DRUKUJ

 

Nocny Pianista II, III i początek IV

Publikacja:

 05-02-20

Autor:

 Pani Snape
II
Każdy szanujący się, londyński arystokrata znał nazwisko Gautain. Należało ono do znakomitego, francuskiego rodu Gautainów, którzy od bardzo dawna wykupywali i dzierżawili najbardziej okazałe, angielskie dwory. Najstarsi przodkowie owego rodu słynęli ze swego okrucieństwa wobec służących i swoich poddanych, jednak z latami ten stereotyp zaniknął. Dobrze się stało, bo lord Edward Gautain był człowiekiem bardzo wrażliwym i prędzej odebrał by sobie życie, niż kogoś skrzywdził. Wynikało to z jego przywiązania do wiernych towarzyszy życia codziennego, jakimi byli mieszkańcy domu i sentymentu do swoich dzieci, które uwielbiały wszystkich domowników, nawet tych z niższej klasy społecznej. Lord Edward miał szczęście być ojcem dziewiętnastoletniej Veronici i dwudziestopięcioletniego Harry’ ego. Harry był inteligentnym chłopcem, ale po skończeniu wymaganej w jego wieku szkoły, nie kontynuował dalszej nauki, tylko zaciągnął się do wojska. Tam również wykazał się swoimi umiejętnościami, nie tylko logicznymi i w krótkim czasie awansował na stanowisko oficera. Nie spieszno mu było się żenić. Lubił korzystać z wszelkiego rodzaju rozrywek i choć był odpowiedzialny w związku ze swoim statusem oficera, to jak dotąd, w jego zamyśle o małżeństwie nie mogło być mowy. Jak każdy mężczyzna w jego wieku, chował pod skorupą chłodu i rezerwy, prawdziwie wrażliwą naturę.
Jego zupełnym przeciwieństwem była Veronica. Ta nigdy nie przestawała ujawniać na każdym kroku swojej wrażliwej duszyczki i wesołego usposobienia. Była oczkiem w głowie ojca. Lord Gautain miał wobec niej wielkie plany, ale dziewczynka okazała się niezbyt chętna do nauki. Miała naturę iście filozoficzną i czasem melancholijną, ale była zbyt wielką marzycielką i przyziemne sprawy, związane z edukacją ją nie interesowały. Jej wielką pasją była gra na fortepianie, przy akompaniamencie własnego śpiewu. Z początku ojciec traktował to bardzo pobłażliwie, ale jej zamiłowanie do muzyki tak bardzo ją pochłaniało, że pewnego dnia po prostu zabronił jej grać. Nie odezwała się do niego przez równy miesiąc. Widząc jednak, w jakie przygnębienie ją wpędził, cofnął swój zakaz. Ten długi czas ich rozłąki duchowej dał wiele do myślenia Gautainowi. Postanowił wypromować talent córki.
Veronica nie była piękną dziewczyną, nie wyróżniała się urodą. Miała ciemne, długie włosy, zwykle upięte w misternie pleciony kok lub rozpuszczone i lekko spięte ku górze. Owe fryzury miały na celu dać złudny efekt jej wysokiego wzrostu. Mężczyźni cenili sobie chude, wysokie dziewczęta, a Veronica do nich nie należała. Cechowały ją krągłe, kobiece kształty i średni wzrost. Charakterystycznym elementem jej twarzy był zadarty, trochę szeroki nos i blada, porcelanowa cera. Wielu jednak, łącznie z jej ojcem i bratem miękło na widok szarozielonych, przenikliwych oczu. Mało kto potrafił wyrazić taką głębię i jednocześnie świdrować na wylot rozmówcę, patrząc mu pretensjonalnie w oczy. Wymienione cechy nie wystarczyły jednak, żeby Veronica Gautain mogła zaistnieć w wielkim świecie. Miała ponoć wielki talent, ale żeby inni mogli się o tym przekonać, trzeba było ją skutecznie wypromować. Dlatego też troskliwy ojciec podjął w tym celu odpowiednie kroki. Zaczęło się bardzo niewinnie. Zabierano ją na przyjęcia do znajomych, zjazdy rodzinne, pikniki, uroczystości. Przy każdej okazji Veronica umilała czas zebranym gościom swoją grą i śpiewem. Wkrótce stała się bardzo znana w kręgu znajomych. Nie było nikogo, kto nie pochwaliłby szczerze jej muzycznego talentu. Wuj Veronici, znawca w dziedzinie muzyki, oświadczył z całym przekonaniem, że jego bratanica ma niespotykany głos. Zapewniał, że dziewczyna powinna wykorzystać swój talent jako śpiewaczka operowa. Nie był jednak w stanie określić w jakiej on miał być tonacji. Niektórzy upierali się że alt inni, że sopran. Jedno pozostało faktem. Veronica była znakomita w swojej dziedzinie i kochała swoją pasję. Pozostało tylko czekać na życiową szansę, która z pewnością dopiero miała nadejść.
***
Pod koniec września dom Gautainów całkowicie opustoszał. Jak co roku o tej porze, rodzina pozostawiała swoją letnią rezydencję i przenosiła się do cieplejszego mieszkania w centrum Londynu. Veronica nigdy nie była rada z tych corocznych przeprowadzek. Miała wielu znajomych w mieście, ale źle czuła się wśród londyńskiej elity pań, których jedynym zajęciem były nieustanne plotki, przy popołudniowej herbacie. Niestety na plotkach owe spotkania się nie kończyły. Starsze i ponoć bardziej doświadczone damy starały się pouczać młodziutką Veronicę. Udzielały jej wielu cennych rad, dotyczących życia, małżeństwa i bezczelnie wypytywały ją, który z mężczyzn spodobał się jej na tyle, by mogły pomagać w charakterze swatek. Tak naprawdę Veronicę nie obchodziły żadne plotki ani pomoc w przyszłym zamążpójściu. Nie zamierzała się żenić i nie zwracała uwagi nawet na przystojnych kolegów z wojska, których często przyprowadzał jej brat. Jej marzeniem nie było założenie udanej rodziny, ale uznanie w świecie muzyki i wielka sława. Nic, prócz pasji i miłości do rodziny nie zajmowało miejsca w jej sercu.
Veronica miała swoje dwie, ulubione pokojówki: Mary i Susan, które zawsze towarzyszyły jej w każdej podróży. Tylko im powierzała swoje sekrety i myśli. Susan i Mary były siostrami i uwielbiały okupować fortepian Veronici, gdy ta grała i śpiewała wesołe melodie. Traktowały ją jak bóstwo i chętnie pobierały lekcje śpiewu. Dla nich Veronica była uosobieniem piękna, talentu i wrażliwości. Bardziej rozważna od swojej siostry, Susan potrafiła jednak skutecznie sprowadzić na ziemię rozmarzoną Veronicę i uświadomić, że sam talent nie wystarczy, by osiągnąć wielką sławę. Nie miała jednak do końca racji. Nad jej panią czuwał dobry anioł muzyki i zawsze kierował ją na właściwą drogę. Veronica głęboko wierzyła, że to właśnie za jego sprawą stało się to, co miało miejsce pewnego słonecznego, wrześniowego popołudnia.
Po środku wielkiego pokoju, wśród panującego w nim bałaganu stał czarny fortepian. Tuż obok niego pełno kartonów z ubraniami, butami i innymi bibelotami. Po pokoju biegały dwie, rudowłose dziewczęta, wyrywając sobie jedwabny materiał.
- To moje! Nie widzisz, że panienka złożyła to na moje ręce? – odezwała się wyższa dziewczyna.
Niższa zrobiła się czerwona jak burak.
- Jesteś wielką kłamczuchą, Susan! Sama widziałam jak...
- Nic nie widziałaś! Zawsze ci się wydaje, że jak już coś widzisz...
- Spokój, dziewczęta! – do pokoju weszła Veronica. Ubrana była w delikatną, niczym pajęcza nić, koronkową, białą sukienkę. Ciemne, długie włosy spokojnie spoczywały na ramionach. Uśmiechnęła się do zaskoczonych dziewczyn.
- Jak zaraz nie przestaniecie się kłócić, to zabiorę tę sukienkę i nie zagram dla was mojego nowego utworu.
Mary i Susan natychmiast przestały wyszarpywać sobie suknię i lekko się skłoniły.
- Co nam zagrasz? – Susan pierwsza dopadła do fortepianu i bezceremonialnie oparła się o niego.
- A ja wiem, a ja wiem! – zaśmiała się wesoło Mary i zaczęła podskakiwać na jednej nodze. – Prawda, Veronico? – uśmiechnęła się przekornie i zdjęła z nóg buty, które ją uwierały.
Gdziekolwiek się nie znajdziemy.
Pieśni Veronici będą z nami.
Ona nigdy nie zdradza swoich sekretów.
Ale ja je znam. Znam wszystkie jej sekrety!
Nie ukryje ich przede mną!

- Nie bądź taka mądra, Mary! – zaperzyła się Susan, wyraźnie zazdrosna o to, że wie mniej od siostry.
Veronica okręciła się w kółko i wyciągnęła z kartonu aksamitny szalik, owijając go wokół szyi.
Tak, mam wiele sekretów.
Wszystkie mi drogie, niczym ojcowska miłość.
Myślicie, że je znacie?
Nie, ja wam mówię, że nie!

Susan odskoczyła od fortepianu jak oparzona.

Powiedz nam Veronico, powiedz!
My wierne twe towarzyszki nie zdradzimy nic.
Powiedz nam, powiedz o nasza pani!

Veronica uśmiechnęła się szelmowsko.

Słuchajcie mnie dziewczęta, słuchajcie.
Wszystko mam co tylko można mieć.
I wy o tym wiecie.
A jednak mi czegoś tak bardzo brakuje.
Tak bardzo, że co noc śnię tylko o tym.

Pokojówki owinęły Veronicę szalem, tańcząc wokół niej.

Powiedz nam, powiedz!

Veronica już nieco zdenerwowana zachłannością swoich przyjaciółek, szarpnęła mocno, rozrywając delikatny szal na dwie połowy.

Będę sławna, będę, wierzcie!
W tym pokoju o tej porze wam to mówię.
Potrzeba mi tylko Mistrza, Mistrza Muzyki!
On będzie ze mną śpiewał i grał...
Będzie mnie pieścił swym głosem...
Będzie mnie uczył, ucząc i siebie...
Będzie kochał mą pasję, zachłannie jej pragnąc...
Będzie wymawiał me imię z łagodnością mej jedwabnej sukni...
Czyniąc je najpiękniejszą z melodii...
Już zawsze i na zawsze...

Veronico, śnisz na jawie!
Twoja historia nie może stać się prawdziwą!

Veronico, mówisz od rzeczy!
To do ciebie niepodobne!

Mój Mistrz Muzyki mnie znajdzie!
Uczyni mnie muzyką samą w sobie!
A wy możecie mi nie wierzyć...
Mój Mistrz mnie odnajdzie!

Mary i Susan zamilkły na chwilę, urzeczone głosem Veronici. Ta, mile zaskoczona, wykonała kilka spektakularnych piruetów.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. W drzwiach stanął lord Gautain. Uśmiechnął się szczerze na widok rozchichotanych, wesołych dziewcząt.
- Kochanie, wuj przyjechał. Ma ci do przekazania ważną wiadomość.
Veronica przestała tańczyć i utkwiła w ojcu swoje badawcze spojrzenie.
- Dziewczęta – zwrócił się do pokojówek – ogarnijcie ten bałagan. Chodź, kochanie. Wuj nie ma nieograniczonej ilości wolnego czasu.
Wuj Veronici, Edward, był znanym i szanowanym ekspertem w dziedzinie muzyki. Sam skomponował wiele pięknych utworów. Niestety natura nie obdarzyła go dobrym głosem, dlatego też ograniczał się jedynie do grania. Był to już starszy, posiwiały mężczyzna, wciąż jednak budził zachwyt wśród starszych pań. Niestety słynął z zatwardziałego kawalerstwa i jak dotąd nic nie zmieniło jego zdania w kwestii małżeństwa. Lord Gautain był przekonany, nie bezpodstawnie, że Veronica ma wiele cech jego brata.
Edward Gautain stał teraz w salonie, wsparty na eleganckiej lasce, która na szczęście służyła mu jedynie jako ozdoba.
- Moja mała Veronica, jak miło cię znów widzieć! – uścisnął serdecznie swoją bratanicę.
- Witaj wujku, jakież to wieści ze sobą przynosisz? Tato mówił, że ponoć bardzo ważne.
- Och, tak, ale najpierw usiądźmy.
Usiedli w przepastnej sofie. Wuj Edward wsparł brodę na swej lasce i uważnie przyglądał się Veronice. Milczeli przez dłuższą chwilę.
- Czy byłabyś gotowa dać występ przed całą, w dosłownym tego słowa znaczeniu, arystokracją miasta?
Oczy Veronici rozszerzyły się lekko.
- O czym mówisz, wuju?
- Udało mi się przekonać dyrektora filharmonii, który zgodził się, byś zagrała podczas koncertu charytatywnego, za miesiąc.
- Och... – tylko tyle Veronica zdołała z siebie wykrztusić.
- Wiem, że to dla ciebie szok, ale wiedz, iż to może być twoja wielka szansa! Możesz stać się sławna. Masz talent, moje dziecko.
Veronica rzuciła się na szyję wuja.
- Dziękuję... nie wiem co powiedzieć.
- Nic nie mów – poklepał ją po plecach. – Po prostu wybierz swój najlepszy utwór i za dwa dni zjaw się w filharmonii. Będziesz trenowała pod okiem naszego dyrygenta. Musisz się przecież zgrać z całą orkiestrą, która będzie ci towarzyszyć podczas koncertu.
- Będę... będę grać razem z całą orkiestrą?
- Tak, naturalnie. Sam fortepian nie oczaruje publiczności. Dlatego ćwicz swój głos, ćwicz.
- Obiecuję, wujku! Będziesz ze mnie dumny, przysięgam!
- Tak myślę, kochanie.
W kilka minut później Veronica wbiegła do swojego pokoju, jak pod wpływem transu.
- A nie mówiłam!? – krzyknęła na widok osłupiałych twarzy swoich pokojówek.
Tak, tego dnia Veronica była najszczęśliwsza osobą na świecie. Dostała od życia szansę i nie zamierzała jej zmarnować. Nikt nie potrafił dostrzec w tym cienia złego przeczucia. To był po prostu łut szczęścia, który zaczął się całkiem niedawno i zdawał się nie mieć końca. Ale trzeba pamiętać, że wszystko na świecie ma swój koniec i to w najbardziej niespodziewanych momentach naszego życia.

III
Londyńska filharmonia była monumentalnym, z zewnątrz gotyckim budynkiem, który zajmował co najmniej kilka dużych ulic. Z wyglądu zewnętrznego nie budziła żadnej sympatii. Jej szczyt zdawał się sięgać wyżej niż chmury, a na każdym rogu balkonów widniały złowrogie, wyrzeźbione postacie, które, jak twierdzili co po niektórzy, miały strzec budynku przed siłami zła. Trudno było określić co owe postacie przypominały. Tylko jedna z nich była rozpoznawalna przez wszystkich. Mieściła się tuż na froncie, nad wielkimi drzwiami wejściowymi. Jej zielone ślepia co noc iskrzyły się w blasku księżyca. Była to olbrzymich rozmiarów, kamienna chimera. Przesądni bywalcy filharmonii uważali, że nie bez powodu została zamieszczona akurat nad wrotami budynku. Tak, wrotami, bo drzwi wielkości przeciętnej kamienicy nie można było nazwać po prostu drzwiami. Chimera miała być ostrzeżeniem dla tych, którzy chcieliby włamać się do środka, skraść co nieco albo co gorsza zniszczyć budynek. Niemal każdy, zwłaszcza ten, który pierwszy raz miał zaszczyt gościć w filharmonii, musiał stanąć przed wejściem i spojrzeć z zachwytem w górę. Wtedy uśmiech zachwytu zamieniał się w trwogę na widok ślepi chimery, które zdawały się mówić: „Wchodzisz na własne ryzyko.”
Na frontowych drzwiach budowli widniał wyrzeźbiony napis w języku łacińskim: „Exoriare aliquis nostris ex ossibus ultor. Mundus vult decipi, ergo decipiatur et pereant qui ante nos nostra dixerunt.” Znaczyło to nie mniej, nie więcej niż: “Niech z naszych kości narodzi się mściciel. Świat chce być oszukiwany, niech więc go oszukują i przepadną ci, którzy te słowa wypowiedzieli przed nami.” Dostarczyło to plotek wielu pokoleniom ludzi, którzy w pewnym okresie w ogóle nie mieli ochoty przekraczać progu filharmonii. Na szczęście nie wszyscy wierzyli plotkom oraz zwykłym domysłom i z upływem lat zaczęto masowo uczęszczać na koncerty, zwłaszcza, że nic złego nie wydarzyło się tam od dwustu lat. Tak, o filharmonii było wiadomo tylko tyle, że została zbudowana dwieście lat temu, z inicjatywy władz miasta i hojnych sponsorów. Nic poza tym ciekawego nie można było wyszukać w historii tego kulturalnego zabytku. Jedyną ciekawą rzeczą było to, że gdy sto lat temu wybuchł pożar w sąsiednim budynku, filharmonia nie ucierpiała nawet w jednym calu. Spłonęły wszystkie sąsiednie domy, a wręcz prawie cała ulica. Budynek filharmonii jak stał, tak stał, a oczy kamiennej chimery odbijały blask trawiącego budynki ognia. Ludzie, którzy stracili wtedy dach nad głową, znaleźli schronienie wśród ścian niezniszczalnej filharmonii i odtąd zaczęto ją darzyć kultem, graniczącym z czcią. Pojawiło się wiele uzdolnionych ludzi i tak oto, rozwinęło się tam centrum kulturalne Londynu. Historia krótka, treściwa i mało nadzwyczajna, jednak zawsze jakaś.
Pod koniec słonecznego, wrześniowego popołudnia, Veronica Gautain stanęła przed wrotami owej filharmonii i jak zwykle spojrzała w górę, prosto w oczy chimery. Mimo to na jej twarzy niezmiennie widniał szczery uśmiech.
Wnętrze filharmonii można było zaliczyć jako ósmy cud świata. Holu wejściowy był tak ogromnych rozmiarów, że pomieściłoby się tam kilka domów. Podłoga, jak i schody wiodące w górę i w dół, były z czystego, jasnego marmuru, dodatkowo wyłożone aksamitnym, bordowym dywanem, ze złotymi obszyciami. Marmurowe poręcze, nosiły ślady ozdób z czystego złota, w kształcie motywów roślinnych. Na ścianach wisiały w niezliczonej ilości dzieła sztuki malarskiej, wliczając arrasy i inne rzeczy, warte kilka tysięcy funtów każde. Sufit, ozdobiony kolorowymi freskami rozjaśniał cały hol. U jego szczytu widniało kilkadziesiąt pomniejszych żyrandoli, z czystych kryształów. Okna, gigantycznych rozmiarów, przyozdobione były bordowymi kotarami, obszywanymi złotymi nitkami. Trudno powiedzieć czy pałac królewski był bardziej urzekający i pachniał większym przepychem. Jednak hol nie był wszystkim, co prezentowała sobą filharmonia. Składała się ona z kilku, ogromnych sal, ośmiu garderób i mniejszych pomieszczeń. Najbardziej reprezentacyjny był hol, sala balowa oraz wielka sala koncertowa, w której jak sama nazwa wskazuje, odbywały się wszelkie koncerty. To właśnie w niej Veronica, za niecały miesiąc, miała mieć swój wielki debiut.
Sala koncertowa mieściła tysiąc miejsc siedzących na dole i dziesięć loży, w tym trzy największe, ze specjalnym widokiem dla szanowanych gości. Każdy fotel w sali miał bordowe, jedwabne obicie i złote poręcze z ozdobami. Cała sala miała kształt koła, z centralnym miejscem na scenę główną, której podest był zbudowany ze specjalnego gatunku drewna, przywiezionego z zagranicy. Cała konstrukcja była tak zbudowana, by bez problemu odbywały się jakiekolwiek przedstawienia, nawet z udziałem ognia czy żywych zwierząt. Ściany przyozdobione były złotymi figurami, rzeźbami i obrazami w złotych ramach. Sufit, podobnie jak ten w holu, pysznił się swoimi nieziemskimi freskami. Środek sali był jakby „przecięty” schodami, wyłożonymi dywanem, prowadzącymi od wejścia głównego na salę, aż pod samą scenę. W każdym rogu sali mieściły się specjalne miejsca dla strażników, którzy podczas każdego koncertu pilnowali porządku. Było to całkiem zbyteczne, gdyż nigdy nie nastąpiły żadne, poważniejsze incydenty.
Jednak to, co od razu przykuwało uwagę przy wejściu, mieściło się po prawej stronie sceny. Stały tam ogromne organy, wokół których ustawiono mnóstwo krzeseł i instrumentów. Tak, to były najważniejsze miejsca w całej tej scenerii. Miejsca dla członków orkiestry. Tuż przed nimi wznosił się wysoki podest dla dyrygenta. Największy podziw budziły jednak organy, które rzadko kiedy wykorzystywano, ale które swoim wystrojem mówiły same za siebie. Obie strony owych organów uwieńczały dwie, potężne figury złotych aniołów z harfami w rękach. Struny harf były jak najbardziej prawdziwe i kto tylko umiał grać, mógł ich dotknąć.
Scena w ciągu dni roboczych była osłonięta bordową kurtyną, wyszywaną złotymi wzorami. Jednak tego dnia była uniesiona do góry. Trwały bowiem ćwiczenia do zbliżającego się koncertu charytatywnego. Po scenie krążyło mnóstwo osób, przekrzykujących siebie nawzajem i wydających rozkazy.
Veronica stała tuż pod sceną z plikiem zapisu nut w rękach i próbowała wyłowić wśród zgromadzonych siwą, na wpół łysą głowę staruszka, Baldwina, który od wielu, wielu lat był znanym i szanowanym dyrygentem orkiestry.
- Szuka pani kogoś? – młoda dziewczyna, która wcześniej ustawiała dekoracje, spojrzała w jej kierunku.
- Tak, dyrygenta – Veronica uśmiechnęła się wesoło.
- Pan Baldwin powinien się lada chwila zjawić. Jak zwykle spóźnia się, stary drań. Oo proszę! Już idzie – nieznajoma wskazała palcem na starszego jegomościa, który wolnym krokiem schodził schodami, wpatrując się tak uporczywie w scenę, jakby miał ochotę przewiercić ją na wylot.
Zatrzymał się na chwilę i utkwił wzrok w Veronice. Na jego twarzy pojawił się ciepły uśmiech, który przyprawiał jednak innych o nagłe ataki śmiechu. Stary pan Baldwin miał tylko dwa, przednie zęby.
- Mademoiselle Gautain! Tak sobie właśnie myślałem ostatnio, kiedy panienka do nas zawita! – ucałował jej dłoń.
- To dla mnie prawdziwy zaszczyt, że będę mogła tu dać koncert, w tak zacnym akompaniamencie pana orkiestry – oznajmiła z uznaniem.
- Och, jakiż tam zaszczyt. Zawsze lubiłem promować młode talenty. Co raz ich mniej na tym świecie...
Zamilkł, jakby nagle o czymś sobie przypomniał.
- Henry! – krzyknął w stronę sceny. Pomimo wieku miał nader silny głos. – Gdzie jest do stu diabłów ten fortepian!? Przynieście go, ale migiem! Ta panienka musi ćwiczyć.
- Robi się, szefie! – Henry, który okazał się krzepkim mężczyzną w średnim wieku, zasalutował elegancko i zniknął za sceną.
- Zwołać tutaj wszystkich. Dlaczego nie ćwiczyliście beze mnie?! – warknął z wyraźną nutą zawodu w głosie. – Widzi panienka, jak się nie przypilnuje tych nicponiów, to sobie z niczym nie poradzą – zwrócił się do Veronici.
Nie wiedziała co odpowiedzieć, więc tylko się uśmiechnęła. Baldwin chwycił ją pod ramię i wprowadził na scenę. Dekoratorzy zaczęli się powoli rozchodzić, ustępując miejsca członkom orkiestry. Po piętnastu minutach wszyscy byli już na swoich miejscach.
- Mam nadzieję, że dostał pan moje zawiadomienie, w związku z wybranym utworem... – zapytała niespokojnie Veronica, siadając przy fortepianie.
- Oczywiście mademoiselle! Uważam, że wybór panienki jest doskonały, odpowiedni do wieku i obecnej sytuacji. Zaraz zobaczymy jak to wyjdzie z naszymi nicponiami – puścił oko w stronę rozbawionej orkiestry. – Mademoiselle zaczyna, a w momencie, gdy będzie wchodziła orkiestra, proszę przestać śpiewać.
- Rozumiem – Veronica kiwnęła głową i położyła palce na klawiszach.
- W takim razie... zaczynamy! I raz ... i dwa... i raz, dwa, trzy!

Zamknij swe oczy... Zamknij oczy
Zanim wszystko zniknie
Zanim zgubisz swą drogę
Zanim zgubisz własną... muzykę!

Zamilkła. Dyrygent podniósł swą batutę, Rozległ się przyjemny, a zarazem niesamowicie silny dźwięk skrzypiec, kontrabasu, wiolonczeli... całej orkiestry. Veronicę przeszył przyjemny dreszcz podniecenia.

Wystarczy, że zamkniesz oczy...
Już nigdy nie będziesz taki sam
Nagle wszystkie słowa staną się jasne
Ubrane w muzykę... Muzykę mej duszy!

Muzyka orkiestry ponownie wypełniła salę, zagłuszając fortepian. Veronica miała nie śpiewać w tym czasie, ale nie mogła się powstrzymać od przekrzyczenia wszelkiego dźwięku. Serce waliło jak szalone. Wesołe dźwięki ogarnęły każdy cal jej duszy, jej ciała. Wiedziała, że jeśli nie spróbuje, to nigdy się nie przekona o sile swego głosu. Wzięła głęboki oddech i w momencie, gdy muzyka przybrała najwyższe tony....

Nie zapomnij o mnie proszę
Nie zapomnij mej Muzyki
Śpiewam ją tylko dla Ciebie!

Dyrygent przestał machać swą batutą. Członkowie orkiestry zaaferowani grą nawet tego nie zauważyli. Donośny, dziewczęcy głos zagłuszył nagle całą orkiestrę.
Jest wiele na świece cudów
Wiele jest na świecie piękna
Nie sposób tego nie kochać
Nie zapomnij jednak o jednym...
Tak ważnym dźwięku
Słyszysz go za każdym razem
Gdy widzisz mą twarz
Piękniejszy jest niż wszystko na tym świecie
I słyszysz go tylko Ty
Ty, który znasz muzykę mej duszy!

Pan Baldwin zrezygnował zupełnie z dyrygentury. Podparł biodra rękoma, kręcąc głową z podziwu. Veronica tego nie widziała. Oczy miała zamknięte, a palce bezwiednie uderzały w klawisze.

Zamknij swe oczy... Zamknij oczy
Zanim wszystko zniknie
Zanim zgubisz swą drogę
Zanim zgubisz własną... muzykę!
My ją wspólnie stworzymy na nowo
Nie zapomnij o mnie proszę
Nie zapomnij mej Muzyki
Śpiewam ją tylko dla Ciebie!
Gdy mnie zabraknie
Wspomnij choć raz naszą muzykę
Stworzoną specjalnie dla Ciebie!

Na krótką chwilę zapadła cisza.
- Bravissimo mademoiselle! Z takim głosem... z takim wyczuciem... z takim zaangażowaniem... – Baldwin cały czas kręcił głową. – To będzie najbardziej udany debiut, jaki w życiu słyszałem!
- Dziękuję – Veronica poczuła, że rumieniec wstępuje na jej twarz. – Dlaczego przerwaliśmy? Ja... ja dopisałam własny koniec dla tego utworu. Nie czytał go pan?
- Owszem, czytałem. Nie jestem jednak pewien czy to dobry pomysł...
- Dlaczegóż to?
- Powiedzmy, że... Mimo panienki talentu... nie mogę ryzykować. To wysoka partia. Proszę zrozumieć...
- Jest próba – oburzyła się Veronica. – Jeżeli się nie uda, nie będę kontynuować.
- No cóż... jeżeli sobie życzysz, mademoiselle... Orkiestra, gotowa!?

Pewnego dnia zrozumiesz
Jak bardzo ważna była
Jak bardzo inna
Jaka niesamowita
Stworzona tylko dla Ciebie
Śpiewana tylko Tobie
Moja i twoja
Jedyna na świecie
Muzyka mej Duszy!

Veronica przerwała na chwilę, by wziąć głębszy oddech. Baldwin spojrzał na nią z niepokojem. Nie wyciągnie końcówki, pomyślał.

Wszystko co widziałeś
Wszystko co słyszałeś
Wszystko co czułeś
Wszystko o czym wiedziałeś
Wszystko to nic
Jedna jest prawda
Jedna jest muzyka
Jedna jest pasja
Jedna jestem ja
I jedna jest...
Muzyka...

Orkiestra przestała grać. Słychać było już tylko pojedyncze dźwięki fortepianu. Trwało to tylko kilka sekund...

Mej duszy!

Ponownie zrobiło się cicho jak w grobowcu. I nagle cała sala rozbrzmiała gromkimi oklaskami. Cały personel, łącznie z uczestnikami koncertu, siedział pod sceną i z zapałem obserwował poczynania młodziutkiej debiutantki.
- Wiedziałem, wiedziałem, wiedziałem! – ucieszył się Baldwin, choć naprawdę wcale w to nie wierzył. – Wspaniale! Panienka już jest wielkim odkryciem tego sezonu. Jeszcze raz gratuluję!
To był jeden z najszczęśliwszych dni w życiu młodej artystki. Udało jej się dokonać tylu rzeczy, w przeciągu kilkunastu minut. Kolejno podchodzili do niej pierwsi w jej życiu widzowie, ściskając, całując dłonie i życząc powodzenia.
Veronica przyszła ćwiczyć do filharmonii jeszcze dwa razy. Tylko tyle wystarczyło, by wszyscy zgodnie stwierdzili, iż jest niebanalnym talentem. Jednak najważniejszy dzień w jej karierze nadszedł z końcem października. Jeszcze wtedy ona sama nie wiedziała jak bardzo ważny. Bynajmniej nie miał mieć wyłącznie związku z jej przyszłą karierą.
Dwudziesty października rozpoczął się dla młodej pianistki bardzo wcześnie. O siódmej rano znajdowała się już w filharmonii. Była tak podniecona, że nie mogła długo czekać na odpowiednią godzinę w swoim domu. Pomagała w przystrajaniu sceny, żywo dyskutując o nadchodzącym wieczorze jej życia.
Wybiła tak zwana godzina zero. Tak naprawdę była to godzina osiemnasta i w filharmonii zaczęły się pojawiać największe osobistości londyńskiego kręgu kulturowego. Panie miały okazję wyeksponować swoje nowe kreacje, które jedno nosiły imię: przepych. Veronica nie chciała do nich nigdy należeć i nawet w tak ważnej dla niej chwili ubrała się skromnie.
Jej występ był jednym z ostatnich w całym koncercie. Przez cały czas stała za kulisami, obserwując innych. Co raz bardziej zaczęła się niepokoić, że coś może się nie udać. Nikt nie miał jej jak pocieszyć. Wszyscy zajęci swoimi powinnościami, nie zwracali na nią uwagi. Ojciec z bratem przyjechali tuż przed rozpoczęciem koncertu i natychmiast zostali porwani przez arystokracyjny tłum. Prawie wszyscy wiedzieli, że córka Gautaina ma dziś swój debiut. Tak, prawie wszyscy.
Veronica modliła się w duchu, by nie zawieść ojca. Spoglądała raz po raz na wielkie, złote organy. Bardzo pragnęła, by nagle coś się stało, by przejmujący, najbardziej donośny z pośród wszystkich dźwięków w tej sali, rozległ się nagle i przyniósł jej ulgę, swoiste ukojenie i rozładowanie nerwów. Niestety organy milczały jak zaklęte.
- Veronico, za dwie minuty wychodzisz – nauczycielka baletu spojrzała na nią z uśmiechem. – Uda ci się. Czuję, że to będzie twój wieczór. Wierz mi.
Bardzo chciała wierzyć tej przemiłej kobiecie, ale nie potrafiła.
Rozległ się znajomy dźwięk. Wolnym, najwolniejszym krokiem, na jaki było ją stać, weszła na scenę. To, co zobaczyła, przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Ponad tysiąc osób patrzyło tylko na nią. Niektórzy szeptali między sobą. Ogarnęła ją panika. W tłumie dojrzała ojca i brata. Uśmiechali się do niej. Nie mogłaby ich zawieść. Skłoniła się lekko i usiadła przy fortepianie.
Gdy tylko położyła dłonie na klawiszach, ogarnął ją spokój. Była w swoim żywiole. Już nic nie mogło jej powstrzymać.

Zamknij swe oczy... Zamknij oczy
Zanim wszystko zniknie
Zanim zgubisz swą drogę
Zanim zgubisz własną... muzykę!

Powoli chwytała każdy dźwięk, każdą nutę. Oni tylko na to czekali. Czekali, gdy całkowicie odda się temu, co postanowiła im przedstawić.


Jest wiele na świece cudów
Wiele jest na świecie piękna
Nie sposób tego nie kochać
Nie zapomnij jednak o jednym...
Tak ważnym dźwięku
Słyszysz go za każdym razem
Gdy widzisz mą twarz
Piękniejszy jest niż wszystko na tym świecie
I słyszysz go tylko Ty
Ty, który znasz muzykę mej duszy!

Zamknęła oczy. Nie chciała widzieć tych setek twarzy. Chciała tylko widzieć to, co czuła w tym momencie. Nie wiedziała jak bardzo swoją skromnością i lekkim strachem wzbudziła sympatię zgromadzonych widzów. Nie wiedziała także, iż obserwują ją czarne, błyszczące oczy, schowane za zasłoną szkieł złotej lornetki, inkrustowanej rubinami. Tak, Gerard Lauvier też tam był i uporczywie przyglądał się Veronice.
- Kim jest ta młoda dama? – zapytał siedzącego obok tęgiego jegomościa.
- To Veronica Gautain. Debiutantka w swojej dziedzinie – ów tęgi jegomość miał bardzo zachrypnięty głos.
- Debiutantka, powiada pan? Nie sądzę... – jego oczy rozbłysły niepokojącym blaskiem.
- Jak mówię, że debiutantka, to debiutantka! – odgryzł się nieznajomy.
- Niech więc będzie – uspokoił go Gerard. Nie miał ochoty się kłócić. - Ma doskonałe wyczucie rytmu. Proszę spojrzeć jak gra. Nie uderza w klawisze. Ona je po prostu pieści!
- Co pan mówił? – nieznajomy spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem.
Gerard machnął ręką.

Jedna jest prawda
Jedna jest muzyka
Jedna jest pasja
Jedna jestem ja
I jedna jest...
Muzyka...
Mej Duszy!

Cała sala rozbrzmiała oklaskami. Na scenę wkroczyła mała dziewczynka, wręczając Veronice bukiet czerwonych róż.
To była wielka ulga. Przyjemnie orzeźwienie. Publiczność pokochała Veronicę i to uczucie było odwzajemnione. Ukłoniła się i z wielkim uśmiechem na twarzy opuściła scenę. Czuła jednak niedosyt. Czegoś jej brakowało. Słyszała jak publiczność domagała się bisów. Pragnęła wyjść tam raz, jeszcze raz. Niestety było już za późno. Fortepian właśnie został wyniesiony ze sceny.

IV
Gerard Lauvier zniknął ze swej loży w chwili, gdy Veronica uderzyła w ostatni klawisz fortepianu. Trudno było opisać, jakie wrażenie wywarła na nim młodziutka pianistka. Nikt wtedy nie podejrzewał, że to była jego ostatnia bytność w filharmonii.
- Byłaś wspaniała, Veronico! – dziewczynę obległa grupa zachwyconych kobiet. Każda gratulowała jej z osobna.
Veronica uśmiechała się do każdej, pragnąc jednak by to wszystko już się skończyło.
- Och, oni żądają bisów! Wyjdzie panienka?
- Nie wiem, ja...
- Tak, domagają się – usłyszała za sobą głos, który przyprawił ją o ciarki na plecach. Odwróciła się gwałtownie. Tuż przed nią stały wysoki brunet, o haczykowatym nosie, nieciekawej cerze i niesamowitych oczach. – Gerard Lauvier – przedstawił się nieznajomy, całując dłoń Veronici.
- Bardzo mi miło.
- Widziałem jak pani grała. To było coś niesamowitego.
- Dziękuję, ale...
- Czy wyświadczy mi pani przysługę? Zresztą nie tylko mnie... – przerwał jej Gerard.
- Jeśli tylko będę mogła. Słucham?
- Czy... czy wyszłaby pani jeszcze raz na scenę. Wraz ze mną?
- Jak to? W programie nie przewidziano mojego drugiego występu.
- Do diabła z programem. Zaśpiewa pani ze mną „Niewolników”?
- Och... nie. To zbyt trudne. Nie nastawiałam się na to... Ja...
- Wiem, że pani tego chce. Chce pani tam wejść, zobaczyć ich twarze raz jeszcze, zatriumfować swoją wygraną. Dać upust swoim emocjom, czyż nie?
Veronica spojrzała na niego z przerażeniem.
- Skąd pan wie co ja czuję?
- Nie znałem pani do tej pory. Przed kilkoma minutami właśnie poznałem. Proszę nie wyprowadzać mnie z tej błogiej świadomości. Zaśpiewa pani ze mną czy nie?
- Nie mogę. tak bez przygotowania? Nawet pan nie wie ile pracy trzeba włożyć w jeden występ... W ogóle kim pan jest?
Gerard chwycił ją i potrząsnął mocno. Widział, jakie przerażenie maluje się w jej oczach.
- Pani nie potrzebuje ćwiczeń. Ja też nie. Dotąd nikt tego pani nie powiedział, ale... jest pani wcieleniem doskonałości, piękna i pasji. Przed chwilą miała pani swój debiut. Ja też chcę mieć. Choć jedyny i ostatni raz w życiu. Co do tego drugiego nie mam wątpliwości.
Puścił ją. Czuła jak biło mu serce, jak w oczach błyskały iskry szaleństwa.
- Dyrygent o tym wie? – zapytała.
- Niepotrzebny nam dyrygent. To my tworzymy muzykę. My.
Veronica nigdy do końca nie zrozumiała, co ją przekonało do ponownego wyjścia na scenę. Każdy rozsądny człowiek stwierdziłby, że być może została zahipnotyzowana, ale nie była. W tym jednym, jedynym momencie życia poczuła, że coś tak przyciąga ją do tego mężczyzny, jak magnes gwoździe. Bynajmniej nie było to miłosne zauroczenie. To było coś innego. On zdawał się wiedzieć, co. Potęgował to, co czuła, o czym myślała. Był ucieleśnieniem tego, co skrywała i tłumiła w sobie.
Tysiąc zaciekawionych twarzy spojrzało na scenę, gdy pojawił się na niej osobnik, ubrany na czarno, z lekko rozpiętą koszulą przy szyi i błyszczących oczach.
Gerard stanął po środku i z ironią popatrzył na swoich widzów. Idioci, pomyślał. Wy nigdy tego nie zrozumiecie. Jesteście tylko widzami, którzy patrzą na nas z boku, cieszą się naszym talentem, ale nigdy nas nie zrozumiecie, bo my jesteśmy inni.
Nagle rozbrzmiały organy. Zarówno dyrygent, jak i reszta orkiestry patrzyła z niedowierzaniem na scenę. Wszyscy zainteresowani wiedzieli, że tego program nie przewidział. Nikt nie zwrócił uwagi, że organy po prostu grały.. same.
Veronica podbiegła do drzwi, prowadzących na scenę. W końcu usłyszała to, co tak bardzo pragnęła usłyszeć. Organy. Przyniosły oczyszczenie.
Dźwięk ucichł. Zamiast niego rozległ się głos Gerarda. Najpiękniejszy głos, jaki Veronica słyszała w życiu.

Przybędziesz tu
Gdy tylko poczuję pożądanie
Gdy naga cisza ogarnie świat...
Ogarnie świat...

Otyła kobieta, siedząca w pierwszym rzędzie, która przez wszystkie występy objadała się słodyczami, zatrzymała rękę z cukierkiem w ręku, którzy prawdopodobnie miał zostać skonsumowany. Serce Veronici zaczęło bić co raz szybciej. Czyżby to właśnie z nim miała spełnić swoje największe marzenie?

Mam nad Tobą władzę
Władzą nad Twą pasją
Nad Twym pożądaniem
Nad Twymi emocjami
Teraz już jesteś ze mną...
Naga, bezbronna
Twój umysł jest gotowy
Sama nie wiesz dlaczego i na co
Ja wiem... ja wiem!

Gerard zamilkł. Publiczność czekała w napięciu na ponowny dźwięk tego hipnotycznego głosu. Odezwały się pojedyncze dźwięki instrumentów, choć żaden członek orkiestry nawet ich nie dotknął. Nikt jednak na to nie zwrócił uwagi.

My, niewolnicy naszej pasji...
Jesteśmy tutaj
I nie ma już odwrotu
Nie zaświeci więcej słońce...
Nad naszymi emocjami
Gra toczy się dalej
Wciąż się uczymy
Egzystujemy wciąż i wciąż, i wciąż
Jak z tym walczyć?
Jak walczyć z nami samymi?
Gdy pożądanie ogarnia nas
Gdy marzenia stają się realne
Gdy ona jest ponad nas

My, niewolnicy naszej pasji...
Wciąż się uczymy... właśnie jej
Na naszą wieczną zgubę
My, niewolnicy naszej pasji...

To był ten moment. Organy ponownie dały o sobie znać. Veronica wkroczyła na scenę. Gerard nie uśmiechnął się do niej. Powoli zaczął iść w jej kierunku. Dziewczyna cofnęła się nagle. Jeszcze się broniła. Jednak oczy Gerarda wierciły uczucia, wierciły emocje, wierciły strach. Otworzyła usta.

Przybyłam tu
Gdy tylko poczułam pożądanie
Gdy naga cisza ogarnęła świat...
Ogarnęła świat...
Masz nade mną władzę
Władzę nad mą pasją
Nad mym pożądaniem
Nad mymi emocjami
Teraz już jestem z Tobą...
Naga, bezbronna
Mój umysł jest gotowy
Sama nie wiem dlaczego i na co
Ty wiesz... Ty wiesz!

Nie poznała własnego głosu. Nie wiedziała jakim sposobem wydobył się z jej wnętrza, ale stało się. Gerard powoli zbliżał się do niej, ona się odsuwała. Czuła jak każdy fragment jej ciała drży niczym delikatna roślina na silnym wietrze. Nie mogła dłużej się opierać. Gerard chwycił ją za dłoń i przycisnął ją do swego serca. Czuła jego bicie. Muzyka płynęła w jej uszach. Ponownie z jej ust wydobył się nieznany, ale piękny głos. Jej własny, którego dotąd nie znała.

My, niewolnicy naszej pasji...
Nie możemy się już cofnąć
To już się stało...
W słowach...
W uczuciach...
W nas...
My, niewolnicy nas samych...
Wciąż zadajemy sobie pytanie
Dlaczego się poddajemy?
Dlaczego nasze emocje stają się nagie?
Gdy krew się przeleje...
My nadal będziemy w niej trwać
Ona jest ponad nas i pisze naszą...

Gerard nagle pociągnął jej dłoń. Zaskoczona Veronica wykonała gwałtowny piruet, lądując prosto w jego ramionach. Czuła oddech Gerarda na swoim karku. To był już koniec. Zakończyli razem.

... Historię!
My, niewolnicy naszej pasji...
Znaleźliśmy siebie nawzajem!
I nie znamy ku temu powodu
My, niewolnicy nas samych!

Przez moment zapanowała cisza. Lecz po chwili, każdy, kto siedział, wstał z miejsca i zaczął klaskać. Cała sala utonęła w wiwatach i głośnych oklaskach. Co poniektórzy płakali z wzruszenia. Kurtyna opadła.
- Co się stało, do diabła? – odezwał się Baldwin. – Tego przecież nie było w programie! Jak mogliście to zagrać!?
Orkiestra popatrzyła na niego z nieukrywanym zdumieniem.
Klaskano jeszcze z dziesięć minut. Tylko jedna osoba na sali tego nie robiła. Lord Gautain mrużył brwi, wyraźnie zaniepokojony.

Data:

 20.02.05

Podpis:

 Ta, która tworzy z Pasją...

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=13139

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl