DRUKUJ

 

* MYŚLI NIEUCZESANE * Rozdz.2

Publikacja:

 05-01-29

Autor:

 hermenegilda

Rankiem obudził mnie dzwonek do drzwi. Ociemniała po omacku, w koszuli nocnej szłam w stronę drzwi. Gdzieś w okolicach lustra oświeciło mnie, że może to być Rafał! Nie, przecież nie może tutaj być. Tutaj jest Aśka! Mimo wszystko związałam włosy frotką, bo były w wyjątkowym nieładzie. Drzwi otworzyłam po trzecim dzwonku. Nie wiem sama czy cieszyłam się na to spotkanie z Rafałem. Improwizowałabym. Ale byłam pewna, że nie byłoby to spotkanie polegające na rzuceniu mu się na szyję i wykrzyczeniu przez łzy: przepraszam, że ci nie ufałam. O nie! Jeżeli ktoś ma mnie przepraszać, lub coś tłumaczyć to jest to tylko i wyłącznie on.
Jeszcze zanim otworzyłam drzwi usłyszałam spokojny, stateczny głos.
-Cześć, przyjechałem po Aśkę, jest już gotowa?
Za mahoniowymi drzwiami stał Marek, kuzyn mojej przyjaciółki z wielką torbą zawieszoną na ramieniu. Tak wcześnie? Myślałam, że przynajmniej do południa posiedzimy.
-Cześć, Marek. Wchodź otworzyłam szerzej drzwi. -Co tak wcześnie przyjechałeś?
-Już na święta mnie przywiało. Zresztą nie tylko mnie... w samochodzie czeka jeszcze Mama i Emilka...
Przytaknęłam i z powrotem zamknęłam drzwi na klucz. Kazałam mu usiąść w kuchni, bo zazwyczaj tam przyjmowało się wszystkich gości. Potem poszłam do pokoju gościnnego przy okazji uderzając się w ścianę.
Aśka również na wpółprzytomna dotoczyła się do kuchni.
-Maruś, porąbało cię? Tak wcześnie?- rzuciła z pretensją ziewając okazale. -Kto cię przysłał? FBI, KGB, CNN, BBC czy jeszcze co innego?
-O ile się nie mylę KGB już nie istnieje. Przysłała mnie siła wyższa do której nawet ty musisz się dostosować. Twoja Mamusia tj. spółka z nieograniczoną odpowiedzialnością...
Aż się uśmiechnęłam przysłuchując się ich rozmowie. Brzmiała tak beztrosko... dawno z nikim tak nie rozmawiałam. Robiłam kanapki, a Asia poszła się ubrać. Marek był wysokim chłopakiem w zupełnie innym typie, jaki ja preferowałam. Chodził w szerokich spodniach, obszernych bluzach, był ogolony na zapałkę i pod nosem nucił kawałki Molesty. Pracował gdzieś w warsztacie mechanicznym, był absolutną złotą rączką i okropnie irytował mnie tym mruczeniem hip hopu pod nosem.
Zjedli śniadanie i wyszli około 9.
Znów zostałam sam na sam z własnymi myślami. Puściłam radio i wyglądałam przez okno. Marek obładowany kilkoma bagażami szedł przez podejście z Aśką u boku. Dziewczyna cały czas go poszturchiwała. Aśka była namolna - nie wiedziała kiedy coś jest niestosowne. To właśnie mnie w niej denerwowało. Nagle zobaczyłam, że na ulicy, pod moją furtką zatrzymuje się wiśniowy Lanos. Serce momentalnie podskoczyło mi do gardła, bo Marek z Asią nie przeszli nawet połowy podjazdu i konfrontacja była nieunikniona.
Stałam i tępo wpatrywałam się w jakiś krzak w ogrodzie. Nie mogłam Asi zawołać do domu, nie mogłam wygonić Rafała. Kurde! Kopnęłam nogą w szafkę. Znów ta niemoc. Beznadziejna niemoc. Już nawet nie myślałam o tym co zrobię, kiedy stanę z Rafałem twarzą w twarz...
Jak to się wyda...
Będzie koniec.
Usiadłam na taborecie przy stoliku, gdzie zwykle jadaliśmy obiady, podparłam głowę dłońmi i czekałam na dalszy rozwój wydarzeń. Na polu było smętnie, a dodatkową okropną informacją było to, że nie było śniegu. Szykowała się bez śniegowa zima. Jak byłam mała święta zawsze kojarzyły mi się ze śniegiem. A teraz? Teraz na polu będzie można będzie jako oznakę świątecznego nastroju zaliczyć niemieckie choinki i tandetne amerykańskie światełka.
Dźwięk dzwonka do drzwi.
Olśnienie. Przecież za nimi stoi Rafał! Czyli trzeba się szybko zerwać, pobiec do nich, otworzyć i pocałować wychowawcę na powitanie. Potem emocje opadły. Pierwszy dzwonek przebrzmiał. Drugi również. Aśka z Markiem już odjechali, a ja nie miałam najmniejszej ochoty podnieść się z niewygodnego, twardego taboretu.
Chwila przerwy, a potem trzeci dzwonek. Ciekawe czy czuje się winny?
Pukanie do drzwi.
Powiem szczerze, że całkiem przyjemne było ważenie każdego dzwonka i świadomość, że za drzwiami stoi obwiniający się Rafał. Głupia byłam, że tak postępowałam, ale czy ktokolwiek może zrozumieć kobietę? Zauważyłam nawet że czasem kobieta kobiety nie potrafi zrozumieć.
Podeszłam majestatycznie do drzwi i przekręciłam klucz. Otworzyłam.
-Agnieszka, co ty za cyrki odstawiasz?- zapytał na powitanie i już chciał mnie przyciągnąć do siebie, ale w ostatnim momencie zrobiłam krok w tył.
-Gniewasz się na mnie? Powiedz o co, a wytłumaczę.
-A więc na wszystko masz wytłumaczenie?
-Nie mam nic na sumieniu, więc się niczego nie mogę obawiać. Widziałaś, że spotkałem twoją przyjaciółkę, a moją uczennicę- zaakcentował to ostatnie.
-Widziałam- przeszłam do kuchni. Rafał bez gestu zapraszającego poszedł za mną, wcześniej zamknąwszy drzwi. Czuł się jak u siebie. Ciekawe dlaczego? Albo dlaczego ja u niego nie czułam się jak u siebie?
-Nie interesuje cię co jej powiedziałem?- teraz on sobie wyraźnie pogrywał.
-Co cię pokusiło, żebyś tak z rana przyjeżdżał, co? Na każdego się mogłeś naciąć!
-Oj przepraszam, faktycznie! Nie mam pojęcia kogo do siebie na noc spraszasz. Powiedziałem, że zanosiłem ci opowiadanie z którego oceną zalegałem z dawna z dawien. Wszyscy wiedzą że poloniści zawsze ci dodatkowe prace oceniali.- zasunął swoją kurtkę skórzaną i ponownie skierował się ku drzwiom. -Powiedziałem ci to dlatego, że takie same wersje mogą być pomocne.
Słuchałam go uważnie, prawie tak bardzo, jak go słuchałam, gdy omawialiśmy "Piosenki" Stachury. Byłam ciekawa co będzie dalej i miałam świadomość, że autor może mnie w każdym momencie zaskoczyć. Że w każdym momencie mogę znaleźć jakieś nie pasujące z pozoru słowo, by potem odnaleźć jego dopełnienie. Chciałam się do niego przytulić, ale najzwyczajniej w świecie nie mogłam. Nie mogłam, nie umiałam - sama nie wiem. Wczoraj i dziś chyba milion razy mówiłam "sama nie wiem". Bo i nie wiedziałam... nie wiedziałam nic. Nie znałam nawet jego zamiarów wobec mnie, chociaż kiedyś, podczas spaceru po plantach dokładnie mi powiedział, że mimo wszystko będziemy razem.
-Agnieszka, w co ty się bawisz? Nie wmawiaj sobie nic, co nie miało w rzeczywistości miejsca. I przepraszam, że ci to mówię, ale nie baw się we wszystkowiedzącą arogantkę, ok.?
Czułam się jak w trakcie nagonki na moją osobę. Wszyscy przeciwko mnie, z tym, że tymi wszystkimi była jedna osoba. Czułam się jak pod ostrzałem. Nie chciałam, albo nie miałam siły ostro odpowiedzieć. Spuściłam wzrok wyznaczając koniec dyskusji.
-Mam sobie pójść?- zapytał.
Wzruszyłam ramionami nie podnosząc głowy. Obserwowałam nieregularny parkiet z wieloma zarysowaniami. Kuchnia wypełniła się jego perfumami. To dziwne, ale wszędzie, gdzie się pojawiał, towarzyszył mu ostry zapach perfum. Wszędzie.
-Ok., nie ma sprawy...- podszedł do drzwi i położył dłoń na klamce. Potem momentalnie się odwrócił się w stronę kuchni. Ja pierwsza nie mogłam przeprosić... on się pierwszy na to zdobył!
Był ode mnie oddalony o niecały metr. Nasze ramiona prawie się stykały. Cieszyłam się, że to już koniec i nie muszę udawać wielce obruszonej "arogantki". Przymknęłam oczy i czekałam, aż mnie pocałuje. Nic takiego jednak się nie stało...
Położył swój neseser na stole kuchennym i wyciągnął z niego jakiś woreczek.
-Trzymaj- podał mi porysowane pudełko płyty. -Myślę, że chciałabyś to obejrzeć. Ze mną, czy beze mnie...- wzięłam je do ręki, obejrzałam, a potem położyłam na stole. Znów mnie zadziwił, ale tym razem się na nim zawiodłam...
Patrzyłam mu natrętnie w oczy.
-Z tego ostatniego sprawdzianu dostałaś plus cztery. Gratuluję. Najlepsza ocena w klasie.
Zabrał teczkę i wyszedł.
Myślałam, że takie zjawisko występuje tylko w książkach ;), ale nie potrafiłam ani zrobić kroku, ani cokolwiek powiedzieć. Spojrzałam przez okno. Rafał szedł zdenerwowany w stronę furtki wymachując neseserem.
Usiadłam jak zwykle na blacie i zasunęłam zasłony. Zaczął padać deszcz, a ja czułam się całkowicie przygnębiona. Jednak byłam pewna, że pogodzimy się z Rafałem. Tylko kiedy...?
Jutro szkoła. Na trzeciej lekcji język polski. Przymknęłam powieki, pod którymi nagromadziły się łzy. Obiecałam sobie kiedyś, że nie będę płakała przez faceta. Ale czym były idiotyczne postanowienia wobec rzeczywistości?
Znów radziłam sobie sama. Po południu pojechałam na zakupy, bo lodówka była prawie pusta. Kupiłam kilka bułek, kilka codziennych produktów, frytki błyskawiczne i pizzę. Pochodziłam trochę po pasażu. "Pochodziłam" to było odpowiednie słowo. Rzadko kiedy spoglądałam na kolorowe wystawy. Wszechobecny, tandetny nastrój świąteczny nie udzielał mi się ani trochę. Ludzie robili zakupy na święta, a ja z małą reklamówką przechodziłam obok matek z dziećmi, szczęśliwych par, rodzeństw i rodzin, które wybrały się na wspólne zakupy. W końcu Wigilia już za kilka dni. U nas pewnie i tak wszystko będzie na ostatnią chwilę. Jak zwykle zresztą.
Czas zleciał wyjątkowo szybko na rozmyślaniu. Nim się spostrzegłam, była już 15. Wróciłam do domu i zmęczona wrażeniami od razu zasnęłam. Rzuciłam się na łóżko i wreszcie nie myśląc o niczym zatopiłam się w fałdach granatowej pościeli w małe żółte słoneczka i księżyce.
Mój pokój był urządzony w temacie "niebo". Ściany były błękitne, pooblepiane fluorescencyjnymi gwiazdeczkami. Meble również. Wieczorem wyglądały imponująco, zaś za dnia były prawie niewidoczne. Telefon dzwonił kilka razy. I domowy i komórka. Na telefonie komórkowym po prostu nie odbierałam rozmów od Rafała. Raz dzwoniła mama. Powiedziałam jej, że jestem w centrum z Aśką, dlatego nie odbieram telefonu domowego.
Na zmianę śpiąc i pijąc herbatę dotrwałam do 20. Rzadko oglądałam telewizję, więc nie miało sensu oglądać kolejnego odcinku serialu, z którego i tak nic nie wiedziałam. Nie miałam również zamiaru wtajemniczać się. Zaczęłam czytać książkę. Przez przypadek natrafiłam na jakąś książkę Siesickiej. Jeszcze z czasów mojej mamy. Zawsze jak cierpiałam, musiałam wycierpieć się do cna.
Nazywałam to moralnym, bądź psychicznym masochizmem. Słuchałam smętnych piosenek, czytałam książki o miłości itd. Jednak Siesicka była zupełnie czymś innym. Podziwiałam tą kobietę za styl i stateczność w pisaniu książek. Zazdrościłam jej tylu wydanych dzieł, jednakże wiedziałam, że nawet nie spróbuję jej dorównać. Zazdrościłam jej też tego, że po tylu latach jej książki są wznawiane. Tak - chciałam być pisarką. Ale to niestety były mrzonki, które ani trochę nie imały się do rzeczywistości. W rzeczywistości chciałam studiować psychologię społeczną, choć wszyscy mi to rozradzali. Ewentualnie chciałabym pracować z ludźmi uzależnionymi.
Książkę skończyłam o 1, a potem odrobiłam zadania domowe. Wypiłam kawę i przystąpiłam do oglądania filmu. W głębi serca miałam nadzieję, że film będzie beznadziejny. Podczas oglądania go, czasem spoglądałam na puste miejsce na kanapie. Cały czas wydawało mi się, że ktoś obok mnie siedzi. Ledwo co się spostrzegłam po policzkach kapały mi łzy i nie mogłam oderwać wzroku od ekranu. Podczas ostatnich dziesięciu minut czułam wielką wyrwę w sercu. Kiedy minęły ostatnie napisy i cudowna muzyka położyłam się na wznak na łóżku. Godzinę wpatrywałam się w sufit i rozmyślałam o filmie. Nie o sobie, ale o bohaterach. Dawno nie widziałam tak pięknego filmu i okropnie żałowałam, że nie ma obok mnie Rafała.
Nie mogłam zasnąć. Koło 6 obudzili mnie rodzice. Nie mówiłam im, że już wstałam. Po prostu leżałam i drzemałam. O 7 wszyscy z powrotem wybyli z domu. Strasznie często byłam sama w domu. Chyba już od 11 roku życia. Mama i tata byli właścicielami firmy kosmetycznej, która ostatnio miała duże kłopoty. Zostawali więc czasem po godzinach. Karolina kończyła studia. Ostatni rok pedagogiki.
Lekcje zaczynały się o 8:45. W szkole byłam jako jedna z pierwszych osób z mojej klasy. Miał być dzisiaj sprawdzian z matematyki. Przed rozpoczęciem powtarzałam z Aśką trygonometrię.
-Jak zwykle nie umiem- powiedziała zakrywając dłonią oczy. -Jak dostanę 1, to mnie starzy z domu wyrzucą!
Nie przekonywałam jej, że będzie dobrze, bo sama nic się nie uczyłam. A nasza matematyczka była okropnie zasadnicza i skrupulatna. Matematyka była jedyną lekcją, na której nikt nie myślał o odpisywaniu.
-Jak już nas z domu wywalą, to może zamieszkam w parku w namiocie?- zapytałam.
-Kto wie... kto wie. Ja jednak wolę mój żółty pokój i stare meble. Zżyłam się z nimi psychicznie... dzień dobry!- krzyknęła. Odwróciłam się i zobaczyłam Rafała idącego korytarzem w naszą stronę. Nie śmiał się, nie miotał uwagami dookoła, nawet czasem nie odpowiadał na powitania. Sunął jak czarna chmura gradowa.
-Dzień dobry, Agnieszka, mogę cię prosić na moment?- zapytał patrząc mi natrętnie w oczy.
-No nie bardzo, muszę się uczyć. Piszemy sprawdzian z matematyki...
-Ojj, to nie dobrze- przywołał beztroski ton, a charakterystyczny dla niego zwrot "ojj" przypomniał mi sobotę. -A może jednak?
-Nie.
-W takim razie po tej lekcji przyjdź do pokoju nauczycielskiego.
Zadzwonił dzwonek. Nauczyciel uśmiechnął się nieznacznie i poszedł na lekcje na pierwsze piętro. Czułam się okropnie, ale wiedziałam, że nie pójdę.
Powiedzmy sobie szczerze - sprawdzian zawaliłam. Nic nie pomogły opracowane do perfekcji z Aśką sposoby ściągania, bo ani ja, ani ona prawie nic nie napisałyśmy. Nie przejęłam się zbytnio prawie całowicie pustą kartką, bo złą ocenę ze sprawdzianu zawsze można poprawić.
-O Mamo, będzie rzeź- mruknęła Aśka po dzwonku na przerwę do Filipa, który siedział w ławce za nami. -Jak się matematyczka znowu na mnie uweźmie, to do końca roku z podłogi nie wstanę...
-Zawsze można dać jej zarobić i wprosić się na korepetycje- wtrąciłam.
-Wiecie dziewczyny... zawsze ja wam służę pomocną dłonią. Dla starych znajomych oferuję specjalne zniżki. Dla ciebie Asiu nawet za darmola- mrugnął okiem.
-Czy ja wyglądam na osobę, która chce się poddać autodestrukcji? Uczeń ślizgający się na dopuszczających nie znajdzie pomocy w uczniu, który również posiada takie stopnie- zaczęła wyciągać z torby książki do geografii.
-Ostatnio dostałem tróję- Filip uśmiechnął się szeroko.
-Bo ci podałam kartkę z obliczeniami!- przypomniałam mu dyskretnie ostatni sprawdzian. Był beztalenciem matematycznym w równym stopniu jak Aśka. Ja jeździłam przeważnie na 4. Przynajmniej się starałam...
-No wiesz!- fuknęła oburzona. -A mnie nie podałaś!
-Siedziałaś po drugiej stronie sali. Samolocika ci miałam puścić?
-Wiesz... jakiś pomysł to jest. Aga, ale czy ty nie miałaś pójść do pana Rafała?- zapytała wgryzając się w jabłko. Zawsze na drugie śniadanie jadła jabłko.
Udałam zdziwienie. Puknęłam się w czoło i warknęłam "zapomniałam...".
-Słońce, nie zdążysz. Za chwilę dzwonek. Nie zdążysz nawet na piętro wyjść. Ale nie martw się. Za godzinę jest polski. Przed lekcją możecie obgadać to co tam macie do obgadania.
-Na lekcji też- wtrącił Filip. -My się wcale nie obrazimy...
-Ale ja na przerwie idę do biblioteki- skrzywiłam się. Od początku liceum działałam w tzw. "kole bibliotecznym", czyli moimi obowiązkami było częste tam przebywanie, pomaganie w szukaniu książek, porządkowanie ich, odkurzanie i pomaganie bibliotekarce itp. Często na przerwach czytałam książki, lub też się uczyłam. W moim liceum biblioteka była dosyć spora, a ja przeważnie zaszywałam się między 7, a 8 regałem.
-W takim razie rób co chcesz.
Nie miałam najmniejszej ochoty na kolejną konfrontację z Rafałem. Teraz już chyba z zasady i z powodu dumy, bo w rzeczywistości nie chciałam niczego innego, tylko się z nim pogodzić. Przecież wszystko nie mogło runąć w jednym momencie. Kiedyś przyrównałam to do domku z kart. Zburzył się, a teraz nie ma go kto odbudować. Rafał chce, ale ja nadal tylko zbieram materiały.
Geografia jak zwykle szybko przeleciała. Nie lubiłam tego przedmiotu, ale mieliśmy taką sympatyczną nauczycielkę, że jak zaczęła żartować, to z uśmiechem na ustach na siłę spoglądało się do zeszytu. Najlepszymi nauczycielami była właśnie geograficzka, chemiczka i Rafał. Oni mieli fenomenalne podejście do młodzieży.
Zadzwonił dzwonek, a ja szybko ulotniłam się z klasy. Poszłam szybkim krokiem w stronę skrzydła, w który znajdowała się biblioteka. Skrzydło było rekreacyjne. Była świetlica ze stołami pingpongowymi, szachami, a obok sala telewizyjna. Strasznie lubiłam tą szkołę. Tutaj nie można się było nudzić.
-Dzień dobry- mruknęłam do bibliotekarki na powitanie. Podeszłam do biurka, a ona wręczyła mi kupkę czasopism do podbicia i ułożenia numerami. Była to praca lekka, łatwa i przyjemna. Szybko zniknęłam za siódmym regałem. Były to numery "cogito" i części jakiegoś albumu o malarzach, który często pożyczali uczniowie z kółka plastycznego.
Kiedy podbijałam czwarty numer "Wielkich Malarzy" poczułam kogoś oddech na szyi. Tajemniczy "ktoś" po chwili położył mi ręce na talii, a potem zaczął zjeżdżać nimi w dół. Nie miałam wątpliwości, kto za mną stoi. Odwróciłam się agresywnie i zrzuciłam jego ręce.
-Czemu mnie unikasz?- zapytał cicho i znów spróbował objąć mnie w talii. Zrobiłam krok w tył, zatrzymując się na stoliku, na którym leżały czasopisma. Był to jego kolejny głupi gest, który powodował u mnie dreszcze na plecach. Nie tyle jego dotyk, ale podmuch wydychanego przez niego powietrza.
-Zauważyłeś, że jesteśmy w miejscu publicznym i każdy nas może zobaczyć?
-Już nie dbam o to- powiedział sucho łamiącym głosem na granicy szeptu. Coś ścisnęło mi przełyk.
Odgarnął włosy do tyłu. Na szyi jak zwykle miał swój nieśmiertelny krzyżyk. Chwycił mnie za przeguby. Serce stanęło mi w gardle i cały czas miałam wrażenie, że ktoś stoi za Rafałem.
-Nie gniewaj się na mnie. Kocham cię...
-Rafał, co ty ze mną robisz?
-Nie rozumiem.
-Najpierw mówisz, że kochasz. Potem mówisz, że jesteś zajęty. Kiedy odbierasz telefon słyszę jakieś kobiece głosy, teraz znowu mówisz, że kochasz... Nie rozumiem cię. Robisz mi wodę z mózgu. Pogrywasz sobie ze mną...
-Nie. Nie pogrywam.- puścił moje dłonie i znów spiął brwi. W sercu poczułam wyrwę podobną do tej, jaką poczułam po obejrzeniu "Requiem dla snu". -Nie wyobrażasz sobie ile ja ryzykuję. Raz mnie z tobą zobaczą, a nie otrząsnę się do końca życia. A biorąc pod uwagę podobne przypadki wyląduję w kryminale, bo twoi rodzice oskarżą mnie o gwałt, albo nie wiadomo co jeszcze... Agnieszka, nie zmarnujmy tej całej misternie uknutej konspiracji- uśmiechnął się zachęcająco, a ja poczułam, że moje serce powoli się topi. Nienawidziłam takich scen przebaczenia.
Nic nie odpowiedziałam.
Przytuliłam się tylko do jego czarnej koszuli i przejechałam policzkiem po delikatnym zaroście. Delikatnie pocharował mi skórę, ale czując te nieprzyjemne, a zarazem wspaniałe uczucie, dopiero poczułam, że żyję. Czekałam aż mnie odepchnie i powie "No dobrze, dosyć tych czułości. Konspiracja musi trwać". Potem z biblioteki wyjdzie on, a po dzwonku ja, żaby nie wzbudzać podejrzeń.
Nie zrobił jednak niczego takiego. Rafał był odwrócony tyłem do ściany, nie widziałby, jeżeli ktoś by nas zobaczył. Mój wzrok padał prosto na ścianę. Jednak zamknęłam oczy, by nie wiedzieć, ale czuć. Po raz kolejny mu ufałam. Nie chciałam zburzyć tego pięknego momentu, żywcem wyjętego z pospolitej telenoweli.
Nie płakałam, ale nie mogę powiedzieć, że czułam się szczęśliwa.
Cieszyłam się, że już się pogodziliśmy, ale moje serce dziwnie przepełniał niepokój. W końcu Rafał przestał mnie przytulać. Zabierał ręce wodząc po moich ramionach, rękach, aż w końcu zakończył na dłoniach.
-Agnieszko, obiecasz mi, że nigdy więcej...
Zaczęłam przytakiwać głową. Teraz z kolei poczułam się jak marionetka, którą sterują emocje, a nie rozsądek, który hipotetycznie powinien być na pierwszym miejscu. Myślałam już, że odejdzie. Że pójdzie sobie, a spotkamy się dopiero za 10 minut na lekcji.
-Wiesz gdzie jest trzecia pracownia plastyczna? Tam gdzie spotykają się kółka pani Malczewskiej- zapytał w pewnym momencie. Zobaczyłam błysk w jego oczach.
-Nie mam pojęcia.- odpowiedziałam zgodnie z prawdą. -A o co chodzi?
-Jak pójdziesz na parter, to obok kuchni jest taka duża sala. Ona jest pusta i brzydka, bo miała tam być jadalnia, ale nie było na nią kasy, więc zatrzymali się i jej jeszcze nie urządzili. Po drugiej stronie korytarza jest sala z napisem "Art. 3". Wejdziesz do niej, a obok kranu zobaczysz drzwi z namalowanymi "Słonecznikami". Tam spokojnie porozmawiamy.
Przypominałam sobie układ szkolnych korytarzy. Kiedyś czekałam na Maję przed drzwiami tej pracowni. Już sobie przypomniałam jak do niej trafić.
-Ja już idę. Ty skończ te czasopisma i przyjdź za chwilę, ok.?
-Dobrze- uśmiechnęłam się. Miałam szczerą nadzieję, że wytłumaczy mi tą "Jolę". Szybko skończyłam podbijać czasopisma i oddałam je bibliotekarce. Zdziwiła się, że wychodzę, bo zawsze zostawałam do ostatnich minut przerwy. Sali szukałam już dłużej. Skręciłam w stronę kuchni, a potem wyszłam obok składziku na miotły. Ale w końcu zobaczyłam zniszczone drzwi z ręcznie malowanym napisem "Art. 3". Delikatnie nacisnęłam klamkę. W środku śmierdziało terpentyną i kurzem. Jedno okno było uchylone. Rzeczywiście sala była dosyć rzadko uczęszczana, bo w szkole były jeszcze dwie - o wiele lepiej wyposażone. Na ścianach wisiały śliczne obrazy namalowane rękami uczniów. Zazdrościłam im talentu plastycznego. Zawsze chciałam umieć malować.
-Co tak długo?- Rafał wyszedł z zaplecza z dłońmi złożonymi jak do modlitwy.
-Powiedzmy, że się zgubiłam...
-Wejdź do środka- powiedział cicho. Cała sytuacja wyglądała ch.olernie dwuznacznie. To dziwne, ale mama, kiedy znalazła moment wolnego czasu, zawsze przestrzegała mnie przed takimi sytuacjami. Ale mama nie wiedziała nic. Nie wiedziała o niczym... Byłam z Rafałem i widziałam powodu, dla którego miałabym nie wejść na zaplecze. Szłam wolno, ale było to spowodowane tym nowym miejscem. A może zapachem terpentyny, od którego zawsze kręciło mi się w głowie?
Na zapleczu było strasznie dużo dekoracji, szmatek, ściereczek, styropianu i innych plastycznych prepitetów. Pod oknem, zasłoniętym brzydką firanką stały dwa krzesła. "Usiądź" - powiedział Rafał zachęcająco. Zgodnie z polecaniem usiadłam na małym, niebieskim stołeczku. Zaraz potem Rafał spoczął na zielonym, obok mnie.
-Powiesz mi co się wczoraj działo?- zapytałam, podpierając głowę dłońmi.
-A co się miało dziać? Nie zaczynaj znowu, proszę cię.
-Był ktoś u ciebie?- drążyłam dalej.
-Nie u mnie, ale była Jola.
-Kto to jest Jola?
-Ojj Aga...- westchnął. -Mam ci wszystko ładnie wytłumaczyć?- przytaknęłam i zamrugałam nagląco powiekami. -A więc słuchaj uważnie. Jola to jest ta sąsiadka, od której pożyczyłem buty dla ciebie. I ona przyszła do mojego mieszkania, ale nie do mnie. Do Artura.
-To jest ta jego dziewczyna?
Wstał, zatrzasnął drzwi kantorka, a potem przekręcił w nich klucz.
-To na wypadek, gdyby ktoś zabłądził. A więc... Jola, to nie jest dziewczyna Artura, ale jakby to powiedzieć... często się spotykają. Mój współlokator już taki jest...
-I to takie proste?
-Znowu cię nie rozumiem.
-Przez takie coś odchodziłam od zmysłów? Tylko przez to, że przyszła do was sąsiadka?
-To ty sobie resztę dośpiewałaś...
Przysunęłam dłoń do czoła i przymknęłam powieki. To było niewiarygodne. Taka prosta i klarowna sytuacja, tak pozmieniała moje życie. Tyle niepotrzebnych myśli. Tyle niepotrzebnych słów, gestów i planów... Spojrzałam na Rafała. Uśmiechał się lekko, a nie związane dziś włosy, delikatnie opadały mu na zielone oczy. Nie mogłam uwierzyć, że taki facet patrzyła na mnie jak na kobietę. Położył delikatnie swoją dłoń na mojej. Zbliżyliśmy do siebie swoje twarze, a on tym swoim ukochanym gestem odgarnął mi włosy za ucho.
-Agnieszko... powiesz mi kim ja dla ciebie jestem?- zapytał szeptem, jakim posługiwał się w bibliotece. -Bo jeżeli powiesz, że jestem twoim chłopakiem, to zapewne dziwnie to będzie brzmiało w twoich ustach, kiedy będziesz siedziała przed o 10 lat starszym mężczyzną.
-Jesteś moim facetem- powiedziałam po chwili zastanowienia. Nie chciałam, żeby zabrzmiało to zbyt dorośle. Nie chciałam również bardzo odbiec od "chłopaka". Uśmiechnęłam się szeroko, a Rafał w odpowiedzi pocałował mnie w czubek nosa.
-A ty moją uczennicą- westchnął. -Spójrz jak nam to życie pokomplikowało. Gdybyś poszła do innego liceum, to by nie było takich problemów.
-Gdybym poszła do innego liceum, to nigdy byśmy się nie spotkali- zaczęłam gładzić jego szorstkie policzki. -Teraz jest dobrze.
-Ale mogłoby być lepiej.
Pocałował mnie delikatnie w usta. To właśnie w nim kochałam. Spokój, stateczność, ale zarazem to, że był naprawdę nieprzewidywalny. Zadzwonił dzwonek i oboje wstaliśmy jak oparzeni.
-No to na lekcję- nacisnęłam klamkę, ale dopiero, gdy drzwi nie ustąpiły przypomniałam sobie, że kilka minut temu Rafał je zamknął. Oparłam się o dosyć brudne drzwi i splotłam ręce. Mrugałam nagląco. Przecież nie mogliśmy się spóźnić na lekcję.
Rafał zrobił kilka kroków w przód i oparł dłonie na drzwiach, po obu stronach mojej głowy. Znów zapachniało jego perfumami, a od terpentyny i jego tajemniczych perfum poczułam niemiłe skurcze w żołądku.
-Może otworzysz już drzwi?- zapytałam, a on w odpowiedzi pomacał się po kieszeniach. W żadnej nie znalazł klucza. Zaklął pod nosem. Nie cierpiałam przekleństw, ale też byłam człowiekiem i w porywach gniewu czasem bluzgałam dookoła. Ujął moją twarz w dłonie i ponownie pocałował.
-Może byś poszukał klucza?- uniosłam brwi i przeszłam na bok o pół kroku.
-Jest na parapecie- spojrzałam na parapet okienny i rzeczywiście leżał na nim mały metalowy kluczyk z enigmatycznym napisem "Art. 3" również pisany ręką ucznia. -Ale przecież mamy dzisiaj ostatnie chwile dla siebie- szepnął tajemniczo.
"Godziliśmy się" kilka minut. Potem wychowawca uśmiechając się podszedł do parapetu i wziął kluczyk. "Jak mi się nie chce stąd iść" - szepnął mi do ucha i chwycił za rękę. Oparłam się o jego ramię, a potem przytuliliśmy się na pożegnanie.
Wyszliśmy z kantorka i znów poczułam kłujący zapach terpentyny. Rafał zamknął okno.
-Może byś się poprawił?- rzuciłam niepewnie i zaczęłam się śmiać. Włosy miał całkowicie rozczochrane, a krzyżyk wisiał mi gdzieś z tyłu szyi. Pominęłam to, że był cały pomięty.
-Ja?- poprawił sobie rzemyk. -To siebie chyba nie widziałaś- tym razem on uśmiechnął się szelmowsko. Przejechał ręką po swoich włosach, aby doprowadzić je do codziennego średniego nieładu. Potem podszedł do mnie i pocałował mnie w policzek.
-Spójrz na sobie... zobacz w ogóle jak ty wyglądasz... włosy rozczochrane, makijaż rozmazany...
-Nie maluję się do szkoły- wpadłam mu w słowo.
-Ojj Aga, chciałem tak ponadawać dla zasady. Dla mnie i tak zawsze wyglądasz ślicznie!
Wziął mnie za rękę i wyszliśmy z klasy. Włosy sobie związałam, bo nie miałam przy sobie grzebyka, a moja burza brązowych loków w stanie wolnym, teraz rzeczywiście wyglądała okropnie. Na korytarzach zrezygnowaliśmy oczywiście ze wszystkich gestów zakochanych. Po pierwsze, na co drugiej ścianie były kamery, a po drugie zawsze ktoś mógł wyjść zza rogu. Doszliśmy do hollu głównego, z którego na górę się szło do pokoju nauczycielskiego, a w lewo do sali w której miałam mieć lekcje.
-Jak myślisz? Lepiej wejść razem, czy osobno?- zapytałam, kiedy Rafał już chciał wychodzić na górę. Przystanął na chwilę i rozejrzał się dookoła.
-I tak wiedzą, że jesteśmy razem i że ci komentuję opowiadanie. Chyba lepiej będzie jak wejdziemy razem. Będzie to wyglądało bardziej naturalnie. Teraz poczekaj tutaj, ja tylko pobiegnę po teczkę i pójdziemy na lekcję, ok.?
Przytaknęłam, uśmiechnęłam się, a potem oparłam się o ścianę przy wejściu do skrzydła z salami. Odprowadzałam Rafała wzrokiem na pierwsze piętro. Już prawie zniknął mi z oczu, ale zobaczyłam, że przystanął. Zaraz potem kilka stopni w dół zeszły jakieś damskie szpilki. Potem stopniowo schodzili coraz bardziej w dół. W końcu zobaczyłam, że tą kobietą jest dyrektorka. Rafała nie widziałam - tylko nogawki jego spodki i wysoką postać dyrektorki. Rozmawiali, a pani Zawadzka co jakiś czas spoglądała na mnie. Odwracałam wtedy głowę i udawałam, że patrzę na drzwi do sekretariatu. W końcu przestali rozmawiać i usłyszałam stukot obcasów Zawadzkiej. Uczniowie mówili na nią "dżaga", gdyż jak na swój wiek ubierała się bardzo młodzieżowo i ekstrawagancko. Uwielbiała kolor różowy, a w całym liceum furorę zrobiły jej różowe kozaczki-szpilki Lasockiego w pięknym odcieniu majtkowego różu. Nie lubiłam jej. Mówiła zawsze z wyraźną manierą, zaciągając końcówki wyrazów, żeby podkreślić, że w ogóle nie chce się jej rozmawiać. Poza tym strasznie chciała dorównać chemiczce w poziomie solidaryzacji z uczniami. Na siłę używała ich slangu, sypała nieśmiesznymi żartami i tłumacząc jakiekolwiek rzeczy naśladowała wiodące powiedzenie chemiczki. Bezkonkurencyjne: "Jarzysz?" i przerywniki "Spoko, to wcale nie jest takie trudne".
-A ty dlaczego nie jesteś na lekcjach?- zapytała przechodząc obok mnie.
Szybko szukałam jakiejkolwiek odpowiedzi.
-Czekam na pana Rafała- odpowiedziałam bądź co bądź szczerze. Nie zdziwiła się, że usłyszała jego imię. Wszystkim kazał sobie mówić per Rafał, bo jak zawsze powtarzał: słowo pan go postarzało. A że on jeszcze się nie czuł staro zabraniał słowa "pan". Jednak nikt się nie mógł do tego ustosunkować, bo inni nauczyciele stale przypominali o szacunku dla nich jako dla starszych. Jedni mówili tak, drudzy tak. I to było na porządku dziennym.
-A po cóż takiego ci jest potrzebny pan Rafał- zwrot mocno zaciągnęła, co u niej oznaczało położenie akcentu na słowo. -do tego, żebyś poszła do klasy...?
-Ma mi przynieść ocenione opowiadanie na konkurs- powiedziałam cicho, ale wyraźnie wpatrując się w jej brązowe oczy i sztuczne rzęsy. Przytaknęła i postukała obcasem w posadzkę.
-Jestem bardzo dumna, że osiągasz sukcesy, ale może nie podkreślaj na każdym kroku, że jesteś gwiazdą, dobrze? Czasem może to zostać źle przyjęte.
-Nie rozumiem o co pani chodzi...
-Nie myśl sobie, że pan Rafał nie ma nic do roboty i że może stale sprawdzać, co napiszesz.
-Ja wcale tak nie myślę. Ale praca może pójdzie na konkurs i chciałabym, żeby była sprawdzona przez...- szukałam odpowiedniego słowa. -Fachowca...
W tym momencie usłyszałam, że Rafał zbiega po schodach.
-No chyba że tak...- westchnęła dyrektorka i z głośnym stukotem w stronę swojego gabinetu.
-Czego od ciebie chciała?- zapytał wychowawca od razu kiedy zauważył że Zawadzka zniknęła z pola widzenia. Zaraz potem skierowaliśmy się w stronę korytarza.
-Niczego konkretnego...
Rafał odruchowo chwycił mnie za rękę, ale szybko ją mu wyrwałam.
-Nie tutaj. Kiedy wyjeżdżasz do Tarnowa, Rzeszowa czy gdzieś tam gdzie masz jechać na święta?
-We środę wieczorem. Nie martw się, zdążymy się pożegnać- uśmiechnął się niepewnie. Chciał teraz wykonać jakiś gest. Przytulić mnie, pocałować, albo chociażby wziąć za rękę. Nie mógł zrobić niczego bo ten odcinek korytarza znajdował się pod czujnym okiem kamer.
Uwielbiałam lekcje prowadzone przez Rafała. On z nawet największego nudziarstwa potrafił pożartować, w efekcie czego osiągał chociażby te minimalne zainteresowanie tematem. Teraz przerabialiśmy cykl wierszy o "Panu Cogito" Herberta. Nie musiał żartować. Lubiłam poezję.
Przyzwyczaiłam się już do tych jego pół uśmieszków podczas lekcji i pozornie nic nie znaczących muśnięć dłoni, czy ramion. Były one na porządku dziennym i ślizgały się między zwykłym "przepraszam", a uśmiechem na twarzy. Po dzwonu rozstaliśmy się przy pomocy przelotnego spojrzenia.
-Co robisz po południu?- Aśka trąciła mnie w łokieć. Szybko przeleciałam moje dzisiejsze plany - raczej nic w nich nie figurowało. Wzruszyłam ramionami.
-Raczej nic takiego... a co zaplanowałaś?
-Myślałam tak sobie czy by się nie wybrać na małe zakupy przedświąteczne. Chciałam kupić prezenty, ale samej mi się zupełnie nie chce iść. Potowarzyszysz mi?
Fakt! Przecież gwiazdka już za kilka dni, a ja dla nikogo jeszcze nie mam prezentu! Spojrzałam za okno zarzucając torbę z książkami na ramię. Ani płatka śniegu. Co to będą za święta? Takiej straty po prostu nie będzie można przeboleć. Śnieg w zimie jest jak sól w daniu. W sumie nie musi jej być, ale gdy jest, mięso jest zawsze smaczniejsze. W zeszłym roku o tej porze już wdziewałam mój długi, zimowy płaszcz z kożuchem i strzepywałam z kołnierza śnieżynki.
-A gdzie miałybyśmy pójść?- zapytałam z błyskiem w oku. Jej pomysł był mi wybitnie na rękę. Już teraz zastanawiałam się co komu kupić. Co roku marzyłam o wyszukanych prezentach. Wyszukanych, oryginalnych i fenomenalnie nieprzydatnych. O małych rzeczach, które wywoływałyby uśmiech u otrzymującego je. Co roku jednak lądowałam z buteleczką perfum, krawatem i piórem. Teraz doszedł jeszcze prezent dla Rafała.
-Oscylowałabym za "Plazą". Tam zawsze coś można znaleźć... możemy jeszcze się do kina zapuścić- Aśka uniosła brwi. -Chociaż nie bardzo, bo na seans mi raczej nie starczy... a znając twoją rozrzutność, to i tak mi nie będziesz miała z czego postawić. To o której wyruszamy?
-Może koło 16, bo jeszcze zakupy muszę zrobić, obiad przyrządzić i przywitać się ze starszymi, jeżeli będą w domu.
Ze szkoły zazwyczaj wracałyśmy same, bo nikt nie wracał do domu tym autobusem co my. Nie musiałyśmy żartować z Filipa, czy wiecznie dogryzać Michałowi. Jechałyśmy same i mieliśmy czas na gadanie, bo jechałyśmy dosyć długo. Najpierw wysiadała ona, a na ostatnim przystanku ja.
Dziś omawiałyśmy sylwestra. Jej rodzice i dziadkowie jechali na wieś na sylwestra, bo tam, w domu strażackim brat jej dziadka co roku organizował bale, na które rzecz jasna dostawali darmowe wejściówki. Asia już nie jeździła z nimi na nie już chyba od czterech lat. Zawsze wkręcała się gdzieś na imprezy, ale w tym roku dojrzała, aby urządzić imprezę u siebie. Oczywiście w pełnej konspiracji, bez wiedzy rodziców. Wiedziałam, że zabawa będzie wspaniała. Ta dziewczyna potrafiła rozkręcić nawet najbardziej nudną imprezę. Tego też jej zazdrościłam.
Pożegnałyśmy się i przyjaciółka wyszła statecznym krokiem z autobusu. To wspaniałe, że przy jednych osobach czujesz się ogromnie swobodnie. Wygłupiasz się, śmiejesz bez pamięci, żartujesz i mówisz wszystko co ci ślina na język przyniesie. To są właśnie przyjaciele. Mówisz głupoty i wiesz, że zorientują się, jeżeli będziesz mówił nieprawdę. Potem się uśmiechną i nakażą wrócić na ziemię. Dlaczego przy Rafale nie czułam się tak swobodnie? Dlaczego musiałam uważać na każde wypowiedziane słowo i na każdy wykonany gest? Przy nim nie wypadało śmiać się z byle czego. Przy nim byłam stateczniejsza i spokojniejsza. Dlaczego?
W domu byłam kilka minut przed trzecią. Wstąpiłam jeszcze do sklepu naprzeciwko mnie i kupiłam kilka sprawunków, które przydałyby mi się przy pichceniu obiadu. Porcji tylko dla siebie, bo szczerzę wątpiłam w to, czy w domu będzie ktokolwiek. U nas tradycją było jadanie posiłków o kosmicznie rozbieżnych porach i rzecz jasna nie jadanie ich wspólnie. Jak co jakiś czas zdarzał się jakiś obiad jedzony razem i tak był on "wilczą wieczerzą" bo nie było o czym rozmawiać. Takie to już były uroki naszej rodziny.
Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Jak zwykle owionęła mnie błoga cisza i lekki zapach kurzu. Zawsze tak w zimie pachniało w przedpokoju. Był to efekt ogrzewania się zakurzonych kaloryferów. Rzuciłam tornister obok szafki na buty i ściągnęłam adidasy. Prawie zawsze w nich chodziłam - nawet czasem po śniegu. Ubierałam je co dzień z przyzwyczajenia, a potem zapominałam, że miałam wyciągnąć botki z kożuchem.
Siatki z zakupami zostawiłam w kuchni, a potem poszłam na obchód domu. Ku mojemu zdziwieniu Karolina siedziała w swoim pokoju i z porozkładanymi segregatorami na kolanach, słuchała muzyki przez swoje ogromne słuchawki. Szturchnęłam ją lekko w kolano.
-Cześć młoda, już wróciłaś?
-Jak widać. Chcesz coś przekąsić? Kupiłam materiały na bagietki.
-Na bagietki zawsze, tylko ja chcę ser edamski, bo innych nie toleruję- uśmiechnęła się krzywo. Była strasznie podobna do taty. Ten sam nos, kolor włosów i oczu. Ja byłam "cała mama" jak to ładnie określiła kiedyś babcia. Szybko zrobiłam bagietki dodając oczywiście dwa razy więcej pieczarek niż powinnam tylko dlatego, że uwielbiałam grzyby. Aśka wpadła po mnie piętnaście minut po 16.
-Z przyzwyczajenia nie oczekiwałam cię punktualnie- powitałam ją w drzwiach, już okręcając szalik wokół szyi. -Stój gdzie stoisz, już wychodzę.
-Nie ma to jak miłe powitania- westchnęła i oparła się o framugę drzwi. -Zawsze mi takie serwujesz... ale nie martw się, już się przyzwyczaiłam. Wiesz już co kupujesz?
-Nie mam pojęcia!- oznajmiłam z mściwą satysfakcją. -Karolina! Ja już idę, powiedz mamie, że jestem pod komórką- krzyknęłam w głąb domu i głośno zamknęłam za sobą drzwi.
Szybko znalazłyśmy się w "Plazie". Lubiłam tam być, a szczególnie spoglądać przez wielkie okno obok Fantasy Parku, które dawało piękny widok na jezioro tuż przy budynku. Miałam łatwiejsze zadanie od Aśki. Ona musiała kupić prezent dla rodziców i dziadków. Ja tylko dla rodziców i Karoliny. Na dobry początek zjadłyśmy coś w chińskiej restauracji. Potem jakoś poszło.
-Już mam wszystkie prezenty, tylko nadal tego dla Łukasza brak...
Usiadłyśmy na ławce. Ja miałam już kupiony dla mamy ładny łańcuszek, dla taty wiersze Pilcha. Dla Karoliny i Rafała nadal nie miałam nic.
Na zewnątrz było już ciemno, a od tafli jeziora odbijały się światła latarni. Uwielbiałam taki klimat. Uwielbiałam również włóczyć się nocą po mieście. Nagle zaczęła mi dzwonić komórka.
-Mamusia sobie o mnie przypomniała...- powiedziałam cicho i odgarnęłam włosy opadające mi na twarz. Wyciągnęłam mały telefon komórkowy z kieszeni, ale na ekraniku zamiast napisu "dom" mrugał napis "Rafał". Spojrzałam niepewnie na Aśkę, ale odebrałam.
-Słucham.
-Cześć Złoto- usłyszałam w słuchawce cichy głos Rafała, a w tle dla odmiany słychać było wycie wiatru. Na pewno był na jakiejś otwartej przestrzeni. -Gdzie jesteś?
-Na zakupach z Aśką, a co?
-Bo tak sobie myślałem czy byśmy się nie mogli spotkać- już widziałam przed oczyma ten jego charakterystyczny szelmowski uśmiech. Nie musiał przede mną stać, abym wyobraziła sobie jego sylwetkę, włosy, krzyżyk na szyi, czy chociażby ten uśmiech.
-Nawet nie wiesz jak żałuję, ale dzisiaj nie. Nie mogę. Z rodzicami się w ogóle nie widziałam, a zakupów za nic nie przerwę zanim nie kupię wszystkiego.
-A co kupujecie? Już kreacje sylwestrowe?
-Żartujesz chyba! Inne zakupy są natenczas ważniejsze- uśmiechnęłam się nieśmiało do czubka mojego adidasa. Rozmawiając przez telefon zawsze zataczałam niezliczoną ilość kółek i zawsze uważnie obserwowałam podłogę.
-W takim razie kiedy moglibyśmy się spotkać? Jednak jadę po południu - od razu po uroczystościach w szkole.
-Jutro- powiedziałam pewnie. -Na wagary na pewno się nie zgodzisz, ale za to co powiesz na popołudnie i wieczór?- zaczęłam bawić się w organizatorkę. Jutro rzeczywiście był jedyny dzień. Posprzątać mogłam w środę, albo w czwartek. Rafał we środę już jechał, więc rzeczą oczywistą jest to, że musimy się pożegnać. Rozłąka na tak długi czas... wcale mi się to nie uśmiechało. Jednak w porównaniu z rodziną, wiedziałam, że jestem na straconej pozycji.
Pożegnaliśmy się i szybko schowałam komórkę.
-No to co robimy?
-Ja już wiem, co kupię. Chodź ze mną...- szarpnęłam ją za rękę i szybko zbiegłyśmy na najniższą kondygnację budynku. Tuż obok wyjścia stało małe stoisko z różnymi drobiazgami - w sam raz na mało wyszukany prezent. Jeździłam palcem po szybie za którą były poukładane drobiazgi w poszukiwaniu interesującej mnie rzeczy. Wśród różnych figurek indyjskich bożków, brzydkich świeczników i koralików wreszcie znalazłam drewniany krzyżyk. Był zdecydowanie ładniej wykrojony niż ten, w którym Rafał chodził do tej pory. Aśka uśmiechała się krzywo, bo sceptycznie odnosiła się do takiego typu sklepików. Dopasowałam odpowiedni rzemyk i sprzedawczyni oddała mi malutki pakuneczek.
-Dziecko, na łatwiznę schodzisz...- westchnęła moja przyjaciółka, gdy odeszłam od stoiska i wkładałam zakup do torebki. -Takie brzydactwo kupujesz?
-Nie podoba ci się? Bo mi się bardzo podoba i wiem, że on byłby bardziej zadowolony z tego krzyżyka niż z zestawu perfum adidasa- prychnęłam i z powrotem wyjęłam krzyżyk. Dotykałam palcami idealnie gładkie drewno i ostre krawędzie krzyżyka. Jeżeli nawet nie będzie w nim chodził, to sobie go zostawi na pamiątkę. Może kiedyś sobie przypomni, że była kiedyś tam taka Agnieszka, która mimo wszystko go kochała... Zawsze każdy związek skazywałam na niepowodzenie. Nigdy nie myślałam, że z Rafałem, czy Filipem wezmę ślub. Przewidywałam koniec związku i każdą minutę z nimi chciałam wykorzystać jak najbardziej. Z Filipem, to była pomyłka, zaś Rafał teraz jest na pierwszej pozycji w moim sercu. Ale wiedziałam, że związek prędzej czy później się rozpadnie.
-Ale ja nadal nie wiem co kupić Łukaszowi.
-Chodźmy do jubilera- ponownie szarpnęłam ją za rękaw i pociągnęłam w stronę ruchomych schodów. -Karolinie kupię kolczyki - okropnie lubi takie wymyślne wkrętki!- przypomniał mi się dzień, kiedy przypadkiem spotkałyśmy się w centrum, a ona przeglądała kolczyki w kształcie małych sówek, potem ślimaczków, a jak już miała pójść to oglądała wkrętki w kształcie króliczka playboya.
-Ale ja nadal nie mam niczego dla Łukasza!- warknęła i ręką zmierzwiła sobie włosy.
-Ojejku, przecież możesz kupić perfumy, albo nie wiem... serduszko do przełamania na pół... co bądź - jest masa możliwości!
-Tylko żadna dla mnie. Ja chcę być niebanalna- uśmiechnęła się szelmowsko i uniosła lewą brew.
Zakupy skończyłyśmy wieczorem. Rzecz jasna Aśka nic nie kupiła swojemu chłopakowi. Była perfekcjonistką i ta cecha nie pozwoliła jej kupić żadnej rzeczy zaproponowanej wcześniej przeze mnie. Wróciłam do domu o 19, bo jeszcze chwilę siedziałam u Aśki.
Drzwi były otwarte. Ostatnio często zapominają je zamykać - szczególnie rodzice. Tylko ja i Karolina dbamy o bezpieczeństwo domu.
-Nie dość, że się rano z nami nie przywitałaś to jeszcze wracasz do domu w nocy!- powitała mnie mama od razu, kiedy przestąpiłam próg domu. Jej jasne włosy jak zwykle okalały jej drobną twarz i były delikatnie podkręcone na końcach , nie wiem sama jak jej się udawało stale wyglądać perfekcyjnie.
-No cóż mamo, nie moja wina, że macie taki tryb życia... jest coś na obiad?
Weszłam do kuchni i buchnął na mnie zapach kurczaka pomieszany z jakimś ostrym aromatem przypraw. Tata siedział przy stoliku z rozłożoną gazetą i pił małymi łykami kawę. Odruchowo wskoczyłam na blat.
-Aga, złaź.
Mama nie znosiła tego mojego przyzwyczajenia. Tata nie ingerował w moje wychowanie.
-Mamooo- uśmiechnęłam się i wciągnęłam nosem aromat dymiącego sosu. -Stanęłaś na wysokości zadania. Jest jakaś okazja?


CDN.

Data:

 kontynuowane

Podpis:

 hermenegilda

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=12498

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl