DRUKUJ

 

Nocny Pianista VII, VIII i część IX

Publikacja:

 05-03-31

Autor:

 Pani Snape
VII
Znaleźli się na zamku o świcie. Veronica była już tylko sopelkiem lodu. Elizabeth ocuciła ją i wykąpała w niemalże gorącej wodzie. Niestety na tym się nie skończyło. Po kilku godzinach leżenia w łóżku, dziewczyna zaczęła kaszleć. Diagnoza była ostateczna: zapalenie płuc. Ronald nie odstępował na krok jej pokoju. Przynosił lekarstwa, czytał książki i wykonywał masę innych czynności. Elizabeth nie była zadowolona z całej tej sytuacji. Nie lubiła Veronici, nie wiadomo dlaczego, lecz tolerowała ją z pewnością tylko ze względu na Gerarda.
A jego jak nie było, tak nie było. Ronald starał się nie wspominać o przykrej przygodzie, która stała się przyczyną choroby Veronici. Ona sama milczała jak zaklęta. Wpatrywała się w sufit jakimś dziwnym, błędnym wzrokiem i rzadko kiedy mrugnęła oczami. Elizabeth twierdziła, że to szok, ale Ronald był zupełnie innego zdania.
- Omotał ją, moja droga – stwierdził podczas jednej z rozmów, z gosposią.
- Nonsens. Gerard taki nie jest... Za bardzo mu na niej zależy.
- Tak bardzo mu zależy, że w środku zimy, w nocy zwabia ją do mrocznego lasu? Czy tak robi mężczyzna, który kocha? Przecież to absurdalne.
- Nic o nim nie wiesz – zaperzyła się Elizabeth.
- Wiem więcej niż ty. Nie pozwolę mu skrzywdzić tej dziewczyny. Jak tylko wyzdrowieje, powiem jej całą prawdę – odparł z przekonaniem.
- Jaką prawdę? – zapytała z niepokojem.
- CAŁĄ prawdę – odrzekł wymijająco i zmierzył swą rozmówczynię ostrzegawczym wzrokiem.
A Veronica nie zdrowiała szybko. Kaszle nasiliły się, a z nosa nierzadko wypływała krew. Ronald niepokoił się o nią coraz bardziej. Bladła i nikła w oczach jak motyl, zamknięty w słoiku. Jej oczy już dawno straciły swój blask, blade usta nie otworzyły się, w ani jednym jej słowie. Pewnego popołudnia po prostu straciła przytomność.
Zrozpaczony Ronald wspiął się na najwyższą wieżę zamkową i stanął na balkonie, krzycząc:
- To twoja wina! Wiesz, że to twoja wina! Co chcesz udowodnić, zabijając ją? Że jest niczyja tylko twoja? Zaklinam cię, jeżeli ją kochasz to przywróć jej zdrowie!
Odpowiedział mu tylko mroźny wicher, targający drzewami.
- Odejdę! Niech ona tylko wyzdrowieje! Uratuj ją szatanie! Uratuj, bo wiem, że możesz!
Nikt nie odpowiedział na jego wezwania. Mężczyzna wolnym krokiem opuścił wieżę, opierając się o kamienne mury. Na cóż zdał się jego ratunek i poświęcenie. Został wyśmiany i zlekceważony, a ona i tak umrze.
Veronica otworzyła oczy. Z jej czoła spływał pot, spowodowany wysoką gorączką. Ponownie spojrzała w sufit, dysząc ciężko. Otworzyła usta i zamarła, jakby chciała coś powiedzieć, lecz nie mogła tego zrobić. Po chwili rozległ się jej szept:
- Gerardzie... Nocny Pianisto...
Coś lodowatego spłynęło po jej twarzy. Otworzyła szerzej oczy. Obraz nie był już tak zamazany jak wcześniej. Zimna fala spłynęła w dół, poprzez całe jej ciało, aż po koniuszki palców u nóg. Usłyszała znajomy głos.

Ten chłopiec prosi bym Cię uratował.
Niepotrzebnie zadawał sobie trud.
Ja nigdy Cię nie opuszczam.
Nawet na chwilę.

Dziewczyna milczała, wpatrując się w pustą ścianę.

Kochasz go?

Veronica nadal milczała. Głos ponowił pytanie.

Kochasz go?
- Nie wiem – szepnęła.

Moje biedne dziecko.
Zwątpiłaś we mnie.
Nie wolno Ci we mnie zwątpić.

- Nie widzę cię. Ostatnio wcale nie czuję. Myślałam, że to już koniec.

Przecież tak dobrze mnie znasz.
Przecież jesteś tak silna.
Mówię: wstań z łóżka i podejdź do lustra.
Spójrz na siebie i zobacz tam i mnie.

Veronica odsunęła kołdrę i usiadła na łóżku. Naprzeciwko stało duże, ładnie zdobione w złotej ramie lustro, w którym zwykle przeglądała się z rana. Powoli, jedną nogę, potem drugą postawiła na podłodze. Wspierając się o kolumnę łoża, wstała, chwiejąc się lekko.
Podeszła do lustra. W nieskazitelnie czystym szkle odbijała się postać dziewczyny z lekko zaróżowionymi policzkami, błyszczącymi oczami i nieco potarganymi włosami.
Uśmiechnęła się szeroko. Dziwna duszność, która nie pozwalała jej oddychać, minęła bezpowrotnie. Wzięła głęboki, świeży, zdrowy oddech. Nie zastanawiając się dłużej narzuciła na siebie szlafrok i pobiegła do gabinetu Gerarda. Usiadła przy pianinie i uderzyła w klawisze.
- To na twoją cześć Nocny Pianisto – powiedziała na głos, uśmiechając się do siebie.
Ronald schodził właśnie z trzeciego piętra, gdy usłyszał dźwięk fortepianu. Tylko ona mogła grać. Serce zabiło mu jak szalone. Ruszył pędem wzdłuż korytarza i zbiegł ze schodów.
W pewnej chwili poczuł coś bolesnego w okolicach kostki i runął jak długi, staczając się coraz szybciej. Chwycił jakiejś wystającej włóczni z rzeźby i zatrzymał się w samą porę. Jeszcze chwila, a wypadłby przez otwarte okno, na półpiętrze schodów.
Odetchnął z ulgą i mocno obolały podniósł się na nogi. Nie zszedł jednak niżej, tylko zawrócił, uważnie obserwując każdy stopień schodów. Na jednym z nich dostrzegł coś dziwnego. Wzdłuż stopnia przebiegała cienka, niemal przezroczysta, mocna linka.
- A więc to tak – mruknął, zrywając linkę. – Ktoś tu bardzo chce się mnie pozbyć – powiedział na głos, rozglądając się wokół siebie. – Niech się tylko dowiem kto.
Schował do kieszeni przyczynę swego upadku i już nieco uważniej zszedł z powrotem na dół.
Zatrzymał się tuż przed drzwiami, zza których dobiegały piękne dźwięki fortepianu. Trzymał rękę na klamce przez dłuższą chwilę. Cóż miał zrobić? Ta utalentowana, wrażliwa pianistka jeszcze niespełna godzinę temu leżała na wpół martwa. Teraz siedzi i gra najpiękniejsze melodie. Lecz nie dla niego. Nie dla niego tworzy i śpiewa, lecz dla... Nocnego Pianisty. To on z pewnością wrócił jej zdrowie. Poczuł ukłucie zazdrości w sercu. Cokolwiek by nie zrobił, już wiedział, że Veronica należy tylko do Gerarda. Nie dało się nie zauważyć jej błędnego wzroku, szybszego oddechu, delikatnego uśmiechu na ustach, gdy tylko wspomniane zostało „jego” imię.
Oparł się o drzwi, zamykając oczy.
Jak mogła kochać takiego potwora? Jak mogła? Przecież... ona nic o nim nie wie. A jeśli się dowie? Czy nadal będzie go kochać i wielbić?
Otworzył oczy i nie zastanawiając się dłużej, wpadł do gabinetu.
Blade, delikatne dłonie uderzały w klawisze. Zarumieniona twarz przekrzywiona była w lewą stronę. Oczy miała zamknięte, na ustach gościł ten znajomy uśmiech. Pukle potarganych, ciemnych włosów spływały na zaróżowione policzki.
Ronald stał nieruchomo i wpatrywał się w nią z nieukrywanym zachwytem.
Gdziekolwiek się nie znajdę
Cokolwiek będę robiła
On zawsze będzie ze mną

Przyszedł jak we śnie
Przyszedł jak ze snu
Dotknął mych myśli
Zaczarował je

W tym pokoju, w mej pieśni
Jego muzyka i serce przebywa
Czuję jak mnie dotyka
Słyszę jak wymawia me imię
Widzę jak uśmiecha się do mnie

Mój Nocny Pianista
Mój Mistrz Muzyki
Jest właśnie tutaj

Mistrzu mój graj dalej!
Ucz mnie, kochaj mnie!
I nie opuszczaj nigdy!

Nie wytrzymał. Podbiegł do Veronici i chwycił jej dłonie, łkając cicho.
Przestraszona dziewczyna otworzyła oczy.
- Co tutaj robisz, Ronaldzie?
Mężczyzna przestał łkać, lecz spojrzał na nią błagalnym wzrokiem.
- Przestań grać Veronico. Proszę, przestań.
- Dlaczego? Nie podoba ci się? – zapytała z rozżaleniem.
- Czy mi się nie podoba? Veronico! Otwierasz bramy niebios, gdy grasz i śpiewasz! Nie robisz jednak tego dla mnie. Nigdy nie będziesz, prawda? – dodał cicho, spuszczając wzrok.
- Nie rozumiem. Gram dla wszystkich. Niech wszyscy słuchają i cieszą się mym szczęściem! – zerwała się z krzesła i podbiegła do okna. Na jej ustach wykwitł szczery, szeroki uśmiech.
- Tak, ale nie myślisz o mnie, tylko o nim. Proszę, nie kłam – odparł.
- Nie przeczę. Skoro wiesz, to po co pytasz?
- Rozumiem cię. On jest taki fascynujący, czyż nie? Niestety nie znasz jego prawdziwej natury. Mógłbym się dziwić gdybyś znała, lecz nadal go czciła.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Usiądź – wskazał jej miejsce na kanapie.
Zaniepokojona Veronica usiadła, lecz tylko z brzegu, wpatrując się w niego z lekkim zdziwieniem w oczach. Ronald zaczął maszerować wzdłuż pokoju, łapiąc się co chwilę za głowę, jakby walczył sam ze sobą.
- Twoje wyobrażenie o Gerardzie jest mylne i niewłaściwe. Nie jest to oczywiście twoja wina, bo nikt JEGO pokroju, prawdy by ci nie powiedział.
- Znów zaczynasz? Och, ileż razy ci mówiłam, że on by muchy nie skrzywdził. Tyle mnie nauczył, otoczył troską... Na Boga! Dziś uratował mi życie! Ronaldzie, przyszedł do mnie i uzdrowił!
- Niech to wszystko diabli! – Ronald uderzył pięścią w ścianę. - Wiem, ale dość! Dosyć tych kłamstw, naiwnej opieki i pozorów szczęśliwego życia! Żyjesz pod jednym dachem z szaleńcem i mordercą! Taka jest prawda!
- Nie rozśmieszaj mnie. Kogo mógłby zabić ktoś taki jak on? – Veronica wstała z kanapy i oparła ręce na biodrach, wyraźnie rozjuszona.
- Swoich rodziców... twojego ojca – odparł nieco ciszej, obserwując jej reakcję.
- O czym ty mówisz? Mm... mojego ojca?
Oczy Veronici zabłyszczały nerwowo.
- Tak. Twój ojciec nie żyje. Przykro mi. Zaraz po twoim występie z Gerardem przyszedł, by z nim porozmawiać, prawda? Potem ty wyszłaś i...
- Niemożliwe... nie.... – Veronica czuła, że serce zaraz jej wyskoczy z piersi.
- Nic o tym nie wiedziałaś! Nie mogłaś wiedzieć. Kiedy twój brat znalazł martwego ojca, Gerard już „zapraszał” cię do swego świata.
- Kłamiesz...
- Nie wierzysz? To patrz – wyciągnął z kieszeni aksamitną, bordową chustkę, na której błyszczały inicjały E.G. – Twój ojciec miał to w dniu koncertu?
- Tak – szepnęła, ocierając łzy, które mimowolnie spłynęły po jej policzkach.
- Przykro mi, ale musiałaś poznać prawdę. Znałaś ojca. Myślisz, że pozwoliłby obcemu mężczyźnie cię zabrać od tak sobie? Musiał umrzeć. Tak samo jak rodzice Gerarda.
Veronica osunęła się na kanapę, dysząc ciężko.
- Dlaczego zabił swoich rodziców? – zapytała słabo.
- Nie mogę ci tego powiedzieć. To zbyt okropne jak dla twoich uszu. Już dość przeżyłaś jak na jeden dzień. Wiedz jednak, że stało się to w akcie zemsty i nienawiści. Tak, Veronico. Nienawiść i szaleństwo przepełnia duszę Gerarda. Nie masz nawet pojęcia jak niszcząca to siła. Jak wstrętna i zła. Ona doprowadziła go do samotności, w której teraz żyje.
- Kim ty jesteś? Skąd to wszystko wiesz? – dziewczyna zerwała się tapczanu i szarpnęła Ronaldem. – Mów! Skąd to wiesz!? Jakie masz prawa i udział w tej całej historii?!
Ronald westchnął, a na jego twarzy pojawiła się nuta obrzydzenia.
- Jestem jego bratem, Veronico. Bratem, ale po innym ojcu. Co nie zmienia faktu, że bratem i... to najgorsze co mogło mnie spotkać w życiu.
- Nienawidzisz własnego brata – szepnęła, patrząc na niego z przerażeniem.
- Nie nienawidzę! To on nienawidzi mnie!
- Dosyć!
Veronica złapała się za głowę i wybiegła z pokoju.
To nie mogło być prawdą. On kłamał. Kłamał, bo jest o nią zazdrosny. A jeśli nie?
Wbiegła do sypialni i rzuciła się na łóżko.
- CÓŻ ZA OBRZYDLIWOŚĆ! – krzyknęła najgłośniej jak potrafiła. – Ty oszuście! Wykorzystałeś mnie! Zwiodłeś, oszukałeś, zamordowałeś mojego ojca! Odebrałeś to co kochałam najbardziej! Tak, najbardziej, bo ciebie nie! Po co to wszystko? Tylko dla tych kilku chwil spędzonych ze mną przy fortepianie!? JESTEŚ OBŁĄKANY!
Ponownie ukryła twarz w poduszce, łkając głośno.
Przesunęła ręką po prześcieradle i natrafiła na coś miękkiego. Spojrzała w tamtą stronę... po czym zerwała się z krzykiem. W rogu łóżka leżał martwy kot.
Do sypialni wbiegł Ronald.
- Co się dzieje!? – zapytał przerażony równie mocno jak Veronica.
- Zabierz tego kota – szepnęła.
Mężczyzna podszedł do zwierzęcia i zamiast go wyrzucić, zaczął dokładnie obmacywać. Przesunął ciało kota i zobaczył dziwną plamę na prześcieradle. Powąchał, po czym zajrzał pod łóżko i wyciągnął małą butelkę, na wpół już opróżnioną. Obracał ją przez chwilę w palcach, po czym z całej siły cisnął o ścianę.
- Twoje „lekarstwo”! Podtruwała cię, żmija! Jest tyle samo warta, co Gerard!
- O kim mówisz? – zapytała z przerażeniem Veronica.
- O Elizabeth oczywiście! Nie możesz tu dłużej pozostać. Ja też nie. Mnie również chcą wykończyć – przypomniał sobie swój upadek ze schodów. - Nie obroni cię nawet Gerard, bo on nie panuje nad sobą samym!
- Co teraz? – dziewczyna oparła się o ścianę.
- Uciekamy stąd! Dziś w nocy! Nie mów nikomu, zachowuj się naturalnie. Porozmawiamy za godzinę, przy kolacji.
Ronald omiótł pomieszczenie złowrogim spojrzeniem i wyszedł.
Veronica wyciągnęła z szafy płaszcz podróżny i ciepłe ubrania. Stała przez chwilę, wpatrując się w swoje lustrzane odbicie.
- Przedstawienie nadal trwa – powiedziała na głos i przejechała palcem po lustrze. – Do czego nas może zaprowadzić nasza pasja? Do czego?
Wepchnęła do walizki najpotrzebniejsze rzeczy i ukryła ją pod łóżkiem.
Stała jeszcze przez chwilę, rozglądając się dookoła. Czuła dziwną pustkę, która nagle ogarnęła jej serce. Nie wiązało się to jednak ze strachem, lecz ze świadomością upływu jej sennego marzenia, które właśnie zmierzało do końca. Wszystkie jej oczekiwania rozpadły się niczym krucha skała. Kochany ojciec, który zawsze był jej życiową podporą, nie żyje. Mistrz Muzyki okazał się pospolitym mordercą i szaleńcem, który w dodatku ją wykorzystał. Piękno zamku, jego tajemniczość i muzyka – to już jej nie było potrzebne. Już ją nie zachwycało. Dopiero teraz zdała sobie sprawę w jakiej klatce żyła, u boku jakiej osoby, jak bardzo ją oszukiwano. Wszystko nagle stało się mroczne, podejrzane i złe. Wyciągnęła obie dłonie i utkwiła w nich wzrok. Dotykała jego fortepianu i grała przeklętą muzykę. On dotykał jej, wmawiał różne rzeczy, budził współczucie i żal, a także... miłość. Miłość do nieszczęsnego artysty, który utwierdzał ją w przekonaniu, że jest kimś wyjątkowym. Jeżeli w jego oczach ona miała być kimś wyjątkowym, to... Z obrzydzeniem spojrzała jeszcze raz w swoje odbicie w lustrze.
- Koniec z tym! – powiedziała dobitnie i zamaszystym krokiem opuściła sypialnię.
Mijając korytarz na drugim piętrze, dostrzegła Elizabeth, śpieszącą do jadalni. Zwolniła trochę, by móc jej się przyjrzeć. Poczciwie wyglądająca starsza pani miałaby ją podtruwać? Nigdy nie okazała jej wrogości. Ich spojrzenia spotkały się. Kobiecina uśmiechnęła się wesoło do Veronici i przyspieszyła kroku. Jej spojrzenie zdawało się mówić: „Gerard cię uratował, prawda? Tak bardzo mu na tobie zależy...” Veronica nie potrafiła nienawidzić tej kobiety. W jej oczach było coś z wizerunku czarnoksiężnika, ale też coś łagodniejszego i przyjemniejszego zarazem. Nie, Ronald z pewnością się myli. W końcu musiał zdobyć się na nie lada odwagę, by jej powiedzieć prawdę. Była na siebie zła, że niemal wszyscy wokół dostrzegali jej zaślepienie, tylko nie ona sama.
Weszła do jadalni. Ronald już tam na nią czekał. Siedział, zamyślony, podpierając brodę dłońmi. W delikatnym świetle świec wyglądał jeszcze bardziej przystojnie.
Veronica usiadła tuz obok niego. Przez chwilę panowało niezręczne milczenie. Wszyscy wokół tylko krzątali się, usługując i zdawali się nie zauważać ich dziwnych nastrojów.
- Jesteś gotowa czy jednak wolisz zostać? – odezwał się wreszcie.
Dziewczyna nie zdążyła odpowiedzieć, bo przysiadła się do nich Elizabeth, mówiąc wesoło:
- Czarnoksiężnik wraca jutro nad ranem. Nareszcie! Brakowało nam go tutaj, prawda?
Zarówno Ronald jak i Veronica poczuli jakby przed chwilą połknęli spory kamień.
Gosposia zdawała się być bardzo zadowolona z tego powodu. Zerkała jednak co chwila w ich stronę, rzucała znaczące spojrzenia. Wiedziała. Jakimś cudem wiedziała, co planują.
Veronica nie zjadła prawie nic podczas kolacji. Rozmawiała szeptem z Ronaldem, a Elizabeth co jakiś czas przysiadała się do nich, jakby chciała się upewnić, że zrobią to, co zamierzają.
Godzinę później, około godziny dwudziestej pierwszej, Ronald stał przed zamkiem i siodłał dwa, kasztanowe konie.
Dziewczyna kręciła się po swoim pokoju. Odczuwała dziwny stan nerwowy na przemian z objawami radości i ulgi. Coś podpowiadało jej, że źle robi, że z tego nie wyniknie nic dobrego. Z drugiej zaś strony ucieczka wydawała się najlogiczniejszym wyjściem z sytuacji. Życie u boku Gerarda, udawanie, że nie wie się nic, wieczna gra pozorów, to była o wiele gorsza perspektywa niż skutki ucieczki.
Ostatecznie chwyciła płaszcz i zapominając zabrać nawet walizkę, którą spakowała, wybiegła na korytarz.
W zamku zrobiło się dziwnie pusto i zimno. Brakowało czegoś. Brakowało jego! Czy już wiedział? Czy może właśnie wraca do domu w błogiej nieświadomości?
Veronica szła na palcach, opierając się o ściany. Nagle wyrósł przed nią cień znajomej postaci.
- Czyli zdecydowałaś się – usłyszała głos Elizabeth.
Nie odpowiedziała nic. Wolała to przemilczeć. Może to jakaś pułapka Gerarda?
- Idź Veronico, idź. I niech przeznaczenie się dopełni – kobieta założyła ręce do tyłu i zniknęła w ciemnościach nocy.
Teraz było już o wiele gorzej iść na przód. Veronice zdawało się, że wszystkie przedmioty, jakie mijała, patrzyły na nią z nieukrywanym obrzydzeniem. Słyszała dziwne szepty, które jakby dobiegały zza ścian:

Zdrajczyni....
Oszustka..
Fałszywa muza...
Los cię przeklnie za twą fałszywość...

To było nieprawdą. Opuszczała przecież szaleńca i mordercę. Zamek, który dla innych stałby się zwykłym szpitalem psychiatrycznym. Nie chciała w nim skończyć. Ratowała siebie. Musiała to zrobić. Choćby dla ojca, który do końca przeciwstawiał się Gerardowi. Nie zawiedzie go.
Szła co raz szybciej, nie dbając o to czy robi hałas, czy nie. Już było za późno. Karty zostały odkryte i nie ma odwrotu.

Biada samolubnym stworzeniom
Biada fałszywym ludziom

Głosy wciąż ją prześladowały. Zdawały się wnikać w jej umysł, dźwięczały w uszach.
Spocona i lekko przerażona pchnęła drzwi wyjściowe i owiał ją przyjemny, orzeźwiający mróz zimy.
- Co się stało? – Ronald popatrzył na nią z niepokojem.
- Nic, nic – wydyszała, okrywając się szczelniej płaszczem. – Jedźmy już, proszę. Za późno na żale i naprawianie błędów. Tylko już chodźmy stąd!
Ronald objął nagle i mocno przytulił.
- Wszystko będzie dobrze, Veronico. Nie pozwolę cię skrzywdzić.
Ruszyli galopem pośród ciemności nocy. Veronica co jakiś czas oglądała się za siebie. Wieże zamku znikały z każdą chwilą, a wraz z nimi jej przerażenie i niepokój.

VIII
Poranne słońce wstało wyjątkowo wcześnie. Mieniło się głównie złowieszczą czerwienią. Jak na zimowy poranek było wyjątkowo silne i nienaturalnie jasne.
Drzwi jadalni zamkowej otworzyły się z hukiem. W progu stanął Gerard, trzymając pod pachą sporą paczkę. Wyglądał o wiele lepiej niż przedtem, gdy opuszczał zamek. Jego postura wydawała się mniej mroczna, a oczy ciskały wesołe iskry. Uśmiechnął się na widok przygotowujących śniadanie. Oni zaś na moment zaprzestali pracy, patrząc z niedowierzaniem na czarnoksiężnika. Nigdy przecież nie pojawiał się za dnia.
Gerard postawił paczkę na stole i zdjął z rąk czarne, skórzane rękawiczki.
- Veronica jeszcze śpi? – zapytał Elizabeth, siadając na krześle. – Przygotuj mi coś do jedzenia.
Gosposia jednak nadal stała w miejscu, wpatrując się w niego uważnie.
- Co tak stoisz? Słuch ci się popsuł? Jeśli tak to mów... trzeba to naprawić.
Elizabeth poczerwieniała, ale nadal stała w miejscu, oddychając głęboko. Inni poszli za jej przykładem.
- Co się dzieje? – czarnoksiężnik podniósł się z krzesła i rzucił badawcze spojrzenie na wszystkich.
- Wyjdźcie stąd! – rozkazała Elizabeth pozostałym.
Po chwili, reszta służby w milczeniu opuściła pokój.
- Co się dzieje do diabła? – Gerard podskoczył do kobiety jak oparzony i potrząsnął nią silnie. – Mów! Co się... – zamilkł nagle, widząc wymowne spojrzenie służącej.
Zrzucił z siebie płaszcz i wybiegł z jadalni. Pobiegł prosto na górę, do sypialni Veronici.
Drzwi były uchylone, lecz w środku nikogo. Zaczął przeszukiwać szuflady, kredens, szafę, tak jakby ona miała się tam gdzieś schować. Zajrzał pod łóżko. Wyciągnął stamtąd walizkę, pełną podróżnych ubrań. Jego ruchy stały się nagle bardzo wolne, aż w końcu stał, niemal skamieniały, patrząc się prosto przed siebie.
Trwało to kilka minut. Potem znów wybiegł z pokoju jak oszalały i zbiegł na dół. W hallu dostrzegł Elizabeth.
- Gdzie jest ten przeklęty Ronald?! Zawołaj go, muszę z nim...
- Oni odeszli, Gerardzie! – przerwała mu. – Odeszli i już nie wrócą. To musiało się stać. Nie przewidziałeś tego?
Czarnoksiężnik przestał się kręcić w kółko i rzucił jej błagalne spojrzenie.
- Nie, mój drogi – Elizabeth zdawała się czytać w jego myślach. – To żadna iluzja. Przynajmniej jedyna, prawdziwa rzecz w tym zamku. Niewdzięcznica odeszła. Grała na twoim fortepianie, wychwalała cię, a potem po prostu odeszła. Trzeba było mnie słuchać. Mówiłam, że jest nic nie warta, że ogarnie ją strach, że...
- ZAMILCZ!
Gerard oddychał teraz bardzo szybko, próbując nadążyć za szybko bijącym sercem. Jego twarz wykrzywił dziwny grymas.
- A więc to tak!? – ryknął. – Dobrze! Nie.. tego nie... – zamilkł i rzucił się w kierunku schodów, prowadzących do podziemi.
Jego głos roznosił się echem po całym zamku.

Już dosyć tych gierek
wojny nadszedł kres!
Już dosyć prób
nędznych duszy mej!

Dość nocy i jej melodii!
Dość muzyki i jej zbrodni!

Nagle odezwały się i inne głosy. Te same, co straszyły Veronicę, gdy opuszczała zamek. Wszystkie rzeźby, obrazy, a także mieszkańcy śpiewali równym głosem:

Szaleniec i morderca
odsłania już swoją twarz!
Uciekłeś przed szatanem?
Nie lada szczęście dziś masz!

Gerard odnalazł w mrocznym korytarzu podziemi jakąś skrzynię. Niemal rzucił się na nią, wyrzucając z niej całą zawartość. Na końcu wyciągnął olbrzymią siekierę. Zacisnął na niej dłonie, a także swoje zęby.
Ponownie ruszył pędem, tym razem na górę. W hallu nadal stała gosposia. Podbiegł do niej i znów nią potrząsnął.

Dlaczego pozwoliłaś odejść jej?
Dlaczego to zrobiła i to bez zgody mej?

- Gerardzie... co chcesz zrobić? – spojrzała z niepokojem na siekierę.
Ale on nie odpowiedział. Ruszył w kierunku swojego gabinetu.

Młoda pianistka
Co grać cudnie umiała
Co duszę i serce me uwiodła
Wszystkiego co można zapragnąć, miała!

Młoda pianistka
geniuszem w swym rodzaju była!
Obiecywała requiem dla samotności
a pod sercem nienawiść i zdradę kryła!

Tajemnicze głosy wtórowały mu, śpiewając złowieszczo:

Szaleniec i morderca
nie kryje już swych zamiarów!
Następna ofiara już czeka
pośród cieni umysłu jego nocnych marów!

Potykał się o kolejne stopnie schodów. Obijał się o ściany. Rzeźby i sprzęty, o które podpierał się zdyszany, odpychały go, patrząc na niego z nienawiścią i obrzydzeniem.

Od nikogo żadnego współczucia!
Od nikogo ciepłego słowa i miłości!
Jedynie pogarda dla mej pasji i życia
widok ludzkiej twarzy skrzywionej we mdłości!

Po tych krótkich chwilach otuchy
Po tych krótkich chwilach radości
Zemsta i nienawiść stanęły u mego progu
przeklinając te chwile słabości!

Wbiegł do gabinetu. Muzyka zamku dźwięczała mu w uszach.

Szaleniec i morderca
requiem już dla siebie śpiewa!
Pomści własne nieszczęście
lecz zguba wieczna już czeka!

Stanął tuż przed fortepianem i uniósł siekierę. Do pokoju wbiegła Elizabeth.
- Co robisz? – krzyknęła z przerażeniem. – Nie rób tego!
Nie posłuchał. Jednym ruchem wymierzył cios w fortepian. Gardło mu już niemal ochrypło.

I znów zanurzam się w mrokach mych mocy
Miłość okrywa się nienawiści cieniem!
Wracają trupy ofiar w Muzyce Nocy
i stają się mego umysłu więzieniem!

Przeklinam ciebie, muzo Nocnego Pianisty!
Nie będzie ucieczki przed mą zemstą!
Ciało twe stanie się twym więzieniem
a pasja największą męką!

Kolejny cios. Kolejny brzdęk psutego sprzętu. Fortepian zdawał się drżeć, skomleć, krzyczeć, błagać o litość. Im bardziej wydawał z siebie fałszywe dźwięki, tym z jeszcze większą siłą Gerard walił siekierą.


Ofiarowałem Ci mą muzykę
Dałem Ci serce me
A Ty w swej ucieczce i zdradzie
Powiedziałaś po prostu...
NIE!!

Będziecie przeklinać dzień swej zdrady!
Nie będzie litości i przebaczenia!
Będziecie me imię ze strachem wymawiać
a wasze życie umilą trupy sumienia!

Pryskał lakier, drewno łamało się na kawałki, rozpryskując swoje „szczątki” po całym pokoju. Dźwięki przybierały na sile, przypominając grę zepsutych organów. Niszczenie fortepianu siekierą już nie wystarczyło. Rozrzucał wszystkie pocięte kawałki o ściany, rezonans rozłożył własnymi rękoma, kalecząc się przy tym. Krew spływała obficie z pokaleczonych dłoni, drzazgi zadawały niewysłowiony ból, choć on i tak go nie czuł.
Gdy po fortepianie zostały już tylko szczątki, Gerard opuścił siekierę i spojrzał na swoje pokrwawione dłonie. Coś dziwnego rozmyło czerwień na jego kciuku. To ta jedna, jedyna łza, która spłynęła z jego oka.
Podbiegł do okna, otworzył je na całą szerokość i krzyknął

I jednego wam szczerze dziś życzę
Dziś, gdy porzuciliście me serce, jak zmorę!
To nie ja, lecz ludzie zatrują wam życie!
Bo każdy z nich w głębi jest właśnie potworem!

Zamilkł i powolnym ruchem zamknął okno. Ogarnął go dziwny spokój. Spojrzał w lustro, stojące naprzeciwko. Błysk szaleństwa zaigrał w jego oczach. Mówił on tylko o jednej rzeczy, którą nazwał... zemstą.
***
Veronica na wpółprzytomna jechała na swoim koniu, tuż za Ronaldem. Tylko dzięki panującemu mrozowi, nie zdołała usnąć. Jej głowa, lekko przechylona w lewą stronę, ciążyła niemiłosiernie, a dziewczyna nie mogła jej na niczym oprzeć. Ronald co jakiś czas zwalniał, szturchając ją mocno, by nie zasnęła. To było nie do pomyślenia i groziło zamarznięciem.
Tajemnicze, zalesione połacie ziemi znikło za nimi już kilka godzin wcześniej. Natomiast przed nimi rozciągały się niezliczone równiny, pokryte olbrzymią warstwą śniegu. Nie jechali zbyt szybko, by nie wpaść w jakąś niewidoczną dla nich dziurę, lecz też niezbyt wolno, by nie zamarznąć. Veronica źle czuła się na otwartej przestrzeni. Ulga jaką doznała, gdy tylko nie mogła już dojrzeć zamkowych wież, minęła. Nastąpiła po niej fala niepokoju. Czarnoksiężnik już z pewnością o nich wie. Dlaczego tu jeszcze nie przybył? Przecież dla niego to kwestia kilku chwil. Dlaczego nie słyszy jego głosu, nie czuje jego obecności jak dawniej? Ta zimowa cisza napawała ją strachem. Powietrze gęstniało dziwnie, z każdą chwilą coraz bardziej. Veronica zaczęła się krztusić.
- Co ci jest? – zapytał z niepokojem Ronald.
- Dziwnie się czuję – odpowiedziała, krztusząc się ponownie.
- To normalne. Nie przywykłaś do takich podróży. Zobaczysz, jak już będziemy na miejscu, poczujesz się lepiej. Tam jest zdecydowanie inny klimat zimy. No i te krajobrazy... – mężczyzna rozmarzył się.
Obietnica pięknych widoków i lepszego klimatu nie uspokoiła dziewczyny. Znów zaczęła oglądać się za siebie.
- On zapomni, Veronico. – Ronald zdawał się czytać w jej myślach. – Zrozumie, że byłaś tam nieszczęśliwa. Jeżeli naprawdę cię kochał, to odpuści. W końcu sam musi zająć się swoim projektem.
Veronica nie wierzyła jego słowom. Gerard był chory z miłości do niej, kontrolował ją na każdym kroku. Teraz jednak go nie było. Jeśli naprawdę był szaleńcem... szaleńcy tak łatwo nie zapominają, o nie! Więcej... mszczą się! Dziewczyna zatrzęsła się lekko. Dlaczego nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ten panujący, na pozór przynoszący ulgę spokój, może być jedynie ciszą przed burzą?
- Co to za projekt Gerarda, o którym wspomniałeś? – zmieniła temat, starając się nie myśleć o alternatywnej zemście czarnoksiężnika.
- Nie jestem do końca pewny jakie to może mieć działanie. Pracował nad tym przez wiele, wiele lat. Nie wiem czy udało mu się to osiągnąć, czy też nie. Miejmy nadzieję, że jednak to drugie – Ronald zasępił się.
- Lecz cóż to jest? Mów na Boga, mów! – nalegała Veronica.
Mężczyzna zmarszczył brwi, wpatrując się beznamiętnie przed siebie.
- Nie chcę o tym tutaj mówić. Czarnoksiężnik ma swoich szpiegów wśród przyrody.
Dziewczyna zdenerwowała się. Nie potrafiła utrzymywać już swoich nerwów na wodzy.
- Ach tak? Teraz szpiedzy? Czego jeszcze o nim nie wiem? – rzekła z wyrzutem.
Ronald zaśmiał się smutno.
- Tak wiele, że twój umysł może nie pojąć nawet jednej trzeciej z całej tej historii.
- W takim razie nie mów już nic!
Milczeli przez dalszą drogę. Mijały kolejne godziny. Na równinach pojawiało się coraz więcej zaśnieżonych drzew, a teren stawał się bardziej nierówny, niż dotychczas. W oddali zamajaczył las.
***
Gerard wolnym krokiem schodził po kamiennych schodach do podziemi zamkowych. W jednym ręku trzymał płonącą pochodnię, w drugiej mosiężny klucz, olbrzymich rozmiarów i o dziwnym kształcie. Tuż za czarnoksiężnikiem szła Elizabeth, niosąc w ręce małe lusterko. Nie odzywali się do siebie wcale, a na twarzy Gerarda gościł pokrętny uśmieszek. Szli tym dziwnym, mrocznym korytarzem, skręcając raz po raz w lewo lub w prawo. Z pewnością ktoś, kto był tu pierwszy raz, zabłądziłby i nie trafił do wyjścia.
Mina gosposi wyrażała dziwną dezaprobatę dla ich „podziemnego wypadu”, lecz nie śmiała się odezwać słowem. Próbując zapomnieć o celu ich wizyty w podziemiach, wpatrywała się w uporem w cień Gerarda. Na moment w jej oczach zagościł smutek, lecz znikł bezpowrotnie, gdy nagle zatrzymali się przed pustą ścianą.
- Potrzymaj! – oznajmił rozkazującym tonem Gerard, wciskając jej do ręki tajemniczy klucz. – Wszystko co tu teraz zobaczysz, musisz zachować w ścisłej tajemnicy, rozumiesz?
Elizabeth pokiwała gorliwie głową.
- Jeżeli piśniesz komuś choć słówko, skończysz jak ten nieszczęśnik za ścianą – Gerard zarechotał dziwnym śmiechem.
Kobieta wstrzymała oddech i ponownie kiwnęła głową.
Czarnoksiężnik umieścił pochodnię na ścianie, we właściwym dla niej miejscu, po czym wyciągnął obie dłonie i położył je na kamiennej ścianie. Po chwili zaczął je przesuwać od góry do dołu, potem od lewej do prawej, niemal na całej szerokości. Odsunął ręce i wyciągnął palec wskazujący prawej ręki. Dotknął nim trzeciej cegły od lewej, potem odliczył trzy i po tym odstępie z trzech cegieł, wskazał palcem pięć kolejnych.
Dało się słyszeć szczęk żelastwa i kamienne cegły zaczęły się rozsuwać.
Elizabeth ze zdziwieniem ujrzała przed sobą wielkie drzwi, ozdobione po środku olbrzymią głową węża. Wąż ten miał otwarty pysk i wysunięty język. Na języku widniała duża dziura, pełniąca funkcję zamka.
Gerard nawet nie poprosiwszy, wyrwał kobiecie klucz z ręki i włożył go do owej dziury. Przekręcił, ponownie dało się słyszeć dziwny zgrzyt, jakby przesuwającego się mechanizmu jakiejś maszyny, po czym ślepia węża zaświeciły się na zielono i drzwi otworzyły się.
Pomieszczenie za drzwiami było bardzo duże. Centralną część zajmowało olbrzymie lustro, a przy ścianach stało kilka długich stołów, zawalonych papierami, dziwnymi naczyniami, probówkami i innymi szklanymi naczyniami, z których wypływały różnokolorowe opary.
Tuż przed lustrem, na wielkim, niczym tron krześle, siedział związany mężczyzna. Był to ten sam człowiek, którego Veronica widziała pierwszego dnia pobytu na zamku. Zamiatał on w jednym z ogrodów zamkowych i to właśnie on wyjawił jej swą złą opinię o czarnoksiężniku.
Gerard kazał Elizabeth położyć lusterko, które wcześniej niosła w ręce, na jednym ze stołów, po czym zbliżył się do owego mężczyzny i odkneblował mu usta.
- I jak się pan bawi? Prawda, że to wspaniałe miejsce? Masz pan wielki zaszczyt, wiesz? Za chwilę staniesz się częścią mojego wielkiego eksperymentu! – czarnoksiężnik wybuchnął śmiechem, a jego oczy zabłysły jak dwie gwiazdki, przebijające się przez zachmurzone niebo.
- Szaleńcze! Wiesz co chcesz zrobić? Wiesz jaką bronią dysponujesz? Zniszczysz sam siebie! – związany mężczyzna zaczął się niespokojnie wiercić na krześle.
- Ależ wiem, wiem! Jednak teraz jest mi to wszystko obojętne. Jeszcze kilka dni temu powziąłem postanowienie, że więcej nie otworzę tego pokoju i nie dokończę swej zemsty. Wiesz pan, nie była mi potrzebna. Miałem kogoś takiego jak... ona – wyraźnie nie mógł wymówić jej imienia. – Niestety, jak widać, plany wzięły w łeb, bo ona zdecydowała się żyć inaczej... żyć beze mnie!
Gerard podszedł do jednego ze stołów i wziął do ręki ładną, zdobioną szkatułeczkę.
- Wie pan... ja nie mogę żyć bez tej małej oszustki – ciągnął dalej, obchodząc wszystkie stoły dokoła, najwyraźniej czegoś szukając.
Elizabeth stała w kącie i z uwagą wpatrywała się w obu panów.
- Ona jest moim requiem dla samotności, moim powrotem do normalnego życia, moim dobrym duchem. Nie zrezygnuję z szansy zwykłego życia, a jeśli mi się nie uda, to sądzę, że lepiej będzie umrzeć. Tymczasem zdałem sobie sprawę, że muszę dokończyć swą zemstę, bo inaczej ona będzie mnie prześladować przez resztę życia, rozumiesz pan?
- Zemsta do niczego nie prowadzi, Gerardzie! Zacznij myśleć rozumem, a nie... – mężczyzna zamilkł. Pot spływał po jego czole.
Czarnoksiężnik ponownie podszedł do niego, tak blisko, że nieomal stykali się nosami.
- Mój drogi Jamesie. Chciałeś powiedzieć... myśleć sercem? – tu nastąpiła chwilowa cisza i gwałtowny wybuch śmiechu Gerarda. – I tu w jednym się pomyliłeś! – dodał, znacząco wykrzywiając twarz. – Potwory nie miewają serca, James. One go nie mają!
Elizabeth otworzyła usta, jakby chciała krzyknąć z oburzeniem, ale ujrzawszy groźne spojrzenie czarnoksiężnika, nie odważyła się.
- Jeszcze nie jest za późno, Gerardzie! Zrezygnuj! Nie wystarczy pojechać za nią, wyznać swą miłość i żyć dalej spokojnie? Przecież ona tylko na to czeka! Ona kocha dobrego Gerarda, małego Gerry’ ego, który...
- ZAMILCZ! – czarnoksiężnik machnął ręką i więzy, które oplatały ciało Jamesa, znikły, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. - Nie ma małego Gerry’ego! On nigdy nie istniał! Od początku był zamierzonym celem, projektem w głowach mych nędznych rodziców, skutecznie ułożonym planem, który miał swój jeden, taki maleńki, tyciusieńki mankament! – Gerard zrobił dziecinną minę, śmiejąc się do rozpuku.
- Gerardzie! Dzieci nie mogą płacić za zbrodnie rodziców, słyszysz?!
Czarnoksiężnik nic już więcej nie powiedział. Odnalazł maleńki kluczyk i otworzył nim szkatułkę. Gdy tylko jej wieczko uchyliło się, błysnęło oślepiające, zielone światło. Gerard wyciągnął duży szmaragd, mieniący się najczystszą zielenią.
- Kamień filozofów – szepnął, przyglądając mu się z zachwytem. – Kamień, który próbował uzyskać niemal każdy alchemik na świecie. Kamień przemieniający metal w najczystsze złoto. Kamień, który pokonuje śmierć, dając eliksir życia wiecznego!
Spojrzał na Jamesa, którego twarz wyrażała teraz najwyższe obrzydzenie.
- Ja odkryłem również inną właściwość tegoż oto kamienia. A właściwie kilka. Zaraz zobaczycie, moi drodzy! – Gerard uśmiechnął się złowieszczo. Postawił przed lustrem dwa stoliki. Na pierwszym położył zamkniętą szkatułkę, a na jej wieku kamień filozofów. Na drugim stole ustawił małe lusterko, przyniesione przez Elizabeth. Teraz kamień odbijał się w obu taflach lustra.
Gerard położył dłoń na kamieniu i zamknął oczy. Zdawał się usilnie nad czymś myśleć. Wtem powierzchnia lustra rozmyła się, zaczęła zanikać i oczom zebranych ukazał się zimowy krajobraz, a pośród śnieżnych zasp dwa konie, należące do Ronalda i Veronici.
Czarnoksiężnik otworzył oczy.
- Widzicie? – rzekł z satysfakcją. – Jeden ruch, przejdę przez lustro i mam ich! Nie zrobię tego jednak. Oni jeszcze poczekają – uśmiechnął się złośliwie. Obraz znikł i lustro na powrót stało się zwykłym lustrem.
- No a teraz... przyszła kolej na naszego gościa – Gerard odwrócił się w kierunku Jamesa. – Przykro mi, ale i tak dostępujesz zaszczytu sprawdzenia czy moja wieloletnia praca nie poszła na marne.
James poruszył się niespokojnie.
- Możesz uciekać, możesz krzyczeć. To dla mnie bez różnicy. Elizabeth! – zwrócił się do kobiety. – Proszę, schowaj się pod ten stół, na końcu pokoju!
Gosposia wytrzeszczyła oczy.
- Dlaczego? – zapytała drżącym głosem.
- Rób co mówię, albo spotka cię nieszczęście na własne życzenie!
Nie mając innego wyboru, kobieta wlazła pod stół, trzęsąc się ze strachu i podniecenia.
- Mam nadzieję, że nie będziesz uciekał po pokoju, James i nie narazisz tej kobiety na straszniejsze widoki, niż te, które ją czekają? – Gerard popchnął mężczyznę i ustawił go pomiędzy stoliczkiem z małym lusterkiem, a stolikiem z kamieniem.
Wziął do ręki metalową rurkę, po czym stanął za Jamesem, który widział teraz tylko jego odbicie w wielkim lustrze.
- Żegnam! Miło było cię poznać, James – czarnoksiężnik zachichotał nerwowo i wycelował rurką w lustro.
Metal zaczął się dziwnie jarzyć, jaśnieć rażącym i silnym blaskiem. James nie widział już postaci Gerarda, lecz jarzące się światło. Nagle promień owego światła odbił się od wielkiego lustra, przenikając przez kamień, przez... Jamesa, po czym odbił się od małego lusterka, ponownie przenikając mężczyznę, kamień i odbijając się od wielkiego zwierciadła. Trwało to kilka sekund. Rozjarzony płomień buchnął prawdziwym ogniem. Elizabeth zacisnęła powieki, Gdy je otworzyła, Gerard już rozsuwał stoliki. Na ziemi leżały zwęglone zwłoki człowieka, który jeszcze przed chwilą tam stał i patrzył się w lustro na własną śmierć.
- Dlaczego go zabiłeś? – zapytała.
Czarnoksiężnik wzruszył ramionami.
- Za dużo wiedział. Sama mówiłaś, że poinformował wroga o tym, że ukończyłem pracę nad tym kamieniem. Poza tym... i tak potrzebowałem króliczka doświadczalnego – zarechotał. – Nie martw się, nie będziesz tego sprzątać – mruknął i machnął ręką. Zwłoki znikły.
Elizabeth wzięła do ręki szmaragd.
- Kamień życia stał się w twych rękach kamieniem śmierci – szepnęła i obróciła go dookoła. – Co to jest? – wskazała na dużą dziurę w idealnie oszlifowanym szmaragdzie.
- To ślad po odłupanym kawałku – odrzekł Gerard, zabierając jej kamień z ręki.
- A gdzie jest ten odłupany kawałek? – zapytała.
Czarnoksiężnik spojrzał na nią wymownie i zamrugał oczami. Kobieta wzięła głęboki oddech. Zrozumiała wszystko.

IX
Wielki, czarny kruk przefrunął tuż nad głowami podróżników. Zakrakał głośno i przysiadł na najbliższym drzewie. Przekręcił głowę, jakby chciał zrozumieć o czym mówią ludzie, jadący naprzeciw niemu. A mówili i to dużo.
- Jeszcze niecała godzina – oznajmił Ronald dziarskim tonem i przeciągnął się. – Ta podróż strasznie mnie nużyła. Co innego latem...
- Tak, pewnie tak – Veronica starała się ucinać wszelkie tematy rozmów, jakie delikatnie próbował podsunąć jej towarzysz. Nie miała na nie najmniejszej ochoty. Targała nią niepewność, a już w szczególności strach.
Stanęli na skraju lasu.
- Nie jest tak wielki, na jakiego wygląda – Ronald spojrzał w górę, prosto na korony drzew. – Gdy opuścimy go, jeszcze z piętnaście minut drogi jak myślę i będziemy w domu.
Dom. Jakież to było odległe słowo dla dziewczyny, zagubionej w nieznanych krajach, w towarzystwie człowieka, który choć z pozoru sympatyczny, mógł mieć zgoła inne zamiary. Minęło już sporo czasu, odkąd śniła wśród nieba usianego gwiazdami, a w jej uchu dźwięczała najpiękniejsza Muzyka Nocy, śpiewana przez tajemniczego czarnoksiężnika, który zdawał się być idealnym odpowiednikiem jej duszy. Od tamtego czasu nie widziała swojej rodziny. Być może w innej sytuacji zapragnęła by wrócić, lecz teraz nie miała po co. Nie spojrzałaby w oczy bratu, który z pewnością rozpaczał po śmierci ukochanego ojca. Na pewno dostrzegł by na jej twarzy cień winy i upokorzenia. Bardzo żałowała. Tak strasznie żałowała, że nieraz chciała zacząć krzyczeć, przeklinając siebie i cały świat. Jakież to licho opętało jej duszę, rozum i zmysły? Dlaczego tak łatwo uległa obcemu człowiekowi? Nikt rozsądny na jej miejscu by tego nie zrobił. Bardzo łatwo byłoby to wszystko wytłumaczyć nadprzyrodzonymi zdolnościami czarnoksiężnika czy nagłym zauroczeniem. Czuła jednak wyraźnie, że nie o to chodziło, tylko jeszcze bała się do tego przyznać.
Ogarnęła mętnym wzrokiem całe to leśne otoczenie, w którym właśnie się znalazła. Ronald miał rację. W lecie zupełnie inaczej wyglądałaby taka podróż. Teraz wszystko było tak jednolite i mdłe, że podróż, a właściwie ucieczka stawała się nie do zniesienia. Wszystko to prowokowało tylko do rozmyślań, a tego właśnie Veronica zawsze starała się unikać. Z przyczyny wiadomej tylko jej.
Nagle zdało jej się, że zobaczyła cień jakiejś sylwetki wśród drzew, po swej prawej stronie. Odwróciła szybko głowę, ale musiało jej się tylko zdawać, gdyż niczego nie zauważyła. Z niepokojem zerknęła na swojego towarzysza. Pogwizdywał pod nosem jakąś melodię. Melodia ta była bardzo znajoma. Zbyt znajoma. Po chwili Veronica już wiedziała co gwizdał Ronald. W jej uszach ponownie zabrzmiała znienawidzona i ukochana jednocześnie muzyka.

Melodia Nocy szarpie struny ciemności
Ciemność wdziera się w Twój umysł...
Pobudza imaginacje...

Zacisnęła drżące ręce na końskich lejcach. Ronald nie przestawał nucić.
- Przestań to gwizdać! – syknęła.
- Co się stało? – zapytał, wpatrując się uważnie w jej przerażone oczy.
- Powiedziałam, żebyś przestał gwizdać tę melodię.
Ronald zaśmiał się.
- To moja ulubiona. Mama zawsze śpiewała mi ją do kołyski.
Na twarzy Veronici pojawił się wyraz obrzydzenia i trwogi.
- Nie mogła ci tego śpiewać... To wymyślił... – urwała, gdyż nagle, tuż przed nią wyrosła znajoma postać.
Ubrana w tonacji krwistoczerwonej, w bordowej pelerynie, podparta na swej lasce, stała niedaleko nich. Jej wargi wykrzywiły się w drwiącym uśmieszku. Gerard we własnej osobie.
Veronica zatrzymała konia i szarpnęła Ronalda.
- Zrób coś. Uciekajmy! On pewnie zaraz coś zrobi! – jęknęła.
- O czym ty mówisz?
- Jak to o czym!? Jesteś ślepy?! On tutaj jest!
- Kto? – Ronald rozejrzał się dokoła.
- Czarnoksiężnik głupcze! Tutaj, przed nami! – pokazała palcem na Gerarda, który chichotał pod nosem.
- Tam nikogo nie ma! – Mężczyzna spojrzał w kierunku, wskazanym przez dziewczynę. – Wiem, że jesteś już znużona, ale spójrz! Już opuszczamy las!
Veronica wpatrywała się w Gerarda, a on w nią. Zdawał się chcieć przekazać jej jakąś informację, lecz ograniczył się do dziwnego uśmiechu. Jego oczy zabłysły złowrogo, po czym zniknął. Rozpłynął się w powietrzu niczym para.
- Nie powinnam była opuszczać zamku.
- Co tam znów mruczysz pod nosem? – warknął, już zniecierpliwiony Ronald.
- Nie widziałeś go, prawda? Postąpiłam źle, uciekając. On się zemści. Żebyś widział jego minę, jego oczy... Biada nam. Już jest za późno na odwrót.
Ronald spojrzał na nią, jak na wariatkę i pokiwał głową z niezadowolenia. Zatrzymał konia i wskazał na pagórek przed nimi.
- Podjedziemy tam i za chwilę ujrzysz coś pięknego – rzekł podekscytowany.
Dziewczyna, zatopiona w myślach, nie usłyszała jego słów. Mimo to, ruszyła jednak za nim posłusznie, rozcierając zmarznięte dłonie. Jednak na chwilę musiała zapomnieć o swych rozterkach, gdyż ujrzała przed sobą coś, o czym nigdy nie śmiała marzyć ani śnić.
***
Czerwony płyn wypełnił objętość złotego kielicha. Elizabeth odłożyła butelkę z winem na bok i obserwowała jak Gerard wypija jego zawartość jednym tchem.
- Co to było za światło, które zabiło tego człowieka? – zapytała po chwili.
Czarnoksiężnik przyglądał się uporczywie dnu kielicha i odrzekł:
- Sztuczne słońce. Wykorzystałem swoje zdolności do stworzenia sztucznego ciepła. Przy większym natężeniu spala wszystko na swej drodze. Staje się zwyczajnym ogniem.
Widocznie ta odpowiedź nie zadowoliła Elizabeth, gdyż zapytała ponownie:
- Jakim to sposobem sztuczne słońce znalazło się w tej rurce?
Gerard zaśmiał się cicho, nadal obracając kielich w dłoni.
- To proste. Użyłem magii i właściwości mojego kamienia, który zamienił metalową rurkę w złoto. Wystarczyło sprawić, by to złoto stało się bardziej gorące i zaczęło wysyłać światło. Dla przeciętnego człowieka jest to w tej chwili niemożliwe do osiągnięcia. Przynajmniej na razie. Wiesz, Elizabeth – tu odłożył kielich na stół, lecz nadal nie spuszczał zeń wzroku – ludzie to fascynujące istoty. Są zdolne do tak nadzwyczajnych rzeczy, lecz trzy czwarte z nich spędza życie na zwykłej pracy i tworzeniu rodziny. Być może dlatego świat nie idzie tak szybko z postępem. Jeszcze jest na to za wcześnie.
Kobieta westchnęła.
- Dobrze wiesz, że jednak nauka to nie wszystko. Nie wystarczy mądrość, inteligencja, sława. Zazdrościsz ludziom, którzy wiodą spokojne życie u boku ukochanych osób. Wiem to, nie musisz udawać.
Gerard zacisnął dłoń na brzegu stołu.
- Widzisz, moja droga... Są ludzie stworzeni do zwykłych rzeczy i są też inni ludzie, stworzeni do rzeczy niezwykłych. I tak musi pozostać. Równowaga zostaje zachowana.
Elizabeth zdawała się świdrować umysł czarnoksiężnika, choć ten nawet na nią nie patrzył.
- Gdybyś nie był tym, kim jesteś, to kim chciałbyś być? – zapytała nagle.
Tym razem, mężczyzna podniósł głowę, a wyraz jego twarzy był nieprzenikniony.
- Byłbym kimś takim jak ona... – odrzekł niemal szeptem.
***

Data:

 31.03.05

Podpis:

 Ta, która tworzy z Pasją...

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=14350

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl