (chociażby sąsiada, kilka razy wychwyciłem z jego strony subtelne aluzje), jednak ostatecznie nie zdecydowałem się na to. Co to za przyjemność raczyć się kawą czy czekoladą w ukryciu, w środku nocy, w konspiracyjnej atmosferze? Czułbym się śmiesznie niczym dziecko objadające się słodyczami przed obiadem! Uśmiechnąłem się na to staromodne porównanie i właśnie wtedy ktoś zawołał mnie po imieniu.
Drgnąłem i bacznie rozejrzałem się wokoło. Naprzeciwko siebie ujrzałem staruszka jeszcze przed chwilą jedzącego barszcz dwa stoliki dalej. Teraz siedział przy moim stoliku, zwiniętą gazetę trzymał pod pachą.
- Marcin – powtórzył mężczyzna drżącym głosem.
- Skąd pan wie, jak się nazywam? – zapytałem zaskoczony.
- Nie poznajesz mnie – westchnął ze smutkiem. – A ja ci cukierki dawałem, naprawiałem zabawki…
Uważniej przypatrzyłem się siedzącemu naprzeciw. Nie mógł mieć więcej niż pięćdziesiąt lat, pozór starca nadawały mu przedwcześnie posiwiałe włosy i nieco zgarbione plecy. Znałem tego człowieka, lecz w pierwszej chwili nie potrafiłem sobie przypomnieć, kim jest. Sięgnąłem do przeszłości zepchniętej głęboko na dno pamięci, prawie w podświadomość i trudem wydobyłem spośród nich twarz pana Adama Miłka, właściciela małego sklepu spożywczego, a zarazem ulubionego sąsiada mojej babci. Nie chcąc pokazać po sobie wzruszenia, przybrałem zawodowy, nieprzenikniony wyraz twarzy.
- Nie mógłbym zapomnieć, panie Adamie – odparłem po chwili.
Błysk radości zamigotał w oczach mojego rozmówcy.
- Powiedz, jak ci się wiedzie? Co robisz? Ożeniłeś się?
Zakłopotany milczałem.
- Przepraszam, może to nie moja sprawa – zraził się pan Miłek i zrobił ruch, jakby chciał wstać. – Pójdę już.
- Jeśli jedzie pan do Lipiec Reymontowskich, chętnie pana podwiozę – zapewniłem, zmuszając się do uśmiechu. – Właśnie tam jadę.
- A więc wracasz do nas! – zawołał ucieszony. – Jak to dobrze, jak dobrze… Straszne rzeczy się dzieją. Za tydzień przyznają nam prawa miejskie i, wyobraź sobie, z nazwy zniknie nazwisko naszego noblisty. A może mógłbyś coś poradzić? W końcu wyjechałeś do stolicy na studia, może masz jakieś wpływy…
Milczałem. Nie miałem serca rozwiewać jego naiwnych złudzeń. Gdyby wiedział, w jakim charakterze przyjechałem do rodzinnej wsi, nie przemawiałby do mnie w tak miły sposób. Na szczęście na razie nie musiałem się odzywać, pan Miłek mówił za dwóch.
Wsiedliśmy do mojego samochodu i uruchomiłem silnik. Mocno zaciskałem ręce na kierownicy, aby opanować wewnętrzne drżenie, które mogłoby się uzewnętrznić. Za nic nie chciałem ujawniać swoich emocji.
- Wiesz, Marcinie, w Lipcach wiele się zmieniło. Nie ma już jeziora, a ze skansenu pozostał jedynie kościół, ale nie wiem, na jak długo, zarząd chciałby w tym miejscu wybudować kinopleks. Bloki pną się w górę, domów jednorodzinnych zostało raptem kilka. Miesiąc temu otworzyli hipermarket – w tym miejscu głos mężczyzny drgnął. – Rywalizacja zmusiła mnie do obniżki cen, ale mimo to z dnia na dzień ubywa mi klientów. Obawiam się, że będę musiał zamknąć interes. Dyrektor Futura, tak nazywa się ten hipermarket, litościwie zaproponował mi stanowisko kasjera, ale waham się… Może jeszcze mój sklep podźwignie się z kryzysu?
- Na pewno, każde przedsiębiorstwo przeżywa gorsze chwile – zapewniłem sztucznie krzepiącym głosem, bo wyraźnie oczekiwał potwierdzenia swej nadziei.
- Tak myślisz? – uśmiechnął się. – Jestem pewien, że teraz, kiedy wróciłeś wszystko się ułoży… i w sklepie, i w całych Lipcach. Trzeba podjąć stanowcze kroki, trudno, niech już zrobią z Lipiec miasto, ale niech nie niszczą w sposób tak bezwzględny dawnego porządku!...
Słuchałem jego monologu z prawdziwą przykrością, zaskoczony, że urbanizacja do tego stopnia może złamać człowieka. Pan Miłek zawsze wydawał mi się rozsądny, pełny wewnętrznej siły, odporny na wszelkie przeciwności losu. Teraz siedział obok mnie człowiek słaby i zalękniony, z dziecinną ufnością czepiający się każdej nadziei na powrót starych, dobrych czasów, które przecież bezpowrotnie minęły. Czy naprawdę widział we mnie herosa mogącego cofnąć bieg wydarzeń? Przygnębiło mnie to dodatkowo.
- Znów będziemy sąsiadami – cieszył się pan Miłek. – Tak, tak, wciąż jestem w posiadaniu domu po twojej świętej pamięci babci. Obiecałem przecież, że będzie na ciebie czekał. Wymaga remontu, ale to nic, to nic, we wszystkim ci pomogę. A ty mój drogi, pomożesz Lipcom, prawda? Nie mogłeś przecież zapomnieć o rodzinnej miejscowości. Oczywiście, że nie zapomniałeś, przecież właśnie do niej wracasz. Zaraz będziemy na miejscu, jeszcze dwa kilometry.
To chaotyczne gadanie zaczynało mnie denerwować. Chciałem się do niego odwrócić i w twarz mu wykrzyczeć, że przyjechałem tylko napisać artykuł, lecz oto po prawej stronie jezdni ujrzałem wielką, białą tablicę z napisem „Witamy w Lipcach!” i cała złość mnie opuściła. Nieznacznie zwolniłem, aby przypatrzeć się rodzinnej wsi.
Krajobraz na trasie, którą przemierzyłem dotychczas był podzielony: szare odcinki miast gdzieniegdzie przetykała wątła zieleń dróg międzymiastowych. Kiedy w dzieciństwie wracałem z rodzicami z jakiegoś festynu w okolicznym mieście, jechaliśmy między szpalerami dziko rosnących drzew, sprawiających niekiedy wrażenie naturalnego tunelu. Drzewa te wyrastały z obrzeży rozległych przestrzeni pól i łąk. Pola złociły się dojrzewającym zbożem, a na łąkach zieleniejących się pełnią lata pasły się czarno-białe krowy. W ostatnich latach w całej Europie drastycznie ograniczono produkcję roślinną, a zwłaszcza uprawę zboża. Proces ten rozpoczął się już w dwa tysiące pięćdziesiątym piątym, kiedy Zdrowa Europa ogłosiła pierwszy spis produktów zakazanych, znalazły się na nim: alkohol, tytoń i mięso. Stopniowo zlikwidowano wszelkie hodowle, rzeźnie, przetwórnie i wszystko, co wiązało się z mięsnym przemysłem. Stowarzyszenia wegetariańskie triumfowały, a babcia załamywała ręce, kiedy przedstawicie Zdrowej Europy zabierali nam garstkę kur i młodą, brązową jałówkę. Nabiał stał się towarem deficytowym, lecz Zdrowa Europa wkrótce wprowadziła na rynek jego substytut o nazwie „egglux” z powodzeniem zastępujący zarówno jajka, żółty ser, jak i masło.
Ponieważ nie produkowano już paszy dla zwierząt hodowlanych, ograniczono uprawę zbóż o niemal pięćdziesiąt procent, jednak zamiast posadzić na wolnej od siewu ziemi drzewa, pozwolić jej się zazielenić, rozpoczęto urbanizację. Powoli zaczynały się sprawdzać niewesołe wizje futurystów z ubiegłego wieku. Betonowa dżungla wciąż rosła wzwyż i wszerz. Wielopiętrowe bloki pojawiały się jak grzyby po deszczu, a pnącza bezdusznej szarości miasta sięgały coraz dalej, coraz ciaśniej oplatały Polskę, Europę, a może i cały świat. Wiedziałem o tym, wierzyłem jednak, że Lipce Reymontowskie nie uległy zmianie, musiały zostać takie, jakimi je zapamiętałem z dzieciństwa: zielone i piękne. Podświadomie spodziewałem się, że nic się nie zmieniło, że, gdy tylko minę zieloną tablicę z nazwą wsi, przywita mnie ptasi śpiew, otoczy różnorodna zieleń; że pojawię się w rodzinnym gnieździe, jakby nic się nie zmieniło, jakbym nadal miał kilkanaście lat, a moi najbliżsi wciąż żyliby i czekali na mnie.
Kiedy ujrzałem nową tablicę, straciłem złudzenia. „Witamy w Lipcach”! Równie dobrze mógłby się tam znajdować napis z dantowskiego piekła – „Lasciate ogni speranza”. Pan Miłek miał rację: miejsce większości domów jedno i dwurodzinnych zajmowały bloki. W rejonie dawnej łąki, na której lubiłem się bawić, ujrzałem małe, betonowe osiedle; tam, gdzie kiedyś pasły się lipeckie krowy, budowano jakąś fabrykę czy hipermarket; na dobrą sprawę zmieniło się wszystko. Nawet niebo wydawało mi się inne, zasnute ponurą mgłą szarości. Patrzyłem na te obrazy zimno, nie dopuszczając do siebie przejmującego bólu, który wywoływały. Nie mogłem sobie na to pozwolić.
- Straszne, prawda? Widzisz teraz, Marcinie, przybywasz, jak to się dawniej mówiło, rychło w czas. O! Spójrz, to ten Futur, akurat naprzeciwko mojego sklepiku! – zawołał pan Miłek.
- Chciałbym tam wejść. Otworzy pan dla mnie na chwilę, prawda? – uśmiechnąłem się lekko, lecz nie spojrzałem mężczyźnie w oczy. Prawda była taka, że nie czułem się gotowy do ujrzenia domu, w którym spędziłem pierwsze kilkanaście lat mojego życia. Bardzo wątpiłem czy człowiek może kiedykolwiek przygotować się do takiej konfrontacji, robiłem jednak wszystko, co w mojej mocy, aby maksymalnie odsunąć w czasie chwilę mającą, czułem to wyraźnie, rozedrzeć mi serce. Postanowiłem sobie, że cokolwiek nastąpi, będę trzymać emocje na wodzy jak przystoi profesjonalnemu dziennikarzowi, za jakiego pragnąłem uchodzić.
Zaparkowałem przed sklepem. Wyglądał jakoś inaczej, pomyślałem, że musi być po remoncie. Mimo to przy Futurze, a nawet sąsiednich sklepach, sprawiał wrażenie ubogiego krewnego. Pan Miłek mówił coś, odwrócony do mnie plecami szukając klucza, lecz ja nie słuchałem. Powiodłem smutnym wzrokiem po okolicy. Nowoczesne budynki, szarość, kilka wątłych drzew, które można by policzyć na palcach jednej ręki… Porównałem zastany stan rzeczy z tym, co było dawniej i potrząsnąłem z niedowierzaniem głową.
- Proszę bardzo, zapraszam – odezwał się pan Miłek, otwierając na oścież drzwi swojego sklepiku. – W ubiegłym roku przeprowadziłem generalny remont, zobaczysz, jak teraz jest ładnie, bardziej funkcjonalnie i…
Wszedłem do wnętrza. Wbrew słowom mężczyzny nie zmieniło się wiele: stare, drewniane półki na artykuły spożywcze zastąpiono nowoczesnymi, metalowymi konstrukcjami, a ściany, jak pamiętałem z młodości pomalowane na ciemnozielono, pokrywała teraz jaskrawa fototapeta. Innych zmian nie zauważyłem, układ pomieszczenia pozostał ten sam.
- Widzisz, to się nazywa design – rzekł pan Miłek z niesłuszną dumą. – A mimo to z dnia na dzień ubywa mi klientów. Jak myślisz, Marcinie, co powinienem jeszcze zrobić?
„Przyjąć propozycję dyrektora Futura” – pomyślałem, ale nie odważyłem się powiedzieć tego głośno.
- Ileż to razy przybiegałeś tu jako mały chłopiec! – rozczulił się nagle sklepikarz. – Przychodziłeś z pośpiechem, trzymając w ręku karteczkę z listą zakupów, od drzwi wołałeś: „Babcia prosi…”
Zacisnąłem zęby. Nie mogłem dopuścić do siebie tych wspomnień, nie mogłem dopuścić do siebie żadnych wspomnień.
- Czasem przychodziłeś z własną sprawą – mówił pan Miłek, bardziej do siebie niż do mnie – Kładłeś na tej ladzie (to znaczy innej, poprzedniej) zepsute autko lub inną zabawkę i poczciwym głosikiem prosiłeś o pomoc. Zresztą obojętnie w jakiej sprawie przekraczałeś próg mojego sklepu, zawsze dawałem ci cukierki lub częstowałem czekoladą. Pamiętasz? – zapytał prawie tkliwie.
- Tak – odparłem krótko, nie patrząc na swojego rozmówcę.
Podszedł do mnie na odległość ramienia i przyglądał mi się w milczeniu.
- Właściwie wiele się nie zmieniłeś przez te dwadzieścia lat – powiedział i znów zapadła cisza.
Podniosłem wzrok i na chwilę nasze oczy się spotkały. Zastanowił mnie wyraz jego twarzy… badawczy, nieufny, pełen wahania. Wtem pan Miłek zdecydowanym krokiem podszedł do drzwi i zamknął sklep od środka, później skierował się ku zapleczu, jednocześnie dając mi znać gestem, żebym podążył za nim. Zaintrygowany przekroczyłem próg ciasnego pomieszczenia służącego za magazyn oraz prowizoryczną łazienkę. Mężczyzna pochylał się nad dużym kartonem wypełnionym jakimiś papierami (fakturami czy czymś takim) i najwyraźniej czegoś szukał.
- Panie Adamie – odezwałem się po kilku minutach obserwowania jego wysiłków.
Nie zwrócił na to najmniejszej uwagi.
- Jest – powiedział jakby do siebie i wyjął ze stosu papierzysk płaski prostokąt pokryty kolorowym, choć nieco wyblakłym, foliowym opakowaniem. – Podejdź tu.
Podszedłem, ze zdumieniem wpatrując się w przedmiot, który trzymał. Nie wierzyłem własnym oczom. Pan Miłek wyprostował się i z lekka drżącymi rękami połamał tabliczkę czekolady, następnie powoli otworzył opakowanie. Spojrzał mi w oczy i wyciągnął w moją stronę dłoń z czekoladą.
- Proszę, poczęstuj się – padły z jego ust te same dobroduszne słowa, które zapamiętałem z dzieciństwa.
Na chwilę zapomniałem, w jakiej sprawie przybyłem w rodzinne strony, pojęcie czasu przestało obowiązywać, wszystkie zegary stanęły w miejscu, a ja jakimś magicznym sposobem przeniosłem się w połowę lat pięćdziesiątych, kiedy przybiegałem tu jako trzynastoletni chłopiec. „Przecież nic się nie zmieniło – mówiłem sobie, usilnie pragnąc w to uwierzyć. – Lipce Reymontowskie, sklep pana Miłka, czekolada, ja”. Wyciągnąłem rękę po apetyczną, brązową kosteczkę i włożyłem ją sobie do ust.
- Śmietankowa, moja ulubiona – powiedziałem mimowolnie, poczuwszy dawno niezaznaną słodycz.
Mężczyzna tylko błysnął z satysfakcją zębami, po chwili znów mnie poczęstował.
- Są rzeczy, które nigdy się nie zmieniają – stwierdził z zadowoleniem. – Proszę, weź jeszcze.
Ale ja już otrząsnąłem się z uroku wspomnień, tymczasowo pokonałem wzruszenie. Znów byłem dorosłym mężczyzną, pewnym siebie dziennikarzem.
- Nie boi się pan dekonspiracji? – zapytałem rzeczowo.
Pan Miłek wzruszył ramionami w odpowiedzi.
- Nigdy nie miałem kontroli, nikogo nie wtajemniczam… Ty przecież mnie nie wydasz – powiedział tonem twierdzącym, lecz w jego oczach dostrzegłem pytanie.
Jakiś chochlik szeptał mi do ucha, żeby jeszcze jakiś czas pozostawić dawnego sąsiada w niepewności, przybrać surowy wyraz twarzy i rzucić coś w rodzaju: „A skąd pan wie, że nie jestem przedstawicielem Zdrowej Europy i nie przyjechałem na przeszpiegi?”, lecz szybko odrzuciłem tę myśl.
- Oczywiście, że nie – odparłem. – Dziękuję, nawet nie wiem, kiedy ostatnio czułem w ustach ten smak. Bardzo dawno, chyba jeszcze zanim stąd wyjechałem. Cieszę się, że mogłem ponownie zobaczyć pana sklep. Pojechałbym już do babci, to jest do domu, w którym mieszkaliśmy – poprawiłem się zmieszany.
Musiałem uciekać; w obecności tego życzliwego mężczyzny częstującego mnie ulubioną czekoladą, rojącego sobie, że jestem w stanie wstrzymać postęp i urbanizację, czułem specyficzne zagrożenie. Za wszelką cenę chciałem uciec przed wspomnieniami i przed jego pełnym nadziei spojrzeniem. Nie łudziłem się, że pobyt w moim dawnym domu przyniesie mi jakiekolwiek ukojenie, wręcz przeciwnie, czułem, że sprawi mi wiele bólu, lecz z dwojga złego wolałem się rozkleić na osobności, nie mogłem zrzucić maski przed panem Miłkiem, nie mogłem odsłonić swojej rozdartej duszy, zdekonspirować się.
- To jedź, Marcinie. Ja jeszcze muszę tu coś załatwić. A oto i klucze – odłożył czekoladę na krzesło, po czym wyjął z kieszeni pęk kluczy i zsunął z metalowego kółka dwa z nich. – Wpadnę do ciebie wieczorem, jeśli nie masz nic przeciwko.
- Właściwie to… Będę zajęty, odwiedzę pana jutro – rzekłem.
- Rozumiem, rozumiem - wymamrotał, lecz wątpię, czy naprawdę cokolwiek rozumiał. Wziął z krzesła opakowanie z czekoladą i podał mi je.
- Dziękuję, ale nie – tego mi jeszcze brakowało: nie dość, że spędzę noc w domu swojego dzieciństwa, to jeszcze mam jeść czekoladę jak za dawnych, beztroskich lat… W gardle by mi stanęła.
- Weź, nie rób mi przykrości – powiedział dobrodusznie.
Nie oponowałem dłużej. Schowałem zakazany rarytas do wewnętrznej kieszeni kurtki, pożegnałem się i szybko opuściłem sklep.

Wolniutko jechałem przez wieś (wieś, która wsią była w zasadzie tylko z nazwy i to już niedługo), przyglądając się zmianom. Zmianom na gorsze. Dawniej z każdej strony uderzała obserwatora intensywna zieleń, gdzie nie spojrzał, widział rozmaite jej odcienie: tutaj szmaragdowe jezioro, tam gęsty las, gdzie indziej znów barwne ogródki mieszkańców domów jednorodzinnych, pobocza prostych, żwirowych dróg porośnięte trawą i starymi drzewami, pamiętającymi jeszcze czasy Reymonta. Teraz dominującym kolorem była szarość. Z chodników i kamiennych placów pokrywających niemal całą okolicę wyrastały brzydkie, szarobure budynki; te niższe sprawiały wrażenie złośliwych, tłustych karłów, wyższe pięły się wyniośle ku zachmurzonemu niebu, niemalże zlewając się z nim. Znajdowałem się w pułapce, w wielkiej kuli szarości, w bolesnej karykaturze miejsca mojego dzieciństwa.
I jak ja miałem o tym wszystkim napisać? Wiedziałem dobrze, czego oczekiwał ode mnie szef, doskonale znałem upodobania dyrekcji MMM – tej bezlitosnej machiny współczesności, gloryfikującej postęp razem ze wszystkimi jego wadami; każdy trybik w tej machinie musiał działać bez zarzutu, to jest podzielać przekonania zarządu korporacji, być ich entuzjastą, więcej: wyznawcą. Nigdy nie byłem czcicielem współczesności, nie wielbiłem postanowień Zdrowej Europy, nie cieszyła mnie też myśl o nadmiernej urbanizacji, lecz to nie przeszkadzało mi być sumiennym i lojalnym pracownikiem… aż do dzisiaj. Teraz Mass Media Maxi żądały ode mnie osobistego poświęcenia – spodziewano się, że będę opiewał urbanizację ostatniej polskiej wsi, zachwycał się nowymi blokowiskami, kinopleksem, hipermarketem… Gdyby chodziło o jakiekolwiek inne miejsce na Ziemi, spełniłbym te oczekiwania, może z pewnym niesmakiem, lecz napisałbym artykuł zgodnie z niepisanym wymogiem korporacji. Jednak chodziło o Lipce Reymontowskie, o moje Lipce, moją utraconą krainę szczęścia, moje dzieciństwo...
Zwolniłem jeszcze bardziej, wjechawszy na swoją dawną ulicę. Po kilkunastu sekundach zatrzymałem się przy dwóch starych domach jednorodzinnych, zbudowanych najprawdopodobniej u schyłku wieku dwudziestego. Były bardzo podobne do siebie, niemalże bliźniacze; poza niewidocznymi na pierwszy rzut oka szczegółami architektonicznymi, różniły się jedynie kolorem ścian i ogródkiem. Spuściłem wzrok na kierownicę, nie mając jeszcze odwagi na pełną konfrontację obecnego stanu rzeczy z przeszłością. Oczami duszy ujrzałem dom babci pomalowany na ciepły miodowy kolor, otoczony rozmaitymi kwiatami i kilkoma drzewami owocowymi. Zobaczyłem siebie biegającego boso po miękkiej, ciemnozielonej trawie i pana Miłka, który podśpiewując, przycinał jakieś krzewy za płotem. Kontemplowałem jakiś czas ten sielski obrazek, aż zdobyłem się na odwagę i wysiadłem z samochodu.
Spojrzałem. Z odległości dziesięciu metrów nie dostrzegłem drastycznych zmian. Sam dom wyglądał tak, jak go zapamiętałem, może nieco ciemniejszy (w końcu czas robi swoje); w ogrodzie natomiast rozpanoszyły się chwasty, jakieś podstępne pnącze próbowało nawet opanować ścianę domu. Pośród brzydkiej szarozielonej gęstwy rzucały się w oczy dwie jabłonie. „Było więcej” – skonstatowałem sucho.
Zrobiłem krok w kierunku domu i przystanąłem. Nie wiem, czy w końcu zdecydowałbym się na wejście do środka, gdyby nie pogoda. Gwałtowny podmuch wiatru zatargał koronami babcinych jabłoni, a zaraz potem poczułem na twarzy pierwsze krople deszczu. Przemogłem się wreszcie i wolno podszedłem do zardzewiałej furtki. Otworzyłem ją ostrożnie, jakbym bał się obudzić uśpione wspomnienia. Na próżno, furtka zaskrzypiała, a minione chwile otoczyły mój udręczony umysł, z każdego kąta ogrodu dochodził mój dziecięcy, beztroski śmiech, orzeźwiający smak antonówek, a przede wszystkim łagodny głos babci i jej pełne ciepła spojrzenie. Usta mi zadrgały i przyspieszyłem kroku, aby jak najszybciej znaleźć się w środku i w końcu dać upust dławiącym mnie uczuciom. Wyjąłem z kurtki klucze – te same, które otrzymałem od babci w pierwszym dniu szkoły, a które już po śmierci bliskich, przed wyjazdem na studia oddałem panu Miłkowi. „Nie martw się, Marcinie, będę dbał o ten dom jak o swój własny. Zawsze będzie na ciebie czekał” – oświadczył wtedy sąsiad, wyciągając do mnie dłoń na pożegnanie.
Spuściłem głowę i westchnąłem, bo znów ogarnęło mnie poczucie winy.
- Marcin? – usłyszałem za plecami czyjś pytający głos.
Na moment znieruchomiałem, z lękiem zastanawiając się, kto jeszcze mnie rozpoznał. Doprawdy we własnej wsi czułem się jak złodziej, jak zdrajca. Jadąc w rodzinne strony, jakoś nie zastanawiałem się, co zrobię, jeśli spotkam kogoś znajomego. W ogóle nie brałem takiej możliwości pod uwagę. Myślałem: przyjadę, rozejrzę się, napiszę artykuł i wyjadę. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że powrót do Lipiec przysporzy mi wiele bólu, że widok ukochanych kątów zrani mnie mocno; nie byłem jednak przygotowany na spotkanie z panem Miłkiem, a tym bardziej na stawienie czoła jego naiwnym nadziejom. Tymczasowo udało mi się uciec od sąsiada i jego złudzeń, lecz znów ktoś wołał mnie po imieniu. Kto? Nie byłem tego ciekaw.
Wybrałem odpowiedni klucz, włożyłem go do zamka i przekręciłem – ale tylko do połowy, dalej mechanizm odmawiał posłuszeństwa. Zakląłem w duchu, usłyszawszy za plecami stukot damskich obcasów i skrzypienie furtki.
- Marcin! – tym razem w głosie zabrzmiało więcej pewności ...i uporu.
Dłużej nie mogłem udawać, że nie słyszę. Odwróciłem się, przybierając zawodowy, nieprzenikniony wyraz twarzy.
Kilka kroków od siebie ujrzałem szczupłą kobietę po trzydziestce. Ubrana była w czarną, tweedową garsonkę i nieprawdopodobnie wysokie szpilki. Proste, pofarbowane na czarno włosy ożywiało wściekle rude pasmo, biegnące przez środek głowy niby niedorzeczny przedziałek. Pomarańczowe były także jej usta, rozchylone teraz w szerokim uśmiechu.
- Nie poznajesz mnie, co? – zapytała z ledwo dającym się wyczuć obcym akcentem.
- Nie, proszę pani – odparłem chłodno i odwróciłem się do drzwi, bo deszcz padał coraz gęściej.
- To ja, Katarzyna – powiedziała szybko, jakby ze wstrętem. – No, ja, twoja Kasia.
Spojrzałem na nią pełen niedowierzania. Ta ekscentryczna osoba miałaby być moją przyjaciółką z dzieciństwa, tą skromną, spokojną dziewczynką z jasnym warkoczem?
Przewróciła oczami ze zniecierpliwieniem.
- Spotkajmy się w naszym miejscu pod starym kasztanowcem. Mam ci coś ważnego do powiedzenia – wyrecytowała z nieukrywanym lekceważeniem.
To musiała być ona, nikt poza nami dwojgiem nie wiedział o tej kryjówce. Przyjrzałem się uważniej twarzy kobiety. Istotnie, dostrzegłem pewne podobieństwo, lecz moja przyjaciółka miała oczy szare, nie brązowe.
- Soczewki – wyjaśniła. – I korekta nosa.
Uśmiechnąłem się niewyraźnie, przepełniony sprzecznymi uczuciami.
- To skoro już mnie rozpoznałeś, może zaprosisz mnie do środka? – zapytała swobodnym tonem, jednak jej wzrok był więcej niż naglący. – Zaraz rozpada się na dobre.
- Wolałbym, żebyśmy raczej gdzieś pojechali – odparłem. – Na przykład do pijalni soków.
- Nie znoszę tego typu miejsc – skrzywiła się pogardliwie. – Zapomniałeś już, że nie cierpię marchewki?
- Nie musisz pić akurat...
- Do jasnej cholery, Marcin! – przerwała mi gniewnie. – Otwórz te pieprzone drzwi!
Zaskoczony wykonałem rozkaz i, rzecz osobliwa, tym razem zamek zadziałał bez zarzutu.
- Przepraszam, ale denerwuje mnie brak zdecydowania, zwłaszcza u facetów – powiedziała, przekraczając próg mojego dawnego domu.
Z duszą na ramieniu podążyłem za nią. Przesunąłem wzrokiem po starych meblach, czerwonym, wyblakłym dywanie, znajomych domowych sprzętach i coś ścisnęło mnie za gardło. Wszystko było takie samo jak w dniu, kiedy wyjechałem na studia.
- Nic się nie zmieniło. Brakuje tylko twojej babci – skonstatowała, jakby czytała mi w myślach.
- Umarła szesnaście lat temu – wyjaśniłem z trudem.
- Przykro mi. Zawsze ją lubiłam – powiedziała bez emocji. – Mieszkasz tu sam?
- Właściwie to... – zacząłem i umilkłem, bo nie potrafiłem wyjawić jej prawdy. Jakich słów powinno się użyć, wyznając, że kala się własne gniazdo, zdradza swoje korzenie, czerpie korzyści z ruiny rodzinnej miejscowości?
- Jesteś jakiś spięty – zauważyła, zerkając na mnie spod oka. – Dawniej byłeś energiczny i gadatliwy, wprawiałeś mnie wręcz w zakłopotanie.
- Cóż, zmieniliśmy się oboje – bąknąłem przykro dotknięty.
- Tak, czas robi swoje – mruknęła, siadając na sofie. – Zrób mi herbatę, dobrze? Doskonale wiem, że nie jestem tą samą osobą co w pięćdziesiątym trzecim. Tak bardzo nie chciałam wyjeżdżać z Lipiec i z Polski. Płakałam wiele tygodni, buntowałam się. Planowaliśmy nawet, że ukryję się u ciebie w piwnicy, pamiętasz? No, ale nie było rady. Ojciec dostał awans i trzeba było jechać na drugi koniec świata. Długo za tobą tęskniłam... Ale później... sam wiesz, zanik kontaktu telefonicznego, coraz rzadsze spotkania on-line... Z czasem jednak zrozumiałam, że taka jest naturalna kolej rzeczy, że ta rozłąka – z tobą, z krajem – okazała się dla mnie błogosławieństwem. Co osiągnęłabym, mieszkając w tej dziurze?
Stałem jak skamieniały w kuchni, dokąd automatycznie poszedłem, gdy poprosiła o herbatę. Nie pamiętałem, czy wyjeżdżając przed laty, zostawiłem jakiekolwiek produkty spożywcze. Zamiast to sprawdzić lub choćby wyjąć szklankę trwałem nieruchomo wpatrzony w linoleum pod swoimi stopami. Zastanawiałem się ponuro, czy kobieta, którą wpuściłem do domu, rzeczywiście była kiedyś moją przyjaciółką, rozpaczającą z powodu rozstania z lipecką przyrodą, Polską i ze mną.
- Dasz mi tę herbatę czy nie? – zapytała zniecierpliwiona, a ja uświadomiłem sobie, że od dłuższego czasu obydwoje milczymy.
- Szczerze mówiąc, nie wiem, czy mam herbatę. Dawno mnie tu nie było – powiedziałem nieostrożnie. Spojrzała na mnie nieco zaskoczona, więc wyjaśniłem – Dziś dopiero przyjechałem. Po szesnastu latach.
- No, proszę... Co za zbieg okoliczności. Tylko mi nie mów, że też przebywałeś za granicą! – zadrwiła.
- Nie, w Tricicie – odparłem, patrząc na czubki swoich butów.
Kobieta podająca się za Kasię wstała i podeszła do mnie na odległość ramienia. Nie podniosłem na nią wzroku, lecz czułem, że bacznie mi się przygląda.
- Właściwie niewiele się zmieniłeś, przynajmniej zewnętrznie. Wewnętrznie jesteś... Nie wiem, nie umiem czytać z twojej twarzy jak dawniej. Gdzie się podziała twoja radość, ta rozbrajająca otwartość? – jej pytanie było rzeczowe, pozbawione jakiegokolwiek smutku czy rozczarowania. Bolał mnie ten chłód. Nie widzieliśmy się wiele lat, to prawda, ale coś przecież musiało zostać z sympatii, jaką mnie darzyła!
Czułem się coraz bardziej przygnębiony zastaną rzeczywistością. Nie potrafiłem pogodzić się z kolejnymi zmianami, które co chwilę kładły się cieniem na moich kolorowych wspomnieniach z dzieciństwa. Zaczynałem żałować decyzji o przyjeździe tutaj. Najchętniej wsiadłbym do samochodu i uciekł jak najprędzej z ostatniej urbanizującej się wsi. Jednak nie wolno mi było tego uczynić, musiałem zrealizować cel swojej wizyty.
- No, powiedz coś – ponagliła, ruszając się z miejsca. Usłyszałem trzaskanie kuchennych szafek. – Przypuszczam, że nie jesteś żonaty, nie widzę obrączki.
- Już nie – odpowiedziałem, wreszcie na nią spojrzawszy.
- Rozumiem: dwudziestoczterogodzinne rozwody – uśmiechnęła się, wpatrując się w zawartość jednej z szafek. – Bardzo praktyczna rzecz. Sama korzystałam, trzykrotnie. Herbaty faktycznie nie masz, znalazłam za to resztkę kawy – ostatnie słowo wypowiedziała zniżonym głosem.
Popatrzyła mi badawczo w oczy, usiłując dociec – byłem tego pewien – mojego stosunku do zarządzeń Zdrowej Europy. Niczego nie dałem po sobie poznać, kryjąc wahanie za zawodową, nieprzeniknioną maską. Zastanawiałem się, jak powinienem zareagować. Kasia bardzo się zmieniła i byłem przekonany, że jest zdolna do wszystkiego, nawet do zdrady przyjaciela z dzieciństwa. Najbezpieczniej byłoby udać zagorzałego wroga zakazanych produktów, wyrazić oburzenie i czym prędzej wysypać kawę do zlewu, a słoik wyrzucić, zawinąwszy w coś uprzednio dla niepoznaki. Nie mogłem jednak zmusić się do ruszenia jakiejkolwiek rzeczy z tego domu, miejsca, które tak mocno kochałem. Postanowiłem poczekać na reakcję kobiety i od niej uzależnić swoje zachowanie.
- Nie powinieneś trzymać takich rzeczy – powiedziała surowo, wciąż licząc na poznanie moich poglądów.
- To wyrzuć – rzekłem obojętnie.
- Mogłabym cię zadenuncjować, wiesz o tym? – sondowała mnie dalej.
- Zrobisz to? – spokojnie spojrzałem jej w oczy.
- Nie, przez wzgląd na naszą przyjaźń – odparła. – Pozbędę się tego.
„Jaką przyjaźń!” – żachnąłem się w duchu.
Niechętnie przyglądałem się, jak chowa słoik z kawą do torebki. Przynajmniej nie miałem już wątpliwości, jak postąpić.
- Dzięki. Zwolennicy Zdrowej Europy nie powinni przechowywać w domu podobnych świństw – skrzywiłem się z udawanym niesmakiem.
- Nikt nie powinien – uściśliła. – Bez względu na przekonania.
- Nie jesteś entuzjastką indeksu produktów zakazanych, co? – zapytałem podejrzliwie, aby rozwiać jej wątpliwości co do moich poglądów.
- Nie jestem zwolenniczką poszerzania istniejącej już listy – odparła wymijająco. – Powiedz mi, co cię sprowadza na to zadupie?
- A ciebie? – natychmiast odbiłem piłeczkę, zmieszany poruszeniem niewygodnego dla siebie tematu, a zarazem przykro dotknięty użytym przez nią określeniem.
- Ja pierwsza zapytałam, ale dobrze, odpowiem ci. Jutro Lipce otrzymają prawa miejskie jako ostatnia wieś w Polsce. Przyleciałam z ekipą nakręcić materiał.
- Już jutro? Sądziłem, że dopiero za tydzień – zdziwiłem się.
- Nikomu nie powtarzaj. Zarząd przesunął uroczystość o tydzień, bojąc się protestów mieszkańców. Wiedzą o tym tylko szyszki i dziennikarze.
- Jesteś dziennikarką – domyśliłem się, jednocześnie złorzecząc w duchu redakcji „Dziennika Maxi”, która nie dysponowała informacją doskonale znaną zagranicznej konkurencji.
- Tak, pracuję dla... Nieważne – lekceważąco machnęła ręką. – Teraz twoja kolej. Zachowujesz się, jakbyś miał coś do ukrycia. Stoisz bez ruchu, prawie nic nie mówisz i nie patrzysz na mnie.
- Patrzę! – zaoponowałem.
- Zerkasz od czasu do czasu. Chodź na kanapę. Skoro nie masz nic do picia ani do jedzenia, poczęstuj mnie chociaż rozmową.
Posłusznie usiadłem obok niej w salonie. Nie miałem pojęcia, o czym rozmawiać z tą obcą kobietą. Wspominanie naszego słodkiego dzieciństwa, które oboje przyjechaliśmy podeptać, wydawało mi się niedorzeczne i obłudne. O teraźniejszości i przyszłości również nie chciałem mówić. Z opresji wybawił mnie telefon.
- Sorry – rzuciła i odebrała swoją płytkę. – Dobrze, że dzwonisz... Kiedy?... Tak... Tak, oczywiście... Do zobaczenia.
Spojrzałem na nią pytająco.
- Muszę już iść. Pogadamy innym razem – powiedziała. – Odprowadź mnie do drzwi.
Ruszyła pierwsza. Wstałem, aby pójść za nią, lecz coś zwróciło moją uwagę: jakiś drobny przedmiot lśniący przy mojej stopie. Gwałtownie pochyliłem się, aby go podnieść; w tej samej chwili z wewnętrznej kieszeni kurtki wysunęła mi się czekolada od pana Miłka. Złapałem ją, zanim zdążyła upaść na ziemię, i nerwowo spojrzałem na Kasię. Wszystko widziała. Nie było sensu chować zakazanego produktu w poprzednie miejsce. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu długą chwilę.
- Gra skończona – oznajmiła wreszcie ona z nieukrywaną satysfakcją. – Chyba nie zamierzasz dłużej udawać zwolennika Zdrowej Europy? Na resztkę kawy pozostawioną w długo nieodwiedzanym domu można przymknąć oko, lecz noszona ukradkiem przy sobie tabliczka czekolady stanowi jawny dowód twojej przynależności do „podziemia”.
Nie wiedząc, co powiedzieć, milczałem. Wszelka obrona na nic by się nie zdała. W dodatku naraziłbym pana Miłka na poważne kłopoty.
- Niezłe to było – zaśmiała się szczerze ubawiona.
- Co? – zapytałem zdezorientowany.
- Ta komedia, którą przed sobą odstawialiśmy. Schowaj już tę czekoladę, jeszcze ktoś zobaczy przez okno. Spotkanie lipeckiej grupy jest dziś w nocy. Wprowadzę cię. Bądź gotowy o dwudziestej trzeciej trzydzieści – szepnęła konspiracyjnie. – Kawę odłóż tam, gdzie leżała. Weźmiemy ją na meeting.
Zanim cokolwiek zdążyłem zrobić lub powiedzieć, już jej nie było. Usłyszałem jeszcze przytłumione trzaśnięcie furtki i zostałem sam.

Stałem chwilę bez ruchu, zbyt oszołomiony, żeby usiąść. Nie czułem na razie przejmującego żalu ani bólu – zdumienie i niedowierzanie własnym zmysłom górowały nad innymi emocjami. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że cała ta wyprawa do Lipiec – zmiany we wsi, pan Miłek jako złamany urbanizacją starzec, wreszcie ten incydent z osobą podającą się za moją przyjaciółkę z dzieciństwa – jest jedynie jakimś absurdalnym, groteskowym snem.
Spojrzałem na zegarek; do umówionej pory pozostało ponad pięć godzin. Nie miałem pojęcia, co robić przez ten czas. Pomyślałem, że powinienem zacząć pisać artykuł, jednak szybko odrzuciłem ten pomysł. „Napiszę po powrocie do domu” – zapewniłem się obłudnie w duchu. W rzeczywistości wiedziałem, że nigdy się na to nie zdobędę, bez względu na możliwe konsekwencje. Czułem, że właściwie mógłbym wyjechać z Lipiec już teraz, darować sobie uroczystość nadania praw miejskich i wrócić do domu. Nie potrafiłem chwalić zmian zachodzących w rodzinnej wsi, nie mogłem jej również w żaden sposób pomóc. Nic mnie tu nie trzymało... nic oprócz sentymentu.
Z odrętwienia wyrwał mnie dźwięk telefonu. Domyślałem się, że dzwoni Sylwia, aby zapytać, czy szczęśliwie dojechałem, a przy okazji wyczuć, w jakim jestem nastroju. Wiedziałem, że się o mnie martwi, widziałem to w spojrzeniu, którym odprowadzała mnie do drzwi. Wziąłem wibrującą płytkę do ręki i przez chwilę ważyłem ją w dłoni. I chociaż z całej duszy pragnąłem ujrzeć ukochaną, usłyszeć jej głos, odrzuciłem połączenie i wyłączyłem telefon. Potrzebowałem ciepła swojej dziewczyny, lecz obawiałem się, że osłabiony bolesnymi okolicznościami, mógłbym się odsłonić, a później gorzko żałować pochopnych zwierzeń.
Westchnąłem głęboko i skierowałem się w głąb pokoju, w stronę kanapy, zamierzając na spokojnie przeanalizować sytuację. Wtedy przypomniałem sobie błyszczący drobiazg, którego nie zdążyłem wcześniej podnieść. Uczyniłem to teraz i długą chwilę mu się przyglądałem. Był to srebrny kolczyk w kształcie łezki z małą cyrkonią pośrodku; jeden z pary, którą kupiłem babci na imieniny za pierwsze zarobione przez siebie pieniądze. „Podobają ci się, babciu?” – zapytałem, gdy odpakowała prezent. Uśmiechnęła się ciepło, tak jak tylko ona potrafiła, i bez słowa pogłaskała mnie po głowie. Chwilę później, gdy uszy babci zdobiły dwie srebrne łezki, opowiadałem jej o swojej sekretnej pracy w ogrodzie pana Miłka – o której na pewno doskonale wiedziała.
„Drugi kolczyk powinien być w szkatułce z biżuterią” – pomyślałem, kierując się ku babcinej sypialni. Powoli uchyliłem drzwi i wszedłem do środka; spojrzałem w stronę obszernego tapczanu, podświadomie spodziewając się zobaczyć leżącą na nim postać. Nikogo oczywiście nie było. Kurz na meblach i ukochanych drobiazgach babci jednoznacznie wskazywał, że pokój podobnie jak cały dom dawno nie był zamieszkany. Poczułem wstyd, że dopuściłem do stanu takiego zaniedbania. Nie sprzedałem domu, zgoda, ale dostatecznie nie zatroszczyłem się o niego. „Jak tak można, Marcinku?” – zapytał głos babci w mojej głowie. Gdzieś w środku poczułem ukłucie niepokoju. Lękałem się wspomnień ukrytych gdzieś na dnie świadomości, gotowych teraz mnie nękać; musiałem jak najszybciej uciekać, wyjść chociaż z tego pomieszczenia. Otworzyłem stojącą na sekretarzyku szkatułkę, wrzuciłem doń znaleziony kolczyk i prędko opuściłem babciną sypialnię.
Zamiast jednak wrócić do salonu, rozpocząłem zwiedzanie innych pokoi. Niejako wbrew sobie otwierałem kolejne drzwi, oglądałem i dotykałem dobrze znane przedmioty, przyzywając tym samym coraz więcej wspomnień, przed którymi nie potrafiłem się bronić. Rozmaite obrazy z przeszłości nakładały się na siebie, osaczały mnie zupełnie, generując w moim sercu ból nie do wytrzymania. Coś ściskało mnie za gardło, lecz mimo najszczerszych chęci nie byłem w stanie zapłakać. Dławiłem się żalem i beznadziejną tęsknotą za utraconym dzieciństwem, a przede wszystkim za ciepłą kobietą, która tak mocno mnie kochała. „Nic się nie zmieniło. Brakuje tylko twojej babci” – brzmiały w mej głowie niedawne słowa Kasi niby uporczywe echo.
Ostatnim pokojem, do którego zajrzałem, była moja sypialnia. Zanim przekroczyłem jej próg, przyszło mi do głowy, że oto nadeszła dla mnie najtrudniejsza próba – konfrontacja ze swoimi młodzieńczymi ideałami i wyobrażeniami. W sześćdziesiątym szóstym opuszczałem rodzinną wieś pogrążony w żałobie po babci, lecz także przepełniony nadzieją na lepszą przyszłość. Byłem pewny siebie i swoich możliwości, wierzyłem głęboko, że przy odrobinie wysiłku mogę zdobyć wszystko, czego tylko zapragnę. Świat zdawał się otwierać przede mną swoje podwoje i ukazywać najrozmaitsze skarby, które – jak się wtedy łudziłem – znajdowały się w zasięgu moich niecierpliwych dłoni. Moim najgorętszym marzeniem było pójść w ślady rodziców. Naiwna ambicja bycia dobrym dziennikarzem ośmielała mnie do działania, popchnęła najpierw ku studiom na stołecznym uniwersytecie, później do Tricitu, gdzie kolega załatwił mi pierwszą poważną pracę, gnała mnie przez kolejne miesiące i lata, a ja bezwolnie dawałem się jej prowadzić. Do czasu; pewnego dnia złudzenie, którym karmiłem się tak długo, znikło. Stało się to krótko po podjęciu pracy w Mass Media Maxi; kiedy uświadomiłem sobie, czym w istocie jest największy potentat na medialnym rynku, kiedy pojąłem, że uczestniczenie w szalonej pogoni za newsami (przeważnie jakimiś niesmacznymi bądź krwawymi skandalami) i nieustannym opiewaniu nowoczesności stanowi całkowite przeciwieństwo tego, czym chciałem się zajmować. Nie mogłem jednak się wycofać, w tamtym czasie założyłem rodzinę i potrzebowałem pieniędzy – w ten sposób usprawiedliwiałem się sam przed sobą. W rzeczywistości marzenie bycia porządnym dziennikarzem, ukazującym ludziom ważne problemy polityczne lub społeczne, apelującym o pomoc, wyblakło. Nieznaczne pozostałości tego szlachetnego zapału zaczęły mi się wydawać czymś absurdalnie nierealnym, wręcz śmiesznym i dołożyłem wszelkich starań, żeby je w sobie zdusić. Teraz nie zostało nic – jedynym śladem po moich młodzieńczych ideach był pokój, do którego wszedłem: szuflady pełne wycinków i nośnik pamięci z nagraniami reportaży zrealizowanych przez moich rodziców; wisząca na ścianie mapa Europy z zaznaczonymi miejscami, w których przebywali, również i tych, do których sam pragnąłem pojechać i nakręcić super materiał.
Uśmiechnąłem się smutno.
- I gdzie są twoje reportaże? Co osiągnąłeś? Komu pomogłeś? – szepnąłem gorzko.
Ruszyłem w kierunku biurka, chcąc – podobnie jak w innych częściach domu – obejrzeć pamiątki z przeszłości, lecz dotknąwszy jego zakurzonego blatu, zawahałem się. „Czy naprawdę tego chcesz?” – zapytałem się w duchu. Nie, nie chciałem rozdrapywać dawnych ran. Podobnie jak w pokoju babci nie czułem się tu całkiem dobrze. Wprawdzie samo przebywanie we własnej dawnej sypialni nie przynosiło mi tak dotkliwego bólu, jednak czułem, że oglądanie starych drobiazgów przywołałoby go niechybnie.
Usiadłem na łóżku, wzbijając obłoczek kurzu z okrywającej je kapy, a później położyłem się na plecach z rękami pod głową. Jako kilkunastoletni chłopak potrafiłem całe kwadranse leżeć w tej pozycji i marzyć o przyszłości. Wyobrażałem sobie, że jako jeden z nielicznych pokażę wszystkim, iż dziennikarz nie zawsze musi być bezlitosnym sępem wyzyskującym ludzkie nieszczęścia dla swojej kariery.
Zamknąłem oczy, licząc na powrót dawnych rojeń, na chwilowe chociaż oderwanie od rzeczywistości, chciałem zapomnieć, że zmarnowałem swoje najlepsze lata, stając się trybikiem w bezdusznej, medialnej maszynie. Starałem się głęboko oddychać, nie zważając na zakurzony materiał kapy. Z wolna ogarniał mnie spokój, rozlewał się po moim ciele kojącymi falami, wyciszał emocje, łagodził udręczony umysł.

„Wnuku, wstawaj, rodzice przyjechali!” – usłyszałem znienacka dobrze znany mi głos. Natychmiast otworzyłem oczy i usiadłem oszołomiony. Cały pokój pogrążony był w ciemności. Ciszę przerywało monotonne dzwonienie do drzwi – to ten dźwięk wyrwał mnie ze snu. Uświadomiwszy sobie, co oznacza, zerwałem się i zbiegłem na dół.
- Mam nadzieję, że nie czekałaś długo? – zapytałem Kaśkę, otworzywszy drzwi.
- Co z tobą? Już myślałam, że wyszedłeś – burknęła zirytowana.
- Przepraszam, zdaje się, że zasnąłem, sam nie wiem kiedy – kajałem się.
- Dobra, dobra. Jesteś gotowy? Masz kawę i czekoladę? – prewencyjnie zniżyła głos.
- Zostawiłaś ją w kuchni, momencik – odwróciłem się.
Prychnęła pogardliwie i wyprzedziwszy mnie, pierwsza sięgnęła po stojący na blacie słoik.
- Czekoladę masz przy sobie, tak? – zapytała konspiracyjnym szeptem, chowając kawę do torebki. Kiedy skinąłem głową, rozkazała – Chodź za mną i ani słowa.
Zrobiła kilka kroków w kierunku furtki i, nie odwracając się, syknęła:
- Idziesz czy nie?
- Idę – odparłem, pospiesznie zamykając za nami drzwi wejściowe.
Miejsce niedawnej senności i zdezorientowania zaczęły zajmować zaciekawienie i irytacja – pewność siebie mojej towarzyszki, jej suchy, nie znoszący sprzeciwu ton strasznie mnie denerwowały. Zacisnąłem jednak zęby i posłusznie dałem się jej prowadzić.
Podążając za nią niemal wyludnionymi ulicami, przypomniałem sobie, że niespełna dwa miesiące temu znajdowałem się w podobnej sytuacji. Wtedy Sylwia była moją przewodniczką, podobnie wiodła mnie w milczeniu najmniej uczęszczanymi zaułkami miasta, kierowała nią jednak inna motywacja; zupełnie inna. Nagle zalała mnie fala pożądania, zatęskniłem gwałtownie za swoją ukochaną, za jej dzikimi, wręcz brutalnymi pieszczotami, w których mógłbym się całkowicie zatracić, zapomnieć na parę chwil o Lipcach, zagłuszyć przepełniający mnie ból. Zapragnąłem znaleźć się przy niej lub chociaż usłyszeć jej głos, potrzebowałem tego jak powietrza. Ogarnęły mnie wyrzuty sumienia, że cały dzień się do niej nie odzywałem, a gdy ona zadzwoniła, tchórzliwie wyłączyłem telefon. Musiałem to jak najszybciej naprawić.
Wyjąłem z kieszeni kurtki płytkę i włączyłem ją. Kaśka zatrzymała się raptownie.
- Schowaj to! – rozkazała półgłosem. – Zadzwonisz później.
- Nie sądziłem, że muszę pytać o pozwolenie – burknąłem.
Spojrzałem na jej zmarszczone brwi i mimo irytacji posłuchałem, przypuszczając, iż za oburzeniem mojej towarzyszki stoi coś więcej niż chęć dyrygowania mną. Bądź co bądź pierwszy raz udawałem się na spotkanie „podziemia”, nie miałem pewności, jak należy się w tej sytuacji zachowywać. Gdybym jej się sprzeciwił, zdradziłbym się ze swoim niedoświadczeniem. Nie mogłem do tego dopuścić, lecz mimo wszystko spróbowałem raz jeszcze:
- To bardzo ważna sprawa. Zajmie tylko chwilę.
- Czy ta sprawa może poczekać dziesięć minut? – spytała już nieco łagodniej.
Skinąłem głową i na razie schowałem telefon.
Wznowiliśmy nasz milczący marsz. Wcześniej szedłem dwa kroki za swoją towarzyszką, teraz zrównałem się z nią i co jakiś czas badawczo zerkałem na jej ledwo widoczny w półmroku profil. Wydawała się zamyślona i zdenerwowana. Pewna siebie, nieodgadniona i obca. Całkiem obca. Cóż z tego, że kiedyś, wieki temu, byliśmy nierozłącznymi przyjaciółmi, skoro teraz szła obok mnie nieznajoma kobieta, z którą nic mnie nie łączyło, może tylko zawód i czekające nas oboje niecne zadanie. Dziewczynka, z którą wiązała mnie serdeczna więź, nie istniała, została po drugiej stronie solidnych wrót z napisem „Przeszłość” podobnie jak inne elementy mego dzieciństwa. Podczas mojej nieobecności w rodzinnej wsi ktoś zaopatrzył te wrota w żelazne sztaby, uniemożliwiając mi powrót do tego, co zostawiłem, wyjeżdżając na studia. Teraz mogłem jedynie zajrzeć do wnętrza przez wizjer. To, co dzisiaj ujrzałem, wystarczyło, abym upewnił się, że ponownie nie uchylę okienka judasza. Przez szesnaście lat spędzonych w Warszawie i Tricicie wierzyłem, że kiedyś wrócę do Lipiec Reymontowskich – już jako wyrobiony dziennikarz, silny mężczyzna, nie dający się przygnieść głupim sentymentom – i na powrót zamieszkam w domu swego dzieciństwa. Jakże się oszukiwałem!
Postanowiłem, że podziękuję panu Miłkowi za wieloletnią opiekę nad domem (nawiasem mówiąc, nie była ona przesadna, biorąc pod uwagę pokrywające wszystko pokłady kurzu) i sprzedam posiadłość.
Zasępiony ledwie zauważyłem, kiedy wyszliśmy na obrzeża Lipiec i znaleźliśmy się na dawnych polach uprawnych, gdzie od jakiegoś czasu trwały prace budowlane. Panował tu prawie całkowity mrok.
- Zbliżymy się do tamtych fundamentów i będziesz mógł zadzwonić – usłyszałem cichy głos byłej przyjaciółki. – Tylko się pospiesz, jesteśmy już spóźnieni.
Skrywszy się za niskim murkiem wybrałem numer ukochanej. Sylwia nie odbierała. Spróbowałem jeszcze parokrotnie, nie bacząc na niecierpliwie syknięcia Kaśki przykucniętej dyskretnie parę kroków ode mnie.
- Pewnie śpi – rzuciła w końcu. – Nie możemy już dłużej zwlekać!
Wyprostowała się i zdecydowanie ruszyła przed siebie. Zrezygnowany podążyłem za nią, usiłując zdusić w sobie złe przeczucie. Kasia nie znała Sylwii, sen nie usprawiedliwiał braku odpowiedzi. Doskonale pamiętałem, jak kilka razy budził nas w nocy dźwięk jej płytki. Zrywała się od razu, po jednej, góra dwóch sekundach. Odbierała telefon bynajmniej nie zagniewana, przeciwnie: wręcz zadowolona, przytomna i rześka. Mówiła, że koledzy z Centrum proszą ją o opinię w sprawie trudniejszych przypadków. Na pewno odebrałaby, gdyby spała. Może przebywała jeszcze w swojej tajnej pracowni? To było prawdopodobne, lecz z drugiej strony nigdy do tak późnej pory nie pracowała, przynajmniej odkąd się spotykaliśmy. Z niespokojnych myśli wyrwał mnie jakiś niski głos:
- Hasło! – rozległo się jakby spod ziemi.
- Uzdrowienie – odpowiedziała Kasia i w tej samej sekundzie zamajaczyła przed nami sylwetka właściciela basu.
Musiał niepostrzeżenie wychynąć zza którejś z zaczętych budowli. Skinął nam głową i znów zniknął, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Moja towarzyszka jednak albo była bardziej spostrzegawcza albo – co prawdopodobniejsze – znała drogę, gdyż pociągnęła mnie za rękę w bok między coś w rodzaju dwóch niedokończonych ścian. Zaintrygowany przeciskałem się przez wąską przestrzeń między nimi, starając się nie stracić z oczu niewyraźnej postaci Kasi. Po kilku minutach, gdy opuściliśmy wąski korytarzyk, z pewnym zdumieniem stwierdziłem, że znajdujemy się nieopodal jakiejś małej, nieznanej mi uliczki oświetlonej latarniami. Mężczyzna rozejrzał się szybko, po czym wyszedł na sam jej środek. Znów się rozejrzał, przykucnął i zaczął wykonywać jakieś tajemnicze ruchy.
- Co on robi? – zapytałem, zanim zdążyłem ugryźć się w język.
- Podważa studzienkę kanalizacyjną – odparła, na szczęście bez cienia podejrzliwości.
Odetchnąłem z ulgą i uśmiechnąłem się lekko. Myśl, że „podziemie” faktycznie może się znajdować pod ziemią zawsze wydawała mi się zbyt oczywista. A może tylko to jedno spotkanie miało się odbyć w kanałach? Właściwie nie miało to dla mnie większego znaczenia. Liczyło się to, że w wyniku dzisiejszego qui pro quo miałem niepowtarzalną okazję uczestniczyć w tajnym spotkaniu wrogów Zdrowej Europy. Przyćmiona przez niepokój o Sylwię ciekawość wróciła, więcej nawet: budziła się we mnie dziennikarska dociekliwość. Żałowałem, że nie będę mógł napisać artykułu o tej przygodzie bez zadenuncjowania całej bandy. Za ukrywanie jakichkolwiek informacji o wrogach Zdrowej Europy groziły surowe kary, nie podobna było jedynie nakreślić sytuację bez podawania konkretów. Taki sposób pisania był jeszcze dopuszczalny za czasów moich rodziców, teraz uważano go nie tylko za przestarzały, ale i niemoralny, a nawet niepatriotyczny. Obowiązkiem każdego obywatela Europy, zwłaszcza dziennikarza, było informowanie władz o wszelkich zbrodniach lub spiskach przeciw kontynentowi i jego prawom. Sądzę, że nie czułbym jakichś nadmiernych wyrzutów sumienia po wydaniu tych ludzi odpowiednim organom, jednak nie miałem najmniejszej ochoty z nimi zadzierać. Odnaleźliby mnie bez trudu...
Od strony uliczki dobiegł naszych uszu cichy, przeciągły gwizd. Spojrzałem. Bas już znikał w otworze kanalizacyjnym. Kaśka szybko pobiegła w tamtą stronę, a ja zaraz za nią. Bacznie przyglądałem się jej ruchom, gdy wsunąwszy nogi do studzienki, ostrożnie opuszczała się do środka na rękach. Usłyszałem stłumione uderzenie, gdy jej stopy zetknęły się z podłożem.
- Na co czekasz? – syknęła. – Prędzej!
Pospiesznie podążyłem za swoimi towarzyszami, starając się jak najwierniej odwzorować ruchy mojej poprzedniczki. Zeskoczywszy do ciemnego kanału, przez chwilę rozglądałem się zdezorientowany, usiłując ich dostrzec.
- Właz – wycedził mężczyzna gdzieś obok mnie.
Zdenerwowany własną nieporadnością wyciągnąłem w górę ręce i prawie po omacku zasunąłem za nami właz. Wtedy dopiero właściciel grubego głosu włączył latarkę. W jej świetle ujrzałem omszałe, betonowe ściany kanału oraz dwie napięte twarze, w których jednak nie było podejrzliwości, jedynie poirytowanie.
- Naraziłeś nas na niebezpieczeństwo – mruknęła Kasia surowo.
- Nie czas na reprymendy – przerwał jej mężczyzna. – Mów mi Maks – wyciągnął w moim kierunku potężną dłoń.
- Marcin – przedstawiłem się, podając mu swoją.
W następnej sekundzie Maks odwrócił się i zaczął nas prowadzić ciemnymi rozgałęzieniami kanałów. Skupiony podążałem za dwojgiem konspiratorów, zdecydowany utrzymać pokerową twarz do końca tej przygody, niezależnie od tego, jak się zakończy. Milczałem, choć na usta cisnęło mi się wiele pytań. Szedłem ze wzrokiem utkwionym w majaczące przede mną postaci.
Moi towarzysze zatrzymali się raptownie. Przystanąłem również i podniosłem wzrok. Światło latarki ukazywało betonową ścianę, pośrodku której mieściły się solidne, pancerne drzwi. Zdałem sobie sprawę, że dłużej nie będę mógł pozostać bierny, nasza wędrówka zdawała się dobiec końca, a przynajmniej zakończył się kolejny jej etap. Za moment musiałem dostosować się do nowych okoliczności, zachować się odpowiednio bez względu na wszystko, może podać jakieś tajne hasło... Przeraziła mnie ta myśl. Wciągnąłem głęboko w nozdrza chłodne, pachnące zgnilizną powietrze, starając się opanować gwałtowne bicie serca. „Nie mogę dać się zdemaskować” – pomyślałem, zaciskając pięści.
Maks zbliżył się do drzwi i zaczął w nie cicho stukać ze skupionym wyrazem twarzy. Po chwili słuchania, ze zdziwieniem rozpoznałem alfabet Morse’a. Dwa szybko następujące po sobie uderzenia zastępowały jeden długi sygnał. Na moment w mojej pamięci zamajaczyło wspomnienie jakiejś zabawy z dzieciństwa, w której ten właśnie, od dawna nigdzie nieużywany kod, odgrywał znaczącą rolę. Skupiwszy się na uderzeniach, zdołałem zrozumieć ostatni fragment nadawanego komunikatu „...przyprowadziłem ze sobą dwie osoby.” W odpowiedzi z wnętrza dało się słyszeć kilka stuknięć oznaczających „Ok.”. Po chwili żelazne drzwi uchyliły się, ukazując chudego chłopaka z rozczochraną, bujną czupryną. Zmierzył nas nieufnym spojrzeniem i wycedził podejrzliwie:
- Spóźniliście się.
- Daj spokój, Teofilu – odezwał się pojednawczo jakiś męski głos. – Przecież to nasz Maks, twórca najlepszego bimbru w tej części kraju.
Chłopak niechętnie szerzej otworzył żelazne wrota, abyśmy mogli wsunąć się do środka. Wszedłem jako ostatni i zamknąłem drzwi, które natychmiast zostały zaryglowane przez Teofila.
Jeden rzut oka wystarczył, abym pozbył się wszelkich wątpliwości – dotarliśmy na miejsce. Pomieszczenie, w którym się teraz znajdowaliśmy, do złudzenia przypominało duży pokój z dywanem, meblami, a nawet obrazami na ścianach. Ktoś musiał się nieźle natrudzić, żeby pod ziemią stworzyć namiastkę zwyczajnego mieszkania. Jedyną różnicę stanowiło skąpe oświetlenie – ze względów technicznych czy innych paliła się tu tylko nieduża lampa stojąca pośrodku pokoju. Dawała niewiele więcej światła niż latarka, której Maks używał w kanałach, lecz mimo to bez problemu ujrzałem kilkunastu ludzi siedzących lub stojących w różnych częściach pomieszczenia oraz spory stolik, na którym leżały rozmaite prowianty i napoje. Przykuwał on nie tylko moją uwagę, wzrok większości osób co jakiś czas wędrował ku temu miejscu. A może tylko mi się wydawało, równie dobrze zgromadzeni mogli patrzeć na starszego mężczyznę siedzącego kilka kroków dalej w wielkim, wyściełanym fotelu, czytającego przy wątłym świetle kieszonkowej latarki jakiś niezbyt interesujący dokument.
Stanąłem obok Kaśki w pobliżu drzwi wyjściowych i, idąc za jej przykładem, oparłem się plecami o ścianę. Maks tymczasem podszedł do starszej kobiety stojącej tuż przy stoliku z żywnością i wskazując na nas powiedział jej coś na ucho.
- Wyjmij czekoladę – usłyszałem rozkazujący szept przyjaciółki z dzieciństwa.
Już po chwili zarówno tabliczka czekolady i słoik kawy znalazły się w rękach staruszki odpowiedzialnej za spożywczą stronę meetingu.
Tymczasem mężczyzna skończył czytać dokument – o ile mogłem się zorientować, list od jakiejś „podziemnej” szyszki – i powiódł wzrokiem po zebranych.
- Czy ktoś chce zabrać głos? – zapytał.
Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał. Wreszcie z kąta pokoju dał się słyszeć niezadowolony głos Teofila:
- Przedyskutowaliśmy tę sprawę w zeszłym tygodniu i doszliśmy do wniosku, że nie możemy poczynić dalszych kroków, dopóki nie porozumiemy się z przedstawicielami podziemia z wszystkich państw członkowskich. Przygotowałem już nawet wstępne pisma do Rosji i Niemiec.
- A ja, jak pamiętacie, zobowiązałam się napisać na Słowację – dodała kobieta stojąca obok nas. – Dopóki nie nawiążemy bliższej współpracy ze wszystkimi krajami Unii Europejskiej, nie powinniśmy tracić czasu i energii na wytarte frazesy.
- Para w gwizdek – mruknął ktoś drwiąco.
- Nie chcecie dyskutować?! – oburzył się mężczyzna w fotelu. – Powiedzcie w takim razie, w jakim celu się tu zebraliśmy? Po jaką cholerę się spotykamy? Aby się nażreć?
Ktoś miał czelność odpowiedzieć na to retoryczne pytanie i przez blisko pół godziny trwała jałowa dyskusja o podstawowych zasadach obowiązujących w organizacji i o przyświecających jej szlachetnych celach. Z początku przysłuchiwałem się temu zdziwiony, później jednak straciłem zainteresowanie. „Dziecinada!” – pomyślałem z pogardą. Kaśka musiała mieć na ten temat podobne zdanie, świadczył o tym ironiczny uśmieszek igrający co jakiś czas na jej pomarańczowych ustach.
- Do dupy to lipeckie towarzystwo. Nasze szczęście, że nie należymy tu na stałe – szepnęła mi do ucha, głośno zaś powiedziała: - Koleżanki i koledzy! Jestem u was dopiero drugi raz i może nie powinnam wtrącać się w przebieg tego meetingu, ale czuję się w obowiązku przywołać was do porządku. W jaki sposób chcemy przywrócić światu dawny ład, jeśli nie umiemy się porozumieć sami ze sobą? Jedni drugim skaczą do oczu, wykłócają się o drobiazgi… bo czy to zbrodnia, że spotykając się tutaj we wzniosłym celu, przy okazji zjemy sobie plasterek kiełbasy i wypijemy drinka jak za starych dobrych czasów?
- Historia uczy – odezwała się cicho skarbniczka produktów spożywczych – że pod zaborami tajne zebrania nie ograniczały się do spiskowania, ludzie mówili w swoim ojczystym języku i śpiewali patriotyczne pieśni.
Mężczyzna uprzednio czytający dokument chrząknął z zakłopotaniem, najwyraźniej niecałkiem przekonany. Zanim jednak znalazł odpowiedni kontrargument, odezwała się Kasia:
- Pięknie to pani powiedziała, pani Halino!
Obecni wyrazili aprobatę i niedługo potem zaczęła się nieoficjalna część spotkania. Uczestnicy meetingu oblegli stół z zakazanymi produktami, rozmawiając półgłosem o rzeczach nieistotnych. Ktoś włączył muzykę – smooth jazz sprzed kilkudziesięciu lat.
- Na co masz ochotę? – zapytała Kaśka. – Może na swoją kawę?
- Nie – odparłem. – Nic nie chcę.
- Żartujesz! Musisz wyjść na swoje.
Wzruszyłem ramionami. Było mi wszystko jedno. Czułem znużenie, powracał także niedawny smutek. Najchętniej wyszedłbym z tego dziwacznego, podziemnego pokoju, wyjechałbym z Lipiec i nigdy więcej nawet o nich nie myślał. Tajne spotkanie, które na początku traktowałem jak niebezpieczną i ekscytującą przygodę, przestało mnie bawić. „Najpierw wygłaszali gołosłowne bzdury, a teraz objadają się czekoladą jak dzieci” – pomyślałem rozczarowany.
Zamyślony nawet nie zauważyłem, kiedy podeszła do mnie Kaśka z dwoma plastikowymi kubkami w dłoniach.
- Masz. Zmieszałam ci drina.
- Dzięki – bez entuzjazmu przyjąłem napój.
Towarzystwo podzieliło się na szepczące po kątach grupki. Wszyscy bez wyjątku trzymali jednorazowe kubki lub tacki, większość siedziała. W powietrzu przesiąkniętym osobliwą mieszaniną różnych woni, głównie czosnkowej kiełbasy, kawy i dymu z papierosów, wyczuwało się ogólne podniecenie, w chwili obecnej tak sprzeczne z moimi uczuciami. Zastanawiałem się, do której grupy ludzi przyłączy się moja ex przyjaciółka, a ja wraz z nią, ona jednak pociągnęła mnie w najciemniejszy kąt pokoju, gdzie stał duży, podniszczony fotel.
- Zmieścimy się we dwoje – zapewniła wesoło i upiła spory łyk ze swojego kubka. – Jak kiedyś, pamiętasz? Siadałam ci na kolanach i udawaliśmy, że jestem twoją małą córeczką.
Uśmiechnąłem się drwiąco, lecz ponieważ w gruncie rzeczy było mi wszystko jedno, usiadłem, wskazując zapraszająco na swoje kolana. Swobodnie zajęła to miejsce, zupełnie jak gdyby nic się nie zmieniło, jakbyśmy wciąż jeszcze byli dziećmi, i znów się napiła.
- Kocham być na bani! – wyznała niespodziewanie. – Bimber smakuje podle, ale lepsze to niż nic. W Austrii zwykle pijemy wódkę, czasem nawet udaje się komuś przemycić koniak lub tequilę. Zapomnieliśmy wznieść toast. Za spotkanie po latach! Zgoda? – pochyliła się nade mną tak blisko, że poczułem zapach jej perfum.
- Zgoda – odparłem i ostrożnie podniosłem kubek do ust. Nigdy wcześniej nie piłem (gdy wprowadzono prohibicję, miałem trzynaście lat), alkohol znałem jedynie z filmów i opowiadań, nie wiedziałem więc, czego się spodziewać. Upiłem trochę i skrzywiłem się – Rzeczywiście smakuje podle. Z czym zmieszany?
- Z pomarańczowym sokiem jednodniowym. Przewrotne, co? – uśmiechnęła się złośliwie. – Pół na pół.
- Mocne – stwierdziłem, lecz mimo ostrego smaku znów pociągnąłem z plastikowego kubka.
- Takie pijam. Poza tym to konieczność, za moment wszystko wyżłopią – stwierdziła, zerkając niechętnym okiem na kilku kompanów ponownie tłoczących się wokół stolika z używkami.
- Spokojnie, Elsi, nie wszyscy są takimi sępami – rozległ się potężny bas Maksa, który nie wiadomo skąd zmaterializował się obok nas. W ręku trzymał butelkę z tą samą alkoholową mieszaniną, którą piliśmy. – Chodzę i dolewam wszystkim jak gospodarz na domówce – zaśmiał się.
Bez słowa wyciągnęliśmy ku niemu nasze kubki. Uzupełnił ich zawartość, spojrzał na nas bystro, po czym skinął ze zrozumieniem głową i odszedł.
- Elsi? – zapytałem zaskoczony.
- Zapomniałam ci powiedzieć, zmieniłam imię. Kilka lat temu. Stara, nieciekawa historia, nie ma o czym mówić – machnęła lekceważąco ręką, w której nie trzymała drinka. Siedziała teraz bokiem do mnie, z twarzą odwróconą w moją stronę. – Powiedz mi, czym właściwie się zajmujesz?
- Wygodnie ci? – zapytałem pospiesznie.
- Tak. Przypuszczam, że tobie mniej, ale jeszcze chwilę wytrzymasz. Czekam na odpowiedź – dodała stanowczo.
Aby zyskać na czasie, pociągnąłem kilka łyków drinka. Coraz mniej mi przeszkadzał palący smak pośledniego alkoholu. Zanim zdołałem wymyślić coś odpowiedniego, Kasia vel Elsi zawołała:
- Och, idiotka ze mnie! Przecież to oczywiste: jesteś dziennikarzem jak twoi rodzice. Zawsze o tym marzyłeś.
Nie śmiałem temu zaprzeczyć. Czułem, że muszę jej powiedzieć o celu swych odwiedzin w Lipcach mimo przygnębienia i poczucia winy, które trawiły mnie od samego początku. Mojego samopoczucia nie poprawiał fakt, iż ona przyjechała w tym samym interesie. Kasia inaczej patrzyła na tę sprawę, zmieniła się bardzo przez te lata, zresztą już to, że wyjechała z tego miejsca jako mała dziewczynka w pewien sposób ją usprawiedliwiało.
- Dla kogo pracujesz?
- MMM – wymamrotałem. – Prasa.
- Uuu... – pokiwała głową z politowaniem. – Wymierający dział. Góra dziesięć lat i zostaniesz bezrobotny. Przyszłość to plazma, ewentualnie Internet, choć on również powoli schodzi na drugi plan. Jeśli jesteś dobry, spróbuję cię wkręcić do jakiejś bardziej przyszłościowej sekcji. Mam pewne wpływy – oświadczyła chełpliwie. – Dlaczego taki ponury jesteś? Chyba nie upijesz się na smutno?
- Nie, tylko nie mówmy więcej o pracy – poprosiłem. – Masz dzieci?
- Nie – odparła krótko, z miejsca tracąc humor. – O życiu prywatnym ja z kolei nie chcę rozmawiać.
- Okey, to co nam zostaje?
- Wspomnienia – rzuciła.
Natychmiast pożałowałem swego pytania. Rozdrapywanie przeszłości było dla mnie stokroć większą męką niż okazałaby się nią rozmowa o reportażu, który mieliśmy oboje zrobić nazajutrz. Na szczęście niepotrzebnie się martwiłem.
- Teraz dopiero widzę, że się zmieniłeś – odezwała się znad swojego próżnego już kubka. – Stałeś się mężczyzną, wcale przystojnym mężczyzną.
- Tak uważasz? – mile połechtany, zapragnąłem oddać jej komplement. – Ty także wyrosłaś. Trudno bawić się w ojca i córkę, gdy masz w sobie tyle seksapilu.
Uśmiechnęła się kokieteryjnie, wyjmując mi z dłoni drinka. Nie zareagowałem, patrząc na nią lekko oszołomiony własnymi, niespodziewanymi dla mnie samego, słowami. Czułem się dosyć dziwnie, przypuszczalnie byłem „na bani”. Zaczynało mi się to podobać.
Leniwym ruchem wyciągnęła rękę i pogłaskała mnie po karku. Wciąż trzymając moją głowę, zbliżyła brzeg kubka do moich ust. Jej zmrużone oczy miały na mnie hipnotyczny wpływ, otworzyłem usta i pozwoliłem, aby mnie poiła. Ostatnie krople wypiła sama.
- Ty szelmo – powiedziałem cicho i poczułem, że uśmiecham się do niej prawie bezwiednie.
Nie wiedzieć kiedy nękające mnie od dłuższego czasu rozgoryczenie rozwiało się, znudzenie również znikło. Wsłuchany w kojącą melodię jazzu i delikatny szum w swych uszach, odprężałem się coraz bardziej. Z zadowoleniem wpatrywałem się w twarz swojej rozmówczyni, mimo że doskonale zdawałem sobie sprawę, ku czemu zmierza nasza konwersacja. „Dlaczego wcześniej czułem do niej niechęć i wstręt?” – pytałem siebie w duchu.
- Poczekaj, może jeszcze coś zostało – odezwała się, wstając z moich kolan.
Po chwili wróciła z nowym drinkiem.
- Zobacz, co udało mi się upolować: bimber z colą. Będzie smaczniejszy.
- Usiądź... córeczko – powiedziałem nieswoim głosem, chciwie sycąc oczy jej dziwnie ponętną postacią.
Tym razem znalazła się przodem do mnie, więżąc moje nogi między swoimi udami. Rozejrzałem się zaniepokojony.
- Jesteśmy sami, przeszli do drugiego pokoju – uspokoiła mnie Elsi.
- To jest tu jakiś drugi pokój? – zapytałem bez zainteresowania, wpatrując się w jej pomarańczowe wargi.
- I to niejeden – powiedziała dwuznacznym tonem, jakby miała na myśli coś zupełnie innego, jakbyśmy nie znajdowali się w sekretnej kryjówce wrogów Zdrowej Europy, lecz w luksusowej hotelowej sypialni.
Wyciągnąłem ramiona i przyciągnąłem ją bliżej siebie. O wszystkim zapomniałem, nic nie było już ważne, ani Sylwia (która w tamtej chwili dla mnie nie istniała), ani ludzie za ścianą, liczyła się tylko ta kobieta: odurzający zapach jej perfum, jej usta rozchylone w zachęcającym uśmiechu, jej oczy pełne pożądania...

Obudziło mnie silne szturchnięcie.
- Jeśli zamierzasz zdążyć na uroczystość nadania praw miejskich, radzę ci się pospieszyć. Ja w każdym razie zaraz wychodzę.
- Kasiu – mruknąłem błagalnie, usiłując otworzyć ociężałe powieki. Czułem potworny ból głowy i dziwną suchość w ustach. To musiał być ten osławiony kac.
- Jeszcze raz zwrócisz się do mnie w ten sposób, a nie ręczę za siebie!
Jej krzyk podziałał na mnie mobilizująco. Otworzyłem oczy i wolno podniosłem się do pozycji siedzącej. Znajdowałem się na kanapie w salonie swojego dawnego domu. Kobieta, z którą spędziłem noc, stała przed lustrem, kryjąc niedawną libację pod grubą warstwą makijażu.
- Co się wczoraj działo? Czy my...?
- Nie byłeś w stanie – przerwała z wyraźną pogardą.
Pokonując zawroty głowy, poszedłem do kuchni. Nalałem sobie szklankę wody z kranu i natychmiast łapczywie ją wypiłem.
- Opowiedz mi, co robiliśmy – poprosiłem, ponownie napełniając szklankę.
Spojrzała na mnie zła i zniecierpliwiona. Podeszła do swojej torebki i wyjęła z niej jakąś saszetkę.
- Wyglądasz jak półtora nieszczęścia, jeszcze nas wszystkich wsypiesz. Zmieszaj to z wodą, powinno ci pomóc.
Bez słowa przyjąłem remedium, zastanawiając się, jakimi słowami przełamać jej niechęć do mówienia o minionej nocy. Chciałem wiedzieć, co dokładnie zaszło, przy czym prawie wcale nie obchodziło mnie zakończenie meetingu ani sposób, w jaki dotarliśmy do mojego domu; interesowało mnie, jak daleko posunęliśmy naszą „przyjaźń”, jak bardzo skrzywdziłem Sylwię. Szydercze „Nie byłeś w stanie” nie uspokajało mnie, raczej wręcz przeciwnie – nasuwało wiele wątpliwości.
Przyrządziłem i wypiłem odtrutkę, a kobieta nadal milczała, skupiona na makijażu.
- Elsi, ja muszę to wiedzieć – powiedziałem niemal błagalnie. – Jestem z kimś i...
- Ja też i co z tego – przerwała rozdrażniona, gwałtownie odwracając się moją stronę. – Czego ty ode mnie chcesz?
- Prawdy. Ostatnie co pamiętam z wczorajszego wieczoru to nasze pocałunki podczas spotkania „podziemia”. Chcę wiedzieć, co się zdarzyło później.
- Czujesz się winny, że chcieliśmy się zabawić? – zaśmiała się.
Poczułem gniew. Miałem ochotę podejść do tej okropnej kobiety i silnie nią potrząsnąć, popchnąć ją, uderzyć; jednak osłabiony wczorajszym piciem stałem tylko, patrząc na nią nienawistnie. Nic sobie z tego nie robiąc, odwróciła się do lustra, aby umalować wargi. Później wyjęła z torebki szczotkę i szybko uczesała włosy w koński ogon. Spojrzała na zegarek, później na mnie i westchnęła:
- Dobrze. Po starej znajomości dam ci pięć minut na ogarnięcie się. Nie patrz tak na mnie, tylko przemyj twarz, zmień koszulę... Zrób coś ze sobą! – zawołała zniecierpliwiona.
Wciąż nie rozumiejąc, o co jej chodzi, powlokłem się do łazienki. Spojrzawszy w lustro, mimowolnie jęknąłem. Stojący naprzeciw mnie chorobliwie blady facet uczynił to samo. Przypomniałem sobie, że po pierwszej nocy z Sylwią również nie wyglądałem kwitnąco, tamto nie miało jednak nic wspólnego z alkoholem...
- Co te baby ze mną wyprawiają – powiedziałem na głos, aby zagłuszyć na nowo obudzone poczucie winy.
Ograniczywszy do niezbędnego minimum poranną toaletę, przyjrzałem się krytycznie swojej koszuli. Gdy wczorajszego poranka wyjeżdżałem z domu była świeżo wyprasowana i lśniła czystością. Teraz przypominała stary, wymięty łach, brakowało jednego z guzików, zaś na kołnierzyku widniał ślad pomarańczowej szminki. Zakląłem.
- Marcin! Zostały ci dwie minuty! – zawołała z salonu sprawczyni tego spustoszenia.
Wściekły opuściłem łazienkę z zamiarem wygarnięcia domniemanej kochance stanu, w jakim się przez nią znalazłem. Do białej gorączki doprowadzała mnie myśl, że będę musiał zrezygnować z udziału w uroczystości z tak idiotycznego powodu, a nie z własnej woli, jak to rozważałem poprzedniego dnia. Wprawdzie wziąłem z Tricitu koszulę na zmianę, jednak po kilku godzinach w ciasnej torbie podróżnej z pewnością wymagała prasowania, a na to nie było już czasu. Wtedy przypomniałem sobie, że opuszczając rodzinną wieś przed szesnastu laty, sporo swoich ubrań zostawiłem, między innymi kupioną na wyprzedaży nowiutką, elegancką koszulę, która w domu, po dokładniejszej przymiarce, okazała się o dobry rozmiar za duża. Teraz mogła być w sam raz. Bez słowa minąłem zniecierpliwioną Elsi i pobiegłem do swojej dawnej sypialni.
Wyjąłem koszulę i dokładnie ją obejrzałem, obawiając się, że w ciągu kilkunastu lat mojej nieobecności zszarzała lub stała się łupem moli.
- Marcin! – usłyszałem z dołu zniecierpliwiony krzyk.
Pospiesznie się przebrałem, kilkakrotnie przyczesałem grzebykiem nieco nastroszone włosy i zbiegłem na dół.
- Już jestem gotowy – oznajmiłem, nerwowo przeszukując kieszenie marynarki, aby upewnić się, że w nocy nie zgubiłem kluczyków do samochodu i dokumentów.
- Już? – zaśmiała się ironicznie.
- Daj spokój, podobno mamy mało czasu – mruknąłem, otwierając przed nią drzwi wyjściowe.
- Zgadza się, dlatego pojedziemy moim samochodem. Masz za słaby czajnik, aby prowadzić po meetingu – dodała pogardliwie, uprzedzając moje protesty.
Rzeczywiście wciąż czułem się osłabiony. Zajęcie miejsca za kółkiem w tym stanie mogłoby się skończyć wypadkiem lub chociażby kontrolą drogową. Kto wie, czy nie przyszłoby im do głowy przebadać mnie pod kątem używek… Zaczęłyby się przesłuchania, później rozprawa, więzienie. Za konsumpcję zakazanych produktów można było dostać nawet dwadzieścia pięć lat. Straciłbym kontakt z dziećmi, a Sylwia… Nie mogłem ryzykować. Wprawdzie nie miałem pewności, czy chcę jechać na nadanie Lipcom praw miejskich, lecz nie było czasu do namysłu.
Zająłem miejsce pasażera obok Elsi, która ruszyła z miejsca, zanim zdążyłem zamknąć drzwi samochodu. W dwie minuty później stanęliśmy przed budynkiem urzędu nowo powstałego miasta. W poprzek olbrzymich, rozsuwanych automatycznie wrót biegła symboliczna purpurowa wstęga. Obok stali urzędnicy i ochrona, nieco dalej dziennikarze z mikrofonami i całym żurnalistycznym rynsztunkiem, zaś na placu przed gmachem spora grupa ludzi z transparentami „NIE ZABIERAJCIE REYMONTA LIPCOM!”, trzymana w ryzach przez kordon policji.
- Dowiedzieli się, będzie draka – uśmiechnęła się Elsi, wysiadając z samochodu.
- Cieszy cię to? – zapytałem oburzony.
- A ciebie nie? Materiał będzie ciekawszy.
„Hiena!” – pomyślałem, bez słowa idąc za nią w stronę sektora dla mediów.
- Widzę swoją ekipę. Spotkamy się po – rzuciła Elsi i pierwsza wtopiła się w dziennikarski tłum.
Zamiast pójść w jej ślady, stanąłem nieco na uboczu. Przygotowawszy dyktafon do nagrania, czekałem. Tymczasem za moimi plecami protestujący zaczęli skandować „Nie dla mia-sta! Tak dla Rey-mon-ta!” Po chwili ponad chór oburzonych mieszkańców wybił się rozkazujący głos wzmocniony przez megafon:
- Proszę o ciszę! W przeciwnym razie protest zostanie spacyfikowany przez odpowiednie służby.
- Służby?! – krzyknął jeden z buntowników. – Ta sytuacja przypomina czasy komuny, o których opowiadał mi dziadek. Mamy drugą połowę dwudziestego pierwszego wieku, demokrację, wolność słowa i każdy ma prawo…
- Obywatelu! – upomniał megafon ostrzegawczo.
Mężczyzna jednak nie umilknął, krzyczał dalej, coraz głośniej, zwracając uwagę części dziennikarzy.
- Kręć to! – usłyszałem za sobą czyjś zaaferowany głos.
Z niesmakiem obejrzałem się do tyłu, lecz nikt tego nie zauważył. Grupa moich, powiedzmy, kolegów po fachu, obserwowała rozwój sytuacji. Ja również spojrzałem w stronę nieszczęśnika, prawie siłą odciąganego na bok przez dwóch rosłych policjantów, i natychmiast go rozpoznałem. To był pan Miłek. Na jedną straszną chwilę nasze oczy spotkały się. Poczułem jak krew schodzi mi z twarzy. Chociaż dzieliła nas odległość dobrych pięćdziesięciu metrów, wyraźnie ujrzałem wyraz oczu dawnego sąsiada. Patrzył na mnie z wyrzutem, żalem, urazą i odrazą jednocześnie. „Dlaczego?!” – pytało jego spojrzenie, dopóki funkcjonariusze szarpnięciem nie zmusili go do odwrócenia głowy.
W tym samym momencie zaczęła się uroczystość. Do mikrofonu podszedł świeżo upieczony burmistrz Lipiec, skupiając na sobie uwagę zgromadzonych. Z obowiązku włączyłem dyktafon, lecz nie słuchałem zatopiony w niewesołych myślach. Czułem się jak kawał łajdaka. Zastanawiałem się, czy powinienem pójść do pana Miłka i próbować wyjaśnić swoje położenie, wytłumaczyć, że nie cieszą mnie zmiany zastane we wsi, że jedynie spełniam swój zawodowy obowiązek, czułem jednak, że to na nic. Własnego sumienia nie umiałem ukoić, a co dopiero przekonać drugiego człowieka, którego jakby nie patrzeć oszukałem swoim wczorajszym milczeniem. Postanowiłem jak najszybciej wyjechać z Lipiec i nigdy tu nie wracać. „Napiszę ten cholerny artykuł, dom sprzedam przez pośredników i więcej nie będę o tym myślał” – okłamywałem się w duchu, doskonale wiedząc, że nigdy nie zapomnę o Lipcach.
Gdy przemowa burmistrza dobiegła końca i nastał czas zadawania pytań, niemal bezwiednie podniosłem rękę do góry. Prowadzący spotkanie skinął na mnie, dając mi jako pierwszemu prawo głosu.
- Marcin Nowicki, Mass Media Maxi. Dlaczego nazwisko noblisty zniknęło z nazwy miasta?
Kilka osób posłało mi zdumione spojrzenie, a burmistrz, nie do wiary, uśmiechnął się z przekąsem.
- Cóż, to była decyzja rady gminy. Kierując się wytycznymi Unii Europejskiej, radni uznali, że skrócenie nazwy naszej… państwo wybaczą… naszego miasta znacznie uprości rozmaite procedury administracyjne, zwiększy też nasze szanse na uzyskanie dotacji w przyszłości. Nie jesteśmy jedynymi, którzy zdecydowali się na redukcję nazwy – w ostatnich miesiącach postąpiło w ten sposób kilkanaście innych miejscowości. Zresztą mało kto już pamięta, kim był Reymont.
Ostatnie zdanie powiedział z takim lekceważeniem, że nie mogłem zmilczeć.
- A nie sądzi pan, że jest to argument raczej za pozostawieniem tego nazwiska w nazwie?
Burmistrz spojrzał na mnie jak na idiotę, podobnie jak kilka innych osób. Gdzieś w oddali rozległ się stłumiony chichot.
- Co ja sądzę, nie ma nic do rzeczy – odparł sucho zapytany. – Następne pytanie proszę.
- Za pozwoleniem, panie burmistrzu – odezwał się jeden z urzędników, starszawy facet w szarym garniturze. Burmistrz, nieco zdziwiony, skinieniem głowy udzielił mu głosu. Urzędnik spojrzał na mnie przenikliwie i zapytał:
- Przy jakiej ulicy pan mieszka?
Natychmiast domyśliłem się intencji pytającego, odruchowo jednak udzieliłem szczerej odpowiedzi.
- Przy Matejki.
- Kim był Matejka? – dociekał starszawy.
- Matejko – poprawił ktoś w tłumie, ale został zignorowany.
Milczałem zawstydzony, czując na sobie zaciekawione spojrzenia kilkudziesięciu par oczu. Mieszkałem przy ulicy Jana Matejki od niespełna trzech lat i jakoś dotychczas nie złożyło mi się, żeby dowiedzieć się czegoś o jej patronie.
- Nie wie pan? – uśmiechnął się ironicznie starszawy. – Sam pan zatem widzi…
- Widzę – przerwałem zniechęcony. – Więcej pytań nie mam, dziękuję.
Konferencja prasowa potoczyła się dalej, ale już beze mnie. Oddalając się, nie czułem wyrzutów sumienia z powodu niedopełnienia obowiązku służbowego. Widziałem już dość, zresztą gdybym później zmienił zdanie, bez trudu mógłbym znaleźć retransmisję u konkurencji. Szybkim krokiem zmierzałem w stronę domu swojego dzieciństwa, jednocześnie sprawdzając w Internecie Matejkę za pośrednictwem płytki. Ulżyło mi, gdy przeczytałem, że Jan Matejko był dziewiętnastowiecznym malarzem. Miałem prawo tego nie wiedzieć. Nigdy nie interesowałem się sztuką; zaś edukacja szkolna, skupiona na współczesnych twórcach, głównie zachodnioeuropejskich, również nie dostarczała tego typu wiedzy. Moja kompromitacja nie była tak wielka, jak sądziłem. Zresztą co znaczyła w obliczu stanu, w jakim się znajdowałem? Czułem się jak kawał bydlaka, jak zdrajca. Zdradziłem rodzinną wieś, zdradziłem Sylwię, a lata temu zdradziłem swoje młodzieńcze ideały. Czymże była przy tym nieznajomość jakiegoś tam malarza? „Tamten facet miał rację. Co komu po Reymoncie? Kto jeszcze pamięta o nazwiskach polskich artystów czy pisarzy z zamierzchłej przeszłości? Kogo to obchodzi?” – pomyślałem, chowając płytkę do kieszeni spodni.

Niespełna pół godziny później wsiadłem do samochodu z zamiarem opuszczenia Lipiec. Zanim uruchomiłem silnik podniosłem wzrok, by po raz ostatni spojrzeć na dom, w którym się wychowałem. W tej samej chwili moją uwagę zwrócił warkot nadjeżdżającego pojazdu. To była Elsi. Pospiesznie uruchomiłem silnik, zamierzając ją wyminąć. Zanim jednak zdążyłem to zrobić, zajechała mi drogę. Uśmiechnęła się triumfalnie, lecz w następnej chwili uśmiech zniknął z jej twarzy, ustępując miejsca zdziwieniu, gdy wrzuciłem bieg wsteczny. Po przejechaniu w ten sposób kilkunastu metrów błyskawicznie wykonałem manewr zawracania, w następnej zaś chwili pędziłem już w stronę Tricitu z prędkością znacznie wyższą niż dozwolona.
Uciekałem. Przed Elsi, przed panem Miłkiem, przed wspomnieniami, przed samym sobą. Zerknąłem w lusterko wsteczne. Oczywiście nikt za mną nie jechał. Odetchnąłem, ale nie zwolniłem. Pragnąłem jak najszybciej dotrzeć do domu. Do Sylwii. Nie zamierzałem się jej zwierzać ze swoich moralnych rozterek, które zapewne uznałaby za sentymentalne i niepoważne. Pragnąłem jedynie być obok niej, patrzeć w jej oczy, dotykać dłoni; ostatecznie poddawać się jej brutalnym pieszczotom, zatracać się w nich, zapominając o wyrzutach sumienia i wstydzie.
Jechałem, mocno zaciskając ręce na kierownicy. Starałem się skupić na prowadzeniu samochodu, nie myśleć o niczym, a jednak niedawne chwile spędzone w Lipcach powracały do mnie uporczywie, a wraz z nimi poczucie winy, żal i niesmak.
Odetchnąłem z ulgą dopiero po wejściu do swojego mieszkania, wmawiając sobie, że wszelkie ciążące mi sprawy zostawiłem na zewnątrz, za zamkniętymi drzwiami.
- Kochanie! – zawołałem, lecz jedyną odpowiedzią była cisza.
Westchnąłem zawiedziony, mimo że niczego innego nie powinienem był się spodziewać. Wieczory Sylwia zwykła spędzać w swojej tajemniczej pracowni, a ja nawet nie uprzedziłem jej o terminie swojego powrotu. Nie było rady, musiałem na nią zaczekać, a raczej na jej nocne brutalne alter ego. „Przynajmniej o nic nie będzie mnie pytać. Zatracimy się w dzikim seksie i wszystko, co się tam zdarzyło przestanie mieć znaczenie, zatrze się, zniknie” – obiecywałem swojej zbolałej duszy, doskonale wiedząc, że sam siebie okłamuję.
Na razie postanowiłem zatroszczyć się o ciało. Wziąłem prysznic i zjadłem bez apetytu pizzę z mrożonki. Jakiś czas chodziłem po mieszkaniu z kąta z kąt, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Wreszcie zmusiłem się do działania – usiadłem przy biurku, uruchomiłem komputer i zacząłem pisać:

Lipce Nie-Reymontowskie

Ostatnia wieś zniknęła z mapy naszego pięknego kraju, zabierając ze sobą pamięć o jednym z polskich noblistów w dziedzinie literatury. Zmiany administracyjne to tylko wierzchołek góry lodowej, faktyczny problem leży gdzie indziej, a konkretnie w Brukseli.


Napisawszy lead, oderwałem palce od klawiatury. Nie tego ode mnie oczekiwano. Publiczne krytykowanie Unii Europejskiej nie prowadziło do niczego dobrego, mogło kosztować MMM nawet proces i wysoką karę pieniężną, mnie zaś odebranie prawa do wykonywania zawodu dziennikarza. Nie potrafiłem jednak opiewać czegoś, co uważałem za kompletne bzdury, szkodliwe fanaberie instytucji, która miała chronić i pomagać, a która narzucała idiotyczne prawa wszystkim swoim członkom – nie wtedy, gdy sprawa dotyczyła mojego ukochanego miejsca na Ziemi.
Zniechęcony wstałem zza biurka. Włączyłem teleplazmę i dobrą godzinę bezmyślnie skakałem po kanałach. Później położyłem się do łóżka. Spodziewałem się, że długo nie będę mógł zasnąć, tymczasem ledwo zamknąłem oczy, zmorzył mnie sen.

Obudziłem się z dziwnym uczuciem, że jestem obserwowany. Niespokojnie powiodłem wzrokiem po ciemnej sypialni. W nogach łóżka zamajaczył mi jakiś cień przypominający ludzką postać.
- Sylwia? – upewniłem się, siadając.
Brak odpowiedzi. Cień nawet nie drgnął.
Wyciągnąłem rękę, by zapalić nocną lampkę.
- Nie – odezwał się głos mojej ukochanej. Brzmiał jednak obco i chłodno, wręcz wrogo.
- Dobrze – zgodziłem się, cofając rękę. Chciałem coś powiedzieć, lecz nie przychodziło mi do głowy nic, co usunęłoby niewidzialną barierę, która oddzielała nas od siebie. Pragnąłem ją przytulić, pocałować, lecz nie śmiałem tego uczynić ani nawet zapytać, czy mogę. Prawdopodobnie znów usłyszałbym „nie”. W końcu, mając dość przedłużającej się ciszy, wyjąkałem – Stało się coś?
- Nic – odparła szybko. – Śpij, jest środek nocy. Zobaczymy się rano.
Wstała z łóżka i prędko wyszła z sypialni. Położyłem się z powrotem, lecz zasnąć nie mogłem targany jakimś niepokojem. Nasłuchiwałem. Zachowywała się bardzo cicho, jak zawsze zresztą, lecz z nielicznych stuków, szmerów i szelestów domyśliłem się, że zbiera się do wyjścia. Dokąd wychodziła o tej porze? Dlaczego? I co miała znaczyć ta przykra rezerwa? I to właśnie teraz, gdy tak bardzo potrzebowałem jej ciepła, dobroci, uwagi.
Po cichu wstałem z łóżka i szybko się ubrałem. Gdy tylko usłyszałem odgłos zamykanych drzwi wejściowych, przeszedłem do przedpokoju i włożyłem buty. Chwilę później stałem przed swoim blokiem i rozglądałem się, wypatrując ukochanej. Nigdzie nie było jej widać. Musiałem działać na czuja.
Szybkim krokiem ruszyłem w stronę centrum, zakładając, że Sylwia zmierza do swojej pracowni. Miałem nadzieję, że nie będzie kluczyć i uda się tam najkrótszą drogą z możliwych. Nie uśmiechało mi się iść za nią po nocy plątaniną uliczek i podwórzy. Dłuższy dystans do pokonania oznaczałby większe ryzyko dekonspiracji. Gdyby się obejrzała… Przypomniałem sobie wyraz jej twarzy, gdy ostrzegała mnie, żebym nie próbował szukać drogi do jej pracowni i wstrząsnął mną mimowolny dreszcz. Co by zrobiła, odkrywszy, że ją śledzę?
Tknięty tą myślą przystanąłem i w tym samym momencie na końcu głównej ulicy dostrzegłem postać Sylwii. Szła z wyraźnym pośpiechem. Poły i pasek niezapiętego płaszcza zdawały się frunąć za właścicielką, podobnie jak jej długie, rozpuszczone włosy, lśniące miedzią w świetle mijanych latarni. Z jakiegoś powodu wydawało mi się to demoniczne i złowieszcze. Mimo to nie mogłem tak po prostu wrócić do domu, musiałem pójść za nią. Nie powstrzymała mnie nawet świadomość, że prawdopodobnie prędzej czy później odkryje moją obecność za swoimi plecami lub skonfrontujemy się w jej pracowni. Nie miałem pojęcia, co jej wtedy powiem; jak zareaguje ona, wolałem się nie zastanawiać.
Przyspieszyłem kroku, tymczasem Sylwia już znikała z mojego pola widzenia. Pobiegłem więc i biegłem nieprzerwanie gnany jakimś niejasnym, złym przeczuciem. Przystawałem jedynie po to, by upewnić się, że pozostaję od niej w bezpiecznej odległości i nadal nie zostałem przez nią zauważony.
Straciłem poczucie czasu. Wydawało mi się, że podążam za Sylwią od wielu godzin. Kilkanaście metrów nerwowego truchtu, ostrożne zerknięcie zza rogu lub filara, chwila oczekiwania i znów trucht. Serce tłukło mi się w piersi jak szalone. Wmawiałem sobie, że to z powodu wysiłku fizycznego, a jednak czułem, że to coś więcej.
Świtało już, gdy dotarliśmy w pobliże wieżowca, który zapamiętałem z początków naszej znajomości. Przed budynkiem znajdował się rozległy parking wypełniony pojazdami – doskonała kryjówka dla osoby pragnącej niezauważenie podejść do drzwi. Wślizgnąłem się między samochody i przygarbiony rozpocząłem gorączkową wędrówkę ku wejściu do wieżowca. Jednocześnie raz po raz zerkałem w stronę Sylwii, która, poczuwszy się widać bezpiecznie, szła po chodniku okalającym parking krokiem nieledwie spacerowym. Umożliwiało mi to zmniejszenie dzielącego nas dystansu do kilku metrów, a tym samym dawało szansę na dostrzeżenie i zapamiętanie kodu otwierającego drzwi.
Dotarłszy do ostatniego rzędu samochodów, zatrzymałem się zziajany. Ostrożnie wyjrzałem zza maski jakiegoś volvo, by przekonać się, że Sylwia za chwilę stanie przed wejściem do budynku. Zastygłem w oczekiwaniu. Czułem pot spływający mi po twarzy, lecz nie śmiałem podnieść ręki, lękając się, że ruch ten zostanie zauważony, niwecząc moje poprzednie wysiłki. Bałem się choćby głębiej odetchnąć. Wystarczająco głośny wydawał mi się łomot własnego serca. Zastanawiałem się, czy ona też go słyszy.
Nic jednak nie wskazywało na to, bym w jakikolwiek sposób się zdradził. Dotarłszy do drzwi, spokojnie wprowadziła kod. Przechyliwszy głowę, doskonale widziałem każdą z wstukiwanych przez nią cyfr – 01052004. Skupiony zacząłem powtarzać je w myśli i nagle o mało się nie roześmiałem. „Przecież to data wstąpienia Polski do Unii Europejskiej! Każde dziecko ją zna”. Odprężyłem się nieco.
Sylwia tymczasem weszła do budynku. Odczekałem kilka minut i poszedłem w jej ślady. Nacisnąłem przycisk oznaczający najwyższe piętro. Winda pomknęła w górę, a mnie znów ogarnęły wątpliwości. Czy dobrze zrobiłem, zakradając się tu za nią? Jak wyjaśnię fakt swojej obecności w miejscu skrywającym tajemnicę, do której nie chciała mnie dopuścić?
Nie było jednak czasu na odwrót. Winda przystanęła na docelowym piętrze, a moim oczom ukazały się drzwi do mieszkania Sylwii – uchylone, jak stwierdziłem z zaskoczeniem. Takie niedbalstwo czy roztargnienie nie leżało w charakterze mojej dziewczyny. Musiała być pochłonięta bez reszty jakimiś badaniami, skoro zapomniała je domknąć.
Z duszą na ramieniu wślizgnąłem się do środka. Przez niezasłonięte okno wpadały pierwsze promienie słońca, oświetlając olbrzymie, starannie zasłane łóżko, które doskonale pamiętałem z poprzedniej swej bytności w tym pokoju, kilka niepozornych mebli oraz dwie pary identycznych drzwi po lewej stronie. Łazienkowe i te drugie, za którymi Sylwia spędzała wieczorne godziny, robiąc… coś… coś, co zamieniało ją w potwora. Poprzednim razem były starannie zamknięte, zabezpieczone alarmem, teraz zaś – podobnie jak drzwi do mieszkania – uchylone. Zdziwiony zrobiłem krok w ich kierunku i zacząłem nasłuchiwać.
Niczym niezmącona cisza nie uspokoiła mnie bynajmniej, wydała mi się złowróżbna.
Podszedłem bliżej. Z wahaniem wyciągnąłem rękę, by szerzej otworzyć uchylone drzwi, szykując się na ujrzenie jakichś okropności. Mimo to widok mną wstrząsnął.
Pomieszczenie było duże, dość obszerne, by pomieścić kilka foteli podobnych do tych znajdujących się w Centrum RMP, sporą liczbę przeszklonych szafeczek, wysoką, pancerną szafę, kilka dziwnych sprzętów niewiadomego przeznaczenia oraz kozetkę lekarską, na której leżała skrępowana pasami, zakneblowana kobieta. Obok, na stołku, tyłem do drzwi siedziała Sylwia. Jej włosy, z bliska wyglądające na dawno nieczesane, jaskrawo odcinały się od bieli niezapiętego kitla. Wydawało się, że nie zauważyła mojego nadejścia.
- Mam nadzieję, że podczas mojej nieobecności udało się pani zdrzemnąć – przemówiła do swej ofiary, która również mnie nie dostrzegła. Głos miała zimny i bardzo spokojny. – Siły będą pani potrzebne, bo za chwilę rozpoczniemy drugi etap terapii.
Oczy kobiety rozszerzyły się gwałtownie. Z jej gardła popłynęły stłumione, nieartykułowane odgłosy paniki. Szaleńczo potrząsnęła głową, jednocześnie rozpaczliwie machając dłońmi i stopami. Na większy opór nie pozwoliły pasy ściśle oplatające całe jej ciało.
Naraz rozbiegany wzrok ofiary spoczął na mnie. I wtedy ją rozpoznałem. To była Matylda. Chciałem coś powiedzieć, lecz głos uwiązł mi w gardle.
- Wejdź, kochanie – przemówiła Sylwia beznamiętnie, nawet nie odwróciwszy głowy w moją stronę. Widocznie spojrzenie Matyldy nie uszło jej uwagi. Tylko skąd wiedziała, że to ja… - Śmiało! Zapraszam.
- Zapraszasz? – powtórzyłem, z trudem otwierając usta i zmuszając się do zrobienia kroku w głąb pomieszczenia.
- A co innego mogę zrobić, skoro już tu wtargnąłeś? – zapytała retorycznie, wstając.
Nadal na mnie nie patrząc, zbliżyła się niespiesznie do jednej z przeszklonych szafek. Wyciągnęła z niej małą, ciemną buteleczkę i plastikowe zawiniątko, z którego wyjęła strzykawkę jednorazową.
- Zagłębimy się w pani umysł i dotrzemy do miejsc, których istnienia nawet pani nie podejrzewa – oznajmiła, nabierając do strzykawki płyn z buteleczki. – Wypróbujemy przy okazji mój wynalazek.
Spod knebla wydobyła się seria dźwięków pełnych najwyższej trwogi. Spojrzałem w tamtym kierunku. Matylda rozpaczliwie szamotała się na swej kozetce. Jej rozwarte strachem oczy wpatrywały się we mnie z desperacką nadzieją, budząc mnie z odrętwienia.
- Uwolnij ją! – zażądałem stanowczo. – Ona nie chce twojej terapii.
- Ale jej potrzebuje – odparła Sylwia dobitnie. – Podobnie jak ty.
Wreszcie na mnie spojrzała. Chwilę, która zdawała mi się wiecznością, patrzyliśmy sobie w oczy. Jej były zimne, bezwzględne i obce, zupełnie obce.
- Myślisz, że nie wiem… - uśmiechnęła się drwiąco. – Zdążyłyśmy odbyć już parę sesji. Poznałam historię waszego romansu oraz temat, którym miałeś się zająć, by nie wylecieć z pracy, a resztę sobie dopowiedziałam. Trzeba wybić ci z głowy dziecięce, naiwne sentymenty. Najpierw jednak dokończę z twoją ex.
„Więc wie!” – pomyślałem poruszony, starając się ukryć zażenowanie.
- Uwolnij ją! – zażądałem ponownie. – Nie masz pozwolenia na te badania.
- Może nie mam, a może mam – mruknęła, siadając obok Matyldy.
- Pacjentka nie wyraża zgody – powiedziałem zdenerwowany, nie spuszczając oczu z trzymanej przez Sylwię strzykawki.
Nic nie odpowiedziała. Nie zważając na mnie, sprawnie podwinęła Matyldzie lewy rękaw koszulowej bluzki i przygotowała gazik nasączony spirytusem, szykując się do wykonania zastrzyku. Nie miałem pojęcia, jakie świństwo chce wstrzyknąć Matyldzie, ale nie zamierzałem się temu biernie przyglądać.
- Nie! – krzyknąłem, podbiegając z zamiarem odciągnięcia Sylwii od leżącej.
- Nie waż się mnie tknąć, bo ją zabiję – odezwała się lodowato, nie obdarzając mnie nawet spojrzeniem. Coś w jej głosie sprawiło, że się zawahałem, a wtedy Sylwia błyskawicznie zrealizowała swój cel: wkłuła się w żyłę swojej ofiary.
Wpatrywałem się jak zahipnotyzowany w tłok strzykawki stopniowo i bezlitośnie przesuwający jakiś ciemny specyfik do igły zagłębionej w ciele Matyldy, czując się jak bezwolny mięczak. Żałowałem, że do tego dopuściłem, ale było już za późno. A może nie? Pogardzałem sobą za ten brak zdecydowania i to w takiej sytuacji!
- Dobrze zrobiłeś – rzekła Sylwia, jakby czytając mi w myślach. Odłożyła strzykawkę na bok i otarła gazikiem sączącą się kropelkę krwi. – Nie obwiniaj się. To nie trucizna, nic jej nie będzie. Gdybyś natomiast próbował mi przeszkodzić, w kilka sekund pozbawiłabym ją życia.
Jej złowrogi ton sprawił, że uwierzyłem jej bez zastrzeżeń.
- Proszę się odprężyć – zwróciła się do Matyldy, która przypatrywała nam się szeroko otwartymi oczami. – Wkrótce poczuje się pani senna i ociężała jak na granicy snu. Wtedy zaczniemy. Marcin, chodź ze mną – wskazała gestem sąsiedni pokój.
Chciałem zaoponować, ale przyszło mi do głowy, że rozmowa na osobności mogłaby skłonić Sylwię do uwolnienia Matyldy.
- Wiem, jak to wygląda – odezwała się Sylwia, gdy tylko zamknęła drzwi do pracowni. – Rozumiem twój niepokój.
Jej głos brzmiał całkiem normalnie, a ton wydawał się prawie pojednawczy. Spojrzałem na nią podejrzliwie. Z pewnym zdziwieniem skonstatowałem, że bezlitosna, zdolna do wszystkiego pani doktor, kilka minut temu sypiąca groźbami, zniknęła, przynajmniej czasowo. Wszystko przemawiało za tym, że mam do czynienia z Sylwią dzienną – wszystko poza jej oczami, na dnie których czaiło się szaleństwo.
- Przyszła przedwczoraj wieczorem. Pytała o ciebie. Domyślając się, że jesteśmy razem, opowiedziała mi o tym, co was łączyło, o tym, co rzekomo jej zrobiłeś. Zapewne sądziła, że zrobi to na mnie wrażenie, zniechęci do ciebie… Nie mogła się bardziej pomylić. Zrozumiałam, że biedaczka potrzebuje terapii i że znakomicie się nada jako tester metody, nad którą prace właśnie kończyłam. Potrzebowałam tylko ochotnika.
- Czyli zgodziła się? – zapytałem z niedowierzaniem.
- Można tak powiedzieć. Mruknęła, że to rozważy. Zapytałam, czy chciałaby z tobą porozmawiać i przyprowadziłam ją tu.
- Oszukałaś ją! – krzyknąłem.
- Niezupełnie. Przecież przyszedłeś, tak? Nawiasem mówiąc bardzo szybko zorientowałam się, że mnie śledzisz.
- Musisz uwolnić Matyldę. Nie możesz jej tu przetrzymywać wbrew jej woli. Porozmawiamy z nią, przekupimy nawet, żeby puściła w niepamięć…
- Tak uważasz? – zapytała, leniwie do mnie podchodząc. – Wydaje ci się to takie proste? Przekupimy i wypuścimy. A moje badania? Nie mogę ich teraz przerwać… Mogłabym co najwyżej zmienić obiekt doświadczalny.
Stanęła tuż przy mnie. Czułem coś jakby pole magnetyczne wokół jej ciała, wzbudzające we mnie uczucia jak podczas naszych niedawnych, wspólnych nocy – pożądanie z domieszką obawy.
- Chcesz… żebym… - zacząłem niepewnie, ledwo nad sobą panując. Najchętniej przycisnąłbym ją mocno do siebie, a później rzucił na łóżko.
- …Zajął jej miejsce – dokończyła, dotykając mojego policzka, a następnie wolno przesuwając swoją rękę w dół, aż do rozporka spodni.
- Dobrze – rzekłem, ledwo będąc tego świadomym. Zacisnęła rękę, a ja podniosłem głowę i zmrużyłem oczy z rozkoszy. Poczułem jak drugą ręką gwałtownie chwyta mnie za kark i przyciąga moją twarz do swojej. Całowała mnie brutalnie przez chwilę, a później zdecydowanie pociągnęła w stronę łóżka. Owładnięty pożądaniem nie myślałem już o Matyldzie, która została porwana i poddawana niecnym eksperymentom. Zresztą jakaś część mnie koiła moje sumienie tym, że przecież Sylwia obiecała uwolnić Matyldę (powód tegoż nie został dopuszczony do głosu), a czy stanie się to natychmiast czy za dwie godziny, nie miało żadnego znaczenia. Pożądanie omamiło mnie, ogarnęło bez reszty. Nie było miejsca na nic innego. Prawie – po głowie tłukło mi się jedno pytanie.
- Dlaczego to miejsce tak cię zmienia?
Natychmiast tego pożałowałem. Sylwia znieruchomiała, otworzyła przymknięte oczy i spojrzała na mnie bez wyrazu. Później bez słowa wstała z łóżka, na którym zdążyliśmy się położyć, pedantycznie zapięła fartuch, wygładziła jego poły i znów na mnie spojrzała. Jej twarz, jeszcze przed chwilą rozogniona namiętnością, teraz przypominała maskę.
- Skoro wyraziłeś zgodę, zapraszam – powiedziała suchym, uprzejmym tonem, podchodząc do drzwi pracowni i otwierając je przede mną.
Wstałem oszołomiony, zdumiony, wciąż trawiony pożądaniem i spojrzałem na nią, nic nie rozumiejąc.
- Zajmiesz miejsce swojej kochanki – wyjaśniła z nutą zniecierpliwienia.
- Byłej kochanki – uściśliłem automatycznie.
Zabezpieczywszy kodem drzwi prowadzące do windy, skierowała się ku laboratorium. Wszedłszy tam za nią, rzuciłem spojrzenie w stronę kozetki. Środek podany przez Sylwię już działał – Matylda leżała w całkowitym bezruchu. Niewidzący, bezmyślny wzrok szeroko otwartych, jakby zdziwionych oczu wbijała w ścianę. Gdyby nie delikatny ruch klatki piersiowej, mógłbym przysiąc, że już po niej.
- Za jakąś godzinę powinno jej minąć – odezwała się moja dziewczyna, podchodząc do jednego z quasi RMP-owych foteli znajdującego się w kącie pokoju. – Tymczasem zajmijmy się tobą. Usiądź tutaj.
- Sylwio – odezwałem się, sam nie wiedząc, co chcę jej powiedzieć. Czułem onieśmielenie i wzbierający lęk. Teraz żałowałem, że przyszedłem za nią w to miejsce pełne podejrzanych przyrządów. O ile lepiej byłoby zostać w domu, o ile bezpieczniej nigdy nie poznać prawdy! Domyślać się zaledwie, wszelkie wątpliwości tłumiąc zdarzającymi się niekiedy chwilami czułości i słodyczy. Przyjmować je z wdzięcznością, nie zastanawiając się nad całą resztą. Teraz o czułościach nie było mowy, a cała reszta okazała się gorsza niż mógłbym przypuszczać. Każdą komórką ciała pragnąłem opuścić laboratorium, ale było za późno. Zgodziłem się. Na pewno nie pozwoliłaby mi po prostu wyjść. No i była jeszcze Matylda… Od mojego postępowania zależało jej życie, nie miałem co do tego wątpliwości.
Z wahaniem spojrzałem na fotel. Jego oparcie – obniżone do pozycji nieledwie pół siedzącej – przywodziło na myśl gabinet dentystyczny lub Centrum RMP. Usiadłem na siedzisku, ale nie skorzystałem z oparcia, nogi pozostawiłem na ziemi. Spodziewałem się, że lada chwila Sylwia każe mi się położyć. Ciało niejako zapadnie się w miękkiej, pluszowej materii fotela, przyprawiając mnie o początki paniki. Dobrze to pamiętałem ze swojej wizyty w Centrum RMP, podobnie jak ciąg dalszy… straszliwe urządzenie z obrzydliwą silikonową maską w środku i te podstępne pasy, gotowe w każdej chwili skrępować pacjenta niemal do uduszenia.
Otworzyłem usta, by coś powiedzieć, jakoś odwlec w czasie moment rozpoczęcia tego, co ona uważała za nowatorską terapię, ale mnie ubiegła. Zbliżyła się do mnie ze szklanką wody i zielonkawą tabletką wielkości małego paznokcia.
- To pomoże ci się rozluźnić – wyjaśniła.
Spojrzałem na nią niepewnie.
- Zaufaj mi – poprosiła łagodnie, odgarniając moją grzywkę z czoła kojącym gestem.
Przez chwilę szukałem w jej oczach śladu normalności, choćby namiastki kobiety, którą pokochałem Na próżno, były nieprzeniknione. Ponieważ jednak nie odnalazłem w jej wzroku także szaleństwa, odważyłem się przyjąć specyfik i popitkę.
Z wahaniem włożyłem do ust tabletkę, a następnie pod bacznym spojrzeniem mojej dziewczyny przyłożyłem do warg brzeg szklanki. Przechyliłem ją i – pod wpływem nagłego impulsu – ukradkiem przemieściłem tabletkę pod język. Poczułem, jak oblewa mnie fala gorąca i zaczynam się pocić. Byłem przekonany, że Sylwia dostrzegła podstęp i wyrzucałem sobie w duchu własną nieostrożność. Ona jednak nie zauważyła niczego podejrzanego w moim zachowaniu.
- Nie bój się, kochanie – przemówiła prawie czule, odbierając ode mnie pustą szklankę. Przysunęła sobie stołek do fotela i usiadła obok. – Połóż się i odpręż.
Równie dobrze mogła mi zaproponować odprężenie się w gnieździe węży. Nie mogłem jednak oponować, zwłaszcza z tabletką ukrytą pod językiem. Usłuchałem więc. Wzdrygnąłem się, poczuwszy miękkość fotela pod karkiem i w okolicach uszu.
Czekałem, aż się oddali, odwróci ode mnie choć na chwilę, żebym mógł pozbyć się tabletki, która pod wpływem ciepła zaczynała się rozpuszczać. Nie zanosiło się na to jednak. Siedziała tuż obok i prawie nie odrywała ode mnie wzroku. Starałem się zachowywać naturalnie i w żaden sposób, nawet najlżejszym drgnieniem twarzy, nie zdradzić, że wciąż nie połknąłem zielonkawego specyfiku – nawet wtedy, gdy poczułem w ustach kwaśny smak z nutą goryczy.
- Nie chciałam, żeby tak wyszło – odezwała się Sylwia pojednawczym tonem i wzięła moją rękę w swoje. – Miałeś się nigdy nie dowiedzieć. Pracownia to był mój tajemny świat. Nigdy nikogo tu nie przyprowadzałam, do czasu gdy poznałam ciebie – dodała i naraz uśmiechnęła się tak jak wtedy.
Prawie mimowolnie odpowiedziałem jej uśmiechem, na moment zapominając o wszystkim innym poza miłością. Tymczasem Sylwia kontynuowała:
- Nigdy też nie…
Zawahała się, a ja otrząsnąłem się ze wspomnień.
- Nigdy wcześniej nie… - ponownie urwała, na próżno szukając odpowiednich słów. – Sytuacja z Matyldą jest pierwsza. Wierzysz mi, prawda?
Wydałem potwierdzający pomruk, mimo że nie wierzyłem jej za grosz. Raczej byłbym skłonny uwierzyć w coś przeciwnego – że eksperymenty na ludziach to jej chleb powszedni.
Tabletka rozpuszczała się nieubłaganie. Starałem się nie przełykać śliny, ale musiałem to robić, nic nie mogłem poradzić. Za każdym razem czułem kwaśno-gorzki posmak w ustach i gardle, w sercu zaś coraz większy niepokój.
Czas mijał, a ja nie miałem pojęcia, jak mam się zachować. Czy po połknięciu tajemniczego specyfiku Sylwii powinienem zapaść w sen? Nie byłoby to takie złe, dawałoby szansę na oddalenie się mojej niezrównoważonej dziewczyny, a co za tym idzie na pozbycie się zielonkawej substancji. Jeśli jednak środek nie miał działania nasennego, moja drzemka mogłaby się wydać podejrzana… Czy jednak uwolnię się od obecności Sylwii, pozostając przytomnym? Bardzo w to wątpiłem. Tabletka niechybnie rozpuściłaby się w moich ustach, a „seans leczniczy” rozpocząłby się, zanim cokolwiek zdołałbym przedsięwziąć. Symulując sen, zyskiwałem sporą szansę na wyplucie ukrytego pod językiem obrzydlistwa i czas na opracowanie planu wydostania się stąd. Mając to wszystko na względzie, postanowiłem zaryzykować. Zmrużyłem oczy na dwie sekundy, a chwilę później udałem stłumione ziewnięcie.
- Chcesz się zdrzemnąć, zanim zaczniemy? – zapytała.
Skinąłem głową i wolną ręką potarłem oczy gestem zmęczenia.
- Przyniosę ci koc – oznajmiła i wstała ze stołka.
Serce zabiło mi gwałtownie pod wpływem nadziei. Sylwia chyba wyczuła zmianę w moich emocjach, bo posłała mi badawcze spojrzenie. Lekko się do niej uśmiechnąłem i znów udałem, że ziewam.
Opuściła oparcie fotela tak nisko, że znalazłem się w pozycji prawie leżącej. Wreszcie odwróciła się ode mnie i skierowała ku drzwiom wiodącym do pokoju z łóżkiem. Odczekałem jeszcze moment i szybko sięgnąłem do ust. Bezgłośnie wyplułem na pół rozpuszczoną tabletkę na palce i opuściłem rękę, chcąc włożyć ją do kieszeni spodni. Nie było jednak na to czasu. Sylwia już przekraczała próg pracowni, trzymając w rękach szary pled. Patrzyła na mnie podejrzliwie.
- Dziękuję – powiedziałem, uśmiechając się do niej. Jednocześnie przyłożyłem dłoń wewnętrzną stroną do uda, żeby ukryć jej zawartość.
Gdy przemówiłem, śladowe pozostałości tabletki przemieściły się do głównej części mojej jamy ustnej. O mało się nie skrzywiłem. Z przykrością przełknąłem kwaśno-gorzką ślinę. „Cholera, połowę zjadłem jak nic!” – pomyślałem.
Troskliwie przykryła mnie aż po pierś i usiadła obok fotela jak wcześniej. Obawiałem się, że znów będzie chciała chwycić mnie za rękę. Pod osłoną koca dyskretnie wcisnąłem pozostałości tabletki między siedzisko a poręcz, później wytarłem dłoń w spodnie. Przejechawszy kciukiem po palcach, skonstatowałem, że się kleją. Wiedziałem, że gdy tylko ich dotknie, od razu wszystkiego się domyśli. Zamknąłem oczy na moment, otworzyłem i znów zamknąłem, jakbym walczył z sennością.
- Nie spałem dobrze zeszłej nocy, a obecną, sama wiesz, zarwałem – wytłumaczyłem swój stan.
- Rozumiem – powiedziała. – Śpij i niczym się nie przejmuj. Wypoczęty lepiej zniesiesz leczenie.
Lekki dreszcz przebiegł mi po plecach na myśl, jak to „leczenie” może wyglądać, ale nic nie dałem po sobie poznać. Zamknąłem oczy. Poczułem, że się nade mną pochyla. Ciepło jej skóry, łaskoczące włosy na moim policzku, wreszcie słodycz ust na moich wargach. Pocałunek był miękki, delikatny, łagodny.
- Jeszcze – szepnąłem prawie bezwiednie, nie otwierając oczu.
- Na razie wystarczy – powiedziała stanowczo i odstąpiła ode mnie. – Poza tym mam robotę do wykonania.
- Rozumiem – odparłem potulnie, podobnie jak podczas naszych sporadycznych randek w pijalni soków, gdy dawała mi znać, że musimy zakończyć spotkanie.
Tłumiąc udawane ziewnięcie, obróciłem się nieco na bok, aby móc ukradkiem przyglądać się poczynaniom Sylwii. Zawsze mnie zastanawiało, co robi podczas długich wieczorów spędzanych z dala ode mnie w pracowni. Na razie zamknąłem oczy dla niepoznaki i zacząłem nasłuchiwać.
Kroki. Ciche stuknięcie. Kroki. Głuchy, ciężki pojedynczy odgłos. Znów kroki – stuknięcie – kroki. Ledwie dosłyszalny brzęk szkła. Coś jakby szuranie. Nieznaczny szczęk metalu. Kroki. Tajemniczy, urywany chrobot. Lekki trzask. I cisza. Dłuuga cisza, przerywana co jakiś czas krótkim szczękiem lub chrobotem.
Z wolna uniosłem powieki, gotów je natychmiast zamknąć, gdyby okazało się, że Sylwia na mnie patrzy. Nie patrzyła. Siedziała jakieś dwa metry dalej, pochylona nad czymś leżącym przed nią na blacie niewielkiego stolika. Widziałem profil jej twarzy, na której malowało się skupienie i jedną rękę obleczoną lateksową rękawiczką. Nie odrywając ani na moment wzroku od tajemniczego przedmiotu, wykonywała przy nim drobne, precyzyjne ruchy. Przyglądałem się temu zaintrygowany spod zmrużonych powiek, na próżno usiłując dociec, czym się zajmuje. Po chwili ujęła w prawą dłoń mały śrubokręt i zaczęła coś przykręcać, a może odkręcać. Rozległ się cichy chrobot i Sylwia przerwała pracę.
Z początku myślałem, że spowodował to właśnie ten dźwięk, myliłem się jednak. Podniosła czujnie głowę i zaczęła ją odwracać. Natychmiast zamknąłem oczy. „Czy to możliwe, żeby wyczuła mój wzrok?” – pomyślałem w popłochu, starając się wyglądać na pogrążonego w głębokim śnie.
- Już pani oprzytomniała? – zapytała Sylwia uprzejmym półgłosem, a zaraz potem dał się słyszeć odgłos kroków. – Rozmawiałam z Marcinem. Zgodził się zostać testerem nowej terapii zamiast pani. Prawdziwy dżentelmen.
Pomyślałem, że już wkrótce skończy się ta niewesoła sytuacja. Sylwia uwolni Matyldę, a ja będę mógł się jakoś wykręcić od „leczenia”, które miałem przyjąć. W ostateczności zawsze mogłem uciec. Co będzie potem z nami, naszą miłością… czas pokaże. Nie chciałem o tym rozmyślać w tym momencie.
- Spodziewa się pani, że teraz pozwolę jej odejść, prawda? – zapytała moja dziewczyna po chwili, a ja poczułem, że jeżą mi się włosy na karku. – Właściwie mogłabym to zrobić, ale muszę dbać o swoją reputację, o swoją wolność. Obie te wartości są niezbędne do zrealizowania mojego celu, celu nieporównanie większego niż jedno ludzkie życie. Po tym, co pani zobaczyła, musiałabym liczyć na pani dyskrecję, a nikt nie da mi gwarancji, że będzie pani trzymała na kłódkę swoją śliczną buźkę sekretarki. Nie mogę ryzykować, sama pani rozumie. Gra toczy się o zbyt wielką stawkę: o dobro ludzkości, o jej szczęście i dobrostan psychiczny. Proszę pomyśleć o swoich wnukach: czy nie byłoby wspaniale, gdyby zawsze, niezależnie od sytuacji życiowej, towarzyszyły im pogoda ducha, zadowolenie, radość? Co pani próbuje mi przekazać? Nie ma pani jeszcze dzieci? Cóż, szkoda… Proszę więc pomyśleć o wnukach swoich koleżanek, sąsiadek, o przyszłych pokoleniach, o miliardach ludzi, którzy będą żyć na ziemi niby w raju – i to niezależnie od sytuacji materialnej, stanu zdrowia czy liczby przyjaciół. By móc przyczynić się do ziszczenia tej pięknej idei, bez wahania oddałabym swoje życie!
Ostatnie zdanie prawie wykrzyknęła. W jej głosie brzmiała euforia, rozmarzenie i szaleństwo. Wiedziałem, że lada chwila Sylwia zabije Matyldę. Zacząłem nawet brać pod uwagę, że później mogłaby zgładzić również drugiego królika doświadczalnego – mnie – bez względu na uczucie, którym (jak wierzyłem i wciąż wierzę) go darzyła. Musiałem działać. Zerwać się z fotela i bronić życia Matyldy jak przystało na faceta.
- Widzę, że nie podziela pani mojego zapału – rzekła Sylwia jakby lekko zawiedziona.
Przez zmrużone oczy widziałem, jak krząta się w pobliżu swojej ofiary, przygotowując zastrzyk – tym razem śmiercionośny.
Gwałtownie poderwałem się do pozycji siedzącej. Koc zsunął się z fotela i opadł na podłogę. Chciałem przemówić, podejść do Sylwii, ale zrobiło mi się nagle bardzo słabo, a moim ciałem targnął dziwny dreszcz. To musiała być wina tej ohydnej, zielonej tabletki, którą częściowo połknąłem.
- Poczekaj chwilkę – odezwała się do mnie psycholomiwityczka spokojnym, niewinnym głosem, zanurzając koniec strzykawki w buteleczce z przezroczystym płynem. – Podam tylko Matyldzie antidotum, żeby mogła wrócić do domu.
Nie mieściło mi się w głowie, że można tak gładko skłamać – i to w takiej sprawie!
Moje oszołomienie trwało nie dłużej niż dwie sekundy. Zebrawszy wszystkie siły, przezwyciężyłem słabość i wstałem z fotela. Na lekko uginających się nogach podszedłem do stolika, gdzie stała „robota” mojej dziewczyny. Był to metalowy sześcian bardzo podobny do tego, jaki zapamiętałem z seansu w Centrum RMP. To musiał być ten jej wynalazek, o którym wspomniała Matyldzie.
Przeniosłem wzrok na Sylwię. Spojrzała mi prosto w oczy i zrozumiała, że wiem, co naprawdę chce zrobić ze swoją nieszczęsną ofiarą.
- Nie połknąłeś tabletki, co? – powiedziała, a jej oczy zwęziły się tajoną złością. – Oszukałeś mnie, ty…
- Nie bardziej niż ty mnie – przerwałem. Spojrzałem na zaciśniętą w jej dłoni strzykawkę i rozkazałem najbardziej stanowczo, jak umiałem – Odłóż to.
W odpowiedzi obdarzyła mnie tylko wyzywającym spojrzeniem, a jej usta rozciągnęły się na moment w szyderczym uśmiechu.
Chwyciłem w dłonie wynaleziony przez Sylwię sześcian i uniosłem go ponad głowę. Cholerstwo musiało ważyć z trzydzieści kilo, tak mi się przynajmniej wydawało w stanie mojego osłabienia.
- Co robisz?! – przeraziła się Sylwia. – Zniszczysz go! Odłóż natychmiast!
- Nie, to ty odłóż strzykawkę – zażądałem.
- Najpierw ty – syknęła.
- Ty pierwsza – rzuciłem przez zaciśnięte zęby. Sześcian trzymamy w uniesionych ramionach ciążył mi coraz bardziej. Czułem, że już długo tej pozycji nie wytrzymam.
Mierzyliśmy się wzrokiem. Jej wyrażał wściekłość, determinację, ale i przestrach – bała się o swój piekielny wynalazek jak matka o dzieci w godzinie niebezpieczeństwa. Zrozumiawszy, że mogę wygrać ten dziwaczny pojedynek, nadałem swojemu spojrzeniu twardość stali.
Wreszcie po nieskończenie długiej w moim odczuciu chwili Sylwia odłożyła strzykawkę.
- Twoja kolej – warknęła.
Z ulgą umieściłem trzymany ciężar z powrotem na stoliku. Mięśnie ramion rwały mnie z bólu, jakbym przed chwilą trzymał w nich tonowy odważnik, osłabione ręce mocno drżały po niedawnym wysiłku. Widząc to, Sylwia zaśmiała się krótko i triumfalnie. Jednym ruchem ręki porwała z powrotem strzykawkę i odwróciła się do Matyldy, by zrealizować swój zamiar.
Nie było czasu do namysłu. Kierował mną pierwotny instynkt. Chwyciłem w dłonie metalowy sześcian, nadludzkim niemal wysiłkiem ponownie wzniosłem go nad głowę, uczyniłem dwa chwiejne kroki i zadałem ukochanej straszny cios w tył czaszki. Rozległ się obrzydliwy trzask, a następnie głuchy łomot uderzającego o podłogę narzędzia zbrodni. Sylwia tymczasem niemal bezgłośnie osunęła się na leżankę z Matyldą, a później na podłogę. Z ręki ofiary, sprawiającej wrażenie zemdlonej, sterczała przekrzywiona strzykawka. Wyjąłem ją z ciała i odrzuciłem precz, na więcej nie mogłem się zdobyć w tamtej chwili. Musiałem pomóc Sylwii.
Ogarnięty rozpaczą padłem na kolana przy ukochanej, bełkocząc jej imię. Wystarczył rzut oka na tył jej głowy, by stwierdzić, że szanse na uratowanie są bliskie zeru. Jej piękne włosy zbroczone były krwią, a także odłamkami czaszki i tym, co kiedyś stanowiło o jej inteligencji. Mimo to delikatnie obróciłem Sylwię na plecy, pragnąc ją ratować. Gorączkowo szukałem pulsu po wewnętrznej stronie jej nadgarstków, na szyi, choć wiedziałem, że to beznadziejne. Przykładałem swoją głowę do jej klatki piersiowej, lecz jedyne co słyszałem to łomot własnego serca. Zamierzałem nawet wbrew wszelkim nadziejom i zdrowemu rozsądkowi reanimować ją, ale w chwili, gdy się za to zabierałem dopadła mnie paraliżująca słabość. Najwyraźniej spotęgowało się działanie specyfiku, który w części zdążyłem połknąć.
Gwałtowny zawrót głowy prawie mnie położył. Chwyciłem się nogi od stołu, z trudem zachowując pozycję siedzącą. Przymknąłem oczy i trwałem tak, czekając lepszego samopoczucia, które nie przychodziło. Było ze mną coraz gorzej. Słabość granicząca z omdleniem rozlała się po całym moim ciele. W dodatku coś stało się z moim wzrokiem – za każdym razem gdy z wielkim wysiłkiem unosiłem powieki, widziałem nieostro. Wszystkie otaczające mnie sprzęty, nawet te leżące najbliżej, tworzyły ciemną, zamazaną ścianę. Z trudem tylko byłem w stanie wyodrębnić z niej ciało ukochanej kobiety, leżące przecież tuż obok mnie. Wodziłem wkoło nieprzytomnymi oczami, usiłując zrozumieć, gdzie jestem, co się stało i co ja tu właściwie robię. Straciłem poczucie czasu i sytuacji, choć równocześnie jakaś część mnie doskonale zdawała sobie ze wszystkiego sprawę.
Mijały minuty, kwadranse, a może i godziny, a ja siedziałem bezsilny i otępiały na podłodze pracowni Sylwii. Pustka, którą czułem, w przedziwny sposób zlewała się z głuchą ciszą panującą wokoło. Nie byłem pewien, czy wciąż żyję, czy może już umarłem, czy śnię, czy jestem gdzieś w swojej podświadomości.
Nagle w ciszę mojego quasi letargu wdarł się natarczywy dźwięk. Płytka. Zupełnie o niej zapomniałem. Uniosłem powieki jak z ołowiu, konstatując, że mój wzrok nadal nie funkcjonuje jak trzeba. Powoli sięgnąłem do kieszeni spodni. Ręka zdawała się ważyć tonę, podobnie jak każda inna część mojego otępiałego i ociężałego ciała. Wreszcie wyjąłem telefon, przesunąłem po nim palcem i powiedziałem słabo:
- Halo.
Wiedziałem, że płytka ukazała mi twarz mojego rozmówcy, nie byłem jednak w stanie dostrzec choćby jej zarysów.
- Ho, ho, ho – usłyszałem wesołkowaty głos Karola. – Widzę, że noc miałeś pełną wrażeń! Ty balujesz sobie w najlepsze, a inni harują w pocie czoła i odwalają za ciebie… Nie mam zresztą czasu na pogaduszki – przerwał sam sobie, po czym kontynuował ze źle ukrywaną satysfakcją. – Dzwonię z polecenia szefa. Kazał ci przekazać, że właśnie minął twój deadline. Redakcja nie otrzymała jeszcze twojego artykułu o… Jak nazywała się ta zapadła dziura? ...o Lipcach jakichś-tam i niestety jesteś zwolniony.
Milczałem. Słowo „zwolniony” tłukło mi się po głowie niby echo odbijające się od kamiennych ścian pustej jaskini. Jakaś myśl próbowała się przebić do mojej świadomości.
- Słyszałeś? – rozległ się zaniepokojony głos Karola. – Stary cię wylał.
Parsknąłem i niewidzącymi oczami spojrzałem w płytkę, gdzie musiała widnieć twarz Karola. Poczułem, że moje usta rozciągają się w niedowierzającym, ironicznym uśmiechu. Jeszcze raz się zaśmiałem. A później jeszcze raz. I kolejny. Śmiałem się coraz głośniej, coraz bardziej histerycznie. Wreszcie ryczałem na całe gardło, jakbym nigdy nie miał przestać.

To ostatnie co pamiętam z tamtego dnia. Gdy ponownie odzyskałem świadomość, znajdowałem się na szpitalnym oddziale miejscowego aresztu. Pierwsza i zarazem ostatnia rozprawa odbyła się odbyła się w ciągu tygodnia – ach, te siedmiodniowe sądy! Zostałem skazany, ale wyrok nie miał nic wspólnego z tym, co wydarzyło się w pracowni Sylwii. W tamtej sprawie sąd uwolnił mnie od wszelkich zarzutów – również w ciągu tygodnia – uznając śmierć dwóch osób (Sylwia zdążyła wstrzyknąć Matyldzie śmiertelną dawkę trucizny) za tragiczny wypadek. Dziesięcioletnią odsiadkę w więzieniu zafundowała mi inna kobieta, z którą byłem związany: Elsi, moja słodka sąsiadka Kasia. Okazała się wtyczką Zdrowej Europy, pod pozorem dziennikarskich obowiązków podróżującą po świecie, wkręcającą się na tajne zebrania jej przeciwników, zbierającą materiał dowodowy przeciw nim, by w stosownym momencie wszystkich zadenuncjować.
Po odczytaniu wyroku podeszła do mnie. Najwyraźniej doszły ją słuchy, że jestem na prochach przeciwdepresyjnych, załamany z powodu śmierci ukochanej, przygaszony i daleki od agresji. W innym przypadku nie mogłaby oczekiwać, że odmówiłbym sobie jakiejś małej zemsty w postaci rękoczynu lub plunięcia zdrajczyni w zakłamaną twarz. Zbliżyła się do mnie pewnym krokiem, smukła i wysoka w butach na obcasach i ciemnej garsonce. Pochyliła się nad moim lewym uchem i wyszeptała:
- Gdybyś wtedy nie zwiał, nie wsypałabym cię. Mogliśmy stanowić piękną parę jak w dzieciństwie. Szkoda.
Wyprostowała się, spojrzała mi w twarz i uśmiechnęła się drapieżnie wargami pomalowanymi na wściekle pomarańczowy kolor.
Zaczęło się od uśmiechu. I na uśmiechu się skończyło.

Podpis: 

Julia Nakielska (Ostrowska) 2008-2019
 

Dodaj ocenę i (lub) komentarz

wersja do druku

wyślij do znajomych

brak ocen

brak komentarzy

dodaj do ulubionych

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ OCENĘ

Twoja ocena:
5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

ZALOGUJ SIĘ ŻEBY DODAĆ KOMENTARZ
Twój komentarz:

zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła zmień kolor tła

zmiejsz czcionkę czcionka standardowa powiększ czcionkę powiększ czcionkę
Miłość z internetu cz. XVI - sex panów Bliżej Ciemność
zabawa pomiędzy dwoma facetami Podejdź bliżej Urywek opowiadania
Sponsorowane: 25Sponsorowane: 20
Auto płaci: 100
Sponsorowane: 20
Auto płaci: 100

 

grafiki on-line

KATEGORIE:

więcej >

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Finanse
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Kultura
Medycyna
Melodramat
Militaria
Mitologia
Muzyka
Nauka
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia
O firmie Polityka prywatności Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2019 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów. Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.