DRUKUJ

 

To na pewno kot

Publikacja:

 04-12-18

Autor:

 Kotnatui
Nad wioską panowała letnia noc. Księżyc w pełni zalewał swoim światłem pola, lasy i domy. W pokoju Mateusza, dwunastoletniego chłopca, snop tego miesięcznego światła wędrował powoli po podłodze i meblach. Już zaczynał wdrapywać się na jego łóżko. Na rogu kołdry można było teraz wyraźnie dostrzec wzory gwiazdek i obłoczków. Nagle, nocną, błogą ciszę przerwał przerażający huk, jakby wszystkie dzwony świata zaczęły bić właśnie w tym pokoju. Mateusz zerwał się naraz jak oparzony. Równie szybko zrozumiał skąd ten hałas i jednym zdecydowanym ruchem wyłączył rozszalały budzik. Zerknął na jego tarczę, by się upewnić, która jest godzina. Wszystko się zgadzało – za godzinę północ.
- No, to do dzieła! – pomyślał. Jeszcze dzisiaj po południu, wracając ze szkoły, razem z Wojtkiem, kolegą ze szkolnej ławki, wpadli na pomysł, żeby wybrać się w środku nocy na cmentarz.

Obydwaj fascynowali się książkami o duchach i potworach – innymi słowy – horrorami. Dzisiaj piątek, więc nazajutrz nie szli do szkoły. Z radia dowiedzieli się, że właśnie tej nocy będzie pełnia księżyca. Chłopcy uznali, że to znakomita okazja, by wykazać się własną odwagą, a nie tylko czytać o tych, którzy na co dzień zajmowali się polowaniami na najprzeróżniejsze stwory. Umówili się na parę minut przed północą przy bramie drewnianego kościółka, przy którym właśnie był cmentarz.

Mateusz niespiesznie, choć był bardzo podekscytowany, założył na siebie przygotowane przed snem ubrania i czmychnął oknem, zostawiając je uchylone. Przebiegł szybko przez podwórze, wypadł na drogę i żwawym krokiem ruszył w stronę umówionego miejsca. Gdy tam dotarł, Wojtka jeszcze nie było – pojawił się parę minut później, ale punktualnie. Chłopcy przywitali się.
- W dzień wszystko wyglądało tu inaczej – odezwał się Mateusz.
- Nie mów, że się boisz – pokpiwał Wojtek, który sam miał pewne obawy i wątpliwości, co do słuszności pomysłu.
- Phi, chyba żartujesz! – odpowiedział oburzony. – Idziemy! – dodał i ciarki przeszły mu po plecach.

Rzeczywiście wszystko wyglądało inaczej. Okolica, która za dnia cieszyła oczy soczystą zielenią drzew i złotem pszenicznego pola, teraz budziła wyobraźnię czarnymi konarami akacji i srebrzystą, zapadającą się gdzieś daleko w ciemną otchłań łąką. Drewniany kościółek, rozbrykana wyobraźnia zamieniła w dwór hrabiego Drakuli. Spod daszku dzwonnicy wyfrunęła z wrzaskiem sowa.

Pod Mateuszem ugięły się kolana. Obydwaj poszukiwacze przygód znacząco spojrzeli na siebie i już nic nie mówiąc przekroczyli bramę cmentarza. Szli powoli, a żwirek, którym wysypana była uliczka chrzęścił pod ich butami przy każdym kroku. Skręcili w jedną z alejek. Gdzieś nieopodal dał się słyszeć cichy zgrzyt, jakby kamienia przesuwanego po płycie nagrobka. Nagle brzęk tłuczonego szkła sparaliżował śmiałków. Ich serca na chwilę przestały bić, a krew w żyłach zatrzymała się. Z jakiegoś grobu spadł szklany lampion rozbijając się na kawałki, a metalowe wieczko dzwoniąc potoczyło się po betonie.
- E, to na pewno kot – wyjaśnił Mateusz. Wojtek nic nie powiedział.

Już mieli ruszyć dalej, gdy tuż przed nimi w poprzek alejki przemknęła bezszelestnie jakaś postać. Była wielkości dorosłego człowieka. Chłopcy wystraszyli się nie na żarty. Od razu chcieli uciekać, ale nie mogli się ruszyć z miejsca. Ich nogi były jak z waty. Tymczasem, ni stąd ni zowąd, zerwał się wiatr i jeszcze jedna postać, nieco większa od poprzedniej przemknęła obok między pomnikami. Za nią kolejna, jeszcze większa. Chwilę potem wokół przerażonych pogromców strachów fruwało szeleszcząc całe kłębowisko ogromnych, czarnych cieni. Największy z nich, wysoki niemal jak kościół, wypadł z upiornego młyńca i dopadł pobliskiego starego dębu. Zaczął nim targać i potrząsać, aż wreszcie drzewo z rozdzierającym trzaskiem pękło tuż nad ziemią. Wyrwane, ze świstem poszybowało w stronę dzwonnicy rozwalając ją w drzazgi i wytrącając dzwon tak, że ten z łoskotem spadł na ziemię, przeszywając powietrze dźwiękiem głośnym jak uderzenie pioruna.

W tym rozgardiaszu Mateusz poczuł jak ziemia ucieka mu spod nóg i zapada się gdzieś bardzo głęboko. Przez chwilę miał wrażenie jakby spadał z bardzo wysokiej drabiny, by nagle stwierdzić, że oto siedzi na łóżku we własnym pokoju zalanym jasnym, księżycowym światłem, a budzik ryczy ile wlezie.

Szybko go uciszył. Była jedenasta w nocy. Serce Mateusza waliło jak oszalałe. Gdy się nieco uspokoił, mocno się uszczypnął – zabolało. Teraz, już nie śnił - za niecałą godzinę spotkanie z Wojtkiem przy bramie drewnianego kościółka.


Data:

 04-12-17

Podpis:

 Kotnatui

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=11426

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl