DRUKUJ

 

ŚWIATŁO

Publikacja:

 03-06-10

Autor:

 bsol
1.
Dzisiaj znowu go spotkałem. Stał na przystanku tramwajowym. Jak każdy, ale ja wiem, że stał dla mnie. Zawsze tam stoi. I przysięgam – nie wiem co bym zrobił gdyby kiedyś go zabrakło. Przypomina mi wujka Franka, którego nie widziałem całe wieki. Wujek przychodził do nas od czasu do czasu dając mi prezenty na urodziny i święta. Miał pucołowatą twarz i czerwone policzki - na pewno nie wydawał dużo na przebranie świętego Mikołaja. Całkiem jak ten facet pod daszkiem.
Kiedy podjechał tramwaj szybko zapakowałem się do środka.
-Festiwal szarości – pomyślałem. O 6:15 świat wydaje się wymięty jakby był już kiedyś zjedzony. To się zmieni z pierwszym światłem dnia. Żadna nocna burza nie wydaje się straszna rankiem.
Droga do pracy zajęła mi pół godziny. Wszedłem do gmachu Chemicomu, wsunąłem do aparatu kartę czasu pracy i po zapisaniu mojego wejścia udałem się do windy. Dział informatyki znajduje się na szóstym piętrze budynku. Zrobiłem sobie mocną kawę i usiadłem do komputera.
Około czternastej spojrzałem jeszcze czy nie pojawiły się jakieś nowe wiadomości. Była jedna, adresowana do admina (znaczy – do mnie). Brak adresu i nazwy nadawcy – tylko jedno zdanie – bez wstępów i pozdrowień:
„broń się sam...”.
-Znowu jakiś hacker z podstawówki bawi się w Mitnicka – pomyślałem.
Mimo wszystko zrobiłem notatkę o podejrzanej wiadomości.
Przed trzecią po południu spakowałem teczkę i zadzwoniłem do Zuzanny.
-Cześć kochanie, spotkamy się dzisiaj trochę później. Muszę coś załatwić.
-Ale mieliśmy dzisiaj iść do Beaty. Przyjedź po mnie przed szóstą – była trochę zaniepokojona.
-Tak, tak. Postaram się.
-Stało się coś ?
-Nie nic. Opowiem ci w domu. – Pa.
Wyszedłem z pracy i wsiadłem to taksówki.
-Gwarna. Szybko.

2.
-Jak mogłeś mi to zrobić ? – Zuzanna była w jednym ze swych stanów niestabilności, które zawsze prowadziły do długich kłótni.
Patrzałem na nią zdziwiony, bo za nic nie mogłem sobie przypomnieć cóż takiego się stało.
-Nie patrz na mnie tym cielęcym wzrokiem. Możesz chyba wytłumaczyć, czemu siedziałam przez trzy godziny jak idiotka w oczekiwaniu Pana Zapominalskiego ? – Oni przecież uszykowali kolację i pewnie zastanawiali się, czemu ich tak wrednie wystawiliśmy.
Kiedy krzyczała jej piersi falowały miarowo. Czasem potrząsała ręką, co wzmacniało ten niesamowity efekt. Gdybym był choć troszkę mniej uczuciowy to wprawiałbym ją w złość celowo po to tylko, żeby kontemplować ten podniecający widok.
-To nie byliśmy u Beaty ? – naprawdę nie robiłem sobie żartów. – Dałbym sobie nogę uciąć, że byliśmy wczoraj razem – pomyślałem.
Zdaje się, że teraz cholernie bym kulał.


Światło wpada przez wszystkie szczeliny. Mrok nie ma już szans – polegnie pocięty przez cieniutkie ostrza promieni. Szarość coraz mniejsza, teraz wszystko widać, później razi - aż w końcu wybuch supernowej – zwycięstwo światła. Biel i fotony odbijające się od wszystkiego.


-Przepraszam, nie czułem się dobrze – powiedziałem.
-Ale chyba jest telefon ? – nic jej nie zatrzyma, kiedy się rozpędzi. – Gdzie byłeś ?
-Tak, przepraszam. Gdzie byłem ? – powtórzyłem jej pytanie.
Nie czekała na odpowiedź. Trzasnęła drzwiami.
-Kupię jutro kwiaty, pójdziemy do kina. Będzie dobrze.
Zastanawiałem się też, co właściwie robiłem wczoraj przez cały dzień. Ostatnie, co pamiętam, to odbieranie poczty w Chemicomie. Słowo daję – nigdy wcześnie nie przytrafiały mi się takie rzeczy. Muszę się wyspać – to powinno pomóc.
Wstałem o trzynastej. Mały budzik w kształcie kota Garfielda piszczał już niemiłosiernie, kiedy udało mi się go trafić. Przez pół godziny stałem pod ciepłym prysznicem obserwując strużki gorąca oplatające moje ciało i uciekające gdzieś w kłębowisko rur pode mną. Ubrałem bieliznę, moje ulubione dżinsy (czy nie są już zbyt wytarte żeby zakładać je do pracy ?) bawełniany, blado-żółty T-shirt i brązową koszulę z napisem „I love NY”. Szukałem jeszcze kurtki – na zewnątrz nie było już zbyt ciepło – późny wrzesień w Polsce bywa bardzo chłodny.
Otwarłem następną szafę i zatopiłem się w zaspie ubrań.
To leżało na samym dnie. Z początku wyglądało jak miotła albo wiosło. Nie mam łódki, a mieszkanie czyszczę odkurzaczem. Sięgnąłem więc do środka. Okazało się trochę ciężkie, ale wytargałem je z szafy. Futerał na instrument. Czarny, zwykły futerał. Kiedy otworzyłem pokrywę ujrzałem nowy, lśniący i groźny karabin. Nie znam się na broni – nigdy nie byłem we wojsku, więc mogę tylko powiedzieć, że wyglądał jak snajperski. Składana metalowa kolba, długa lufa i luneta – celownik optyczny. W środku znalazło się też pudełko nabojów. Siedziałem przy tym jak osłupiały. Czułem mrowienie w nogach i szum w głowie.
Skąd w mojej szafie taka rzecz ? Pierwsza myśl, że ktoś tu był. Może jakiś dawny znajomy Zuzanny, albo może ona sama. Nie – w jaki sposób – kobieta z karabinem ? Na pewno by go nie uniosła. To niemożliwe. ALE SKĄD SIĘ TU WZIĄŁ ? Ktoś go podrzucił. Albo Zuza wzięła na przechowanie – to głupia cipa. Już widziałem policję, która przychodzi z nakazem rewizji i wyciąga to cholerstwo z szafy. I co ?
Co ja im powiem ?

3.
Tym razem wróciłem z pracy bardzo szybko. Było już późno. Zuzanna siedziała w domu i czekała na mnie. W trochę lepszym nastroju. Tak myślę. Starałem się nawet nie patrzeć na szafę. A Zuza nic – żadnego zdenerwowania, oprócz zwykłej miny po nazwą „wiedz, że to ty jesteś ten zły”.
-Nie było ci zimno ? - zapytała. Faktycznie poszedłem do pracy bez kurtki.
-Nie mogłem nic znaleźć – odparłem.
-Jak zwykle. Jest w tej szafie na korytarzu - skierowała się do mojego domowego arsenału.
-Nie ! Chyba już wiem gdzie jest – zatrzymałem ją w pół drogi.
-Tam trzeba posprzątać – dodała.
Muszę chyba wynieść to żelastwo i zakopać albo co. Może pójdę na policję ? Nie na policję nie. Zupełnie nie wiedziałem, co z tym zrobić.


Kula - z początku mała - zaczęła rosnąć w miarę zbliżania się do celu. Im była bliżej tym szybciej iskierki grające w niej w bilard zaczęły wyskakiwać na zewnątrz tracąc bezpowrotnie szanse na zwycięstwo. Kula rosła i zaczęła drgać nie mogąc utrzymać błyskającego roju. Kiedy była bardzo blisko – eksplodowała. Wszystkie z bractwa iskierkowego domu wyskoczyły na wolność zapalając wszystko dookoła. Stała się jasność.


-Jutro pójdziemy do kina- zaproponowałem.
-W niedzielę ? – zdziwiła się. -Może pojedziemy za miasto. Mówili, że będzie ładnie.
-Jutro jest sobota dziecino.
-Niedziela. Dzisiaj jest sobota, Panie Mądry.
-Włącz telewizor i sprawdź – zaproponowałem.
-Sam włącz. Ja wiem, że jest sobota.
Poczłapałem do odbiornika. Nie mogłem znaleźć pilota. Trafiłem na jakiś program informacyjny.
Była sobota wieczorem. Straciłem ze swego życia następne 24 godziny.

4.
-Pan Tarczewski – usłyszałem głos pielęgniarki.
Wstałem i wszedłem do pokoju. Pachniało środkami odkażającymi, bandażami i spirytusem. Sam zapach mógł postawić na nogi.
Lekarzem był starszy pan. Cały przód czaszki miał goły jak u niemowlaka. Doktor poprawił okulary w cienkich drucianych oprawkach i wskazał mi zapraszająco miejsce na krześle przed biurkiem.
Wyjaśniłem mu, że tracę pamięć. Opisałem jak całe popołudnie jeździłem gdzieś po mieście (w kieszeni miałem cały stos biletów tramwajowych i kwity z taksówki) a następnego dnia nie pamiętałem. O grzmiącym kiju, który spał cicho na dnie mojej szafy na kurtki nie wspomniałem ani słowa. Wyleczy mnie – a wtedy coś z nim zrobię.
Resztę dnia spędziłem na oddawaniu krwi, moczu (to dość łatwe), prześwietleniach i takich tam zaklęciach nowoczesnych szamanów.
Wymyśliłem sobie sposób kontroli czy czas nie uciekł mi (ciekawe co ja wtedy robię ?) bezwiednie. Spoglądałem na zegarek starając się zapamiętać godzinę, która minęła (a może to coś przyjemnego i tracę te miłe wspomnienia ?). Jeżeli następna nie miała luki w numeracji to znaczy, że byłem świadomy (a jeżeli zabiłem kogoś ?).
Następnego dnia rano sprawdziłem szybko datę w telewizorze. Zadzwoniłem do Chemicomu z informacją, że jestem na zwolnieniu lekarskim i po wyjściu z domu kupiłem dzisiejszą gazetę. Data się zgadzała. Chwilami wydawało mi się, że przesadzam, że popadam w paranoję (może to był sen ?), ale nie – karabin w szafie to chyba dostateczny powód do zmartwienia.
Wyniki lekarskie były podobne do wzorca zdrowego człowieka, gdyby taki wzorzec opublikowano, to ja różniłbym się tylko gorszym wzrokiem. Mocz za to miałem wspaniały. Jak na mocz oczywiście.
Druga wizyta była u psychiatry. Stwierdził, że nic mi nie jest, ale zapisze leki poprawiające pamięć. Mam też pojawić się w przyszłym tygodniu i zdać relację ile pamiętam z tego.
Strasznie to śmieszne.

5.
Prochy chyba podziałały. Czułem się pobudzony i trochę za świeży jak na 5:50 rano. Branie lekarstw z reguły uspokaja. Mnie też uspokoiło – wiadomo – jesteś w dobrych rękach. Lekarz mnie widział i zbadał, potem drugi – przekonali się, że będę żył i nie całkiem ze mną źle skoro nawet kazali mi iść do pracy.
Ziemia parowała. Ulice pokryte gdzieniegdzie kałużami wyglądały jak plamy wątrobowe na skórze spoconego olbrzyma. Słońce dopiero przedzierało się na powierzchnię a powietrze mieszało się z mgłą. Zimno przenikało przez co cieńsze kurtki przypominając, że niedługo przyjdzie jeszcze większy śnieżny brat i przytuli wszystkich stałocieplnych do swej lodowej piersi. Ale taka jest kolej rzeczy i świadomość tego kręgu pozwala znosić szpilki mrozu z godnością.
Na przystanku nie było dużo ludzi. Człowiek o twarzy wujka Franka stał tam także – jak zwykle.


Tonę. Wpadam w ciemność. Wraz ze światłem straciłem powietrze. Żeby się wydostać trzeba pokonać grubą warstwę lodu, bólu i cierpienia. Niżej mrok. Nade mną biel. Uderzam z całej siły w taflę lodu. Cały impet wyhamowuje wszędobylska woda. To sojusznik dna. Jeszcze jeden, i znowu. Ostatni cios, na który mam siłę rozbija lód. Przez rozbite okno jeziora wydostaję się na wolność. Mam powietrze. Ale dla mnie bardziej liczy się jasność. Teraz jest ze mną.


Tramwaj zbliżał się swoim zwykły, powolnym rytmem a na jego boku coraz wyraźniej mogłem zobaczyć reklamę. Na niebieskim boku wagonu widniał napis:
„Ćwiczenia rozluźniające,.. coś tam coś tam” przed wejściem do tramwaju spojrzałem jeszcze na nieznajomego, który wydawał mi się latarnią morską – gdyby kiedyś zmienił się nagle klimat i cały Poznań zalało morze to on – jestem przekonany – wdrapałby się na najwyższy budynek i stał tam wskazując którędy dojść do pracy.
W środku jak zwykle śmierdziało trochę potem, skórzanymi kurtkami i naftaliną płaszczy wyciągniętych na zimę. Wagon rzucało podczas zakrętów. Poczułem mrowienie i lekki niepokój.
–Czy tak działają nowoczesne medykamenty ? Miałem pamiętać co robię, a nie dostawać jakiejś zapaści i to w drodze do pracy. To nie fair.
Ale nie upadłem, nie dostałem drgawek, tylko dziwnie niewyraźnie zaczął mi się jawić świat. Zmrużyłem oczy i wypatrywałem znajomych budynków. Mijaliśmy kolejne domy i sklepy, ale żadnego nie mogłem rozpoznać. Zachciało mi się pić - strasznie wyschło mi w gardle. Jakbym właśnie co wsiadł do kolejki zbierającej zabłąkanych wędrowców z Sahary. A ja czułem się tak, jakbym przeleżał w piaskach pół życia. Wysiadłem na pierwszym przystanku. Przeszedłem na drugą stronę ulicy i na najbliższym skrzyżowaniu skręciłem w lewo. Zupełnie nie wiedziałem gdzie idę, ale z drugiej strony nie wahałem się przed żadnym krokiem.
Sklep spożywczy znalazłem prawie na końcu ulicy w miejscu gdzie nie dojeżdżają już tramwaje ani nie ma zbytniego ruchu. Szczerze mówiąc nie miałem pojęcia gdzie jestem. Drzwi sklepiku otwarłem z trudem.
-Poproszę Coca-Colę. Jestem Sebastian Tarczewski. –Po co ja to mówię ? Może zaczęła się moja amnezja ? Ale przecież pamiętam co robiłem, wiem co robię teraz. Odbieram duże zawiniątko, płacę i wychodzę ze sklepu. Pragnienie odeszło tak samo szybko jak przyszło.
Nic więcej nie pamiętam.

6.
Świadomość wróciła taką samą mgłą na oczach i pochodem mrówek po krzyżu. Byłem w domu. Jak dobrze - stara kanapa i ten przesadnie wygodny fotel.
Nagle zamarłem z przerażenia.
-Chryste – cały rękaw miałem brązowy od zakrzepłej krwi. Plamy na spodniach i rozległe zacieki na rękach.
Siedziałem tak naznaczony czyjąś krwią z zawiniątkiem kupionym w tym zawszonym sklepiku z żywnością (kto tam kupuje jedzenie ?). Nie wiedziałem co zrobić. Nie wiedziałem co się stało. Sprawdziłem czy sam nie mam jakiś ran, z których mogłaby wysączyć się krew, ale nie – byłem cały.
Zdjąłem kurtkę i zakrwawioną koszulę. Wszedłem do łazienki i włożyłem ręce pod strumień ciepłej wody. Kawałki zakrzepłej cieczy odrywały się od skóry i wirując odchodziły razem z wodą. Cały się trząsłem. To już nie było śmieszne. Czyja to krew ? Może zwierzę ? A jeśli człowiek ? Jeśli w amoku zabiłem człowieka ?
Lekarze potwierdzą, że nic mi nie dolegało. Przecież jestem poczytalny. Nie wyjdę z więzienia. Jeżeli coś komuś zrobiłem – to będę siedział jak nic. Najlepsze, że sam nadawałbym się na świadka w tej sprawie. Coś tam widziałem, coś wiem, ale to tylko poszlaki.
Zdecydowałem się je usunąć. Pomyślałem o karabinie w szafie – z nim też coś trzeba zrobić. Pozbierałem odzież rozrzuconą po pokoju. Z kieszeni kurtki wypadła mała paczka kawy Queen Elizabeth. Ta z serii promocyjnej - w lepszych sklepach dodawana do zakupów. Włożyłem dla pewności rękę do kurtki i po chwili poszukiwań wyciągnąłem klucze. Oczywiście nie moje. Przeszukałem pozostałe zakamarki odzieży nic jednak więcej tam nie było. Za to paczuszka z Colą wyglądała trochę niezgrabnie. Kiedy rozwinąłem pakunek, okazało się, że oprócz brązowej butelki był tam też pistolet.
-No to mamy kolejny eksponat do domowej zbrojowni – pomyślałem. -Co jeszcze ?– może w gaciach mam granaty ? Czy byłoby to dziwne, po tym jak pewnie przegryzłem komuś gardło. Pierdolony Jeckyl i Hyde. –Panie doktorze mam zespół Jeckyla-Hyde, proszę o jakąś smaczną pigułkę, bo inaczej znowu kogoś zabiję. Tak, to go rozbawi – i wtedy na pewno wyśle mnie do czubków.
Klucze odłożyłem na półkę. Kawę (gdzie taką sprzedają ?) zaniosłem do kuchni. Pozbierałem resztę rzeczy i z grubsza posprzątałem. Obawiałem się wejścia Zuzi, chociaż nie wiedziałem już czy czasem nie minęło kilka miesięcy, a może lat i Zuzanna jest jakąś szczęśliwą mężatką, a ja dopiero teraz obudziłem się z letargu. Wszystko było możliwe – byłem przecież chory. Chory PSYCHCZNIE !
Na wypadek jednak, gdyby wszystko z moim życiem uczuciowym było po staremu przygotowałem się na jej przyjście. Pistolet włożyłem z powrotem do szarej paczki i skierowałem się do szafy (tej szafy- tego pieprzonego arsenału) – jeżeli mam mieć w domu broń, to niech będzie w jednym miejscu.
Szafa skrzypnęła cicho. Zanurkowałem w poszukiwaniu grzmiącego kija. Najpierw obmacywałem spód szafy czekając na sygnał. Ale nie było tam nic. Wyrzuciłem ubrania na podłogę i przyniosłem latarkę. Mimo gruntownych poszukiwań nie znalazłem nic oprócz starego aparatu fotograficznego, którego szukałem chyba z rok temu.
Karabin znikł. Gdybym nie miał w domu pistoletu, to na pewno jakoś bym to sobie wytłumaczył (nie Seba – żadnej broni tu nie było; śniło ci się- albo mieszałeś alkohole – to się zdarza, ale żadna tragedia). Wrzuciłem pakunek na dno szafy, za nim resztę rzeczy i zamknąłem drzwi.
A – i jeszcze te klucze. Skąd mogą być ? Może stamtąd gdzie rozdają kawę. Było tylko jedno takie miejsce. Nie chciałem tam iść, nie chciałem wiedzieć co się tam wydarzyło. Być może była tam już policja. Chciałem się w końcu obudzić, żeby ten mrok odszedł, żeby po nocnej burzy rozpoczął się poranek i żeby w końcu było jaśniej.

7.
Zuzanna nie przyszła tego wieczora. Rano ubrałem się i postanowiłem pójść do sklepu „Smakołyki u Moniki”, gdzie jak mi się zdawało mogłem dostać kawę. Jeżeli ją zwyczajnie gdzieś kupiłem, to mam problem z głowy – nigdy nie znajdę właściwego miejsca. Pistolet włożyłem do kieszeni kurtki. Zapiąłem ją na zamek błyskawiczny (nie chcielibyśmy Seba, żeby wypadł nam pistolet z kieszeni – hę ?). Do drugiej zapakowałem klucze.
Musiałem tam iść. Mogłem o tym zapomnieć, ale nie mogłem żyć w ciągłym napięciu. Jeżeli to jest właściwy adres, to będzie z tym spokój – cokolwiek tam znajdę.
Zadzwoniłem do pracy Zuzy i powiedziałem jej, że potrzebuję samochód. Zuza pracowała w sklepie z ciuchami jakieś 10 minut drogi od mojego mieszkania. Wziąłem jeszcze na odchodnym o jedną pastylkę więcej niż wczoraj i wyszedłem z domu. (Trzy pastylki na taki popieprzony mózg ? Cała paczka nie dałaby sobie z nim rady).


Kiedy jest zamknięty żaden foton nie przebije się przez zasłonę niewiary. Trzeba tylko zaufać i dać się ponieść – słońce może cię wypełnić i unieść. Każdy foton przeniesie jakąś część ciebie tak, że poszybujesz w przestrzeń – wtedy będziesz naprawdę wolny.


Kiedy wszedłem do sklepu musiałem wyglądać jak człowiek, który ma w kieszeni nabity pistolet. Przynajmniej tak mi się wydawało.
-Paskudnie wyglądasz, co się stało ? Kiedy Zuzia się martwiła, to robiła to naprawdę dobrze.
-Nic. Później ci wszystko wytłumaczę – nie wiedziałem czy zrobiłem jakiegoś głupstwa podczas somnambulicznego transu. Chciałem wziąć ten zasrany kluczyk i wyjść stamtąd. Wszyscy się na mnie patrzeli. (Nie Seba – nikt się nie patrzy – to ty się rozglądasz jak gdyby twoje drugie ja czekało za plecami na jeden błąd, żeby przejąć kontrolę).
-Dzięki – rzuciłem a odchodnym.
Wsiadłem do auta. Ruszyłem w stronę centrum.
-O, moja komórka – zostawiłem ją w samochodzie. Zuza musiała podładować, bo wskaźnik baterii pokazywał trzy kreski.
Ktoś wysłał wiadomość. Odczytałem treść: „zmęczony ?”. I nic więcej.
Używanie samochodu tego dnia nie miało zbytniego sensu. Ruch w centrum zablokowany był przez policję. Wszędzie pełno mundurowych. Zaparkowałem na pierwszym wolnym miejscu i wysiadłem z wozu.
-Nie wie pan dlaczego taki tu dzisiaj ruch - spytałem grubego faceta, który stał na rogu ulicy.
-No przecież dzisiaj przyjeżdża prezydent – odpowiedział z uśmiechem oznaczającym, że nie znalazł się tutaj przypadkiem.
Resztę drogi pokonałem pieszo. Serce miałem na ramieniu. Przechodząc obok policjanta czułem gorąco od ciężkiego przedmiotu w kieszeni.
Sklep „Smakołyki u Moniki” znajduje się na końcu ulicy 27 Grudnia. Jego okna wychodzą na Plac Wolności. Nad nim są chyba jakieś biura, albo mieszkania. Wszedłem do środka. Duszący zapach kawy pomieszany z perfumami zgrabnych ekspedientek stwarzał osobliwy nastrój. Długi rząd półek i lad łączył się z przeszkolonymi drzwiami wejścia do części mieszkalnej budynku.
Skierowałem się w ich stronę. Szybkim krokiem wszedłem na pierwsze piętro, później na drugie i zaraz skręciłem w kierunku hallu. W tej właśnie chwili zacząłem zdawać sobie sprawę z bezwolności ruchów. Nie robiłem tego wszystkiego z własnej woli. Byłem jakby obserwatorem mojego ciała. Wszystkie wysyłane sygnały z tej części mózgu, w której była właśnie moja świadomość niknęły gdzieś w odmętach neutronów, topiły się w studni rdzenia kręgowego i zaplątywały się w sieci nerwów. Nic nie dochodziło do mięśni, żeby powiedzieć – STÓJ. NIE IDŹ TAM. Nie wiesz nawet dokąd zmierzasz. Możesz tylko przyglądać się. I bać.
Otwarłem drzwi pokoju 216.

8.
Pokój był mały. Naprzeciwko wejścia znajdowało się dość duże okno. Po lewej stronie zobaczyłem drzwi – pewnie wejście do łazienki, albo innego pokoju. Pod ścianą tapczan i obok wąska ława przykryta wzorzystą serwetą. Po prawej, pod ścianą stały trzy obite materiałem krzesła. Tyle zdążyłem zauważyć. Bo moje ciało i ta silniejsza część woli zachowywała się tak jakby była tu już wcześniej.
Odsunąłem odrobinę firany i uchyliłem okno. Chwyciłem i przeciągnąłem ławę pod parapet. Okazała się dość ciężka. Na nią postawiłem podnóżek, wróciłem do tapczanu i podniosłem go. Wyciągnąłem pościel na podłogę.
Później wyciągnąłem stamtąd futerał i piękny karabin snajperski. Tak – dokładnie ten sam, który leżał jeszcze niedawno w mojej szafie. Przeładowałem.
„Dzyyyń” – to dzwonek do drzwi. Złożyłem tapczan i wrzuciłem na niego całą pościel z podłogi. Karabin wsunąłem pod tę białą stertę.
Podszedłem do drzwi. Spojrzałem przez wizjer. Na korytarzu było jednak zbyt ciemno aby rozpoznać postać. Ale wyraźnie było widać jedno – to był policjant.
A więc już wiedzą. Pewnie mnie śledzili. Nie można przecież kupić karabinu do specjalnych zadań w księgarni. –Co robić ? – Poddaj się – radziłem sam sobie, ale ten drugi „ja” był zbyt zdeterminowany. I chociaż trudno się do tego przyznać – byłem pewny, że jeżeli będzie trzeba zabiję tego policjanta.
Rozpiąłem kieszeń kurtki i wsunąłem do niej rękę. Odbezpieczyłem pistolet i nie puszczając broni otwarłem lewą ręką drzwi wejściowe. Jeden niewłaściwy ruch policjanta i strzelę bez wahania.
-Starszy sierżant Waldemar Zydlewicz. Dzień doby. Czy mogę zadać panu kilka pytań ?
-Tak, oczywiście. Proszę – pokazałem mu krzesło pod ścianą (może usiądzie na karabinie ? wtedy będziesz uratowany – przecież obydwaj wiemy, że chciałeś tym żelastwem zrobić coś złego - coś bardzo złego).
-Jak się pan nazywa ?
-Sebastian Tarczewski.
Policjant odnotował coś w służbowym kajeciku.
-Czy widział pan tę osobę ? – podał mi zdjęcie młodej kobiety, z jasnymi loczkami, zupełnie dziecięcymi jak na dwadzieścia kilka lat, na które wyglądała.
Przez chwilę przyglądałem się zdjęciu. Pokręciłem przecząco głową.
-Nie, nigdy. Mieszkam tutaj od niedawna. Nikogo nie znam.
-Nazywa się Lidia Czyżykowska. Jest sprzedawczynią w sklepie poniżej.
-Z kawą ?
-Tak, mają tam wiele gatunków.
-Nie. Nigdy jej nie widziałem. Chyba nie mogę pomóc.
-Gdyby coś się panu przypomniało, tu jest adres komendy i mój numer wewnętrzny. –O tutaj.
-Yhmm. Dziękuję – powiedziałem i wstałem, jako że spotkanie było już skończone.
Policjant wstał i ruszył do wyjścia.
Zamknąłem za nim drzwi na klucz. Ustawiłem wszystko tak jak poprzednio i wyjąłem karabin spod kołdry.
Jeszcze raz sprawdziłem czy naładowany i ułożyłem się do strzału podpierając lewy łokieć o podnóżek. Przytknąłem oko do szkła lunety i oniemiałem – widziałem mównicę tak wyraźnie jakby stała kilka metrów ode mnie. Zobaczyłem klaskających ludzi, jakiegoś faceta z mikrofonem, fotografów i dziennikarzy.
Poruszyłem karabinem, aby zorientować się w rozmieszczeniu ochrony. Stali głównie przy mównicy, ale kiedy obracałem lunetą to wychwyciłem jeszcze kilku ze słuchawkami w uszach i ciemnych garniturach.
Po chwili tłum się poruszył. Człowiek z mikrofonem musiał coś powiedzieć. Nagle na mównicę wszedł prezydent. Stałem tak jeszcze długą chwilę, zanim nie skończył z pozdrowieniami i ukłonami. Strasznie się wtedy rusza i trudno trafić.
Prezydent pomachał jeszcze raz i zaczął przemówienie. Obserwowałem go uważnie rejestrując sposób poruszania się. Czasami podnosi prawą rękę, wtedy pochyla trochę głowę i na koniec potrząsa nią nieznacznie. Kiedy kładzie rękę na blacie mównicy przekrzywia głowę w prawo – w jego prawo. To moje lewo. Trzyma tak przez chwilę – pewnie dla podkreślenia powagi słów.
Spinam się i biorę głęboki wdech. Prezydent podniósł rękę, zaraz ją opuści – wtedy będzie mój czas.
Jeszcze chwilę, kilka słów i ręka powoli opada na blat mównicy. Ustawiam krzyżyk celownika minimalnie w lewo od jego głowy i czekam – zaraz tam będzie. Wstrzymuję oddech.
I faktycznie – ten sam ruch i głowa sama ustawia się na przecięciu dwóch linii.
Naciskam spust. Wytłumiony jak się okazuje karabin puknął nie głośniej niż butelka szampana. Na czole prezydenta pojawiła się czerwona plama. Zachwiał się i opadł na mównicę. Wtedy strzeliłem jeszcze raz. I ten pocisk doszedł celu. W tym momencie ktoś doskoczył do prezydenta spychając go na podłogę. Zrobiło się straszne zamieszanie. Ochroniarze oblepili miejsce, w którym leżał prezydent. Nie było sensu więcej strzelać. Odłożyłem karabin. – CO JA ZROBIŁEM !
Po wszystkim odzyskałem całą świadomość, to byłem ja.

9.
Wszystko to wydarzyło się i wiem, że zabójcą prezydenta jest Sebastian Tarczewski, ale tylko ja wiem, że nie miałem na jego postępowanie żadnego wpływu.
Stoję tu teraz i patrzę na karabin. Nie wiem co mam robić. Nigdy jeszcze nie zabiłem prezydenta.
Wymiotuję na podłogę. Kręci mi się cholernie w głowie. Klękam. I jeszcze jedna salwa. Podnoszę się i idę do łazienki. To chyba tutaj. Otwieram drzwi i zapalam światło. W wannie leży kobieta. Zakrzepła krew – pewnie ta sama, którą znajdzie policja na mojej białej koszuli - oblepiła jej twarz, szyję i prawą rękę. Ręka zwisa poza wannę. Tylko jasne loczki – jak u małej dziewczynki – odcinają się od tego paskudnego widoku.
Opieram się o futrynę drzwi i czuję odpływającą z mózgu krew. Widzę śnieg i słyszę wyraźnie dudnienie w uszach. Mdleję.
Otwieram oczy, ale świat się nie zmienił – to nie był sen. W wannie leżą zwłoki Lidii jakiejś tam, a na placu przed domem prezydent z dwoma kulami – nadawca Sebastian Tarczewski – do usług.
Wychodzę z pokoju. Idę ciemnym korytarzem. Nie umiem uciekać i ukrywać się. Jestem informatykiem, nie płatnym zabójcą. Poddam się policji. Wytłumaczę. Dużo lepsi lekarze zbadają mnie i powiedzą, że to nie moja wina. Może nawet wyleczą. Ale teraz tak – zejdę na dół i wszystko powiem, o karabinie, o pistolecie, że chciałem wtedy iść do Beaty i żeby Zuzanna mi wybaczyła. Jestem strasznie zmęczony. Schodzę wolno na sam dół. Przechodzę przez pusty sklep – pewnie wszyscy wyszli zobaczyć zamach – i wychodzę na ulicę. Jest ponuro i zimno. Duszący zapach spalin i błoto. Brudna ściana i ja – morderca prezydenta. Co za gówniany widok.
Stoję i czekam na policję. W końcu ktoś tu przyjdzie. Na tym samym pustym chodniku stoi jeszcze jedna osoba. To wujek Franek.
-Jak to dobrze wujku, nie masz pojęcia jak mi ciężko.
-Wiem chłopcze, wiem – uśmiecha się łagodnie.
-Czy masz dla mnie prezent ?
-Oczywiście. Zawsze coś dla ciebie mam. Ale czy nie jesteś zmęczony ?
-Tak jestem. Strasznie jestem zmęczony.
-Idź synu. Idź do światła.
Odchodzi a ja wiem, że nie jestem sam. Wyjmuję z kieszeni pistolet. Wkładam go do ust i pociągam za spust. Strumień świata wdziera się do głowy i nagle jest już tylko jedno.
Jest już tylko światło.

KONIEC

Data:

 Wrzesień 2001

Podpis:

 Bernard Sol

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=123

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl