DRUKUJ

 

Runęli przez ogień straceńcy

Publikacja:

 04-12-06

Autor:

 Kaniowski
Promienie słońca padały na twarze maszerujących zwartą kolumną żołnierzy. Szli piaszczystą drogą bez butów, lecz z ich twarzy promieniała nieopisana radość, radość szalona, radość po latach udręki w Griazowcu. Tyleż tam przeszli, aby teraz pokazać bolszewikom, że nawet bez butów, z poranionymi nogami potrafią wybić takt wojskowy. Początek marszu do Polski.
Generał Anders rozpromieniony patrzył na to wojsko. Wiedział, że z nimi dojdzie do Polski. Tutaj w Tocku byli już wolnymi ludźmi. Niedługo zaś mieli walczyć z Niemcami. Mieli wyzwolić Polskę, mieli wrócić do swych domów. Któż by się z tego nie radował?
Jednak po wyjeździe generała szybko przypomnieli sobie o rzeczywistości. Brak ubrań, koców, a nawet grzejników w namiotach dawał im się we znaki. Nie wszystkim było dane przetrzymać zimę. W namiotach pozbawionych ogrzewania zamarzali. Mimo obietnic Stalina nie otrzymywali ani broni, ani ubrań. Czuli się zapomniani i oszukani. Tym bardzie, iż rzesze kobiet i dzieci z Polski znajdowało się w ich obozie. Swoimi skąpymi racjami żywnościowymi dzielili się również z nimi. Bo jakże nie pomóc rodakom?

* * *
Był wietrzny i mroźny dzień. Podchorąży Jan Kaniowski jak zwykle w taką pogodę siedział w namiocie, grzejąc się przy piecyku. Miał dużo szczęścia. Nie każdy mógł mieć taki piecyk u siebie. Rosjanie obiecali dać wystarczającą ich ilość, ale wiadomo jak to w Związku Radzieckim bywa.
Wtem zasłona wejściowa się uchyliła i do środka wszedł współlokator podchorążego, kapral Kazimierz Janowski, wpuszczając za sobą do środka tuman śniegu. Usiadł na posłaniu. Jego twarz wyrażała ból i rozpacz.
- Kiedy wreszcie dostaniemy jedzenie? - Prawie wykrzyknął - od tygodni dostajemy głodowe racje, a dzisiaj nie dostaliśmy nic!
Kaniowski spuścił smutno głowę.
- Lepiej ci było w Griazowcu? - Odrzekł.
- To nie ma nic do rzeczy...
- Jak to nie ma? Tam nie dostawaliśmy prawie nic do jedzenia, tutaj możemy jakoś wyżyć. Zastanów się, człowieku! I przestań narzekać.
- Ja nie narzekam. Spójrz na tych ludzi. Nie mówię o żołnierzach. Dla nas te trudy nie są niczym nowym. Ale te kobiety i dzieci...
- Nic na to nie poradzimy. Jest jak jest. Może kiedyś będzie lepiej.
- Kiedy? Kiedy będzie lepiej?
- Gdy ruszymy do boju. Wtedy będą musieli nas karmić.
- Wierzysz w to?
- Wierzę.
Po tych słowach podchorąży wyszedł przed namiot. Czerwona kula słońca chowała się za horyzontem. Tam, na zachodzie, gdzie słońce kryło się za horyzontem, była Polska. I tam mieli dojść.

* * *
W czasie, gdy żołnierze marzli w namiotach dowódca armii, gen. Władysław Anders starał się uczynić ich warunki choć nieco lepszymi. Walczył z urzędnikami sowieckimi, a także z samym Stalinem o większe racje, o większą ilość piecyków do ogrzania namiotów. Gdy to nie pomogło, zdecydował się na opuszczenie Związku Sowieckiego.

* * *
Irak. Szalony upał, brak wody pustynia. Tutaj stacjonowała Armia Polska od lata 1942 roku. W Rosji było im zimno, tutaj gorąco. Widać taki to już los polskiego żołnierza.
Pod rozłożystą palmą stało dwóch żołnierzy palących papierosy. Byli to podchorąży Kaniowski i kapral Janowski.
- Widzisz, jesteśmy już daleko od Rosji. Niczego nam nie brakuje, nie ma bolszewików i ich Czeki - odezwał się pierwszy.
- No tak, ale jeszcze nie walczymy.
- Co ci tak spieszno? Jeszcze się nawalczysz.
- No, nie wiem. A co będzie, jak inni za nas tę wojnę wygrają?
- To nie będzie Polski! - odpowiedział Kaniowski.
- Myślisz?
- Tak. Jeśli sami nie wywalczymy swej wolności, nikt za nas tego nie zrobi. Musimy sami dbać o swoje interesy. Tak zwani sojusznicy nie są altruistami. Oni walczą o swoje. Jeśli będzie to im potrzebne, oddadzą nas pod kolejną okupację.

* * *
W maju 1943 roku wojska przeszły w rejon Kirkuk-Mossul. Żołnierze ćwiczyli. Niektórych jednostek użyto nawet do zabezpieczenia tamtejszych rafinerii. Jednak na prawdziwą walkę trzeba był jeszcze poczekać. We wrześniu odbyły się wielkie manewry sformowanego już Korpusu. Żołnierze "zdobywali" górę Synaj, Nazaret i wiele innych okolicznych miejscowości znanych im dobrze z kart Pisma Świętego.
Jednak nie obyło się bez demoralizujących zdarzeń. W Palestynie zaczęły się dezercje żołnierzy pochodzenia żydowskiego, którzy agitowani byli przez różnorakie organizacje żydowskie. Jednak prawdziwi Polacy zostali.

* * *
Oczom żołnierzy 5. Kresowej Dywizji Piechoty ukazał się włoski brzeg. Brzeg skalisty, pełen kamienistych plaż, za nim zaś wzgórza porośnięte cyprysami i oliwkami.
Przy burcie stali podchorąży Jan Kaniowski i kapral Kazimierz Janowski. Spoglądali na ziemię włoską, skąd mieli, jak niegdyś legioniści Dąbrowskiego dojść do Polski.
- Widzisz, będziemy walczyć - odezwał się pierwszy. - A ty tak narzekałeś. Będziemy walczyć i dojdziemy do Polski. Zwyciężymy.
Janowski smutno spuścił głowę.
- Zwyciężymy Niemców, a Rosjan kto zwycięży? Dobrze pamiętam sowiecki obóz. Wiem jak tam było. Gdy pomyślę, że oni wejdą do Polski...
- Coś ty! Kto inny jak nie my wejdzie pierwszy do Polski? A nawet gdyby byli tam pierwsi, to Anglicy i Amerykanie nie dadzą nam zrobić krzywdy...
- Słuchajcie Churchill mówi! - Usłyszeli krzyk jednego z żołnierzy.
Wszyscy obecni na pokładzie podbiegli do głośnika, a którego słychać było słowa premiera:
"Los narodu polskiego zajmuje naczelne miejsce w myślach i polityce rządu i parlamentu brytyjskiego. Z przyjemnością usłyszałem od marszałka Stalina, że i on uważa za niezbędne stworzenie i utrzymanie silnej i niepodległej Polski jako jednego z czołowych mocarstw w Europie."
Kaniowski uśmiechnął się triumfalnie.
- Widzisz, nie ma obaw...
- Cicho, słuchaj dalej - przerwał mu Janowski.
"Nie gwarantowaliśmy nigdy żadnej określonej linii granicznej Polski. Nie wyrażaliśmy zgody na okupację Wilna przez Polskę w roku 1920, brytyjskie poglądy w roku 1919 znalazły wyraz w tzw. linii Curzona."
Twarz podchorążego pokryła się naprzód trupią bladością, później zaś czerwienią gniewu.
- I za co się bijemy?! - Wyszeptał z wściekłością. - Po co tam wyruszamy? Po co? Oni i tak nas mają w dupie!
- Uspokój się! - Krzyknął na niego Janowski. - Posłuchaj tego.
"Marszałek Stalin i ja osiągnęliśmy zgodę, by Polska uzyskała odszkodowanie kosztem Niemiec, zarówno na północy jak i na zachodzie."
Kaniowski smutno się uśmiechnął.
- Odszkodowanie na zachodzie, farsa. Sprzedali nas Rosji. Sprzedali nas, a my mamy za nich walczyć. Nie, to nie dla mnie.
Podchorąży zszedł pod pokład. Nie chciał dalej słuchać przemówienia zdrajcy Churchilla.
Tymczasem statek zawijał do portu. Słoneczna zazwyczaj Italia witała polskich żołnierzy chłodem, deszczem i śniegiem. Neapol, wspaniałe miasto na południu Włoch, wywierał przygnębiające wrażenie. Wszędzie nędza, głód, gromady żebrzących dzieci. Na każdym kroku ślady bombardowań.
5. Kresowa Dywizja Piechoty zakończyła wyładunek 15 marca, ale już na dwa dni wcześniej otrzymała rozkaz zluzowania 2. Dywizji Marokańskiej Korpusu Francuskiego na odcinku od Castel San Vincenzo po wzgórze oznaczone numerem 850 nad rzeką Rapido. Do dyspozycji Dywizji oddano 1. Włoską Grupę Motorową.

* * *
Trasa nie była łatwa do przebycia. Górskie kręcone drogi, nieraz podmyte przez wody spływające z gór, ograniczone z jednej strony stromą ścianą skalną, zaś z drugiej przepaścią.
Jan Kaniowski z kapralem Janowskim siedzieli pod plandeką zdezelowanego amerykańskiego samochodu, pamiętającego zapewne jeszcze I wojnę światową. Niebezpieczeństwo wypadnięcia na zakrętach było niemałe. Dotarli jednak szczęśliwie na miejsce, czego, niestety, nie można powiedzieć o innych transportach. W pobliżu frontu słychać już było strzały z broni maszynowej i ciężkiej. Twarze żołnierzy się ożywiły. Wreszcie mieli stanąć do walki z Niemcami!
Obóz 5. Kresowej Dywizji znajdował się w przepięknej, zalanej promieniami słońca dolinie, przecinanej wieloma górskimi strumykami. Gdybyż można było tutaj zamieszkać w czasach pokoju! Ale nie było to na razie polskim żołnierzom dane. Musieli na razie walczyć o Polskę.
Kaniowski wraz z kapralem Janowskim oraz podchorążym Kochańskim i plutonowym Kaczmarkiem zabrali się żywo do rozstawiania namiotu. Nadchodził wieczór, a przecież trzeba było gdzieś spać. Noce w górach o tej porze roku bywają nieraz wyjątkowo chłodne.
Całą noc słychać było kanonadę. Pociski padały nieraz niezbyt daleko od obozu. Hałas nerwy oraz podekscytowanie jutrzejszą walką powodowały u wielu żołnierzy bezsenność.
- Ciekawe, co nam przydzielą? - Odezwał się podchorąży Kochański. - Chyba najtrudniejszego odcinka od razu nie dadzą?
- Myślę, że będą chcieli nas wypróbować - odpowiedział Kaniowski. - Nie będą ryzykować. Nie znają nas aż tak dobrze. Na razie będzie spokój, dopiero podczas ofensywy powalczymy.
- Śpijmy już. Jutro sprawdzian generalny. Musimy się wyspać - sennym głosem rzekł Janowski.
- Spać? W takim hałasie? - Zdziwienie Kaniowskiego nie miało granic. - To nie wrzesień. Wtedy zasypialiśmy nawet pod ostrzałem. Nocą marsze, za dnia walka. Ale tu jest inaczej. Teraz Niemcy przegrywają!
Tak, Niemcy przegrywali na wszystkich frontach.

* * *
Gdy tarcza słońca wyłaniała się zza gór, do obozu przyjechał dowódca pułku - płk Janusz Płochociński. Zebrani na centralnym placu żołnierze słuchali z przejęciem jego słów.
- Po latach tułaczki, niewoli i upokorzeń - mówił pułkownik - znów dane jest nam stanąć oko w oko z wrogiem, który zadał nam sromotną klęskę we wrześniu 1939 roku. Ale teraz przyszła godzina odwetu! Teraz żołnierz polski ma zadać wrogowi cios, cios potężny, potężny na tyle, aby wróg już nie wstał. Przyszłość Polski od Was zależy! Wy wywalczycie wolność Ojczyźnie. Pamiętajcie o tym obowiązku. Za to będziecie krew przelewać, za to niejeden z Was zginie na polu chwały!
Słowa dowódcy wywarły ogromne wrażenie na żołnierzach. Zatarły niesmak po przemówieniu Churchilla, dały nadzieję. Dały ponownie chęć walki z wrogiem. Wolę zwycięstwa!
Na odcinku 5. Kresowej Dywizji Piechoty aktywność nasilała się dopiero po zmroku, ze względu na bliskość stanowisk nieprzyjaciela. Jednym z ważniejszych działań, było uderzenie na Monte Marrone dokonane przez grupę włoską, zaś utrzymane dzięki polskiej pomocy.
Jednak sami Polacy też nie próżnowali. Był wieczór 30 marca. Podchorąży Kaniowski wraz ze swym baonem zajął pozycje wyjściowe. Przed żołnierzami majaczył się wierzchołek góry, który mieli zdobyć. Mieściło się tam stanowisko ogniowe nieprzyjacielskiej artylerii. Był to kluczowy odcinek frontu. Zajęcie owego stanowiska mogło doprowadzić do przełamania frontu i wyparcia armii niemieckiej na północ.
- Zapalisz? - Kapral Janowski, będący pod rozkazami Kaniowskiego, podsunął mu papierośnicę.
- Wiesz przecież, że nie wolno - podchorąży zmarszczył czoło. - Można zdradzić wrogowi nasze położenie.
- Ale te nerwy, jeszcze nie braliśmy udziały w takiej akcji. Wiesz, ilu może nie wrócić? Może to ich ostatni papieros?
- Być może, ale zakaz jest zakazem i musimy go przestrzegać.
Tymczasem rozpoczął się pojedynek artylerii. Ponad głowami żołnierzy ze świstem przelatywały pociski. Atak za chwilę miał się zacząć.
Na umówiony znak żołnierze poderwali się do walki. W krzyżowym ogniu artylerii i karabinów maszynowych musieli przebiec odcinek długości kilometra. Kryjąc się w skalnych wyłomach i za głazami biegli na przód.
Po przebiegnięciu 100 metrów baon Jana Kaniowskiego musiał się zatrzymać. Przed nimi rozpościerała się pusta przestrzeń o długości około 200 metrów. Jeśli dotychczas mogli ukrywać się za skałami, tutaj nie było niczego, co mogłoby ich osłonić przed ogniem nieprzyjaciela. Ominąć tego się nie dało, bowiem z jednej strony znajdowała się przepaść, zaś z drugiej stroma skalna ściana.
- Mają nas jak na patelni - odezwał się zdyszanym głosem dowódca baonu. - Jeśli połowa przejdzie, będzie dobrze.
- Nie mamy innej drogi - odparł kapral Janowski. - Musimy iść.
Podchorąży otarł strużkę potu spływającą mu po skroni. Za chwilę miał wysłać na śmierć wielu swych żołnierzy, a być może i siebie. Kaniowski spojrzał prosto. Idąc dalej wzdłuż skalnej ściany będą wystawieni na ogień karabinów umieszczonych przed nimi. Jeśli zaś pójdą z dala od skały, będą narażeni na ogień również z góry.
"A gdyby pójść górą?" - Przemknęło mu przez myśl. Jednak szybko ją porzucił. Porucznik Malinowski mówił im przecież, że to stanowisko jest nie do zdobycia. Jeśli nie przejdą dołem, w ogóle nie przejdą.
Kaniowski przywołał do siebie plutonowego Kaczmarka oraz kaprala Janowskiego i rzekł:
- Jeśli pójdziemy na wprost, najprawdopodobniej większość zginie. Idąc zaś górą nie tylko będziemy osłonięci przed ogniem, ale być może zdobędziemy stanowisko ogniowe wroga i dzięki temu umożliwimy przejście reszty wojska tą przełęczą.
- To szaleństwo - zaoponował Kaczmarek. - To stanowisko jest nie do zdobycia. Chyba, że będzie się wspinać południową ścianą. Ale to niemożliwe...
- Jak to niemożliwe? - Prawie wykrzyknął Janowski. - To jest jedyna droga!
- Ta ściana jest zbyt stroma, wielu może nie wejść.
- Tędy też wielu nie przejdzie. Idziemy! - Krótko rzucił Kaniowski.
Baon zaczął się powoli wycofywać i kierować w stronę skalnej ściany. Była rzeczywiście niezwykle stroma, jednak zupełnie nie osłaniana przez nieprzyjaciela, niespodziewającego się ataku z tamtej strony.
Żołnierze rozpoczęli wspinaczkę. Wspinaczkę, która mogłaby się wydać trudna nawet dla wytrawnych alpinistów. Jednak żaden z polskich żołnierzy nie zginął. Wszyscy wdrapali się na górę, a tam mieli już niemieckie stanowisko jak na dłoni. Wystarczyła jednak seria z karabinu, aby żołnierze w zielonoszarych mundurach Wehrmachtu zginęli. Stanowisko ogniowe znajdowało się w polskich rękach.
- Widzicie - rzekł dowódca baonu do swych podkomendnych - tamto stanowisko? To ono wraz z tym, na którym stoimy, wstrzymywało nas. Jeśli uda nam się skosić tamtych Szwabów, to droga na wzgórze 850 stoi dla nas otworem. Kto celnie strzela? Trzeba szybko załatwić czterech Niemców. Potrzebujemy przynajmniej trzech ludzi. O, mamy! Bartek dasz radę?
- Tak jest, panie podchorąży!
- No kto jeszcze? Krzysiek? Na ćwiczeniach byłeś najlepszy. Antek? Świetnie. Ja biorę na siebie czwartego.
Żołnierze uklękli nad krawędzią urwiska. Przed nimi znajdowało się gniazdo karabinów maszynowych, które wcześniej zatrzymywało ich marsz. Teraz mieli owych Niemców wystrzelać jak kaczki. Huknęła salwa. Trzech żołnierzy w szarozielonych mundurach od razu padło martwych. Czwartego dobił celnym strzałem podchorąży Kaniowski.
- Radiostacja. Szybko. Podajemy komunikat o zlikwidowaniu dwóch niemieckich stanowisk ogniowych.
Parę chwil potem pod baonem podchorążego Kaniowskiego przemaszerowało polskie wojsko kierując w stronę wzgórza 850, gdzie znajdowało się stanowisko ogniowe artylerii niemieckiej.
Wzgórze owo z trzech stron było niedostępne, zaś z czwartej tak silnie umocnione przez nieprzyjaciela, iż przejście tamtędy było niewykonalne. Jedynie wąska ścieżka łącząca stanowisko z liniami niemieckimi, mogła posłużyć za drogę w górę. Ale aby się tam dostać trzeba było obejść wzgórze dookoła. Pół kilometra pod nieprzyjacielskim obstrzałem!
Porucznik Maciejowski zwołał naradę dowódców baonów i wszystkich ważniejszych jednostek oddziału.
- Aby dostać się na wzgórze musimy uderzyć od północy - mówił. - Z tej strony jest zbyt pilnie strzeżone. Uderzenie z pewnością się nie powiedzie. Musimy więc przejść około 600 metrów pod obstrzałem, aby potem stoczyć walkę na otwartym polu. Nie widzę innego wyjścia.
Ciężko westchnął. Iluż wspaniałych żołnierzy musi zginąć! I on właśnie ma ich wysłać na śmierć.
* * *
23 marca przyjechał do Vinchiaturo, kwatery gen Andersa, gen. Leese, który poinformował go, iż Niemcy po raz kolejny odparli atak na miasto Cassino. Wojska sojusznicze na przyczółku Anzio znalazły się w bardzo trudnym położeniu. Wobec tego zdecydowano się na zmasowaną ofensywę na tym odcinku frontu włoskiego. Dla Korpusu Polskiego przewidziano najtrudniejsze zadanie: zdobycie wzgórz Monte Cassino, będących częścią "Linii Gustawa", a następnie Piedimonte, znajdujące się w kluczowym miejscu jeszcze silniej umocnionej "Linii Hitlera".
Generał wiedział, jak ważnym i doniosłym wydarzeniem byłoby zdobycie Cassino dla Polaków i Polski. Twierdza, uważana za niezdobytą, miałaby być zajęta przez Korpus Polski.
Władysław Anders miał świadomość, że zadanie jest trudne, ale wykonalne. Niestety, innego zdania był Wódz Naczelny - gen. Sosnkowski:
- Pióropusz biały panu się śni - powiedział wprost gen. Andersowi. Jednak ten był niezłomny w swym postanowieniu. Polacy zdobędą Monte Cassino!

* * *
W przeddzień wielkiej bitwy o Monte Cassino żołnierze 2 Korpusu Polskiego usłyszeli rozkaz swego dowódcy:
"Nadeszła chwila bitwy. Długo czekaliśmy na odwet i zemstę nad odwiecznym naszym wrogiem.
Obok nas walczyć będą dywizje brytyjskie, amerykańskie, kanadyjskie, nowozelandzkie, walczyć będą Francuzi, Włosi oraz dywizje hinduskie.
Zadanie, które nam przypadło, rozsławi na cały świat imię żołnierza polskiego.
W chwilach tych będą z nami myśli i serca całego naszego narodu."
Żołnierze słuchali rozpromienieni. Czuli, że teraz uczynią coś wielkiego, przy czym Stalin, Teheran, zdrada Zachodu są niczym. Poczuli, iż sami mogą wywalczyć sobie wolność!
"Z wiarą w sprawiedliwość Opatrzności Boskiej idziemy naprzód ze świętym hasłem w sercach naszych: Bóg, Honor i Ojczyzna".
Podchorąży Kaniowski spojrzał na stojącego obok porucznika Maciejowskiego.
- Czy to może zmienić sytuację Polski? - zapytał.
- Nie - porucznik smutno zwiesił głowę. - Nic już Polski nie uratuje.

* * *
Jan Kaniowski wraz z Kazimierzem Janowskim zostali przeniesieni do Dywizji Strzelców Karpackich, która miała za zadanie zdobyć grzbiet oznaczony numerami 593-569 i Massa Albanetta, jako podstawę do natarcia na klasztor Monte Cassino. Teraz czekali na rozkaz ataku.
Był ciepły, spokojny wieczór 11 maja. O godzinie 23:00 rozpoczęła swą kanonadę artyleria. Przez pierwsze 40 minut prowadziła zacięty pojedynek z bateriami nieprzyjaciela. Później gros ognia przeniesiono na pozycje piechoty. O godz. 1:00 obie polskie dywizje ruszyły do natarcia.
Żołnierze baonu podchorążego Kaniowskiego, aby zdobyć bastion wzgórza 593 musiały przebyć przestrzeń pokrytą kamieniami oraz wielką ilością kolczastych krzewów. Szli umęczeni, spoceni, tuż obok nich świszczały kule nieprzyjaciela. Jednak szli, bo wiedzieli po co idą. Odwaga żołnierza polskiego była wprost zadziwiająca. Szedł pod nieustającym obstrzałem nieprzyjaciela, jakby o niczym nie wiedział. Bo nie wiedział o niczym, wiedział, że musi, bo kiedy stanie, nie dojdzie do Ojczyzny, nie dojdzie do Kraju Ojczystego, za który walczy. Musi iść naprzód, bo w przeciwnym razie nie będzie miał gdzie wracać.
Ciemności, noc i dym. Widoczność ograniczona do kilku kroków. Żołnierze kaleczą się o kolczaste gałęzie krzewów, potykają się o kamienie. Przed samym stanowiskiem nieprzyjaciela, podchorąży Kaniowski zatrzymuje swój baon.
- My uderzymy od strony wschodniej, - mówi - najtrudniejszej. Pamiętają nasze wyczyny sprzed miesiąca, więc dają trudne zadania. Trudno wytrzymamy.
Podchorąży poprawia hełm, spod którego wysunęło się na czoło pasmo ciemnych włosów. Spogląda na gniazda karabinów maszynowych, stanowiska artylerii. Nie takie trudności już pokonywali. Muszą zwyciężyć!
Żołnierze rzucają się biegiem pod górę. Obok nich huczy artyleria, karabiny maszynowe, moździerze. Oni idą naprzód. Każda chwila opóźnienia może oznaczać śmierć. Jeśli zatrzymają się choć na chwilę - nieprzyjaciel ich dojrzy. Dobiegli. Tuż przed nimi stanowiska niemieckie. Krótka wymiana ognia. Walka wręcz. Bagnety, saperki, kolby karabinów, nawet kamienie. Wszystko może służyć za broń. Straszliwa bitwa. Albo raczej nie bitwa. Bójka.
Jan Kaniowski ujrzał przed sobą dwóch żołnierzy w szarozielonych mundurach Wehrmachtu. Przed nim wróg, za nim przepaść. Jeden skok. Jest przy nich. Pierwszy uderzony kolbą karabinu pada. Pozostaje drugi. Z obnażonym bagnetem zbliża się do podchorążego. Cios kolbą nie przynosi rezultatów. Trafił swój na swego. Niemiec podbiega, usiłuje wbić Kaniowskiemu bagnet w podbrzusze. Nie udaje mu się. Druga próba. I tym razem nieudana. Pot leje się z obu przeciwników. Doskonale wiedzą, że tylko jeden z nich przeżyje. Barczysta postać podchorążego zarysowuje się na tle rozbłysków ognia artyleryjskiego i maszynowego. Przed sobą widzi potężnie zbudowanego Niemca. Sporo wyższy od Polaka. Kolejny cios. Niespodziewany. Postać w szarozielonym mundurze upada na ziemię. Podchorąży zadaje następny. Trafia w twardą skałę. Niemiec rzuca się na niego. Zimne ostrze bagnetu. Zraniony bok. Zrzuca z siebie przeciwnika. Jedną ręką łapie za gardło, drugą za dłoń z nożem. Przytłoczony do ziemi Niemiec próbuje zrzucić podchorążego. Nadaremnie. Po chwili zaczyna rzęzić i drżeć konwulsyjnie. Na ustach pojawia się piana. Nieprzyjaciel umiera. W tejże samej chwili Jan Kaniowski również pada zemdlony.
Kapral Janowski widzi naprzeciw siebie pałające oczy przeciwnika. W dłoniach bagnety, w oczach zawziętość. Dwaj przeciwnicy: Polak i Niemiec stoją przed sobą. Każdy z nich wie, że musi zabić. Pierwszy rzuca się Janowski. Próbuje lewą ręką uchwycić Niemca za przegub dłoni i uniemożliwić mu obronę, drugą zaś zadać śmiertelny cios. Gwałtowny unik Niemca nie pozwala na realizację planu. Polak chwieje się. Przeciwnik naciera. Obaj upadają spleceni w morderczym uścisku. Cztery dłonie, dwa ostrza. Każdy dąży do ugodzenia przeciwnika. Janowski leżący na ziemi, na ostrych kamieniach ma ograniczone możliwości obrony. Bagnet przeciwnika niebezpiecznie zbliża się do piersi kaprala. Jeszcze chwila, a śmierć stanie się jego udziałem. Wtem Niemiec pada martwy. Przed Janowskim staje jego podkomendny, szeregowy Madej. To on strzelił. Wyciąga do niego dłoń. Pomaga mu wstać.
Świt. Tarcza słońca powoli wychyla się zza gór. Oświetla swymi promieniami żołnierzy, Polaków i Niemców, trupy, którymi gęsto usiane jest pole walki. Polacy idą dalej. Wzgórze 569. Wcinająca się w niebo skała. Ją muszą zdobyć. Baon podchorążego Kaniowskiego pozbawiony dowództwa. Komendę obejmuje Janowski. Ruszają naprzód. Stanowiska nieprzyjaciela wyłaniają się powoli. Huk artylerii, serie z karabinów maszynowych, salwy karabinowe. Wielu Polaków pada od kul nieprzyjacielskich, wielu ginie nadepnąwszy na minę. Jednak idą dalej. Dobiegają do wzgórza. Strzały z bliskiej odległości. Potem walka wręcz. Powtórka z nocy. Zabici po jednej i po drugiej stronie. Śmierć zbiera obfite żniwo.
Na polu walki ogromny tłok. Zabici mieszają się z żywymi, Niemcy z Polakami. Słychać wiele okrzyków. Kazimierz Janowski uderza kolbą w twarz Niemca, który nalazł się obok. Niemiec pada na ziemię. Kapral doskakuje do niego z bagnetem.
- Nie zabijaj! - krzyczy Niemiec.
- Polak?
- Ślązak! Siłą mnie zmusili do wojska. Puść, proszę!
- A może podpisało się volkslistę?
- Nie, zmusili mnie, naprawdę!
- Dlaczego nie zdezerterowałeś?
- Pilnują nas dobrze, nie było okazji!
- Bociek, do mnie! - krzyczy Janowski do najbliżej stojącego żołnierza. - Zabrać go stąd. Polak.
- Zdrajca?
- Pewnie tak. Wierzył w niezwyciężone Niemcy i chciał żyć. Teraz takie szuje mają problem. Zabierz go stąd. Gdyby chciał uciekać, zabij.
- Tak jest, panie kapralu!
Bitwa toczy się dalej. Janowski dopada do Niemca ukrywającego się w okopie. Rzuca się na niego. Wywiązuje się walka na bagnety. Niemiec zrzuca z siebie kaprala i atakuje. Janowski odpiera cios. W ciasnym okopie, walka na śmierć i życie. Tym razem uderza kapral. Ostrze bagnetu wbija się w brzuch Niemca.

* * *
Do kwatery gen Andersa wszedł rozpromieniony generał Leese:
- Gratulacje generale! Pański Korpus związał całkowicie siły nieprzyjaciela na węźle Monte Cassino, ściągnął ognie jego artylerii z sąsiednich odcinków, zatrudnił odwody.
- Tak, ale ponieśliśmy straty i zostaliśmy zmuszeni do odwrotu - odrzekł Anders.
- Proszę się tym nie przejmować! Podczas akcji nieprzyjaciel ściągnął świeże bataliony 1. Dywizji Spadochronowej dla zmiany. Obsada była więc prawie podwójna. Korpus spełnił swoje zadanie w stosunku do sił nacierających w dolinie Liri. Ułatwił 13. Korpusowi Brytyjskiemu sforsowanie rzeki i uchwycenie przyczółków.
- Więc jednak się przydaliśmy? Kiedy będzie możliwy kolejny atak?
- Proszę poczekać aż 13. Korpus wedrze się głębiej w dolinę rzeki Liri. Gdybyśmy kazali wam wcześniej atakować, narazilibyśmy waszych żołnierzy na samotną walkę.

* * *
- Bitwa się skończyła - rzekł Kaniowski do kaprala Janowskiego. - Nie udało się. A nasz generał tak pięknie mówił - w jego głosie czuć było ironię. - Jeśli zwyciężymy, będziemy mieli Polskę! Wolną, bez komunistów. Miał rację Maciejowski mówiąc, że Polski nic już nie uratuje.
- Czemu tak łatwo tracisz nadzieję? Mówi się o drugiej bitwie. Ta pewnie się powiedzie - odpowiedział kapral.
- Być może... Ale czy warto? Wiesz ilu już zginęło? Więcej niż we wszystkich dotychczasowych walkach! Przez dwa miesiące nie zginęło tylu, co w jeden dzień! A po co? Po to, żeby komuniści prędzej "wyzwolili" Polskę!
Janowski smutno spuścił głowę. Obaj wiedzieli, czym dla Polski będą rządy komunistów. Dla kaprala to znaczyło jeszcze więcej. Zostawił rodzinę we Lwowie, w mieście, które ma być zajęte przez Rosjan. Kaniowskiemu było łatwiej. Miał rodzinę w kieleckim. Jedynie Polacy-zdrajcy mogli mu zagrażać. A co się stanie z rodziną kaprala? Nie widział ich od początku wojny. Nie wie nawet, czy żyją. Nie wie, czy do nich wróci.

* * *
16 maja 1944 roku dowódca 8. Armii doszedł do wniosku, iż działanie korpusów: polskiego i brytyjskiego można tak uzgodnić, aby nieprzyjaciel nie miał możliwości manewrowania ogniem artylerii oraz odwodami. Termin kolejnego ataku na Monte Cassino wyznaczono na godzinę 7:00 17 maja.
Baon Kaniowskiego, jako utrudzony i uszczuplony poprzednią walką miał być rzucony do walki dopiero w ostateczności. Do końca nie było wiadomo, czy dowódca będzie walczył. Jednak rana odniesiona wcześniej okazała się jedynie powierzchowna i podchorąży mógł ponownie poprowadzić swych żołnierzy do walki.

* * *
Baon Kaniowskiego wszedł w ogień walk rankiem 18 maja. Poprzedniego dnia zdobyte zostały: grzbiet Widmo, wzgórze San Angelo, wzgórze 593 oraz Gardziel. Żołnierze byli już wyczerpani. Duże straty potęgowały przygnębienie. Do walki rzucono ostatnie baony. Jeśli teraz się nie uda, nie uda się nigdy.
Oczom żołnierzy ukazały się ruiny klasztoru. Tam ukrywał się ich wróg. Rozkaz atakować. "Runęli przez ogień straceńcy, niejeden z nich dostał i padł", ale mimo to szli dalej. Ogień artylerii oraz karabinów maszynowych zbierał krwawe żniwo.
Podchorąży Kaniowski biegnie obok kaprala Janowskiego. Nagle ten pada przeszyty kulą. Kaniowski podbiega błyskawicznie do niego.
- Janek, idź dalej, umieram... - wydusza z siebie ostatnim tchnieniem kapral. Głowa opada. Podchorąży stracił przyjaciela. Jednak trzeba iść dalej. Musi go pomścić. Z błyskiem w oku biegnie naprzód. Obok suną czołgi. Przed nim szarozielone mundury. Coraz więcej. Regularna bitwa. Walka wręcz. Wrogowie są już tak blisko siebie, iż używanie karabinów jest bezcelowe. Najwyżej broń krótka. Ale jej za wiele nie jest. W ruch idą przede wszystkim bagnety. Do Kaniowskiego podbiega Niemiec ogromnego wzrostu. Próbuje uderzyć kolbą. Gwałtowny unik, cios w brzuch. Niemiec upada zbroczony krwią. Dziesięć metrów przed podchorążym lufa. Lufa karabinu wycelowana w jego pierś. Odskok, złożenie się do strzału. Niemiec pada. Kaniowski biegnie dalej kilka metrów. Zza załomu skalnego wyłaniają się dwie postacie. Niemcy. Strzał. Jeden pada. Drugi odskakuje za skałę i szykuje się do strzału. Podchorąży nie ma się gdzie schronić. Błyskawiczny skok. Jest przy Niemcu. Gwałtowna walka wręcz. Kaniowski usiłuje zadać Niemcowi śmiertelny cios. Nadaremnie. Obaj stoją naprzeciw siebie z pałającymi oczyma. Uderza Niemiec. Lewą ręką łapie Polaka za dłoń dzierżącą bagnet, zaś prawą usiłuje wbić nóż w pierś. Rozpoczyna się szamotanina. Kto kogo przetrzyma? Kto będzie silniejszy i wytrwalszy? Żelazny uścisk ręki podchorążego jest nie do wytrzymania. Niemiec wypuszcza bagnet z dłoni.
Wróg już martwy. Kaniowski patrzy w bok. Coś strasznego. W niewielkim zagłębieniu terenu leży ranny człowiek. Próbuje się wyczołgać. Nagle za nim pojawia się działo samobieżne. Jeśli natychmiast stamtąd się nie wydostanie, gąsienice zmiażdżą jest ciało. Podchorąży niewiele się namyślając chwyta żołnierza. Wyciąga go tuż przed nadjeżdżającym pojazdem. Pył z gąsienic obsypuje obu. Ale żyją.
- Kim jesteś? - Pyta uratowany.
- Polakiem - brzmi krótka odpowiedź Kaniowskiego.
Bierze rannego na plecy. Biegnie z nim w dół. Szpital polowy. Nareszcie! Kładzie go na nosze. Wraca do walki. Żołnierze już pod murami klasztornymi. Zwycięstwo jest na wyciągnięcie ręki. Kaniowski wdrapuje się na resztki muru i wbiega między pozycje nieprzyjacielskie. Przykład działa piorunująco. Żołnierze rzucają się na mury. Serie z karabinów, strzały są niczym w porównaniu z męstwem polskiego żołnierza. Wielu pada. "Lecz od śmierci silniejszy jest gniew". Idą inni. Wróg się wycofuje. Klasztor zdobyty.
Patrol ułanów jedzie na górę z biało-czerwonym sztandarem. W galopie wyjeżdżają na szczyt. "I sztandar swój biało-czerwony zatykają na gruzach, wśród chmur".

* * *
- I twierdza zdobyta - rzekł podchorąży do idącego obok porucznika Malinowskiego. - Wie pan, jak bardzo podniesie to prestiż polskich żołnierzy? Niezdobyta twierdza...
- I co z tego? - Gorzkie słowa porucznika niemile dźwięczały w uszach. - Polska i tak jest już sprzedana Sowietom. Pół kraju zostaje przyłączone do Związku Sowieckiego, reszcie narzucą swój rząd. Przecież tego naszego, legalnego, z Londynu nie uznają. Stworzą kolaboracyjny rząd ze zdrajców. Czy Polska kiedyś dojdzie do dawnej potęgi? Czy na zawsze będzie poddana obcym mocarstwom? Czy może kiedyś sama stanie się mocarstwem? Tylko, kiedy to będzie? Kiedy nasz naród poderwie się po raz kolejny do walki o swą wolność i godność? Czy będzie jeszcze do tego zdolny?
- Będzie, panie poruczniku, będzie. Powstanie Polska. Polska nie tylko od morza do morza, ale hen za Ural. Powstanie imperium potężne, zmiażdżona zostanie na zawsze potęga germańska, butna Rosja ugnie się przed polskim orężem. Wrogowie słysząc imię Polski będą drżeć! Nad światem po wsze czasy powiewać będzie biało-czerwony sztandar!

Data:

 29.04.2003 r.

Podpis:

 Wiesław Kaniowski

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=11094

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl